Wydawca: Burda Książki (dawniej G+J Gruner +Jahr) Kategoria: Humanistyka Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 207

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Problemy XXI wieku -

Za sprawą ogromnego postępu technologicznego świat stoi dziś w obliczu zagrożeń, które jeszcze do niedawna nie istniały. Przeludnienie, zanieczyszczenie środowiska, zmniejszanie się zasobów naturalnych, zmiany klimatyczne, terroryzm, kryzys ekonomiczny – rozwiązywanie tych problemów staje się coraz trudniejsze, bo są ze sobą wzajemnie powiązane. Czy grozi nam kryzys demograficzny, żywnościowy, ekologiczny i klimatyczny? Z czym jeszcze musi zmierzyć się ludzkość w XXI wieku?

Z tej książki dowiecie się: – Kto umiera przez plastikowe reklamówki? – Jak nas psuje Facebook? – Czy da się zlikwidować uliczne korki? – Na kogo dziś napadają piraci? – Dlaczego biura to sale tortur?

Opinie o ebooku Problemy XXI wieku -

Fragment ebooka Problemy XXI wieku -

Co­py­ri­ght for the Po­lish edi­tion © 2012 G+J

Gru­ner + Jahr Pol­ska Sp. z o.o. & Co. Spół­ka Ko­man­dy­to­wa.

G+J Gru­ner + Jahr Pol­ska Sp. z o.o. & Co. Spół­ka Ko­man­dy­to­wa.

02-674 War­sza­wa, ul. Ma­ry­nar­ska 15

Dział han­dlo­wy:

tel. (48 22) 360 38 38

fax (48 22) 360 38 49

Sprze­daż wy­sył­ko­wa:

Dział Ob­słu­gi Klien­ta, tel. (48 22) 360 37 77

Ko­rek­ta: Jadwiga Piller

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: Paweł Rafa

Zdję­cie na I stro­nie okład­ki: Shutterstock

Re­dak­cja tech­nicz­na: Mariusz Teler

Pro­jekt i skład: IT WORKS, Warszawa

Re­dak­tor pro­wa­dzą­cy: Joanna Nikodemska

ISBN:978-83-7778-231-6

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Re­pro­du­ko­wa­nie, ko­pio­wa­nie w urzą­dze­niach prze­twa­rza­nia da­nych, od­twa­rza­nie, w ja­kiej­kol­wiek for­mie oraz wy­ko­rzy­sty­wa­nie w wy­stą­pie­niach pu­blicz­nych tyl­ko za wy­łącz­nym ze­zwo­le­niem wła­ści­cie­la praw au­tor­skich.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o. o.

Witajcie w najlepszychczasach

Jako na­ród przy­wy­kli­śmy do na­rze­ka­nia na wszyst­ko i wszyst­kich: po­go­dę, zdro­wie, po­dat­ki, po­li­ty­ków. Nie­słusz­nie! Z na­sze­go ra­por­tu wy­ni­ka, że Po­la­cy A.D. 2008 mają naj­wię­cej po­wo­dów do za­do­wo­le­nia w hi­sto­rii

au­to­rzy Jan Stra­dow­ski, Ka­zi­mierz Pyt­ko

Po­dob­no za­sad­ni­cza róż­ni­ca mię­dzy Ame­ry­ka­ni­nem a Po­la­kiem wi­docz­na jest w od­po­wie­dzi na naj­pow­szech­niej­sze po­zdro­wie­nie-py­ta­nie: „Jak się masz?”. „Dzię­ku­ję, do­brze!” – mówi uśmiech­nię­ty miesz­ka­niec USA. „Oj, ja­koś cią­gnę, ale cięż­ko jest…” – wzdy­cha oby­wa­tel kra­ju nad Wi­słą. To na­sta­wie­nie nie zmie­nia się zbyt­nio mimo roz­wo­ju go­spo­dar­cze­go, spa­da­ją­ce­go bez­ro­bo­cia i więk­sze­go po­czu­cia bez­pie­czeń­stwa. Czyż­by ozna­cza­ło to, że pe­sy­mizm mamy w ge­nach?

Bo­le­sne lek­cje dzie­jów

Do pew­ne­go stop­nia pew­nie tak. Osta­tecz­nie Sta­ny Zjed­no­czo­ne to kraj emi­gran­tów, któ­rzy mie­li tyle har­tu du­cha, by po­rzu­cić ma­cie­rzy­ste kra­je i ru­szyć za chle­bem za oce­an. Po­la­cy na­to­miast od wie­ków sie­dzą w mniej wię­cej jed­nym miej­scu, ob­ry­wa­jąc co chwi­la po gło­wie od czę­sto nie­sym­pa­tycz­nych są­sia­dów. W ta­kich wa­run­kach se­lek­cja na­tu­ral­na nie mia­ła wa­run­ków do wy­pro­mo­wa­nia prze­sad­ne­go opty­mi­zmu. Nie­pod­le­głość jest dla nas nadal sto­sun­ko­wo świe­żym do­świad­cze­niem i pew­nie bę­dzie mu­sia­ło mi­nąć jesz­cze kil­ka­dzie­siąt lat, za­nim w peł­ni do­ce­ni­my jej nie­wąt­pli­we uro­ki.

Co­raz zdrow­si

Je­śli wie­rzyć an­tro­po­lo­gom, cał­kiem nie­złą kon­dy­cją cie­szy­li się nasi pra­przod­ko­wie z epo­ki pa­le­oli­tu. Ich zbie­rac­ko-ło­wiec­ka die­ta była do­brze zbi­lan­so­wa­na, tryb ży­cia wy­mu­szał dużą ak­tyw­ność fi­zycz­ną, nie­zna­ne były epi­de­mie cho­rób za­kaź­nych. Wszyst­ko zmie­nił wy­na­la­zek rol­nic­twa, któ­re z jed­nej stro­ny po­psu­ło na­szą die­tę, a z dru­giej – skło­ni­ło ludz­kość do two­rze­nia osad, wsi i miast, a tak­że gro­ma­dze­nia dóbr. Na skut­ki pod po­sta­cią cho­rób i wo­jen nie trze­ba było dłu­go cze­kać. I z tego przy­kre­go dzie­dzic­twa le­czy­my się do dziś. Przez stu­le­cia po­stę­pów me­dy­cy­ny i hi­gie­ny uda­ło nam się tyl­ko wy­grać kil­ka wiel­kich bi­tew – dzię­ki bro­ni ta­kiej jak uzdat­nia­nie wody, szcze­pion­ki czy an­ty­bio­ty­ki – ale woj­na cały czas trwa.

Po­la­cy żyją dłu­żej i ta ten­den­cja ma szan­se się utrzy­mać przez na­stęp­ne dzie­się­cio­le­cia.

Nie zmie­nia to jed­nak fak­tu, że dziś – mimo fa­tal­nej kon­dy­cji tzw. pu­blicz­nej służ­by zdro­wia – żyje nam się naj­zdro­wiej w ca­łej do­tych­cza­so­wej hi­sto­rii. Nig­dy bo­wiem śred­nia dłu­gość ży­cia Po­la­ków (naj­waż­niej­szy wskaź­nik kon­dy­cji ca­łe­go spo­łe­czeń­stwa) nie była tak wy­so­ka jak dziś. We­dług da­nych Głów­ne­go Urzę­du Sta­ty­stycz­ne­go chło­piec uro­dzo­ny w 2006 roku do­ży­je śred­nio 71 lat, a dziew­czyn­ka – pra­wie 80! A war­to pa­mię­tać, że tuż po woj­nie licz­by te wy­no­si­ły od­po­wied­nio ok. 56 i 61, a jesz­cze nie­daw­no, bo w la­tach 80. XX wie­ku – 67 i 75.

CO DA­LEJ?

prof. Wi­told Za­toń­ski, szef Fun­da­cji Pro­mo­cja Zdro­wia

Nie­ste­ty, okres gwał­tow­nej po­pra­wy sta­nu zdro­wia Po­la­ków mamy już za sobą, a te­raz je­ste­śmy na­wet świad­ka­mi sta­gna­cji. Pol­sce bar­dzo bra­ku­je prze­my­śla­nej po­li­ty­ki zdro­wot­nej pań­stwa. Przy czym nie mam tu na my­śli – ską­di­nąd bar­dzo waż­ne­go – spo­ru o fi­nan­so­wa­nie usług me­dycz­nych. Od mi­ni­stra zdro­wia za­le­ży za­le­d­wie 10-20 proc. sta­nu zdro­wia spo­łe­czeń­stwa.

Resz­ta to pole do po­pi­su dla re­sor­tów edu­ka­cji, spor­tu, rol­nic­twa, fi­nan­sów. Przy­kła­do­wo: Pol­ska, jako wiel­ki pro­du­cent zdro­we­go ole­ju rze­pa­ko­we­go i ja­błek, po­win­na mieć ja­kiś pro­gram pro­mo­cji tych pro­duk­tów, ale do tej pory się tego nie do­cze­ka­ła. Gdy nasi po­li­ty­cy mó­wią o zdro­wiu, naj­czę­ściej mają na my­śli cho­ro­by, szpi­ta­le, leki, ope­ra­cje. Nikt nie mówi, że mamy jed­ne z naj­tań­szych pa­pie­ro­sów w Eu­ro­pie. Za to np. w 2001 roku rząd ob­ni­żył ceny wód­ki aż o 30 proc. Po­trzeb­ne są wie­lo­let­nie pro­gra­my dzia­łań proz­dro­wot­nych, bo in­a­czej mo­że­my za­prze­pa­ścić do­tych­cza­so­we osią­gnię­cia. Ża­den do­tych­cza­so­wy rząd nie miał na to po­my­słu i dla­te­go bar­dzo li­czy­my na to, że coś się zmie­ni.

Co się zmie­ni­ło od tam­tej pory? Skoń­czy­ła się woj­na i zwią­za­ne z nią pro­ble­my. Zna­czą­ce jed­nak są tak­że zmia­ny, do któ­rych do­szło w cią­gu ostat­nich kil­ku­na­stu lat – ustro­ju po­li­tycz­ne­go i sys­te­mu go­spo­dar­cze­go. Z ba­dań na­uko­wych nie­zbi­cie wy­ni­ka, że de­mo­kra­cja i wol­ny ry­nek słu­żą zdro­wiu – przede wszyst­kim po­przez zwięk­sza­nie do­stę­pu do peł­no­war­to­ścio­wej, nie­dro­giej żyw­no­ści. Za cza­sów PRL pań­stwo do­to­wa­ło nie­zdro­we pro­duk­ty, m.in. tłusz­cze zwie­rzę­ce. Po 1991 roku znacz­nie sta­nia­ły pro­duk­ty ro­ślin­ne, w tym ole­je i mar­ga­ry­ny, któ­rych śred­nie spo­ży­cie wzro­sło po­nad­dwu­krot­nie. Inny waż­ny ele­ment to świe­że wa­rzy­wa i owo­ce, zwłasz­cza po­łu­dnio­we, do­stęp­ne w sprze­da­ży prak­tycz­nie przez cały rok – bo­ga­te źró­dło wi­ta­min, mi­kro­ele­men­tów i błon­ni­ka. Nie bez zna­cze­nia były rów­nież kam­pa­nie an­ty­ty­to­nio­we, dzię­ki któ­rym znacz­nie spa­dła licz­ba pa­la­czy wśród męż­czyzn. Tak więc, co­kol­wiek by wy­ga­dy­wa­li po­li­ty­cy, ka­pi­ta­lizm nam słu­ży.

Prze­cięt­nie bo­ga­ci

Prze­cięt­nie za­ra­bia­ją­ce­go Po­la­ka stać dzi­siaj na nie­po­rów­na­nie wię­cej niż śred­nio za­moż­ne­go szlach­ci­ca w cza­sach I Rze­czy­po­spo­li­tej. „Bar­dzo wie­lu wie­śnia­ków w tym kra­ju nie zna­ją mię­sa, a przy­najm­niej bar­dzo rzad­ko je je­dzą. Chleb gru­by, lada jaka ka­sza, groch, kwa­śna ka­pu­sta i tru­nek naj­pro­ściej­szy są zwy­czaj­nym ich po­sił­kiem” – pi­sał u schył­ku XVIII wie­ku le­karz Fran­ci­szek Kur­cy­usz. Szlach­ta ja­da­ła ob­fi­ciej, nie ża­ło­wa­ła so­bie zwłasz­cza mię­sa, któ­re­go kon­sump­cja była nie­wie­le mniej­sza niż dzi­siej­sza, ale na­wet na dwo­rach ma­gnac­kich oszczę­dza­no żyw­ność i skru­pu­lat­nie kon­tro­lo­wa­no jej wy­da­wa­nie. Wy­staw­ne uczty urzą­dza­no tyl­ko od świę­ta i głów­nie w celu au­to­re­kla­my, gdyż suto za­sta­wio­ny stół był naj­bar­dziej wi­docz­ną ozna­ką za­moż­no­ści.

Po­ja­wia­ją­ce się re­gu­lar­nie klę­ski nie­uro­dza­ju spra­wia­ły, że lu­dzie żyli w cią­głym lęku przed gło­dem. Nie ist­nia­ły żad­ne sys­te­my ubez­pie­czeń spo­łecz­nych i eme­ry­tal­nych, moż­na było li­czyć wy­łącz­nie na sie­bie i ro­dzi­nę.

W okre­sie za­bo­rów sy­tu­acja nie­wie­le się zmie­ni­ła, a od­zy­ska­nie nie­pod­le­gło­ści po­prze­dzi­ła I woj­na świa­to­wa, któ­ra zruj­no­wa­ła go­spo­dar­kę. Na te­re­nach wschod­niej, po­łu­dnio­wej i cen­tral­nej Pol­ski znisz­cze­niu ule­gło oko­ło 40% bu­dyn­ków i fa­bryk, stra­ty ma­jąt­ku na­ro­do­we­go w ca­łym kra­ju sza­co­wa­no na 10-15%.

W mia­rę szyb­ki roz­wój spo­wol­ni­ła re­ce­sja z lat 1923-26, a bru­tal­nie za­ha­mo­wał Wiel­ki Kry­zys, któ­ry rol­ni­czą Pol­skę do­tknął jesz­cze bar­dziej niż inne kra­je. Pro­duk­cja prze­my­sło­wa w la­tach 1929-35 spa­dła o 41%, bez­ro­bo­cie osią­gnę­ło po­ziom 43,5%. pła­ce re­al­ne zmniej­szy­ły się o 38%!

Oszczę­dza­no na wszyst­kim, prze­cięt­na ro­dzi­na ogra­ni­czy­ła o jed­ną trze­cią spo­ży­cie cu­kru i nie­mal o po­ło­wę zu­ży­cie wę­gla na opał. W okre­sie wy­cho­dze­nia z kry­zy­su usta­wo­wy ty­dzień pra­cy wy­dłu­żo­no do 48 go­dzin, czy­li ośmiu go­dzin dzien­nie od po­nie­dział­ku do so­bo­ty.

W 2007 roku prze­cięt­na pła­ca w Pol­sce po raz pierw­szy w hi­sto­rii prze­kro­czy­ła ty­siąc do­la­rów!

W 1935 roku go­spo­dar­ka ru­szy­ła ostro do przo­du, ale wszyst­ko znisz­czył wy­buch II woj­ny świa­to­wej. Na zie­miach wcie­lo­nych do Rze­szy oku­pan­ci wy­własz­czy­li nie­mal wszyst­kich wła­ści­cie­li go­spo­darstw rol­nych i za­kła­dów prze­my­sło­wych, w Ge­ne­ral­nej Gu­ber­ni spro­wa­dzi­li Po­la­ków do roli ta­niej siły ro­bo­czej. Sy­tu­acja na te­re­nach oku­po­wa­nych przez ZSRR wy­glą­da­ła po­dob­nie, przy czym wła­sność pry­wat­ną zli­kwi­do­wa­no tam cał­ko­wi­cie. Stra­ty ma­jąt­ku na­ro­do­we­go spo­wo­do­wa­ne gra­bie­żą i znisz­cze­nia­mi wo­jen­ny­mi się­gnę­ły 38%.

Na­rzu­co­ny po 1945 roku sys­tem ko­mu­ni­stycz­ny pod­po­rząd­ko­wał go­spo­dar­kę ide­olo­gii, dla któ­rej obiet­ni­ce pod­no­sze­nia sto­py ży­cio­wej spo­łe­czeń­stwa sta­no­wi­ły je­dy­nie pro­pa­gan­do­wy slo­gan. Do­chód na­ro­do­wy rósł bar­dzo szyb­ko, już w 1950 roku osią­gnął po­ziom przed­wo­jen­ny, jed­nak był to nie­mal wy­łącz­nie efekt roz­wo­ju prze­my­słu cięż­kie­go, wy­do­byw­cze­go i - cze­go nie po­da­wa­no w sta­ty­sty­kach – zbro­je­nio­we­go. Pła­ce re­al­ne po­zo­sta­ły o oko­ło 20% niż­sze od przed­wo­jen­nych. Prze­pro­wa­dzo­na w 1950 roku wy­mia­na pie­nię­dzy po­zba­wi­ła lu­dzi dwóch trze­cich oszczęd­no­ści i wszy­scy sta­li się „rów­ni w bie­dzie”. Jed­nak na­wet bar­dzo skrom­ne pła­ce trud­no było wy­dać, gdyż przez cały okres PRL-u bra­ko­wa­ło pod­sta­wo­wych pro­duk­tów. Od 1945 do 1953 roku i od 1976 do 1988 obo­wią­zy­wał sys­tem re­gla­men­ta­cji ar­ty­ku­łów pierw­szej po­trze­by i trze­ba się było za­do­wo­lić mie­sięcz­nie 2 kg cu­kru, dwie­ma kost­ka­mi ma­sła, 2,5 kg mię­sa, 1 kg mąki. Przy­słu­gi­wa­ła pacz­ka pa­pie­ro­sów na trzy dni, nie­pa­lą­cy mo­gli w za­mian ku­pić ta­blicz­kę cze­ko­la­dy. Przy­dzia­ło­we pół li­tra wód­ki mia­ło sub­sty­tut w po­sta­ci pacz­ki kawy. W 1982 roku wpro­wa­dzo­no tak­że kart­ki na buty (para rocz­nie) i… ob­rącz­ki ślub­ne.

CO DA­LEJ?

prof. Wi­told Or­łow­ski, dy­rek­tor Szko­ły

Biz­ne­su Po­li­tech­ni­ki War­szaw­skiej

Po­ziom ży­cia Po­la­ków w naj­bliż­szych la­tach bę­dzie wzra­stać – o ile oczy­wi­ście nie zda­rzą się ja­kieś nie­ocze­ki­wa­ne ka­ta­stro­fy po­li­tycz­ne czy spo­łecz­ne. Po­la­cy są obec­nie spo­łe­czeń­stwem na do­rob­ku, któ­re bę­dzie zmniej­szać lukę w roz­wo­ju go­spo­dar­czym w sto­sun­ku do na­ro­dów Eu­ro­py Za­chod­niej. Dzię­ki in­we­sty­cjom oraz no­wym tech­no­lo­giom – głów­nie za­im­por­to­wa­nym z kra­jów tech­no­lo­gicz­nie wio­dą­cych – bę­dzie ro­sła prze­cięt­na wy­daj­ność pra­cy pol­skie­go pra­cow­ni­ka, a w ślad za tym jego pła­ca. Sto­sun­ko­wo szyb­ki wzrost do­cho­dów utrzy­ma się co naj­mniej przez naj­bliż­szą de­ka­dę. Z cza­sem, w mia­rę tego, jak pol­scy pra­cow­ni­cy będą się jed­nak sta­wać co­raz droż­si, dy­na­mi­ka wzro­stu ich do­cho­dów bę­dzie się stop­nio­wo ob­ni­żać. Na ho­ry­zon­cie nie wi­dać jed­nak jesz­cze za­gro­żeń, któ­re mia­ły­by ob­ni­żyć ją do zera.

Bo­le­sne skut­ki re­for­my Bal­ce­ro­wi­cza za­tar­ły pa­mięć o tych cza­sach. Zwią­za­ny z nią spa­dek PKB o ok. 16% i wzrost bez­ro­bo­cia do 12-16% był ceną za prze­sta­wie­nie nie­wy­dol­nej go­spo­dar­ki ko­mu­ni­stycz­nej na tory ryn­ko­we. Prze­sta­wie­nie na tyle sku­tecz­ne, że nasz do­chód na­ro­do­wy już pięt­na­sty rok z rzę­du, raz wol­niej, raz szyb­ciej, ale nie­ustan­nie ro­śnie. A wraz z nim po­ziom za­moż­no­ści Po­la­ków – z da­nych CBOS wy­ni­ka, że już 97% go­spo­darstw do­mo­wych po­sia­da ko­lo­ro­wy te­le­wi­zor, 84% lo­dów­kę z za­mra­żar­ką, 71% te­le­fon ko­mór­ko­wy, 57% sa­mo­chód, 47% kom­pu­ter. Jesz­cze nig­dy tak wie­lu ro­da­ków nie po­sia­da­ło tak wie­le.

Woj­ny tyl­ko eg­zo­tycz­ne

Wiecz­ny po­kój jest moż­li­wy tyl­ko na cmen­ta­rzu – o traf­no­ści tej sen­ten­cji Got­t­frie­da Le­ib­ni­za prze­ko­ny­wa­ły się wszyst­kie po­ko­le­nia na­szych przod­ków. Pierw­szy­mi szczę­ścia­rza­mi, któ­rzy mogą w nią wąt­pić, je­ste­śmy my.

Miesz­ko jed­no­czył sło­wiań­skie ple­mio­na ogniem i mie­czem, Bo­le­sław Chro­bry zma­gał się z są­sia­da­mi – Niem­ca­mi, Cze­cha­mi, Ru­si­na­mi. Jego na­stęp­cy wo­jo­wa­li nie tyl­ko z ob­cy­mi, ale to­czy­li nie­ustan­ne boje z we­wnętrz­ną opo­zy­cją. Licz­ba ofiar tych walk jest trud­na do osza­co­wa­nia, po­dob­nie jak skut­ków ry­wa­li­za­cji udziel­nych ksią­żąt w okre­sie roz­bi­cia dziel­ni­co­we­go. Zbroj­ne dru­ży­ny mo­gły po­ja­wić się w każ­dym miej­scu, o każ­dej po­rze, nikt nie mógł czuć się bez­piecz­nie.

Po­la­cy, któ­rzy do­świad­czy­li woj­ny, mają dziś co naj­mniej 70 lat. Młod­si pa­mię­ta­ją naj­wy­żej woj­nę ja­ru­zel­sko-pol­ską.

W XIII wie­ku z głę­bi Azji nad­cią­gnę­ły sie­ją­ce gro­zę hor­dy Ta­ta­rów. Miej­sco­wo­ści, któ­re zna­la­zły się na ich szla­kach – San­do­mierz, Świę­ty Krzyż i dzie­siąt­ki in­nych szły z dy­mem; miesz­kań­ców, któ­rzy nie zdą­ży­li uciec, mor­do­wa­no. Zgi­nę­ło 25-30 tys. osób – po­nad 10% ów­cze­snej po­pu­la­cji. Gdy Ta­ta­rzy osie­dli na Wscho­dzie, przez czte­ry stu­le­cia we­spół z Ko­za­ka­mi gnę­bi­li miesz­kań­ców Kre­sów. Za­gro­żo­na szlach­ta prze­kształ­ca­ła domy i dwo­ry w twier­dze, gro­ma­dzi­ła broń, wy­zna­cza­ła war­tow­ni­ków.

Na pół­no­cy po­dob­ne na­pię­cie wpro­wa­dza­li Krzy­ża­cy. Woj­ny z za­ko­nem trwa­ły z prze­rwa­mi od 1308 do 1525 roku, zgi­nę­ło w nich co naj­mniej 60 tys. ry­ce­rzy, żoł­nie­rzy i cy­wi­lów. Od zwy­cię­stwa pod Grun­wal­dem do hoł­du len­ne­go, któ­ry za­koń­czył kon­flikt, mu­sia­ło jesz­cze mi­nąć 115 lat, ale kry­zys i tak za­że­gna­no na krót­ko. Miej­sce po­ko­na­ne­go pań­stwa za­kon­ne­go za­ję­ły agre­syw­ne Pru­sy.

Pod ko­niec XV wie­ku nowy prze­ciw­nik po­ja­wił się na po­łu­dniu – ro­sną­ce w siłę im­pe­rium tu­rec­kie. Na­stęp­ne stu­le­cie upły­nę­ło pod zna­kiem wo­jen, w któ­rych od­no­si­li­śmy rów­nie wspa­nia­łe zwy­cię­stwa – pod Cho­ci­miem i Wied­niem, jak i upo­ka­rza­ją­ce klę­ski – pod Ce­co­rą i Ka­mień­cem Po­dol­skim. Naj­gor­sze nie­szczę­ście nad­cią­gnę­ło jed­nak zza mo­rza.

Skut­ki szwedz­kie­go „po­to­pu” (1655-1660) do­tknę­ły wszyst­kich. W wal­kach zgi­nę­ło „tyl­ko” 35-40 tys. osób, ale bez­pre­ce­den­so­wa ska­la znisz­czeń po­mno­ży­ła sto­krot­nie licz­bę ofiar. W ru­inie le­gło 60% miast, nie ob­sie­wa­no po­nad po­ło­wy pól – efek­tem był głód i epi­de­mie, któ­re zmniej­szy­ły licz­bę lud­no­ści z ok. 10-11 mln do 7-8 mln. W XVIII wie­ku dzie­ła znisz­cze­nia do­peł­ni­ły woj­na pół­noc­na i bra­to­bój­czy kon­flikt o wła­dzę mię­dzy zwo­len­ni­ka­mi Au­gu­sta II Sasa i Sta­ni­sła­wa Lesz­czyń­skie­go. Po­le­gło w nich ok. 70 tys. zbroj­nych, ofiar cy­wil­nych nie spo­sób osza­co­wać. Osła­bio­na Rzecz­po­spo­li­ta nie była już w sta­nie obro­nić się przed im­pe­rial­ną po­li­ty­ką trzech są­sia­dów i na 123 lata stra­ci­ła nie­pod­le­głość. Ko­lej­ne po­ko­le­nia pa­trio­tów po­dej­mo­wa­ły wal­kę o jej od­zy­ska­nie, ale za­rów­no epo­pe­ja na­po­le­oń­ska, jak i trzy po­wsta­nia – ko­ściusz­kow­skie, li­sto­pa­do­we i stycz­nio­we – je­dy­nie po­więk­szy­ły da­ni­nę krwi.

W cza­sie I woj­ny świa­to­wej za­bor­cy ma­so­wo wcie­la­li Po­la­ków do swo­ich ar­mii, zmu­sza­jąc do wal­ki z no­szą­cy­mi inne mun­du­ry ro­da­ka­mi. Stra­ty sza­cu­je się na mi­ni­mum pół mi­lio­na po­le­głych i 900 tys. ran­nych. Wy­wal­czo­nej za taką cenę nie­pod­le­gło­ści trze­ba było na­tych­miast bro­nić przed na­wa­łą bol­sze­wic­ką. II Rzecz­po­spo­li­ta zwy­cię­ży­ła, lecz już wkrót­ce zna­la­zła się w klesz­czach mię­dzy dwo­ma to­ta­li­ta­ry­zma­mi i po za­le­d­wie 21 la­tach ist­nie­nia pa­dła pod cio­sa­mi hi­tle­row­skich Nie­miec i sta­li­now­skiej Ro­sji. Naj­tra­gicz­niej­sza w na­szych dzie­jach woj­na i oku­pa­cja po­chło­nę­ły oko­ło sze­ściu mi­lio­nów ofiar. Co­dzien­nie gi­nę­ło śred­nio 2900 oby­wa­te­li Pol­ski.

CO DA­LEJ?

prof. Ro­man Kuź­niar – In­sty­tut Sto­sun­ków Mię­dzy­na­ro­do­wych UW

Dzi­siej­szą sy­tu­ację Pol­ski moż­na okre­ślić jako uni­ka­to­wą w ca­łej na­szej hi­sto­rii. Po­ziom bez­pie­czeń­stwa od­po­wia­da naj­wyż­szym stan­dar­dom świa­to­wym – nie ist­nie­je ry­zy­ko wy­bu­chu kon­flik­tu z żad­nym z są­sia­dów, nikt nie zgła­sza wo­bec nas rosz­czeń te­ry­to­rial­nych, na­le­ży­my do naj­po­tęż­niej­sze­go so­ju­szu woj­sko­we­go, ja­kim jest NATO. Nic jed­nak nie jest dane raz na za­wsze. Roz­wój sto­sun­ków mię­dzy­na­ro­do­wych moż­na od­po­wie­dzial­nie pro­gno­zo­wać w per­spek­ty­wie 10-15 lat.

I w tym okre­sie obec­ny stan, czy wręcz bło­go­stan, utrzy­ma się.

Co wy­da­rzy się póź­niej – trud­no prze­wi­dzieć, gdyż nie­uchron­ne są zmia­ny w glo­bal­nym ukła­dzie sił, zwłasz­cza wzrost zna­cze­nia wiel­kich państw azja­tyc­kich. Nie wy­da­je się jed­nak, by kto­kol­wiek wsz­czął dzia­ła­nia zbroj­ne prze­ciw­ko Pol­sce. Chy­ba że za­po­mni­my oza­sa­dzie „lep­sze jest wro­giem do­bre­go” i sami za­an­ga­żu­je­my się w tak trud­ne dziś do prze­wi­dze­nia sy­tu­acje, jak kil­ka lat temu wy­da­wał się udział na­szych żoł­nie­rzy w woj­nie w Ira­ku. Gdy­by tak się sta­ło, może dać o so­bie znać inna za­sa­da – nie­po­żą­da­nych kon­se­kwen­cji, któ­ra spra­wia, że dzia­ła­nia po­dej­mo­wa­ne w celu po­pra­wie­nia ist­nie­ją­ce­go sta­nu po­wo­du­ją jego po­gor­sze­nie.

Po­wo­jen­ny po­dział Eu­ro­py na stre­fy wpły­wów na pół wie­ku po­zba­wił Pol­skę su­we­ren­no­ści. W la­tach 1945-1948 w wal­kach z ro­dzi­my­mi ko­mu­ni­sta­mi i jed­nost­ka­mi NKWD po­le­gły co naj­mniej 3 tys. żoł­nie­rzy pod­zie­mia, na 1,5 tys. wy­ko­na­no wy­ro­ki śmier­ci, po­nad 150 tys. prze­ciw­ni­ków re­żi­mu uwię­zio­no. Rów­no­wa­ga stra­chu mię­dzy mo­car­stwa­mi sta­no­wi­ła sku­tecz­ną za­po­rę przed wy­bu­chem kon­flik­tu na wiel­ką ska­lę. Krew lała się jed­nak we­wnątrz kra­ju. W czerw­cu 1956 roku pod­czas bun­tu zgi­nę­ło 57 osób, w grud­niu 1970 na Wy­brze­żu – 44, bi­lans sta­nu wo­jen­ne­go to 100 po­le­głych i za­mor­do­wa­nych. Upa­dek ko­mu­ni­zmu w 1989 roku nie po­cią­gnął już za sobą dal­szych ofiar. 10 lat póź­niej Pol­ska wstą­pi­ła do NATO – naj­po­tęż­niej­sze­go so­ju­szu mi­li­tar­ne­go współ­cze­sne­go świa­ta, za­pew­nia­jąc so­bie po raz pierw­szy so­lid­ne gwa­ran­cje bez­pie­czeń­stwa.

Woj­na z ter­ro­ry­zmem i wy­ni­ka­ją­cy z niej udział na­szych żoł­nie­rzy w mi­sjach w Ira­ku i Afga­ni­sta­nie wzbu­dzi­ły na nowo po­czu­cie za­gro­że­nia. W cią­gu pię­ciu lat woj­ny irac­kiej zgi­nę­ło 28 Po­la­ków. War­to przy­kła­dać do tych wy­da­rzeń wła­ści­we pro­por­cje, bo cho­ciaż każ­da śmierć jest tra­ge­dią, na­praw­dę trud­no zna­leźć w prze­szło­ści tak spo­koj­ne i bez­piecz­ne cza­sy jak na­sze.

Cie­pło, co­raz cie­plej

Co prawda wszyscy z niepokojem myślimy o globalnym ociepleniu i jego ewentualnych skutkach, ale – przynajmniej na razie – nie powinniśmy narzekać na pogodę. W przeszłości bowiem klimat nas nie oszczędzał. Ziemię co jakiś czas nawiedzają epoki lodowcowe i za każdym razem wywierają wielki wpływ na naszą ewolucję czy cywilizację. 7 mln lat temu zlodowacenie doprowadziło do suszy w Afryce, która wygoniła naszych dalekich prapraprzodków z kurczących się lasów tropikalnych i zmusiła ich do przeniesienia się na mniej gościnną sawannę. 74 tys. lat temu pyły wyrzucone przez sumatrzański wulkan Toba przesłoniły niebo – ochłodzenie zdziesiątkowało populację Homo sa­piens i prawdopodobnie było przyczyną, dla której pierwsi osadnicy opuścili macierzysty Czarny Ląd.

Dzi­siej­szy kli­mat jest dla nas zde­cy­do­wa­nie naj­lep­szy. Gdy­by tak tyl­ko uda­ło się ten stan utrzy­mać…

W latach 1570-1900 niska aktywność Słońca doprowadziła do tzw. Małej Epoki Lodowej, która zaowocowała m.in. latami nieurodzaju i wojnami. Do tego jeszcze w 1815 roku eksplodował kolejny wulkan – indonezyjski Gunung Tambora – wychładzając atmosferę do tego stopnia, że rok 1816 nazwano „rokiem bez lata” (Europę i Amerykę Północną nawiedziła wówczas klęska głodu, a Mary Shelley zaczęła pisać Fran­ken­ste­ina). Ocieplenia natomiast z reguły były dla nas korzystne. Na przykład w średniowieczu (lata 800-1200 n.e.) klimat złagodniał na tyle, że możliwe stało się nawet zasiedlenie Grenlandii, a Europa przeżywała wyż demograficzny.

CO DA­LEJ?

prof. Alan Weisman z Arizona University, autor książki Świat bez nas

Jak za­pew­nia­ją na­ukow­cy, żad­ne lo­dow­ce nie za­sko­czą nas przez naj­bliż­sze 15 tys. lat. Chy­ba że – do­po­wia­da­ją nie­któ­rzy rów­nie wy­bit­ni ucze­ni – słod­ka woda z top­nie­ją­cych lo­dow­ców gren­landz­kich ozię­bi Prąd Za­to­ko­wy na tyle, by jego bieg się za­trzy­mał. W ten spo­sób wiel­ki pas trans­mi­syj­ny, nio­są­cy wo­kół kuli ziem­skiej cie­płe wody, za­sto­pu­je. Spo­wo­do­wa­ło­by to po­wrót epo­ki lo­dow­co­wej do Eu­ro­py i na wschod­nie wy­brze­że Ame­ry­ki Pół­noc­nej mimo glo­bal­ne­go ocie­ple­nia. W trze­cim, naj­bar­dziej po­żą­da­nym sce­na­riu­szu, te dwie skraj­ne ten­den­cje mo­gły­by zła­go­dzić się wza­jem­nie na tyle, by utrzy­mać po­śred­nie tem­pe­ra­tu­ry.

W XX wie­ku tem­pe­ra­tu­ry nie­wąt­pli­wie wzro­sły – ucze­ni wciąż spie­ra­ją się, czy z po­wo­du roz­wo­ju na­szej cy­wi­li­za­cji, czy ra­czej z przy­czyn na­tu­ral­nych – do po­zio­mu, któ­ry nadal jest dla nas wręcz kom­for­to­wy. Co praw­da zda­rza­ją się zja­wi­ska eks­tre­mal­ne, ta­kie jak hu­ra­ga­ny, su­sze czy po­wo­dzie, ale wciąż są one sto­sun­ko­wo rzad­kie, przy­najm­niej w na­szym re­gio­nie. Mamy na­to­miast wy­jąt­ko­wo ła­god­ne zimy, któ­re co praw­da nie wzbu­dza­ją en­tu­zja­zmu u mi­ło­śni­ków nar­ciar­stwa, ale z dru­giej stro­ny są ko­rzyst­ne dla na­sze­go zdro­wia (mniej wy­pad­ków) i kie­sze­ni (niż­sze ra­chun­ki za ogrze­wa­nie). Tak więc ciesz­my się tym ocie­ple­niem, póki jest umiar­ko­wa­ne, nie za­po­mi­na­jąc przy tym, że w przy­szło­ści może już nie być tak miło…

Wer­dykt: lep­sze ju­tro jest dziś!

Naj­bar­dziej po­nu­rym na­ro­dem świa­ta są Buł­ga­rzy, naj­bar­dziej za­do­wo­lo­nym z sie­bie – Szwaj­ca­rzy. Ta­kie wnio­ski pły­ną z mię­dzy­na­ro­do­wych ba­dań po­zio­mu opty­mi­zmu. Ucze­ni zwra­ca­ją uwa­gę, że na­wet bar­dzo bied­ne na­ro­dy oce­nia­ją swą kon­dy­cję na co naj­mniej pięć w 10-stop­nio­wej ska­li, ale też ża­den kraj nie osią­gnął mak­sy­mal­ne­go wy­ni­ku. To efekt bu­do­wy ludz­kie­go mó­zgu. Ma on pe­wien usta­lo­ny po­ziom od­czu­wa­nia szczę­ścia, któ­ry chro­ni więk­szość z nas przed po­pad­nię­ciem w de­pre­sję i bier­ność. Z dru­giej stro­ny na­wet naj­bar­dziej ra­do­sne wy­da­rze­nia szyb­ko nam po­wsze­dnie­ją – za­wsze uwa­ża­my, że mo­gli­by­śmy za­ra­biać wię­cej, wy­glą­dać mło­dziej… W ten spo­sób mózg chro­ni nas przed po­pad­nię­ciem w sa­mo­za­do­wo­le­nie, któ­re – przy­najm­niej w daw­nych cza­sach – mo­gło być rów­nie groź­ne jak de­pre­sja. Dla­te­go w słyn­nym pol­skim na­rze­ka­niu jest tro­chę sen­su, o ile tyl­ko dzia­ła ono na nas mo­ty­wu­ją­co. Bo sko­ro dziś jest nam do­brze, to trze­ba jesz­cze za­dbać o przy­szłe po­ko­le­nia.

Jan Stra­dow­ski

Szef dzia­łu na­uki „Fo­cu­sa”

Ka­zi­mierz Pyt­ko

Dzien­ni­karz, pu­bli­cy­sta, po­dróż­nik,

z wy­kształ­ce­nia po­li­to­log.

Pu­bli­ko­wał m.in. we „Wprost”,

w „Suk­ce­sie”, „Ży­ciu War­sza­wy”.

Lau­re­at Na­gro­dy Ki­sie­la z 1990 roku.

Cywilizacja niecierpliwości

W XXI wie­ku pręd­kość sta­ła się bo­giem, a czas sza­ta­nem. Nie­mal wszy­scy cho­ru­je­my na nie­cier­pli­wość. I nie ma od tego uciecz­ki.

au­to­rzy Jo­an­na Ni­ko­dem­ska, Jan Stra­dow­ski

Niektóre restauracje McDonald’s oferują lunch w ciągu 90 sekund. Wizyta lekarska trwa średnio osiem minut. Politycy odpowiadają na pytania zazwyczaj w osiem sekund, bez względu na stopień złożoności zagadnienia. Bufet „Jedz do syta” w Tokio wystawia rachunek na podstawie tempa konsumpcji: im szybciej jesz, tym mniej płacisz. Wiele punktów wywołuje zdjęcia w godzinę, aby urlopowicze mogli zabrać ze sobą fotografie z wakacji. Optymalny czas czekania na windę wynosi 15 sekund – później pasażer zaczyna się niecierpliwić. M.J. Ryan w książce Po­tę­ga cier­pli­wo­ści wymienia więcej przykładów dowodzących, w jak permanentnym pośpiechu żyjemy. I przyznaje, że niecierpliwość dotyczy także jej – autorki poradników! Denerwuje się, gdy komputer zbyt długo się uruchamia, kilkakrotnie wciska przycisk windy w nadziei, że przyjedzie szybciej. Unika kolejek do kasy. Kupuje gotowe potrawy i podgrzewa je w mikrofalówce. Żeby było szybciej.

„Jedną z miar prędkości XX wieku są naddźwiękowe trzy i pół godziny, w czasie których concorde pokonuje odległość z Nowego Jorku do Paryża” – sugeruje James Gleick w słynnej książce Szyb­ciej. To wariactwo dotyczy nie tylko maluczkich.

„Mam za­miar się za­bić” – żar­to­wał Wo­ody Al­len. „Po­wi­nie­nem wy­brać się do Pa­ry­ża i sko­czyć z wie­ży Eif­fla. Będę mar­twy. W isto­cie, je­że­li po­le­cę con­cor­de’em, mogę się za­bić trzy go­dzi­ny wcze­śniej, to by­ło­by ide­al­nie. Chwi­lecz­kę. Dzię­ki róż­ni­cy cza­sów mógł­bym być żywy przez sześć go­dzin w No­wym Jor­ku, lecz mar­twy przez trzy go­dzi­ny w Pa­ry­żu. Mogę za­ła­twić swo­je spra­wy i mogę tak­że być mar­twy”.

Śmiesz­ne, praw­da? Ale ocie­ra się o rze­czy­wi­stość. Wciąż gdzieś pę­dzi­my. Na­no­se­kun­da to nasz wy­znacz­nik pręd­ko­ści, któ­rej przy­świe­ca ha­sło „nie trać ani mi­nu­ty”. Do­wo­dy są wszę­dzie: skrzy­żo­wa­nia ulic, punk­ty po­bo­ru opłat na au­to­stra­dach, kla­wi­sze szyb­kie­go wy­bie­ra­nia nu­me­rów te­le­fo­nicz­nych, pi­lo­ty. „Samo ich ist­nie­nie w rę­kach nie­cier­pli­wych wi­dzów – ro­bią­cych kil­ka rze­czy na­raz, skłon­nych do zmian ka­na­łów i nad­uży­wa­nia szyb­kie­go prze­wi­ja­nia – spo­wo­do­wa­ło przy­spie­sze­nie tem­pa fil­mów i re­klam te­le­wi­zyj­nych” – pi­sze Gle­ick. „So­cjo­lo­go­wie w wie­lu kra­jach za­uwa­ża­ją, że wzrost bo­gac­twa i wy­kształ­ce­nia przy­no­si ze sobą stres zwią­za­ny z cza­sem. Są­dzi­my, że mamy go za mało i ży­je­my zgod­nie z tym mi­tem. W rze­czy­wi­sto­ści je­ste­śmy oto­cze­ni przez przed­mio­ty, za­le­wa­ni przez in­for­ma­cje, wia­do­mo­ści, sta­re śmie­ci i błysz­czą­ce nowe za­baw­ki na­szej skom­pli­ko­wa­nej cy­wi­li­za­cji i – co być może jest dziw­ne – ten tłok prze­kła­da się na pręd­kość. Ży­je­my w szu­mie”.

Jeszcze dziwniejsze staje się to, gdy uświadomimy sobie, że Homo sa­piens jest bezapelacyjnie najmniej impulsywnym stworzeniem na ziemi. Potrafimy odwlekać w czasie mniejsze i większe przyjemności, inwestować w coś, co przyniesie nam korzyść dopiero po wielu godzinach, dniach czy latach. Dzięki zdolności do planowania, czekania i upartego dążenia do celu stworzyliśmy całą naszą cywilizację. Dlaczego więc teraz tak łatwo porzucamy cierpliwość?

Szyb­cy lub mar­twi

Pośpiech, w jakim żyjemy, wydaje się znakiem naszych czasów. Często wzdychamy, że „dawniej” panował większy spokój, a ludzie nie musieli uczestniczyć w wyścigu szczurów. Czy aby na pewno? Jeśli cofniemy się do początków naszego gatunku, okaże się, że szybkie życie wcale nie jest nowym wynalazkiem. Takiego zdania jest prof. Robert Sussman z Washington University, autor książki Man the Hun­ted (Człowiek łowny). Jego zdaniem przez setki tysięcy lat hominidy padały ofiarą silniejszych od nich drapieżników: tygrysów szablozębnych, niedźwiedzi, olbrzymich hien i orłów.

Prof. Lyn­ne Is­bell z Uni­ver­si­ty of Ca­li­for­nia w Da­vis do­da­je do tej li­sty licz­ne ga­tun­ki ja­do­wi­tych węży, któ­re za­gra­ża­ły ssa­kom na­czel­nym od mi­lio­nów lat. To pod wpły­wem tych czyn­ni­ków kształ­to­wał się ludz­ki mózg i jego wy­jąt­ko­we zdol­no­ści – twier­dzą ucze­ni. Dla­te­go wła­śnie mamy do­bry wzrok, szyb­ki re­fleks i po­tra­fi­my zaj­mo­wać się jed­no­cze­śnie wie­lo­ma rze­cza­mi. Im­pul­syw­ność była więc bar­dzo cen­na. Ba, nie­któ­rzy ba­da­cze przy­pusz­cza­ją wręcz, że to, co dziś na­zy­wa­my de­fi­cy­tem uwa­gi (ADD), u na­szych przod­ków mo­gło być przy­sto­so­wa­niem do ży­cia w zmien­nym śro­do­wi­sku, peł­nym bodź­ców i za­gro­żeń.

Jed­nak roz­wój cy­wi­li­za­cji nie był­by moż­li­wy bez zdro­wej daw­ki cier­pli­wo­ści. Wie­my już, że daw­ne spo­łecz­no­ści trud­ni­ły się głów­nie żmud­nym, mo­no­ton­nym zbie­rac­twem. Na­dej­ście rol­nic­twa tyl­ko po­głę­bi­ło ten trend – dłu­gie mie­sią­ce pra­cy na roli i cze­ka­nia na zbio­ry były przy­gryw­ką do bar­dziej da­le­ko­sięż­nych pla­nów i in­we­sty­cji, dzię­ki któ­rym po­wsta­ły mia­sta, ban­ki czy uni­wer­sy­te­ty. Do­pie­ro sto­sun­ko­wo nie­daw­no oka­za­ło się, że wie­le dóbr moż­na zdo­być bez cier­pli­we­go ocze­ki­wa­nia – i stąd wła­śnie wzię­ła się ka­rie­ra fast fo­odów, ca­ło­do­bo­wych skle­pów i bły­ska­wicz­nych ran­dek.

Te ostat­nie nie są jed­nak wca­le nie­na­tu­ral­nym pro­duk­tem dzi­siej­szych cza­sów. Wbrew po­zo­rom kil­ku­mi­nu­to­wa roz­mo­wa z po­ten­cjal­nym part­ne­rem wy­star­cza, by­śmy mo­gli – oczy­wi­ście pod­świa­do­mie – oce­nić, czy chce­my na­wią­zać z nim bliż­szą zna­jo­mość. „Wie­le osób de­kla­ru­je, że szu­ka ko­goś o zbli­żo­nym tem­pe­ra­men­cie czy sta­tu­sie spo­łecz­nym, ale tak na­praw­dę naj­waż­niej­sze jest po pro­stu pierw­sze wra­że­nie” – twier­dzi dr Ro­bert Kurz­ban, psy­cho­log ewo­lu­cyj­ny z Uni­ver­si­ty of Pen­n­sy­lva­nia, ba­da­ją­cy fe­no­men bły­ska­wicz­nych ran­dek. Męż­czyź­ni zwra­ca­ją uwa­gę na zgrab­ną syl­wet­kę, ko­bie­ty – na wzrost i re­gu­lar­ne rysy twa­rzy. Ta pierw­sza po­bież­na oce­na de­cy­du­je o ewen­tu­al­nym cią­gu dal­szym i tak też było w prze­szło­ści. Pod tym wzglę­dem nasz me­cha­nizm do­bie­ra­nia się w pary nie od­bie­ga zbyt­nio od tego, któ­ry obo­wią­zu­je w świe­cie zwie­rząt.

SPECJALNIE DLA „FOCUSA” prof. Earl Hunt, psycholog i informatyk z University of Washington, autor książek Will We Be Smart Eno­ugh? orazThe Ma­the­ma­tics of Be­ha­vior.

Ewo­lu­cja dała ludz­ko­ści wiel­ką prze­wa­gę nad in­ny­mi ga­tun­ka­mi. Je­ste­śmy wszyst­ko­żer­ni, mamy nie­po­rów­ny­wal­nie bar­dziej ela­stycz­ny i zło­żo­ny ję­zyk niż inne stwo­rze­nia, a tak­że po­tra­fi­my ste­ro­wać swą uwa­gą znacz­nie le­piej niż ja­kie­kol­wiek zna­ne nam zwie­rzę. To po­zwa­la nam roz­my­ślać o czymś, co nie dzie­je się w da­nej chwi­li. W ten spo­sób do­szło do wy­na­le­zie­nia pi­sma, któ­re z ko­lei do­pro­wa­dzi­ło do po­wsta­nia my­śle­nia abs­trak­cyj­ne­go i nie­da­ją­cej się z ni­czym po­rów­nać moż­li­wo­ści prze­ka­zy­wa­nia idei w cza­sie i prze­strze­ni.

Jed­nak choć na­sze moż­li­wo­ści ro­sną, to na­sze mó­zgi nie są więk­sze niż u lu­dzi z Crô-Ma­gnon (w rze­czy­wi­sto­ści może na­wet są tro­chę mniej­sze!). Po raz pierw­szy mamy do czy­nie­nia prze­sy­tem in­for­ma­cji, któ­ry do­pro­wa­dził do dwóch waż­nych zmian. Pierw­sza to moż­li­wość ko­mu­ni­ko­wa­nia się z ludź­mi od­le­gły­mi o 5 tys. km, co jest miłe, ale po­zwa­la nam igno­ro­wać tych, któ­rzy żyją obok nas. Ten nowy ro­dzaj ko­mu­ni­ka­cji świet­nie na­da­je się do prze­sy­ła­nia idei, ale go­rzej w przy­pad­ku sub­tel­nych sy­gna­łów emo­cjo­nal­nych. Owszem, wi­de­okon­fe­ren­cje są cza­sem uży­tecz­ne, ale nie za­stą­pią praw­dzi­we­go spo­tka­nia. Spójrz­my na bie­żą­ce wy­da­rze­nia – dla­cze­go po­li­ty­cy jeż­dżą do in­nych kra­jów na spo­tka­nia? Bo w tym przy­pad­ku ko­niecz­na jest ko­mu­ni­ka­cja oso­bi­sta!

Dru­gi pro­blem do­ty­czy po­dziel­no­ści uwa­gi, za­rzą­dza­nia cza­sem, wie­lo­za­da­nio­wo­ści itd. Choć je­ste­śmy w tym wszyst­kim lep­si niż, po­wiedz­my, szym­pan­sy, to jed­nak nie tak do­brzy, jak się nam zda­je. Ko­lej­ne ba­da­nia po­ka­zu­ją, że gdy lu­dzie dzie­lą czas mię­dzy róż­ne czyn­no­ści, mogą zu­peł­nie prze­ga­pić sy­gnał z jed­ne­go ka­na­łu, gdy aku­rat są na­sta­wie­ni na dru­gi. Przy­kład z ży­cia co­dzien­ne­go – kie­row­ca roz­ma­wia­ją­cy przez te­le­fon w cza­sie jaz­dy czę­sto nie jest świa­do­my gro­żą­cych ko­li­zją sy­tu­acji. To bar­dzo wy­mow­ne – nad­miar wie­lo­za­da­nio­wo­ści skut­ku­je tym, że nie do­strze­ga­my błę­dów, póki nie do­pro­wa­dzą one do ja­kiejś ka­ta­stro­fy.

Go­ni­twa bodź­ców

To tyl­ko je­den z do­wo­dów na to, że źró­deł ludz­kiej nie­cier­pli­wo­ści na­le­ży szu­kać w me­cha­ni­zmach rzą­dzą­cych mó­zgiem. O ile jed­nak przez wie­le ty­siąc­le­ci uda­wa­ło nam się za­cho­wy­wać zdro­wą rów­no­wa­gę mię­dzy im­pul­syw­no­ścią a po­wścią­gli­wo­ścią, o tyle dziś coś za­czę­ło się tu psuć. I wie­le wska­zu­je, że winę po­no­szą co­raz swo­bod­niej­sze oby­cza­je i wszech­obec­na na­tręt­na re­kla­ma.