Próba miłości. Jak pokochać cudze dziecko - Katarzyna Klejnocka, Jarosław Klejnocki - ebook
Opis

Katarzyna i Jarosław Klejnoccy byli spełnionymi rodzicami dwójki dzieci, kiedy poznali Asię, sympatyczną nastolatkę z domu dziecka. Po kilku miesiącach znajomości postanowili, że spróbują stworzyć jej dom zastępczy. W swojej książce dzielą się wątpliwościami i rozterkami, przed którymi stanęli, podejmując tę ważną decyzję. Zadają też trudne i odważne pytania: o stan opieki społecznej w naszym kraju, o zadania i powinności rodzica, wreszcie – o odpowiedzialność osoby, która dostała szansę na nowe życie. Próba miłości to poruszający dwugłos małżeński o doświadczeniu rodzicielstwa zastępczego.

To książka dla wszystkich, którzy być może zastanawiają się nad rodzicielstwem zastępczym albo mierzą się z własnymi oczekiwaniami w stosunku do dzieci, które już przyjęli pod swój dach. Towarzyszy jej przesłanie, że dzieci, szczególnie te, które wychowywały się w domu dziecka lub pochodzą z bardzo trudnych rodzin, niezależnie od tego, ile mają lat, potrzebują rodziny. Ta książka nie przedstawia cukierkowego obrazu życia, jednak uważny czytelnik być może znajdzie w niej to samo co ja — nadzieję i siłę, którą dziecku daje rodzina, choćby taka na krótką chwilę.

Joanna Luberadzka-Gruca, Fundacja Przyjaciółka, Koalicja na rzecz Rodzinnej Opieki Zastępczej

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 235

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Seria BEZ FIKCJI O…

Już w księgarniach:

Joanna Woźniczko-Czeczott, Macierzyństwo non-fiction. Relacja z przewrotu domowego

Rachel Cusk, Po. O małżeństwie i rozstaniu

Sylwia Szwed, Mundra

Rachel Cusk, Praca na całe życie. O początkach macierzyństwa

Joanna Jagiełło, Hotel dla twoich rzeczy. O życiu, macierzyństwie i pisaniu

Katarzyna Klejnocka i Jarosław Klejnocki

Próba miłości

Jak pokochać cudze dziecko

Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż jednorazowe pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Projekt okładki Marianna Sztyma

Projekt typograficzny Robert Oleś /d2d.pl

Fotografia Autorów pochodzi z ich archiwum rodzinnego

Copyright © by Katarzyna i Jarosław Klejnoccy, 2014

Opieka redakcyjna Łukasz Najder

Redakcja Tomasz Zając

Korekty Joanna Mika-Orządała /d2d.pl, Elwira Zapałowska /d2d.pl

Redakcja techniczna i skład Robert Oleś /d2d.pl

ISBN 978-83-7536-892-5

Dziecko musi wiedzieć, że jest kochane, bo tylko wtedy zdecyduje się na niebezpieczny krok – pokocha innych.

Mark Vernon, Kochaj siebie i rób, co chcesz, przeł. Ludwika Włodek

Wasze dzieci nie są waszą własnością;

są synami i córkami samej mocy życia.

Jesteście ich rodzicami, ale nie stworzycielami.

Mieszkają z wami, a mimo wszystko do was nie należą:

Możecie dać im swą miłość, lecz nie wasze idee,

ponieważ one mają swoje idee.

Możecie dać dom ich ciałom,

ale nie ich duszom, ponieważ ich dusze mieszkają w domu przyszłości, którego wy nie możecie odwiedzać nawet w waszych snach.

Możecie wysilać się, by dotrzymać im kroku, ale nie żądać, by byli podobni do was, ponieważ Życie się nie cofa ani nie może zatrzymać się na dniu wczorajszym.

Wy jesteście jak łuk, z którego wasze dzieci, jak żywe strzały, zostały wyrzucone naprzód;

Strzelec mierzy do celu na szlaku nieskończoności i trzyma cięciwę napiętą całą swą mocą, żeby strzały mogły poszybować szybko i daleko.

Poddajcie się z radością rękom Strzelca, ponieważ on kocha równą miarą i strzały, które szybują, i łuk, który pozostaje niewzruszony.

Khalil Gibran, Prorok (fragm.), przeł. Piotr Madej

Wstęp

Nasza książka jest opowieścią o tym, jak zostaliśmy rodziną zastępczą. Przedstawiona tu historia, jej szczegóły – zwłaszcza te dotyczące rozmaitych zabiegów formalnych, którym musieliśmy zadośćuczynić na wychowawczej drodze – w jakiś sposób obrazuje problemy, kłopoty i wyzwania stojące dziś w Polsce przed rodzinami, które zdecydują się pójść podobnym szlakiem.

Nie chcieliśmy się skupiać jedynie na urzędniczych aspektach i procedurach; nie chcieliśmy, aby nasza historia była jedynie swego rodzaju poradnikiem. Opowiadamy więc głównie o tym, jak wyglądało codzienne życie, jak sobie radziliśmy z naszą przybraną córką – całkiem zresztą dojrzałą, gdy do nas trafiła – i jak ona sobie, w naszych oczach, radziła z nami i nową dla siebie sytuacją.

Opisujemy zatem, jak do tego doszło, że poznaliśmy Asię, dlaczego w konsekwencji zaproponowaliśmy jej, że zostaniemy dla niej rodziną zastępczą, i jak to się stało, że ona się na to zgodziła.

Bez owijania w bawełnę staramy się także opowiedzieć o tym, jak przebiegały nasze starania o otrzymanie statusu rodziny zastępczej oraz jak przebiegało nasze życie z Asią już pod jednym dachem. Nie jest to cukierkowata historia; nie chcieliśmy ani przedstawiać wyidealizowanego wizerunku rodziny zastępczej, ani też zachęcać innych do podobnego kroku, jaki sami uczyniliśmy.

Przeciwnie, staraliśmy się naszą przygodę opisać bez unikania zagadnień trudnych i dyskusyjnych; raczej nie prezentujemy w niej dobrych rad, tylko dzielimy się naszymi wątpliwościami. Piszemy też o tych naszych błędach, które – z perspektywy czasu – wydają się nam oczywiste.

Nasza książka opisuje istotny fragment historii rodzinnej, w której codzienne trwanie wtargnęły wydarzenia niecodzienne. Nie chcielibyśmy, aby czytano ją jako opowieść o naszym poświęceniu czy wyjątkowości; nie to jest naszą intencją. Przedstawiamy raczej coś w rodzaju dygresyjnego dziennika podróży rodzinnej przez specyficzny dla nas czas.

Chcieliśmy być szczerzy w naszej narracji, miejscami aż „do bólu”. Ta historia jest więc też w pewnym sensie spowiedzią lub lepiej: wyznaniem. Mamy jednak nadzieję, że nie przekroczyliśmy w niej granicy, za którą spoczywa niestosowność, zwana w dawniejszych, przyzwoitszych czasach – ekshibicjonizmem.

To, co dotyczy rodzin zastępczych, dotyczy też – w pewnym stopniu – rodzin adopcyjnych. Kandydaci na oba typy rodzin przechodzą w Polsce w zasadzie ten sam rodzaj kursu i podlegają podobnym procedurom kwalifikacyjnym. Problemy, przed jakimi stają, też są w sporej mierze te same, różnice polegają na innym rozłożeniu akcentów. Zatem i przyszłym rodzicom adopcyjnym dedykujemy tę książkę.

Pierwsze spotkanie

KASIA: O Asi, a właściwie o grupce dziewczyn – nastolatek z domu dziecka w S. – usłyszałam od wolontariuszki z tego ośrodka, Zosi, która przyjechała do Warszawy szukać pracy. Znalazła ją w końcu w naszej podwarszawskiej miejscowości jako opiekunka dwóch małych dziewczynek. Jedna z jej podopiecznych chodziła do przedszkola razem z moją córką i stąd ta znajomość. Wolontariuszka opowiadała mi, jak źle mają dzieci w tym domu dziecka, że są zaniedbywane przez wychowawców, że nie mają porządnych ubrań. Ona sama zresztą bez przerwy organizowała dla nich zbiórki odzieży i innych rzeczy, robiła paczki i wysyłała je do placówki.

Pewnego dnia oznajmiła mi, że dziewczyny planują udać, że jadą na ferie do rodziców, a tak naprawdę przyjadą do niej, i spytała, czy nie mogłabym jej pomóc w zorganizowaniu transportu z Dworca Zachodniego do naszej miejscowości.

JAREK: Ni stąd, ni zowąd Kasia powiedziała mi, że dziewczyny z domu dziecka w S. uciekły i zamierzają przyjechać na kilka dni ferii zimowych. Wzruszyłem ramionami, bo, szczerze powiedziawszy, do tej pory interesowałem się tymi sprawami dość powierzchownie. Trochę niby pomagałem żonie, która współpracując z naszą znajomą, organizowała akcje zbierania prezentów gwiazdkowych dla wychowanków tejże placówki, wreszcie – pomagałem też samej naszej znajomej w urządzaniu domu na przyjęcie dzieci. Ale nie z własnej inicjatywy, tylko wtedy, gdy bywałem poproszony, no i z ociąganiem, bo nie miałem w sobie entuzjazmu. To były takie prace organizacyjne: coś przywieźć, jakiś mebel załatwić, poprzestawiać sprzęty w domu, przypilnować i obsłużyć psa (mały fajny york o imieniu Luka), gdy jego właścicielka wyjeżdżała kolejny raz w dziecięcych interesach gdzieś w Polskę.

Raz na przykład Kasia zapytała mnie, czy nie pojechałbym do Młocin, a to około pięćdziesięciu kilometrów od naszego domu, by od przyjaciół przywieźć szafę do nowego domu naszej znajomej, przygotowującej właśnie lokum dla rodzeństwa z placówki. Nie odmówiłem, choć wyprawa wiązała się z licznymi utrudnieniami. Szafa, nawet rozłożona na czynniki pierwsze, nie mieściła się w naszej skodzie fabii kombi, co przewidywałem w swych pesymistycznych wizjach – musiałem więc jechać pomalutku z otwartym bagażnikiem przez całą Warszawę. Przypomniał mi się od razu film Cena strachu z Yves’em Montandem. Co prawda nie wiozłem, jak on, nitrogliceryny, tylko stertę desek, ale spotkanie z policją na Wisłostradzie w mojej sytuacji to też nie byłyby przelewki.

Cały ten czas byłem jednak gdzieś trochę obok. Wtedy traktowałem zaangażowanie i poświęcenie mojej żony w kategoriach swoistego kaprysu, tyleż szlachetnego, co tymczasowego.

Nieco mnie to irytowało, nie przeczę, bo miałem wrażenie – mówiąc górnolotnie – że odrywam się w ten sposób od ważniejszych zajęć w moim życiu, zapewne też odzywało się wrodzone lenistwo. I jakoś też nie bardzo mi się chciało użalać nad obcymi dziećmi, skoro nasze własne nie były aniołkami i wysysały naszą energię.

Starałem się jednak chować negatywne uczucia wewnątrz i nie wypowiadać się krytykancko – zwyczajnie, by nie robić przykrości żonie. Choć wciąż nie umiałem się pozbyć interpretowania jej postawy w kategoriach bezinteresownego i zapewne szlachetnego, acz męczącego nieco otoczenie, dziwactwa.

A ona w swojej pracy cierpliwie i z twardą upierdliwością kogoś przekonanego co do celu swoich działań nakłaniała kolegów i koleżanki, by ci zechcieli spełnić marzenia dzieci z placówki i wyasygnowali te kilkadziesiąt lub kilkaset złotych na prezenty. To znaczy na zakup jakichś wymarzonych ubrań, kosmetyków, a także empetrójek czy podobnych urządzeń, bez posiadania których dziecko w dzisiejszych czasach czuje się gorsze od innych. Nawet jeśli zdawałem sobie sprawę, że niektórzy obdarowani tym dobrem wychowankowie szybko sprzedadzą prezenty, by podreperować swój placówkowy budżet, uznałem, że nic nam do tego. Chodziło o gest, o znak sympatii, o sygnał, że ktoś jednak o nich myśli i się stara.

Koncentrowaliśmy się więc na działaniu, które skutkowało położeniem paczek pod choinką, resztę pozostawiając już samym obdarowanym.

Potem, w placówce, potwierdzono nasze, a raczej moje, domniemania, dając nam jednoznacznie do zrozumienia, że była to czysta naiwność z naszej strony, bo oczywiście część dzieciaków szybko pozbywała się darowanych gadżetów za gotówkę. Ale, jak wspomniałem, kompletnie się tym nie przejmowaliśmy. Dla nas liczył się dar, który my sami, a także namówieni przez Kasię ludzie z jej pracy, byli skłonni ofiarować. Była to jednak pierwsza konfrontacja naszych przekonań czy wyobrażeń z twardą rzeczywistością. Weryfikacja naszego, no właśnie – idealizmu? Poczucia szlachetności? Potrzeby bycia dobrym – we własnym choćby mniemaniu?

Bo też jakie jest przekonanie o pensjonariuszach publicznych domów dziecka? Że są zaniedbani, że żyją w zacofaniu cywilizacyjnym i społecznym, że niedoinwestowanie finansowe skazuje ich na swoisty rodzaj wegetacji. To w dużej mierze prawda, ale z drugiej strony te dzieci są doświadczone przez los, w jakimś stopniu sprytne oraz nastawione egoistycznie wobec świata. Gdy potrzebują więc gotówki – na bardziej i mniej szlachetne oraz bardziej i mniej osobiste cele (kieszonkowe w domach dziecka jest symboliczne) – zwyczajnie skłonne są sprzedać to, co otrzymują w darze od obcych ludzi, którzy tymczasem wyobrażają sobie, że poprzez darowiznę czynią dobro lub przyczyniają się do poprawy bytu tych dzieci.

No ale rzeczy już się działy: dziewczyny uciekły z domu dziecka i miały pojawić się w naszej wsi. Polityka domu dziecka w S. w sprawie ucieczek – albo inaczej: samowolnych oddaleń się wychowanków – budziła od początku mój głęboki wewnętrzny sprzeciw. Dyrekcja placówki w takich sytuacjach zazwyczaj nie powiadamiała policji ani innych służb, żeby nie wywoływać afery czy skandalu. Oczywiście tylko wówczas, gdy wiedziała lub domyślała się, dokąd wychowankowie zwiali. Chociaż proceduralna reakcja, czyli zgłoszenie „gigantu” podopiecznych, była przecież jej psim obowiązkiem. I tak dochodziło do dziwnego paradoksu: władze domu dziec­ka tolerowały i kryły zdarzenie (głównie po to, by nie narazić się na krytykę i służbowe reperkusje), my zaś również nie reagowaliśmy, bo przecież nie chcieliśmy donosić i czynić tym dzieciakom krzywdy – po naszym ewentualnym meldunku policja musiałaby przecież interweniować.

To był czas ferii zimowych. Dziewczyny miały przyjechać autobusem na warszawski Dworzec Zachodni. I właśnie tam pojawiłem się pewnego dnia rano, by je odebrać i zawieźć do nas.

Czułem się trochę jak kurier, który ma odebrać przesyłkę. Jeszcze jedna sprawa do załatwienia, kolejna mitręga. Przecież nic mnie nie łączyło z tymi dziećmi – tak sobie wtedy myślałem.

Na Zachodni, jeśli tylko muszę tam się udać, zawsze jeżdżę przez Konstancin, a dalej Wisłostradą do Trasy Łazienkowskiej, potem zaś samą Trasą – przez Wawelską – do celu. Może to i dłuższa droga, ale, poza czasem szczytów komunikacyjnych w mieście, dająca gwarancję w miarę szybkiej podróży. Na samym dworcu, kiedy już tam dotarłem, zaparkowałem w miejscu niedozwolonym, zaraz obok przystanku miejskich linii autobusowych. Kurs z S. spóźniał się znacznie. Zdążyłem wypalić dwie fajki amphory, wypić kawę kupioną w kiosku dworcowym oraz przeczytać pół „Wyborczej”.

Dworzec Zachodni to niezbyt miłe miejsce, nie lubię go. Brudne, chaotycznie zaprojektowane, architektonicznie zdegradowane i pełne ludzi niebudzących sympatii. Nieprzyjazna przestrzeń. Czekałem więc na dziewczyny na zewnątrz, bo nie chciałem się zanurzać w tę ludzką ciżbę, okupującą dudniącą hałasem poczekalnię. Było zimno, wiał wiatr, kropił lekki deszcz ze śniegiem, ale wolałem to niż przebywanie w dusznych, tętniących ludzkim niepokojem, zmęczeniem i rezygnacją wnętrzach dworca. Moja dobra wola konkurowała coraz mocniej, w miarę rosnącego spóźnienia autobusu z S., ze wzmagającą się irytacją i poczuciem straty czasu.

Wreszcie przyjechały. Szły zwartą grupą i z początku stanowiły dla mnie bezimienną masę. Potem rozpoznałem Magdę, bo wcześniej spotykałem ją u naszej znajomej, a jeszcze później dowiedziałem się, że reszta samowolnych podróżniczek to Asia, Żaneta i mała Justyna, siostra Magdy. Tymczasem patrzyłem, mocno poruszony, na ich stroje. Dziewczyny były ubrane wyzywająco: lateksowe buty, obcisłe spodnie, rzucające się w oczy kolorowe kurtki. I wszystkie, mimo kapturów zakrywających głowy, miały widoczny ostry makijaż. Ten obraz nie sprawiał dobrego wrażenia i pamiętam, że przemknęło mi wtedy przez myśl, jakkolwiek było to nieuzasadnione i mocno niesprawiedliwe, że tak właśnie mogłyby wyglądać „galerianki”, przechadzające się po eleganckich wnętrzach, wśród butików, w poszukiwaniu „sponsora”. I tylko jedna z nich była ubrana w zwykłą kurtkę koloru khaki, dżinsy i niewyróżniające się czarne kozaczki.

To była właśnie Asia. Dopiero potem uświadomiłem sobie, że wyróżniała się wyglądem – pozytywnie – na tle swych koleżanek.

Wiozłem je przez całą Warszawę do Z., robiąc z udawanym nieco podekscytowaniem za przewodnika turystycznego i opowiadając o mijanych po drodze budowlach, dzielnicach, ulicach. Chciałem jakoś zabić milczenie i jednocześnie rozładować sztywną atmosferę. Dziewczyny czuły się wyraźnie nieswojo, byłem o tym przekonany i starałem się za wszelką cenę tę ich sztywność przezwyciężyć. Nie sądzę, by mi się to jakoś znacząco udało.

W czasie jazdy okazało się, że Justyna ma problemy lokomocyjne. Musiałem się zatrzymać gdzieś w okolicy Wilanowa, by mogła zwymiotować. Asystowałem jej i wtedy – po raz pierwszy – dotarła do mnie potrzeba, a może lepiej powiedzieć – konieczność – czułości. Zwyczajnie zrobiło mi się żal tego dziecka, nie dość, że doświadczonego przez los, to teraz jeszcze męczonego przez własną fizjologię. To była chwila dziwnego oświecenia. Przecież miałem własne małe dzieci, zatem czułość nie była mi obca, ale to, czego wtedy doświadczyłem w obecności tych nieznanych mi bliżej dziewcząt, było na pograniczu rozszerzonej nagle opiekuńczości i ukonkretnionej znienacka empatii. Moje dotychczasowe – ale też mocno teoretyczne – zainteresowania buddyjską etyką znalazły nieoczekiwanie konkretne wcielenie. Trzymając Justynę, którą wstrząsały torsje, poczułem przypływ empatii, która każe pracować nad ograniczaniem własnego ego, by czynić coś dla innych, w zapomnieniu o własnych korzyściach i wygodach.

Uświadomiłem też sobie, że jestem wobec tych dzieci człowiekiem uprzywilejowanym. Miałem formacyjne doświadczenie dorastania we w miarę normalnym domu, otoczony – cóż z tego, że szorstką – opieką rodziców. Nie skazano mnie na tułaczkę, nie kazano mi walczyć o własne prawa. W tej właśnie chwili, trzymając za ramionach to wątłe, wstrząsane torsjami dziecięce ciało, poczułem mocniejsze, jakby prawdziwsze uczestnictwo w tym, co robię, i – wydaje mi się – pozbyłem się obojętności.

I jakby lepiej wtedy zrozumiałem poświęcenie mojej żony. Uświadomiłem sobie, że to, czym się zajmuje, nie jest kaprysem, jak wcześniej to określałem, ani dziwac­twem, tylko głęboką wewnętrzną potrzebą, której nie artykułowała. I zrozumiałem też wtedy, że moja milcząca często towarzyszka życia daje świadectwo nie gadaniem, tylko czynami, których dokonuje. Nie były jej do tego potrzebne, jak mnie, refleksje nad etyką (buddyjską czy inną), nie było potrzebne filozofujące czy moralne teoretyzowanie. Ona miała to w sobie, to przeświadczenie i tę konieczność, by czynić, co czyniła – jakby z definicji, to znaczy z osobowości, charakteru. Medea w Przemianach Owidiusza powiada: „Widzę i pochwalam to, co lepsze, ale idę za gorszym”. Moja żona odwrotnie, tkwiąc w tym, co gorsze i ograniczające – to znaczy w bieżącym życiu i jego codziennych troskach – umiała i wciąż umie iść za tym, co lepsze.

Niech ten powyższy akapit będzie więc małym pom­niczkiem, który jej wystawiam. Bez jej siły i determinacji, bez jej woli, którą umiała mi narzucić, nie odnalazłbym w sobie ani energii, ani niezbędnych pozytywnych emocji, by w przyszłości podjąć właściwą decyzję dotyczącą Asi. To ona była inspiratorką naszych dalszych działań.

Tymczasem zawiozłem dziewczyny do naszej znajomej i szczerze mówiąc – z pewną ulgą – zapomniałem o wszystkim. To było jednak klasyczne wyparcie, bo zwyczajnie nie czułem się gotowy na radykalne zmiany w naszym życiu. Ale coś już musiało we mnie kiełkować, bo kiedy kilka dni później Kasia zapowiedziała, że chciałaby zorganizować obiad dla uciekinierek, zgodziłem się natychmiast, bez wahania. Choć wciąż bez zbytniego przekonania, znów powodowany odruchem ni to przyzwoitości – a może zwykłej grzeczności? – ni to wewnętrznym wezwaniem pedagogicznego zobowiązania: jako nauczyciel z zawodu i praktyki.

Cała rzecz musiała już jednak mocno zamieszkać we mnie, ukorzenić się, usadowić gdzieś z tyłu głowy. Bo pełen rozmaitych wątpliwości i – co tu dużo kryć – niesprecyzowanych uprzedzeń, już wstępowałem na inną drogę, zmieniałem się, otwierałem pomału na nową życiową perspektywę. Teraz widzę to tak, że wszystko, co wiązało się z incydentem walczącej ze swymi fizjologicznymi słabościami Justyny, już zaczynało we mnie kiełkować dorastaniem do nowej postawy. To znaczy do akceptacji przyjęcia do rodziny dziecka „obcego”.

To chyba gdzieś wtedy właśnie dojrzała we mnie, dojrzała w nas, ta predyspozycja psychiczna.

Ale jednocześnie wciąż był to czas niepewności i walki wewnętrznej: moralne i emocjonalne uwrażliwienie toczyło we mnie wciąż jeszcze bój z wygodnictwem, lenistwem i wąsko pojmowanym racjonalizmem, którego wcieleniem jest pragmatyzm. A także zwykły, obskurny egoizm.

Ten obiad wydał mi się z początku takim miłym gestem wobec gości, ale też gestem, który nie wiąże się z żadną odpowiedzialnością i jakimkolwiek zobowiązaniem. Uznałem, że to coś szlachetnego i przyzwoitego, ale bez realnych konsekwencji. I pozytywnie wpływającego na moje poczucie satysfakcji: miałem radosne odczucie, że wezmę udział w tak zwanym dobrym uczynku, który jednocześnie nic tak naprawdę nie kosztuje i do niczego mnie nie obliguje. Potem zrozumiałem, że to jest łatwizna, że w ten sposób tak bardzo prosto jest podbudować siebie samego i dać sobie emocjonalnego kopa. Z drugiej strony już zaczynałem się przejmować, niepokoić, rozmyślać. W rezultacie czekające nas spotkanie pobudziło zarówno moją ekscytację, jak i niecierpliwość.

KASIA: Wcześniej już widziałam się z dziewczynami w domu wolontariuszki. Panował tam straszny harmider, bo oczywiście kłóciły się ze sobą o różne drobiazgi. Opowiadały mi też, co zwiedziły i gdzie były, co im się podobało. Przekrzykiwały się jedna przez drugą, ale prym wiodła Magda, najbardziej wygadana z nich wszystkich. Wtedy przyszedł mi do głowy pomysł, żeby zaprosić je do domu na obiad. Chciałam trochę odciążyć ich tymczasową opiekunkę, a poza tym dla nich byłaby to zawsze jakaś atrakcja. Umówiłyśmy się.

Postanowiłam przygotować raclette, wychodząc z założenia, że będzie to danie dla naszych gości oryginalne i nowe, i angażujące do zabawy przy stole. Cała impreza na chwilę stanęła jednak pod znakiem zapytania – wyłączono nam prąd. Na naszej wsi, choć położonej raptem trzydzieści kilka kilometrów od Warszawy, to częste zjawisko. Każda anomalia pogodowa skutkuje przerwą w dostawie elektryczności: bo wieje, bo pada śnieg lub deszcz, bo jest za ciepło albo za zimno. Na szczęście okazało się, że to tylko chwilowa przerwa.

Dziewczynom bardzo się podobało przygotowywanie własnych zestawów jedzenia na małe patelenki, z zapałem też grillowały. A później zniknął ze stołu cały talerz pączków od Bliklego oraz pomarańcze. Widać było, że są spragnione innego jedzenia niż to, które dostają na co dzień. Ponadto w obiedzie żywo uczestniczyły nasze psy – dwie suczki: owczarek niemiecki o imieniu Czyżby i kundelek Netoperek. Psy były łagodne i przyjazne, chętnie bawiły się z dziećmi, ale nie obyło się też bez wypadku. Podczas jednej z zabaw Czyżby złapała za rękę Justynę, a ta, nieprzyzwyczajona do psów, przestraszyła się i zaczęła płakać, po czym oskarżyła Asię, że to jej wina, bo podobno sprowokowała Czyżbaka, rozbawiając go. Na szczęście nic poważnego się nie stało. Ze spotkania zostały dwa wspólne zdjęcia zrobione przed kominkiem.

Potem zabrałam dziewczyny do Warszawy, ale tylko trzy najstarsze: Asię, Żanetę i Magdę. Pojechałyśmy razem pociągiem do stacji Warszawa Służewiec, a następnie tramwajem do Galerii Mokotów. Opowiadały mi, że cieszą się, że przyjechały, mówiły też trochę, ale nie za wiele, o domu dziecka. Dałam im po pięćdziesiąt złotych, żeby mogły sobie kupić jakiś drobiazg czy pójść do kina lub do McDonalda. Umówiłyśmy się, że same wrócą tramwajem i przyjdą do mnie do redakcji, bo chciały zobaczyć, gdzie pracuję. Nie pamiętam wiele z tego spotkania. Przyszły bardzo zmęczone, z nogami bolącymi od chodzenia w niewygodnych kozaczkach na obcasach. Buszowały trochę w komputerach i potem razem wróciłyśmy do domu.

To było nasze ostatnie spotkanie. Pojechały z powrotem do S. Magda potem jeszcze pisała do mnie esemesy. Asia i Żaneta nie. Ja też o nich specjalnie nie myślałam. Czasem rozmawiałam o nich z wolontariuszką, która zmieniła pracę i zatrudniła się jako pomoc pedagogiczna w przedszkolu Weroniki. Wiedziałam, że Magda bardzo dobrze się uczy, ale ciągle rozrabia w placówce i dostaje za karę sprawy sądowe; że Asia nie zdała do trzeciej klasy gimnazjum; że jadą na dwa tygodnie na kolonię na Mazury.

Takie zwykłe informacje przekazywane w biegu między codziennymi sprawami. Nie interesowało mnie to też jakoś mocno. Nie myślałam wtedy zbyt wiele o żadnej z nich.

JAREK: Tego typu wydarzenia, jak ta kolacja u nas, wpływają twórczo i budująco na doświadczenie dorastającego dziecka, pozbawionego doświadczeń życia rodzinnego. Pokazują, jak może funkcjonować wspólnota dzieci i rodziców, jak kształtuje się więź, jak uczestnictwo we wspólnej aktywności pozwala nawiązać – choćby podstawowe – relacje emocjonalne.

I wtedy właśnie po raz kolejny, podczas tej biesiady, dostrzegłem różnicę pomiędzy naszymi gośćmi. Wszystkie dziewczyny, oprócz Asi, były znów mocno umalowane i ubrane nieco zbyt wyzywająco. Nie bawiły się też z naszymi córkami, właśnie oprócz Asi, która ganiała się z nimi po domu, a nawet weszła dwa czy trzy razy na górę do ich pokojów, by tam odbywać z nimi jakieś tajemnicze rozmowy.

Asia, naturalna blondynka, mimo że raptem szesnastolatka, miała prostowane sztucznie i farbowane częściowo na czarno włosy oraz wpięty w pępek kolczyk, a także – co pokazała nam przy innej okazji – przebity język, w którym tkwił ozdobny kawałek kunsztownie wymodelowanego metalu. Wyjaśniała nam potem, kiedy już pozbyła się tych akcesoriów, że były one przejawem buntu i swoistej nastolatkowej anarchii. Chodziło o to, by szokować, ale też przede wszystkim dać do zrozumienia dyrekcji domu dziecka, że jest się kimś niezależnym, osobnym, niepowtarzalnym, innym – niepodlegającym normom. To miało być wcieleniem w życie wyobrażenia o rebelii, wyjątkowości, osobności. Ale był to też przejaw autoagresji, która, zgodnie z klasycznymi psychologicznymi rozpoznaniami, stanowi wołanie o pomoc, o zainteresowanie – albo jest znakiem niedowartościowania.

Przyszło mi wtedy na myśl, że ten cały piercing to rozpaczliwa próba wyodrębnienia się. Podobnie jak w więzieniu tatuaż, czyniony amatorskimi metodami. Albo też oznaka dziwaczej mody. Pracowałem wtedy w prywatnym liceum ogólnokształcącym w Warszawie i ze zdziwieniem obserwowałem nastolatki z dobrze (a nawet bardzo dobrze) sytuowanych rodzin (czesne wynosiło wówczas około tysiąca dwustu złotych miesięcznie), które eksponowały podobne ozdoby: kilka kolczyków w uchu, kolczyki w nosie lub nad wargą, a także – znane nam już – przebicia języka czy pępka metalowymi gadżetami (z kolczykami w języku podejmowałem w szkole pedagogiczną walkę, bo z jednej strony kojarzyły mi się one z pornografią – jako urozmaicenie miłości oralnej – a z drugiej, pewnie ważniejszej, fatalnie wpływały na dykcję).

A jednak Asia – mimo wszystko – wyróżniała się pozytywnie na tle swych koleżanek. Była wyraźnie inna. Spokojniejsza, mniej wulgarna i egzaltowana w ekspresji, naturalniejsza, zwyczajniejsza. Jako jedyna, poza tym że nawiązała kontakt z naszymi córkami, weszła też w żywą interakcję z naszymi zwierzętami – oprócz psów mieliśmy również koty. Widać było, że obcowanie ze zwierzętami sprawia jej przyjemność, poza tym miała do nich rękę. Zwierzęta lgnęły do niej intuicyjnie, żadna inna dziewczyna z gromadki nie cieszyła się aż taką ich sympatią. Asia była też bardziej milcząca oraz stonowana, gdy przychodziło do rozmowy. Wydawała mi się najbardziej godną zainteresowana osobą z grupy. I taką ją zapamiętałem.

Ale z czasem całe to spotkanie lekko zatarło się w mojej pamięci. Codzienność z jej intensywnością znów mnie przytłoczyła. Wróciła rutyna dnia powszedniego. Obowiązki – zawodowe i rodzinne – spiętrzyły się. Tamten obiad w rozszerzonym gronie stał się z biegiem dni jedynie incydentem, zajmującym niewielkie miejsce na marginesie mojej pamięci.

Przez kolejne miesiące wspomagaliśmy naszą znajomą Zosię, ale z mojej strony były to znów jedynie odpowiedzi na prośby żony. Byłem bierny, a wspomnienia zacierały się, blakły. Było trochę tak, jakby cała ta wizyta grupki dziewcząt nie miała tak naprawdę miejsca. Jakby przeszła do sfery niematerialnej: trochę pamięci, a trochę wyobrażeń i zwidów.

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

www.czarne.com.pl

Sekretariat: ul. Kołłątaja 14, III p., 38-300 Gorlice

tel. +48 18 353 58 93, fax +48 18 352 04 75

e-mail: [email protected], [email protected],

[email protected], [email protected], [email protected]

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

tel. +48 18 351 00 70

e-mail: [email protected]

Sekretarz redakcji: [email protected]

Dział promocji: ul. Hoża 42/1, 00-516 Warszawa

tel./fax +48 22 621 10 48

e-mail: [email protected], [email protected],

[email protected], [email protected]

Dział marketingu: [email protected]

Dział sprzedaży: [email protected],

[email protected], [email protected]

Audiobooki i e-booki: [email protected]

Skład: d2d.pl

ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków, tel. +48 12 432 08 52

e­-mail: [email protected]

Wołowiec 2014

Wydanie I