Wydawca: The Facto Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2012

Premier. Tajemnica Poliszynela. Część 1 ebook

Znienacek

(0)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 248 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Premier. Tajemnica Poliszynela. Część 1 - Znienacek

Premier. Tajemnica Poliszynela to książka z internetu. Została bowiem oparta na cyklu fikcyjnych relacji z życia rządu, które już od półtora roku rozśmieszają czytelników na popularnym serwisie społecznościowym Twitter.

Opinie o ebooku Premier. Tajemnica Poliszynela. Część 1 - Znienacek

Fragment ebooka Premier. Tajemnica Poliszynela. Część 1 - Znienacek

War­sza­wa 2012

Pro­jekt okład­ki:Anna Dy­akow­ska

Ko­rek­ta i ła­ma­nie: Aga­ta Mo­ścic­ka

ISBN 978-83-61808-18-3

© Co­py­ri­ght by Znie­na­cek 2012 © Co­py­ri­ght by The Fac­to 2012

Wy­daw­ca:

The Fac­to Sp. z o.o.ul. Skier­nie­wic­ka 21/53, 01-230 War­sza­wawww.the­fac­to.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

OD AUTORA

Czy wła­dzę moż­na za­gła­skać na śmierć? Tego nie wiem. Wiem na­to­miast, że wła­dza za­gła­ski­wa­na, wy­cze­ku­ją­ca sa­mych po­chlebstw, może za­mie­nić się we wła­sną pa­ro­dię. I stać się śmiesz­na.

Bo­ha­te­rem tej książ­ki jest pre­mier. Przy­glą­da­my mu się ocza­mi Znie­nac­ka – bli­skie­go współ­pra­cow­ni­ka, któ­ry nie kry­je swo­je­go uwiel­bie­nia dla prze­ło­żo­ne­go. Znie­na­cek w za­mian za bez­gra­nicz­ną lo­jal­ność otrzy­mu­je od pre­mie­ra pra­wo wstę­pu za ku­li­sy wła­dzy. Prze­ję­ty wy­róż­nie­niem za­czy­na opi­sy­wać to, co wi­dzi. Znie­na­cek do­sko­na­le wie, cze­go się od nie­go ocze­ku­je. In­tu­icyj­nie wy­czu­wa, jak trze­ba po­strze­gać rze­czy­wi­stość, aby nie stra­cić za­ufa­nia prze­ło­żo­nych. Ob­raz wła­dzy, któ­ry wy­ła­nia się z jego opo­wie­ści jest ob­ra­zem po­zba­wio­nym ja­kiej­kol­wiek ska­zy, a en­tu­zjazm, z ja­kim Znie­na­cek od­no­si się do pre­mie­ra i jego mi­ni­strów, bu­dzi roz­ba­wie­nie. – Cóż za nie­praw­do­po­dob­ny li­zus – po­my­śli więk­szość z nas. Czyż­by?

A może Znie­na­cek na­praw­dę ist­nie­je. Może jego świat – choć prze­ry­so­wa­ny – aż tak bar­dzo nie od­bie­ga od rze­czy­wi­sto­ści. Pi­sząc tę książ­kę, czę­sto in­spi­ro­wa­łem się me­dia­mi. Spo­sób, w jaki kon­stru­owa­łem fa­bu­łę, był bar­dzo pro­sty, oglą­da­łem ka­na­ły in­for­ma­cyj­ne, czy­ta­łem pra­sę – zwłasz­cza po­pu­lar­ne ty­go­dni­ki opi­nio­twór­cze, a po­tem do­le­wa­łem do tego wię­cej lu­kru i pod­krę­ca­łem ab­surd. W re­zul­ta­cie otrzy­my­wa­łem ob­raz tak wy­ste­ry­li­zo­wa­ny, że aż gro­te­sko­wy. Nie­jed­no­krot­nie oka­zy­wa­ło się jed­nak, że – po­mi­mo tych za­bie­gów – wca­le da­le­ko nie ucie­kłem od świa­ta re­al­ne­go. Ten ab­sur­dal­ny świat go­nił Znie­nac­ka i goni cały czas.

Kim je­stem? Czło­wie­kiem, któ­ry od dwu­dzie­stu lat za­wo­do­wo przy­glą­dał się temu, co się dzie­je w Pol­sce. I do­szedł do wnio­sku, że nad­szedł czas, aby ustą­pić miej­sca Znie­nac­ko­wi. Bo Znie­na­cek jest le­piej do­sto­so­wa­ny – to prze­cież czło­wiek bez wła­ści­wo­ści, Ze­lig, któ­ry znaj­dzie swo­je miej­sce w każ­dych cza­sach i w każ­dej rze­czy­wi­sto­ści.

Ta­kich znie­nac­ków jest wie­lu, moż­na ich zna­leźć nie tyl­ko w po­li­ty­ce. Są w me­diach, wiel­kich kor­po­ra­cjach, na uczel­niach, wszę­dzie. Dla­te­go ni­niej­sza książ­ka nie jest tyl­ko opo­wie­ścią o pre­mie­rze i jego dwo­rza­nach. Jest tak­że przy­po­wie­ścią o wie­lu z nas. Na szczę­ście nie o wszyst­kich.

Opo­wia­da­nie Znie­nac­ka uj­rza­ło świa­tło dzien­ne w grud­niu 2010 roku na po­pu­lar­nym ser­wi­sie spo­łecz­no­ścio­wym Twit­ter. Twit­te­ra w Pol­sce szcze­gól­nie upodo­ba­li so­bie dzien­ni­ka­rze, po­li­ty­cy i ci wszy­scy, któ­rzy chcą być uwa­ża­ni za do­brze po­in­for­mo­wa­nych. Nic za­tem dziw­ne­go, że wła­śnie tu za­de­biu­to­wał Znie­na­cek – in­si­der głę­bo­ko ukry­ty w Kan­ce­la­rii Pre­mie­ra i ujaw­nia­ją­cy co ty­dzień swo­im Czy­tel­ni­kom ko­lej­ne in­for­ma­cje zza ku­li­sów wła­dzy.

Po­sty Znie­nac­ka spo­tka­ły się z życz­li­wym za­in­te­re­so­wa­niem użyt­kow­ni­ków Twit­te­ra. Trze­ba tu pod­kre­ślić, że gdy­by nie oni, ta książ­ka z pew­no­ścią nig­dy by nie po­wsta­ła. Wszyst­kim Czy­tel­ni­kom na Twit­te­rze na­le­żą się za to ode mnie wy­ra­zy wiel­kiej wdzięcz­no­ści. Jest wśród nich mnó­stwo wspa­nia­łych lu­dzi, któ­rzy są ży­wym do­wo­dem na to, że rze­czy­wi­stość może być róż­no­barw­na i wie­lo­wy­mia­ro­wa.

Znie­na­cek snu­je swo­ją opo­wieść po dziś dzień. Książ­ka, któ­rą trzy­ma­ją Pań­stwo w ręku, jest opar­ta na tym, co uka­za­ło się w sie­ci w 2011 roku. Kto chce po­znać dal­szy ciąg tej hi­sto­rii może w każ­dej chwi­li zaj­rzeć do Twit­te­ra. Być może na kan­wie ko­lej­nych od­cin­ków po­wsta­nie dru­ga część opo­wia­da­nia.

A ja – na sam ko­niec – chciał­bym po­dzię­ko­wać jesz­cze tym, któ­rzy po­mo­gli mi w wy­da­niu tej książ­ki i od sa­me­go po­cząt­ku wie­rzy­li w sens tego przed­się­wzię­cia. Oni wie­dzą, o kim my­ślę.

Au­tor (pod­szy­wa­ją­cy się pod Znie­nac­ka) 10 mar­ca 2012 r.

1.

Pro­szę pań­stwa, pre­mier znów nie może za­snąć! Do­no­śny ko­mu­ni­kat z ra­dio­wę­zła za­trząsł ko­ry­ta­rza­mi kan­ce­la­rii.

Wła­śnie koń­czy­li­śmy świą­tecz­ne przy­stra­ja­nie gma­chu: ze wszyst­kich okien uśmie­cha­ły się do prze­chod­niów przy­kle­jo­ne do szy­by anioł­ki, każ­dy anio­łek miał twarz in­ne­go mi­ni­stra. Funk­cjo­na­riu­sze BOR przy­mie­rza­li czap­ki świę­te­go Mi­ko­ła­ja. Tę ra­do­sną pra­cę prze­rwał nam dzi­ki wrzask za oknem. Rzu­ca­my anioł­ki i pę­dzi­my na uli­cę. Prze­cież pre­mier nie może za­snąć.

Le­d­wie ich wi­dać w ciem­no­ściach. To ro­dzi­na, pró­bu­ją uspo­ko­ić dziec­ko. Wstręt­ny ba­chor za­miast spo­koj­nie spać, drze się wnie­bo­gło­sy. Ka­pi­tan Szta­ma wyj­mu­je re­wol­wer. Ka­pi­tan od­po­wia­da za bez­pie­czeń­stwo kan­ce­la­rii. Jest bar­dzo sku­tecz­ny.

Ro­dzi­na na nasz wi­dok za­sty­ga w miej­scu. Oj­ciec i mat­ka na­tych­miast pod­no­szą ręce do góry. W tym sa­mym mo­men­cie nie­mow­lak zni­ka w ciem­no­ściach. Sły­chać tyl­ko jego wrzask.

– Gdzie on jest? – ka­pi­tan Szta­ma prze­cze­su­je traw­nik.

Na bru­ku roz­le­ga się tu­pot cięż­kich bu­tów, to funk­cjo­na­riu­sze BOR bie­gną nam na po­moc. Usta­wia­ją się w trój­sze­re­gu, re­pe­tu­ją broń, pom­po­ny na ich czap­kach pod­ska­ku­ją groź­nie. Na­gle ba­chor nie­spo­dzie­wa­nie milk­nie, za­pa­da ci­sza.

– Co tu się wy­ra­bia o czwar­tej w nocy? – sły­szy­my za sobą ła­god­ny głos.

Nad wej­ściem do kan­ce­la­rii za­pa­la się lam­pa. Zgrzyt klam­ki, drzwi po­wo­li się otwie­ra­ją. Od­wra­ca­my się i do­strze­ga­my syl­wet­kę pre­mie­ra. Jest ciem­no, wi­dać tyl­ko ob­ło­ki pary, pre­mier głę­bo­ko od­dy­cha. Wy­szedł na chwi­lę, za­czerp­nąć świe­że­go po­wie­trza.

Pre­mier prze­cho­dzi przed szpa­le­rem bo­row­ców, po­pra­wia im pom­po­ny. Wszy­scy wie­my, jak bar­dzo przy­wią­zu­je wagę do nie­na­gan­ne­go wy­glą­du. Wzrok pre­mie­ra prze­szy­wa krza­ki. Pre­mier robi kil­ka zde­cy­do­wa­nych kro­ków na­przód, schy­la się i już po chwi­li ma­luch kwi­li ra­do­śnie w jego ra­mio­nach. Ro­dzi­ce spo­glą­da­ją na pre­mie­ra z uf­no­ścią, pre­mier ko­ły­sze dziec­ko:

– Jak ma na imię? – pyta.

Ro­dzi­ce za­gry­za­ją ner­wo­wo war­gi, naj­wy­raź­niej za­po­mnie­li z wra­że­nia, to zro­zu­mia­łe.

Pre­mier dy­plo­ma­tycz­nie zmie­nia te­mat po­ga­węd­ki. Roz­mo­wa to­czy się wo­kół przy­go­to­wań do świąt. Pre­mier zdra­dza prze­pis na swój ulu­bio­ny barszcz z uszka­mi. Mat­ka dziec­ka no­tu­je wszyst­ko na ta­ble­cie. Oj­ciec re­je­stru­je spo­tka­nie ka­me­rą w te­le­fo­nie ko­mór­ko­wym.

Tę spo­koj­ną, miłą wy­mia­nę zdań prze­ry­wa pisk opon. Tuż obok za­trzy­mał się sa­mo­chód. Na jego bur­cie za­uwa­ża­my logo naj­więk­szej pry­wat­nej te­le­wi­zji.

– Wra­ca­li­śmy wła­śnie z Sej­mu i przy­pad­ko­wo za­uwa­ży­li­śmy pana pre­mie­ra – woła z od­da­li zna­ny i lu­bia­ny re­por­ter.

Dzien­ni­karz bar­dzo pro­si o kon­ty­nu­owa­nie roz­mo­wy:

– Nie bę­dzie­my prze­szka­dzać – obie­cu­je.

Ma­ki­ja­żyst­ka roz­py­la pu­der. Pre­mier cho­wa gło­wę w koł­nierz:

– Jest zim­no – tłu­ma­czy.

Wszy­scy wie­my, jak bar­dzo nie lubi eks­po­no­wa­nia wła­snej oso­by. Jed­nak me­dia mają swo­je pra­wa, a dla pre­mie­ra wol­ność me­diów jest kwe­stią fun­da­men­tal­ną.

Ka­me­ry zo­sta­ją dys­kret­nie uru­cho­mio­ne. Ro­dzi­ce od razu py­ta­ją pre­mie­ra o do­pa­la­cze. Pre­mier zdra­dza szcze­gó­ły nie­rów­nej wal­ki, jaką od lat to­czy z han­dla­rza­mi środ­ków po­bu­dza­ją­cych. Roz­mo­wa w na­tu­ral­ny spo­sób prze­cho­dzi na pro­ble­my ze snem. Ro­dzi­ce są za­sko­cze­ni:

– Dla­cze­go nasz pre­mier o tak póź­nej po­rze nie śpi? – roz­le­ga się dra­ma­tycz­ne py­ta­nie.

Pre­mier wy­ja­śnia, że wie­le rze­czy po­zo­sta­ło jesz­cze do zro­bie­nia:

– Nie wszyst­ko, dro­dzy pań­stwo, jest za­pię­te na ostat­ni gu­zik. Tak, tak – kiwa gło­wą.

Ro­dzi­ce nie do­wie­rza­ją, chcie­li­by ja­koś po­móc pre­mie­ro­wi. Pre­mier od­da­je im dziec­ko.

Po­że­gna­nie. Pre­mier ca­łu­je pa­nią w po­li­czek, ko­bie­ta jest onie­śmie­lo­na. Mę­ski uścisk dło­ni z jej mał­żon­kiem. Obo­je wsia­da­ją wraz z eki­pą te­le­wi­zyj­ną do sa­mo­cho­du, wó­zek lą­du­je w ba­gaż­ni­ku. Ma­cha­ją do nas zza szy­by. Pre­mier ich po­zdra­wia.

– Cóż za miłe spo­tka­nie – wzdy­cha­my.

Gło­śne kla­śnię­cie w dło­nie bu­dzi nas z le­tar­gu:

– Pa­no­wie, czas wra­cać do pra­cy. Za dwie go­dzi­ny po­ran­na ope­ra­tyw­ka – pre­mier spo­glą­da na ze­ga­rek.

Po chwi­li w jego ga­bi­ne­cie za­pa­la się świa­tło. Pre­mier wra­ca do obo­wiąz­ków, ko­lej­ną noc bę­dzie sa­mot­nie dźwi­gał swój krzyż.

* * *

Przed świę­ta­mi miło za­siąść wie­czo­rem przy biur­ku. Po­de­lek­to­wać się co­dzien­nie no­wym sto­sem ży­czeń od przy­ja­ciół. Oto ży­cze­nia od by­łe­go po­sła Zie­mi Łódz­kiej, a tu­taj po­zdro­wie­nia nad­sy­ła nie­za­leż­ny eks­pert od po­li­ty­ki za­gra­nicz­nej. Tu zna­ny spe­cja­li­sta od wi­ze­run­ku:

– Jak to miło z jego stro­ny. Na­wet nie wie­dzia­łem, że on jesz­cze żyje – my­ślę, przy­pa­la­jąc cy­na­mo­no­we cy­ga­ro. – O, jest na­wet były pro­du­cent te­le­wi­zyj­ny. Ilu to czło­wiek ma zna­jo­mych – strzą­sam po­piół do mo­sięż­nej po­piel­ni­cy…

Tę sym­pa­tycz­ną re­flek­sję prze­ry­wa mi bru­tal­ne otwar­cie drzwi na oścież. W pro­gu stoi asy­stent­ka pre­mie­ra, pani Bo­żen­ka. Do­strze­gam w jej oczach prze­ra­że­nie. Czyż­by pre­mier za­słabł?!!!

Pani Bo­żen­ka z tru­dem ła­pie od­dech:

– Śnieg! Śnieg pada! – po­ka­zu­je na okno.

Spo­glą­dam we wska­za­nym kie­run­ku. Za szy­bą, na ga­łę­ziach, na chod­ni­ku, na jezd­ni leży śnieg. Leży i się nie roz­ta­pia.

– Pre­mier po­wo­łał Sztab An­ty­kry­zy­so­wy. Za chwi­lę spo­tka­nie – pani Bo­żen­ka wy­bie­ga z po­ko­ju.

Na ko­ry­ta­rzu spo­ty­kam rzecz­ni­ka rzą­du. Jed­na ręka w kie­sze­ni, dru­gą nie­dba­le pod­rzu­ca te­le­fon. Mó­wię mu o śnie­gu. Rzecz­nik spo­glą­da w okno i gwał­tow­nie bled­nie – jest me­te­oro­pa­tą. Wspar­ty na moim ra­mie­niu do­cie­ra do ga­bi­ne­tu pre­mie­ra.

Pre­mier – jak za­wsze – w bo­jo­wym na­stro­ju. Za­sta­je­my go po­chy­lo­ne­go nad ma­pa­mi ba­rycz­ny­mi. Na­prze­ciw­ko biur­ka roz­wie­szo­na wiel­ka mapa Pol­ski z na­nie­sio­ny­mi opa­da­mi. Naj­po­pu­lar­niej­szy te­le­wi­zyj­ny pre­zen­ter po­go­dy przed­sta­wi nam za chwi­lę pro­gno­zy syn­op­ty­ków. Te­raz cze­ka skrom­nie pod pa­prot­ką.

Za­czy­na się po­sie­dze­nie. Pre­mier dłu­go wo­dzi wzro­kiem po twa­rzach mi­ni­strów. Ro­zu­mie­my, że sy­tu­acja jest po­waż­na.

– Dro­dzy pań­stwo, sy­tu­acja jest po­waż­na – po­twier­dza pre­mier.

Głos z sali:

– Że też pod ko­niec roku mu­sia­ło się nam coś ta­kie­go przy­tra­fić.

Pre­mier kon­ty­nu­uje:

– Zima jest cięż­kim prze­ciw­ni­kiem. Za­wsze ude­rza w naj­mniej spo­dzie­wa­nym mo­men­cie. Prze­ko­na­li się o tym Niem­cy pod Sta­lin­gra­dem i Na­po­le­on pod Mo­skwą. Rów­nież my nie­jed­no­krot­nie pa­da­li­śmy ofia­rą po­go­do­wych ano­ma­lii… – pre­mier za­wie­sza głos. Przy­po­mi­na­my so­bie los księ­cia Jó­ze­fa Po­nia­tow­skie­go, jego ostat­nią szar­żę nad El­ste­rą. Mi­ni­ster spraw we­wnętrz­nych dys­kret­nie ocie­ra pot z czo­ła. – …W roku 1979, na zi­mie stu­le­cia wy­wró­cił się Gie­rek – koń­czy swo­ją myśl pre­mier.

Na sali mil­cze­nie. Po raz ko­lej­ny mi­ni­ster spraw we­wnętrz­nych ocie­ra pot z czo­ła.

– Pro­pa­gan­da suk­ce­su oka­za­ła się ilu­zją – ci­szę prze­ry­wa ner­wo­we stu­ko­ta­nie dzie­siąt­ka­mi pal­ców o blat sto­łu. – Ale za nami stoi po­tę­ga de­mo­kra­tycz­ne­go pań­stwa. Nasz man­dat nie za­le­ży od ak­tu­al­nej pro­gno­zy po­go­dy – koń­czy pre­mier.

Wzdłuż sto­łu prze­my­ka świst ulgi.

Pre­mier za­pra­sza naj­po­pu­lar­niej­sze­go pre­zen­te­ra do przed­sta­wie­nia naj­now­szych pro­gnoz:

– Bar­dzo pro­szę, pa­nie Tom­ku, niech pan wyj­dzie spod pa­prot­ki.

Pan To­mek uśmie­cha się te­le­wi­zyj­nie. Na­bie­ra po­wie­trza, wy­pusz­cza, zno­wu się uśmie­cha:

– Bar­dzo pro­szę, pa­nie Tom­ku – po­na­gla pre­mier.

– Do­bry wie­czór pań­stwu. Sy­tu­ację nad Pol­ską kształ­tu­je głę­bo­ka za­to­ka ni­żo­wa znad Pół­noc­ne­go Atlan­ty­ku. Niż prze­su­wa się w kie­run­ku wschod­nim – pan To­mek za­ta­cza ręką wiel­kie krę­gi na ma­pie.

Pre­mier nie­cier­pli­wie ma­cha ręką:

– Do rze­czy, pa­nie Tom­ku, do rze­czy…

Pan To­mek znów na­bie­ra po­wie­trza:

– Roz­le­gły układ ni­skie­go ci­śnie­nia za­sy­sa od po­łu­dnia wil­got­ną masę po­wie­trza po­cho­dze­nia mor­skie­go, któ­re w zde­rze­niu z ark­tycz­nym po­wie­trzem znad Skan­dy­na­wii wy­wo­łu­je nie­ko­rzyst­ne od­czu­cie zmę­cze­nia.

Rzecz­nik zie­wa, pre­mier co­raz bar­dziej znie­cier­pli­wio­ny:

– Pa­nie Tom­ku, pro­szę o kon­kre­ty. Jaka bę­dzie po­go­da w Pol­sce?

Pan To­mek drżą­cą ręką wyj­mu­je te­le­sko­po­wy wskaź­nik:

– Tem­pe­ra­tu­ry na Po­mo­rzu Za­chod­nim będą się wa­hać od -3 stop­ni w Świ­no­uj­ściu, po­przez -5 w Szcze­ci­nie i -7 w Ko­sza­li­nie…

Bach! Pre­mier ude­rza pię­ścią w stół:

– Śnieg! Co ze śnie­giem?

– Śnieg pada. I bę­dzie pa­dać. Bę­dzie lać! Do koń­ca roku – pan To­mek cho­wa się za pa­prot­ką.

Pre­mier marsz­czy brwi:

– Pa­nie To­ma­szu, jak pan może nam ta­kie rze­czy mó­wić? Stra­ci­łem do pana sza­cu­nek. Pro­szę wyjść!

Pan To­mek wy­cho­dzi, wlo­kąc za sobą te­le­sko­po­wy wskaź­nik. Pry­cha­my z obu­rze­niem.

* * *

Kan­ce­la­ria Pre­mie­ra opu­sto­sza­ła. Cały rząd i pod­le­gli pre­mie­ro­wi urzęd­ni­cy oso­bi­ście mo­ni­to­ru­ją po­go­dę w każ­dym za­kąt­ku kra­ju. I choć to week­end, w nie­mal każ­dym pol­skim mie­ście znaj­du­je się dziś spe­cjal­ny wy­słan­nik pre­mie­ra do spraw wal­ki z zimą. Sam pre­mier jako pierw­szy dał wszyst­kim przy­kład i jesz­cze w czwar­tek wy­je­chał do So­po­tu. Zna te oko­li­ce jak wła­sną kie­szeń i nic się przed nim nie ukry­je. Na­ma­wia­li­śmy go, żeby nie wy­jeż­dżał, ale prze­cież pre­mier nie po­tra­fi od­po­czy­wać.

Mnie de­cy­zja pre­mie­ra rzu­ci­ła do Rze­szo­wa. Ucie­szy­łem się, bo nig­dy wcze­śniej nie zdo­ła­łem do­trzeć do tego mia­sta. Po­ciąg z War­sza­wy je­dzie tam nie­ca­łe 10 go­dzin.

– To nic ta­kie­go – uspo­ka­jał mnie pre­mier. – Mnó­stwo lu­dzi tak po­dró­żu­je, zna­jo­my le­ciał z War­sza­wy do Los An­ge­les go­dzi­nę dłu­żej i prze­żył.

Pre­mier jest taki ludz­ki.

Oczy­wi­ście zda­ję so­bie spra­wę, że li­nia do Rze­szo­wa nie bę­dzie mo­der­ni­zo­wa­na w pierw­szej ko­lej­no­ści. Przy­najm­niej do cza­su, gdy w mie­ście nie po­wsta­nie od­po­wied­nio duży sta­dion.

W po­cią­gu miła, ro­dzin­na at­mos­fe­ra. Wszech­ogar­nia­ją­ce po­czu­cie bli­sko­ści nie ustę­pu­je na­wet w to­a­le­cie. Lu­dzie nie mają tu przed sobą nic do ukry­cia. Uważ­nie słu­cham roz­mów. Te­ma­tem głów­nym są oczy­wi­ście przy­go­to­wa­nia do świąt. Pani z le­wej nig­dzie nie może ku­pić świe­że­go pod­gar­dla na pasz­tet. Jej są­siad­ka na­rze­ka z ko­lei na kiep­ską ja­kość ozdób cho­in­ko­wych:

– Ża­rów­ki prze­pa­li­ły się już pierw­sze­go dnia – mówi.

Wszyst­ko dys­kret­nie no­tu­ję. Pre­mier bar­dzo pro­sił o przed­sta­wie­nie mu ludz­kich bo­lą­czek. Na­tych­miast bę­dzie in­ter­we­nio­wał.

Za oknem ko­tłu­je się śnieg, znów za­dym­ka. Ale lu­dzie bar­dzo szczę­śli­wi. Są wy­raź­nie wdzięcz­ni pre­mie­ro­wi, że po­mi­mo sro­giej zimy, po­ciąg po­su­wa się na­przód, a oni zdo­ła­ją wró­cić do domu na świę­ta.

Wśród gę­stych po­mru­ków za­do­wo­le­nia, po­ja­wia się po­je­dyn­czy fru­strat. W świe­tle la­tar­ki lśnią jego dłu­gie, prze­tłusz­czo­ne wło­sy. Fru­strat na­rze­ka na brak ogrze­wa­nia w po­cią­gu, zło­rze­czy.

– Bo zima jest, to jest zim­no – sły­szy cię­tą ri­po­stę. – Gdy­by jesz­cze ogrze­wa­li, to udu­si­li­by­śmy się tu w czter­na­ście osób.

Fru­strat milk­nie jak nie­pysz­ny.

Punk­tu­al­nie po dzie­się­ciu go­dzi­nach nasz po­ciąg do­cie­ra do Rze­szo­wa. Pro­sto z wa­go­nu oso­bi­ście od­bie­ra mnie wo­je­wo­da. Zmę­cze­ni, ale szczę­śli­wi pa­sa­że­ro­wie roz­ła­do­wu­ją to­boł­ki na pe­ro­nie. Dzię­ku­ją wo­je­wo­dzie, prze­ka­zu­ją mu ży­cze­nia świą­tecz­ne dla pre­mie­ra.

Nie ma cza­su na czcze eg­zal­ta­cje. Pro­sto z dwor­ca je­dzie­my na in­spek­cję. Naj­pierw bu­do­wa au­to­stra­dy A4. Wo­je­wo­da za­pra­sza do ba­ra­ku. Tu zo­sta­je mi za­pre­zen­to­wa­na ma­kie­ta dwu­po­zio­mo­we­go wę­zła. Wę­zeł w ory­gi­nal­nym roz­mia­rze nie jest wi­docz­ny.

– Wszyst­ko przy­krył śnieg – kiwa ze smut­kiem gło­wą wo­je­wo­da.

Ob­jeż­dża­my cen­trum mia­sta. Pa­nu­je spo­kój. Lu­dzie cho­dzą po uli­cach. Ka­wiar­nia­ne ogród­ki za­pra­sza­ją do sto­li­ków. Wo­je­wo­da wy­dał po­le­ce­nie, aby re­stau­ra­to­rzy otwo­rzy­li pa­ra­so­le:

– Dzię­ki temu oszczę­dzi­my na od­śnie­ża­niu chod­ni­ków – wy­ja­śnia.

No tak, bu­dżet to spra­wa fun­da­men­tal­na.

– Na jezd­ni dużo śnie­gu – zwra­cam uwa­gę.

Wo­je­wo­da na­tych­miast łą­czy mnie w tej spra­wie z ko­men­dan­tem po­li­cji. Ten mel­du­je, że we­dle jego wie­dzy, wszy­scy kie­row­cy wy­mie­ni­li opo­ny na zi­mo­we.

Je­stem pod wra­że­niem, ale drą­żę da­lej, pre­mier na­le­gał wszak na do­cie­kli­wość. Za­py­tu­ję o za­pa­sy soli:

– Trze­ba przy­go­to­wać się na naj­gor­sze – prze­ka­zu­ję sło­wa pre­mie­ra.

W od­po­wie­dzi je­dzie­my do naj­bliż­szej ga­le­rii han­dlo­wej. W miej­sco­wym su­per­mar­ke­cie zo­sta­ję za­pew­nio­ny, że za­rów­no za­pa­sy soli jak i cu­kru są wy­star­cza­ją­ce. Wo­je­wo­da opro­wa­dza mnie po ga­le­rii. Na­ma­wia do za­ku­pów. Po­dzi­wiam licz­bę skle­pów.

– Za­pa­sy cza­pek i sza­li­ków po­win­ny po­kryć za­po­trze­bo­wa­nie mia­sta – no­tu­ję w ra­por­cie dla pre­mie­ra.

Wszę­dzie dys­kret­nie za­glą­dam do to­a­let. Spraw­dzam, czy w kra­nie jest cie­pła woda. Pre­mier jest bar­dzo wy­czu­lo­ny na tym punk­cie.

Na sam ko­niec wi­zy­ty kon­cert bo­żo­na­ro­dze­nio­wy Ada­ma Zwie­rza na sce­nie Es­tra­dy Rze­szow­skiej.

Opa­dy at­mos­fe­rycz­ne utrud­nia­ją mi do­tar­cie na dwo­rzec. Na szczę­ście po­ciąg cze­ka na mnie na pe­ro­nie.

– No, jest pan wresz­cie – mru­czy za­wia­dow­ca i na­tych­miast daje sy­gnał do od­jaz­du.

W środ­ku nocy bu­dzi mnie po­tęż­ny huk. Krzy­ki dzie­ci i nie­sa­mo­wi­ty fe­tor z to­a­le­ty pa­ra­li­żu­ją mi my­śli. Pró­bu­ję wyjść przez okno, ale jest za­mar­z­nię­te. Oka­zu­je się, że po­ciąg utknął w po­tęż­nej za­spie. Je­stem wście­kły, bo nie zdą­żę prze­ka­zać pre­mie­ro­wi po­myśl­nych wie­ści. Na szczę­ście dzia­ła­ją te­le­fo­ny. Łą­czę się z se­kre­ta­rzem pre­mie­ra, re­fe­ru­ję sy­tu­ację. Będą kon­se­kwen­cje!

Nad ra­nem do­cie­ram do Kan­ce­la­rii Pre­mie­ra. Na uli­cach pu­sto. Wszy­scy wy­je­cha­li na nar­ty. Ale tu­taj pra­ca wre jak w ulu. Tłu­my urzęd­ni­ków na ko­ry­ta­rzach. Bie­gną z naj­now­szy­mi mel­dun­ka­mi ze sta­cji me­te­oro­lo­gicz­nych. Pod oknem ner­wo­wo krą­ży mi­ni­ster in­fra­struk­tu­ry. Pa­trzy z nie­po­ko­jem na pa­da­ją­cy śnieg.

W ga­bi­ne­cie pre­mie­ra ci­sza. Pre­mier sie­dzi przy lap­to­pie. Za jego ple­ca­mi wy­cze­ku­je gro­no do­rad­ców.

Klik, klik. Pre­mier prze­glą­da naj­now­sze wie­ści na por­ta­lach. Bach! – ude­rza pię­ścią w stół. Bach! Bach! – ko­lej­ne ude­rze­nia. Do­rad­cy od­ska­ku­ją pod ścia­nę. Pre­mier zry­wa się na rów­ne nogi i ła­pie za te­le­fon. Wzy­wa pil­nie mi­ni­stra in­fra­struk­tu­ry:

– Po­cią­gi wy­mknę­ły się nam spod kon­tro­li. Jeż­dżą, jak chcą!

Mi­ni­ster na­tych­miast wcho­dzi do ga­bi­ne­tu, jesz­cze z te­le­fo­nem przy uchu.

Pre­mier żąda wy­ja­śnień. Jest wzbu­rzo­ny. Wie, że pa­sa­że­ro­wie spóź­nio­nych po­cią­gów cze­ka­ją na jego de­cy­zje.

– Dla­cze­go nie obo­wią­zu­ją żad­ne roz­kła­dy jaz­dy? – pyta pre­mier. Ostrze­ga przed kon­se­kwen­cja­mi. Gro­zi pal­cem.

Mi­ni­ster in­fra­struk­tu­ry tłu­ma­czy, że roz­kła­dy jaz­dy zmie­nia­ne były do ostat­niej chwi­li pod wpły­wem wa­run­ków at­mos­fe­rycz­nych. Nie­ste­ty, za­wie­dli pod­wład­ni, nie wszyst­kie in­for­ma­cje zo­sta­ły prze­ka­za­ne pa­sa­że­rom. Mi­ni­ster obie­cu­je zna­leźć win­ne­go. Pre­mier się uspo­ka­ja.

* * *

Cze­kam na krót­ką roz­mo­wę z pre­mie­rem. Chcę mu prze­ka­zać ra­port. Ale pre­mier cały czas ma urwa­nie gło­wy. Trud­no mieć o to pre­ten­sje.

Na ko­ry­ta­rzu spo­ty­kam nie­spo­dzie­wa­nie by­łe­go wi­ce­mi­ni­stra in­fra­struk­tu­ry. Przy­szedł od­dać służ­bo­wy te­le­fon. Chwi­lę roz­ma­wia­my. Były wi­ce­mi­ni­ster wie, że spa­prał spra­wę. Nie­trud­no było prze­wi­dzieć zimę i śnieg. Do­strze­gam łzę w jego oku. Nie ma chy­ba żalu do pre­mie­ra.

Póź­nym wie­czo­rem pani Bo­żen­ka za­pra­sza mnie do ga­bi­ne­tu. Za­sta­ję pre­mie­ra przy sto­le, po­chy­lo­ne­go nad mapą. Wo­kół gro­no do­rad­ców. De­ba­tu­ją nad tym, jak po­mi­mo cięć bu­dże­to­wych, ura­to­wać plan bu­do­wy au­to­strad.

– Oszczęd­no­ści są prio­ry­te­tem, ale sło­wa da­ne­go wy­bor­cy lek­ce­wa­żyć nie moż­na – na­ucza pre­mier.

Bie­rze fla­ma­ster i ry­su­je nowy prze­bieg au­to­stra­dy A4 koło Tar­no­wa. Za­osz­czę­dzi­my 15 ki­lo­me­trów i kil­ka­dzie­siąt mi­lio­nów zło­tych. Do­rad­cy w mil­cze­niu pod­su­wa­ją ko­lej­ną mapę. Pre­mier gło­wi się te­raz nad ob­wod­ni­cą Bol­ko­wa. Fla­ma­ster w ręku. Szast, prast. Będą dwie jezd­nie.

Dzwo­ni te­le­fon. To od­dzwa­nia wi­ce­pre­mier. Pre­mier pyta go

o ro­sną­ce ceny ziem­nia­ków. Wy­da­je sta­now­cze po­le­ce­nie za­po­bie­ga­nia spe­ku­la­cji w sku­pie.

Pre­mier opa­da wy­czer­pa­ny na fo­tel. Nie spał już sie­dem nocy. Ski­nie­niem dło­ni przy­wo­łu­je mnie do sie­bie. Sta­ję na bacz­ność. Pre­mier kiw­nię­ciem gło­wy daje znak na spo­cznij. Po chwi­li wsta­je i za­czy­na krą­żyć po ga­bi­ne­cie. Kil­ka­krot­nie pod­le­wa pa­prot­kę. Ner­wo­wa at­mos­fe­ra.

Prze­ka­zu­ję pre­mie­ro­wi ra­port z Rze­szo­wa. Pre­mier słu­cha na sto­ją­co, pod­pie­ra­jąc pod­bró­dek. Twarz pre­mie­ra roz­dzie­ra­ją tro­ski. Wi­dać, że bar­dzo tra­pi go los naj­słab­szych. Kil­ka­krot­nie pyta mnie, czy lu­dzie do­kar­mia­ją pta­ki.

Pre­mie­ra nur­tu­je też pro­blem zwi­sa­ją­cych so­pli:

– Jak wie­le go­spo­darstw do­mo­wych za­gro­żo­nych jest spa­da­ją­cym lo­dem? – pada py­ta­nie, na któ­re nie je­stem w sta­nie od­po­wie­dzieć. Pre­mier kiwa gło­wą ze smut­kiem. Wspo­mi­na, że gdy jako mło­kos pra­co­wał na du­żych wy­so­ko­ściach, spa­da­ją­cy so­pel ude­rzył go z im­pe­tem w gło­wę.

– Zro­bi­łem się cały mo­kry… – wzdry­ga się pre­mier.

– Od krwi? – za­ła­mu­ję ręce z prze­ra­że­nia.

– Nie, od wody. So­pel ze­śli­zgnął się po po­ty­li­cy – pre­mier ob­ra­zo­wo prze­cią­ga dłu­go­pi­sem po gło­wie – i wpadł mi za ko­szu­lę! Tam roz­pu­ścił się po kil­ku mi­nu­tach. – Pre­mier opo­wia­da, że na­ba­wił się wte­dy wi­ru­so­we­go za­pa­le­nia ple­ców. – Ale ro­bo­ty nie prze­rwa­łem… – wspo­mi­na.

No tak, pre­mier nig­dy nie koń­czy roz­po­czę­te­go dzie­ła w po­ło­wie.

Uścisk dło­ni. Pre­mier w kil­ku żoł­nier­skich sło­wach dzię­ku­je mi za ra­port. Kła­niam się, przed ocza­mi mam lśnią­ce buty pre­mie­ra. Pre­mier do­ce­nia pro­fe­sjo­nal­ne po­dej­ście:

– Będę o panu pa­mię­tał – mówi na po­że­gna­nie.

Wy­cho­dzę z ga­bi­ne­tu na mięk­kich no­gach.

* * *

Sta­ram się za­snąć. Lśnią­ce buty pre­mie­ra nie dają mi spać. Na­gle te­le­fon. Dzwo­ni se­kre­tarz pre­mie­ra. Mu­szę za­raz prze­słać dane o licz­bie urzęd­ni­ków w ad­mi­ni­stra­cji. Będą cię­cia!

Zry­wam się z łóż­ka. Ner­wo­wo prze­glą­dam spi­sy urzęd­ni­ków. W ostat­nich dwóch la­tach za­trud­ni­li­śmy wie­lu pro­fe­sjo­na­li­stów.

– Bez nich cięż­ko bę­dzie nam na­pra­wiać pań­stwo – my­ślę, za­rzu­ca­jąc płaszcz.

O szó­stej nad ra­nem do­cie­ram do kan­ce­la­rii. Pre­mier wciąż pra­cu­je. Na ko­ry­ta­rzu wita mnie A., se­kre­tarz pre­mie­ra, czło­wiek, któ­re­mu za­wdzię­cza­my po­rzą­dek w ad­mi­ni­stra­cji. Wcho­dzi­my do ga­bi­ne­tu. Pre­mier pod­le­wa pa­prot­kę. Mi­ni­stro­wie przy­glą­da­ją się w mil­cze­niu. Pa­nu­je at­mos­fe­ra po­wa­gi.

A. bie­rze do ręki spi­sy urzęd­ni­ków. Zwra­ca uwa­gę, że po­zo­sta­ło mnó­stwo sy­ne­kur po po­przed­nich eki­pach.

– Trze­ba je zli­kwi­do­wać – mówi.

Włą­cza się pre­mier:

– O nie, pa­no­wie. Żad­nych czy­stek. Tyl­ko me­ry­to­rycz­nie.

Wi­dać, że jest wzbu­rzo­ny.

Mamy twar­dy orzech do zgry­zie­nia. Bo pan pre­zy­dent bar­dzo chciał­by wresz­cie za­we­to­wać ja­kąś usta­wę, na­wet dzwo­nił w tej spra­wie do pre­mie­ra. Pre­mier za­pro­po­no­wał panu pre­zy­den­to­wi dwie usta­wy do wy­bo­ru: o cię­ciach w ad­mi­ni­stra­cji albo usta­wę ło­wiec­ką prze­wi­du­ją­cą li­kwi­da­cję okre­su ochron­ne­go na mło­de żu­bry, tzw. „cie­lacz­ki”, jak ma­wia pan pre­zy­dent.

– I któ­rą pan pre­zy­dent wy­brał? – do­py­tu­je­my z nie­po­ko­jem.

– Nie wiem. Jest nie­za­leż­ny – od­po­wia­da krót­ko pre­mier.

– A je­śli pan pre­zy­dent za­we­tu­je nam cię­cia?

– Trud­no – roz­kła­da ręce pre­mier. – Mamy kon­sty­tu­cyj­ny po­dział władz. Nic na to nie po­ra­dzi­my. Niech każ­dy robi swo­je – pod­kre­śla.

Dla roz­luź­nie­nia at­mos­fe­ry pre­mier opo­wia­da o me­czu, jaki ro­ze­grał z dru­ży­ną dzien­ni­ka­rzy „Fak­tu”. Rząd oczy­wi­ście wy­grał. Wy­ry­wa­my so­bie z ręki „Fakt”. Na zdję­ciach głów­nie pre­mier. W czar­nej ko­mi­niar­ce i od­bla­sko­wej ka­mi­zel­ce. Po­da­je pił­kę, dry­blu­je, na­cie­ra na bram­ka­rza. Robi wra­że­nie!

Przy­wi­lej gry z pre­mie­rem mają tyl­ko wy­bra­ni. Gra­jąc z „Fak­tem”, pre­mier dał do zro­zu­mie­nia, jak bar­dzo do­ce­nia kry­tycz­ną rolę me­diów.

* * *

Te­le­fon za­dzwo­nił tuż przed czwar­tą rano. To z Kan­ce­la­rii Pre­mie­ra. Zry­wam się z łóż­ka na rów­ne nogi. Tak, ro­zu­miem. Mam ku­pić cho­in­kę.

– To oso­bi­sta de­cy­zja pre­mie­ra – pod­kre­śla se­kre­tarz.

Zo­sta­łem wy­róż­nio­ny.

Jak się do­wie­dzia­łem, pre­mier do­strzegł przed chwi­lą brak ak­cen­tu bo­żo­na­ro­dze­nio­we­go. Jest tak za­pra­co­wa­ny, że świę­ta dla nie­go nie ist­nie­ją.

Za­kup cho­in­ki nie na­strę­czył trud­no­ści. Wy­star­czy­ło po­ka­zać sprze­daw­cy le­gi­ty­ma­cję służ­bo­wą. Gdy do­wie­dział się, że ku­pu­ję cho­in­kę dla pre­mie­ra, otwo­rzył usta i zręcz­nym pi­ru­etem usko­czył mię­dzy świer­ki. Po chwi­li za­uwa­ży­łem, że leży w śnie­gu. De­li­kat­nie ko­pię go w no­gaw­kę, wy­ra­ża­jąc w ten spo­sób swo­je znie­cier­pli­wie­nie. Sprze­daw­ca pre­cy­zyj­nie zro­zu­miał gest:

– Chcia­łem zna­leźć naj­ład­niej­szą – wy­ja­śnia, otrze­pu­jąc twarz ze śnie­gu.

Chcę za­pła­cić, ale spo­strze­gam, że mam w port­fe­lu tyl­ko służ­bo­we kar­ty płat­ni­cze. Nig­dy nie ku­pię cho­in­ki za pań­stwo­we pie­nią­dze, cho­dzi prze­cież o bu­dżet! Szu­kam pry­wat­nej kar­ty, nie mam po­ję­cia, gdzie ona jest. W koń­cu znaj­du­ję ją wsu­nię­tą mię­dzy po­żół­kłe wi­zy­tów­ki: co za pech, nie­waż­na od 2007 roku. Na szczę­ście sprze­daw­ca ła­pie mnie za rękę:

– To w pre­zen­cie. Oby pre­mier miał już za­wsze świę­ta.

Ja­kie miłe ży­cze­nia.

Za­rzu­cam cho­in­kę na ple­cy. Te­raz marsz pod górę. Bel­we­der­ska oświe­tlo­na gir­lan­da­mi ża­ró­wek. Na bil­l­bo­ar­dach pani pre­zy­dent mia­sta stoi z no­żem w dło­ni przed pół­mi­skiem z in­dy­kiem: „Ży­czę war­sza­wia­kom suto za­sta­wio­ne­go sto­łu. Z dala od po­li­ty­ki”.

– Praw­dzi­wie eu­ro­pej­ska sto­li­ca – my­ślę.

Na­strój do­sko­na­ły, nogi śmia­ło rwą do przo­du, prze­cież za chwi­lę po­sie­dze­nie Szta­bu An­ty­kry­zy­so­we­go. Bę­dzie pre­mier.

W prze­ciw­ną stro­nę po­wo­li ze­śli­zgu­ją się sa­mo­cho­dy. Ko­rek sprzy­ja re­flek­sji. Oczy kie­row­ców po­boż­nie zwra­ca­ją się ku nie­bu. I do­strze­ga­ją roz­wie­szo­ne mię­dzy la­tar­nia­mi ban­ne­ry z ży­cze­nia­mi świą­tecz­ny­mi. Ma­te­riał mie­ni się zło­tem, fo­lia mro­zo­od­por­na. To ży­cze­nia od pre­mie­ra: „Dużo słoń­ca ży­czy pre­mier”. Dużo słoń­ca… Wi­dać, że pre­mier wciąż my­śli o po­go­dzie.

Po for­sow­nym mar­szu w górę przy­sia­dam na chwi­lę na ław­ce. Z Ła­zie­nek wy­cho­dzą ostat­ni spa­ce­ro­wi­cze. Przede mną wy­ra­sta z mro­ku gmach kan­ce­la­rii. To w nim pre­mier na­kre­śla śmia­łe wi­zje, to w nim za­pa­da­ją od­waż­ne de­cy­zje, to w nim… Gro­ma­da roz­wrzesz­cza­nych dzie­ci nie po­zwa­la mi na­cie­szyć się miej­scem pra­cy.

Na­gle dzie­ci milk­ną. Spo­glą­dam, jak i one, na fa­sa­dę kan­ce­la­rii. Z ciem­ne­go o tej po­rze bu­dyn­ku wy­strze­lił nie­spo­dzie­wa­nie snop świa­tła.

– Pa­trz­cie dzie­ci, to pre­mier – szep­ce prze­ję­ta na­uczy­ciel­ka.

Rze­czy­wi­ście, w oknie na trze­cim pię­trze za­pa­li­ło się świa­tło. Za oknem za­mi­go­ta­ła po­stać. Tak! To na­praw­dę pre­mier! Roz­po­zna­ję jego czer­wo­ną pi­ża­mę. Wciąż nie może za­snąć. Spo­glą­da na opa­da­ją­ce płat­ki śnie­gu, po­pra­wia kra­wat. Po­zdra­wia dzie­ci z okna.

– Ileż w nim jest ludz­kich cech – my­ślę, za­rzu­ca­jąc na ple­cy cho­in­kę.

Spo­glą­dam jesz­cze na na­uczy­ciel­kę. Ko­bie­ta nie kry­je wzru­sze­nia, z jej oczu pły­ną łzy.

Pre­mier. Tak wie­le spraw zwa­li­ło się na jego gło­wę w tym roku, nie­prze­wi­dzia­ne wy­pad­ki lo­so­we, przed­wcze­sne wy­bo­ry pre­zy­denc­kie, do­pa­la­cze, a te­raz jesz­cze mroź­na zima. Mało kto wy­trzy­mał­by tyle prze­ci­wieństw losu. Ale pre­mier nie pod­da­je się. Kosz­tem wła­sne­go snu re­ali­zu­je zło­żo­ne na­ro­do­wi obiet­ni­ce, do koń­ca roku po­zo­sta­ło wszak jesz­cze kil­ka dni.

Wcho­dzę do kan­ce­la­rii. W szat­ni spo­ty­kam prze­uro­czą po­słan­kę M. Od­da­je­my płasz­cze. Szat­niarz od­kła­da na chwi­lę pa­ra­li­za­tor i pod­su­wa nam pu­deł­ko: skład­ka na au­to­stra­dy i dro­gi eks­pre­so­we. To ma być świą­tecz­na nie­spo­dzian­ka. Po­dob­no wszy­scy wrzu­ca­ją, każ­dy z nas chce ja­koś po­móc pre­mie­ro­wi. Mam 20 zło­tych, tro­chę mało, zwłasz­cza, że na dnie wi­dzę set­kę.

– To ja ją wrzu­ci­łem, dla za­chę­ty – szat­niarz nie kry­je dumy.

Prze­uro­cza po­słan­ka M. ko­men­tu­je:

– To bar­dzo szla­chet­ny gest. W pań­skim wie­ku lu­dzie po­tra­fią tyl­ko cią­gnąć kasę z bu­dże­tu i prze­wa­lać ją bez­myśl­nie na le­kar­stwa – ki­wa­my gło­wa­mi z dez­apro­ba­tą. Sę­dzi­wy wiek nie może być uspra­wie­dli­wie­niem dla roz­rzut­no­ści.

Po­za­pa­la­ne w ko­ry­ta­rzach kan­ce­la­rii świa­teł­ka pod­kre­śla­ją nad­zwy­czaj­ny cha­rak­ter tego miej­sca. Jest bar­dzo uro­czy­ście, z gło­śni­ków są­czy się „Last Chri­st­mas”. Za­trzy­mu­je­my się pod ga­bi­ne­tem pre­mie­ra. Spod drzwi wi­dać świa­tło, znak, że pre­mier urzę­du­je. Cze­ka­my w świą­tecz­nym sku­pie­niu. Mi­ni­stro­wie ga­wę­dzą nie­zo­bo­wią­zu­ją­co o tym, jak fa­cho­wo zro­bić pasz­tet.

Zza drzwi ga­bi­ne­tu do­bie­ga­ją szme­ry, sły­chać głos nie­zna­nej ko­bie­ty. Na­tych­miast milk­nie­my.

– Nie chcę żad­nej bro­dy, pro­szę sa­mej ją so­bie przy­cze­pić – to głos pre­mie­ra. Jest po­de­ner­wo­wa­ny.

– Wia­do­mo, tyle spraw na gło­wie, a tu jesz­cze bro­da – kiwa gło­wą pan Win­cen­ty, mi­ni­ster fi­nan­sów.

– Jaka zno­wu bro­da? – dzi­wi się rzecz­nik.

Gwał­tow­ne ude­rze­nie drzwia­mi. Ośle­pia­ją­cy błysk świa­tła, to pre­mier we wła­snej oso­bie! Jest w czer­wo­nym płasz­czu. Od razu na­szą uwa­gę zwra­ca­ją jego srebr­ne buty z za­dar­tym no­sem.

– Ślicz­na rzecz. Szy­te na mia­rę – wzdy­cha rzecz­nik. Jest bar­dzo za­zdro­sny o ga­dże­ty.

Pre­mier opę­dza się od ma­ki­ja­żyst­ki, wszy­scy wie­my, jak nie­na­wi­dzi upięk­sza­nia się.

– Pro­szę wy­łą­czyć te ju­pi­te­ry – rzu­ca do eki­py te­le­wi­zyj­nej.

Pre­mier roz­glą­da się nie­cier­pli­wie. Do­strze­ga mnie, cie­szę się, znów zo­sta­łem wy­róż­nio­ny:

– Ma pan cho­in­kę? To pro­szę z nią do sali kon­fe­ren­cyj­nej – szyb­kie de­cy­zje to spe­cjal­ność pre­mie­ra.

Pre­mier na­gry­wa wła­śnie bo­żo­na­ro­dze­nio­we orę­dzie dla naj­więk­szej pry­wat­nej te­le­wi­zji. Cho­in­ka bę­dzie re­kwi­zy­tem.

Sala kon­fe­ren­cyj­na przy­go­to­wa­na. Nad ca­ło­ścią czu­wa O., czło­wiek, dzię­ki któ­re­mu Po­la­cy wie­dzą, że żyje im się le­piej. Jest żło­bek i ba­ra­nek. Ba­ra­nek ra­do­śnie mer­da ogon­kiem. Zwie­rzę­ta lgną do pre­mie­ra. Pre­mier każe na­tych­miast wy­wie­trzyć po­miesz­cze­nie. My­śli nad orę­dziem.

Spe­cja­li­ści od dźwię­ku spraw­dza­ją aku­sty­kę, pre­mier sku­pio­ny, prze­cież cały kraj cze­ka na jego sło­wa.

Ka­me­ry zo­sta­ją skie­ro­wa­ne. W obiek­ty­wie żłó­bek, pre­mier in­to­nu­je ko­lę­dę „Przy­bie­że­li do Be­tle­jem, pa­ste­rze…”. Z ciem­no­ści wy­ła­nia­ją się trzy po­sta­ci w gar­ni­tu­rach. Po­zna­je­my ich! To mi­ni­ster in­fra­struk­tu­ry, mi­ni­ster spraw we­wnętrz­nych i mi­ni­ster fi­nan­sów. Ręce same skła­da­ją się do burz­li­wej owa­cji. Re­ży­ser po­wstrzy­mu­je nas w ostat­niej chwi­li.

Bach! Ju­pi­te­ry na peł­ną moc. Snop świa­tła na pre­mie­ra. Ko­lę­da na­bie­ra dy­na­mi­ki. Wcho­dzi per­ku­sja.

Trzej mi­ni­stro­wie sta­ją przed pre­mie­rem. Trzy­ma­ją w rę­kach dary. Pan Win­cen­ty, tro­chę spię­ty, pod­cho­dzi jako pierw­szy. Ob­ra­ca w pal­cach zło­ty pie­niądz:

– Oto po­myśl­ność… – pre­mier po­ka­zu­je na mo­ne­tę. Po­wo­li prze­no­si wzrok na mi­ni­stra spraw we­wnętrz­nych. Ten ocie­ra pot z czo­ła, wyj­mu­je szu­fel­kę:

– Po­rzą­dek… – pre­mier kiwa gło­wą z uzna­niem i od­wra­ca się do mi­ni­stra in­fra­struk­tu­ry, któ­ry ocią­ga się, szu­ka po kie­sze­niach, szu­ka, szu­ka… w koń­cu uśmie­cha się nie­win­nie:

– …I faj­ną at­mos­fe­rę – pre­mier bły­snął okiem – przy­nie­śli­ście mi w da­rze. Siądź­cie.

Trzej mi­ni­stro­wie sia­da­ją.

– Ale te dary nie są dla mnie – kon­ty­nu­uje pre­mier. – Te dary są dla ca­łe­go na­ro­du.

Pre­mier za­my­ka oczy. Sły­szy­my jego od­dech:

– Mia­łem sen – mówi.

Na sali zdzi­wie­nie, prze­cież pre­mier nie śpi.

– Mia­łem sen – po­wta­rza sta­now­czo pre­mier. Jego oczy otwie­ra­ją się wprost do ka­me­ry. Peł­ne zbli­że­nie:

– W tym śnie uj­rza­łem Pol­skę. Pol­skę, w któ­rej nie pa­dał śnieg, Pol­skę peł­ną słoń­ca, peł­ną śpie­wu pta­ków… – twarz pre­mie­ra to­nie w bło­go­ści. – Dro­dzy ro­da­cy – pre­mier znów sze­ro­ko otwie­ra swo­je ła­god­ne oczy – wy do­brze wie­cie, że nie rzu­cam słów na wiatr. Wraz z ca­łym rzą­dem – tu zbli­że­nie na pana Win­cen­te­go – pra­cu­je­my nad tym, aby ten sen jak naj­szyb­ciej się speł­nił. I obie­cu­ję, że do­ło­żę oso­bi­stych sta­rań, aby sta­ło się to już w przy­szłym roku. Po­zwól­cie te­raz, że po­dzie­lę się z wami opłat­kiem. – Przed pre­mie­rem po­ja­wia się srebr­na tac­ka. – Smacz­ne­go! – pre­mier kon­su­mu­je za­war­tość tac­ki.

Ka­me­ra pre­cy­zyj­nie śle­dzi mia­ro­wy ruch jego ust.