Wydawca: Instytut Wydawniczy Erica Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 417 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Prędkość ucieczki - Remigiusz Mróz

W sierpniu 1939 roku sierżant Bronisław Zaniewski, służący w jednostce stacjonującej pod granicą rumuńską, ma znacznie większy problem niż przejmowanie się doniesieniami o zagrożeniu niemieckim. Tym razem nie tylko zadarł, ale i pobił się ze swym przełożonym, chorążym Chwieduszko. A w wojsku podniesienie ręki na starszego stopniem to nie przelewki…

W tym samym czasie młodszy z braci Zaniewskich, Stanisław, myśli przede wszystkim o własnych zaręczynach. Tylko jak ma powiedzieć ojcu, że jego wybranka jest Żydówką?

Pierwszego września bójki i zaręczyny przestają być ważne.

Powieść Prędkość ucieczki otwiera cykl Parabellum, opisującego niezwykłą tułaczkę obu braci po ogarniętej wojną Europie. Będą walczyć, zabijać, uciekać przed faszystami i bolszewikami, wplątywać się w afery szpiegowskie… Oraz kochać piękne kobiety.

Opinie o ebooku Prędkość ucieczki - Remigiusz Mróz

Fragment ebooka Prędkość ucieczki - Remigiusz Mróz

P R Ę D K O Ś Ć  U C I E C Z K I  – minimalna, niezbędna prędkość, jaką musi posiadać obiekt, by opuścić pole grawitacyjne ciała niebieskiego. W przypadku czarnej dziury nawet prędkość światła jest niewystarczająca.

Redakcja: ARTUR SZREJTER
Korekta: EWA CIEŚLAK
Projekt okładki: MAGDALENA ZAWADZKA
Skład: TOMASZ WOJTANOWICZ
Copyright © by Remigiusz Mróz, 2013 Copyright © by Instytut Wydawniczy Erica, 2013 Wszelkie prawa zastrzeżone
ISBN 978-83-64185-32-8
Instytut Wydawniczy ERICA e-mail: wydawnictwoerica@wp.plwww.WydawnictwoErica.pl Oficjalny sklep www.tetraErica.pl
Konwersja: eLitera s.c.

STOPNIE W SS W LATACH 1934–1940

Wehrmacht

SS

polski odpowiednik

Szeregowi

Schütze

SS-Anwärter, SS-Mann

szeregowy, strzelec

Gefrejter

SS-Sturmmann

starszy szeregowy

Obergefreiter

SS-Rottenführer

kapral

Podoficerowie

Unteroffizier

SS-Unterscharführer

plutonowy

Unterfeldwebel

SS-Scharführer

sierżant

Feldwebel

SS-Oberscharführer

starszy sierżant

Oberfeldwebel

SS-Hauptscharführer

(SS-Stabsscharführer)

sierżant sztabowy

Oficerowie młodsi

Leutnant

SS-Untersturmführer

podporucznik

Oberleutnant

SS-Obersturmführer

porucznik

Hauptmann

SS-Hauptsturmführer

kapitan

Oficerowie starsi

Major

SS-Sturmbannführer

major

Oberstleutnant

SS-Obersturmbannführer

podpułkownik

Oberst

SS-Standartenführer

pułkownik

(brak odpowiednika)

SS-Oberführer

pułkownik liniowy/brygadier

Generałowie

Generalmajor

SS-Brigadeführer

generał brygady

Generalleutnant

SS-Gruppenführer

generał dywizji

General

SS-Obergruppenführer

generał broni

Generalfeldmarschall

SS-Reichsführer

(Heinrich Himmler)

marszałek

Ego mitto vos sicut oves in medio luporum. – Ja was posyłam jak owce między wilki.

EWANGELIA ŚW. MATEUSZA

OKOLICE BURKUTU, POŁUDNIOWA POLSKA, NIEDALEKO GRANICY Z RUMUNIĄ, 1939 ROK

Kanonada przekleństw odbijała się echem w głowie młodego sierżanta. Słowa reprymendy z ust dowódcy huczały obezwładniająco, ale jeszcze nieprzyjemniejszy był deszcz kropelek śliny, tryskającej z ust wściekłego kapitana.

Podoficer z trudem podniósł wzrok. Starał się przeczekać ten atak i liczył na to, że w końcu uda mu się dojść do słowa. Wiedział, że dowódca ma rację, ale jednocześnie zdawał sobie sprawę, że nawet gdyby mógł cofnąć czas, jeszcze raz zrobiłby to samo, za co teraz był obsztorcowywany.

– Sierżancie Zaniewski, jesteście nie tylko kompletnym idiotą, ale też pierdolonym psychopatą!

– Panie kapitanie, melduję, że wszelkie uszkodzenia ciała chorążego Chwieduszki są wynikiem...

– W dupie mam twoje tłumaczenia! Staniesz przed sądem polowym szybciej, niż zdążysz pierdnąć po następnej grochówce.

Cała ta parszywa sytuacja związana z pobiciem przełożonego nie była pierwszym problemem, jaki kapitan Obelt, dowódca Piątej Kompanii Batalionu „Delatyn”, miał z Bronisławem Zaniewskim. Owszem, chłopak był materiałem na porządnego żołnierza, ale ujarzmienie jego wybuchowego temperamentu było ponad siły przeciętnego człowieka. Bez dwóch zdań oficer uznawał go za najlepszego strzelca w całym batalionie, ale zupełny brak oleju w głowie skutecznie przekreślał szanse sierżanta na dochrapanie się choćby stopnia chorążego.

Wiedział, że Zaniewski musiał zostać sprowokowany, zresztą od pewnego czasu miał na pieńku z Chwieduszką. W normalnych okolicznościach kapitan wezwałby obu i rozwiązał sytuację w ten sposób, że kazałby im kopać – ramię w ramię – okopy przez dwie noce z rzędu. Brak snu i ciężka wspólna praca zrobiłyby swoje. Zresztą, nic bardziej nie cementowało żołnierskich relacji niż wspólne utyskiwanie na przełożonego, a oni mieliby wtedy ku temu całkiem niezły powód.

Bójka jednak odbyła się na oczach całej kompanii, a ta banda debili kibicowała walczącym z nieskrywanym entuzjazmem. Obelt musiał w duchu przyznać, że było na co popatrzeć w tym amatorskim starciu bokserskim, ale przez to sprawa stała się zbyt głośna, by zamieść ją pod dywan.

Nie miał wątpliwości, że z wyjątkiem Zaniewskiego i kilkunastu innych dostał dowództwo nad wyjątkowo nieudolnymi żołnierzami. Ich zadaniem było tkwienie na granicy z Rumunią, aby sprawiać wrażenie, że i tu są obecne polskie siły zbrojne. Prawda była jednak taka, że po prostu przejęli obowiązki Straży Granicznej. Jeśli doszłoby do prawdziwej walki, połowa miałaby pod siedzeniem potężne kałuże.

Mimo to starał się zrobić ze swoich żołnierzy ludzi. Był dla nich twardy, ale też pomocny, może czasem nawet zbytnio. Jego polityka otwartych drzwi była krytykowana między innymi przez przełożonego, dowódcę pułku. A zbyt łagodne podejście zaowocowało tym, że banda żółtodziobów tytułowała go – za jego plecami, ma się rozumieć – „kapitanem Bełtem”. Wciąż nie mógł tego przetrawić.

W wyniku bójki Zaniewski miał złamany nos i podbite prawe oko, a Chwieduszko, oprócz licznych zauważalnych uszkodzeń ciała, także wstrząśnienie mózgu. Tak przynajmniej zawyrokował jeden z kompanijnych sanitariuszy. Cała masa kłopotów przez cholernego młodziaka, któremu nie wystarczyło sprawienie łomotu przełożonemu – musiał mu jeszcze zasadzić kolanem w głowę, kiedy ten już słaniał się na nogach.

– Ale panie kapitanie... – Bronek tkwił przed przełożonym w kamiennej postawie zasadniczej, jednocześnie starając się wyjaśnić, co sprowokowało całe zajście.

Kapitan Obelt szybko przerwał mu podniesionym głosem:

– Wypierdalać, sierżancie. Ale już.

– Tak jest – odparł Zaniewski widząc, że obecnie nic nie wskóra, choćby nawet stanął w poprzek.

Obelt wezwał dwóch żołnierzy stojących przed jego kwaterą i oczekujących decyzji dowódcy.

– Zaprowadzić do namiotu i pilnować, żeby nigdzie nie wychodził, dopóki nie wydam nowych rozkazów.

Dwóch szeregowców bez ceregieli złapało młodego sierżanta i spełniło rozkazy Obelta. A Bronek, nie chcąc pogarszać swojej sytuacji, po chwili przestał formułować wobec nich obraźliwe uwagi.

Kapitan usiadł na tyle wygodnie, na ile pozwalało wojskowe siedzisko i skonstatował, że ten cholerny chłopak z pewnością zna wagę takich wartości jak „honor” i „odwaga”, ale rodzice powinni dać mu na imię „bezmyślność”, a na nazwisko „próżność”. Osobliwy człowiek.

W namiocie niecierpliwie czekał na Zaniewskiego inny sierżant, z którym Bronek utrzymywał prawie braterskie stosunki. Wacek Maniura był nierozgarniętym, średnio kompetentnym, acz zawsze wesołym żołnierzem – choćby i musiał robić sto pompek w błocie, a Obelt siedziałby mu na plecach.

– I co? Już mu rzeczy spakowałem – powiedział Maniura w charakterystyczny dla siebie sposób, który z początku drażnił Bronka, ale po pewnym czasie uznał to za przyjemny powiew folkloru.

– W łóżku też taki szybki jesteś?

– Nie wylatuje? – spytał zdziwiony Wacek.

– Może nie, Bełt był cały czerwony ze złości, ale nie wygląda na to, żeby sam chciał mi łeb ukręcić. Wszystko zależy od tego, czy sukinsyn Chwieduszko wniesie oskarżenie. Zresztą cholera wie, nie znam się na tych sprawach, nie wiem, jak to działa.

– No tak, jest jak prawdziwy polski porządny żołnierz – od obijania mordy, a nie od myślenia! – krzyknął Maniura i zerwał się, by sparodiować salut. – Ale było nie traktować chorążego z kolana w czerep na dobranoc.

– Gdyby nie kazał jakiemuś idiocie szeregowcowi naszczać mi w nocy do butów, to by nie zarwał.

– A tam, mi też nieraz ktoś naszczał. Takie życie. Nigdy nie zarobi pojedynczego paska na naramienniku, jak będzie lał po mordach innych podoficerów.

– Maniura, daj mi spokój. Jedyne czego mi teraz trzeba, to trochę lodu na łeb i walnąć się na pryczę. Na co najmniej osiem godzin. A nie dość, że jedno i drugie zobaczę jak świnia niebo, to jeszcze ty mi dupę zawracasz.

– To niech śpi, Bełt zrobi pewnie, co będzie mógł, żeby mu tę dupę uratować.

Zaniewski długo leżał na pryczy i nie mógł zmrużyć oka. Zresztą chyba nikt w kompanii nie spał, różnica była tylko taka, że on był uziemiony, podczas gdy reszta prowadziła wzmożone ćwiczenia bojowe. Sytuacja w szeregach stała się napięta do granic możliwości, wszyscy byli nerwowi jak nigdy, zresztą zapewne właśnie to było powodem całego zajścia z Chwieduszką. Od dawna między nim a Bronkiem trwał permanentny stan zimnej wojny, a atmosfera nerwowości, związana z sytuacją na granicy z Niemcami, okazała się katalizatorem wybuchu otwartego konfliktu. Wcześniej chorąży Chwieduszko kazał młodzieńcowi raz za razem szorować kible lub wydawał inne rozkazy, które wykonywane zbyt często mogłyby zachwiać psychiką niejednego człowieka o zdrowych zmysłach. Bronek odwdzięczał się, wymyślając coraz to nowe kompromitujące i obsceniczne żarty na temat przełożonego. Rozpuszczał też plotki o jego nocnych, mających miejsce za latrynami, schadzkach z niektórymi żołnierzami. Do tego dochodziły zaczepki przy wykorzystaniu podkomendnych – jak ta z mokrymi butami Bronka dzisiejszego ranka.

WARSZAWA, STYCZEŃ–SIERPIEŃ 1939 ROKU

Oznajmiając koniec zimowego popołudnia, słońce niespiesznie chowało się za pokrytymi białym puchem koronami drzew, gdy dwoje młodych ludzi beztrosko przechadzało się alejkami Łazienek Królewskich. Błogą ciszę przerywał jedynie przyjemny dźwięk trzaskania śniegu pod butami oraz głosy zakochanych, którzy snuli plany na przyszłość.

Młodzieniec, trzymając pod rękę swą wybrankę, zaczął się zastanawiać, czy brakuje mu czegokolwiek, by z czystym sumieniem mógł przyznać, że oto doznaje pełni szczęścia.

Niedawno ukończył studia na Wydziale Lekarskim Uniwersytetu Warszawskiego, a dzięki osiągnięciu dobrych rezultatów w swoich zmaganiach naukowych, malowała się przed nim wizja stałej pracy w jednym z najstarszych szpitali w mieście, u Świętego Łazarza. Do tego w życiu osobistym wszystko układało się jak najlepiej. Odbywał nawet z Marią niezobowiązujące rozmowy na temat uroku małych dzieci obrzucających się śnieżkami, co mogło stanowić preludium do podjęcia tematu małżeństwa.

Od dłuższego czasu zastanawiał się, czy właśnie nie nadeszła najwyższa pora, by został klientem któregoś ze znanych zakładów jubilerskich. Pochodził z dobrej rodziny o szlacheckich korzeniach, a ojciec prowadził prywatną działalność, w efekcie rodzice nie narzekali na brak pieniędzy. Gdyby zastosował umiejętną strategię, pomogliby mu sfinansować planowany zakup.

Dręczyły go jednak pewne, jakkolwiek nikłe, wątpliwości co do ślubu – wszak skończył zaledwie dwadzieścia cztery lata. A dzięki swej nienagannej prezencji i ujmującej osobowości nie miał kłopotów ze zdobywaniem kobiet. W jego życiu było ich nawet zbyt wiele, przez co nie bez obaw myślał o tym, że resztę życia będzie musiał spędzić wyłącznie z jedną. Owszem, kochał Marię, a ich związek trwał już cztery lata, jednak – jak każdy – i on na swej drodze ku szczęściu napotykał wyboje. Maria, absolwentka architektury, była żywiołowa i energiczna, a nawet wybuchowa, co w zderzeniu z jego stoicyzmem często owocowało krótkimi spięciami. Uważał jednak, że właśnie to czyni ich związek tak wyjątkowym.

Wprawdzie Władysław, jego ojciec, nie akceptował w pełni Marii Herensztad z powodu jej żydowskiego pochodzenia i prawdopodobnie będzie protestował w kwestii ślubu, ale młodzieniec był pewien, że z pomocą Róży, swej matki, zdoła przeforsować własną wolę.

– Staszek, słuchasz mnie, do cholery? – Maria zapytała wyraźnie zirytowana, gdyż był to jeden z tych momentów, kiedy w samym środku dyskusji odpływał myślami gdzieś daleko. Nie znosiła tej jego maniery, choć była świadoma, że bez niej straciłby część swojego uroku. Sama, zaczynając jakąkolwiek dysputę, była nią całkowicie pochłonięta, tymczasem on przejawiał tendencję do obracania spraw konkretnych w abstrakcyjne i snucia myśli, które pozostawały zrozumiałe wyłącznie dla niego.

– Tak, tak, przepraszam. Co mówiłaś?

– Co myślisz o wizycie Becka w Niemczech? – zapytała już spokojniej.

– Będzie dobrze. – Zobaczywszy jej pytający wzrok, stwierdził, że szykuje się dyskusja polityczna, uznał więc, iż najlepiej będzie nie poprzestawać na tak krótkim stwierdzeniu. – Podobno jutro ma się spotkać z Hitlerem i Ribbentropem. Moim zdaniem będzie trochę kurtuazji, potem twardych negocjacji, a w efekcie dojdą do jakiegoś porozumienia.

– Ty i te twoje „porozumienia”. Bądźże choć raz realistą! Niemieccy krwiopijcy tylko czekają, żeby wgryźć się w nasze szyje. Nie dalej jak za parę lat będzie wojna.

– Nie wątpię, że chcieliby zanurzyć w nas swoje zębiska, pytanie tylko, czy nie są teraz bardziej zajęci kiepską sytuacją we własnym kraju? Poza tym wiesz, że Francja i Wielka Brytania gwarantują nam pokój.

– No, zastanawiam się jednak, czy ruszą własne tyłki, kiedy ktoś będzie okładał nasze.

Nie podzielali poglądów ludzi, którzy już od początku lat trzydziestych wieszczyli kolejny światowy konflikt. Jeszcze niedawno Staszek i Maria zgadzali się w przypuszczeniu, że w chwili obecnej narody Europy są zbyt zajęte radzeniem sobie z trudną sytuacją gospodarczą we własnych krajach, by chwytać za broń. Jednak większość ludzi bardziej doświadczonych, z którymi rozmawiali, kiwało z politowaniem głową, słuchając tych pełnych młodzieńczego optymizmu słów. Być może dlatego Maria w ostatnim czasie zaczęła powoli zmieniać swoje stanowisko, co z kolei zasiało w Staszku ziarno wątpliwości, choć niejednokrotnie drażnił ją, z premedytacją nazywając „naczelną polską katastrofistką”. Zwykle krótko ucinała jego komentarze, mówiąc:

– Jestem tylko realistką, barani łbie. – Po czym przeprowadzała pełen czułości atak na jego starannie ułożoną grzywkę.

Cenił sobie fakt, że mógł podyskutować z nią zarówno o najnowszych spektaklach teatralnych, jak i o kwestiach związanych z polityką. W tym drugim temacie była uparta i nieustępliwa, a od pewnego czasu nie dawała się przekonać, że sytuacja w Europie zostanie ustabilizowana. W Niemcach upatrywała źródło wszelkiego zła. Choć nie mógł się dziwić, gdyż – jako osoba żywo zainteresowana wszelkimi wiadomościami ze świata – doskonale zdawała sobie sprawę z sytuacji Żydów za zachodnią granicą.

Objął ją i próbując uciąć dalszą dyskusję o możliwości wybuchu kolejnej wojny, zaproponował, że odprowadzi ją do domu, gdyż mróz zaczynał doskwierać coraz bardziej.

Po drodze nadal snuła rozważania, a on, obserwując jej energiczną gestykulację, przekonanie o pełnej zasadności własnych argumentów i niepowtarzalny błysk w oku, podjął decyzję.

Miesiąc później zakończył wreszcie skomplikowany proces przekonywania ojca, niemniej nie obyło się bez kilku ostrzejszych słów i trzaskania drzwiami.

– Synu, popamiętasz moje słowa! Ta Żydówka sprawi ci tyle problemów, że będziesz wolał mieszkać w oborze, niż z nią pod jednym dachem – zakończył ojciec w swoim stylu, lecz Staszek doskonale zdawał sobie sprawę, że w głębi serca Władysława kryje się radość z powodu planowanych oświadczyn syna. Młodzieniec nie był jednak pewien, czy ojciec kiedykolwiek zapomni się na tyle, by ją okazać.

W efekcie starań w rodzinnym domu, Staszek mógł dodać do budżetu – składającego się z pieniędzy zarobionych dzięki podejmowaniu różnych doraźnych robót – niemałą pożyczkę od ojca, którą jednak miał zwrócić w przeciągu roku od podjęcia stałej pracy. Zawsze doceniał fakt, że rodzice nie psuli go podawanymi na tacy większymi sumami, wsparcie dawkując rozsądnie, a od czasu osiągnięcia pełnoletności musiał zawsze w jakimś, choćby najmniejszym, stopniu zwrócić pożyczoną kwotę.

Wydając prawie całość zgromadzonych funduszy, nabył pierścionek zaręczynowy, który wręczył Marii nad Wisłą w ciepły marcowy wieczór, kiedy drzewa i krzewy budziły się powoli do życia, a wspomnienie siarczystych mrozów wydawało się coraz bardziej odległe. Mimo że nigdy wcześniej nie widział, by uroniła choć jedną łzę, tym razem rozpłakała się i rzuciła mu się na szyję. Poczuł się przyjemnie zdezorientowany i utwierdził w przekonaniu, że podjął najlepszą decyzję w swoim życiu.

Datę ślubu wyznaczono na niedzielę, dziesiątego września 1939 roku.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki