Prawo i dama - Wilkie Collins - ebook
Opis

Powieść otwiera scena cichego ślubu w jednym z londyńskich kościołów. Bohaterami są młoda i piękna Valeria Brinton oraz szaleńczo w niej zakochany Eustace Woodville. Przez kilka pierwszych dni nic nie mąci szczęścia nowożeńców. Jednak wkrótce Valeria uświadamia sobie, że Eustace coś przed nią ukrywa. Dzięki przypadkowemu, jak się wydaje, spotkaniu z teściową, która od początku sprzeciwiała się ich małżeństwu, Valeria odkrywa, że jej mąż poślubił ją pod fałszywym nazwiskiem. Eustace ze wszystkich sił usiłuje ją odwieźć od poznania prawdy, ale Valeria nie ustępuje…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 527

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


DO CZYTELNIKA

Przedstawiając Ci niniejszą książkę, nie dołączam przedmowy. Proszę tylko, abyś nie zapominał o pewnych uznanych prawdach, które czasami umykają podczas czytania powieści. Bądź zatem tak dobry i pamiętaj, że: (po pierwsze) ludzkie działania nie zawsze rządzą się prawami czystego rozumu; (po drugie) bynajmniej nie zawsze mamy zwyczaj obdarzać miłością te osoby, które zdaniem naszych przyjaciół najbardziej na nią zasługują; (i wreszcie po trzecie) postacie, które mogły nie wystąpić, oraz zdarzenia, które mogły nie mieć miejsca w ramach naszego jednostkowego doświadczenia, mogą mimo to być zupełnie zwyczajnymi postaciami i zupełnie prawdopodobnymi wydarzeniami. Powiedziawszy tych kilka słów, powiedziałem wszystko, co wydaje się konieczne przy okazji przedstawiania Ci mojej nowej opowieści.

W. C.

Londyn, 1 lutego 1875

CZĘŚĆ I. RAJ UTRACONY

ROZDZIAŁ IBŁĄD PANNY MŁODEJ

„Tak samo bowiem i dawniej święte niewiasty, które miały nadzieję w Bogu, same siebie ozdabiały, a były poddane swoim mężom. Tak Sara była posłuszna Abrahamowi, nazywając go panem. Stałyście się jej dziećmi, gdyż dobrze czynicie i nie obawiacie się żadnego zastraszenia”.

Zakończywszy tymi znanymi słowami nabożeństwo ślubne w obrządku anglikańskim, mój wuj Starkweather zamknął księgę i z wyrazem serdecznego zaciekawienia na swojej szerokiej, rumianej twarzy posłał mi spojrzenie ponad balustradą. W tej samej chwili stojąca koło mnie ciotka, a jego żona, poklepała mnie delikatnie po ramieniu i rzekła:

– Valerio, jesteś mężatką!

Gdzie byłam myślami? Gdzie podziała się moja uwaga? Czułam się zbyt oszołomiona, by to wiedzieć. Drgnęłam i spojrzałam na mojego świeżo upieczonego męża. Wydawał się niemal równie nieprzytomny jak ja. Obojgu nam, jak sądzę, przyszła do głowy ta sama myśl. Czy to możliwe, abyśmy mimo niezgody jego matki na nasze małżeństwo zostali mężem i żoną? Wydało mi się, że to ciotka Starkweather rozstrzygnęła ostatecznie tę kwestię, najwyraźniej tracąc do mnie resztki cierpliwości.

– Weźże go pod ramię! – szepnęła.

Wzięłam go pod ramię.

– Idź za wujem.

Przylgnąwszy mocno do ramienia męża, ruszyłam w ślad za wujem i wikariuszem, który asystował przy ślubie.

Duchowni zaprowadzili nas do zakrystii. Kościół znajdował się w jednej z tych ponurych dzielnic Londynu pomiędzy City a West Endem. Dzień był senny, a powietrze wilgotne i duszne. Stanowiliśmy smutną garstkę weselników godną ponurej okolicy i sennego dnia. Z krewnych i przyjaciół mojego męża nie przyszedł nikt. Jego rodzina, jak już wspomniałam, nie pochwalała naszego małżeństwa. Z mojej strony nie było nikogo prócz wujostwa. Straciłam oboje rodziców i miałam niewielu przyjaciół. Stary, wierny sekretarz mojego drogiego ojca, Benjamin, przyszedł na ślub, aby mnie „wydać”, jak to się mówi. Znał mnie od dziecka i w obliczu mojej samotności był dla mnie praktycznie jak ojciec.

Ostatnim ceremoniałem, jaki należało odprawić, było, jak zwykle, złożenie podpisów w księdze ślubów. W zamieszaniu (i wobec braku jakichkolwiek wskazówek, którymi mogłabym się kierować) popełniłam błąd będący, jak stwierdziła ciotka Starkweather, złą wróżbą na przyszłość. Podpisałam się nazwiskiem męża zamiast panieńskim.

– Cóż to!? – zawołał wuj tubalnym i radosnym głosem. – Już zdążyłaś zapomnieć swoje panieńskie nazwisko? No, no! Miejmy nadzieję, że nigdy nie pożałujesz, iż tak ochoczo się z nim rozstałaś. Spróbuj jeszcze raz, Valerio.

Drżącą ręką przekreśliłam pierwszą próbę i, doprawdy nieudolnie, napisałam swoje panieńskie nazwisko: Valeria Brinton.

Kiedy przyszła kolej na męża, ze zdumieniem zauważyłam, że jego dłoń również zadrżała i że złożył bardzo kiepską wersję swojego zwyczajnego podpisu: Eustace Woodville.

Poproszona o złożenie podpisu, moja ciotka ustąpiła po wcześniejszym wyrażeniu sprzeciwu.

– Zły początek! – rzekła, wskazując odwrotnym końcem pióra na mój nieszczęsny podpis. – Mam nadzieję, moja droga, że nie dożyjesz chwili, w której miałabyś tego żałować.

Już wtedy, w czasach mojej niewiedzy i niewinności, ów dziwny wybuch przesądności ciotki wywołał we mnie niepokój. Otuchy dodał mi krzepiący uścisk dłoni męża, a serdeczny głos wuja życzącego mi przy pożegnaniu szczęścia przyniósł nieopisaną ulgę. Poczciwiec opuścił swoją plebanię na północy kraju (od śmierci rodziców będącą moim domem) specjalnie po to, by odprawić moje nabożeństwo ślubne, a już w południe miał wraz z żoną wrócić do siebie pociągiem. Zamknął mnie w swoich wielkich, silnych ramionach i obdarzył pocałunkiem, który z pewnością musiał być słyszany przez gapiów czekających na państwa młodych przed drzwiami kościoła.

– Z całego serca życzę ci zdrowia i szczęścia, kochana. Jesteś już na tyle dorosła, by wybierać sama i – niech pan Woodville się nie obrazi, bo znamy się od niedawna – proszę Boga, Valerio, by okazało się, że wybrałaś dobrze. Nasz dom będzie bez ciebie smutny, ale nie uskarżam się, moja droga. Wręcz przeciwnie: jeśli ta zmiana uczyni cię szczęśliwszą, cieszę się. No, no! Nie płacz, bo zasmucisz ciotkę, a w jej wieku nie ma żartów. Poza tym płacz szkodzi urodzie. Osusz oczy i spójrz w tamto lustro, a przekonasz się, że mam rację. Do widzenia, moje dziecko, i niech Bóg ci błogosławi!

Zagarnął ciotkę pod ramię i pośpiesznie wyszli. Kiedy zobaczyłam, jak odchodzi mój dobry przyjaciel i opiekun z czasów panieńskich, mimo wielkiej miłości do męża poczułam, jak coś ścisnęło mnie za serce.

Następnie przyszła kolej na starego Benjamina.

– Życzę ci dobrze, moja droga, nie zapomnij o mnie. – Tylko tyle powiedział.

Jednak tych kilka słów wystarczyło, by wróciły do mnie wspomnienia dawnych lat. Za życia ojca Benjamin zawsze jadał u nas niedzielne obiady i zawsze przynosił jakiś drobny upominek dla dziecka swego pryncypała. Byłam bardzo bliska „zaszkodzeniu swojej urodzie” (jak się wyraził wuj), kiedy podałam staruszkowi policzek do pocałunku i usłyszałam jego ukradkowe westchnienie, jak gdyby on także nie był zbyt optymistycznie nastawiony do mego przyszłego życia.

Głos mojego męża sprawił, że oprzytomniałam, a umysł mój zwrócił się ku radośniejszym myślom:

– Idziemy, Valerio? – spytał.

Zatrzymałam go w pół drogi, aby skorzystać z rady wuja, innymi słowy, aby sprawdzić w lustrze nad kominkiem, jak wyglądam.

Co ukazuje mi lustro?

Lustro ukazuje wysoką i szczupłą młodą kobietę w wieku dwudziestu trzech lat. W żadnym razie nie należy do osób, które by zwróciły na siebie uwagę na ulicy, jako że nie może poszczycić się powszechnie cenionymi blond włosami i często widzianymi umalowanymi policzkami. Jej włosy są czarne, w tym okresie (podobnie jak wcześniej, aby sprawić przyjemność ojcu) ułożone w miękkie fale, zaczesane z czoła i zebrane w prosty węzeł z tyłu głowy (podobnie jak włosy Wenus Medycejskiej) tak, by osłonić kark. Cerę ma bladą. Wyjąwszy momenty wielkiego wzburzenia, na jej twarzy nie ma rumieńców. Oczy mają tak ciemny odcień niebieskiego, że są powszechnie brane za czarne. Brwi odznaczają się dość ładnym kształtem, ale są zbyt ciemne i zbyt mocno zarysowane. Nos ma leciutką tendencję do krzywizny i przez osoby wybredne w kwestii nosów jest uznawany za nieco zbyt duży. Najładniejszy element twarzy: usta – mają bardzo subtelny kształt i są zdolne wyrazić najrozmaitsze uczucia. Co do samej twarzy, jest ona za wąska i zbyt pociągła w dolnej części, zaś w okolicy oczu i czoła zbyt szeroka i niska. Całość widziana w lustrze przedstawia kobietę niepozbawioną elegancji, nieco zbyt bladą, a przy tym nazbyt stateczną oraz poważną w chwilach milczenia i spoczynku – mówiąc krótko, osobę, która na pierwszy rzut oka nie zwraca uwagi przeciętnego obserwatora, ale która zyskuje w ogólnej ocenie, gdy spojrzeć na nią po raz drugi, a czasem trzeci. Co do ubioru, zamiast obwieszczać, skrzętnie skrywa on fakt, że właścicielka wzięła tego ranka ślub. Kobieta ma na sobie popielatą kaszmirową tunikę wykończoną popielatym jedwabiem, a pod spodem spódnicę z tego samego materiału i w tym samym kolorze. Głowę jej zdobi pasujący do reszty ubioru czepek. Radosny akcent kolorystyczny stanowi wpięta w jego biały muślin pąsowa róża, która dopełnia całości.

Udało mi się opisać swoje odbicie w lustrze czy też nie? Nie do mnie należy o tym rozstrzygać. Starałam się, jak mogłam, wystrzegać dwóch rodzajów próżności: deprecjonowania, jak również wychwalania mojego wyglądu. Co do reszty, nieważne, czy została napisana źle czy dobrze, dzięki Bogu, mam to za sobą!

A kogóż to widzę w lustrze u mego boku?

Widzę mężczyznę, który jest cokolwiek niższy ode mnie i który ma nieszczęście wyglądać na starszego, niż w rzeczywistości jest. Jego czoło jest zbyt wysokie, bowiem przedwcześnie wyłysiał. Okazała broda w kolorze kasztanowym i długie, zwisające wąsy są poprzetykane siwizną. Na jego twarzy widnieje rumieniec, którego nie ma na mojej, a w postawie widać stanowczość, której mi brakuje. Patrzy na mnie najczulszymi i najłagodniejszymi oczami (w kolorze orzechowym), jakie kiedykolwiek widziałam u mężczyzny. Jego uśmiech jest ujmujący, choć pojawia się rzadko, w jego sposobie bycia, choć idealnie dyskretnym i nieśmiałym, kryje się siła przekonywania, której (kobietom) nie sposób się oprzeć. Na skutek urazu, jakiego doznał w przeszłości, służąc jako wojskowy w Indiach, delikatnie utyka i cały czas nosi przy sobie grubą bambusową laskę z dziwaczną rączką (którą od dawna sobie upodobał), aby pomagać sobie przy wstawaniu. Z wyjątkiem tej jednej wady (jeśli to faktycznie wada) nie ma w nim ani śladu niedołęstwa, starości czy niezdarności. Lekkie utykanie, które da się dostrzec, gdy chodzi, ma (być może w moich nieobiektywnych oczach) pewien osobliwy wdzięk milszy niż niepohamowana energia innych mężczyzn. I wreszcie, co najważniejsze, kocham go! Kocham go! Kocham go! Tu kończy się przedstawianie mojego męża w dniu naszego ślubu.

Lustro powiedziało mi wszystko, co chciałam wiedzieć. Nareszcie opuszczamy zakrystię.

Niebo, od rana zasnute chmurami, podczas naszego pobytu w kościele pociemniało i teraz zaczyna padać gęsty deszcz. Gapie stojący na zewnątrz spoglądają na nas ponuro, gdy mijamy ich, śpiesząc się do powozu. Żadnych wiwatów, żadnego słońca, żadnego obrzucania kwiatami, żadnego uroczystego śniadania, żadnych miłych przemów, żadnych druhen, żadnego błogosławieństwa ojca lub matki. Posępny ślub, nie sposób zaprzeczyć, i (jeśli ciotka Starkweather ma rację) zły początek!

Na dworcu czeka na nas zamówiony wagon. Usłużny bagażowy, licząc na napiwek, spuszcza rolety w oknach i tym samym odcina wszelkie ciekawskie spojrzenia. Po opóźnieniu, które wydaje się nieskończonością, pociąg rusza. Mąż oplata mnie ramieniem.

– Nareszcie! – szepce z wyrazem miłości w oczach, której żadne słowa nie opiszą, i delikatnie przytula mnie do siebie.

Moje ramię zakrada się wokół jego szyi, a oczy odwzajemniają jego spojrzenie. Nasze wargi spotykają się w pierwszym długim, nieśpiesznym pocałunku naszego małżeńskiego życia.

Ach, jakie wspomnienia owej podróży budzą się we mnie, gdy to piszę! Czas otrzeć oczy i na dziś zamknąć notes.

ROZDZIAŁ IIROZMYŚLANIA PANNY MŁODEJ

Minęło niewiele ponad godzinę, gdy niedostrzegalnie zaszła w nas zmiana.

Nadal siedząc blisko siebie, z moją dłonią spoczywającą w jego dłoni, a głową opartą na jego ramieniu, nie wiedzieć czemu stopniowo pogrążyliśmy się w milczeniu. Czyżbyśmy już zdążyli wyczerpać wąski, choć wiele mówiący zasób miłosnych słów? Czy też w cichym porozumieniu zdecydowaliśmy, by po rozkoszy namiętności, która mówi, oddać się głębszej i subtelniejszej ekstazie namiętności, która myśli? Nie sposób orzec. Wiem tylko, że nadeszła chwila, gdy jakimś dziwnym sposobem nasze usta zamknęły się na siebie nawzajem. Jechaliśmy dalej, każde pogrążone we własnej zadumie. Czy myślał wyłącznie o mnie, tak jak ja myślałam wyłącznie o nim? Zanim podróż dobiegła końca, miałam co do tego wątpliwości. Nieco później byłam pewna, że jego myśli powędrowały daleko od młodej żony i zwracały się do wewnątrz, ku własnej nieszczęsnej osobie.

Co do mnie, cicha radość rozmyślania o nim, podczas gdy czułam go u swego boku, była rozkoszą samą w sobie.

Odmalowałam w umyśle nasze pierwsze spotkanie w sąsiedztwie domu mojego wuja.

Błyszcząc i pieniąc się, nasz słynny północny rybny potok wił się po dnie wąwozu wśród skalistego wrzosowiska. Był wietrzny, mroczny wieczór. Skryte za gęstą zasłoną chmur czerwone słońce wisiało nisko nad zachodnim horyzontem. Samotny wędkarz zarzucał wędkę przy zakręcie strumienia, tam, gdzie głęboka woda stoi spokojnie pod nawisłym brzegiem. Dziewczyna (ja) stała na brzegu niewidoczna dla rybaka znajdującego się poniżej i w napięciu czekała na pojawienie się pstrąga.

Chwila nadeszła, ryba połknęła przynętę.

Poruszając się to po płaskim skrawku piasku u stóp urwiska, to (tam, gdzie potok ponownie zakręcał) brodząc w płytkiej wodzie po skalistym dnie, wędkarz podążał za złowionym pstrągiem, czasami pozwalając lince rozwinąć się na całą długość, czasami ponownie ją zwijając zgodnie z trudną i misterną sztuką „holowania” ryby. Szłam wzdłuż brzegu, śledząc zawody w zręczności i sprycie pomiędzy człowiekiem a pstrągiem. Mieszkałam już na tyle długo z wujem Starkweatherem, by zarazić się odrobiną jego zamiłowania do sportu i nauczyć coś niecoś, zwłaszcza jeśli chodzi o wędkarstwo. Idąc w ślad za nieznajomym, tak byłam pochłonięta śledzeniem najmniejszego ruchu jego wędki i linki, że przestałam zwracać uwagę na wyboistą ścieżkę pod stopami. W pewnym momencie nastąpiłam niebacznie na obluzowaną ziemię na krawędzi nawisu i w tej samej chwili wpadłam do strumienia.

Odległość była nieznaczna, woda płytka, a dno rzeki (szczęściem dla mnie) piaszczyste. Jeśli nie liczyć przestrachu i mokrego ubrania, nie miałam na co narzekać. W kilka chwil potem byłam już z powrotem na brzegu, bardzo zawstydzona własną niezgrabnością. Jednak ta krótka chwila wystarczyła, by ryba uciekła. Wędkarz usłyszał mój odruchowy krzyk, odwrócił się i rzucił wędkę, aby mi pomóc. Stanęliśmy przed sobą po raz pierwszy, ja na brzegu, on w płytkiej wodzie poniżej. Nasze oczy się spotkały i, jak szczerze wierzę, w tym samym momencie spotkały się nasze serca. Jedno wiem na pewno: zapomnieliśmy, co przystoi damie i dżentelmenowi, i patrzyliśmy na siebie w barbarzyńskim milczeniu.

Byłam pierwszą, która oprzytomniała. Co powiedziałam?

Powiedziałam coś o tym, że się nie zraniłam, a potem coś jeszcze, przynaglając go, aby pobiegł z powrotem i sprawdził, czy nie da się jeszcze odzyskać ryby.

Odszedł niechętnie. Wrócił do mnie, oczywiście bez zdobyczy. Wiedząc, jak bardzo wuj byłby zawiedziony na jego miejscu, gorąco go przeprosiłam. Koniecznie chcąc zadośćuczynić, zaproponowałam nawet, że pokażę mu miejsce w dole strumienia, gdzie może zarzucić wędkę ponownie.

Nie chciał o tym słyszeć. Błagał, abym poszła do domu i przebrała się. Nic sobie nie robiłam z mokrej sukni, ale posłuchałam go.

Poszedł ze mną. Gospoda, w której się zatrzymał, znajdowała się w tym samym kierunku co plebania. Powiedział, że przybył w te strony zarówno dla wędkarstwa, jak ciszy i odpoczynku. Raz czy dwa zauważył mnie z okna swego pokoju w gospodzie. Zapytał, czy nie jestem córką proboszcza.

Wyprowadziłam go z błędu. Powiedziałam, że proboszcz poślubił siostrę mojej matki i że od śmierci moich rodziców oboje są dla mnie ojcem i matką. Zapytał, czy wolno mu będzie odwiedzić nazajutrz doktora Starkweathera, wymieniając przy tym nazwisko przyjaciela, co do którego przypuszczał, że może znać się z proboszczem. Zaprosiłam go do nas, tak jakby to był mój dom. Byłam oczarowana jego spojrzeniem i głosem. Do tej pory niewiele razy miałam wrażenie, autentyczne wrażenie, że jestem zakochana. Nigdy w obecności żadnego mężczyzny nie czułam się tak, jak teraz w obecności tego.

Kiedy odszedł, zdawało się, że nad wieczornym pejzażem nagle zapadła noc. Oparłam się o bramę plebanii. Nie mogłam oddychać, nie mogłam myśleć, serce waliło mi tak, jakby za chwilę miało wyskoczyć z piersi – a wszystko z powodu nieznajomego! Paliłam się ze wstydu, ale och, pomimo tego wszystkiego jakże byłam szczęśliwa!

A teraz, kiedy od tamtego pierwszego spotkania minęło ledwie kilka tygodni, miałam go u swego boku, był mój na całe życie! Uniosłam głowę z jego piersi, aby na niego spojrzeć. Byłam jak dziecko, które dostało nową zabawkę – chciałam się upewnić, że naprawdę należy do mnie.

Nie zauważył mojego ruchu. Nawet nie drgnął wtulony w swój kąt wagonu. Wydawał się głęboko pogrążony w myślach. Czy były to myśli o mnie?

Z powrotem delikatnie położyłam głowę tak, aby go nie niepokoić. Moje myśli ponownie sięgnęły wstecz i ukazały mi kolejny obraz w złotej galerii wspomnień.

Nową scenerię stanowił ogród przy plebanii. Była noc. Spotkaliśmy się w tajemnicy. Spacerowaliśmy wolno tam i z powrotem poza zasięgiem wzroku domowników, a to cienistymi ścieżkami wśród zarośli, a to w uroczym blasku księżyca po trawniku.

Już dawno wyznaliśmy sobie miłość i powierzyliśmy sobie nawzajem swoje życia. Nasze pragnienia już stanowiły jedno, już dzieliliśmy radości i troski. Tej nocy wyszłam na spotkanie z nim z ciężkim sercem, szukając pociechy w jego obecności i zachęty w jego głosie. Zauważył, że westchnęłam, kiedy wziął mnie w ramiona, i delikatnie obrócił moją twarz w kierunku księżyca, aby wyczytać z niej, co mnie gnębi. Jakże często w pierwszych dniach naszej miłości czytał w niej moje szczęście!

– Przynosisz złe wieści, mój aniele – rzekł, czule odgarniając mi włosy z czoła. – Widzę tu bruzdy, które mówią mi o niepokoju i udręce. Niemal żałuję, że nie kocham cię mniej, Valerio.

– Dlaczego?

– Zwróciłbym ci wolność. Wystarczy, że wyjadę, a twój wuj będzie zadowolony, a ty uwolnisz się od wszystkich trosk, które teraz cię przytłaczają.

– Nawet o tym nie wspominaj, Eustace! Jeśli chcesz, abym zapomniała o troskach, powiedz, że kochasz mnie bardziej niż kiedykolwiek.

Powiedział to pocałunkiem. Przeżyliśmy moment cudownego zapomnienia o trudach życia, moment rozkosznego zatopienia się w sobie nawzajem. Wróciłam do rzeczywistości umocniona i uspokojona, nagrodzona za wszystko, przez co przeszłam, gotowa przejść przez to od nowa dla jeszcze jednego pocałunku. Wystarczy dać kobiecie miłość, a nie ma takiej rzeczy, której nie zaryzykuje, nie zniesie i nie zrobi.

– Nie, przestali się sprzeciwiać. Nareszcie przypomnieli sobie, że jestem dorosła i mogę wybierać sama. Błagali mnie, żeby cię porzucić, Eustace. Ciotka, którą uważałam za dość twardą kobietę, po raz pierwszy, odkąd pamiętam, płakała. Wuj, zawsze miły i dobry dla mnie, był jeszcze milszy i lepszy niż zwykle. Powiedział, że jeśli koniecznie chcę zostać twoją żoną, nie zostanę sama w dniu ślubu. Gdziekolwiek się pobierzemy, będzie tam, aby odprawić nabożeństwo, a ciotka pójdzie ze mną do kościoła. Ale usilnie prosi mnie, abym poważnie przemyślała, co robię, i zgodziła się na czasową rozłąkę z tobą. Proponuje, bym zasięgnęła rady innych osób na temat mojej pozycji względem ciebie, jeśli nie zadowala mnie jego opinia. Och, kochanie, tak bardzo chcą nas rozdzielić, jak gdybyś był najgorszym, a nie najlepszym z ludzi!

– Czy od wczoraj zdarzyło się coś, co pogłębiło ich nieufność wobec mnie? – zapytał.

– Tak.

– Co to takiego?

– Pamiętasz, jak powołałeś się wobec wuja na waszego wspólnego znajomego?

– Tak. Na majora Fitz-Davida.

– Wuj napisał list do majora Fitz-Davida.

– Dlaczego?

Wypowiedział to jedno słowo tonem tak całkowicie odmiennym od swojego zwykłego tonu, że jego głos zabrzmiał dla mnie dziwnie.

– Nie będziesz zły, jeśli ci powiem, Eustace? – rzekłam. – Wuj, jak rozumiem, miał kilka powodów, pisząc do majora. Jednym z nich było zapytanie, czy zna on adres twojej matki.

Eustace nagle jakby skamieniał.

W tym samym momencie urwałam, czując, że nie mogę poważyć się na więcej, nie ryzykując urażenia go.

Jeśli mam być szczera, zachowanie narzeczonego, kiedy powiedział mojemu wujowi o naszych zaręczynach, było (przynajmniej jeśli chodzi o pozory) nieco chaotyczne i dziwne. Proboszcz oczywiście wypytywał go o rodzinę. Eustace odpowiedział, że jego ojciec nie żyje i zgodził się, aczkolwiek niezbyt chętnie, zawiadomić o zamiarze ślubu matkę. Powiedziawszy nam, że ona również mieszka na wsi, pojechał ją odwiedzić, nie wspominając, gdzie dokładnie mieszka. W dwa dni potem wrócił na plebanię z zaskakującą wiadomością. Jego matka nie chciała urazić mnie ani moich krewnych, ale tak dalece nie pochwalała małżeństwa syna, że (wraz z bliskimi, którzy bez wyjątku byli z nią zgodni) zdecydowała się odmówić uczestnictwa w uroczystości, jeśli pan Woodville będzie upierał się przy swoich zaręczynach z siostrzenicą doktora Starkweathera. Poproszony o wytłumaczenie tej zdumiewającej wiadomości, Eustace powiedział, że jego matka i siostry koniecznie chciały, aby poślubił inną kobietę i że były głęboko zażenowane i zawiedzione faktem wybrania przez niego osoby nieznanej rodzinie. To wyjaśnienie wystarczyło mi. O ile o mnie chodziło, był to ukryty komplement wobec mojego wpływu na Eustace’a, który kobieta zawsze przyjmuje z przyjemnością. Nie zdołało jednak zadowolić wuja i ciotki. Proboszcz wyraził wobec pana Woodville’a chęć napisania do jego matki lub też spotkania się z nią w sprawie tej dziwnej reakcji. Eustace uparcie odmawiał podania jej adresu, argumentując, że ingerencja proboszcza na nic się nie zda. Wuj od razu uznał, że pod tajemniczością w kwestii adresu kryje się coś złego. Odmówił ponownej prośbie pana Woodville’a o moją rękę i tego samego dnia napisał list do osoby polecającej pana Woodville’a i swego własnego przyjaciela, czyli majora Fitz-Davida.

W podobnych okolicznościach mówienie o motywach kierujących działaniem mojego wuja oznaczało wkraczanie na bardzo grząski grunt. Eustace wybawił mnie od dalszego zakłopotania, zadając pytanie, na które z łatwością mogłam odpowiedzieć:

– Czy twój wuj otrzymał jakąś odpowiedź od majora Fitz-Davida?

– Tak.

– Pozwolono ci ją przeczytać?

Gdy mówił te słowa, jego głos załamał się, a na twarzy pojawił się nagły niepokój, którego widok mnie zabolał.

– Mam ją przy sobie, możesz ją zobaczyć – odrzekłam.

Niemal wyrwał mi list z ręki i odwrócił się do mnie plecami, aby przeczytać go w świetle księżyca. List był na tyle krótki, że przeczytanie go zajęło tylko krótką chwilę. Już wtedy potrafiłam go powtórzyć. Mogę to zrobić i teraz.

„Drogi Proboszczu,

pan Eustace Woodville ma zupełną słuszność, oświadczając Panu, że jest dżentelmenem z urodzenia i pozycji oraz dziedzicem (na mocy testamentu zmarłego ojca) prywatnego majątku w wysokości dwóch tysięcy rocznie.

Zawsze oddany

Lawrence Fitz-David”

– Czy można sobie wyobrazić bardziej jednoznaczną odpowiedź? – zapytał Eustace, oddając mi list.

– Gdybym prosiła o informację na twój temat – odparłam – ta byłaby dla mnie wystarczająco jednoznaczna.

– Czy nie jest wystarczająco jednoznaczna dla twojego wuja?

– Nie.

– Co mówi?

– Po co sobie tym zawracać głowę, kochanie?

– Chcę wiedzieć, Valerio. W tej kwestii nie może być między nami tajemnic. Czy wuj powiedział coś, kiedy pokazał ci list majora?

– Tak.

– Co takiego?

– Powiedział, że jego list z zapytaniem zajmował trzy strony, i zwrócił mi uwagę, że odpowiedź majora sprowadza się tylko do jednego zdania. Powiedział: „Podjąłem się pojechać do majora Fitz-Davida, aby porozmawiać na ten temat. Jak widzisz, ignoruje moją propozycję. Poprosiłem go o adres matki pana Woodville’a. Pomija moją prośbę, tak jak pominął moją propozycję; starannie ogranicza się do jak najbardziej skrótowego przedstawienia faktów. Pomyśl przez chwilę, Valerio. Czy podobna niegrzeczność nie jest czymś niezwykłym u człowieka, który przyszedł na świat i został wychowany jako dżentelmen i który jest również moim przyjacielem?”.

W tym miejscu Eustace mi przerwał:

– Czy odpowiedziałaś na pytanie wuja?

– Nie – odparłam. – Powiedziałam tylko, że nie rozumiem zachowania majora.

– A co twój wuj powiedział potem? Powiedz mi prawdę, Valerio, jeśli mnie kochasz.

– Użył bardzo mocnych słów, Eustace. To stary człowiek, nie obraź się na niego.

– Nie obrażam się. Co powiedział?

– Powiedział: „Zapamiętaj sobie moje słowa! Istnieją jakieś ukryte fakty związane z panem Woodville’em lub jego rodziną, o których majorowi Fitz-Davidowi nie wolno wspomnieć. Ten list należy traktować jako ostrzeżenie, Valerio. Pokaż go panu Woodville’owi i powtórz mu (jeśli chcesz) to, co ci powiedziałem...”.

Eustace ponownie mi przerwał:

– Jesteś pewna, że twój wuj to powiedział? – zapytał, uważnie przyglądając się mojej twarzy w świetle księżyca.

– Całkowicie pewna. Ale ja nie mówię tego co wuj. Proszę, nie myśl tak!

Przycisnął mnie gwałtownie do siebie i utkwił we mnie wzrok. Jego wygląd mnie przeraził.

– Do widzenia, Valerio! – rzekł. – Spróbuj myśleć o mnie życzliwie, kochanie, kiedy już będziesz żoną jakiegoś szczęśliwszego człowieka.

Próbował odejść. Przywarłam do niego w przypływie przerażenia, które wstrząsało mną od stóp od głów.

– Co chcesz przez to powiedzieć? – zapytałam, gdy tylko odzyskałam mowę. – Jestem twoja i tylko twoja. Co takiego powiedziałam, co uczyniłam, że zasłużyłam na te straszne słowa?

– Musimy się rozstać, mój aniele – odpowiedział ze smutkiem. – To nie twoja wina, całe nieszczęście leży po mojej stronie. Moja Valerio! Jak możesz poślubić człowieka, który jest obiektem podejrzeń twoich najbliższych i najdroższych przyjaciół? Wiodłem smutne życie. Nigdy nie znalazłem w żadnej innej kobiecie takiego współczucia dla siebie, słodkiej pociechy i przyjaźni, jakie znajduję w tobie. Och, jak trudno cię tracić! Jak trudno wracać do mojej samotności! Dla ciebie, moja miła, muszę ponieść ofiarę. Nie wiem bardziej niż ty, dlaczego ten list jest taki, jaki jest. Czy twój wuj mi uwierzy? Czy twoi przyjaciele mi uwierzą? Ostatni pocałunek, Valerio! Wybacz, że cię kochałem, gorąco, z oddaniem kochałem. Wybacz mi i pozwól odejść!

Trzymałam go szaleńczo, desperacko. Jego wzrok sprawiał, że nie posiadałam się z rozpaczy, a słowa doprowadzały mnie do szaleństwa.

– Idź, dokąd chcesz – rzekłam – ja pójdę z tobą! Przyjaciele, reputacja – nie dbam o to, co i kogo stracę! Och, Eustace, jestem tylko kobietą, nie doprowadzaj mnie do rozpaczy! Nie mogę bez ciebie żyć. Muszę być twoją żoną i będę nią!

Te szaleńcze słowa były wszystkim, co mogłam wyrzec, nim wrzące we mnie ból i wściekłość znalazły ujście w strumieniu łez.

Ustąpił. Ukoił mnie swoim zniewalającym głosem, uspokoił mnie czułą pieszczotą. Wezwał jasne niebo nad nami na świadka, że całe swoje życie poświęca mnie. Przysiągł – och, w jakże podniosłych, wymownych słowach! – że dniem i nocą jedynym jego dążeniem będzie okazać się wartym takiej miłości jak moja. I czyż szlachetnie nie dotrzymał przyrzeczenia? Czyż po ślubie złożonym tego pamiętnego wieczora nie nastąpił ślub przy ołtarzu, złożony przed Bogiem? Ach, jakie życie mnie czekało! Jak nieziemskie szczęście było moim udziałem!

Ponownie uniosłam głowę z jego piersi, aby zakosztować rozkoszy zobaczenia go u swego boku – mojego życia, mojej miłości, mojego jedynego męża!

Nie powróciwszy jeszcze od tych zajmujących wspomnień do słodkiej rzeczywistości, dotknęłam policzkiem jego policzka i wyszeptałam:

– Och, jak ja cię kocham! Jak ja cię kocham!

W następnej chwili cofnęłam się. Serce we mnie zamarło. Podniosłam dłoń do twarzy. Cóż to poczułam na policzku? (Nie płakałam – byłam na to zbyt szczęśliwa). Cóż to poczułam na policzku? Łzę!

Twarz miał nadal odwróconą ode mnie. Zwróciłam ją ku sobie własnymi rękami, siłą.

Spojrzałam na niego i zobaczyłam swojego męża, w dniu naszego ślubu, z oczami pełnymi łez.

ROZDZIAŁ IIIPIASKI RAMSGATE

Eustace zdołał uciszyć mój niepokój. Nie mogę jednak powiedzieć, by zdołał również uspokoić mój umysł.

Powiedział mi, że rozmyślał o różnicy pomiędzy swoim przeszłym a obecnym życiem. Bolesne wspomnienia minionych lat wróciły i napełniły go smutnymi obawami o jego zdolność uczynienia mojego życia z nim szczęśliwym. Zadawał sobie pytanie, czy nie za późno mnie spotkał, czy nie był już człowiekiem naznaczonym i złamanym przeszłymi rozczarowaniami. Podobne wątpliwości, coraz bardziej ciążące mu na umyśle, wypełniły jego oczy łzami, które odkryłam, łzami, co do których teraz usilnie błagał na moją miłość do niego, abym wyrzuciła je na zawsze z pamięci.

Wybaczyłam mu, pocieszyłam go, przywróciłam do rzeczywistości. Były jednak chwile, gdy wspomnienie tego, co zobaczyłam, skrycie mnie trapiło i gdy zastanawiałam się, czy faktycznie mam pełne zaufanie męża, tak jak on miał moje.

Wysiedliśmy w Ramsgate.

Popularne kąpielisko wionęło pustką, sezon właśnie się skończył. Nasze plany podróży poślubnej obejmowały rejs po Morzu Śródziemnym jachtem pożyczonym od przyjaciela Eustace’a. Oboje lubiliśmy morze i, biorąc pod uwagę okoliczności, w jakich się pobraliśmy, równie mocno zależało nam na tym, aby umknąć uwadze przyjaciół i znajomych. W tym celu, wziąwszy cichy ślub w Londynie, postanowiliśmy poprosić kapitana jachtu, aby dołączył do nas w Ramsgate. W porcie tym (po zakończeniu sezonu urlopowego) mogliśmy zaokrętować się o wiele dyskretniej niż w popularnych przystaniach jachtowych położonych na wyspie Wight.

Minęły trzy dni – dni rozkosznej samotności, niespotykanego szczęścia, dni, których nie sposób nigdy zapomnieć, nigdy przeżyć ponownie aż do końca życia!

Czwartego dnia wczesnym rankiem, zaraz przed wschodem słońca, zdarzyło się coś błahego, co jednak nie uszło mojej uwadze jako nowe w moim doświadczeniu.

Nagle i bez wyraźnego powodu obudziłam się z głębokiego, pozbawionego marzeń snu z wszechogarniającym uczuciem niepokoju, jakiego dotąd nie znałam. Dawnymi czasy na plebanii moja zdolność do mocnego snu była przedmiotem wielu niewinnych żartów. Od chwili, gdy przyłożyłam głowę do poduszki, aż do chwili, gdy pokojówka pukała do drzwi, nie wiedziałam, co to znaczy zbudzić się. O każdej porze roku i nocy mogłam się cieszyć długim i nieprzerwanym spoczynkiem niczym dziecko.

A teraz oto bez wyraźnej przyczyny obudziłam się kilka godzin wcześniej niż zwykle. Próbowałam ponownie nastroić się do snu. Próżny wysiłek. Opanował mnie taki niepokój, że nie mogłam nawet uleżeć nieruchomo w łóżku. Mój mąż spał mocno obok mnie. Bojąc się, że go obudzę, wstałam i założyłam szlafrok i pantofle.

Podeszłam do okna. Słońce właśnie wschodziło nad spokojnym, szarym morzem. Przez chwilę majestatyczny spektakl, który miałam przed sobą, wywierał kojący wpływ na moje podrażnione nerwy. Ale wkrótce niepokój powrócił. Zaczęłam wolno przechadzać się tam i z powrotem po pokoju, dopóki nie znudziła mnie monotonia tego ćwiczenia. Wzięłam do ręki książkę i zaraz ponownie ją odłożyłam. Moja uwaga była rozproszona, autor nie był w stanie jej skupić. Znów wstałam, spojrzałam na Eustace’a, podziwiając go i kochając w jego spokojnym śnie. Wróciłam do okna, ale piękny poranek także mnie znużył. Usiadłam przed lustrem i spojrzałam na swoje odbicie. Jak bardzo mizernie wyglądałam po prostu dlatego, że obudziłam się przed czasem! Ponownie wstałam, nie wiedząc, co ze sobą zrobić. Zamknięcie w czterech ścianach pokoju zaczęło być dla mnie nie do zniesienia. Otworzyłam drzwi prowadzące do garderoby męża i weszłam do środka, aby sprawdzić, czy nie pomoże mi zmiana miejsca.

Pierwszą rzeczą, jaką zauważyłam, był jego neseser otwarty na toaletce.

Wyciągałam buteleczki, słoiczki, pędzle, grzebienie, nożyki i nożyczki z jednej przegródki, a materiały piśmiennicze z drugiej. Wąchałam perfumy i pomady. Wyjęłam buteleczki, po czym starannie odkurzyłam je i wyczyściłam chusteczką. Krok po kroku, całkowicie opróżniłam neseser. Był wyłożony niebieskim aksamitem. W jednym rogu zauważyłam malutki skrawek niebieskiego jedwabiu. Ujmując go między palec wskazujący a kciuk i podciągając do góry, okryłam, że neseser posiada drugie dno, tworzące skrytkę na listy i dokumenty. W moim dziwnym stanie – kapryśnym, bezczynnym, dociekliwym – wyjęcie dokumentów było dla mnie rozrywką, taką jak było wyjmowanie wszystkiego innego.

Znalazłam kilka kwitów, które mnie nie zaciekawiły, parę listów, które rzecz jasna odłożyłam na bok, rzuciwszy jedynie okiem na adresy, i, na samym spodzie, fotografię odwróconą awersem do dołu, z napisem na odwrocie. Spojrzałam na pismo i ujrzałam następujące słowa:

„Mojemu drogiemu synowi, Eustace’owi”.

Jego matka! Kobieta, która tak uparcie i bezlitośnie przeciwstawiała się naszemu małżeństwu!

Niecierpliwie odwróciłam fotografię, spodziewając się ujrzeć kobietę o surowym, rozdrażnionym, złowrogim obliczu. Ku memu zdziwieniu twarz ujawniła resztki wielkiej urody. Jej wyraz, choć niezwykle stanowczy, był jednak ujmujący, czuły i życzliwy. Siwe włosy układały się w rzędy uroczych, staroświeckich loczków po obu stronach głowy nakrytej prostym, koronkowym czepkiem. W jednym rogu ust widniało znamię, najwidoczniej pieprzyk, który przydawał twarzy indywidualnego charakteru. Nie mogłam oderwać wzroku od fotografii, starając się dokładnie wyryć sobie portret w pamięci. Kobieta, która niemal znieważyła mnie i moich krewnych, jeśli chodzi o wygląd, była, co nie ulega najmniejszej wątpliwości, osobą posiadającą niezwykłe walory, osobą, którą poznać byłoby przyjemnością i przywilejem.

Pogrążyłam się w rozmyślaniach. Odkrycie fotografii uspokoiło mnie jak nic dotąd.

Bicie zegara w holu na dole ostrzegło mnie, że czas ucieka. Ostrożnie włożyłam wszystkie przedmioty z powrotem do neseseru (zaczynając od fotografii) dokładnie tak, jak je zastałam, i wróciłam do sypialni. Kiedy spojrzałam na męża, nadal spokojnie śpiącego, w mojej głowie zrodziło się pytanie: co sprawiło, że jego sympatyczna, subtelna matka tak usilnie chciała nas rozdzielić, że była tak okrutnie i bezlitośnie stanowcza w wyrażaniu dezaprobaty wobec naszego małżeństwa?

Czy mogłam otwarcie zapytać o to Eustace’a, kiedy się obudzi? Nie. Bałam się tego zrobić. Panowała między nami milcząca zgoda, że nie będziemy rozmawiać o jego matce, a poza tym mógłby być zły, gdyby się dowiedział, że otworzyłam skrytkę w jego neseserze.

Po śniadaniu nareszcie otrzymaliśmy wieści o jachcie. Jednostka stała bezpiecznie zakotwiczona w porcie, a kapitan czekał na pokładzie na rozkazy mojego męża.

Eustace wahał się, czy poprosić mnie o towarzyszenie mu w wyprawie na jacht. Musiał zbadać inwentarz jednostki i podjąć decyzje w sprawach niezbyt interesujących dla kobiety, tyczących się map, barometrów, prowiantu i wody. Zapytał, czy zaczekam na jego powrót. Dzień wydawał się kusząco piękny i był odpływ. Wyraziłam chęć odbycia spaceru po plaży, a gospodyni naszej kwatery, która akurat była w pokoju, ofiarowała się, że będzie mi towarzyszyć i zaopiekuje się mną. Uzgodniliśmy, że pójdziemy tak daleko, jak będziemy miały ochotę, w kierunku Broadstairs, a Eustace dogoni nas i spotka się z nami na plaży, gdy zakończy przygotowania na jachcie.

Pół godziny później znalazłam się wraz z gospodynią na plaży.

Sceneria w ten piękny, jesienny poranek była wprost zachwycająca. Rześka bryza, olśniewające niebo, połyskujące, błękitne morze, oświetlone słońcem klify i złotawobrązowe piaski u ich stóp, pochód statków gładko sunących po wielkim morskim trakcie kanału La Manche – wszystko to było tak porywające, tak rozkoszne, że gdybym znajdowała się sama, daję słowo, tańczyłabym z radości jak dziecko. Jedynym, co mąciło moje szczęście, okazał się niestrudzony język gospodyni. Była pewną siebie, poczciwą, pustogłową kobietą, która bez względu na to, czy słuchałam, czy nie, nie przestawała mówić i która miała zwyczaj nieustannie zwracać się do mnie „pani Woodville”, co uważałam za nieco zbyt poufały wyraz domagania się równości ze strony osoby jej stanu wobec osoby mojego stanu.

Myślę, że byłyśmy na dworze od ponad pół godziny, gdy dogoniłyśmy jakąś damę spacerującą przed nami po plaży.

Miałyśmy właśnie minąć nieznajomą, gdy wyciągnęła z kieszeni chusteczkę, a wraz z nią przypadkowo wysunął się list, który upadł niezauważony przez nią na piasek. Byłam najbliżej listu, podniosłam go więc i podałam damie.

Gdy tylko obróciła się do mnie, aby podziękować, stanęłam jak wryta. Oto miałam przed sobą modelkę z fotograficznego portretu znalezionego w neseserze! Oto stanęłam oko w oko z matką mojego męża! Rozpoznałam urocze siwe loczki, łagodny, sympatyczny wyraz twarzy, pieprzyk w rogu ust. Nie mogło być mowy o pomyłce. Jego matka we własnej osobie!

Staruszka, co dość naturalne, wzięła moje zmieszanie za onieśmielenie. Taktownie i życzliwie wdała się w rozmowę ze mną. W następnej minucie szłam ramię w ramię z kobietą, która stanowczo odrzuciła mnie jako członka swojej rodziny. Czułam się, przyznaję, potwornie zażenowana i nie miałam pojęcia, czy powinnam pod nieobecność męża wziąć na siebie obowiązek powiedzenia jej, kim jestem.

Po chwili poufała gospodyni idąca po drugiej stronie mojej teściowej rozstrzygnęła tę kwestię za mnie. Napomknęłam, że musimy już chyba zbliżać się do celu naszej przechadzki – małego kąpieliska zwanego Broadstairs.

– Ach, nie, pani Woodville! – wykrzyknęła niepohamowana kobieta, jak zwykle zwracając się do mnie po nazwisku. – Nic podobnego!

Z bijącym sercem spojrzałam na staruszkę.

Ku mojemu niewysłowionemu zdumieniu na jej twarzy nie pojawiła się najmniejsza oznaka, że mnie rozpoznaje. Stara pani Woodville nadal rozmawiała z młodą panią Woodville tak spokojnie, jak gdyby nigdy w życiu nie usłyszała swojego własnego nazwiska!

Moja twarz i zachowanie musiały częściowo zdradzić wzburzenie, jakie mną targało. Spojrzawszy na mnie pod koniec swojego następnego zdania, staruszka drgnęła i rzekła na swój uprzejmy sposób:

– Obawiam się, że się pani nadwyrężyła. Jest pani bardzo blada, wygląda na całkiem zmęczoną. Proszę podejść i usiąść tutaj. Użyczę pani moich soli trzeźwiących.

Bezradnie poszłam za nią do podnóża klifu. Leżące tam odłamki kredowej skały posłużyły nam za siedzenie. Ledwie docierały do mnie potoczyste wyrazy współczucia i żalu gospodyni. Machinalnie wzięłam sole, które matka mojego męża podała mi po tym, jak usłyszała moje nazwisko, w geście życzliwości wobec nieznajomej.

Gdyby chodziło tylko o mnie, myślę, że z miejsca sprowokowałabym wyjaśnienie. Ale był jeszcze Eustace. Byłam całkowicie nieświadoma stosunków – wrogich lub przyjaznych – panujących między nim a jego matką. Co mogłam zrobić?

Tymczasem starsza dama nadal przemawiała do mnie z najbardziej troskliwym współczuciem. Powiedziała, że ona również jest utrudzona. Spędziła męczącą noc u łoża krewnej przebywającej w Ramsgate. Ledwie poprzedniego dnia otrzymała depeszę z informacją, że jedna z jej sióstr jest poważnie chora. Ona sama, dzięki Bogu, nadal była żwawa i silna i uznała za swój obowiązek natychmiast wyruszyć do Ramsgate. Szczęśliwie nad ranem stan chorej się poprawił.

– Lekarz zapewnia mnie, że nie ma bezpośredniego niebezpieczeństwa, więc pomyślałam, że może mały spacer po plaży ożywi mnie po długiej nocy spędzonej przy łóżku.

Słyszałam te słowa, rozumiałam, co znaczą, ale nadal zbyt byłam skonsternowana i onieśmielona moim niecodziennym położeniem, aby kontynuować rozmowę. Gospodyni miała pewną rozsądną propozycję i odezwała się jako następna:

– Nadchodzi jakiś dżentelmen – rzekła do mnie, wskazując w kierunku Ramsgate. – Widzę, że nie da pani rady iść z powrotem. Może poprosimy go, aby przysłał bryczkę z Broadstairs do wyłomu w klifie?

Dżentelmen zbliżał się ku nam.

Gospodyni i ja rozpoznałyśmy go w tej samej chwili. To Eustace nadchodził na spotkanie z nami, tak jak ustaliliśmy. Żywiołowa gospodyni dała upust swoim uczuciom:

– Ach, pani Woodville, czyż nie mamy szczęścia? Oto pan Woodville we własnej osobie.

Ponownie spojrzałam na teściową. Nazwisko i tym razem nie zrobiło na niej najmniejszego wrażenia. Jej wzrok nie był taki ostry jak nasz: jeszcze nie rozpoznała syna. On, podobnie jak my, miał młode oczy i już widział matkę. Na moment stanął niczym rażony piorunem. Potem zbliżył się. Jego rumiana twarz była blada od tłumionych emocji, a oczy utkwione w starszej damie.

– Ty tutaj!? – zwrócił się do niej.

– Jak się masz, Eustace? – odparła cicho. – Też dowiedziałeś się o chorobie ciotki? Wiesz, że przebywa w Ramsgate?

Nie odpowiedział. Gospodyni, wyciągając nieuchronny wniosek z usłyszanych właśnie słów, przeniosła spojrzenie ze mnie na moją teściową w wyrazie zdumienia, które nawet jej związało język. Czekałam ze wzrokiem utkwionym w mężu, aby sprawdzić, co zrobi. Gdyby choć przez chwilę dłużej zwlekał z przyznaniem się do mnie, całe moje przyszłe życie mogłoby potoczyć się inaczej – wzgardziłabym nim.

Nie zwlekał. Podszedł do mnie i ujął mnie za rękę.

– Czy wiesz, kto to jest? – zwrócił się do matki.

Spojrzawszy na mnie z grzecznym skinieniem głowy, odparła:

– Dama spotkana na plaży, Eustace, która była tak uprzejma i oddała upuszczony przeze mnie list. Wydaje mi się, że słyszałam nazwisko – tu odwróciła się do gospodyni – pani Woodville, nieprawdaż?

Mój mąż bezwiednie zacisnął palce na mojej dłoni tak mocno, że aż zabolało. Trzeba przyznać, że wyprowadził matkę z błędu bez jednej chwili tchórzliwego wahania.

– Matko – rzekł do niej – ta dama jest moją żoną.

Do tej pory staruszka siedziała. Teraz wolno podniosła się i w milczeniu stanęła na wprost syna. Początkowy wyraz zaskoczenia zniknął z jej twarzy. Ustąpił miejsca spojrzeniu pełnemu najokropniejszej mieszaniny oburzenia i pogardy, jakie kiedykolwiek widziałam w oczach kobiety.

– Współczuję twojej żonie – rzekła.

Po tych trzech słowach, unosząc rękę takim gestem, jakby chciała go od siebie odgonić, ruszyła przed siebie tak, jak nadeszła – sama.

ROZDZIAŁ IVW DRODZE DO DOMU

Kiedy zostaliśmy sami, zapadła chwila milczenia. Eustace odezwał się jako pierwszy:

– Dasz radę iść z powrotem? – zapytał. – Czy mamy dojść do Broadstairs i wrócić do Ramsgate koleją?

Jeśli chodzi o zachowanie, zadał te pytania tak spokojnie, jak gdyby nie zdarzyło się nic nadzwyczajnego. Ale oczy i usta zdradziły go. Powiedziały mi, że w głębi duszy dotkliwie cierpi. Niezwykła scena, jaka właśnie miała miejsce, nie tylko nie odebrała mi resztek odwagi, ale wręcz dodała zimnej krwi i przywróciła panowanie nad sobą. Nie byłabym kobietą, gdyby moje poczucie własnej wartości nie zostało zranione, a ciekawość zaostrzona do granic możliwości niezwykłym zachowaniem matki mojego męża, kiedy Eustace mi ją przedstawił. Gdzie krył się sekret jej pogardy dla niego, a współczucia dla mnie? Jak wyjaśnić jej niezrozumiałą obojętność, kiedy moje nazwisko dwukrotnie padło w jej obecności? Dlaczego zostawiła nas, jak gdyby sama myśl o pozostawaniu w naszym towarzystwie była jej wstrętna? Nic nie interesowało mnie teraz bardziej niż zgłębienie tych tajemnic. Iść? Byłam tak rozgorączkowana, że czułam się gotowa wybrać na koniec świata, byle tylko móc mieć przy sobie męża i wypytywać go po drodze.

– Już czuję się dobrze – rzekłam. – Wróćmy tak, jak przyszliśmy, pieszo.

Eustace rzucił spojrzenie na gospodynię. Ta zrozumiała.

– Nie będę narzucała panu swojej obecności, sir – rzekła ostro. – Mam coś do załatwienia w Broadstairs i teraz, skoro jestem tak blisko, mogę równie dobrze tam się udać. Do widzenia, pani Woodville.

Wyrzekła moje nazwisko z naciskiem i przy pożegnaniu posłała mi wymowne spojrzenie, którego znaczenia (mając w tym momencie umysł zaabsorbowany czymś innym) zupełnie nie pojęłam. Nie było czasu ani sposobności pytać jej, co ma na myśli. Posławszy Eustace’owi drobny, sztywny ukłon, zostawiła nas tak, jak wcześniej jego matka: skierowała się w kierunku Broadstairs i szybko oddaliła.

Wreszcie zostaliśmy sami.

Nie tracąc czasu, przystąpiłam do indagacji. Nie trwoniłam słów na wstępne formułki. Zapytałam wprost:

– Co miało znaczyć zachowanie twojej matki?

Zamiast odpowiedzieć, wybuchnął śmiechem – gromkim, ordynarnym, szorstkim śmiechem, tak zupełnie niepodobnym do dźwięków, jakie wcześniej słyszałam z jego ust, tak dziwnie i wstrząsająco obcym jego naturze, jaką dotąd znałam, że stanęłam jak wryta na plaży i upomniałam go.

– Eustace! Nie przypominasz samego siebie – rzekłam. – Niemal mnie przerażasz.

Nie zwrócił na to uwagi. Zdawało się, że podąża za jakąś przyjemną myślą, która właśnie zrodziła się w jego głowie.

– Cała matka! – zawołał tonem człowieka, który czuje się przemożnie rozbawiony jakimś swoim zabawnym pomysłem. – Opowiedz mi wszystko, Valerio!

– Opowiedzieć ci! – powtórzyłam. – Po tym, co się stało, bez wątpienia to twoim obowiązkiem jest mnie oświecić.

– Nie dostrzegasz żartu – powiedział.

– Nie tylko nie dostrzegam żartu – odparłam – ale widzę w słowach i zachowaniu twojej matki coś, co uzasadnia moją zdecydowaną prośbę o wyjaśnienie.

– Droga Valerio, gdybyś rozumiała moją matkę równie dobrze jak ja, wyjaśnienie jej zachowania byłoby ostatnią rzeczą na świecie, jakiej byś ode mnie oczekiwała. Pomysł, żeby traktować moją matkę poważnie! – znów wybuchnął śmiechem. – Kochana, nawet nie wiesz, jak mnie bawisz.

Wszystko było wymuszone, wszystko było nienaturalne. On, najsubtelniejszy, najwytworniejszy z ludzi, dżentelmen w całym znaczeniu tego słowa, zachowywał się ordynarnie, głośno i prostacko! Serce zadrżało mi nagle przez złe przeczucie, któremu przy całej mojej miłości do męża nie sposób się było oprzeć. Cierpiąc nieopisaną udrękę i niepokój, zapytałam sama siebie: „Czy mój mąż zaczyna mnie oszukiwać? Czy odgrywa rolę i to odgrywa ją źle, nim minął tydzień od naszego ślubu?”. Postanowiłam nakłonić go do zwierzeń w inny sposób. Najwyraźniej był zdecydowany narzucić mi swój punkt widzenia. Ja z kolei postanowiłam ten punkt widzenia przyjąć.

– Mówisz, że nie pojmuję twojej matki – powiedziałam łagodnie. – Czy pomożesz mi ją zrozumieć?

– Niełatwo jest pomóc zrozumieć kobietę, która sama siebie nie rozumie – odparł. – Ale spróbuję. Klucz do charakteru mojej drogiej, biednej matki zawiera się w jednym słowie: ekscentryczność.

Gdyby z całego słownika miał wybrać jedno słowo najbardziej nieodpowiednie do opisania damy, którą spotkałam na plaży, byłoby nim „ekscentryczność”. Dziecko, które widziało i słyszało to co ja, odkryłoby, że żartował sobie – rażąco, lekkomyślnie – żartował sobie z prawdy.

– Pamiętaj o tym, co powiedziałem – ciągnął – i jeśli chcesz zrozumieć moją matkę, zrób to, o co poprosiłem cię minutę temu: powiedz mi wszystko o tym spotkaniu. Zacznijmy od tego, jak to się stało, że zaczęłyście rozmowę?

– Twoja matka ci powiedziała, Eustace. Szłam tuż za nią, kiedy przypadkowo upuściła list...

– Nieprzypadkowo – przerwał. – List został upuszczony naumyślnie.

– Niemożliwe! – wykrzyknęłam. – Po co twoja matka miałaby naumyślnie upuszczać list?

– Użyj klucza do jej charakteru, moja droga. Ekscentryczność! Osobliwy sposób mojej matki na zawarcie z tobą znajomości.

– Zawarcie ze mną znajomości? Przecież ci powiedziałam, że szłam za nią. Nie mogła wiedzieć o istnieniu osoby takiej ja, dopóki się do niej nie odezwałam.

– Tak sądzisz, Valerio.

– Jestem tego pewna.

– Wybacz, nie znasz mojej matki tak jak ja.

Zaczęłam tracić do niego cierpliwość.

– Czy chcesz mi powiedzieć – rzekłam – że twoja matka wyszła dziś na plażę po to, aby zawrzeć ze mną znajomość?

– Nie mam co do tego najmniejszej wątpliwości – odparł chłodno.

– Ależ ona nawet nie skojarzyła mojego nazwiska! – wybuchłam. – Gospodyni dwukrotnie nazwała mnie panią Woodville w obecności twojej matki i dwukrotnie, przysięgam ci na słowo honoru, nie zrobiło to na niej najmniejszego wrażenia. Wyglądała i zachowywała się tak, jak gdyby nigdy w życiu nie słyszała własnego nazwiska.

– „Zachowywała się” to właściwe słowo – powiedział równie spokojnie jak poprzednio. – Kobiety na scenie nie są jedynymi kobietami, która potrafią się zachowywać. Moja matka miała na celu gruntownie się z tobą zaznajomić i zaskoczyć cię, rozmawiając w charakterze nieznajomej. To dokładnie w jej stylu: wybrać taką okrężną drogę, aby zaspokoić swoją ciekawość wobec synowej, której nie akceptuje. Gdybym nie dołączył do ciebie w porę, zostałabyś wzięta w krzyżowy ogień pytań dotyczących ciebie i mnie, na które nieświadomie odpowiedziałabyś, wierząc, że rozmawiasz z przypadkową osobą. Oto cała moja matka! Ona jest twoim wrogiem, nie przyjacielem – pamiętaj. Nie szuka twoich zalet, ale wad. A ty się dziwisz, dlaczego nie zrobiło na niej wrażenia, kiedy zwrócono się do ciebie po nazwisku! Nieświadome biedactwo! Mogę ci powiedzieć tyle: odkryłaś prawdziwy charakter mojej matki dopiero wtedy, gdy położyłem kres mistyfikacji, przedstawiając wam siebie nawzajem. Widziałaś, jaka była zła i teraz wiesz dlaczego.

Pozwoliłam mu ciągnąć tę opowieść, nie odzywając się ani słowem. Z jakże ciężkim sercem i z jakim przytłaczającym poczuciem rozczarowania i rozpaczy słuchałam tego, co mówił! Przedmiot mojego uwielbienia, przewodnik, opiekun, towarzysz życia – czyżby tak nisko upadł? Czy mógł się zniżyć do tak bezwstydnego wykrętu jak ten?

Czy w tym, co powiedział, było choć jedno słowo prawdy? Tak! Gdybym nie odkryła portretu jego matki, z pewnością prawdą jest, że nie wiedziałabym ani nawet się nie domyślała, kim naprawdę ona jest. Poza tym cała reszta była kłamstwem, nieudolnym kłamstwem, co przynajmniej pod jednym względem przemawiało na jego korzyść, a mianowicie, że nie nawykł do fałszu i oszustwa. Dobry Boże! Jeśli wierzyć mojemu mężowi, jego matka musiała nas wyśledzić w Londynie, wyśledzić w kościele, wyśledzić na stacji i wyśledzić w Ramsgate! Stwierdzenie, że znała mnie z wyglądu jako żonę Eustace’a, że czekała na plaży i upuściła list specjalnie po to, aby zawrzeć ze mną znajomość, oznaczało równocześnie, że każda z tych potwornych możliwości jest faktem, który istotnie miał miejsce!

Nie byłam w stanie powiedzieć nic więcej. Szłam u jego boku w milczeniu, żywiąc przygnębiające przekonanie, że między mną a moim mężem rozciąga się przepaść w postaci rodzinnej tajemnicy. Po zaledwie czterech dniach małżeńskiego życia byliśmy rozdzieleni, jeśli nie ciałem, to przynajmniej duchem.

– Valerio – zapytał – nie masz mi nic do powiedzenia?

– Nic.

– Nie zadowala cię moje wyjaśnienie?

Kiedy zadawał to pytanie, w jego głosie usłyszałam lekkie drżenie. Po raz pierwszy od czasu, kiedy do siebie przemówiliśmy, pojawił się w nim ton, który kojarzyłam z pewnymi, dobrze mi już znanymi, nastrojami męża. Pośród setek tysięcy tajemniczych wpływów, które mężczyzna roztacza nad zakochaną w nim kobietą, nie ma chyba bardziej nieodpartego niż wpływ jego głosu. Nie należę do kobiet, które wylewają łzy z powodu najdrobniejszego zdarzenia. Myślę, że nie leży to w moim usposobieniu. Ale gdy usłyszałam tę drobną, naturalną zmianę w tonie jego głosu, wróciłam myślami (sama nie wiem dlaczego) do owego szczęśliwego dnia, gdy po raz pierwszy wyznałam, że go kocham. Wybuchnęłam płaczem.

Nagle zatrzymał się i wziął mnie za rękę. Próbował na mnie spojrzeć.

Miałam opuszczoną głowę i wzrok utkwiony w ziemi. Wstydziłam się swojej słabości i braku hartu ducha. Byłam zdecydowana na niego nie patrzeć.

W ciszy, która nastąpiła, nagle upadł na kolana u moich stóp z okrzykiem rozpaczy, który przeszył mnie jak nóż.

– Valerio! Jestem podły, jestem fałszywy, jestem niegodny ciebie. Nie wierz w ani jedno słowo, które powiedziałem. To wszystko kłamstwa; tchórzliwe, żałosne kłamstwa! Nie wiesz, przez co przeszedłem, nie wiesz, jaką udrękę cierpiałem. Och, moje kochanie, spróbuj mną nie gardzić! Musiałem nie być sobą, kiedy mówiłem to, co mówiłem. Wyglądałaś na zranioną, na urażoną, nie wiedziałem, co robić. Chciałem oszczędzić ci choćby chwili bólu, chciałem to wyciszyć i skończyć z tym. Na Boga, nie proś, abym powiedział ci więcej! Miłości moja! Aniele mój! To sprawa pomiędzy mną a moją matką, nic, co powinno cię niepokoić, nic, co powinni wiedzieć inni. Kocham cię, uwielbiam cię, całym sercem i duszą należę do ciebie. Niech to ci wystarczy. Zapomnij o tym, co się stało. Nigdy więcej nie zobaczysz mojej matki. Jutro opuścimy to miejsce. Odpłyniemy jachtem. Czy ma znaczenie, gdzie będziemy żyć, jeśli tylko będziemy żyć dla siebie nawzajem? Wybacz i zapomnij! Och, Valerio, Valerio, wybacz i zapomnij!

W jego twarzy i głosie był niewysłowiony ból. Pamiętaj o tym. I pamiętaj, że go kochałam.

– Łatwo jest wybaczyć – powiedziałam smutno. – Dla ciebie, Eustace, spróbuję zapomnieć.

Mówiąc to, delikatnie podniosłam go z klęczek. Ucałował moje dłonie gestem mężczyzny zbyt pokornego, by odważyć się na bardziej poufały wyraz wdzięczności. Poczucie zażenowania, które zapanowało między nami, kiedy wolno ruszyliśmy dalej, było tak nieznośne, że gorączkowo szukałam w myślach tematu rozmowy, jak gdybym była w towarzystwie nieznajomego! Z litości dla niego poprosiłam, aby opowiedział mi o jachcie.

Uczepił się tej kwestii tak, jak tonący czepia się wyciągniętej ręki.

Rozprawiał na żałosny, mało ważny temat jachtu bez końca, jak gdyby jego życie zależało od tego, czy przez całą powrotną drogę nie zamilknie ani na chwilę. Okropnym było go słuchać. Byłam w stanie ocenić bezmiar jego cierpienia po gwałcie, jaki on – człowiek zazwyczaj milczący i zamyślony – zadawał teraz swojej prawdziwej naturze oraz uprzedzeniom i zwyczajom swojego życia. Z największym trudem zachowałam panowanie nad sobą do chwili, gdy dotarliśmy do drzwi mieszkania. Tam musiałam wymówić się zmęczeniem i poprosić, aby pozwolił mi odpocząć nieco w zaciszu własnego pokoju.

– Wypłyniemy jutro? – zawołał nagle za moimi plecami, gdy wchodziłam po schodach.

Wypłynąć z nim nazajutrz w rejs po Morzu Śródziemnym? Spędzić całe tygodnie tylko z nim, w granicach małej łodzi, z jego straszną tajemnicą, która dzień po dniu będzie oddalać nas coraz bardziej od siebie? Wzdrygnęłam się na tę myśl.

– Jutro to za wcześnie – rzekłam. – Dasz mi trochę więcej czasu na przygotowanie się do wyprawy?

– O, tak. Masz tyle czasu, ile zechcesz – odrzekł niezbyt (jak mi się zdało) zadowolony. – Podczas gdy będziesz odpoczywać, jest jeszcze kilka drobiazgów, które należy załatwić. Myślę, że wrócę na jacht. Czy jest coś, co mógłbym dla ciebie zrobić, zanim odejdę, Valerio?

– Nic, dziękuję ci, Eustace.

Pośpieszył do portu. Czy bał się własnych myśli, które mogły osaczyć go, gdyby został sam w domu? Czy towarzystwo kapitana i stewarda było lepsze niż brak towarzystwa?

Nie było sensu o to pytać. Co ja wiedziałam o nim i jego myślach? Zamknęłam się we własnym pokoju.

ROZDZIAŁ VODKRYCIE GOSPODYNI

Dostępne w wersji pełnej

CZĘŚĆ II. RAJ ODZYSKANY

Dostępne w wersji pełnej

Tytuł oryginału: The Law and the lady

Copyright © 2018, MG

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw.

ISBN: 978-83-7779-478-4

Projekt okładki: Elżbieta Chojna

Korekta: Jolanta Stal

www.wydawnictwomg.pl

kontakt@wydawnictwomg.pl

handlowyMG@gmail.com

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotował Karol Ossowski