Prawnicy - Lilianna Garden - ebook + audiobook
Opis

Po tragicznych wydarzeniach z przeszłości, Cordelia Weston postanawia zacząć od nowa, całkowicie poświęcając się karierze prawniczej. Gdy otrzymuje wiadomość o przyjęciu do jednej z najlepszych kancelarii w Bostonie wie, że to szansa na którą tak długo czekała. Nie spodziewa się, że zostanie wciągnięta w sam środek  rozgrywki, w której wszystko wydaje się jedynie wyreżyserowanym spektaklem, a jej serce skradnie niebezpieczny mężczyzna.

Kiedy Matthew Barden przyjmuje sprawę znanego biznesmena, oskarżonego o malwersację i morderstwo, nie przeczuwa, że to dopiero początek lawiny zdarzeń, które mogą doprowadzić do jego upadku. Bezwzględny i bezkompromisowy adwokat, nie ma litości dla swoich przeciwników, rozprawiając się z nimi bez najmniejszych wyrzutów sumienia. Wszystko się zmienia, gdy w jego uporządkowane życie wkracza energiczna Cordelia Weston. Od pierwszej chwili wie, że z tą kobietą będą same kłopoty.

Czy dwoje poranionych ludzi będzie w stanie znów zaufać i dać się porwać miłości, gdy ich świat zaczyna rozpadać się, niczym domek z kart?

Zanurz się w świecie przepełnionym tajemnicami, chęcią zemsty i namiętnością, który pochłonie Cię bez reszty.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 442

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Lilianna Garden

Prawnicy

© Copyright by Lilianna Garden & e-bookowo

Ilustracje: Mari Lezhava (unsplash.com)

Projekt okładki: Marta Lisowska

ISBN: 978-83-7859-921-0

Wydawca: Wydawnictwo internetowe e-bookowo

www.e-bookowo.pl

Kontakt: wydawnictwo@e-bookowo.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości

bez zgody wydawcy zabronione

Wydanie I 2019

Konwersja do epub

Postępuj tak, jak gdyby maksyma twojego postępowania miała stać się prawem ogólnym.

Immanuel Kant

Prolog

Prawdziwy akt odkrycia nie polega na odnajdywaniu nowych lądów, lecz na patrzeniu na stare w nowy sposób 1.

– Tak, kochanie, cudownie...

Nagle w pokoju rozległ się dźwięk, oznaczający nadejście nowej wiadomości. Cordelia od razu podniosła głowę, którą przed chwilą odchylała do tyłu, będąc w drodze na skraj rozkoszy, by w końcu spaść w ramiona obezwładniającego orgazmu. Zamarła w pełnym ekscytacji oczekiwaniu. Obawiała się, że może to jest tylko fantastyczny sen, z którego za chwilę się obudzi. Wciąż miała nadzieję, że w końcu spełni się jej marzenie. I wcale nie chodziło w tym momencie o seks. Ten dźwięk oznaczał sygnał, na który czekała od ponad dwóch tygodni. A tak prawdę powiedziawszy, odkąd tylko uzyskała uprawnienia do wykonywania zawodu.

– Co się stało? – zapytał David, zaskoczony dziwnym, jego zdaniem, zachowaniem Cordelii, tym samym wyrywając ją z zamyślenia.

Dopiero teraz dotarło do niej, że wciąż siedzi na swoim kochanku. Spojrzała na mężczyznę, który zaczynał się robić czerwony na twarzy z rodzącej się wściekłości i urażonej dumy. Odkąd sięgała pamięcią, wszystko to, co nie szło zgodnie z jego planem, było wielką tragedią. Jeżeli ktoś pragnąłby podjąć się przedstawienia żywego przykładu narcyzmu,, powinien zawrzeć znajomość właśnie z Davidem Collinsem. Przewróciła na tę myśl oczami, czując jak wzbiera w niej śmiech. Westchnęła z ulgą, jaką czuła, wiedząc, że to właśnie chwila, która wszystko zmieni. Spojrzała na poirytowanego mężczyznę.

– Już jest – odparła z przejęciem.

– Ja bym powiedział, że jeszcze nie... – zaczął David powracając do namiętnego tonu, którym szeptał jej wcześniej czułe słówka, jednak ona jednym ruchem ręki nakazała mu milczenie.

Właśnie zaczyna się największa przygoda jej życia! Jak on zatem może w tej chwili myśleć wyłącznie o seksie? Nie powinno jej to dziwić, przecież nie znała go od wczoraj. Taki już był. Interesowała go tylko jego osoba i przyjemność. Reszta mogłaby rozpłynąć się w powietrzu, niczym poranna mgła.

– Wiadomość. Już jest odpowiedź! – wykrzyknęła uradowana, po czym wyskoczyła z łóżka, nie bacząc na zbulwersowanego i rozgoryczonego partnera. Podbiegła do stolika, na którym zostawiła włączony komputer, tak na wszelki wypadek – powtarzała sobie za każdym razem. Nie mogła się doczekać, by zobaczyć na własne oczy, jak jej marzenia się spełniają.

– Ty chyba sobie żartujesz! – wykrzyknął wściekły David, siadając na łóżku.

Nawet na niego nie spojrzała. Teraz liczyła się jedynie jej przyszłość, to, na co pracowała całe lata z ogromnym poświęceniem. A ten oto mężczyzna uważa, że ważniejsze jest dla niego osiągnięcie spełnienia fizycznego, niż marzenia Cordelii. Dlaczego dopiero teraz dostrzegła coś, co było tak klarowne i oczywiste od samego początku? Nie mieli przed sobą żadnej przyszłości, a i obecny układ wydawał się nie być tak satysfakcjonujący, jak na początku.

– Przecież wiesz, jakie to dla mnie ważne. Tu chodzi o moją przyszłość – rzuciła z wyrzutem, odwracając się ponownie w jego stronę, kontynuowała: – I nie mogę wręcz uwierzyć, że dla ciebie ważniejszy jest seks od ważącej się właśnie w tej chwili mojej kariery. Przecież pamiętasz, ile musiałam podjąć wyrzeczeń, by skończyć studia i zdać egzaminy dopuszczające mnie do zawodu. Jednak mimo tego, co o mnie już wiesz, nadal masz to gdzieś. Gdyby chodziło o twój awans, wybiegłbyś w tej sekundzie, nie oglądając się za siebie.

– To nieprawda – próbował się bronić. Wiedział dobrze, tak samo jak i Cordelia, że było to wierutne kłamstwo. Był samolubnym skurczybykiem, jak to wielokrotnie go określała jej przyjaciółka, Tamara.

Cordelia zrozumiała, że postępowali w ten sam sposób. Oboje byli samolubni i skupieni wyłącznie na własnych potrzebach. Tak naprawdę, poza seksem, w dodatku niezbyt udanym, nic ich nie łączyło. Nawet nie pamiętała, jak dotarli do tego miejsca. Wiedziała tylko, że czuła się samotna w świecie zadufanych w sobie prawników, niedopuszczających do siebie tego, że oni też są ludźmi i także mogą się mylić. A jednak, wciąż uważali, że stanowią rodzaj nadludzi, którzy każdy błąd traktują jako osobistą porażkę prowadzącą ich ku zboczeniu z obranego dawno przez nich kursu. Cordelia pragnęła wejść do tego świata i pokazać, że kobieta także potrafi się w tym zawodzie świetnie odnaleźć. Pamiętała, że gdy zdała egzaminy zawodowe, na jej drodze życia pojawił się David, z tym swoim hollywoodzkim uśmiechem i garniturem od Armaniego, idealnie przystrzyżonymi blond włosami, pokazującym jasno, że jest dużo

lepszy od wszystkich wokół. Szybko się okazało, że chociaż na zewnątrz grał mężczyznę z klasą, w środku to tylko zgniłe jabłko, zarobaczone i w dodatku bez kręgosłupa moralnego. Czemu wiedząc to wszystko i tak wpuściła go do swojego życia i łóżka? Może była zbyt zabiegana, zbyt pochłonięta dążeniem do wyznaczonego przed laty celu, by przyglądać się uważniej człowiekowi, który w gruncie rzeczy, stanowił dla niej tylko rozrywkę?

– Nie patrz na mnie tak, jakbym był mrówką do zbadania pod mikroskopem! – warknął ponownie David, wyciągając Cordelię ze swoich przemyśleń. – Mam tego dość! Idę tam, gdzie docenią pełnokrwistego faceta w łóżku!

Mówiąc te zabawne słówka, ubierał się pośpiesznie, a Cordelia dłużej nie mogła powstrzymać cisnącego się na jej usta drwiącego uśmiechu. Nie miał za dużo do zakładania, gdyż chodził z nią do łóżka na wpół ubrany. A gdyby nie jej protesty, po prostu rozpiąłby rozporek.

Próbowała dojść do tego, co właściwie jej się w nim spodobało? Przekrzywiła głowę, by przyjrzeć się temu okazowi pod innym kątem, ale efekt pozostał ten sam – sflaczały idiota udający mężczyznę. Roześmiała się, gdy tylko przemknęło jej to przez myśl, następnie nie zważając na wrogie słowa wypowiadane przez byłego już partnera, podeszła do szafy, by wyjąć swój ulubiony szlafroczek. Gdy tylko go na siebie nałożyła, poczuła się dużo lepiej. Nie przeszkadzała jej nagość, jednakże nie należy się ona człowiekowi, który powarkując gniewnie, opuszczał jej mieszkanie, zarzekając się, że jeszcze pożałuje tego, co zrobiła. Gdy tylko zatrzasnęły się za nim i jego – „nie próbuj więcej do mnie dzwonić” – drzwi, z powrotem usiadła na przeciwko otwartego laptopa. Zrobiła kilka głębszych wdechów. Tak, to była najważniejsza chwila w jej życiu – pomyślała. Chwila prawdy. Kliknęła w ikonkę poczty, po czym zagłębiła się w odpowiedź na list aplikacyjny, który wysłała do jednej z najbardziej renomowanych kancelarii w mieście.

– O mój Boże! – wykrzyknęła, skacząc po sypialni, niczym uciekinier z zamkniętego zakładu dla obłąkanych. Do pokoju weszła zdumiona i zaspana współlokatorka, obserwując ze zdumieniem te dziwne pląsy.

– Dilly, czy tobie już do reszty odwaliło?! – wrzasnęła, próbując przekrzyczeć piski Cordelii, która rzuciła się jej na szyję, mocno ściskając, by następnie porwać Tamarę do swojego szalonego, zwycięskiego tańca.

– Jestem przyjęta na staż do Barden&Tomson! – Gdy tylko zdyszana wypowiedziała te słowa, Tamara zamarła na chwilę, a Dilly o mało nie uderzyła w komodę, tracąc równowagę. Chwyciła się jej brzegu, by nie upaść i zerknęła na przyjaciółkę, roziskrzonymi czystą radością oczami.

– Żartujesz? Do tego Barden&Tomson? – zapytała niedowierzając, wyraźnie zaznaczając nazwę. Uśmiechnęła się znacząco, nim dodała dla pewności: – Do tej kancelarii z przystojniakiem pokazywanym non stop w telewizji?

– Dokładnie do tej! – Przytaknęła jej energicznie, jakby była nabuzowaną hormonami nastolatką, a nie poważną, początkującą panią mecenas.

Bo to właśnie od dziś jest pełnokrwistym adwokatem w najlepszej kancelarii w Bostonie, uznała Cordelia. To, że miała być na razie tylko stażystką, nie znaczyło zupełnie nic, nie w tym świecie i nie w tej kancelarii. Najważniejsze, że się dostała!

Po dłuższej chwili, jakby analizując to, co przed momentem usłyszała, Tamara w końcu poddała się wszechobecnej euforii swojej przyjaciółki i pobiegła po butelkę Don Perignon, którą ostatnio przysłał jej ojciec z Francji. Od tej chwili miało się zmienić całe życie Dilly. Czuła to całą sobą.

§ 1

Motywacja jest tym, co pozwala Ci zacząć. Nawyk jest tym, co pozwala Ci wytrwać 2.

W końcu nastał ten upragniony dzień, kiedy miała rozpocząć całkowicie nowy rozdział w życiu. Co prawda, Cordelia za taki dzień uważała również wpis na listę studentów Harvardu, lecz wówczas nie sądziła, że uda jej się być jedną z najlepszych studentek na tym renomowanym Uniwersytecie. Było to cudowne przeżycie i, przyznawała przed samą sobą, niezmierne zaskoczenie tym, jak potrafiła uparcie dążyć do osiągnięcia założonego sobie celu. Nie sądziła też, że posiada umiejętność pochłaniania tak dużej ilości informacji.

Zanim jednak zobaczyła swoje nazwisko na liście przyjętych na uczelnię, trzeba było przeżyć liceum. Było to istną męczarnią, przynajmniej dla niej. Musiała zmierzyć się z nienawistnymi spojrzeniami bogatych i rozpuszczonych rówieśników, którzy nie widzieli nic dalej, niż czubki własnych nosów. Odkąd pamiętała, była dosyć nieśmiała. Pomimo mało sprzyjającej atmosfery, to właśnie liceum zmieniło szarą myszkę w przebojową dziewczynę, która pragnęła więcej, niż oferowało jej rodzinne miasto.

Dilly była niewielkiego wzrostu brunetką, nad czym niezmiennie ubolewała jako nastolatka. Nie przepadała za wyglądem elfa, który odziedziczyła po matce. Uważała, że największym jej atutem są oczy o bardzo jasnym odcieniu błękitu. Cieszyła się także, że nie musiała uważać na to co je, by zachować szczupłą sylwetkę, podczas gdy jej rówieśniczki walczyły o to, aby osiągnąć wymiary top modelek. Oczywiście, doskonała przemiana materii nie zwalniała jej z obowiązku utrzymywania swojej kondycji fizycznej w dobrej formie. Starała się chociaż raz w tygodniu odwiedzać klub fitness, co pozwalało jej rozkoszować się bez wyrzutów sumienia babeczkami, które zajadała prawie każdego ranka przy kawie. Czasami, gdy tego potrzebowała, wybierała się na basen i przepływała kilka długości, odprężając całe ciało.

W tej chwili Dilly żałowała, że nie ma czasu, by wskoczyć do wody, celem zmniejszenia napięcia związanego z pierwszym dniem w wymarzonej kancelarii. Stała więc wytrwale przed szafą i usiłowała wybrać odpowiedni strój na swoje spotkanie z przeznaczeniem. Nie było to łatwe, gdyż jak często powtarzała jej matka, miała stodołę ubrań i właściwie nie było w niej nic konkretnego. Nie rozumiała tylko, dlaczego akurat stodołę? Przecież na to określenie jej pojemna, aczkolwiek w tej chwili już niewystarczająca, garderoba stanowczo jeszcze nie zasłużyła. Trzeba będzie ją powiększyć – pomyślała Cordelia zapinając eleganckie, granatowe spodnie. Dobrawszy jasnoniebieską koszulę, przejrzała się jeszcze w lustrze, nim weszła do salonu.

– I jak wyglądam? – zapytała, podchodząc do brata, który od kilku godzin siedział na kanapie w salonie i przełączał bezmyślnie kanały, nie zaszczycając żadnego choćby dłuższą chwilą uwagi.

– Cóż... normalnie – mruknął pod nosem, tylko zerknąwszy na Dilly.

– Jak zwykle jesteś bardzo pomocny! – sarknęła w odpowiedzi, zaplatając ręce na piersi.

– A co niby mam powiedzieć? Zawsze wyglądasz tak samo – odburknął, wzruszając niedbale ramionami dla podkreślenia swoich słów.

– Dzięki, Drew. Jesteś doprawdy uroczy – mruknęła zła, że nie poprosiła Tamary o poradę w sprawie stroju. Brat Cordelii był w tym względzie beznadziejny.

– Daj spokój, Dilly. Przecież gdybyś wyglądała jak małpa w zoo, z całą pewnością bym ci o tym powiedział – stwierdził Andrew, spoglądając na nią z wyrzutem.

– Dobrze wiedzieć – wymamrotała pod nosem, z ciężkim westchnieniem wracając do garderoby.

– Nie uwierzysz, Elizabeth w końcu wychodzi za mąż! – wykrzyknął nagle rozentuzjazmowany Andrew.

Zaskoczona wynurzyła się z szafy, w której szukała odpowiedniego żakietu. Do tej pory nie zauważyła kartki papieru, którą Drew dzierżył dłoni, obecnie wymachując nią niczym flagą.

– Za tego kretyna, który puszcza ją non stop kantem? – zapytała, z niesmakiem przypominając sobie osobnika, z którym ostatnio widziała siostrę. Drań nie był wart nawet centa.

– Daj spokój! To ona będzie z nim żyła, nie ty.

– Owszem, ale z płaczem przybiegnie do mnie.

– Ona przynajmniej ma perspektywę ustabilizowanego życia i braku chorób wenerycznych – odparł z krzywym uśmieszkiem na twarzy, wyraźnie bardzo dobrze się bawiąc drażnieniem kobiety.

– Kolejny przytyk? Spadaj, Drew. Teraz zaczyna się najlepsza część mojego życia i nic mi tego nie popsuje. Nawet ty – zaznaczyła, patrząc na brata przymrużonymi oczami. Po chwili dodała: – A David nie miał żadnej choroby wenerycznej!

– No tak, zapomniałem. Ostatnio twoje łóżkowe podboje mają kij w dupie. – Zaśmiał się głośno, odchylając głowę do tyłu, ukazując Cordelii tym samym kolejny już tatuaż, zdobiący jego wysportowane ciało. Wolała nawet sobie nie wyobrażać reakcji rodziców, gdy to zobaczą. Na szczęście, ostatnio oboje mieli bardzo luźne kontakty z Peterem i Judith Weston, zatem pewnie nieprędko nastąpi ta niebotycznie interesująca chwila. Szybko porzuciła myśli o rodzicach, powracając do swojej obecnej sytuacji i rozstania, które nie należało do najprzyjemniejszych.

– Już nie – mruknęła niechętnie, odnosząc się do wypowiedzi brata. Westchnęła ciężko, przyznając przed samą sobą, jak ogromny błąd popełniła, wiążąc się z Davidem.

– Słucham? Czyżby moja urocza siostra wyrzuciła w końcu ze swojego łóżka tego durnia bez jaj? – Zaskoczony Andrew odwrócił się w stronę Dilly, która spoglądała na niego z niepewnością. Miał nadzieję, że w końcu Cordelia przestanie myśleć waginą, a zacznie używać swojego niewątpliwie, nieprzeciętnie bystrego umysłu. Nie sądził jednak, że doczeka się aż takiej zmiany! Ostatnio wszystkie ich kłótnie zaczynały się i kończyły na Davidzie Collinsie, dwulicowej szui, która udawała faceta. Cordelia, niczym ćma lecąca do światła, za każdym razem wpuszczała go do swojego życia i sypialni, gdy ten miał na to ochotę. Oczywiście równie szybko z jej świata wyskakiwał. Dilly twierdziła, że jest on jedynym facetem, który ją rozumiał i szanował, a przede wszystkim nie oczekiwał czegoś więcej, cokolwiek miała przez to na myśli.

Według Cordelii działało to tak, że skoro David był prokuratorem w Bostonie, jej marzenia powinny być dla niego oczywiste. Andrew mimowolnie parsknął śmiechem. A ich rodzice powtarzają, że to on nie wie czego naprawdę chce w życiu. Ich córka była jeszcze gorsza. Dobrze wiedziała co pragnie osiągnąć, jednak nie bardzo jej szło w znajdowaniu sobie odpowiednich sojuszników w dążeniu do tego celu. Choć Drew nie był może romantykiem, dostrzegającym w każdej napotkanej kobiecie drugą połówkę, to nie można go było uznać za durnia. Zdawał sobie sprawę, że można znaleźć kogoś, z kim będzie miło dzielić takie chwile, jak otrzymanie stażu w wymarzonej kancelarii. Nie musiał pytać Cordelii, czy jej były przyjaciel do łóżka ucieszył się na wieść o jej sukcesie. Wiedział bowiem, że odpowiedź byłaby przecząca. Za dobrze znał ten typ facetów, zadufanych w sobie wypierdków, którzy traktowali kobiety wyłącznie jako dodatek, ozdobę do swojego, na pozór idealnego, życia. Miał już kiedys z takimi osobnikami do czynienia na studiach, na które wysłał go ojciec.

Cordelia spojrzała w duże lustro, wiszące na drzwiach garderoby. Wiedziała, głównie dzięki swojej przyjaciółce, która zajmowała się organizacją profesjonalnych pokazów mody, jak wiele znaczy właściwie dobrane ubranie. Pierwsze wrażenie jest najważniejsze i miała tego pełną świadomość. Stwierdziła, że Tamara pochwaliłaby jej wybór. Jej wygląd dopełniały najnowsze Louboutiny. Nie mogła nic poradzić na to, że kochała te czarne szpilki. Zawsze uważała, że dodają jej odwagi i pewności siebie, a także swoistej elegancji.

W końcu, założywszy srebrny zegarek, prezent od matki, na lewy nadgarstek, ponownie weszła do salonu. Na jej widok, Andrew aż zagwizdał z wrażenia.

– No, no, no! Powiem ci, że teraz wyglądasz jak wytrawny prawnik!

– Dziękuję – odparła zupełnie nieskromnie Cordelia, unosząc dumnie głowę.

Na tę demonstrację urażonej wrażliwości, dającej jednoznacznie znak, że wciąż pamięta o jego ostatnich słowach, Drew głośno się roześmiał. Otrzymał za tę reakcję lekkie trzepnięcie w tył głowy. Dilly sprawdziła, czy wszystkie najważniejsze rzeczy wrzuciła do torebki. Zabrała jeszcze telefon ze stolika kawowego, a następnie zerknęła po raz ostatni w lustro. Wzięła głęboki wdech, powoli wypuszczając powietrze z ust, uspokajając nieco galopujące serce.

– Cóż, życz mi powodzenia.

– Zupełnie nie jest ci to potrzebne. Nie mam wątpliwości Dilly, że szturmem zdobędziesz ich zatwardziałe prawnicze serca – odparł z pewnością Andrew, puszczając jej oczko.

Mimo tej swobodnej wypowiedzi, podniósł się z kanapy i wciągnął siostrę w objęcia. Zawsze życzył jej jak najlepiej. Nawet podczas studiów, gdy miała problem ze swoim uciążliwym i natrętnym byłym, nie zawahał się choćby na sekundę, ruszając jej na ratunek. Był wtedy na stażu w Norwegii, a mimo to wziął kilka dni urlopu, by wyratować Dilly z opresji. Dziewczyna miała bowiem niezwykły talent do pakowania się w kłopoty i, niestety, całkowitego pecha do mężczyzn. Z narastającą obawą przyglądał się jak siostra wchodzi w coraz nowsze związki, nie rokujące na przyszłość. Choć zapewniała, że najbardziej zależy jej na karierze, Drew sądził, że to właśnie swoją pracą pragnie zagłuszyć fakt, że stawała się coraz bardziej samotna. Gdy wypuścił ją z objęć, zobaczył jak posyła mu delikatny uśmiech, patrząc na niego ze wzruszeniem. Doskonale wiedziała, że ma jego wsparcie, cokolwiek by się nie działo.

– Dzięki. To idę. – Już miała otworzyć drzwi, kiedy nagle odwróciła się ponownie w stronę Drew i ostrzegła z rozbawieniem słyszalnym w jej melodyjnym głosie: – Nie wyczyść mi lodówki! Bo nie tylko ja cię ukatrupię.

– Postaram się. – Roześmiał się, zamykając za Cordelią drzwi, praktycznie wypychając ją przedtem na zewnątrz, by ruszyła w stronę windy. Nim weszła do wnętrza kabiny, zdążył jeszcze za nią krzyknąć: – A Tami się nie boję!

– A powinieneś! – odkrzyknęła rozbawiona Cordelia, zanim zasunęły się drzwi.

Ponownie zaczęła się denerwować, gdy stanęła przed wejściem do jednej z najbardziej uznanych kancelarii w Bostonie. Schody prowadzące do jej upragnionej przyszłości wydawały się wyjątkowo strome i wysokie. Wzięła kolejny głęboki wdech, nim ruszyła do góry ku dwuskrzydłowym drzwiom. Nad nimi wisiał duży grawerowany złoty napis „Barden&Tomson” na czarnym tle.

Cordelia nie zdołała nawet dotrzeć do drugiego stopnia, kiedy została potrącona przez biegnącego w tym samym kierunku młodego mężczyznę, trzymającego skórzaną aktówkę po pachą.

– Hej! Może byś tak uważał jak idziesz! Trochę kultury!

Ten niewychowany dupek, o krótko przystrzyżonych brązowych włosach, zatrzymał się nagle w pół kroku i odwrócił, posyłając w jej stronę arogancki uśmieszek. Jego pociągła twarz przywoływała jej na myśl szczura. Zmierzył ją wzrokiem, po czym nie racząc nawet przeprosić, przeskoczył ostatnie stopnie i zniknął za drzwiami.

– Pieprzony gnojek – mruknęła pod nosem, rozcierając obolałe ramię.

– To idiota, którym nie warto zawracać sobie głowy. Szybko stąd wyleci, mimo że wydaje mu się, iż będzie inaczej.

Na słowa wypowiedziane dźwięcznym, lekko zachrypniętym głosem, Dilly odwróciła się. Tuż obok niej stała niska kobieta ubrana w pstrokatą sukienkę, z całą masą teczek w ramionach. Z trudem udawało jej się trzymać papiery tak, by te nie wysunęły się tuż pod ich nogi. Uśmiechała się do Cordelii z sympatią, przyglądając jej się z ciekawością. Z jej upiętych w kok włosów wydostało się kilka luźnych kosmyków, trącanych co chwilę przez lekki wiatr. Biło od niej ciepło, które powodowało, że Dilly od razu poczuła do tej nieznanej kobiety sympatię.

– Rebeka – przedstawiła się, wyciągając ku niej dłoń, z trudem utrzymując stos papierów przy piersi.

– Cordelia – Uścisnęła rękę kobiety, nieco zmieszana wcześniejszym wybuchem. W jej oczach dostrzegła iskierki rozbawienia.

– Nowa kandydatka na stanowisko stażysty, co? – Cordelii wydawało się, że Rebeka bardziej stwierdziła, niż zapytała, lecz mimowolnie kiwnęła potakująco głową.

– Może ci pomóc? – zapytała Dilly, wskazując na coraz bardziej wysuwające się z rąk Rebeki teczki.

– Och, będę wdzięczna. Chłopcy, mimo iż są dżentelmenami, nie zawsze mogą trafić na moment, kiedy potrzebuję tragarza – zażartowała lekko Rebeka, przekazując Cordelii część swojego balastu.

Dilly nie miała pojęcia o jakich chłopcach mówiła, ale wolała nie wypytywać, by nie zostać uznaną już na wstępie za wścibską plotkarę. Ta wiedza nie była jej też w tej chwili do niczego potrzebna. Interesowało ją natomiast, dlaczego ten niewychowany osobnik, który ją przed momentem staranował, miał być tak pewny swojego miejsca w kancelarii? To nurtujące ją pytanie, musiało w jakiś sposób objawić się na twarzy Dilly, gdyż usłyszała tuż obok spokojny głos nowej znajomej.

– Dziewczyno, nie martw się tak tym wszystkim! Wierz mi, przez tę kancelarię w przeciągu ostatnich kilku miesięcy przewinęło się kilkudziesięciu praktykantów. Najlepiej zrobisz, jeśli podejdziesz do tego, co cię tu czeka na luzie i ze sporym dystansem – poradziła Cordelii ta niepozorna kobieta. Zupełnie nie przypominała ludzi określanych mianem cerberów kancelarii, broniących dostępu do swych szefów za wszelką cenę. Domyślała się, że musi być ona asystentką bądź sekretarką. Nie wiedziała, skąd pojawiło się w niej przekonanie, że bez tej kobiety ten budynek bardzo szybko stałby się pustostanem do wynajęcia.

Zamyślona podążyła za Rebeką, która już wspinała się po licznych schodach. Gdy tylko przekroczyły próg kancelarii, Cordelia poczuła, jak całe jej ciało mimowolnie napina się z podekscytowania wymieszanego z lękiem, czy faktycznie da sobie radę. Korytarz wyłożony został drewnem, tak samo jak i kolejne pomieszczenie, które niewątpliwie było sekretariatem. Przy każdej parze drzwi stało biurko, zaś pod oknem ustawiono stolik wraz z fotelami, zapewne dla ewentualnych klientów. Na ścianach wisiały obrazy, przedstawiające salę sądową pod różnym kątem.

Rebeka skierowała się do największego biurka i położyła na blacie stos teczek, które niosła. Pokazała dłonią, by Cordelia zostawiła obok kolejne, które trzymała. Kobieta z przyjaznym uśmiechem poprosiła, by dziewczyna usiadła przy stoliku stojącym w rogu, który dopiero Dilly zauważyła, i uzupełniła akta osobowe, które wcisnęła jej do rąk. Sama zajęła się swoimi sprawami z prędkością Strusia Pędziwiatra, przewracając kolejne kartki i nagromadzoną w stalowym koszyczku pocztę.

Nie chcąc jej przeszkadzać, Cordelia usiadła we wskazanym miej­scu i zaczęła wypełniać skrupulatnie dokumentację. Niespodziewanie boczne drzwi stanęły otworem, a jej oczom ukazała się połowa, całkiem przystojna połowa, musiała przyznać, wysokiego i dobrze zbudowanego mężczyzny w doskonale skrojonym garniturze.

– Becka, piękności ty moje! Czy masz może już kopie apelacji Newtmana? Ten bufon przyjedzie za godzinę i wolałbym pozbyć się go jak najszybciej! – zawołał z olśniewającym uśmiechem.

To musi być jeden ze wspólników – przeszło jej przez myśl. Wiedziała właściwie, jak wyglądał wyłącznie pan Barden, dzięki jego częstym występom w telewizji. Na stronie kancelarii nie znalazła żadnych zdjęć głównych wspólników, co było dla niej zaskoczeniem. Mężczyzna stojący w drzwiach zupełnie nie zwrócił na nią uwagi, skupiając przymilne spojrzenie na Rebece, która w końcu skierowała na niego swój wzrok, unosząc ku górze jedną brew. Wyglądała niczym królowa, której jakiś wieśniak zakłócił spokój i za chwilę mógł się pożegnać z życiem poprzez jedno jej wyrażenie – ściąć go! Dilly przygryzła wargę, usiłując się nie roześmiać na obraz, który przed chwilą powstał w jej wyobraźni.

– Elliot, czy ty kiedykolwiek zaczniesz sprawdzać papiery, które codziennie zostawiam ci na biurku?

– Eee, to znaczy, że ta apelacja leży już u mnie, tak? – Rzeczony Elliot posłał Rebece jeszcze szerszy uśmiech, niż do tej pory jej serwował, na co kobieta zareagowała tylko wzniesieniem oczu ku górze i uniesieniu rąk, jakby w modlitwie o więcej siły.

Po krótkim, lecz pełnym uwielbienia „dzięki”, mężczyzna o dźwięcznym imieniu wrócił za drzwi.

Po kilku minutach wypełniania różnych dokumentów, Cordelia została skierowana przez Rebekę do sali konferencyjnej, gdzie miała oczekiwać na spotkanie z partnerami. W środku siedział już dupek, który potrącił Cordelię przed wejściem i chłopak o sympatycznym wyrazie twarzy i miłym uśmiechu, który skierował w jej stronę, odsuwając jednocześnie jej fotel, podczas gdy gbur zupełnie ją zignorował.

Nie musieli długo czekać, gdy drzwi się otworzyły i do pomieszczenia weszła zgrabna kobieta, w eleganckim kostiumie, o lodowatym spojrzeniu szarych oczu. Kolejnym był znany już Cordelii, z pytania o apelację jakiegoś klienta, Elliot, który chyba jako jedyny wkroczył do sali z uśmiechem. Ostatni pojawił się mężczyzna potężnej postury, obejmując całą salę spojrzeniem przeszywającym człowieka na wskroś. Zupełnie, jakby znał już wszystkie tajemnice, jakie skrywało się pod skórą. Był równie wysoki jak Elliot, lecz bardziej od niego umięśniony, co dało się zauważyć nawet pomimo dopasowanego garnituru. Nie można go było pomylić z nikim innym. Drapieżnym krokiem szedł ku szczytowi stołu sam Matthew Barden – adwokat legenda.

Cordelia nie potrafiła odwrócić od niego spojrzenia. Jasna cholera, i ja mam tutaj pracować? Przecież wśród takich przystojniaków ciężko nawet o skupienie – pomyślała ironicznie Dilly, z jękiem w duszy, kiedy sobie przypomniała wszystkie plotki znalezione na jego temat przez Tamarę. Mrugnęła kilkukrotnie, by wyrwać się z tego dziwnego transu w jaki wpadła. Mężczyzna nie zawiesił wzroku na żadnym z trojga kandydatów dłużej, niż na dwie sekundy. Domyśliła się, że skoro Barden siedział u szczytu stołu, a kancelaria miała dwa nazwiska w nazwie, to on był tu niewątpliwie szefem i z całą pewnością nie musiał o tym nikogo przekonywać. Gdy zajęli swoje miejsca, Matthew Barden rozpoczął zebranie.

– Witam państwa. To, że się tu znaleźliście, oznacza, że byliście najlepsi spośród przesłanych nam aplikacji. Nie jest to jednoznaczne z tym, że uda się wam pozostać tu na tyle długo, by dostać staż, a w perspektywie etat w naszej kancelarii. To jest wasz okres próbny, który… – przerwał w pół zdania, kiedy do sali konferencyjnej niespodziewanie wpadła zdyszana Rebeka, z przerażeniem malującym się w jej oczach.

– Mamy ogromny problem! Wasz jedyny świadek kopnął właśnie w kalendarz i nie sądzę, by zrobił to z własnej woli – wydyszała, opierając się ciężko o oparcie fotela zajmowanego przez Cordelię.

Wszyscy zwrócili ponownie wzrok na Bardena, który w tej chwili niebezpiecznie zmrużył oczy. Wyraźnie gotował się z wściekłości, ale nie pozwolił na jej ujście. Po chwili jego twarz przybrała kamienny wyraz, nie zdradzający żadnych uczuć.

– Zaczyna się właśnie teraz – dokończył nagle, stanowczym głosem przerwaną myśl. – Elliot, idziemy. Sarah, wprowadź ich w szczegóły sprawy Nicholasa Ghazala. Spotykamy się tutaj za trzy godziny. Lepiej, żeby byli dobrze przygotowani.

Po wydaniu poleceń, ruszył wraz ze wspólnikiem ku wyjściu. Cordelia zmarszczyła brwi, zastanawiając się nad tym, o co może chodzić w tej sprawie, gdy nagle ją olśniło. Nicholas Ghazal, jeden z nowojorskich maklerów giełdowych, został oskarżony o malwersację i pranie brudnych pieniędzy, a obecnie także o zamordowanie swojego przyjaciela. Umysł Cordelii od razu zaczęły zalewać obrazy widziane przez nią w telewizji, Internecie, jak i słowa z gazet.

Dopiero teraz poczuła w zupełności, że zaczyna się prawdziwa przygoda, na którą z taką niecierpliwością czekała. Nie sądziła jednak, że od razu zacznie się od tak głośnej i pełnej kontrowersji sprawy. Postanowiła dać z siebie wszystko, aby tylko dostać to, czego tak bardzo pragnęła – stałe miejsce w wymarzonej kancelarii.

§ 2

Są na ziemi trzy tajemnice, trzy rzeczy niepojęte. Piękno, sprawiedliwość i prawda… 3

– Matthew! Chyba nie dopuścisz tej bandy dzieciaków do naszego największego klienta! – krzyknęła Sarah, wybie­gając za swoimi współpracownikami, zostawiając tym sa­mym zszokowanych kandydatów samych. Gdy zatrzasnęły się za nią drzwi, wygładziła garsonkę, którą miała dziś na sobie, ruchami pełnymi wściekłości.

– Nie pytałem cię o zdanie i nie zamierzam tego zmieniać – odparł Matt spokojnym, lecz stanowczym, powiewającym chłodem głosem, nawet nie racząc spojrzeć na wzburzoną prawniczkę.

– Ty chyba sobie żartujesz. Jestem...

– Naszym pracownikiem, nikim więcej – przerwał jej. – Radzę ci to zapamiętać, nim rozpoczniemy poszukiwania kogoś na twoje miejsce. Nie jesteś niezastąpiona. – Matthew odwrócił się w stronę irytującej go coraz bardziej kobiety, lekko mrużąc oczy. Tylko ten ledwo dostrzegalny gest wskazywał na poziom jego rozdrażnienia.

Na twarzy Sarah odbiło się niedowierzanie i złość z powodu urażonej dumy. Nie takich słów spodziewała się po mężczyźnie, z którym łączyło ją coś więcej niż praca. Już miała poinformować tego aroganta, że fakt sypiania z nią nie upoważnia żadnego mężczyzny do traktowania jej osoby w ten sposób, jednak wydawało się, że Matthew czytał jej w myślach. Jego usta wykrzywił grymas pełen pogardy.

– Przestań wreszcie mieszać życie prywatne z zawodowym, Sarah. W końcu będę miał tego dość – zaznaczył ostrzegawczo, po czym włożył swój kaszmirowy płaszcz, podany mu przez Rebekę i machnąwszy dłonią ku Elliotowi, który przyglądał się tej wymianie zdań z sarkastycznym uśmiechem na ustach, udał się do wyjścia. Za nim ruszył bez słowa, lekkim krokiem, wspólnik.

Wciąż wściekła Sarah dopiero teraz dostrzegła, że jej sprzeczce z Bardenem przysłuchiwała się także Rebeka, która taktownie udała, iż całe zajście nie miało miejsca, wracając do kopiowania dokumentów. Sarah zaś wróciła do pozostawionych jej praktykantów, czując nieuchronnie nadchodzącą migrenę.

***

– Powinieneś przestać sypiać z personelem.

Elliot nie byłby sobą, gdyby nie dorzucił się do tego nudnego i zupełnie niepotrzebnego, zdaniem Matthew, melodramatu, który ostatnio Sarah regularnie urządzała, niezależnie od miejsca w jakim się znajdowali i tego, kto się temu przysłuchuje.

– Mógłbyś mi o tym przypomnieć następnym razem, zanim stwierdzisz, że potrzebuję seksu dla rozładowania napięcia? Bez mędrkowania po fakcie – odparł z wyrzutem, krzywiąc się przy tym na myśl o poradach swojego przyjaciela, które niestety w większości zbyt pomocne nie były, zwłaszcza w kwestii kobiet.

– Doskonale zdaję sobie z tego sprawę, dlatego też, ze względu na pojawienie się u nas całkiem niczego sobie młódki, ostrzegam już teraz, panuj nad sprzętem, zanim go wyciągniesz ze spodni i przystawisz do nieodpowiedniej osoby. Nie stać nas na kolejną wymianę personelu, nie teraz. I ty powinieneś o tym wiedzieć najlepiej.

– I to mówi jeden z największych żigolaków w stanie. Co to się porobiło, że teraz ty mnie ostrzegasz, nie odwrotnie – zakpił Matt, lekko się uśmiechając do przyjaciela.

– Chwila, tylko nie żigolaków! – Roześmiał się Elliot, szybko jednak poważniejąc, by ponownie zaznaczyć: – Ja przynajmniej nie posuwam prawie wspólniczki!

– Sarah nie będzie żadną wspólniczką – odparł stanowczo Matthew, masując skronie. Czuł pulsujący ból, który stawał się powoli uciążliwy. – I nie martw się. Nie zamierzam znów popełnić tego samego błędu.

– Och, na pewno. Wierzę w ciebie stary i mam nadzieję, że będziesz się tego postanowienia trzymał – rzucił z przekąsem Elliot, nim obaj wysiedli z samochodu, zatrzymawszy się przy potężnym gmachu sądu.

Gdy tylko weszli na odpowiednie piętro, trafili na uśmiechniętego od ucha do ucha prokuratora, któremu przydzielono sprawę ich klienta. Gerard Johnson był otyłym, niskim człowiekiem, który gdyby nie stos teczek trzymanych pod pachą i pełen pogardy uśmieszek posyłany ludziom krążącym wokół, nikt by nie dał wiary, że zajmuje się oskarżaniem kogokolwiek. Miał misiowatą mordkę, lecz w oczach wyraźnie widoczne było wyrachowanie. Zawsze czuł się wyższy, niż był w rzeczywistości, i to nie tylko, gdy chodziło o jego wzrost.

Widać było na pierwszy rzut oka, że czuł już zapach wygranej. Zdaniem Matthew, raczej przedwcześnie. Przez lata nauczył się jednego – dopóki nie skończy się walka, dopóty istnieje szansa na wygraną, bez względu na to, jak bardzo przegrana wydaje się twoja pozycja. A on należał do ludzi, którzy do samego końca nie składali broni.

– Cóż, drodzy panowie, chyba jednak tym razem na sali sądowej zapanuje stara, dobra sprawiedliwość – odezwał się zjadliwym głosem Johnson.

– A mnie się wydaje, że twoją starą zastąpi nasza młoda, piękna, a przede wszystkim obiektywna prawda – zripostował śpiewnie Elliot, przechodząc obok Gerarda, z satysfakcją zauważając czerwoną ze złości twarz prokuratora. Rozdymał nozdrza, jakby miał za chwilę buchnąć z nich dym. Wyraźnie miał ochotę wyciągnąć przed siebie ręce i chwycić dłońmi za szyję Elliota, jednak powtrzymał się z widocznym trudem.

– Nie prowokuj go, nim nie dowiemy się, co ma do powiedzenia sędzia – szepnął z rozbawieniem Matt, pochylając się ku przyjacielowi.

– Sam dobrze wiesz, że z niego nie idzie się nie nabijać! A jak kakadu mojej przeklętej siostry kocham, usilnie się staram. I to za każdym razem! – zaznaczył z udawaną powagą.

Matt miał świadomość, że nigdy nie wypleni z Elliota tego nawyku. Johnson tak już na niego działał i to się raczej nie zmieni, chyba że prokurator w końcu przejdzie na emeryturę i zejdzie mu z oczu.

– Oczywiście. – Matt pokręcił głową w geście poddania, powstrzymując się od śmiechu. Podchodząc do gabinetu sędziny, zapytał z ciekawością: – Kathriene nadal trzyma to ptaszysko?

– A myślisz, że pozwoliłaby komuś je wyrzucić? – Elliot spojrzał na przyjaciela, unosząc jedną brew, dając tym samym do zrozumienia to, co obaj dobrze wiedzieli – Kate owinęła sobie ich obu wokół małego palca i żaden nie miał ani sił, ani na tyle dużo wytrwałości, by cokolwiek jej wyperswadować.

– Rozumiem. Uznajmy, że nie było tego pytania – odparł z rozbawieniem, wchodząc do środka eleganckiego pokoju.

Matt zajął miejsce w jednym z foteli stojących w obszernym gabinecie, tuż obok usiadł Elliot. Kilka minut później weszła dostojnym krokiem sędzia Reven Lettor, za nią zaś irytujący prokurator. Prawnicy podnieśli się, po czym, gdy tylko sędzia usiadła za dębowym biurkiem, ponownie zajęli swoje miejsca. Johnson stanął obok okna w niedbałej pozie, z ramionami zaplecionymi na piersi, mrużąc zabawnie swoje prosiaczkowate oczka.

– Witam, panowie. Sprawa jest już, moim zdaniem, wystarczająco drażliwa i wolałabym ją jak najszybciej zakończyć. Tym razem przeszkodziła mi w tym zaskakująca i niespodziewana, zważywszy na ochronę jaką miał przydzieloną, śmierć jedynego świadka obrony – zaczęła Lettor swoim mentorskim tonem. – Zamierzam jednak doprowadzić tę sprawę do samego końca, bez względu na kolejne udające wypadki czy samobójstwa, zdarzenia. Zatem, panie Tomson, panie Barden, liczę na szybkie przedstawienie alternatywy dla waszego przedwcześnie zniesionego z tego padołu świadka.

– Pani sędzio, prosimy o odroczenie terminu o co najmniej trzy tygodnie. Musimy mieć czas, aby znaleźć...

– Kogo? Przecież mieliście tylko tego osła, Freza! – przerwał Elliotowi prokurator, wykrzykując na cały głos swoją uwagę, parskając przy tym nieprzyjemnym śmiechem.

– I wnosimy o zmianę prokuratora – dopowiedział Matthew, spoglądając znacząco na sędzinę. Zauważył, że kącik ust kobiety delikatnie się uniósł. Jednak szybko przybrała swój neutralny wyraz twarzy, więc niewprawne oko niczego by nawet nie dostrzegło.

– Panie Johnson, za chwilę ukażę pana za obrazę sądu – ostrzegła Gerarda, który spąsowiał na twarzy. Westchnąwszy z wyraźnym zmęczeniem, w końcu podjęła decyzję. – Przychylam się do obu wniosków obrony. Macie trzy tygodnie, panowie. Nie zmarnujcie ich.

Dając wszystkim obecnym znać, że to koniec spotkania, sędzia zagłębiła się w lekturę dokumentów leżących na jej biurku. Elliot i Matthew nie zwlekali z wyjściem z gabinetu, zadowoleni, że spotkanie przebiegło jak najbardziej po ich myśli. Czekały ich długie godziny przy przeglądaniu stosów dokumentacji zgromadzonej w sprawie, by znaleźć sposób na wyciągnięcie ich klienta z potężnych kłopotów w jakie wpadł, czy raczej, w jakie go wrzucono. Do tej pory nie uzyskali informacji odnośnie ludzi, którzy tak usilnie próbowali wrobić tego znanego biznesmena w morderstwo i liczne malwersacje.

Nicholas Ghazal był znany w swoim środowisku jako bezkompromisowy właściciel kilku firm wartych miliardy dolarów. Był zasadniczy, czasami wręcz bezwzględny, zarówno w pracy, jak i w życiu prywatnym. Odkąd tylko pojawił się na progu kancelarii Barden&Tomson, obaj wspólnicy zdali sobie sprawę z tego, że ta sprawa może spowodować albo ich wyniesienie ponownie na wyżyny prawnicze, albo też bezpowrotnie zrzucić w otchłań zapomnienia.

Kiedy w końcu,udało im się dotrzeć do jedynego żywego świadka, który mógł potwierdzić zeznanie Ghazala, oczywiście musiało się okazać, że zginął i to tuż przed decydującym przesłuchaniem. Matthew przez cały czas zastanawiał się, jak wszystko mogło się tak popieprzyć w tej sprawie. Mieli wszystkie karty, gdy nagle stracili z oczu więcej, niż jedno rozdanie. Koniecznym było teraz na spokojnie ocenić ich szanse i zaplanować kolejny ruch.

***

Gdy chuda wiedźma wróciła do sali konferencyjnej, Dilly poczuła, że czas spędzony w wymarzonym miejscu będzie, nie tylko dzięki tej wyniosłej prawniczce z wściekłym wyrazem twarzy, trudny do zniesienia, ale i równie ekscytujący. Może się także okazać dość krótki – przeszło jej przez myśl, gdy blondyna zasiadła w fotelu, który chwilę wcześniej zajmował Matthew Barden – marzenie zapewne niejednej kobiety – zarządzający, iż mają pod nieobecność jego i wspólnika zapoznać się z aktami sprawy.

Kobieta nie zdążyła nawet otworzyć ust, gdy drzwi do pomieszczenia stanęły ponownie otworem. Rebeka z uniesioną dumnie głową wkroczyła do środka, tocząc przed sobą duży wózek z licznymi pudłami. Gdy wzrok wszystkich obecnych skierowany był na stos dokumentacji, asystentka puściła do Dilly oczko, posyłając jednocześnie bardzo dyskretny uśmiech. Ta kobieta niewątpliwie niejedno ma za uszami – przemknęło przez myśl Cordelii.

– Dziękuję, Rebeko. Proszę, zostaw te pudła tam, w rogu. – Prawniczka wskazała lekceważącym machnięciem dłoni wnękę po drugiej stronie przy oknie. Następnie zwróciła się do kandydatów tonem przepełnionym arogancją: – Nazywam się Sarah Morgan. Jestem jednym z adwokatów w tej kancelarii, jak zdążyliście już zapewne zauważyć.

Cordelia przewróciła oczami na tę wyższość w głosie panny Morgan. Na szczęście kobieta zupełnie nie zwracała uwagi na praktykantów. Od jakiś pięciu minut, wpatrywała się wytrwale w rozłożony przed sobą kalendarz. Dilly, zastanawiała się, czy będzie ich ignorować w nieskończoność, czy w końcu potraktuje ich jak ludzi. Zapewne będą niczym szczotki w schowku, czasem przydatne, ale w gruncie rzeczy, nie mające jakiegoś istotnego znaczenia.

W końcu, telefon leżący tuż obok kalendarza wydał z siebie krótki dźwięk. Sarah zerknęła na ekran i odczytawszy wiadomość, ponownie się odezwała, uparcie jednak nie podnosząc wzroku.

– Macie godzinę na zapoznanie się z materiałami dotyczącymi naszego klienta i znalezienia czegokolwiek, co da nam przewagę nad prokuraturą. – Machnęła dłonią w stronę pudeł. Złote bransoletki zabrzęczały na szczupłym nadgarstku, błysnąwszy drogimi kamieniami, które zdobiły niektóre z nich, przykuwając wzrok Cordelii. Może i charakter miała okropny, lecz nie można jej odmówić dobrego gustu względem biżuterii – uznała, lekko się uśmiechając kącikiem ust.

– Zanim jednak się do tego zabierzecie – kontynuowała dalej prawniczka. – Dostaniecie za chwilę do podpisu umowę wraz z klauzulą zobowiązującą was do zachowania w tajemnicy wszystkich informacji, jakie uzyskacie podczas pobytu w kancelarii.

W pomieszczeniu ponownie pojawiła się Rebeka, tym razem kładąc przed każdym z trójki, walczących o przyszły staż, dokument z klauzulą poufności oraz arkusz zapisany warunkami etapu przejściowego i krótką informacją, że po oznaczonym okresie czasu zostaną poddani ocenie. Osoba z najwyższą notą, otrzyma propozycję pełnego stażu w kancelarii.

Cordelia prześledziła tekst wzrokiem. Zatem po trzech miesiącach wspólnicy zdecydują komu dadzą szansę, a kto będzie musiał obejść się jedynie smakiem i zejść ze sceny z podkulonym ogonem. Dilly, podobnie jak jej towarzysze, przejrzeli otrzymane papiery najszybciej, jak było to możliwe, nie mogąc się doczekać otwarcia czekających na nich pudeł i zagłębienia się w najgłośniejszej w ostatnim czasie sprawie. Gdy tylko zostały dopełnione wszelkie formalności, praktykanci, jak ich na tą chwilę określono, dostali pozwolenie na buszowanie w wzywających ich stosie dokumentów.

W prawniczym świecie, oczywiście nie ma czegoś tak trywialnego, jak ustępstwo dla pań, czy kulturalne podejście do zadania. O nie, tu liczyło się to, kto jest sprawniejszy, szybszy i sprytniejszy. Ponadto, w prawie od wieków królowali mężczyźni, dla kobiet zaś widzieli jedno miejsce, oczywiście w domu, dbające o domowe ognisko i wychowujące potomstwo. Cóż, równouprawnienie pełną gębą, potocznie rzekłszy.

Cordelia była znana ze swojej niezwykłej cierpliwości. Miała rodzeństwo, z którym musiała jakoś przeżyć pierwsze kilkanaście lat, jakie spędzili pod wspólnym dachem. Założyła zatem ręce na piersi, zmrużyła oczy, zwęziła usta i czekała, aż męskie harpie zdobędą swoje pierwsze łupy. Dzięki specyficznej rodzinie i wychowaniu przez dociekliwego ojca, nabyła doskonałe wyczucie, jeśli chodzi o odsiewanie ważnych informacji od tych mało istotnych. Wiedziała też, że pewność siebie tych dwóch mężczyzn, łącznie z wygórowanym ego, które zwłaszcza od jednego biło na milę, będzie dla niej szansą na zdobycie tego, czego potrzebuje, czyli rozwiązania sprawy.

Po chwili obaj praktykanci ponownie zajęli poprzednie miejsca z całym naręczem teczek. Właśnie wówczas Cordelia zajrzała do pozostawionych papierów. Jako mała dziewczynka uwielbiała przesiadywać w gabinecie ojca, obserwując jego pracę, najpierw jako dziennikarza śledczego, później redaktora, a w końcu, właściciela gazety. To on pokazał jej, że najważniejsze rzeczy zawsze znajdują się tam, gdzie często się nie zagląda. Są na widoku, a jednak nikt nie zwraca nie uwagi. Peter Weston uwielbiał zagadki, ale dużo bardziej od ich rozwiązywania, kochał ich tworzenie ze skrawków tych na pozór mało istotnych fragmentów. Dziewczyna przejęła tę pasję, chociaż głównie w kwestii logicznego myślenia i odkrywania tajemnic. Miała analityczny umysł, który sprawnie łączył ze sobą niepowiązane informacje.

Wyostrzona spostrzegawczość i wyczulenie na drobiazgi, doprowadziły ją do zepchniętego w kąt pudła. W środku, na samym dnie dostrzegła dużo mniejsze, jakby zapomniane. Wyciągnęła je i otworzyła. Było tam kilkanaście zdjęć i wiele odręcznych zapisków. Przeglądała je skrupulatnie, usiłując zrozumieć wyłaniającą się z nich historię człowieka, który został oskarżony o zamordowanie najlepszego przyjaciela i powiązania ze światem przestępczym. Nic się nie zgadzało z tym, co cały kraj wiedział na jego temat. Raz po raz zadawała sobie to samo pytanie – po co miałby mordować człowieka, z którym znał się praktycznie od dzieciństwa? Nie miał żadnego motywu, oczywiście poza tym, który wymyślił sobie prokurator. Faktem było, że pan Ghazal nie przebywał nawet w tym samym mieście, co ofiara, w czasie, kiedy została zamordowana.

Nie wiedzieli nawet, ile czasu upłynęło im na przeglądaniu zawartości przyniesionych przez Rebekę pudeł, dopóki dwuskrzydłowe drzwi nie zostały ponownie otwarte. Sarah przez cały czas przeglądała jakieś swoje papiery, nie zwracając na nich większej uwagi.

Kiedy Barden i Tomson weszli do środka, Cordelia zauważyła, że Elliot był wyraźne podekscytowany. Mężczyzna opadł z głośnym westchnieniem ulgi na swój, nie tak dawno zajmowany, fotel. Drugi ze wspólników, którego jeszcze im nie przedstawiono, mimo iż wszyscy doskonale wiedzieli kim był, zatrzymał się przed Sarah, unosząc znacząco brew. Kobieta pośpiesznie opuściła zajmowane miejsce, unikając natarczywego spojrzenia, wyrażającego jego zniecierpliwienie.

Elliot, który odkąd Cordelia tylko go zobaczyła wychylającego się ze swojego gabinetu wydawał się najmilszym człowiekiem, jakiego przyszło jej poznać, teraz zerkał na swojego przyjaciela poważnie. Barden, który kiwnął mu głową w odpowiedzi na nieme pytanie, zajął swoje miejsce, splatając przed sobą na stole dłonie. Mecenas zwrócił na praktykantów swoje zimne spojrzenie, które spokojnie mogło zmienić obecnych w lodowe posągi.

***

Matthew wiedział, że czeka go przeprawa nie tylko ze sprawą, od której zależał prestiż i przyszłość kancelarii, ale również z siedzącymi przed nim młodymi ludźmi, którzy uważali, że wiedzą już wszystko. Miał tę pewność, bo był na początku kariery taki sam. Jeszcze nie dotarło do nich, jak bardzo się mylili w swym przekonaniu! On sam, poprzez minione lata, otrzymał niejedną lekcję pokory. Mimo wszystko, nie stracił pewności siebie i drapieżności, która była niezbędna w świecie, w którym przetrwają najsilniejsi. Spryt i przenikliwość sprawiały dodatkowo, że był zdolny pokonać każdego, kto stanął mu na drodze. Zdawał sobie sprawę także z tego, iż każde zawahanie z jego strony, może zostać wykorzystane przez jego przeciwników w sądzie. A on nie mógł przegrać. Nie tym razem, gdy na szali postawione zostało wszystko, co osiągnęli.

§ 3

Tylko w więzieniu łatwo jest zrozumieć, że życie bez czekania na cokolwiek nie ma najmniejszego sensu i wypełnia się po brzegi rozpaczą. 4

Nicholas Ghazal, który otrzymał pokaźnych rozmiarów schedę po ojcu, bardzo szybko ją zainwestował, by po trzech latach zgarnąć zyski i stać się tym samym jednym z najbogatszych obywateli Stanów Zjednoczonych. Miał niewątpliwy talent do interesów i ledwie piętnaście lat, gdy zarobił pierwsze miliony. W wieku osiemnastu lat zaczął pisać pamiętniki, by kiedyś móc przekazać potomnym swą wiedzę i obrazowe opisy zręcznego manipulowania innymi. Chciał przez nie pokazać, w jaki sposób należy postępować, by zbić majątek, nie ścieląc swojej drogi trupami. Nie miał zamiaru komukolwiek dawać wglądu do swojego przenikliwego umysłu, dopóki nie nadejdzie na to odpowiedni czas. Zdawał sobie sprawę, iż w sytuacji w jakiej obecnie się znalazł, mogły wiele spraw wyjaśnić, ale również i bardzo wielu osobom zaszkodzić. To było jego prywatne trofeum, o którym wiedział na razie wyłącznie on. W tej chwili i tak nie miało większego znaczenia, dopóki nie zmieni się jego sytuacja. Dziś był czterdziestoośmioletnim cieniem człowieka sprzed lat, a skazanie mogło przekreślić wszystkie jego plany.

Od miesięcy przebywał w areszcie śledczym w Bostonie. Cud, że nie udało się nowojorskiej policji wraz z nie przepadającym za nim prokuratorem zmienić jurysdykcji! Widać bostoński wymiar sprawiedliwości i jego organy byli całkiem sprawni i potrafili jeszcze walczyć o swoich zatrzymanych – pomyślał sarkastycznie. Wiedział, że w więzieniu w Nowym Jorku nie przeżyłby nawet dnia. Zbyt wielu zbi­rów tam siedziało, którzy życzyli mu szybkiej, ale i bolesnej śmierci. Zbyt wielu zalazł w tym mieście za skórę. Z dwojga złego, lepiej było siedzieć w zamknięciu, ale tutaj, w Bostonie, niż być martwym w Nowym Jorku. Nadal niezmiernie go dziwiło, że FBI nie włączyło się jeszcze w jego sprawę. Mimo, iż pragnął jak najszybciej wyrwać się z aresztu, zdawał sobie sprawę, że nie było to takie proste. Miał zarówno przyjaciół, jak i wrogów na szczytach władzy. Niewielu jednak chciało się mieszać w skandal, jaki wiązał się z jego sprawą i przyklejał się do każdego, kto jeszcze się od niego nie odsunął.

Sędzina nie zgodziła się na jego wyjście za kaucją, a teraz okazało się, że jedyny świadek nie żyje. Barden nie dawał mu złudzeń, co do sytuacji, w jakiej obecnie się znalazł. Znał ojca młodego prawnika, stąd wiedział, że będzie on jego najlepszym planem, by w jakiś sposób spróbować wyrwać się z ruchomych piasków, w jakie go wepchnięto. Ale czasami nawet najwięksi wyjadacze w tym biznesie mogli nie przetrwać, zwłaszcza gdy mieli więcej potężnych wrogów przeciw sobie, niż przyjaznych dusz…

Patrząc na element znajdujący się za kratami, aż dziw brał, że dotąd nie zwariował w tym miejscu – myślał za każdym razem, gdy musiał dzielić z kimś celę. Czuł się zaszczuty, niczym zwierzyna, na którą czyha w krzakach myśliwy. Starał się nie rzucać w oczy, jak mu poradził komendant Devis, stary znajomy Nicholasa ze szkoły. Szczęściem w tym nieszczęściu było, że trafił akurat na niego. Mimo iż nie mógł zająć się osobiście tą sprawą, postarał się, aby Nicholas został potraktowany jak najlepiej w sytuacji, w jakiej się znalazł. Teraz z utęsknieniem wyczekiwał kolejnej wizyty Bardena. Karmił się nadzieją, by usłyszeć jakąkolwiek pozytywną wiadomość. Jeden z detektywów poinformował go, że dziś jego adwokat otrzymał wezwanie od sędzi. Informacje w tym miejscu rozchodziły się niczym błyskawica, jeśli miało się odpowiednio dużo pieniędzy – pomyślał, spoglądając ponownie na odrapane ściany. Zastanawiał się, czy wydarzyło się coś więcej, oprócz śmierci Frezera? Jeżeli byłoby to coś złego, zapewne powiadomiłby go zaraz po spotkaniu w sądzie. Zatem skoro nie pojawił się dzisiaj, znaczyło tylko, że na razie wszystko pozostawało bez większych zmian – powtarzając w myślach te słowa, starał się podnieść na duchu.

Do jego celi nagle zawitał jeden ze strażników, oznajmiając, że ma gościa. Gdy został zaprowadzony do pokoju przesłuchań, zaczął się denerwować. Do pomieszczenia po chwili wszedł nie kto inny, jak niski, korpulentny człowieczek, którego Nicholas szczerze nienawidził, chyba nawet z wzajemnością.

– Witam, panie Ghazal – przywitał się, wykrzywiając usta w obrzydliwym uśmiechu, tak jakby miał zaraz połknąć kogoś w całości, oblizując przy tym usta ze smakiem. Nicholas skrzywił się mimowolnie. Miał dość tego gada. Nękał go za każdym razem, gdy Bardenowi udało się coś załatwić w jego sprawie.

– Nie będę z panem rozmawiał, prokuratorze, bez obecności moich prawników – odparł spokojnie, przywdziewając uśmiech, jaki miał zarezerwowany dla swoich potencjalnych klientów. Niezmiennie wyprowadzało to z równowagi tę glistę, tak jak wyćwiczone zdanie, powtarzane za każdym razem, gdy się pojawiał.

Prokurator zwęził swoje małe oczka i aż zazgrzytał zębami, co wywołało u Nicholasa, tym razem, szczery, aczkolwiek pełen złośliwej satysfakcji, uśmieszek. A jednak nie układało się wszystko po myśli prokuratorka, który uważał, że właśnie na nim uda mu się przekopać sobie drogę do szybkiego awansu. Już na samym początku postanowił sobie, że nie stanie się to jego kosztem. Za każdym razem, gdy pojawiał się u niego ten kurdupel, nie dbający o swoje zdrowie, utrwalał się w swoim postanowieniu, by utrudniać mu życie najbardziej, jak tylko się da. Teraz, gdy miał już pewność, że Barden sobie poradził z jakimś kolejnym kłopotem na horyzoncie, mógł spokojnie przeczekać tę niespodziewaną wizytę.

Przeczesał palcami swoje już stanowczo za długie włosy, oprószone gdzieniegdzie siwizną. Miał dość tej wymuszonej wizyty, mimo iż właściwie ten mały człowieczek nie wyznał dotąd, czym zamierza go obecnie straszyć, postanowił przerwać tę przedłużającą się ciszę.

– Czego tym razem pan chce, panie prokuratorze?

– Powiedzmy, że ugody. – Wyszczerzył się Gerard Johnson, co wydało się jeszcze bardziej odstręczające, niż gdyby zachował wyłącznie swój pełen arogancji uśmieszek.

– Ugody. – Roześmiał się Nicholas, odrzucając głowę do tyłu, nie dowierzając w to, co słyszy. Rozkoszował się myślą, iż Johnson musiał być naprawdę zdesperowany, skoro przyszedł rzucając znienawidzonym przez siebie słowem. – Cóż, z tą propozycją proszę się udać do moich obrońców, nie do mnie.

– Ale to ty ich zatrudniasz, nieprawdaż? – W oczach prokuratora dojrzał złośliwe błyski, mające przykryć strach, który oplatał Johnsona niczym niewidzialny szal, coraz boleśniej zaciskając się wokół jego szyi.

Musiało się wydarzyć coś bardzo poważnego na dzisiejszym spotkaniu z sędzią. Co do tego, Nicholas nie miał już żadnych wątpliwości. Stąd dzisiejsza wizyta Johnsona i jego propozycja. Usiłował uratować się najwyraźniej przed bardzo bolesnym upadkiem.

Dokładniej przyjrzał się siedzącemu naprzeciwko mężczyźnie. Miał wyraźne sińce pod oczami, a na twarzy malowały się czerwone place. Dopiero teraz spostrzegł, że Johnson był najwyraźniej pod wpływem. Uniósł ze zdziwienia brwi, na tę nagłą myśl. Coś takiego! Na ustach Nicholasa igrał uśmiech zadowolenia. Z całą pewnością, o tej niecodziennej wizycie trzeba będzie poinformować Bardena. Niewątpliwie ucieszy go informacja o nachlanym prokuratorze, który za plecami adwokatów oskarżonego próbuje przeforsować pąkątnie jakiś układ.

– Owszem, i dlatego też ponownie pana do nich kieruję – odparł spokojnie Nicholas, podnosząc się z miejsca. Podszedł do drzwi i zapukał. Nie musiał długo czekać, kiedy zostały otwarte i ukazał się strażnik. – Wizyta została zakończona.

***

W sali konferencyjnej można było usłyszeć nawet mrówkę, gdyby takowa zechciała i miała oczywiście tyle odwagi, przedefilować przed zebranymi. Wszyscy z zapartym tchem wyczekiwali tego, z jakimi nowinami przybyli przed kilkoma minutami wspólnicy.

Cordelia uważnie przyglądała się surowym twarzom obu mężczyzn, którzy stojąc w rogu sali, prowadzili przyciszonymi głosami żywą dyskusję z Sarah. Wyraźnie widoczne było to, jak poważnie traktują swoją pracę. Uznała, że doskonale wybrała swoich mentorów. Byli najlepsi z najlepszych, jak mawiał jej profesor od prawa karnego. Można powiedzieć, że wychował tych dwóch, jak własne dzieci. Zawsze gdy o nich opowiadał, dało się wyczuć sentyment, jaki miał wobec nich. To właśnie profesor Gregson zaproponował, by starała się o staż w kancelarii Barden&Tomson. Teraz z niecierpliwością czekała, aż któryś z nich się w końcu odezwie. Spokojnie na zewnątrz, w głębi ducha wulkan – tak mawiał o niej dziadek. Uśmiechnęła się w duchu na tę myśl. Najchętniej podbiegłaby do jednego z prawników i wytrząsnęła z nich odpowiedzi na nurtujące ją, z każdą chwilą coraz bardziej, pytania. W końcu została nagrodzona za to ćwiczenie cierpliwości.

– Mamy trzy tygodnie, żeby wymyślić jakiś dobry plan, który uratuje naszego klienta przed dożywociem – rzucił bez wstępu Matthew, rozsiadając się wygodnie w swoim fotelu. – Tyle udało nam się uzyskać od sędzi Lettor, dlatego musimy wykorzystać ten czas najlepiej, jak to tylko będzie możliwe.

– Nie zapominajmy o zmianie prokuratora – dodał od siebie Elliot z wyraźną satysfakcją, malującą się na jego zarumienionej z emocji twarzy. Niewątpliwie był bardzo zadowolony, że dostaną nowego oskarżyciela, co Dilly niepomiernie dziwiło. Zazwyczaj nie przepadano za takimi podmiankami, zwłaszcza w sprawach tak głośnych, jak ta. Stabilność i sprawność sytemu sprawiedliwości – powtarzał jej wielokrotnie profesor Gregson – i każdy wie, na czym stoi.

Zanim Barden kontynuował swoją mowę, do sali wpadła niczym burza młoda dziewczyna o zaróżowionych policzkach. Miała na sobie obcisły kombinezon z lateksu, w kolorze krwistej czerwieni, który wydłużał i tak już smukłe ciało. Jej ciemne włosy upięte w kucyk, podskakiwały przy każdym jej ruchu. Tuż za nią kroczyło dwóch barczystych policjantów z minami nie wróżącymi niczego dobrego.

Cordelia przyglądała się tej scenie z ledwo powstrzymywanym rozbawieniem. Tu z całą pewnością nie będzie nudno – pomyślała, uśmiechając się pod nosem.

***

Matthew, gdy tylko rzucił okiem na nieproszonych gości, wchodzących do sali konferencyjnej wiedział, że dziś normalnej pracy już raczej nie uświadczą. Jeszcze tylko brakowało im do szczęścia nagłego powrotu tej smarkuli z piekła rodem. I to w najmniej odpowiednim czasie!

– Jezu! – wyrwało się Elliotowi, który miał wypisane na twarzy czyste przerażenie. Nie będąc w stanie powiedzieć nic więcej, wpatrywał się osłupiały w wyraźnie rozdrażnioną dziewczynę.

– Kate! Już nie pamiętasz nawet, jak ma na imię twoja rodzona siostra?! – wykrzyknęła z oburzeniem sprawczyni tego zamieszania, opierając dłonie na biodrach i mrużąc gniewnie oczy w kierunku Elliota. – Nawet nie chciało ci się przyjechać po mnie na lotnisko! To jest po prostu już szczyt bezczelności, niewdzięczności, samolubności...

– Wystarczy! – huknął groźnie Barden, ucinając tę niekończącą się najwyraźniej litanię. Spoglądając na dziewczynę w sposób, który spokojnie mógłby pokryć lodem pustynię warknął: – To nie jest piaskownica, Katherine! W tej chwili wyjdź i poczekaj na zewnątrz. Brat dołączy do ciebie, jak tylko skończymy zebranie. Chyba, że ci panowie chcą się tobą zaopiekować.

– Chcieliśmy się tylko upewnić, panie Barden, czy rzeczywiście ta... – urwał jeden z policjantów w pół zdania. Spojrzawszy znacząco na Katherine, jakby nie wiedząc do końca jakie będzie najtrafniejsze określenie jej osoby, w końcu dokończył: – ...panienka jest tym, za kogo się podaje.

– A kim tym razem chciała być? – zapytał ze znudzeniem Matthew, zakładając ręce na piersi. Dilly zmarszczyła brwi. Wyglądało na to, że zupełnie nie był zaskoczony słowami oficera.

– Co prawda początkowo wspominała coś o kochance Elvisa, ale w końcu powiedziała, że nazywa się Kate Tomson – odparł drugi z mundurowych, w oczach którego tliło się z trudem powstrzymywane rozbawienie.

– Wyjątkowo szczera odpowiedź, droga Katherine – zwrócił się do dziewczyny oschłym tonem Barden. Panna Tomson stała z zaciśniętymi ustami, wpatrując się w towarzyszących jej mężczyzn, jakby dopuścili się względem niej ciężkiej zdrady. Matthew jeszcze chwilę przyglądał się uważnie dziewczynie, nim zwrócił się do policjantów: – Dziękuję panom, że nie aresztowaliście jej. Nie mamy teraz czasu wyciągać jeszcze tej małolaty z kłopotów. Jeżeli będziecie czegoś potrzebować, dajcie znać.

Matthew podszedł do mężczyzn i uścisnął im dłonie. Elliot najwyraźniej nie był w stanie wyrwać się z szoku i nie potrafił zmusić się do żadnego ruchu. Barden poprosił Rebekę, która nie kryjąc radości, jaką miała na widok rozgrywającej się przed nią sceny, by odprowadziła funkcjonariuszy do wyjścia. Gdy tylko zamknęły się za nimi drzwi, spojrzał na sprawczynię całego zamieszania i bez słów, wskazał jej dłonią by opuściła pokój. Z głośnym prychnięciem, tupiąc nogami, ruszyła do poczekalni. Matthew westchnął z ulgą i wrócił na swoje miejsce.

– Na czym to ja skończyłem? – zapytał, przeglądając rozłożone przed nim papiery. – Ach, tak! Spiszcie swoje wnioski z tych kilku godzin, jakie spędziliście na zapoznawaniu się z aktami. Wszystkie sprawozdania mają się znaleźć jutro, z samego rana, na moim biurku. Możecie przekazać je Rebece, jeśli nie uda wam się skończyć ich przed wyjściem.

Po tych słowach zebrał dokumenty przyniesione z sądu i ruszył do wyjścia, skinąwszy najpierw na wspólnika, by poszedł za nim, a ten również wstał, nadal nieco otępiały. Gdy tylko znalazł się w swoim gabinecie, odetchnął z niewysłowioną ulgą. Boże! Co za dzień! – jęknąl w myślach. Usiadł za biurkiem, rzucając papiery na blat. Po krótkiej chwili, pojawił się Elliot, który wyglądał, jakby miał ochotę się upić i zapomnieć o tym, co się przed momentem wydarzyło. Matt nie dziwił się przyjacielowi, sam miał nadzieję, że nigdy nie stanie przed koniecznością wyciągania córki z aresztu. Całe szczęście, Livy była uroczym i, w gruncie rzeczy, grzecznym dzieckiem. A do okresu młodzieńczego buntu miał jeszcze czas się przygotować. Kto wie, co z niej wyrośnie, zwłaszcza teraz, gdy będzie miała kontakt z Katherine.

– Wyobrażasz to sobie? Bo ja nadal nie mogę się otrząsnąć z tego, co zobaczyłem. Co usłyszałem… – Z jękiem pełnym frustracji, Elliot opadł na kanapę stojącą pod ścianą.

Przyjrzał się uważnie przyjacielowi. Do tej pory nie widział, by kiedykolwiek wyglądał równie żałośnie, jak w tej chwili. Nawet na studiach, kiedy spili się tak, że z ledwością wrócili do akademika, był w lepszym stanie niż teraz. Zastanawiał się już niejeden raz, w jaki sposób można spróbować ustawić do pionu jego siostrę, jednak zawsze w efekcie podejmowanych prób, robiła coś takiego, że wszystkie plany i dobre chęci można było spalić w kominku.

Patrząc jednak na obecny stan Elliota, znów zaczął się zastanawiać nad tym, co zrobić z Katherine. Niestety, nic nie przychodziło mu do głowy, poza wysłaniem jej gdzieś daleko, bardzo daleko. Chwileczkę! – pomyślał, marszcząc czoło, usiłując zrozumieć, co właściwe dziewczyna robiła w Bostonie w trakcie roku akademickiego. – Wysłali ją przecież do Anglii, dając jednocześnie możliwość studiowania na jednej z najlepszych uczelni na świecie.

– Ja zwariuję, stary – odezwał się w końcu jego przyjaciel, przecierając dłonią zmęczoną twarz. – Ta dziewczyna, słowo daję, zawsze pojawia się w najmniej odpowiednim momencie i oczywiście ciągnie za sobą całą karawanę kłopotów. Doprowadzi mnie w końcu na przedwczesne spotkanie ze stołem sekcyjnym Flina.

– Rozumiem cię doskonale, choć nie wciągałbym jeszcze w to patologa. – odparł Matt, zakładając ręce na piersi. – Kolejne wyskoki Katherine powodują coraz większe obawy, że z Olivią czekają mnie podobne starcia.

– Nie sądzę. Chyba nie ma drugiej tak skomplikowanej dorastającej kobiety, co Kate. Jej się nie da podrobić. Jest mistrzynią pakowania się w kłopoty i wciągania przy tym w nie wszystkich wokół.

Matthew uniósł sceptycznie brwi, nim roześmiawszy się uniósł ręce w geście poddania i odparł:

– Nie będę się z tobą licytował. Cóż, myślę że i tak mamy dziś pracę z głowy. Zabieraj siostrę i przyjedź do mnie. Zjemy kolację, może coś przy okazji wymyślimy w związku z tą upartą dziewczyną. Livy uwielbia Katherine, więc na pewno ucieszy się z odwiedzin.

Wstał i zgarnął potrzebne mu papiery, licząc nadal na to, że uda mu się trochę popracować nad sprawą w domu. Elliot z ociąganiem poszedł w jego ślady i udał się po nieokiełznaną siostrę. Matthew przekazał jeszcze ostatnie zlecenia Rebece, zignorował po drodze Sarah, i wyszedł czym prędzej z kancelarii. Wiedział, że będzie musiał jakoś rozwiązać sprawę z tą kobietą, inaczej dalsza wspólna praca będzie nie do zniesienia.

Nawet nie wiedział, kiedy jego życie zaczęło przypominać ogromny bałagan. Teraz, w jednej chwili odsunął myśli o pracy i przestawił się na „tryb domowy”, jak go określała jego matka. Z ciężkim westchnieniem pomyślał o tym, że gdyby nie to, iż nie miał z kim zostawić Olivii, gdy był w pracy, już dawno wyniósłby się daleko od tej kobiety. Nie ufał opiekunkom odkąd jedna z nich, mimo wyraźnego zakazu, wpuściła do jego domu matkę Olivii. Nie po to walczył o pozbawienie jej praw rodzicielskich, by jakaś obca osoba ponownie dopuszczała tę niezrównoważoną kobietę w pobliże jego dziecka. Upłynęło od tamtej pory wiele czasu, a mimo to, nie potrafił ponownie zatrudnić opiekunki. Pozostała zatem matka. Kochał ją, ale coraz częściej miał jej szczerze dość. Była niczym pies obronny – gdy raz pochwyciła swoją ofiarę, nie chciała już jej puścić. Najchętniej jak najszybciej związałaby go z jakąkolwiek chętną kobietą, twierdząc za każdym razem, gdy oponował, że mężczyzna z dzieckiem nie powinien być sam. A chętnych pań niestety nie brakowało, tak też i on praktykował jak najkrótsze przebywanie w domu.

Gdy tylko zaparkował od frontu, drzwi wejściowe otworzyły się na oścież i, niczym pocisk, w jego stronę wystrzeliła mała dziewczynka o jasnych loczkach, podskakujących przy każdym jej kroku. Wysiadł i ukucnął w chwili, gdy wpadła w jego otwarte ramiona, wyciskając mu na policzku mokrego całusa.

– Witaj, króliczku. Co tam dzisiaj słychać? – zapytał miękko, wstając z nią na rękach.

– Rysowałam lonkę – odparła z radością Olivia, uśmiechając się przy tym uroczo. W policzkach od razu pojawiły się dołeczki, które tak uwielbiał.

– Łąkę, kwiatuszku – poprawił ją odruchowo Matthew, całując w czoło. – Gdzie jest babcia?

– W kuchni – wyszeptała dziewczynka, jakby była to wielka tajemnica.

Matthew wzniósł oczy do nieba, zdając sobie sprawę, co oznacza wizyta matki w kuchni, jednak nie skomentował tej wiadomości. Aż strach pomyśleć, z czym tym razem będzie się musiał zmierzyć. Gdy po chwili nadjechał samochód Elliota, nie pozostało mu już nic innego, tylko skierować całe towarzystwo do środka gdzie prawdopodobnie, kolejna gospodyni pisała właśnie wymówienie.

***

Cordelia nie wiedziała właściwie, co ma myśleć o tej dziwacznej scenie, której wszyscy byli niedawno świadkami. Bardzo zaciekawiła ją, niewątpliwie barwna postać, Katherine Tomson. Uśmiechnęła się, gdy przypomniała sobie wojowniczą postawę dziewczyny. Była pewnie niewiele młodsza od niej i z pewnością miała niezły charakterek. Spojrzała ponownie na sprawozdanie nad którym ślęczała od kilku godzin. Jej koledzy dawno opuścili kancelarię, tak samo jak blondyna, która wyglądała na jeszcze bardziej wkurzoną, niż gdy ją po raz pierwszy zobaczyła. Sama też najchętniej położyłaby się już do łóżka. Zdawała sobie jednak sprawę z tego, że to dla niej olbrzymia szansa, by udowodnić wspólnikom, iż warto właśnie ją zatrudnić.

Gdy zerknęła za okno, miasto pogrążone było w mroku, który rozświetlał jedynie blask latarni. Zebrała notatki, chwyciła torebkę i ruszyła do wyjścia. Z zaskoczeniem zobaczyła w sekretariacie Rebekę, zbierającą się właśnie do domu. Kobieta spojrzała na nią, gdy trzasnęły za Cordelią drzwi od sali konferencyjnej.

– Ty jeszcze tutaj? Nie musisz się już na samym początku wykańczać – powiedziała Rebeka, przyglądając się zmęczonej jej twarzy.

– Wiem, ale to taka okazja – odparła, przy ostatnim słowie ziewając. Na to stwierdzenie, Rebeka najwyraźniej nie miała jak kontrargumentować, więc tylko uśmiechnęła się pod nosem. Obie kobiety sprawdziły, czy faktycznie były ostatnimi pracownikami w budynku, nim go opuściły. Zamykając drzwi, asystentka zaproponowała, że podwiezie Dilly, gdy ta przyznała, że przyjechała dziś taksówką.

Miała nadzieję, że Alex wywiązał się z ich umowy i zaprowadził jej samochód do naprawy. Zwykle niestety, gdy chodziło o obowiązki, zawsze miał jakieś wytłumaczenie, by ich nie wykonać. Gdy podziękowała Rebece za podwózkę i obiecała, że nie ruszy dziś więcej zadania zleconego przez Bardena, zmęczona powłóczyła nogami do domu. Dilly zdawała sobie sprawę z tego, że wbrew zapewnieniom złożonym Rebece, spędzi większość nocy nad tym nieszczęsnym sprawozdaniem dla Cesarza, jak określała szefa w myślach.

Z jękiem pełnym tłumionej do tej pory frustracji, otworzyła drzwi do mieszkania. Gdy zobaczyła gościa, którego zupełnie się nie spodziewała, zamarła w całkowitym bezruchu.