Prawicowe dzieci czyli blef IV RP - Leszek Misiak - ebook
Opis

Ta książka jest potrzebna dla czystości zdrowia publicznego w Polsce. Jest to na pewno książka aż do bólu szczera, bez znieczulenia, bo to świadectwo kogoś, kto był blisko nich. Będzie to prawda trudna do zaakceptowania nie tylko przez opisanych antagonistów, ale także wielu uczciwych Polaków-narodowców i niektórych pasterzy Kościoła. Niełatwo przyznać we własnym sumieniu, że byliśmy, jesteśmy, ofiarami maskarady, że daliśmy się omamić rzekomo prawicowym „autorytetom”. 

(...) Jest to książka bez umizgów politycznych wobec jakiejkolwiek partii, bez zamiaru przypodobania się tej czy innej grupie politycznej, społecznej (...) To prosty przekaz, w którym nie będzie dwulicowości, co najwyżej ułomność spowodowana wadliwym w jakichś kwestiach postrzeganiem pewnych spraw przez autora. 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 425

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


© Oficyna „Aurora”, Warszawa 2015

Pierwsza edycja e-book na bazie książki

„Prawicowe dzieci, czyli Blef IV RP”

wydanej w formie tradycyjnej w roku 2015

Projekt okładki

Sławomir M. Kozak

Opracowanie graficzne okładki

LeGrafik Marcin Siuda

Artur Żukow

ISBN

978-83-65193-01-08

Wydawca

Oficyna „Aurora”

Sławomir M. Kozak

http://www.oficyna-aurora.pl

e-mail: oficyna_aurora@o2.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Diabeł się w ornat ubrał i ogonem na mszę dzwoni.

Henryk Sienkiewicz: Potop, tom III, rozdz. 3

SŁOWO WSTĘPNE OD WYDAWCY

Do tych, co mają tak za tak – nie za nie -

Bez światło-cienia…

Tęskno mi, Panie…

„Moja piosnka” C. K. Norwid (fragment)

Oddajemy niniejszym do rąk Państwa książkę, która z pewnością wywoła wiele kontrowersji. Już sam fakt, że edycji tej podjęło się wydawnictwo, którego właścicielowi bliskie są wartości głoszone powszechnie przez opisywane w niej postaci, może niektórych dziwić. Z tego też powodu zamieszczam to słowo wstępu, aby wyjaśnić przyczyny takiego działania tym wszystkim, którzy poczuć się mogą zdezorientowani. Otóż wyjaśnienie kryje się właśnie w głoszeniu wartości, a najwłaściwiej byłoby rzec, poprzestawaniu na deklaracjach nie mających przełożenia na czyny. Idee szczytne, hasła piękne… A przecież, po owocach ich poznacie.

Przez wiele lat dawałem wiarę w tak zwane obiektywne trudności, konieczność politycznej elastyczności, dyplomatycznego współdziałania opozycji z ideowymi przeciwnikami – dla dobra Polski. Jednak efekty tych poczynań, a w ogromnej większości zaniechań, widzimy aż nadto wyraźnie. Zaniechanie jest również grzechem. W sprawach podstawowych, grzechem nierzadko dużo większego kalibru, aniżeli popełnione wprost zło. Z czasem przestawałem mieć nadzieję, że to środowisko zmieni cokolwiek, dziś jestem już pewien, że nie zmieni niczego, co wpłynęłoby w sposób zdecydowany na lepszą przyszłość naszego kraju i jego mieszkańców. Na fali tragicznych wydarzeń roku 2010, mogli wziąć władzę „bez jednego wystrzału”. Woleli jednak patrzeć, jak dzika tłuszcza, pod osłoną służb państwowych, bezcześci krzyż, niszczy znicze, atakuje wiernych. Wiedzieli przecież, że „nic się nie stało”, bo ci prawdziwie zatroskani, w większości emeryci, o żebraczych emeryturach i rentach, i tak pójdą do urn, by na nich głosować w terminie dogodnym dla przywódców partyjnych. Wtedy znów się nie uda i będzie można spokojnie zasiąść w opozycyjnej loży. Działania największej partii „opozycyjnej” są szczególnie dobrze widoczne w czasie głosowań sejmowych nad sprawami dla Polski żywotnymi. Wystarczy sięgnąć do źródeł i sprawdzić. Ale wiadomo, że mało komu chce się szukać i analizować, czego „nasi” reprezentanci chcą dla Ojczyzny, a czego nie chcą. A to przecież prosty sprawdzian, nie wymagający szczególnego przygotowania. Każdy może i powinien, choćby dla spokoju swego sumienia, taką kwerendę przeprowadzić. Łuski spadną z oczu najzagorzalszym wielbicielom tej cynicznej opozycji, której wygodnie jest trwać na szańcach rzekomego tylko patriotyzmu, udawanej sprawiedliwości i wiary na pokaz.

Dziś, coraz większa już rzesza dziennikarzy, publicystów i historyków, w artykułach, książkach, podczas wykładów, wskazuje na ułomność tego bezbożnego tworu, jakim jest Unia Europejska. Na tragiczne skutki dla polskiej gospodarki, rodzin polskich i polskiej przyszłości, jakie są jej udziałem. Wielu zwykłych ludzi ostrzegało przed tym monstrum na długo przed akcesją, w tym niżej podpisany. Czyż wytrawni politycy mogli nie dostrzegać tych zagrożeń równie wcześnie? A może i wcześniej? Wolne żarty, musieli wiedzieć czym skończy się nasze nawracanie Europy, do którego nawoływali pospołu z niektórymi hierarchami Kościoła. To oni doprowadzili do zalegalizowania aborcji, sodomii, gender, przygotowania podglebia dla eutanazji, do degenerowania naszych dzieci, do postawienia wszelkich wartości na głowie. Kłamstwo globalnego ocieplenia uznali za obowiązujący dogmat, a na pola i do naszych spiżarni wprowadzili niszczące życie organizmy modyfikowane genetycznie. Stoją na straży niewydolnego systemu ubezpieczeń społecznych i są wspólnikami usankcjonowanych prawnie rekieterów ściągających coraz większy haracz podatkowy. Są współodpowiedzialni za haniebny stan sądownictwa i wymieranie upokorzonych pacjentów czekających latami na leczenie. Podczas ich współrządzenia nie zaprzestano haniebnej wyprzedaży za bezcen polskich przedsiębiorstw, przeszeregowania setek tysięcy robotników z pozycji współwłaścicieli dorobku wielu pokoleń do roli żebrzących o zasiłek, zbieraczy złomu i bezdomnych, drenujących osiedlowe śmietniki. Pozwolili wyemigrować milionom najzdolniejszych, wykształconych Polaków, których dzieci i wnuki budować będą potęgę innych państw, a nie potrafili przyjąć Polaków marzących o powrocie na łono ojczyzny z ziem odebranych. Tym pierwszym otworzyli szeroko bramy, dla których przekroczenia wystarczy zwykły kawałek plastiku, drugim każą płacić za wizy po upokarzającym czekaniu w kolejce do własnego domu. Czasu mieli wystarczająco dużo. Są winni tak samo, albo i bardziej, jak ci, przeciw którym dziś nawołują językiem pełnym frazesów i chwytliwych haseł. Zdrada i zaprzaństwo ewoluują, namnażając się na chorych komórkach przeszłości, których nie odcięto, gdy był na to jeszcze czas. Zło się nie zmienia w dobro, wręcz przeciwnie – rozrasta się, potężnieje i prowadzi do coraz większych patologii. Jeśli nasi polityczni i duchowi przywódcy nie zdają sobie z tego sprawy, to znak, że nie powinni mieć dłużej prawa do reprezentowania Narodu, do dalszego prowadzenia nas w przyszłość.

Egzamin z patriotyzmu oblali sromotną zgodą na podpisanie, dla zmylenia społeczeństwa celowo tak nazwanego, Traktatu Lizbońskiego. Traktatu, będącego de facto konstytucją nowego kołchozu, w którego granicach znaleźliśmy się bez własnej woli, godności i prawa do samostanowienia. Utraciliśmy tę skromniutką ułudę suwerenności, na którą szansę mieliśmy przez krótką chwilę, jeszcze nie tak dawno. Jeszcze zanim późniejsi „wybrańcy narodu” usiedli przy okrągłym meblu, przy którym podpisali „umowę przedwstępną” do tego późniejszego o piętnaście lat aktu kapitulacji. Prawdziwi negocjatorzy siadają do stołu rokowań naprzeciw siebie, po przeciwnych, równymi liniami wyznaczonych stronach, twarzą w twarz. Przy okrągłym siadają sami swoi, niczym Arturowe bractwo. Warto przypomnieć, że już w roku 1891 niejaki Cecil Rhodes, mason loży „Apollo”, założył tajne stowarzyszenie „Round Table”, czyli właśnie „Okrągły Stół”, którego głównym celem było poszerzenie dominacji Imperium Brytyjskiego. To przecież ta hydra odegrała niebagatelną rolę w budowaniu i utrwalaniu rewolucji bolszewickiej w Rosji, rękami swoich przedstawicieli udzielając w roku 1917 ogromnych kredytów Trockiemu i Leninowi z pieniędzy Morganów, Lazardów i Rothschildów. Od tamtych czasów przedstawicielstwa „Okrągłego Stołu” funkcjonują nieprzerwanie w USA, Wielkiej Brytanii, Nowej Zelandii, Afryce Południowej, Indiach i Australii. Powołana przez realizatorów idei globalizmu marksistowska London School of Economics rozsyła do dziś na cały świat kolejnych członków masońskich lóż, Komisji 300, Council on Foreign Relations, czy Bilderberg Group, tworzy sitwę naczyń połączonych biznesu, mediów i polityki. Zgodnie z wytycznymi swoich fundatorów przez całe lata formowała „kadry przyszłego państwa socjalistycznego”. W roku 1989 ta trójgłowa bestia objawiła się nieprzypadkowo i w naszym nieszczęśliwym kraju. Dlatego, zarówno dla siadających przy tym okrągłym meblu, jak i dobrze zorientowanych obserwatorów zewnętrznych, od początku czytelna była główna idea przyświecająca tym „obradom”. Owych „polskich” kapitulantów ująłem w cudzysłów, bo przecież nikt po polsku myślący nie podejmie się próby udowodnienia, iż byli oni reprezentantami tego, polskiego narodu i państwa. Już przecież we wrześniu 1986 roku Wałęsa, całkowicie wbrew stanowisku rzeczywistych działaczy ruchu społecznego, wybranych podczas zjazdu w roku 1981, powołał do życia tak zwaną Tymczasową Radę „Solidarności”, do której weszli ludzie „jedynie słusznej” opcji. Skład owej Rady nie miał nic wspólnego z twardym jądrem opozycji lat 80., nie chcącym ugody z czerwonymi, a zdelegalizowanym dekretem stanu wojennego. Był to element esbeckiej akcji o kryptonimie „Brzoza”, typowej ustawki, zakładającej partnerski dialog z tymi działaczami „Solidarności”, którzy w oczach sterników transformacji mieli być „konstruktywni”. Takie „tuzy” aparatu, jak Urban, Ciosek i Pożoga meldowały Jaruzelskiemu, że dało to „doniosły, dodatkowy czynnik powodujący rozkład podziemia”. Sam Kuroń przyznawał później, że powołanie do życia Rady „spowodowało niezamierzoną korzystną sytuację dla władz” oraz „wytworzyło rozdźwięki w szeregach opozycji”. Niezamierzoną?

Przez wiele dziesiątków już lat wmawia się opinii publicznej, że pośród nich nie było przedstawicieli dzisiejszej opozycji, że ci, którzy się tam wówczas znaleźli, to wszystko ludzie z partii i rządów przeciwnych obecnym kontestatorom czasów współczesnych. A przecież był pośród nich, w towarzystwie późniejszych premierów, jak Czesław Kiszczak, Tadeusz Mazowiecki, Leszek Miller, Jan Olszewski, także Jarosław Kaczyński. Był, obok kolejnych prezydentów Lecha Wałęsy i Aleksandra Kwaśniewskiego, również Lech Kaczyński. Byli niestety i księża. Bronisław Dembowski, Alojzy Orszulik, biskup Janusz Narzyński. Uwiarygadniali ową ustawkę.

Sprawiedliwość też się zbytnio „prawicowym dzieciom” nie udała. Najlepiej chyba świadczyć o tym może przerwanie wszelkich prac ekshumacyjnych w Jedwabnem, kiedy okazało się, że mogłyby wykazać wersję odmienną od powszechnie obowiązującej. Zapisy judaizmu stanęły ponad polskim prawem. Prawem i obowiązkiem państwa do poznania prawdy, wskazania winnych i sprawiedliwego ich osądzenia. Skandalem jest to, że dziś, w „polskiej” Wikipedii pod hasłem „Jedwabne” czytamy: „miasto stało się miejscem mordu co najmniej 340 Żydów przez Polaków”. Pokłosiem (!) tej antypolskiej hucpy okazało się być już w roku 2015 przyznanie zakłamanemu filmowi „Ida” (przez co rozumniejszych okrzykniętemu „gnidą”) „Oscara”. Filmowi, którego reżyser nazywa w wywiadzie prasowym polskich patriotów „kołtunami”, a o pierwowzorze filmowej Wandy, w rzeczywistości zbrodniarce Wolińskiej-Brus, która skazywała na śmierć ich ojców i dziadów, mówi „fajna pani”. Przyznanie tej nagrody w przeddzień rocznicy śmierci jednego z zamordowanych przez „fajną panią” bohatera narodowego, zastępcy Komendanta Głównego Armii Krajowej, Generała Augusta Fieldorfa „Nila”, stanowi jeszcze jeden policzek wymierzony Narodowi Polskiemu. To nie przypadek. Jak mawiał świętej pamięci ksiądz Bronisław Bozowski – „nie ma przypadków, są tylko znaki”. Oto, do czego prowadzi grzech zaniechania! Wielka to szkoda, że grzechu tego hierarchowie Kościoła przez wszystkie te lata nie potrafili wytknąć ówczesnemu ministrowi sprawiedliwości. Ale, jakżeby mieli wytykać, skoro najświętszego znaku Męki Pańskiej, krzyża, także na sławetnym Żwirowisku bronić musieli świeccy?

I w ten sposób doszliśmy do Wiary. Jak w tym obszarze wyglądają nasze, prawicowe elity? Cóż można powiedzieć o tych, którzy niespełna dziesięć lat temu rzucali kalumnie na Arcybiskupa metropolitę warszawskiego? Którzy Go zniszczyli, a przy okazji podzielili wiernych dla wypełnienia doraźnego zamówienia politycznego? Cóż o tych, którzy później bili brawo skacząc radośnie w świątyni, kiedy ów pasterz rezygnował z ingresu? I, którzy przywracali do życia, w tym samym 2007 roku, zdelegalizowaną blisko 70 lat wcześniej przez Prezydenta Rzeczypospolitej Ignacego Mościckiego żydowską lożę, której jednym z głównych celów w Polsce miało się stać „rozwiązanie kwestii związanych z Radiem Maryja i TV Trwam”?

Niektórym los cynicznie dopisał zakończenie udziału w operacji „Brzoza”, innym, jak dotąd, pozwala wpędzać nas w absurdalną wojnę nie do wygrania. Wojnę nie sprawiedliwą, bo nie obronną. Wojnę, która nie tylko zdegraduje do reszty nasze biedne państwo, ale być może na zawsze unicestwi biologicznie. Jestem państwowcem, Polakiem chcącym pokoju, rozwoju Ojczyzny, szczęścia przyszłych pokoleń. Wierzę w Boga i Polskę niepodległą. Nie nawołuję do walki z nikim, nie jestem agentem ruskim, pruskim, eskimoskim, ale też nie mogę udawać, że jestem ślepy na zło pleniące się wokół. Dlatego jestem przeciwny dalszemu tolerowaniu w takim wydaniu tego substytutu patriotyzmu, sprawiedliwości i wiary. I dlatego wydałem tę książkę.

Sławomir M. Kozak

Dedykuję tę książkę wszystkim Polakom, którzy tak, jak ja, zostali oszukani przez kolejne „opozycje”

oraz Ojcom Franciszkanom z Niepokalanowa

WSTĘP

Myśl, by napisać książkę przedstawiającą prawdziwe oblicze salonu dziennikarskiej prawicy i środowiska politycznego tzw. IV RP dojrzewała we mnie od dłuższego czasu. Często pojawiały się głosy krytyczne o salonie III RP, czyli o dziennikarzach mediów tak zwanych mainstreamowych, prorządowych, ich uwikłaniach agenturalnych, służalczości wobec tzw. układu III RP. Powstała nawet książka autorstwa Bronisława Wildsteina, w której opisuje on zakłamanie salonu III RP. Nikt natomiast nie pokusił się, by napisać prawdę o salonie dziennikarskiej prawicy IV RP, który też rządzi się wilczymi prawami, pełen jest zakłamania, obłudy, finansowych kombinacji i politycznej korupcji. Jeśli pojawiały się jakieś głosy krytyczne, to ogólnikowe, mało znaczące i raczej w blogosferze, nie w mediach publicznych. Dziennikarzy prawicy IV RP postrzega się, jako tych moralnie bez skazy, uczciwych zawodowo, prawych patriotów, nieskorumpowanych, nie chodzących na skróty i takimi oni sami się przedstawiają. Salonowcy IV RP piszą i mówią więc wartościach, etyce, których sami nie przestrzegają. Tymczasem czystość salonu IV RP jest fikcją, zewnętrzną powłoką i sztuczną aureolą. Publiczna wiedza o tym jest jednak dość skąpa.

Podczas mojej pracy zawodowej w różnych redakcjach przez blisko 30 lat miałem możliwość przyjrzeć się różnym środowiskom dziennikarskim i politycznym. Ostatnie 10 lat to swoista lekcja poglądowa, szczególnie okres mojej pracy w Gazecie Polskiej. Właśnie to, co widziałem w zachowaniu niektórych moich kolegów i koleżanek z tej redakcji, z szefostwem na czele, i zachowaniu znanych polityków tzw. prawicy, sprawiło, że postanowiłem ten neo-orwellowski folwark opisać. Bo nic tak nie razi jak moralne zepsucie tych, którzy przedstawiają się jako moralne wzorce. Ta dwulicowość „wzorców” nie tylko moralności, ale polskości, patriotyzmu, państwowości jest według mnie o wiele bardziej warta potępienia i amoralna niż postawy dziennikarzy salonu III RP i polityków tzw. III RP, które od dawna są czytelne. Jest też bardziej niebezpieczna dla polskości, katolicyzmu polskiego, ducha narodowego Polaków. Na takim bagażu fałszywie zbudowanego zaufania korzystać mogą ci, dla których wartości, które wymieniłem, są drugorzędne, albo w ogóle nieważne, a nawet wrogie. Mogą oni, korzystając z tego kamuflażu, wyprowadzić polską prawicę na manowce. I znów okaże się, że będzie podobnie jak było w 1980 roku, gdy robotnikom pojechali doradzać „mądrzejsi” od nich samozwańczy „doradcy” i efektem ich „doradzania” było dogadanie się z władzą komunistyczną, a finalnie zaowocowało to grabieżą majątku narodowego i sprowadzeniem społeczeństwa do roli wasali uprzywilejowanej oligarchii. Może okazać się, że znów wygramy wybory my, a rządzić będą znów oni. Gdy już utrwalą się w społecznym odbiorze jako nasi, potem, gdy bardziej odkryją karty, wielu Polaków, którzy są przekonani o ich dobrych intencjach, długo jeszcze nie będzie wierzyło, że to tylko szaty są, nie skóra właściwa. Tak było z desantem KOR-owskich „doradców” „Solidarności” w 1980 r., a potem z kolejnymi odmianami rzekomej prawicy. Do dziś wielu Polaków uważa farbowane lisy z kolejnych odsłon „prawicowych” za autorytety i patriotów, a kluczową rolę w upowszechnianiu takiego ich wizerunku odegrały media. Chciałbym, aby ta książka była swoistym memento, by historia nie zatoczyła koła. Aby – zanim obudzimy się w innym świecie niż ten, którego pragniemy, w nowym-starym świecie przenicowanych wartości, w którym zniewolenie nazywa się wolnością, a kłamstwo prawdą – aby popierani przez uczciwych pasterzy Kościoła politycy – ale wyłącznie tacy, którzy nigdy, żadnym uczynkiem ani żadną decyzją nie sprzeniewierzyli się katolickim i narodowym wartościom (np. w sprawie aborcji), uchronili nas przed niechybnym scenariuszem kolejnej dziejowej maskarady.

Długie lata byłem przekonany, że niektórzy dziennikarze, a także politycy tzw. prawicy, krytykując ostro, np. Michnika, agenturę PRL, komunistów, a nawet kolejne odsłony rządów po 1989 r., czynią to z głębokiego, wewnętrznego przekonania mającego swoje korzenie w Dekalogu, w poczuciu więzi z Kościołem katolickim i tradycją patriotyczno-niepodległościową, a także polską racją stanu. Wierzyłem, że są po naszej, polsko-katolickiej stronie, bo tylko taka Polska ma szansę przetrwać. Tymczasem oni katolickość tylko demonstrowali i demonstrują na użytek swoich interesów, swojej polityki. Lata zajęło mi zrozumienie, że to była i jest, owszem, często bezpardonowa, prawdziwa, zażarta walka, ale o frukty jeno, o sukno Rzeczpospolitej. Że to walka nie o dobro Polski lecz o władzę nad Polską i Polakami. To fundamentalna różnica. Potem efekty takiego teatru świętują, już w zgodzie, przy kielichu, jak w Magdalence. A potem znów się kłócą zażarcie między sobą o polskie sukno w nowej rzeczywistości politycznej…

Ta książka jest potrzebna dla czystości zdrowia publicznego w Polsce. Jest to na pewno książka aż do bólu szczera, bez znieczulenia, bo to świadectwo kogoś, kto był blisko nich. Będzie to prawda trudna do zaakceptowania nie tylko przez opisanych antagonistów, ale także wielu uczciwych Polaków-narodowców i niektórych pasterzy Kościoła. Niełatwo przyznać we własnym sumieniu, że byliśmy, jesteśmy, ofiarami maskarady, że daliśmy się omamić rzekomo prawicowym „autorytetom”. W tej książce chcę pokazać, że określenie III RP to wróg zastępczy, oddające tylko część prawdy o rzeczywistości po 1989 r. Ma to na celu kanalizowanie negatywnych emocji społeczeństwa, rozczarowanego zmianami po 25 latach od tzw. wolnych wyborów, na grupie związanej z opcją okrągłostołową bliższą lewicowcom i liberałom, a oddalanie tych emocji od opcji okrągłostołowej określającej się jako prawicowa, w rzeczywistości chodzi o zdobycie przez nią przychylności i zaufania środowisk patriotyczno-niepodległościowych. IV RP to po prostu inna odsłona okrągłostołowa mająca ułatwić trwanie systemu władzy niszczącego Polskę od 1989 r., poprzez zdobywanie zaufania „niezadowolonych”.

Chcę też pokazać, jak bardzo zdemoralizowane jest środowisko dziennikarskie IV RP. Co więcej, dziś, moim zdaniem, już zaczyna się kreować spośród salonu IV RP ruchem wyprzedzającym nową grupę, jego „lepszą” część, która m.in. popiera o. Rydzyka, czego nie czyni większość ich kolegów. Znów nam przygotowuje się „opozycję” medialną, jako podporę „opozycji” politycznej na przyszłe czasy, gdyby Polacy zorientowali się, że poprzednia ich oszukała. Ten ruch wyprzedzający budowania „opozycji” ze wsparciem – zapleczem medialnym – bez mediów nie dałoby się na długo zakłamać rzeczywistości – jest typowy dla środowisk, które nieprzerwanie tworzą od 1989 r. „grupę trzymającą władzę” w Polsce. Ta grupa doprowadziła do rozbioru ekonomicznego Polski, wyprzedaży, jak oceniają specjaliści, 80 procent potencjału gospodarczego kraju, lawinowego wzrostu długu publicznego, wywożenia z Polski kapitału, masowej emigracji młodych Polaków za chlebem, coraz gorszej obronności i angażowania Polski w lokalne wojny wywoływane przez światowe korporacje finansowo-energetyczne itd.

Jest to książka bez umizgów politycznych wobec jakiejkolwiek partii, bez zamiaru przypodobania się tej czy innej grupie politycznej, społecznej i to jest w mojej książce wyraźnie widoczne, nie deklaratywne. To prosty przekaz, w którym nie będzie dwulicowości, co najwyżej ułomność spowodowana wadliwym w jakichś kwestiach postrzeganiem pewnych spraw przez autora.

ROZDZIAŁ I

NIEPOKORNI – GRUPA TRZYMAJĄCA PRAWDĘ

Żeby zrozumieć sens wydarzeń społecznych i politycznych w Polsce po 1989 r. trzeba bliżej przyjrzeć się scenie medialnej w naszym kraju, zachowaniu dziennikarzy i polityce redakcyjnej. W mediach widać, jak w soczewce istotę tych wydarzeń. Bez mediów nie udałoby się wypoczwarzenie w naszym kraju hybrydy, która nazywana jest demokracją, choć ze znaczeniem tego słowa nie ma wiele wspólnego. Bez mediów niemożliwe byłoby zakłamanie, budowanie fałszywych autorytetów, niszczenie prawdziwych, utrzymywanie fikcji wymiaru sprawiedliwości, nazywanie zła dobrem, kłamstwa prawdą. Bez mediów niemożliwe byłoby wprowadzenie fałszywych wartości i ich pomieszanie, doprowadzenie do zagubienia odbiorców w ocenie tego, co dzieje się w Polsce, odwracanie uwagi od spraw istotnych i kierowanie jej na tematy zastępcze. Niemożliwe też byłoby zaniechanie lustracji oraz trwające 25 lat bezkarne rozkradanie kraju. Wreszcie, bez udziału mediów nie dałoby się w Polsce budować po 1989 r. fałszywych „opozycji”, które w rzeczywistości były i są opozycjami udawanymi. W niniejszej książce wyjaśnię to w detalach. Dlatego stanowiska kluczowe w redakcjach były i są „namaszczane”, oczywiście nieformalnie lub przynajmniej akceptowane przez układ po-okrągłostołowy, lub obsadzane figurantami, którymi steruje się „z tylnego siedzenia”. Oczywistym jest, że właścicielem telewizji czy radia, nawet muzycznego, czy prasy opiniotwórczej nie mógł zostać ktoś, kogo system się obawiał, czy inaczej – nie mógł zostać ktoś niesprawdzony. Dopuszczenie do biznesu, umożliwienie zarobienia dużych pieniędzy, to była także, nadal jest, swoista nagroda. Tu nie ma miejsca dla „Kopciuszków”.

W tym kontekście nietrudno zrozumieć, że 25 lat po 1989 r. nie przeprowadzono w Polsce lustracji środowiska, które ma kluczowy wpływ na budowanie opinii społecznej, a często jest jej kreatorem. Mam na myśli środowisko dziennikarskie. Jednocześnie, to środowisko wybiórczo „lustruje” poszczególne osoby, szczególnie ochoczo z kręgów Kościoła katolickiego. Mamy oto sytuację, że ci, którzy „ujawniają” agenturę, nierzadko sami byli (niektórzy nadal są) agentami, co więcej wciąż są pod wpływem oficerów prowadzących ich w służbach, którzy pod groźbą szantażu, ujawnienia przeszłości dziennikarza, bo tak to w praktyce działa, wykorzystują go do „brudnej roboty”. To ich prowadzący decydują, kogo lustrować, bo nie „nasz”, a kogo nie lustrować, bo „swój” i kiedy to zrobić. Czyli mamy sytuację, w której złodziej staje na czele pościgu za złodziejami. Znam dziennikarkę, która została zwerbowana po zatrzymaniu jej (w 1994 r.), gdy prowadziła auto pod wpływem alkoholu, dziennikarza, którego pozyskano wykorzystując jego skłonność do kokainy. Oboje byli potem nagradzani wyróżnieniami krajowymi za wybitne dziennikarstwo. Znam też uznanego dziennikarza, który sam zaoferował swoje usługi służbom specjalnym, wiedząc, że odtąd będzie żył jak „pąk w maśle”.

Ale jest też drugie dno problemu wysługiwania się dziennikarzy uwikłanych we współpracę ze spec służbami. Myślę o dziennikarzach zwerbowanych już po okresie PRL-owskim, którzy uważają, że mają moralne prawo do tropienia „gorszych” agentów (w tym także ich kolegów-dziennikarzy) rodem z systemu PRL-owskiego. Uważają oni, że są z „lepszego rozdania”, bo z tzw. wolnej Polski. Tymczasem jest to iluzja, ponieważ są narzędziami w ręku służb czyli ludzi, realizujących określone polityczne cele. Choćby nie wiem, jak wzniośle były owe cele formułowane (np. patriotyzm), taki dziennikarz-agent przestaje być obiektywny, bo nie kieruje się wolnym wyborem faktów, ani własną ich oceną, lecz jest „zadaniowany”. Czyli dostaje „na tacy” informację z rozkazem umieszczenia jej w druku lub na wizji. Czasem są to społecznie ciekawe i ważne sprawy, swoiste nagrody oficerów prowadzących, ale niemal zawsze jest to jednocześnie realizowanie politycznych, albo biznesowych celów. To zaprzeczenie dziennikarstwa. Niestety, tacy dziennikarze, szczególnie śledczy, dzięki tym newsom, do których służby specjalne mają rzecz jasna łatwiejszy dostęp, niż nawet najbardziej wnikliwi żurnaliści, stają się znani i stają się autorytetami dziennikarskimi. Tak uwiarygodnieni w społeczeństwie często dostają potem rozkaz umieszczenia artykułu, który ma na celu budowanie fałszywych nastrojów, rozpowszechnienie fałszywych informacji czy zniszczenie w sferze publicznej kogoś, kto jest niewygodny politycznie lub biznesowo.

NIEPOKORNI AGENCI I AGENTKI

Znam dziennikarzy, którzy lubią grzebać w ludzkich życiorysach. Ja bym poradził im zacząć od własnego, potem wziąć się za innych. Metoda „łapaj złodzieja” znana jest od niepamiętnych czasów. Najpierw autolustracja, potem rozliczanie innych. Także w przypadku, gdy owi „lustratorzy” ukrywają swój życiorys w spec-służbach za parawanem czynnej współpracy. Albo wybiera się zawód szpicla, albo dziennikarza.

Były wieloletni pracownik cywilnych służb specjalnych opowiadał mi, że kilka lat temu pewien ważny polityk prawicy, znający się na sprawach służb wojskowych poprosił innego ważnego polityka prawicy, speca od służb cywilnych, by pomógł mu w udostępnieniu zbioru danych na temat dwóch dziennikarek, które pracowały dla cywilnych, bo są mu potrzebne. No i podobno udało mu się do tych danych dotrzeć i je skopiować. Jeśli to prawda, ma w ręku ważny argument przetargowy, bo mieć „na pasku” dwie dziennikarki, to w polityce duża rzecz.

Opiszę teraz sytuację dość kuriozalną, przy czym nie chcąc narazić się na procesy, które mogłyby mi wytoczyć osoby niżej opisane, jak również ryzyko oskarżenia o zdradę tajemnicy państwowej (a już mam w swoim życiorysie zawodowym takie oskarżenie prokuratorskie), uczynię to bez personalizowania. Ale, gdy będzie konieczność, chętnie szczegóły całej sprawy wyjawię. Wiadomo mi ze źródeł sprawdzonych, że w zasobach służb wojskowych podczas ich ewidencjonowania dwaj zajmujący się tym uznani specjaliści natrafili na materiały dotyczące związków ze służbami m.in. dwóch dziennikarek związanych ze środowiskiem prawicowym. Sprawa nosiła kryptonim, mający związek z upływem czasu (nie mogę podać tego kryptonimu, bo ujawniłbym tajemnicę państwową) i była prowadzona w latach 2001-2002 przez oddział warszawski WSI. Obie dziennikarki zostały wytypowane jako kandydatki na tajnych współpracowników tej służby, po czym skierowano standardowe zapytanie do CEZOP (Centrum Ewidencji Zainteresowań Operacyjnych), aby upewnić się, czy wymienione osoby nie są już w zainteresowaniu którejś ze służb. Z udzielonej wówczas odpowiedzi wynikało, że obie zostały w latach 90. zarejestrowane przez Departament II Urzędu Ochrony Państwa (obecna ABW). W przypadku jednej odnaleziono kilka lat później dodatkowe informacje na temat jej relacji z UOP, z których wynikało, że dziennikarka ta dostarczała wiedzy na temat biznesmena z kręgów lewicy, którym w końcu lat 90. interesował się Departament Interesów Ekonomicznych UOP.

W odpowiedzi CEZOP nie wyszczególniono, jaką operacyjną rangę nadano zarejestrowanym dziennikarkom. Dwaj zajmujący się tą sprawą specjaliści umieścili uzyskane informacje w swoim opracowaniu. Miało ono klauzulę „ściśle tajne”, dostęp do niego miało zaledwie kilkanaście osób (premier, ministrowie, marszałkowie Sejmu i Senatu, posłowie speckomisji) i zostało zdeponowane w Kancelarii Sejmu. Te kilkanaście osób doskonale wie, o jakich dziennikarkach piszę. Gdy o umieszczeniu dziennikarek w ww. opracowaniu dowiedział się jeden ze znaczących polityków prawicy, miał podobno odbyć ostrą rozmowę z odpowiedzialnym za opracowanie specjalistą zarzucając mu, że zachował się wyjątkowo nieodpowiedzialnie. Sprawa została „zamieciona pod dywan”, materiały zaanektował podobno ów polityk prawicy, a dziennikarki jeszcze bardziej rozwinęły skrzydła. Co pewien czas publikowały głośne artykuły na podstawie unikalnych informacji. Wiele publikacji tych dziennikarek wskazuje, że w przeciwieństwie do wielu innych dziennikarzy mają one zawsze dostęp do źródłowej wiedzy. Zadziałano na zasadzie – po co denuncjować agenturę, skoro można ją przejąć? Efekt jest taki, że agentura wykonuje teraz rozkazy posiadacza unikalnej wiedzy na ich temat. I nie muszą to być zawsze formalne zlecenia służbowe, bo przecież władza się zmienia, raz jest się w obozie władzy, raz w opozycji. Ale uzależnienie dziennikarza przejętego nie znika przecież. Taka sytuacja sprawia, że dziennikarz wykonuje rozkazy polityczne, nie jest dziennikarzem niezależnym. To sytuacja patologiczna i groźna.

Nasuwa się pytanie, dlaczego żadna z osób, które znają tą sprawę nie doprowadziła do wyciągnięcia jej na światło publiczne, dlaczego panuje cicha zgoda, by jako orędowniczki wolnego słowa lansowane były dziennikarki, które były (może nadal są) współpracowniczkami służb specjalnych i ten fakt został ukryty? Co więcej, człowiek, który miał wyrazić zgodę na wykreślenie dziennikarek ze swojego dokumentu wiedząc, że są na nie znane mu „kwity” jest znanym i cenionym orędownikiem walki o prawdę dotyczącą agentury. A ten, kto prosił o wykreślenie, też jest bardzo znanym wojownikiem na prawicy o wolność i prawdę. W ten sposób powstał swoisty klincz, w którym wszyscy są zakładnikami tego kłamstwa. Ten, kto pierwszy wyłamie się z tego klinczu, może zachować twarz i to bym doradzał, bo kłamstwo nie jest wieczne.

W 2012 roku w światku dziennikarskim głośno było, że powstaje książka o dziennikarzach uwikłanych we współpracę ze spec służbami. Pół roku przed planowanym wydaniem książki „po mieście” hulały informacje dotyczące treści pytań, które autor miał wysłać drogą e-mailową dziennikarzom tzw. prawicy, m.in. G., S., H., G. Padały konkrety, nazwiska, pytania związane z domniemaną współpracą, życiem osobistym, obyczajowym, i niekiedy z wykonywanymi zadaniami dla służb. Książka nie ukazała się, bo podobno wydawca skalkulował, że lepiej nie zadzierać z salonem IV RP czyli „grupą trzymającą prawdę” na prawicy, która w kolejnym rozdaniu władzy będzie miała zasadniczy wpływ m.in. na lukratywne zlecenia wydawnicze lub ostracyzm środowiskowy, co przekłada się na wynik biznesowy. Ów wydawca miał też podobno postawić warunek, by z książki wykreślić część dotyczącą dziennikarza prawicy, o którym było wówczas głośno. Jak było naprawdę, nie wiadomo, ale na zainteresowanych czyli domniemanych agentów padł blady strach. Niektórzy nawet próbowali wpłynąć na to, by ich wykreślono z książki…, ale tylko ich. Fakt umieszczenia tam innych podległych im dziennikarzy z redakcji im nie wadził. Według mnie lepiej, że książka w takim ułomnym kształcie nie ukazała się, bo wyrządziłaby więcej szkody niż pożytku, a niektóre „święte krowy” medialnego salonu IV RP poczułyby się jeszcze bardziej „święte”. W Polsce nie ma jeszcze klimatu, by taka książka się pojawiła, choć myślę, że niedługo to się zmieni.

Książka „Resortowe dzieci”, która ukazała się niedawno, to zbiór według mojej oceny celowo wybiórczy. Jej celem nie było odkłamanie rzeczywistości, ujawnienie powiązań resortowych i rodzinnych wszystkich osób liczących się w mediach. Nie znajdziemy w książce wątków choćby o Antonin Zambrowskim, dziennikarzu Gazety Polskiej, którego ojciec był w stalinowskim rządzie Bolesława Bieruta. Zdawkowo tylko autorzy wspominają o ojcu red. Katarzyny Nazarewicz, pułkowniku UB, któremu poświęcili zaledwie parę ogólnikowych zdań. Nie dowiadujemy się o szczegółach jego „zasług” dla resortu (wrócę do nich w dalszej części książki). W kontekście opisanych w „Resortowych dzieciach” życiorysów (łącznie z kserokopiami świadectw kończenia szkół) o wiele mniej zasłużonych w resorcie UB rodziców dziennikarzy tzw. mainstreamu, przykładowo ojca Moniki Olejnik, warto zadać pytanie: czemu przypisać tę zapewne nieprzypadkową wybiórczość? Nie piszą autorzy o Bronisławie Wildsteinie, którego ojciec był przedwojennym komunistą, potem należał do PZPR, był też lekarzem wojskowym, nie mówiąc o współautorze książki Jerzym Targalskim, którego ojciec był wieloletnim członkiem PZPR, pracował m.in. w Zakładzie Historii Partii KC PZPR, był też wykładowcą marksizmu-leninizmu na uniwersytecie etc. etc. Sam autor książki Jerzy Targalski też zresztą był w PZPR. Pomysłodawcom książki nie chodziło o odkłamanie rzeczywistości, ale wyraźne skanalizowanie emocji na określoną grupę polityczno-medialną, jako źródło zła w Polsce, tzw. mainstream. Zarazem w domyśle wskazanie, że źródłem dobra w przyszłości ma być inna medialna grupa (określająca się, jako prawicowa), którą reprezentują czy popierają ci, jak się określają, niezależni autorzy (nie zaliczam do ww. grupy Maćka Marosza, współautora „Resortowych dzieci”, który wykonał mrówczą pracę w archiwach IPN, ale moim zdaniem nie był wtajemniczony w zamysł przedsięwzięcia). Tego jednak krytycy książki, także „niepokorni”, nie wyciągnęli, bynajmniej nie dlatego, że nie dostrzegali tej subtelności. Z całą pewnością to dostrzegli. Prześlizgnęli się jednak tylko asekuracyjnie (by w razie czego móc potem powiedzieć: my przecież widzieliśmy ten problem), że dobór bohaterów książki jest selektywny, ale nie wgłębili się, jakie konkretnie powody o takiej, a nie innej selekcji zdecydowały, choć te powody doskonale znają. A właśnie to jest najważniejsze, to jest clou – kontekst powstania tej książki, powody nie umieszczenia w niej niektórych osób. Myślę, że po lekturze mojej książki jej czytelnicy będą znali na to odpowiedź.

Ciekawe, że niedługo po ukazaniu się „Resortowych dzieci” pojawiła się na rynku niejako konsekwencja tej pozycji, książka pióra autora GP, Artura Dmochowskiego pt. „Kościół Wyborczej”, o tendencyjnym ukazywaniu spraw Kościoła przez środowisko Gazety Wyborczej, z podtytułem: największa operacja resortowych dzieci. W programie „Rozmowy niedokończone” TV Trwam, 18 października 2014 roku, Artur zwrócił uwagę m.in., że Wyborcza przedstawia sprawy Kościoła w czarnych albo szarych barwach, wyszukuje incydentalne historie o wydźwięku pejoratywnym i to jest dla tej gazety charakterystyczne. W zasadzie nic dodać nic ująć, święta prawda. Lecz ja oglądając ten program odczułem niedosyt i odebrałem to jako – chciałbym wierzyć nieplanowaną, czyli nieświadomą – hipokryzję. Z jakiego powodu? Otóż chciałbym usłyszeć od mojego byłego kolegi z Gazety Polskiej, Artura Dmochowskiego, który zawsze wyróżniał się kindersztubą, czy zamierza kontynuować tą słuszną linię i idąc za ciosem napisać książkę pod hipotetycznym tytułem „Kościół Gazety Polskiej” i równie hipotetycznym podtytułem: niewyjaśniona operacja otoczenia autorów „Resortowych dzieci” (by go nikt nie posądził o stronniczość). A przynajmniej chciałbym usłyszeć w ww. programie TV Trwam, czy Artur dostrzega podobny jak w przypadku Wyborczej, choć bardziej dyskretny, zawoalowany dysonans w traktowaniu spraw Kościoła, w tym środowiska Radia Maryja i osobiście o. Tadeusza Rydzyka przez GP, co jest jak powszechnie wiadomo pytaniem retorycznym. Taka książka, byłaby naturalnym uzupełnieniem ww. pozycji Artura, po to, aby nie zakłamywać rzeczywistości, pokazać rolę wszystkich mediów w tendencyjnym przedstawianiu spraw Kościoła. Bez tego książka Artura spełnia podobną rolę jak książka „Resortowe dzieci”, budując opinię złego i dobrego policjanta, kanalizując złe opinie wokół Wyborczej a ochraniając Gazetę Polską. Rozmowa z Arturem odbyła się właśnie na antenie TV Trwam, a więc środowisko o. Rydzyka samo strzeliło sobie i milionom swoich widzów, wiernym Kościoła, w kolano. Oczywiście nie mam wątpliwości, że prowadzący program ojciec redemptorysta miał szlachetne intencje, bo sprawa tendencyjności Wyborczej jako taka jest ewidentna i warto, a nawet trzeba ją pokazywać, jednak wspominając choćby, że to niepełny obraz tendencyjności środowiska mediów w traktowaniu Kościoła Świętego. Zwłaszcza, że autor jest kojarzony z GP. To może u widzów, którzy wiedzą, że Artur jest autorem GP, budować przekonanie, że wierne idei katolickiej środowisko GP obnaża zakłamanie „niewiernego” środowiska Wyborczej. Na tym polega przewrotność pewnych środowisk, że potrafią wykorzystywać nas przeciw sobie samym. Czy autor ww. książki był świadomy „wredności” tej sytuacji? Nie wiem, znałem z dobrej strony Artura, ale chciałbym usłyszeć, czy on sam wpadł na pomysł napisania tej książki, czy może ktoś mu go zasugerował, a jeśli, to kto to był.

Środowisko dziennikarskie, w tym prawicowych dziennikarzy, oczyściłaby w sporym stopniu, jak sądzę, jedna operacja, która, podobnie jak lustracja agentury, nie została w Polsce przeprowadzona. Mam na myśli lustrację majątkową. Gdyby ją przeprowadzono i zrobiono by to uczciwie, wiele piór z salonu prawicy, tych, którzy na co dzień mają patriotyzm i Dekalog na ustach i pouczają beneficjentów tzw. III RP i społeczeństwo, ukazałoby się nam w nieco innym świetle, niż ich znamy.

Część ludzi polskich mediów dysponuje majątkami znacznie przekraczającymi dochody, jakie mogli oni osiągnąć wykonując zawód dziennikarza. Pomijam tu byłych dziennikarzy, którzy zajęli się PR-em, bo oni rzeczywiście zarabiają dużo. Dysproporcje pomiędzy tym, co posiadają, a tym jakie pieniądze mogli zarobić dziennikarze w ciągu całej swojej pracy w dziennikarstwie są często ogromne. Jeden ze znanych dziennikarzy śledczych mający kilkuosobową rodzinę pracując w swojej karierze w kilku tytułach zawsze miał dość przeciętne dochody, nie przekraczające średniej w tym zawodzie. Nie miał też zamożnych rodziców ani teściów. Tymczasem dzisiaj dysponuje własnym domem, czterema mieszkaniami, kilkoma nieruchomościami oraz kilkoma samochodami i złotą kartą kredytową. Nie jest to na pewno poziom życia, jaki mógł osiągnąć dzięki pracy w dziennikarstwie. Takich przypadków jest więcej. Tymczasem wystarczyłoby, abyśmy jako dziennikarze zostali poddani lustracji majątkowej. Mogłaby ona polegać na obowiązku corocznego składania deklaracji majątkowych (z uwzględnieniem darowizn, spadków itd.), które następnie poddawane byłyby procedurze weryfikacji ze szczególnym uwzględnieniem dochodów osiąganych w związku z wykonywaniem zawodu dziennikarza. To mechanizm niezwykle prosty, ale na pewno skuteczny. Pozwoliłby na precyzyjne zweryfikowanie, czy rzeczywiście majątek pochodzi z dochodów jakie dziennikarz osiągał wykonując swój zawód, czy też mógł pochodzić z innych źródeł, niekoniecznie legalnych.

Lustracja majątkowa powiedziałaby prawdę o wielu tuzach dzisiejszego polskiego dziennikarstwa. Powiedziałaby też wiele o jego dzisiejszej kondycji. Ale przede wszystkim byłoby to uczciwe wobec innych grup zawodowych i całego państwa. Dziennikarze zawsze domagają się od innych pełnej transparentności, jednak sami takimi wcale nie chcą być.

Jest też aspekt materialny dotyczący dziennikarzy prawicy, który ma istotny wpływ na to, co piszą, mówią w telewizjach, zwłaszcza w redakcjach, w których na stałe pracują. Wielu dziennikarzy salonu IV RP ma zaciągnięte ogromne kredyty mieszkaniowe, budowlane, które w istotny sposób kneblują im usta. Ci dziennikarze za wysoko ponad stół „nie podskoczą” rządzącemu układowi (ale też nierzadko w ich zachowawczych postawach jest dużo partykularyzmu i braku charakteru). Niewątpliwie pętla kredytowa sprawia, że nie zaryzykują zbyt ostrych stwierdzeń, jeśli stwarzałoby to zagrożenie utraty pracy w redakcji, a w szczególnych sytuacjach narazić mogłoby nawet na czasowe bezrobocie. Więc muszą lawirować między stołem w pańskim salonie, który ich karmi, a ubogą stajenką, gdzie kryje się prawda. I ten kontredans salonowców IV RP trwa jak nie kończący się bal przebierańców. Jest na to przyzwolenie, bo to wygodny dla każdej opcji politycznej układ, gwarantujący umiarkowaną krytykę. Przyzwoici politycy prawicy (są i tacy) też muszą żyć w zgodzie z dziennikarzami-celebrytami salonu IV RP, bo jak nie z nimi, to z którymi? Media, to potęgi klucz.

Jeśli poznalibyśmy wysokość kredytów i wysokość miesięcznych spłat niektórych dziennikarzy, łatwiej byłoby nam zrozumieć dlaczego w momentach trudnych często tak, a nie inaczej się zachowywali, pisali, mówili. Przykładem była słynna rejterada z Rzeczpospolitej od Grzegorza Hajdarowicza, o której napiszę niżej, tu jak w soczewce widać było obłudę środowiska salonu IV RP. Co więcej, dopisano tej rejteradzie ideologię wręcz martyrologiczną.

Lustracja majątkowa według mnie byłaby niekiedy nawet skuteczniejsza od lustracji dotyczącej uwikłania agenturalnego. Pokazałaby fortuny „ikon” prawicowego dziennikarstwa – jak powstawały, czy mają uzasadnienie, czy czasem urzędy skarbowe nie powinny sprawdzić niektórych z nich. Ale także pokazałaby jak wielkie pieniądze, niewspółmierne do pracy, jakkolwiek by ją oceniać, zarabiają „niepokorni”. Bo nie jest tak, że ci rzekomi „męczennicy prawdy” są traktowani przez władze, służby stojące za tą władzą i biznes stojący za władzą i służbami po macoszemu, żyjąc za nędzne grosze. Nie chodzi o wzbudzanie niezdrowej zawiści, ale skoro pełnimy zawód zaufania społecznego, wyłóżmy karty na stół. Zaręczam, że kilka „ikon” prawicowych i wojowników wolnego słowa by poległo w tej lustracji. Ale nikt ich nie chce sprawdzać, bo ci, którzy mogliby to zainicjować, sami mają nieczyste ręce i wiedzą, na czym polega ten wspólny „cyrk dla gawiedzi”. Dziś ja gonię ciebie, jutro ty mnie, ale nie łapiemy się nawzajem. Jest też inny powód. Ci „nasi” czyli prawicowe „autorytety” dziennikarskie mogą być przydatni politykom w przyszłości, gdy karty się odwrócą, a władzę przejmie tzw. prawica. Ta wybrana elita – już przygotowana do tego zadania, niemal przebierając nogami, by znów dorwać się do lukratywnych posad na Woronicza i prowadzić własne programy w telewizji publicznej – czeka w pogotowiu. To „niepokorni”.

NIEPOKORNI PROPAGANDYŚCI

Niewątpliwie określenie „niepokorni” działa na wyobraźnię, że to grupa tych, którzy są rzekomo nieugięci wobec panującego zła. Także określenie „strefa wolnego słowa”, jak lubi nazywać media, których jest współwłaścicielem, Tomasz Sakiewicz, jest nadużyciem, choć trzeba przyznać, że to zręczny idiom. Gdyby Tomasz Sakiewicz ww. określenie rozszerzał o TV Trwam, Radio Maryja, Nasz Dziennik, Niedzielę, Gościa Niedzielnego i in., byłoby to sensowne. Warto więc zapytać – strefa wolnego słowa od czego lub kogo, media niezależne od kogo, albo odwrotnie – od kogo zależne, bo w życiu nie ma próżni. Czyli od tego, kto ma nad nimi kontrolę. Nie są to media publiczne, lecz prywatne, na których funkcjonowanie wpływa prywatny kapitał, a ten jest w ogromnej większości przypadków związany z określonymi siłami politycznymi i tak jest w tym przypadku. Zauważmy, że określenia wolne Sakiewicz używa w stosunku do mediów, które są prywatną własnością małej grupki osób, na co nikt nie zwraca uwagi, i mają wyraźną konotację polityczną, nakierowaną na jedną partię – PiS, zarazem inne realne byty po prawej stronie np. narodowców, totalnie krytykując. Nawet, jeśli program PiS może obecnie wydawać się wielu Polakom bliższy idei patriotyczno-narodowej od innych partii, nie uprawnia to do określenia mediów z tą partią związanych mianem wolne, co więcej, mediów od tej partii finansowo zależnych. Jak wiemy, w partiach politycznych mają miejsce różne, nierzadko ciemne, interesy finansowe i polityczne, zwłaszcza w kierownictwie, co ma wpływ na politykę tej partii, a także wpływa na to jakie problemy i w jaki sposób przedstawiają związane z nimi finansowo media. Sakiewicz oczywiście to wie, ale mimo to gra tym nośnym idiomem „strefa wolnego słowa”, by zdobyć zaufanie ludzi uczciwych, tęskniących za wolnym słowem. Na czym więc ta rzekoma niepokorność i niezależność ma polegać? Na oklepanej krytyce niedobrego mainstreamu i paskudnej III RP (do której oczywiście nie zalicza, Bóg raczy wiedzieć dlaczego, Jarosława Kaczyńskiego i bliskich mu osób np. z byłego PC), które obarczają całym złem? Rzeczona niepokorność, to słowo-wytrych, podobnie jak rzekoma niezależność. Zapewnienia, że „wydawca obiecał, że nie będzie wpływał na treści publikowanych materiałów redakcyjnych”, jak Sakiewicz głosił mając na myśli relacje spółki wydającej Gazetę Polską Codziennie i jej zależności finansowe od PiS, należy włożyć między bajki i wszyscy o tym wiedzą. Kto płaci, ten wymaga.

Czy to przypadek, że to, co najważniejsze, zwłaszcza w dobie kryzysu i wyprzedaży polskiego majątku, czyli dział gospodarki jest w Gazecie Polskiej najsłabszy? Powinno w nim pracować kilku co najmniej dziennikarzy, tymczasem pracuje dwóch. Za to publicystów i tzw. komentatorów zajmujących się mieleniem polityki wzdłuż i w poprzek, czyli mąceniem ludziom w głowach, jest dostatek. To tylko potwierdza, że gazeta nie tyle chce informować o tym, co jest krwioobiegiem życia gospodarczego, które bezpośrednio wpływa na poziom naszego codziennego życia, ile jest instrumentem w politycznej walce o władzę i tym karmi czytelników. Proszę przejrzeć wydania, tego nie trzeba udowadniać.

Dyżurni publicyści Gazety Polskiej zamiast swoich politycznych wywodów mogliby zlustrować wszystkich uczestników zmowy w Magdalence, w tym zwłaszcza stronę zwaną opozycyjną, bo to oni są gwarantem niszczącego Polskę układu, oni mają przełożenie czy i co Kowalski może wrzucić do garnka i co jeszcze można z Polski ukraść, więc ich zdekonspirowanie miałoby realny wpływ na to, kto nami będzie w przyszłości rządził, jaka będzie opozycja, prawdziwa, czy koncesjonowana, co przełożyłoby się na jakość naszego życia, tu i teraz. Wyciąganie „trupów z szafy”, w rodzaju Passenta i ich lustrowanie odwraca uwagę od tego, czym ci autorzy się nie zajmują, a co ma realny wpływ na to, jak żyje się przeciętnemu Kowalskiemu. A nie zajmują się na przykład kulisami doprowadzenia do podpisania przez Polskę traktatu lizbońskiego (opisuję je w dalszej części książki), grabieżą majątku wypracowanego przez Polaków. To nie powinno schodzić z łamów. W GP, GPC, Nowym Państwie powinny znaleźć się w każdym numerze choćby krótkie odcinki kolejnych prywatyzacji cegielni, cementowni, tartaków, Polskich Kolei Linowych, hut – każdej z osobna, PGR-ów – każdego z osobna, energetyki, stoczni wraz z śledzeniem co dzieje się ze zlikwidowanym majątkiem po tych zakładach energetycznych, stoczniach, opisy przejmowania dziesiątków hektarów ziemi popegeerowskiej z Agencji Własności Rolnej przez polityków (konkretnych, z nazwiska) układu władzy obecnej i poprzednich, od 1989 r., tych z lewicy i tych z prawicy (zapewniam, że byłaby to pasjonująca lektura), historia przejęcia każdego banku z osobna przez obcy kapitał z nazwiskami odpowiedzialnych i beneficjentów, każdej zmiany własnościowej w poszczególnych bankach i biografie polityczno-biznesowe pełniących najważniejsze funkcje w bankach. I przede wszystkim krzewienie katolicyzmu Polaków. Wtedy GP byłaby wiarogodna, że broni interesów Polaka-szaraka, a nie jest tylko narzędziem w walce o władzę i stymulatorem nastrojów społecznych poprzez rozmaite polityczne „analizy”. W „strefie wolnego słowa” nie znajdzie się tekstów opisujących szczegółowo zmowę Okrągłego Stołu i układ z Magdalenki, w tym zachowania w konkretnych sytuacjach braci Kaczyńskich, choć na poziomie ogólności taka krytyka zdarza się. Na przykład w artykule autorstwa Tomasza Sakiewicza reklamującym powstającą telewizję „Republika” jaki ukazał się na portalu niezalezna.pl („Republika” zmieni Polskę). Sakiewicz stwierdza: „Ogromna przewaga mediów konserwujących obecny układ polityczny stworzony w Magdalence może zostać zniwelowana”. W rozmowach w Magdalence brał udział Lech Kaczyński. O tym Sakiewicz jednak już nie pisze, ani w tym, ani w innych artykułach, co już stwarza fałszywy obraz jakoby Lech Kaczyński nie był uczestnikiem zmowy magdalenkowej, a zaproszony został przez Kiszczaka towarzysko, na kielicha. Ale taka krytyka Sakiewicza na poziomie ogólności mogła być pomocna w zdobyciu dla TV Republika widzów krytycznych wobec zmowy magdalenkowej, którzy nie wychwycą ww. subtelności. Podobny poziom ogólności miał np. tekst Lisiewicza o ks. Niedzielaku na niezalezna.pl, pt. „Mord założycielski III RP”: „Nie ma historii mówiącej więcej o tym, czym jest III RP, niż losy ks. Stefana Niedzielaka, który zginął 25 lat temu, w nocy z 19 na 20 stycznia 1989 r., trzy tygodnie przed rozpoczęciem obrad Okrągłego Stołu. Gdy w ich trakcie mec. Władysław Siła-Nowicki poprosił o uczczenie minutą ciszy pamięci trzech zamordowanych w tym czasie księży, TVP usunęła ten fragment relacji. (…) To państwo służy tym, którzy go zabili, tak jak chroni winnych smoleńskiej zbrodni”. Ani słowa o tym, że przy Okrągłym Stole zasiadał Jarosław Kaczyński i nie był bynajmniej figurantem.

To metoda pomijania udziału Kaczyńskich dla naiwnych – że bracia w zmowie uczestniczyli, ale jednocześnie… nie uczestniczyli. Nie można być trochę w ciąży. W GP nie ma tematyki masonerii, nie dostrzegłem tak lubianego przez GP gatunku – analiz (lubuje się w nich Lichocka, czasem wymyślała tak abstrakcyjne tematy „analiz”, że wzbudzało to na zebraniach redakcyjnych nawet uśmiechy kierownictwa), ale dotyczących np. Grupy Bilderberg (a przecież nie jest to twór fikcyjny) i uczestnictwa w niej Polaków, którzy mieli lub mają wpływ na nasze życie,. Jednocześnie szefostwo GP jest strasznie „cięte” na Radio Maryja, na ruch narodowy – endecję. Nie znajdziemy artykułów dotyczących przejmowania polskiej gospodarki przez zachodnie korporacje, które de facto już przejęły większość naszego potencjału i że działo się tak również za przyzwoleniem Jarosława Kaczyńskiego w czasach rządów AWS-UW, i podczas rządów PiS (opiszę to w dalszej części książki). Znajdziemy natomiast takie wołające o alarm artykuły o choćby próbie przejęcia jakiegoś przedsiębiorstwa przez rosyjski kapitał (jak choćby puławskie Azoty), co też trzeba nagłaśniać, ale… miej proporcje, mocium panie.

Gdy dobrze się przyjrzeć twórczości lansowanych piór salonu IV RP, można dojść do wniosku, że to nie są dziennikarze, ale propagandyści. Dziennikarz informuje, przekazuje fakty, a nie własną wizję na temat faktów. Publicysta, a takim mianem określa się większość „niepokornych”, co też jest znamienne, de facto indoktrynuje, narzuca taką czy inną interpretację rzeczywistości, często celowo nagiętą do z góry założonych tez. W Polsce zanikła niemal, rzetelna, zgodna z polską racją stanu, polityka informacyjna. Zamiast informacji mamy dzisiaj zalew komentarzy, opinii, blogów dziennikarskich (nie mylić z niezależną blogosferą, która wypowiada się w ten sposób w jedynym publicznym dostępnym nie-dziennikarzom miejscu komunikowania się i wymieniania informacji), felietonów, analiz, polemik itp. dziwolągów. Nawet młodzi dziennikarze, co widać wyraźnie w GPC, którzy biorąc pod uwagę ich doświadczenie są de facto stażystami, piszą buńczuczne komentarze, opinie. Pytam – jakie ci wszyscy ludzie mają upoważnienie, by na okrągło pouczać społeczeństwo? Mają informować – to jest podstawowa rola dziennikarza. Wnioski ma wysnuć z tych obiektywnych rzetelnych informacji sam odbiorca. Tymczasem dziś dziennikarze zamiast informować o rzeczywistości, przekazują nam własną wizję na temat tej rzeczywistości. Proporcje ilościowe komentarzy i opinii do tekstów stricte informacyjnych i reportażowych są patologicznie rozdęte. Jak na lekarstwo jest prawdziwej roboty dziennikarskiej takiej pozytywistycznej u podstaw, a coraz więcej popisów celebryckich. Im więcej celebrytów, tym mniej dziennikarki. M.in. dlatego przestałem całkowicie pisywać blogi, które i tak pisywałem od święta, raz, dwa razy w roku, bo uważałem, że teraz jest czas pracy u podstaw, nie mędrkowania. Zaniechałem tego zupełnie, bo było mi zwyczajnie wstyd włączać się w taki pouczający ludzi na każdym kroku nurt.

Dziś, bardziej niż kiedykolwiek w najnowszej historii Polski, ważniejsze jest nie to jak zdolni i utalentowani twórcy medialni kreują nam i (rzadziej niestety) opisują rzeczywistość. Mniej powinno liczyć się jakim autor jest ekwilibrystą słownym, jak wzniosłych słów używa, jakim jest erudytą, intelektualistą, powieściopisarzem, wierszopisarzem, humorystą, bardem czy sprawnym felietonistą, jak często używa słów patriotyzm, naród, ojczyzna. O wiele ważniejsze jest dziś dostrzec, na jakich podstawach etycznych i światopoglądowych te wszystkie talenty są faktycznie umocowane i jak wykorzystywane. Bo ile zdrad można wytrzymać i fałszu oblanego patriotyczno-niepodległościowym „sosem”? I jak po Smoleńsku nie wierzyć tym mediom, których zawiadowcy dają na co dzień wyraz, że dążą do prawdy o katastrofie wciąż podkreślając, niekiedy z udostępnianej w dobrej wierze kościelnej ambony, że fundamentem dojścia do tej prawdy powinien być patriotyzm i wierność tradycji narodowo-katolickiej? Odpowiedź znajdziemy w Ewangelii w nauczaniu Jezusa: „Poznacie ich po ich owocach”.

TARGOWISKO PRÓŻNOŚCI

W końcowym akapicie recenzji książki Bronisława Wildsteina „Ukryty”, dziennikarz Janek Piński napisał 23 września 2012 r. na portalu nowyekran.pl: „Na razie Wildstein, bądź co bądź, czynny dziennikarz, w swojej prozie ostro recenzuje »salon« (III RP – przyp. LM). Osobiście czekam na książkę, w której zaryzykowałby opisanie prawicowych dziennikarzy i ich postaw moralnych. Byłyby to nie mniej szokujące niż obnażanie hipokryzji salonu”.

Otóż to, bardzo celna uwaga, z tą poprawką, że nie widzę powodu, by określenie salon rezerwować wyłącznie do tzw. mainstreamu III RP, bo IV RP też ma swój salon, co poniekąd wynika nawet z kontekstu zacytowanego urywka blogu Janka. Łatwo pisać o innych, jak Wildstein, belki we własnym oku nie widząc. A jest i to duża. Pytanie – dlaczego nie ma opracowań na ten temat. Myślę, że dlatego, bo nie krytykuje się tego, co jest poza krytyką, jedynie słuszne, moralnie niepodważalne etc. Piszę to z przekąsem, bo taki właśnie nimb czystości moralnej i politycznej wypracowali wobec siebie „niepokorni”, takie postrzeganie siebie upowszechnili w społeczeństwie. Trzeba przyznać, że w tym są świetni. A nie można krytykować tych, którzy dopiero wprowadzą nową wersję uczciwości dziejowej, bo to oni „trzymają prawdę na prawicy”, co ma też oznaczać, że to prawda ponad wszelką prawdę. Nie można palić mostów, które dopiero będą zbudowane. Druga przyczyna to rzeczywiście przekonanie „niepokornych” o własnej nieomylności. Przecież z tych ikon „prawej” prawicy bije wprost pycha, przekonanie o własnej genialności, żadnej pokory, najmniejszej nawet. I „parcie na szkło” (czyli występy w telewizjach) niebywałe. Oni tym się zdają żywić, jakby wartości, które są przedmiotem ich debat były pochodną ich interpretacji, nie zaś odwrotnie jak wskazuje logika.

Określenie „niepokorny” wzięło się od wywiadu-rzeki Piotra Zaremby i Michała Karnowskiego z Bronisławem Wildsteinem pt. „Niepokorny”. Wildstein chciał pokazać się w niej właśnie jako niepokorny. Zarówno w czasach młodości, działalności w opozycji, potem emigracyjnej i po 1989 r. w Polsce. Z książki wynika, że Wildstein mimo szerokich i bliskich relacji towarzyskich z ludźmi kierującymi mediami, np. Adamem Michnikiem, liczącymi się w polityce jak Jacek Kuroń, nie znalazł wśród nich miejsca – przystani. Przypomnijmy, że to Wildstein m.in. zbierał na emigracji pieniądze na uruchomienie Gazety Wyborczej. Ale to nie z dawnymi towarzyszami doli i niedoli lecz w IV RP tę przystań znalazł.

Gdy czytałem wywiad Karnowskiego i Zaremby z Wildsteinem, było tam o organizowaniu opozycyjnego życia studenckiego, drukowaniu emigracyjnych gazet, zarabianiu na myciu wagonów, wyprawach z Pyjasem do państw socjalistycznych, o piciu, paleniu trawki, o ZOMO etc. Mnie zabrakło tam najważniejszego – problemów zwykłego Kowalskiego, zwykłego Polaka-szaraka.

„Niepokorność” Wildsteina stała się jakby wykładnią, wzorcem dla tych, do których przystał, albo jak kto woli, co chyba jest bliższe prawdy, którzy do niego przystali, czyli dziennikarzy salonu IV RP, nie mających takiej karty opozycyjnej, a raczej dysydenckiej, jak Wildstein, ale się z „niepokornością” utożsamiają i ją lansują.

Okazją do takiego lansu był Bal Niepokornych na początku 2013 r., który pierwotnie miał się odbyć w warszawskim hotelu Bristol, ostatecznie odbył się w krakowskim Grand Hotelu. Pomysł rzuciło kierownictwo GP i natychmiast chwycił u innych „niepokornych”. Miał pokazać dziennikarzom z III RP, którzy organizują swoje bale dziennikarskie: „my nie gorsi”.

Tymczasem jednego z czołowych dziennikarzy GPC eksmitowano z mieszkania, bo nie miał na czynsz, gdyż nie wypłacono mu poborów, a w październiku 2012 r. szefostwo GPC zapowiedziało cięcia wynagrodzeń o 20 procent. 6 grudnia 2012 r. wracałem z Międzylesia z wywiadu z producentem detektorów wykrywających materiały wybuchowe, Janem Bokszczaninem, po głośnej konferencji nt. trotylu komisji sprawiedliwości Ryszarda Kalisza, prokuratury wojskowej i zespołu Macierewicza. Wracałem z Kasią Pawlak z GPC i fotoreporterem. Kasia mówiła, że ma 100 zł w portmonetce, mimo, że pisze po trzy teksty dziennie w GPC, ale nie przekłada się to na zarobki, a wstydzi się już prosić rodziców o pieniądze. Fotoreporter słysząc naszą rozmowę dodał, że jemu nie płacą od trzech miesięcy, nie zwracają mu nawet za benzynę, którą jego prywatne auto spala podczas dojazdów na zdjęcia dla gazety. Tomasz Sakiewicz organizował huczny bal, jego rodzinna spółka „Rejtan” otwierała nową księgarnię Gazety Polskiej w stolicy, a ludziom nie płacono.

18 grudnia 2012 r. dostaliśmy z Grzegorzem Wierzchołowskim nagrodę, tzw. polską Watergate Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich za dziennikarstwo śledcze (za książkę dotyczącą katastrofy smoleńskiej „Musieli zginąć”). Myślę, że cząstkę zasługi miał tu Marcin Wolski, który był w jury. Marcin nie raz w rozmowie ze mną podkreślał, że mój i Grzegorza wkład w wyjaśnienie katastrofy jest fundamentalny. Nagrodę główną dostały wtedy Maria Dłużewska i Joanna Lichocka za film „Pogarda”. Po wręczeniu nagród Sakiewicz zaprosił kilka osób z redakcji na służbową kolację w restauracji przy ul. Nowy Świat. Była Anita Gargas, Dorota Kania, Anita Czerwińska, Artur Dmochowski, Joanna Lichocka. Po paru lampkach wina Sakiewicz powiedział szeptem do Lichockiej na temat niedalekiego balu w Bristolu: „Nie możemy zbyt wystawnie tego organizować, bo ludzie nie mają płacone”. Cóż to mogło oznaczać? Ano, że mogliby wystawniej, bo stać ich, ale ponieważ „ludzie nie mają płacone”, trzeba się ograniczyć, żeby nie wywoływać nerwowej atmosfery. Oznacza to też, że Lichocka jest w grupie „swoich”, najwyższego zaufania. Do mnie Sakiewicz nigdy nie wypowiedziałby takich słów. Inna sprawa, co oznacza według Sakiewicza niezbyt wystawnie. W Gazecie Polskiej szumnie zapowiedziano, że gwiazdą wieczoru będzie „Diabelski skrzypek” Roby Latakos ze swoim zespołem, który „przeniesie uczestników balu w świat muzyki na najwyższym światowym poziomie”. Ci, którzy znają się na rzeczy, wiedzą jakiego rzędu to koszt. Wracając do kolacji, gdy już wino nieco rozluźniło języki, Lichocka powiedziała do Sakiewicza (a był to dzień, w którym rozeszło się w redakcji, że Sakiewicz z Wildsteinem zakładają TV Republika), gdy Tomek zapewnił ją, że będzie miała do dyspozycji cały dzień w tzw. ramówce – żeby Anicie Gargas nie dawał anteny na publicystykę, bo „jest słaba”. Co najwyżej powinien jej dać program interwencyjny taki jak ma Elżbieta Jaworowicz w TVP, bo do tego się, zdaniem Lichockiej, nadaje.

Jeszcze nie było telewizji, a już dzielono skórę na niedźwiedziu. Swoją drogą, te słowa Lichockiej świadczą, że dla niej „sól” dziennikarstwa to studio gadających głów z tzw. moderatorem – gwiazdą, nie zaś reportaż interwencyjny, czy magazyn informacyjny. To tylko dowodzi stawianej przeze mnie diagnozy dotyczącej kondycji polskiego dziennikarstwa. Potem Sakiewicz brylował na Wigilii 2012 r. Przed opłatkiem, na zebraniu redakcyjnym, przekonywał nas, jacy to bracia Karnowscy są pokrętni, bo „wykolegowali” Lisickiego po odejściu od Hajdarowicza (chodziło jak to zwykle bywa o kasę, co opiszę dalej). Byli tacy, którzy nie poszli na opłatek, zostali w pokoju dziennikarzy obok, argumentując, że nie chcą uczestniczyć w tym obłudnym „widowisku”, gdzie Sakiewicz roztaczał plany i wizje rozwoju koncernu, skoro nie dostają na czas pieniędzy. Po opłatku szefowa działu zagranicznego GPC Ola Rybińska powiedziała do mnie: „nie idziemy na bal w Bristolu, bo nasz współpracownik, dla którego wierszówka jest podstawą utrzymania, spędzi Wigilię w noclegowni”. Kilka dni potem, po mojej interwencji inna koleżanka poszła do Sakiewicza uprosić go, aby mu jednak pieniądze wypłacił, na co dobrodusznie się zgodził.

Przed Świętami Bożego Narodzenia 2012 r. wielu dziennikarzy z GPC opowiadało mi, że dostali tylko tzw. podstawę wynagrodzenia, bez wierszówki, co nawet nie zapewniło im sfinansowania Świąt. Tymczasem Tomasz Sakiewicz już zapowiedział zorganizowanie Sylwestra w Harendzie z wyszynkiem, a za pasem był wspomniany wyżej Bal Niepokornych w Bristolu, który ostatecznie odbył się w krakowskim Grand Hotelu.

10 lutego 2013 r., gdy dziennikarze tzw. mainstreamowi, m.in. Monika Olejnik, Katarzyna Kolenda-Zaleska, Marcin Meller, Dominika Wielowiejska i inni bawili się na XV Charytatywnym Balu Dziennikarzy w Auli Politechniki Warszawskiej, przedstawiciele polskiej prawicy medialnej, m.in. Tomasz Sakiewicz z żoną Dagny, Ewa Stankiewicz, tańczyli na Balu Niepokornych w Grand Hotelu w Krakowie. Bal rekomendowali m.in. Anita Gargas, Bronisław Wildstein. W trakcie balu rozrywką było m.in. zlicytowanie pisma procesowego adwokata Adama Michnika przeciwko Gazecie Polskiej z 2006 r.

„Dwa bale, a Polska między nimi. Te bale to groteskowa kwintesencja sytuacji, w jakiej znalazła się Polska, Polacy, oddająca jak w soczewce istotę sytuacji. Oto dziennikarze »niepokorni» zorganizowali jako kontrę do balu dziennikarzy tzw. mainstreamowych swój bal, chcąc podkreślić jak przebiega podział środowiska. Według pomysłodawców bal »niepokornych« to bal tych, którzy są wierni prawdzie, są prawdziwymi patriotami, w odróżnieniu od mainstreamu. Ale po co im do tego bal? Dlaczego zapragnęli to okazać tańcząc walce, kadryle czy w rytm rocka? Ja myślę, że pokazali, iż tęsknią za celebrą, za tym, by być prawicowymi Michnikami, Żakowskimi, Olejnikami, by błyszczeć jako autorytety, jak ci z balu charytatywnego, by ich »przyćmić» wreszcie. To ta tęsknota, sądzę, leżała u źródeł pomysłu na Bal Niepokornych. Myślę, że bal to nie jest miejsce do ustawiania barykady, dla pokazania różnic. Ale jest to miejsce, gdzie widać próżność ponad miarę” – taki komentarz, przeczytany kiedyś w Internecie, który dobrze oddaje istotę rzeczy, zachowałem.

Każdy ma w sobie trochę próżności, ale to towarzystwo ma ego rozrośnięte niczym balony i to przekłada się na to, co robi. Zabrakło tylko, na wzór epoki Ludwika XIV i późniejszych, krynolin, peruk i pończoch. Za to „pudru” było pod dostatkiem. Na Bal Niepokornych, pasowałyby jak ulał, a także na gale rozdawania nagród rocznych GP i Nowego Państwa w teatrze Roma, czy kinie Palladium, gdy Tomasz Sakiewicz w smokingu wraz z małżonką i Katarzyna Hejke (bez małżonka) przy wejściu witają w blasku fleszy znamienitych gości.

Po gali rozdania nagród w Teatrze Roma, 1 marca 2011 r., gdy kasa wydających GP wzbogaciła się po tragedii smoleńskiej, można było obserwować, jak balon z próżniowym powietrzem unosi ich stopy nad ziemią, bo i scena pokaźna i audytorium, reflektory, kelnerzy kluczący z tacami z poczęstunkiem. No i „expose” w takiej aurze brzmi lepiej. Może zaszumieć w głowie, jeśli to słaba głowa, nieodporna na takie przeciążenia. Mam nadzieję, że czytelnicy wybaczą mi tę odrobinę uszczypliwości i sarkazm, bo inaczej tej megalomanii opisać niepodobna.

Jak wielkie są to „balony próżniowe” widać choćby w ogłoszeniu na pół strony, jakie umieszczono w numerze 26 GP z 27 czerwca 2012 r. „Tomasz Sakiewicz w Twoim Mieście! KONKURS. Wymyśl hasło promujące GP i wygraj spotkanie w Twoim mieście z redaktorem naczelnym Tomaszem Sakiewiczem”. Rzeczywiście, pokusa jakich mało…

Dziwię się, że Sakiewicz nie widzi własnej śmieszności drukując takie „kupony totolotka”. Dziwię się, że żaden spec od wizerunku nie podpowiedział mu, że te granice przekracza. Świadczy to niewątpliwie o „skromności” redaktora naczelnego i mniemaniu o sobie, nie da się ukryć.

Tomasz Sakiewicz opowiadał co jakiś czas na zebraniach redakcyjnych, że po serii tzw. samobójstw osób (w domyśle zabójstw), które naraziły się władzy, w związku z katastrofą smoleńską, on jest kolejny na liście. Konie kują, a żaba nogi podstawia. Bo moim zdaniem ludzi takich, jak Sakiewicz, którzy merytorycznie nie zagrażali „obrońcom” wersji o nieszczęśliwym wypadku, to ci obrońcy się nie obawiają. Oni wiedzą, kto im merytorycznie zagraża, na pewno nie Sakiewicz.

Podobnych, groteskowych sytuacji było więcej. W lipcu 2012 r., gdy Sakiewicz wrócił z wypoczynku w Jastarni, powiedział nam wtedy na kolegium redakcyjnym, że był powszechnie rozpoznawany na ulicach, że ludzie go zaczepiali, zagadywali na każdym kroku. Sakiewicz opisał to nawet: „Nieznani mi ludzie podchodzą do mnie na ulicy i dziękują za Gazetę Polską i za wszystko, co robimy – to niemal codzienna scena. Pewien sprzedawca biżuterii zatrzymuje mnie i zaprasza na kawę. Pani Monika w winiarni w Juracie nie chciała przyjąć ode mnie zapłaty za wino. Setki ludzi ślą mi na każde święta życzenia. Tysiące chce się spotkać i porozmawiać”. Słysząc opowieść Sakiewicza Lichocka, która też wówczas wróciła, ale ze środkowego wybrzeża Bałtyku, aż poruszyła się nerwowo na krześle i z nieukrywanym zdziwieniem powiedziała: „Patrz, a mnie nie rozpoznawali”… Z jej głosu wynikało, że to strasznie dziwne, niemal niezrozumiałe, że tak znanej osobistości nie rozpoznają w Kołobrzegu czy innym miejscu w Polsce zwykli ludzie, a przecież powinni. Te wypowiedzi świadczą jak przewrócone w głowach mają niektórzy celebryci dziennikarscy i nie chodzi tylko o wymienionych dwoje.

Przykro mi napisać, bo lubię Czarka Gmyza, ale poszedł on w ślady Sakiewicza. Czarek swego czasu ogłosił na facebooku konkurs pt. „Pióro na widelcu”: „Napisz recenzję (z książki wywiadu-rzeki z Czarkiem pt. „Zawód-dziennikarz śledczy” – LM) i wygraj kolację w cztery oczy z Cezarym Gmyzem”. A ja dodam żartobliwie: a dlaczego nie połączoną ze śniadaniem? To dopiero byłoby wyróżnienie.

KOMISJA AUTORYTETÓW

Spora część z towarzystwa salonowego IV RP niestety już oderwała się od ziemi. Tomasz Sakiewicz sam siebie przedstawia jako partyzanta wolnego słowa i promuje się np. w tekście w GP z 24.04.2013 r. „Partyzant w Krakowie”, a pod nim zdjęcie „partyzanta”. Odnoszę wrażenie, ze Sakiewicz zatracił instynkt samozachowawczy, albo ego przysłoniło mu samokrytycyzm. Jego książka „Partyzant wolnego słowa” jest tego dobitnym przykładem. W redakcji mówiło się, że podstawowy wkład w powstanie tej książki miała jedna z młodych dziennikarek GPC, która wykonała mrówczą pracę zbiorczą. Sakiewicz zamieszcza w książce po stronie tytułowej swoje zdjęcie z kieliszkiem trunku i z cygarem. Pod zdjęciem jest co prawda podpis, że pali cygaro raz w roku, ale po co w takim razie epatuje wielkoświatową manierą? Paradoksalnie to zdjęcie wiele mówi o Tomaszu Sakiewiczu. Na pewno trudno w ten sposób zjednać sobie przychylność czytelników GP, których większość boryka się z alternatywą: jeść czy kupić lekarstwa. Z tym paleniem cygar to miałbym wątpliwości, czy Sakiewicz pali tylko jedno w Sylwestra, bo jeden z wydawców prasy prawicowej powiedział, ze był z nim na obiedzie podczas którego palili cygara hawańskie, 2 tys. zł sztuka. Na początku książki Tomasz Sakiewicz zamieszcza zdjęcie swoje i brata z wczesnego dzieciństwa, w krótkich spodenkach, tak jakby to była biografia Hemingwaya, a choćby Marcina Wolskiego, który ma dorobek niekwestionowany i wiek ku temu, by predestynowało go to do napisania biografii. Takie biografie wydaje się w wieku słusznym, nie mówiąc o tym, że dokonania twórcze i intelektualne Sakiewicza nie są delikatnie ujmując przesadnie olbrzymie.

No i te obrazki z portalu niezalezna.pl. Sakiewicz żegna się przed wyjazdem na Węgry w marcu 2013 r. – łapie go kamera, Tomasz Sakiewicz tu, Tomasz Sakiewicz tam, wróg ludu, tydzień Sakiewicza, wideo felieton Sakiewicza. Co w lodówce?

Człowiek rocznika 1967, który tak naprawdę, jak większość z salonowców IV RP, stał się znany dzięki autopromocji. Panowie sami siebie promują, a wysyp książek autobiograficznych, czy wywiadów-rzek dziennikarzy z dziennikarzami, przy tym cokolwiek młodymi facetami, świadczy, lecz nie o wielkości, ale co najwyżej braku skromności i braku dystansu do siebie. Staje się już manierą, że dziennikarze przeprowadzają ze sobą (czyli z kolegami dziennikarzami) wywiady-rzeki, nawzajem nakręcając sobie popularność. Gmyz, Terlikowski, Wildstein, Ziemkiewicz. Albo piszą sami o sobie książki. Wkradają się w łaski księży, kojarzonych jako ikony nurtu patriotyczno-niepodległościowego, czy znanych aktorów równie niezłomnych w swojej postawie, zdobywając w ten sposób protezę etyczno-moralną. Takiej protezy nie buduje ktoś, kto nie potrzebuje sztucznego wsparcia moralnego, w przejrzystym celu.

To wszystko jest skalkulowane. Owi „niepokorni” to fachowcy w manipulacyjnej robocie, którzy są ochraniani przez własne środowisko. Nie z naiwności bynajmniej. Łączy ich wspólny pień „wartości” – kombinatorstwa, cwaniactwa, i odnoszę wrażenie, jakby ukryty kod, rozumieją się bez słów.

Ktoś, kto pisze o sobie książkę, czy publikuje tzw. wywiad-rzekę w tzw. kwiecie wieku nie zasługuje moim zdaniem na zaufanie. Kiedyś na spacerze zapytałem Marka Nowakowskiego, znanego pisarza (zmarł w ub. roku), czy nie zgodziłby się udzielić wywiadu-rzeki. Pomysł wziął się stąd, że Marek był jednym z bardzo nielicznych już, znanych publicznie i niekwestionowanych autorytetów moralnych. Marek odpowiedział mi wtedy: „Wiesz, to nie w moim stylu opowiadać o sobie w taki sposób”. Nie przekonałem go argumentacją, że dzisiaj potrzeba nam świadectw takich właśnie ludzi, że brak prawdziwych autorytetów. Próbowałem nakłonić Joaśkę Lichocką, by spróbowała namówić Marka na taki wywiad, bo wiedziałem, że miał na jej punkcie małego feblika, ale chyba bez skutku. Marek był niezwykle skromnym człowiekiem, nie raz zapraszał mnie na spacer po Warszawie, który kończył się koniaczkiem, czy wódką w towarzystwie tzw. zwykłych warszawiaków w m.in. ulubionej przez nas kawiarni „Parana” przy Marszałkowskiej, lokalu istniejącym od chyba 60 lat, gdzie schodzili się koniarze, czyli grający na wyścigach koni na Służewcu, kwiaciarki warszawskie, PRL-owscy cinkciarze i tym podobne „relikty” minionej epoki, ale i byli ubecy. Marek lubił towarzystwo tzw. zwykłych ludzi. Znałem Marka od ponad 20 lat. Nie znosił wyniosłości i pozoranctwa. Gdy kiedyś zapraszałem go na „grilla” u mnie, aż się skrzywił: „Leszek, nie wymawiaj przy mnie tego słowa, nie możesz powiedzieć po prostu: na pieczenie kiełbasy?” A o znanym reżyserze K.K., z którym kiedyś byłem w znajomości powiedział: „Leszek, przecież to bufon! Przyjrzyj się mu, posłuchaj jak się wypowiada, zachowuje, a zobaczysz jak bije z niego wyniosłość i próżność”. Zastanowiłem się i musiałem przyznać Markowi rację. Nie dostrzegłem zrazu tego, co on stary wyga dostrzegł. Wspomniałem o Marku, bo był on przeciwieństwem „niepokornych”. Marek był pełen pokory i szacunku dla zwykłych ludzi. Zero wyniosłości, a był przecież wybitnym pisarzem.