Wydawca: Amber Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 446 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Prawdziwy skandal - Caroline Linden

Abigail ma wszystko: urodę, inteligencję i największy posag w Anglii.

Jej rodzice marzą, że poślubi księcia.

Abigail marzy, że poślubi mężczyznę, który pokocha ją dla niej samej i obdarzy namiętnością, o jakiej czytuje ukradkiem w gorszącej książce Pięćdziesiąt twarzy grzechu

Sebastian nie ma nic. Wrócił do domu z wojennymi ranami, by dowiedzieć się, że rodowy majątek przepadł, a nazwisko okryła niesława. Lecz zapatrzona w Sebastiana Abigail nie dostrzega jego zrujnowanej reputacji...

 

Nagle pojawia się ten trzeci. Czy Abigail odważy się pójść za głosem serca, nawet jeśli może stać się bohaterką niewyobrażalnego skandalu?

Opinie o ebooku Prawdziwy skandal - Caroline Linden

Fragment ebooka Prawdziwy skandal - Caroline Linden

Korekta

Hanna Lachowska

Barbara Cywińska

Projekt graficzny okładki

Małgorzata Cebo-Foniok

Zdjęcie na okładce

© Zbigniew Foniok

Tytuł oryginału

It Takes a Scandal

Copyright © 2014 by P.F. Belsley

Published by arrangement with HarperCollins Publishers.

All rights reserved.

For the Polish edition

Copyright © 2014 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-5232-2

Warszawa 2014. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-952 Warszawa, ul. Wiertnicza 63

tel. 620 40 13, 620 81 62

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja do wydania elektronicznego

P.U. OPCJA

Prolog

1816

Obudził się gwałtownie, z sercem bijącym jak na alarm. Francuzi zbliżali się – tirailleurs przeskakiwali barykady; ich muszkiety lśniły w mętnawym świetle, kiedy usiłowali zmieść jego brygadę z zajmowanej pozycji. W uszach mu dzwoniło, strzał, który roztrzaskał mu kolano, ogłuszył go. Przez chwilę walczył, żeby złapać oddech, czekając na kolejny, który wszystko zakończy.

Wciąż go nie słyszał; drugi strzał nie nastąpił. Po chwili uświadomił sobie, że pierwszego też nie było – nie tej nocy. Nie znajdował się na polu bitwy w Belgii, próbując odepchnąć cesarską armię z niżej położonego terenu. Był w domu, w Anglii, drzemał w fotelu przy zamierającym ogniu, z wyciągniętą przed siebie, okaleczoną nogą w szynie.

Sebastian Vane opadł ponownie na zniszczony skórzany fotel; był wyczerpany, a jego serce nadal wybijało niespokojnego marsza. Drżącą ręką starł zimny pot z twarzy. Francuzów tu nie było – tylko koszmary wywołane laudanum.

Ciche pukanie wzbudziło na nowo jego niepokój. Spojrzał na drzwi, były zamknięte. Trzasnęły jakieś inne, sądząc po odgłosie, na dole.

Pani Jones z pewnością czuwała. Zamęczała się, opiekując chorym przez ostatni tydzień mężem, a także szaleńcem i kaleką. Sebastian wymacał zegarek; było późno, po północy. Spał dwie godziny, a teraz miał, ku swojemu zmartwieniu, wrażenie, że już nie zaśnie.

Jak dotąd noc okazała się dosyć dobra. Szaleństwo ojca wydawało się odrobinę uspokoić, tak że bardziej przypominał rodzica, jakiego zapamiętał, niż niebezpiecznego furiata, jakiego zastał po powrocie z wojny. Michael Vane skubnął parę kęsów z kolacji, zanim odrzucił talerz na bok, mamrocząc o truciźnie. Kiedy Sebastian pomagał mu się rozbierać do snu, nie kopał, tylko przeklinał. A kiedy go położył, ojciec zachowywał się potulnie, jak dziecko, obejmując w łóżku rękami kawał szmaty, która była kiedyś nocną koszulą matki Sebastiana. Ta koszula była darem Boga; trzymając ją, Michael uspokajał się i łatwiej było go opanować.

Cóż. Nie takiego ojca Sebastian pamiętał – spokojnego, łagodnego, ukojonego dotykiem starej koszuli nocnej, ale i tak było to dużo lepsze niż wrzeszczący furiat, w jakiego się często zamieniał.

Sebastian poruszył się, usiłując rozprostować nogę, nie powodując otwarcia się rany. Ojciec kopnął go poprzedniego dnia, powodując, że pękła blizna nad kolanem, i sprawiając mu tyle bólu, że pani Jones pobiegła po laudanum. Paskudna rzecz, laudanum. Już prawie zdołał się od niego odzwyczaić, kiedy okazało się, że musi je znowu zażyć.

Wiatr wył za oknami, wprawiając szklane tafle szyb w drżenie, a drzwi na dole stuknęły ponownie, głośniej. Podniósł głowę, marszcząc brwi. To brzmiało jak ciężkie drzwi frontowe.

– Pani Jones! – zawołał. Może musiała wyjść i zapomniała zasunąć skobel po powrocie. Nie było odpowiedzi, tylko ponowne, słabsze stuknięcie drzwi. Pani Jones widocznie położyła się i nie słyszała go ze swojego pokoju za kuchnią.

Westchnął. Mógł poruszyć dzwonkiem i obudzić ją, ale i tak z pewnością sam szybko nie zaśnie. Czy nie chciał stać się znowu samodzielny? Ostrożnie wyprostował się w fotelu, stawiając lewą stopę na podłodze. Odepchnął się mocno i wstał; zachwiał się i szybko chwycił kule.

Na korytarzu panował mrok, tylko z dołu sączyło się blade światło. Kiedy doszedł do schodów, nastąpił kolejny trzask, a wraz z nim powiew zimnego wiatru. Klnąc na przemian i wstrzymując oddech, pokuśtykał w dół po schodach; zastał drzwi otwarte, kołyszące się powoli pod wpływem wiatru.

Zaskoczony Sebastian wsparł się ramieniem o framugę i przytrzymał drzwi, kiedy wiatr pchnął je w jego stronę. Ciężka sztaba służąca do ich zamykania leżała w poprzek progu, nie pozwalając im się zatrzasnąć. Dzięki niej drzwi nie dawało się otworzyć od zewnątrz. Wyglądało na to, że ktoś ją usunął i po prostu rzucił.

Włosy zjeżyły mu się na karku. Tylko jedna osoba w domu mogłaby to zrobić… ale Michael Vane spał, bezpiecznie zamknięty w swoim pokoju. Sebastian sam go zamykał co noc, dla jego dobra.

Jednak pchnął drzwi i wyjrzał na zewnątrz. Cienki półksiężyc świecił nad targanymi wiatrem krzewami i drzewami. Ale przy bezchmurnym niebie wystarczyło światła, żeby stwierdzić, że wokół nie było żywego ducha. Pokręcił głową, to musiała być ledwie żywa ze zmęczenia gospodyni. Zamknął drzwi i włożył sztabę na miejsce, a potem powlókł się z powrotem na górę.

Ledwie usiał w fotelu, kiedy z dołu dobiegł znowu hałas. Tym razem to nie były drzwi, tylko ktoś, kto w nie tłukł pięściami.

– Vane! – krzyczał znajomy głos, przebijając się przez wycie wiatru. – Do diabła, Vane, obudź się!

Walenie w drzwi nie ustawało, podczas gdy Sebastian schodził w dół, tym razem klnąc, na czym świat stoi; kolano paliło go z bólu. Podniósł sztabę i odrzucił ją na bok; przybysz otworzył drzwi i wpadł do środka.

– Gdzie ona jest? – zapytał Benedict Lennox. – Pomóż mi, Vane, a jeśli ją tknąłeś…

– Kogo?

– Samanthę – rzucił Benedict.

Sebastian uniósł brwi.

– Co twoja siostra miałaby tutaj robić? O tej porze? Ma dopiero szesnaście lat…

– Pewnie dlatego uciekła, zachowując się tak głupio! – Benedict zniżył głos. – Vane, jeśli teraz ją oddasz, zabiorę ją do domu bez pytań i kłótni. Nikt jeszcze nie wie, że jej nie ma…

Sebastian zacisnął usta.

– Nie ma jej tutaj.

Benedict spojrzał na niego wściekłym wzrokiem.

– Nie? Powiedziała mi, że cię kocha i że to trwa od lat.

– Dziewczęce zauroczenie – powiedział cicho Sebastian.

– Upartą, impulsywną dziewczynę łatwo można namówić, żeby się związała z…

Urwał, ale Sebastian mógł bez trudu dopowiedzieć resztę: z synem szaleńca, kaleką i człowiekiem wyzutym z majątku.

– Jakie to pochlebne – odezwał się obojętnym głosem. – Nigdy bym się nie domyślił, że mój urok osobisty jest na tyle silny, żeby hrabiowska córka zechciała się ze mną związać, ze zbankrutowanym kuternogą.

W oczach Benedicta błysnęła wściekłość.

– Wiesz, że by z tobą uciekła, gdybyś ją poprosił – warknął.

– Ale nie poprosiłem. – Ta uwaga nie miała znaczenia. Benedict maszerował już korytarzem, otwierając wszystkie drzwi po kolei. Sebastian znosił to w bezsilnym upokorzeniu. Wiedział, że Samantha wyobrażała sobie kiedyś, że jest w nim zakochana, ale to była szczenięca miłość. Jeśli nawet byłoby inaczej, musiała zdawać sobie sprawę, że jej ojciec, hrabia Stratford, nigdy nie pozwoli jej poślubić syna szalonego Michaela Vane’a. Wszyscy o tym wiedzieli. I tak wcześniej zabawne i pochlebne zadurzenie Samanthy stało się kolejnym źródłem udręki, jako że rodzina hrabiego pilnowała, żeby w oczach miejscowej społeczności taki związek był nie do pomyślenia.

A teraz brat Samanthy, niegdyś najbliższy przyjaciel, podejrzewa go, że spiskuje, żeby z nią uciec. Sebastian zwlókł się na dół po schodach i pozostał oparty o słupek poręczy. Benedict przeszukiwał dom bardzo starannie; nieraz tu kiedyś bywał. Praktycznie mieszkał tu w dzieciństwie, uciekając od opresyjnej atmosfery Stratford Court do lasów i wzgórz domu Montrose.

Dawno temu pojawienie się Benedicta w środku nocy wprawiłoby Sebastiana w zachwyt i podniecenie i obaj wymknęliby się do lasu na nocną przygodę.

Ale to było bardzo dawno temu.

Benedict wrócił do holu z jeszcze bardziej ponurą miną.

– Idę na górę.

– Nie jestem w stanie cię powstrzymać – mruknął Sebastian pod nosem. Benedict już wchodził po schodach i tym razem Sebastian poszedł za nim.

Jak można się było spodziewać, na górze Benedict skupił się jeszcze bardziej na poszukiwaniach. Otworzył drzwi na szczycie schodów, zatrzymując się na chwilę na widok buteleczki laudanum na kominku. Spojrzał ukradkiem na Sebastiana, wydając się po raz pierwszy zauważyć nogę w szynie, kule, szlafrok.

– Mógłbyś pomóc mi szukać – powiedział nieco spokojniej.

– Nie ma jej tu – stwierdził Sebastian, wyczerpany kilkakrotnym schodzeniem i wchodzeniem po schodach. – Czy będę jej szukał, czy nie, nie znajdziesz jej.

Benedict zacisnął szczęki, podchodząc do kolejnych drzwi. Przeszedł szybko korytarzem, wszystkie pokoje były puste, nawet schowek na bieliznę. Sprzedano wszystko. Dopiero na samym końcu korytarza Sebastian go zatrzymał.

– To pokój mojego ojca – przypomniał, kiedy Benedict sięgnął ręką do gałki przy drzwiach. – Jest zamknięty na klucz.

Ale nie był. Drzwi uchyliły się na cal pod dotknięciem Benedicta.

Dawny przyjaciel spojrzał na niego. Sebastian był zaszokowany. Sam usunął zamek wewnątrz. Podszedł bliżej, kuśtykając niezgrabnie w pośpiechu. Klucz wisiał na ścianie w zwykłym miejscu – na wypadek pożaru. Sebastian był pewien – całkowicie pewien – że zamknął te drzwi przed paroma godzinami. A jednak otworzyły się, skrzypiąc cicho, kiedy Benedict je pchnął.

W pokoju panowała smolista ciemność. Odkąd Michael Vane próbował się podpalić, w pokoju nie wolno było rozpalać ognia ani zostawiać żadnej lampy. Sebastian, utykając mocno, podszedł do okna i otworzył jedną okiennicę. Benedict sapnął ze zdumienia na widok kraty, przez którą nie przeszłaby nawet ręka, ale Sebastian wpatrywał się w łóżko.

Puste łóżko.

Sebastian chwycił go za płaszcz.

– Dlaczego tu jesteś?

– Żeby… żeby znaleźć siostrę. – Benedict także wydawał się wstrząśnięty.

– Skąd, do diabła, przyszło ci do głowy, że ona jest akurat tutaj?

– Powiedziała, że nic jej nie powstrzyma przed wyjściem za ciebie za mąż.

Sebastian zaklął.

– Gdyby jej ojciec tego nie zrobił, a jestem głęboko przekonany, że tak, to ja bym ją powstrzymał. – Stuknął kulą o podłogę dla ilustracji. – Ale dlaczego myślałeś, że zjawiła się tutaj właśnie dzisiaj?

– Ja… Ona zniknęła – odparł Benedict, do którego zaczęło chyba docierać, jak mało logiki jest w jego rozumowaniu. – Nie mogłem jej znaleźć…

– Nie ma jej tutaj i nigdy nie było. – Sebastian wyszedł z pokoju; kula wbijała mu się w ramię. – A teraz zniknął i mój ojciec. – Wciąż kręciło mu się trochę w głowie od laudanum; niech to diabli, widocznie zapomniał zamknąć drzwi. Ile czasu upłynęło od ucieczki Michaela? Ze względu na zimno i chłód czas miał zasadnicze znaczenie.

Sebastian odwrócił się do schodów. Za plecami słyszał, jak Benedict otwiera ostatnich parę drzwi, prowadzących do kompletnie pustych pokoi. Benedict przyłączył się do niego w holu na dole, kiedy Sebastian wkładał płaszcz i kapelusz.

– Gdzie jeszcze może być? – zapytał, tylko trochę ułagodzony.

– Nie mam pojęcia. To twoja siostra. – Sebastian otworzył drzwi. – Idź do domu, Ben. Pewnie poszła do księgarni po książkę albo do kuchni po ciepłe mleko.

Benedict skrzywił się, naprawdę zmartwiony.

– Sprawdzałem tam. Szukałem wszędzie. Zniknęła, mówię ci. A ty… ona…

Sebastian wzruszył ramionami. Lubił Samanthę – jak brat albo kuzyn. Z urodą, która miała rozkwitnąć, pozycją i bogactwem ojca mogła wyjść dużo lepiej za mąż niż za okulałego żołnierza, którego ojciec zaprzepaścił majątek, wyobrażając sobie, że tego żąda szatan. Sebastian sam powiedział dziewczynie, że nie byłby dobrym mężem; chciał tylko uzmysłowić jej delikatnie, że źle ulokowała swoje uczucia. Musiał siedzieć w domu, żeby opiekować się ojcem, a teraz okazało się, że nawet z tego nie potrafił się wywiązać.

– Dlaczego okna na górze są zakratowane?

– Bo on oszalał – nie słyszałeś? Zagraża sam sobie i trzeba go zamykać na noc.

Benedict zerknął w górę schodów.

– Ale drzwi były otwarte. Może Samantha…

– Przebyła rzekę po ciemku, wdrapała się na wzgórze, znalazła drogę do domu, otworzyła drzwi jego pokoju i odeszła, niezauważona? – dokończył Sebastian za Benedicta. – Na ile to możliwe? I co by jej to dało, tak czy inaczej? – Pokręcił głową, zmagając się z guzikami i przeklinając laudanum, które sprawiło, że tego wieczoru stał się niezręczny – i śpiący.

– Nie – mruknął Benedict. – Wiem, że nawet jeśli myślała… To i tak… – Urwał zmieszany, zanim powiedział to, co obaj wiedzieli.

– Nawet gdyby umarł, to by niczego nie zmieniło? – Sebastian posłał mu twarde spojrzenie. – Lepiej, żebyś wrócił do domu i znalazł siostrę.

Benedict zawahał się, po czym skinął krótko głową. Wyszedł i odwiązał konia. Szybkim, gładkim ruchem, który wywołał u Sebastiana ukłucie niepotrzebnej zazdrości, wskoczył mu na grzbiet.

– Powodzenia – powiedział po chwili milczenia.

– I tobie. – Sebastian skinął głową.

Benedict zniknął w mroku. Dotarcie do domu powinno mu zabrać około godziny. Musiał przejechać przez Richmond i obudzić człowieka obsługującego prom, choć może zapłacił mu za czekanie, kiedy przebywał rzekę w tę stronę. W drodze zdąży zmarznąć na kość – a to świadczyło o tym, jak bardzo się obawiał, że siostra ucieknie z Sebastianem. Kolejny dowód, że ich przyjaźń skończyła się nieodwołalnie.

Sebastian spojrzał tęsknie na ciemne i puste stajnie, żałując, że nie ma konia. Łatwiej byłoby szukać ojca, gdyby musiał zagłębić się w las. Oczywiście, nigdzie by nie pojechał. Uszkodzone kolano zamieniłoby jazdę konną w koszmar, a przez majaki ojca i tak nie mieli żadnych koni. Poszedł obudzić Jonesów; nie potrafił odpowiedzieć na ich pełne niepokoju pytania, w jaki sposób pan Vane wydostał się z domu. Przeszukanie domu i stajni nic nie dało, więc wyruszył do lasu.

Kiedy szedł, utykając, wyboistą ścieżką, ścigało go echo własnych słów. Nawet, gdyby umarł, to by niczego nie zmieniło. To nie było całkiem tak. Gdyby ojciec umarł, Sebastian nie musiałby spać w fotelu, gotów zerwać się w każdej chwili w razie kolejnego napadu szaleństwa Michaela. Nie doznawałby nowych urazów, powstrzymując go przed wyrządzeniem krzywdy komuś innemu. Nie musiałby patrzeć, jak jego rozumny, trzeźwo stąpający po ziemi ojciec staje się cieniem samego siebie – niechlujnym obłąkańcem, który plecie o ścigających go demonach. Sebastian wiedział, że pod wieloma względami śmierć ojca byłaby ulgą dla wszystkich.

Ale dzięki temu nie stałby się bardziej interesującą partią. Samantha z pewnością o tym wiedziała, podobnie jak wszyscy inni. Benedict zastanie ją bezpieczną w domu i poczuje się jak ostatni głupiec, odbywszy niepotrzebną wyprawę do Montrose Hill. Przez chwilę Sebastian zastanowił się, czy dawny przyjaciel przeprosi go za oskarżenia, a potem przestał zawracać tym sobie głowę. To się wydawało mocno wątpliwe, a poza tym, gdyby nie wizyta Benedicta, nie dowiedziałby się o zniknięciu ojca aż do rana. Może powinien podziękować Benedictowi za podejrzenia. Podniósł wyżej latarnię, usiłując odgadnąć, dokąd ojciec mógł się udać.

O świcie pan Jones znalazł Sebastiana i sprowadził go, pół niosąc, do domu, żeby mógł przespać parę godzin. Wraz z panią Jones przeczesali łąkę i zbadali jezioro, co posłało pana Jonesa z powrotem do łóżka z dreszczami i katarem.

Następnego dnia przyszły dwa listy. Jeden od Benedicta – z przeprosinami. Samantha istotnie siedziała bezpiecznie w domu. Drugi napisała Samantha, prosząc usilnie, żeby się z nią zobaczył. Przypuszczał, że Benedict powiedział jej, co się stało, i ona także chciała przeprosić. Miał nadzieję, że to wszystko, co miała mu do powiedzenia; im szybciej skieruje swoje uczucia gdzie indziej, tym lepiej dla wszystkich. Sebastian wrzucił oba listy w ogień.

Ale po Michaelu Vanie wszelki słuch zaginął. I zamiast przynieść ulgę, zniknięcie ojca znacząco pogorszyło sytuację.

1

1822 Richmond nad Tamizą

Cóż, moja droga, co o tym sądzisz?

Thomas Weston stał na środku głównego holu rezydencji Hart, rozkładając szeroko ramiona i uśmiechając się promiennie.

– Co jest złego z domem w Londynie? – zapytała jego żona, patrząc ponurym wzrokiem na widoczne w świetle słońca, wpadające przez otwarte drzwi i wysokie okna drobinki kurzu. Agent nieruchomości, który ich tutaj sprowadził, żeby obejrzeli dom, czekał dyskretnie na zewnątrz.

– Londyn to Londyn. Posiadłość wiejska dodaje człowiekowi powagi i czyni go dżentelmenem.

– A także nadszarpuje jego majątek i skłania do jeszcze większych wydatków, żeby odnowić i rozbudować dom, i urządzać przyjęcia. – Żona odchyliła głowę do tyłu. – Ten gips już pęka. W ciągu roku staniesz się biedakiem, naprawiając wszystko w tym domu.

– Trochę popękanego gipsu! – parsknął. – Dom jest w dobrym stanie, pani Weston! Jest o dzień drogi od Londynu, więc możesz jeździć tam i z powrotem, jeśli tylko masz ochotę. Nie rozstaniesz się ze swoimi krawcowymi, modystkami, fatałaszkami, na które zdajesz się lekką ręką wydawać moje pieniądze.

– Nowy czepek to nic wobec kosztu nowego domu – odparła cierpko. – Nie mówiąc o urządzeniu ogrodów, umeblowaniu i służbie.

Położył ręce na biodrach i westchnął.

– Pomyśl tylko o przyjęciach, jakie możesz tu wydawać w najświetniejszych sukniach z Bond Street – przemawiał słodkim głosem. – Pani Weston z Hart House! To będzie bez wątpienia najbardziej pożądane zaproszenie w Richmond. I pomyśl o dziewczętach – wyobraź sobie, jak zstępują po tych schodach, także we wspaniałych, nowych sukniach, tańczą z dżentelmenami z sąsiedztwa i zawierają przyjaźnie z córkami arystokracji. – Objął ją i pociągnął na środek holu. – Wyobraź sobie, jak tu stoimy, ty i ja, witając naszych szlachetnie urodzonych gości. Panie, pani. – Skłonił się fantazyjnie przed parą wyimaginowanych gości. – Jakiż to zaszczyt, że odwiedziliście nas w naszym skromnym domu. Czy mogę przedstawić moją żonę? – Podniósł jej dłoń do pocałunku, patrząc na nią z ukosa, z nadzieją. Pani Weston odęła usta, usiłując się nie uśmiechnąć. Zachęcony, ciągnął: – Cóż, tak, mój lordzie, to najpiękniejsza dama w całym Surrey i najwdzięczniejsza gospodyni. W istocie, lady, jej suknię uszyto według najmodniejszych wzorów; jestem pewien, że z radością poleci ci swoją krawcową.

Pani Weston przewróciła oczami, słuchając mężowskich wygłupów.

Na szczycie kręconych schodów Penelope Weston nachyliła się do siostry. Przyglądały się rodzicom, zwiedziwszy najpierw pokoje na górze.

– Mocno przesadza, nie sądzisz?

– Poczekaj – szepnęła Abigail. – Wiesz, co teraz nastąpi.

Jakby ją słyszał, ojciec położył jedną rękę na sercu.

– Musicie poznać nasze córki! Dwie najpiękniejsze, najsłodsze panny na świecie, równie piękne jak ich matka. Czy tak? Macie nieżonatego syna i dziedzica? Dżentelmena, który szuka żony? Żony pochodzącej z szacownej rodziny, posiadającej dobra w Londynie i Richmond?

– No, proszę – powiedziała Abigail z drwiącym uśmiechem. Penelope parsknęła cicho.

– Przestań, Thomasie! – Pani Weston wybuchła w końcu śmiechem, uderzając go lekko po ramieniu. – To zabawne, jakby kupno domu gwarantowało zamążpójście jednej – czy obu! – naszych córek!

– Cóż, na pewno nie zaszkodzi, nieprawdaż? – Uśmiechnął się triumfalnie. – No, Klaro, co o tym sądzisz? To piękny dom, prawda?

– Tak, bardzo piękny – przyznała. – Aż zanadto. Musi być niebotycznie drogi, a poza tym, ile czasu zamierzasz spędzać tu, w tej dziczy?

– Dziczy! – Podniósł rękę. – To mniej niż dziesięć mil od Londynu.

– Osiedliśmy w mieście – ciągnęła. – Jest nam wygodnie. Nie wiesz, jakie to poważne przedsięwzięcie spakować się i przeprowadzić nawet o marne dziesięć mil.

– Ale kiedy osiedlimy się tutaj, to wszystko wyda się drobiazgiem. Możemy podróżować rzeką. Kupię ci barkę z dziesięcioma Egipcjanami, którzy będą cię wozić tam i z powrotem, jak współczesną Kleopatrę. – Przysunął się bliżej. – Co cię może przekonać, kochana?

Spojrzała na niego surowo.

– Wiesz, że nie prosisz o moją aprobatę. Spodziewam się, że już go kupiłeś, czyż nie?

– Ale i tak pragnę, żebyś była zadowolona – odparł, nie próbując zaprzeczyć.

Na górze schodów Abigail stłumiła śmiech. Jakie to podobne do ojca. A więc to będzie ich wiejski dom. Rozejrzała się wokół, na nowo skupiona. Mama złagodnieje, kiedy przyjdzie do kupowania dywanów i mebli, o ile papa nie zdoła jej przekabacić jeszcze wcześniej. Zwykle mu się udawało.

– Pójdę wybrać dla siebie pokój – szepnęła Penelope. – Tak daleko od mamy, jak się da. – Zniknęła, udając się w stronę sypialń.

Abigail zeszła po schodach, mijając rodziców – matka wciąż udawała oburzoną, a ojciec zagadywał ją pieszczotliwie – i wyszła na żwirowy podjazd. Dom nie był ogromny, ale proporcjonalny i piękny. Otaczająca dom zachwycająca przyroda tchnęła spokojem, a powietrze było czystsze niż w mieście. Tak, mama da się przekonać. W ciągu roku polubi go z pewnością bardziej niż ich dom na Grosvenor Square.

Jej brat, James, wyszedł zza rogu. Widocznie oglądał stajnie.

– Co o tym myślisz, Abby?

– Papa już go kupił.

Pokiwał głową, mrużąc oczy w słońcu.

– Wiem.

– Co?! – zawołała. – Powiedział tobie, ale nie mamie?

Uśmiechnął się lekko.

– Kupując dom, zanim jej go pokazał, miał pewność, że ją przekona, prawda?

– To oszustwo!

– W miłości wszystko dozwolone, jak przypuszczam. – James się roześmiał. – Papa od pewnego czasu myślał o kupnie domu na wsi, a ten jest dobry; potrzebuje tylko odnowienia i paru drobnych unowocześnień. Otoczenie jest wymarzone, jak mama sama przyzna, kiedy zacznie planować pikniki i wycieczki łodzią. A cena okazała się rozsądna.

Abigail pokręciła głową.

– Teraz opowiada mamie, że Pen i ja poznamy utytułowanych dżentelmenów dzięki temu domowi.

– Wcale w to nie wątpię. Siedziba hrabiego Stratford znajduje się niedaleko, a oprócz niej dziesiątki willi i małych posiadłości, gdzie arystokracja przyjeżdża zażywać świeżego powietrza.

– Hrabia Stratford! – parsknęła Abigail. – Teraz ty fantazjujesz, jak papa.

– Nie powiedziałem, że któryś z nich się z tobą ożeni – zauważył James. – Tylko że możecie ich poznać – grubych, chorych na podagrę, zdziecinniałych ze starości czy rozpustnych, jacykolwiek by byli. Poza tym lord Stratford jest w wieku papy i już się ożenił. Ma syna, ale myślę, że jest gdzieś daleko, w wojsku. Ty i Pen nie macie szczęścia, jeśli o to chodzi; może markiz Dorre, właściciel Penton Lodge koło Kew, przyprowadzi swoich synów. Chociaż słyszałem pogłoski, że średniego należy omijać z daleka.

– Skąd to wszystko wiesz?

Wzruszył ramionami.

– Po prostu słucham uważnie. A ty nie?

Abigail zagryzła wargi. Zwracała uwagę na plotki dotyczące dżentelmenów, utytułowanych czy nie. A jednak nie wiedziała nic o średnim synu lorda Dorre; co takiego zrobił, że ludzie powinni go unikać?

– A może ty spotkasz młodą damę, skoro mamy dom na wsi. Kiedyś będzie do ciebie należał, a to może zwabić panny.

Usta Jamesa drgnęły lekko.

– Nie wiesz, że jestem beznadziejny? Penelope sama mi to powiedziała.

– Nie, powiedziała, że jesteś nudny i bez wyobraźni, a nikt nie chce wyjść za mąż za nudziarza. – Abigail się uśmiechnęła. – Jak dla mnie, bardziej prawdopodobne, że ożenisz się z arystokratką, niż to, że jakiś wicehrabia czy hrabia zjawi się znikąd, żeby poprosić o rękę moją czy Pen.

– Nie stawiaj na to swojego kieszonkowego – odparł krótko.

Roześmiała się.

– Wierz mi, nie zrobię tego. Czyż nie nauczyłam się przez te wszystkie lata, że zwykle ty wygrywasz? – Oboje przeszli ubitą dróżką do dobrze utrzymanego trawnika nad rzeką. Dom wznosił się na szczycie łagodnego zbocza prowadzącego na brzeg i pewnie można było stamtąd dopłynąć łódką do samego serca Londynu. Nawet jeśli mamie tu się nie spodoba, Abigail czuła, że ona sama polubi to miejsce.

Jednak rozumowanie jej ojca wydawało się niezbyt mądre.

– Muszą zdawać sobie sprawę, że to mało prawdopodobne… – szepnęła. Brat posłał jej nieodgadnione spojrzenie. Abigail machnęła ręką. – Żeby któreś z nas weszło do rodziny arystokratów. Patrzą na nas z góry, jak na nuworyszy, wzbogaconych na handlu.

– Arystokraci – powiedział James, wpatrując się w iskrzącą wodę rzeki – żenili się z aktorkami. Kochankami. Amerykankami. Jakiś lord poślubił zapewne pomywaczkę. Przekonanie, że ładna dziewczyna z przyjemnym posagiem może poślubić takowego, nie wydaje się dziwactwem. Nie robią ceregieli, kiedy chodzi o duże pieniądze.

– Może poślubić – odparła, akcentując silnie pierwsze słowo. – Ale niekoniecznie poślubi. A co, jeśli nie spodoba mi się ten, który raczy się mną zainteresować? Mama wybrała syna skromnego prawnika i wydaje się całkiem szczęśliwa. Może mnie jest przeznaczone zostać żoną rzeźnika.

– Małżeństwo twojej przyjaciółki dało jej wielkie nadzieje. – Zerknął na nią z ukosa. – Nie mówiąc już o nadziejach papy.

Abigail się skrzywiła. Jej najdroższa przyjaciółka, Joan Bennet, którą londyńscy dżentelmeni ignorowali tak samo jak Abigail i Penelope, poślubiła ostatnio jednego z najbardziej pożądanych kawalerów w stolicy, wicehrabiego Burke. To zdumiało wszystkich – włącznie z Joan, jeśli można jej wierzyć. Państwo Weston istotnie ogromnie ucieszyli się tą nowiną.

– Pamiętasz, że się na to zupełnie nie zanosiło – przypomniała bratu. – Ona go nie znosiła, a on ją dręczył.

– Dręczył? – James uniósł brwi. – Pamiętam straszliwe opowieści o tym, jak z nią tańczył, a nawet mrożącą krew w żyłach opowieść o tym, jak zabrał ją na przejażdżkę balonem. Droga siostro, jeśli jakiś bogaty, nieżonaty wicehrabia zacznie się nad tobą w ten sposób znęcać, daj mi znać natychmiast. Natychmiast postawię całą swoją fortunę na to, że w ciągu roku wyjdziesz za niego za mąż.

– Przestań. – Abigail zmarszczyła brwi. – Oczywiście, że przestał ją prześladować. Ale tak czy inaczej, ojciec Joan jest baronetem; jej wuj hrabią Doncaster. Ma koligacje, a my nie.

– Nie trać ducha, Abby. – Posłał jej jeden ze swoich rzadkich, kpiących uśmiechów. – Twój rzeźnik z pewnością pokocha cię całym sercem.

– Tak będzie lepiej dla niego – odparła, po czym parsknęła niepowstrzymanym śmiechem. Brat śmiał się razem z nią.

– Co was tak bawi? – Penelope przyłączyła się do nich z nieco ponurą miną. – Jamie, wiedziałeś, że ojciec już kupił ten dom?

– Tak.

Skrzywiła się gniewnie.

– I nic nam nie powiedziałeś! Jesteś bezużyteczny jako źródło plotek.

– Umiejętność trzymania języka za zębami bardzo się przydaje. Mogłabyś sama czasem spróbować.

– A co to za przyjemność? – oburzyła się Penelope. Spojrzała na Abigail. – Ten dom ma jedną zasadniczą wadę i sądzę, że wiesz, co mam na myśli.

– Ach. – Abigail zerknęła szybko na brata, a ten wzruszył ramionami.

– Wiesz – powtórzyła Penelope znacząco. – W Richmond jesteśmy daleko od sklepów Londynu.

– Wiesz, tutaj też są sklepy – zauważył James.

– Ale nie te właściwe sklepy – odparła, nie patrząc na niego. Wydawała się wiercić dziurę w Abigail lśniącymi, błękitnymi oczami. – Skąd weźmiemy właściwy balsam, róż, pomadę do włosów? Będziemy wyglądać jak druidzi z wrzosowisk.

– Kup zapas w Londynie i przywieź – poradził brat. – Odrobina planowania rozwiąże prawie każdy problem.

Penelope zazgrzytała zębami, wciąż wpatrując się uporczywie w Abigail.

– Mogą nam się skończyć. A jeśli utyję, bo rzadziej będziemy chodzić na bale? Przyda mi się nowy gorset z większą liczbą wstawek pod biustem, wiesz, taki, co trzyma każdą stronę osobno…

– Żałuję, że nie potrafiłem zrozumieć twojego cierpienia – powiedział pośpiesznie James. – Lepiej poproś mamę o radę. – Mówiąc to, już się wycofywał, a po chwili zniknął w domu.

– Biedny Jamie – powiedziała rozbawiona Abigail. – Jak on się ożeni, jeśli sama wzmianka o gorsecie powoduje, że robi się zielony?

– Jak on się ożeni, skoro potrafi gadać tylko o koniach i pieniądzach? – Penelope machnęła lekceważąco ręką. – Wiesz, o co mi chodziło, prawda?

– Chyba tak. – Abigail odwróciła się i odeszła trochę dalej od domu. Kto wie, kiedy rodzice wyjdą, żeby podziwiać widoki? Matka wydawała się niekiedy posiadać nadzwyczajne zdolności słyszenia na odległość, a Abigail, w przeciwieństwie do Penelope, miała dość rozsądku, żeby nie wystawiać ich na próbę. Penelope poszła za nią.

– Jak tu zdobędziemy nowe wydania Pięćdziesięciu twarzy grzechu? Tygodniami szukałyśmy odpowiedniej księgarni, zanim znalazłyśmy tę na Madox Street. Z tego, co wiemy, nikt w Richmond tego nie sprzedaje.

– Może w ogóle nie powinnyśmy tego szukać. – Abigail spojrzała na siostrę surowo. – Wiesz, że z tego powodu nadal jesteś na czarnej liście u mamy. Rozpytywanie w każdej księgarni w Richmond tylko pogorszy sprawę.

Pięćdziesiąt twarzy grzechu było jednym z najbardziej osławionych pamfletów w Londynie. Każde wydanie zawierało drobiazgowy, pełen pikantnych szczegółów opis miłosnego spotkania autorki z jakimś znanym, znakomitym dżentelmenem. Autorka, nazywająca siebie lady Constance, ukrywała nazwiska kochanków, ale opisywała ich na tyle dokładnie, że wszyscy gorączkowo starali się odkryć ich tożsamość. Podobnie jak tożsamość lady Constance. Pamflety były pilnie poszukiwane. Erotyczny charakter tych opowiadań powodował, że musiano je sprzedawać dyskretnie; trzeba było wiedzieć, u jakich sprzedawców się dowiadywać, a ponieważ wydawano je nieregularnie, należało trafić na odpowiedni moment, bo inaczej były już wyprzedane. Nikt nie był równie żarliwą wielbicielką pamfletów jak Penelope, ale Abigail zaangażowała się niemal równie mocno.

Razem z przyjaciółką, Joan Bennet – obecnie wicehrabiną Burke – analizowały drobiazgowo każde wydanie. Pięćdziesiąt twarzy grzechu stanowiło bezcenne źródło edukacji na tematy normalnie niedostępne dla młodych dam. Urok zakazanego owocu sprowadził jednak zgubę na Penelope. Chcąc koniecznie przeczytać jeden z pamfletów, została schwytana przez matkę i teraz znajdowała się pod ścisłą obserwacją. Jak dotąd, Abigail udało się tego uniknąć i chciała, żeby tak zostało.

Penelope skrzywiła się, zniechęcona.

– Wiem! A niech to, do wszystkich diabłów. Musiałaś oddać wszystkie egzemplarze Joan? – Kiedy przyjaciółka wychodziła ostatnio za mąż, na fali ledwo uciszonego skandalu, uznały, że jej będą bardziej potrzebne, i dały jej wszystkie kopie, jakie zdołały znaleźć. Mając własnego męża, Joan mogła sprawdzić niektóre z co bardziej nieprawdopodobnych opisów i – zakładając, że jest rzeczywiście dobrą przyjaciółką – złożyć sprawozdanie co do ich prawdziwości. Problem polegał na tym, że mąż zabrał ją do rodzinnej posiadłości na wsi i pamflety pojechały razem z nią. Tak w każdym razie przypuszczała Abigail; gdyby ona miała przystojnego męża, z pewnością zabrałaby wszystko, żeby szukać pożytecznych wskazówek i instrukcji.

– Zgodziłaś się na to – przypomniała siostrze.

– Wiem! – Penelope ścisnęła dłońmi skronie. – Myślałam, że dotąd pojawi się jedno wydanie albo dwa czy trzy. Jak może być miesiąc bez nawet jednego?

– Może lady Constance też spędza lato na wsi.

– Nie mów tak! – Penelope tupnęła nogą o ziemię, aż jakiś kamyczek podskoczył parę razy, lądując na trawie. – Papa już postanowił, że wydamy bal. Zamierza wywrzeć na wszystkich w Richmond piorunujące wrażenie od samego początku.

– Już? – To zainteresowało Abigail. – Nawet się nie zdążyliśmy wprowadzić do domu. Kiedy chce go urządzić?

– Za dwa tygodnie. Akurat tyle czasu, żeby mama zdążyła zamówić nową suknię – powiedziała Penelope, naśladując głos ojca. – Mógł nas zapytać! Joan nie będzie, nie będziemy znały żywej duszy na sali, a papa spodziewa się, że tłum arystokratów pojawi się, jak za sprawą magii, błagając nas o każdy taniec wieczoru. – Tonem dawała do zrozumienia, jak mało prawdopodobne jej się to wydaje.

– Będziemy musiały poradzić sobie najlepiej, jak się da – stwierdziła sucho Abigail.

Siostra tylko się skrzywiła.

– Może zmiana wyjdzie nam na dobre. W Londynie spotykałyśmy mnóstwo dżentelmenów, ale nic z tego wynikło. Może w Richmond jest więcej mężczyzn z dobrym gustem i poczuciem humoru, a mniej wyniosłych i protekcjonalnych.

– Może! – przyznała Penelope niechętnie. – Ale tu jest tak spokojnie. Jak ktoś interesujący może mieć ochotę spędzać tutaj czas?

– To jedno lato! – Abigail się roześmiała. – A ty mówisz o tym, jakby to było wieczne wygnanie. Będę z ciebie kpić bezlitośnie, jeśli okaże się, że tutaj spotkasz mężczyznę swoich marzeń.

– Mocno w to wątpię. Możesz sobie mieć dżentelmenów rolników i obywateli ziemskich. – Penelope trąciła ją lekko łokciem w ramię. – Ja poczekam na tajemniczego, podniecającego mężczyznę z miasta, który będzie ranić i zabijać, żeby móc spędzić ze mną choć jedną noc.

– To byłby bardzo krótkotrwały mariaż – zauważyła Abigail. – Nie mówiąc już o tym, co by mama na ten temat powiedziała. – Wiedziała, że Penelope wpadała w dziką wściekłość na myśl o matczynej kontroli.

Siostra westchnęła rozgłośnie.

– Mama! Jakbym miała szansę choćby na tajemny pocałunek, podczas gdy ona wszędzie za mną chodzi! – Abby, musisz mi pomóc; przysięgam, że inaczej zwariuję. Będę ci winna ogromną przysługę, jeśli obiecasz.

Zastanowiła się. Nie było lepszej konspiratorki niż Penelope. Jakaś przysługa z jej strony mogła się w przyszłości przydać. Poza tym sądziła, że wie, czego chce Penelope, a to jej także odpowiadało.

– Doskonale. Pomogę ci wytropić wszelkie wydania Pięćdziesięciu twarzy grzechu, jakie dotarły tutaj z Londynu.

– Dziękuję! – Penelope chwyciła ją za rękę, ściskając niemal boleśnie. – Błogosławię cię, Abby!

– Ale w zamian za to nie możesz mnie zamęczyć z tego powodu na śmierć. – Wyzwoliła się z gorączkowego uścisku siostry. – Mówię poważnie, Pen. Spróbuję coś znaleźć, ale jeśli będziesz mnie…

– Ani trochę! – Siostra wyglądała na urażoną. – Tylko pomogę.

Abigail już przedtem znosiła pomoc Penelope. Podniosła rękę.

– Tylko, jeśli o to poproszę. Inaczej musisz zachować spokój.

Penelope podniosła oczy do nieba.

– Świetnie.

– I jeszcze jedno… – Spojrzała surowo na siostrę. – Ja czytam pierwsza.

2

Mama tym razem musiała być bardziej oporna na perswazję papy, bo kiedy Westonowie zjawili się w Hart House tydzień później z bagażami, w jej nowej garderobie czekała na nią niespodzianka. Abigail i Penelope przybiegły natychmiast, słysząc krzyk matki, a kiedy wpadły do pokoju, przekonały się, że matka krzyczy z zachwytu. Pani Weston tuliła do policzka wiercącą się kulę czarno-brązowego futra. Sądząc po maleńkim, różowym języczku, który wysuwał się gorączkowo w kierunku jej twarzy, dziewczęta wywnioskowały, w jaki sposób ojciec postanowił przekabacić żonę na swoją stronę.

– Czy nie jest słodki? – zawołała matka, podnosząc szczeniaka do góry. Był maleńki, dawało się go z łatwością podnieść jedną ręką. Penelope sapnęła z podniecenia i podbiegła, żeby mu się przyjrzeć.

– Dama w wiejskim majątku potrzebuje psa – odezwał się papa z drugiego końca pokoju. Stał w drzwiach sąsiedniej sypialni i wydawał się bardzo z siebie zadowolony.

– Och, Thomasie, nie należało tego robić – powtórzyła żona, zaprzeczając własnym słowom promiennym uśmiechem. – Co za słodkie stworzonko!

– Mam nadzieję, że patrząc, jak baraszkuje na trawniku, polubisz Hart House. – Papa mrugnął okiem.

– Straszliwy z ciebie manipulator, Thomasie Weston. – Mama pozwoliła szczeniaczkowi polizać się jeszcze raz po twarzy, zanim wręczyła go Penelope, która zaczęła się nad nim rozczulać tak samo jak przedtem matka. – Ale dziękuję ci z całego serca. – Przeszła przez pokój i pocałowała go w policzek.

– Choć raz! – Papa wzniósł ręce do góry w geście udawanej rozpaczy. – Gdybym wiedział, że mały łowca robaków skradnie ci serce, dałbym ci go lata temu.

– Łowca robaków! O, nie. – Matka wróciła do swojego pupilka, żeby pogłaskać go po uszkach.

– Jest na to za śliczny! – dodała Penelope, śmiejąc się, kiedy piesek usiłował zjeść wstążkę przy jej sukience.

Papa tylko pokręcił głową.

– Jak go nazwiesz, kochanie?

– Milo – odparła pani Weston, patrząc z miłością na nowe dziecko.

Milo szybko stał się centrum życia w Hart House, na dobre i na złe. Pani Weston zabierała go ze sobą wszędzie, ale, sprytny jak mała wydra, wykorzystywał każdą chwilę nieuwagi, żeby zniknąć w jakiejś ciemnej szafie. Częściej niż raz dziennie podnosił się krzyk, żeby znaleźć Milo. Po pierwszych, gorączkowych poszukiwaniach pan Weston oznajmił, że psiak musi poznać dom i odtąd nie kiwnął palcem, żeby go odnaleźć. James, jak się wydaje, nagle tracił słuch, kiedy padało imię Milo. Penelope rozpieszczała pieska niemal tak samo jak matka, ale tak się jakoś składało, że nigdy nie było jej w pobliżu, kiedy się znowu zgubił. Abigail, jak zwykle, niezawodnie dawała się wciągnąć w poszukiwania, ulegając prośbom matki. Szczeniak był słodki, ale jej zdaniem sprawiał także wiele kłopotu.

Te kłopoty dały o sobie znać w noc balu. Papa zaplanował go na tydzień po wprowadzeniu się do Hart House, zostawiając szokująco mało czasu na przygotowania. Mamie udało się tego, jak zwykle, dokonać, ale wielkim kosztem domowego spokoju i harmonii. I, rzecz jasna, Milo zniknął w zamieszaniu.

– Gdzie on się podział? – biadoliła pani Weston, spotkawszy starszą córkę w głównym holu, obecnie przystrojonym zielenią i jedwabnymi wstążkami. – Kazałam Marie zamknąć go w moim pokoju, ale pozwoliła mu wyjść. Nie widziałaś go, Abigail?

– Nie, tylko po południu.

– Och, Boże. – Mama podniosła rękę do ust. – Mam nadzieję, że nie wydostał się na zewnątrz. Jest taki maleńki, koń mógłby go stratować albo powóz przejechać.

– Rozejrzę się – zaoferowała Abigail. – Jestem już ubrana, a ty masz inne rzeczy na głowie. – Jak, na przykład, udobruchanie nadąsanej Penelope; Abigail nie chciała brać w tym udziału. Miała dość humorów siostry, a dzisiaj z jakiegoś powodu Penelope była w szczególnie złym nastroju.

– Dziękuję, kochana. – Mama ścisnęła jej rękę z wdzięcznością. – Tylko nie odchodź za daleko. Jeśli go nie będzie koło domu, wyślę Jamesa, skoro odmawia udziału w balu – dokończyła ponuro. – Co ja takiego zrobiłam, żeby zasłużyć na takich mężczyzn w moim życiu… – Pokręciła głową, robiąc gniewną minę.

– Nie odejdę – obiecała Abigail. – Na pewno jest gdzieś w pobliżu; ma za krótkie łapki, żeby gdzieś dalej odbiec.

Matka uśmiechnęła się i, podniósłszy ręce do góry, odeszła pospiesznie. Abigail wyszła na dwór. Służba krzątała się, przygotowując wszystko na przyjście gości, i niejedne drzwi pozostawiono otwarte. Mały piesek mógł z łatwością wymknąć się niezauważony.

Szła żwirową ścieżką, rozglądając się uważnie i wołając szczeniaka. Na dworze było cudownie – cicho, chłodno i nie musiała słuchać narzekania Penelope. W ciągu tygodnia Penelope sporządziła długą listę rzeczy, które jej się nie podobały: nawoływania wioślarzy na rzece, brak sklepów w pobliżu, sposób, w jaki skrzypiały drzwi jej sypialni. Ale dla Abigail najgorsze, jeśli chodzi o życie w Richmond, było właśnie narzekanie siostry; poza tym uważała, że papa dokonał doskonałego wyboru. Lubiła miejski zamęt i aktywne życie w Londynie, ale tutaj panował spokój, jaki gdzie indziej trudno było znaleźć. Powietrze także się różniło od miejskiego, cieplejsze i łagodniejsze bez miejskich zapachów, i to zanim trafiło się na kwitnące krzewy i drzewa. A tutaj pachniało po prostu bosko; okolica Hart House stała się jej nowym, ulubionym miejscem na ziemi. Bez wahania skręciła dróżką i wciągnęła głęboko powietrze. Hart House bardzo jej odpowiadał.

Dotarła do końca słodko pachnącej ścieżki i zatrzymała się, żeby się rozejrzeć.

– Milo! – zawołała znowu. – Gdzie jesteś, niemądry piesku?

W krzakach przed nią rozległ się jakiś szelest. Ruszyła w tamtą stronę, pogwizdując.

– Chodź, Milo. Pani martwi się o ciebie.

Milo posłusznie wyszedł z krzaków na ścieżkę, machając ogonkiem i podnosząc wysoko łepek. Ku przerażeniu Abigail trzymał coś w pyszczku – coś, co ruszało się gwałtownie.

– Milo! – sapnęła. – Odłóż to!

Milo podskoczył, jego oczka błyszczały wesoło. Och, nie, uznał, że to zabawa.

– Milo! – powiedziała surowym tonem. – Puść tego królika! – To coś zdecydowanie wyglądało na małego królika, który usiłuje się wydostać spomiędzy jego zębów. Przewróciło jej się w żołądku na myśl, że będzie musiała zanieść umazanego króliczą krwią psa do domu.

Potrząsnął łepkiem jakby w odpowiedzi na jej rozkaz, a królik pisnął rozpaczliwie. Abigail zakryła usta dłonią; nie wiedziała, że króliki mogą wydawać takie dźwięki.

Ukucnęła, uważając, żeby nie zabrudzić spódnicy.

– Milo – powiedziała łagodnie, ale stanowczo – chodź tutaj. – Nie miała pojęcia, jak odbierze mu królika, ale wydawało jej się to łatwiejsze, jeśli najpierw złapie psa. – Chodź, maluszku.

Cofnął się, wciąż machając energicznie krótkim ogonkiem. Abigail zacisnęła usta; należało przynieść jakiś smakołyk, żeby go zwabić.

– Chodź! – zawołała znowu, przesuwając się na czubkach palców. – Chodź tu.

W odpowiedzi odwrócił się i odbiegł ze zdobyczą w zębach. Abigail podniosła się i pobiegła za nim.

– Milo, ty mały utrapieńcu, chodź tutaj! – Pobiegł jeszcze szybciej, od czasu do czasu potrząsając łepkiem, po czym skręcił w lewo, w ledwie widoczną, dzikszą dróżkę między drzewami.

Przystanęła, podtrzymując spódnicę jedną ręką. Mama mówiła, żeby nie odchodziła daleko. Nie miała nadziei na odnalezienie małego, brązowego pieska w lesie; w dodatku zapadł zmrok. Najrozsądniej byłoby wrócić do domu i pozwolić matce wysłać Jamesa w pogoń za małym mordercą królików.

– Nie będę cię tam gonić – szepnęła; wciąż słyszała, jak psiak szeleści w zaroślach, chociaż straciła go z oczu. – Nie zaszkodzi ci, jeśli spędzisz jedną noc w lesie. – Nie pomyślała, jaka szkoda może spotkać małych mieszkańców lasu.

Kiedy się jednak odwróciła, rozległ się przenikliwy pisk Mila, a potem głębokie, groźne szczekanie dużo większego psa. Milo pisnął ponownie, z bólem, i zaczął skomleć żałośnie. Abigail odwróciła się, zapominając o irytacji. Mama byłaby zrozpaczona, gdyby szczeniakowi coś się stało.

– Milo! – krzyknęła, zagłębiając się w las. – Gdzie jesteś? – Odsuwała gałęzie i pnącza najlepiej, jak się dało, ale czuła, jak jej włosy wymykają się z upięcia. Owinęła się ciasno spódnicą i weszła jeszcze dalej między drzewa.

– Milo! – Coś słyszała, miała nadzieję, że szczeniaka mamy; miotał się wśród krzewów, skomląc głośno. Jeśli się zaplątał, łatwiej będzie go złapać. A co to za pies szczekał tak głośno… wolała o tym nie myśleć.

Omal się nie przewróciła, kiedy nagle stanęła przed nią wielka, czarna bestia. Podniosła kanciasty łeb z obwisłymi faflami, przyglądając jej się spokojnie, a potem znowu zaszczekała głośno. To brzmiało tak, jakby szczekała na nią bestia z piekła rodem, ale poza tym stworzenie wyglądało na spokojne.

– Nie zwracaj na niego uwagi – odezwał się jakiś głos. – Nie skrzywdzi cię.

Na dźwięk obcego głosu tak blisko o mało nie wyskoczyła ze skóry. Trwało chwilę, zanim udało jej się zauważyć, skąd ten głos dochodzi. Jego brązowy kubrak zlewał się z drzewami; podchodząc do niej, zdjął kapelusz.

– Przestraszył mnie – zdołała wykrztusić.

Usta obcego drgnęły.

– Czasami to robi. Siad – zwrócił się do psa, który usiadł posłusznie. – Czy to twój pies siedzi w paprociach?

– Tak; to znaczy, pies mojej matki – odparła. – Milo. To tylko szczeniak; uciekł i boję się, że ma królika w pysku.

Odwrócił się w stronę, skąd dochodził skowyt.

– Terier?

– Tak. Mały, złotobrązowy.

Skinął głową.

– Wyciągnę go. – Zerknął na jej suknię. – Nie wydajesz się odpowiednio ubrana na spacer po lesie.

Zaczerwieniła się, uświadamiając sobie, że wciąż ściska spódnicę ze wszystkich sił, opasując ją wokół bioder i pokazując nogi prawie do kolan.

– Nie zamierzałam spacerować w lesie. Przeklęty szczeniak uciekł, a ja go goniłam. – Puściła spódnicę, nieco ją wygładzając.

Jego spojrzenie przez chwilę śledziło, jak spódnica opada.

– Wydaje się, że uczestniczysz w bardzo eleganckim przyjęciu. Nie chcę cię zatrzymywać. – Powiesił kapelusz na gałęzi nad głową i skierował się w gąszcz paproci i zwalonych drzew, pogwizdując cicho. Dopiero kiedy musiał przejść przez gałąź drzewa, zauważyła, że używa laski, którą trzymał mocno przyciśniętą do lewego boku.

– Dziękuję, panie! – zawołała Abigail, nieco zawstydzona. Czuła się niezręcznie, stojąc na środku lasu z ogromnym psem naprzeciwko, który nie spuszczał z niej oczu – mimo że ów pies nie poruszał się, odkąd pan kazał mu siedzieć. Nie wiedziała także, jak ma rozumieć słowa nieznajomego. Nie z jego winy spóźniała się na bal rodziców; zawinił Milo i ona sama, a także roztrzepana służąca, Marie, jeśli chodzi o ścisłość. Ciekawa była, kim jest. Jak się wydaje, rodzice zaprosili wszystkich w Richmond i większość osób odpowiedziała na zaproszenie. On widocznie go nie przyjął albo nie mieszkał w Richmond.

Ale dla niej wyciągał Mila z krzaków i za to była mu wdzięczna. Wysilając wzrok, widziała, jak osuwa się na kolana i znika za krzakiem, po paru minutach pojawił się z Milem w ramionach. Powoli wrócił do niej, od czasu do czasu rozgarniając paprocie laską.

– Dziękuję – powtórzyła, kiedy się zbliżył. – Nie mogę wyrazić, jak bardzo nie miałam ochoty sama się tam zagłębiać. – Wyciągnęła ręce po szczeniaka.

Trzymał psiaka za skórę na karku, przyglądając mu się. Milo wił się i popiskiwał, ale zamilkł natychmiast, usłyszawszy krótkie „sza” ze strony mężczyzny.

– Jest brudny. – Znowu omiótł ją spojrzeniem. – Zniszczy ci suknię.

Abigail wydęła wargi. Sierść Mila była cała unurzana w błocie i rzeczywiście zniszczyłaby jej piękną jedwabną suknię.

– Mogę się przebrać.

– Zaniosę go do twojego domu. – Wsadził sobie pieska pod pachę. – Hart House?

– Tak, skąd wiesz? – zdziwiła się Abigail.

Na jego twarzy nie pojawił się nawet cień uśmiechu.

– Nie mogłaś daleko odejść, a Hart House znajduje się najbliżej stąd. Ponadto Hart House kupił ostatnio ktoś, kto ma dwie piękne córki. Przypuszczam, że jesteś jedną z nich.

– Jestem panną Abigail Weston – powiedziała wolno, niepewnie. Czy to był komplement? Czy teraz się przedstawi?

– Tak myślałem. – Sięgnął ręką i zdjął kapelusz z gałęzi, gdzie go wcześniej powiesił.

Miała ochotę zapytać, kim jest; co robi w lesie; nie miał broni na widoku, więc raczej nie wybrał się na polowanie. Wiedziała, że sąsiednia posiadłość dzieli z nimi te lasy, ale była pewna, że wciąż znajduje się w majątku ojca.

– Dlaczego sądziłeś, że jestem panną Weston?

– Plotki. – Wskazał kierunek laską. – Ruszaj, proszę.

– Jeśli masz kawałek sznurka, mogłabym zawiązać go Milowi wokół szyi i zaprowadzić go do domu – powiedziała, podejmując ostatni wysiłek.

– Nie mam. – Nie wydawał się zniecierpliwiony, tylko znudzony, jakby przeszkadzała mu w dopełnieniu jakiegoś obowiązku. Może tak właśnie było; zdecydowanie nie wyglądał na zadowolonego.

Abigail upomniała się w duchu, że ma być uprzejma, i złagodziła ton.

– Dziękuję. Przykro mi, że sprawiam tyle kłopotu.

Patrzył na nią dłuższą chwilę.

– To żaden kłopot, panno Weston. – Jego głos brzmiał jak echo odległego grzmotu. – Czy wyjdziemy z lasu, zanim się ściemni tak, że nic nie będzie widać?

Spojrzała w niebo.

– O, tak! – Ściemniało się, a ona musiała zmienić buty i może suknię, zanim przyłączy się do gości. Papa będzie się złościć, a mama – narzekać i poganiać. Ruszyła przez paprocie, nasłuchując jego kroków za plecami. Szepnął coś do swojego psa, który szedł za nimi, ale poza tym się nie odzywał.