Prawdziwy lekarz zaraz będzie. Rok z życia stażysty - Matt McCarthy - ebook

Prawdziwy lekarz zaraz będzie. Rok z życia stażysty ebook

Matt McCarthy

4,1

33 osoby interesują się tą książką

Opis

Poruszające wspomnienia absolwenta medycyny z burzliwego roku pracy stażysty w szpitalu. Historia stawania się lekarzem, wciągająca czytelnika na oddziały intensywnej opieki, do sal pacjentów i pokoi lekarzy, by pokazać, jaką drogę od niekompetencji do fachowości przebywa każdy początkujący medyk.

Matt McCarthy marzył, że będzie idealnym lekarzem, potrafiącym leczyć i dotrzeć do pacjentów jak mało kto przed nim. Jednak gdy podczas jego pierwszego dyżuru w szpitalu nowo przyjęty pacjent niemal umiera na oddziale intensywnej opieki kardiologicznej, Matt przekonuje się, że nie będzie łatwo… Marzenia o doskonałości szybko ustępują pragnieniu, by po prostu przetrwać w szpitalu, gdzie trudno bez strachu wykorzystać wiedzę wyniesioną ze studiów i ratować życie ciężko chorym pacjentom. Tym bardziej że stażysta będzie prawdziwym lekarzem dopiero za chwilę. Może nawet dłuższą. Wspomnienia McCarthy’ego są zabawne i szczere, pozbawione patosu i zarozumialstwa, a jednocześnie trafnie opisują trudy i paradoksy procesu stawania się lekarzem. Prawdziwym lekarzem.

Książka dla tych, którzy już wiedzą, że będzie bolało, ale jeszcze nie wiedzą, jak bardzo.

„Ta relacja jest tak wciągająca, że w trakcie jej czytania przeszedłem od przyrzeczenia sobie, że nigdy nie pozwolę zbliżyć się do siebie żadnemu stażyście, do zrozumienia, dlaczego proces szkolenia lekarzy wygląda tak, jak wygląda”. ENTERTAINMENT WEEKLY

„Fascynujący opis metamorfozy niepewnego własnych umiejętności stażysty w wykwalifikowanego lekarza”. DISCOVER

„Czysta przyjemność… połączenie rozrywki ze spojrzeniem na nieznany świat”. USA TODAY

„Ten poruszający pamiętnik opisuje burzliwy rok stażu medycznego w Columbia University Medical Center w Nowym Jorku, dwunastomiesięczny maraton, który cechują bardzo szybki proces uczenia się, skrajne emocje oraz chroniczny brak snu. Prawdziwe spojrzenie na to, jak człowiek staje się lekarzem”. BOOKLIST

„Lektura obowiązkowa dla każdego, kto zamierza być lekarzem, albo po prostu wybiera się do lekarza”. Lisa Sanders

„Przezabawna, przerażająca i niezwykle inspirująca. Halucynogenna podróż przez pierwszy rok pracy lekarza, pełna pechowych zakłuć igłą, błędnych diagnoz, znikających pacjentek, życia oraz — co nieuniknione — śmierci. Świetnie napisana i wciągająca do ostatniej chwili jest pozbawionym upiększeń opisem tego, jak powstają te niedoskonałe, lecz bohaterskie istoty ludzkie, które ratują nam życie — choć czasem im się to nie udaje”. Steve Fainaru

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 424

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




TYTUŁ ORYGINAŁU: The Real Doctor Will See You Shortly. A Physician’s First Year

Copyright © 2015 by Matt McCarthy All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone

Published by arrangement with Waxman Literary Agency, New York, and Macadamia Literary Agency, Warsaw.

Copyright © for the Polish edition and translation by Wydawnictwo Bukowy Las Sp. z o.o., 2020

ISBN 978-83-8074-263-5

PROJEKT OKŁADKI: Paweł Cesarz FOTOGRAFIE NA OKŁADCE: National Cancer Institute / Unsplash, Pexels, Unsplash REDAKCJA: Sztuka i Słowo, Daria Demidowicz-Domanasiewicz KOREKTA: Bogusława Otfinowska REDAKCJA TECHNICZNA: Adam Kolenda

WYDAWCA: Wydawnictwo Bukowy Las Sp. z o.o. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki Adres do korespondencji: ul. Sokolnicza 5/21, 53-676 Wrocławwww.bukowylas.pl

WYŁĄCZNY DYSTRYBUTOR: Dressler Dublin Sp. z o.o. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. (+ 48 22) 733 50 31/32 e-mail: [email protected]

Wydarzenia, które opisuje ta książka, są prawdziwe i dotyczą rzeczywistych osób. Jednak w celu zachowania prywatności pacjentów i poufności odnoszących się do nich informacji dokładnie zweryfikowano jej treść, tak by była zgodna z ustawą Health Insurance Portability and Accountability Act (HIPAA). W związku z tym zmieniono pojawiające się w niej nazwiska, daty oraz wiele innych szczegółów umożliwiających identyfikację pierwowzorów postaci. W jednym przypadku stworzono postać z kilku różnych osób.

Prolog

Zaczęło się od skórki banana.

Po ponad dwudziestu miesiącach cichej, spokojnej nauki w bibliotekach, laboratoriach i salach wykładowych Harvard Medical School latem 2006 roku nastąpił wreszcie przełom, jakim jest przejście do szpitalnej praktyki. Na trzecim roku studiów medycznych gwałtownie kończy się zabawa w koła naukowe i zdawanie kolejnych egzaminów. Dręczył mnie niepokój. Lubiłem spać. Nie byłem pewien, czy poradzę sobie z brutalną krytyką. Wiedziałem też, że mam zespół jelita nadwrażliwego.

Najpierw trafiłem na chirurgię na trzymiesięczny cykl – sto dwadzieścia godzin pracy w tygodniu – w Massachusetts General Hospital, mający wyłonić garstkę przyszłych chirurgów w grupie liczącej stu sześćdziesięciu pięciu studentów. Pierwszego dnia przydzielono mnie do zespołu Axela, chirurga na piątym roku rezydentury. Był to zasuszony człowiek ze świdrującymi niebieskofioletowymi oczami i ogromnym jabłkiem Adama sprawiającym, że gdy zaczynał mówić, natychmiast odwracałem wzrok. Bez cienia przesady można go było opisać jako jednego z Nieumarłych; większą część młodości poświęcił na zdobycie wykształcenia chirurgicznego na najwyższym światowym poziomie, ale nie był pewien, czy dobrze na tym wyszedł.

Wkrótce po tym, jak zostałem mu przedstawiony w kafeterii, uniósł skórkę banana, przedarł ją na pół i zapowiedział:

– Nie tkniesz żadnego z moich pacjentów, dopóki tego nie zszyjesz. – Sięgnął do tylnej kieszeni spodni, wręczył mi igłę i nić, a potem mnie spławił. – Rozpracuj to sobie, gdzie chcesz – nakazał. – I przestań zgrzytać zębami.

Na początku nie wiedziałem, co robić; przecież żaden inny student medycyny nie dostał takiego zadania, a ja zbyt słabo znałem miejsce nazywane przez nas Najwspanialszym Szpitalem Ludzkości, żeby znaleźć kogoś, kto mógłby mi pomóc. Uniosłem skórkę ostrożnie, jakby była rannym ptakiem, i zacząłem przemierzać długie korytarze, zaglądając do przypadkowo wybranych pomieszczeń. W końcu wróciłem tam, gdzie rozpocząłem swój dzień – do biblioteki chirurgicznej, w której pracownik administracyjny wręczył naszej kilkunastoosobowej grupce foldery z zarysem stojących przed nami zadań. I nie było tam wzmianki o skórkach bananów.

Rozglądając się po sali obwieszonej portretami osób, których nie znałem, choć powinienem, przypomniałem sobie, co powiedział mi raz pewien poirytowany profesor: „Kiedy pacjent ma atak serca, student Harvardu odruchowo pobiegnie nie do pacjenta, ale do biblioteki, żeby doczytać o bólach klatki piersiowej. Proszę nigdy tak nie robić”. A jednak znalazłem się w otoczeniu książek, a nie pacjentów.

Zdjąłem jedną z nich z półki i przewertowałem stronice. Co robili teraz koledzy z mojej grupy? Uczyli się myć do operacji? Asystowali przy usuwaniu wyrostka robaczkowego? Pęcherzyka żółciowego? Właśnie tego oczekiwałem od tej praktyki: uczestnictwa w prawdziwej chirurgii, a nie bawienia się resztkami jedzenia. Czy wszystko to naprawdę miało czekać do chwili, aż poradzę sobie z tym zadaniem? Z westchnieniem spojrzałem na skórkę.

Pewnie mógłbym ją jakoś pozwiązywać na kokardę, ale przecież nie o to chodziło. Zakładanie szwów obejmuje zestaw konkretnych technik prowadzących do tworzenia węzłów, które pozostawiają bardzo niewielki ślad – takich, jakie są potrzebne do zamknięcia rany. Jednak znalezione przeze mnie instrukcje nie na wiele się zdały. Stronice zapełniały szczegółowe opisy nieprzeniknionych struktur anatomicznych oraz rysunki przedstawiające skomplikowane operacje narządów wewnętrznych – wszystko to było zdecydowanie zbyt zaawansowane jak na moje potrzeby.

Rezultat moich początkowych prób mógłby być idealną podstawą do wytoczenia procesu o błąd w sztuce lekarskiej. W głowie kotłowało mi się od pomysłów: Może zapłacić jakiemuś przepracowanemu rezydentowi, żeby pokazał mi, jak zakładać szwy? Albo wziąć superglue i skleić to diabelstwo? I powiedzieć, że użyłem rozpuszczalnych nici?

Usłyszałem pukanie do drzwi i zamknąłem książkę. Dobiegł mnie głos z korytarza:

– Pomógłby ktoś?

Otworzyłem drzwi i napotkałem wzrok łysiejącego mężczyzny w drucianych okularach. Siedział na wózku inwalidzkim.

– Dzień dobry – powiedziałem, jakbym przyjmował nieproszonego gościa. Uznałem, że to jakiś zagubiony pacjent. Jednak on minął mnie, wjechał do środka i włączył drugi zestaw świateł.

– Jestem Charlie – przedstawił się. – A ty pewnie jesteś…

– Matt. Nowy stażysta.

Twarz mu pojaśniała i zdjął okulary.

– Charlie McCabe – dodał. – Miło mi.

Wzdrygnąłem się na dźwięk tego nazwiska. Gdy McCabe zaczynał rezydenturę w Massachusetts General Hospital w latach siedemdziesiątych, należał do najbardziej obiecujących chirurgów swego pokolenia. Pod koniec kształcenia został przyjęty na program kardio-torakochirurgii w tym szpitalu, ale tuż przed jego ukończeniem zaczął odczuwać mrowienie w rękach. Wkrótce zdiagnozowano u niego stwardnienie rozsiane, co oznaczało, że nie będzie mógł operować. McCabe zaczął prowadzić zajęcia z chirurgii, a teraz kierował praktykami chirurgicznymi w MGH. Kilkakrotnie wybierano go na wykładowcę roku Harvard Medical School, a każdy student znał jego wstrząsający życiorys.

– Jesteś kilka minut za wcześnie – zauważył. – Zamierzałem was wezwać. Omówimy podstawy tych praktyk.

Siadając, rozejrzałem się za miejscem, w którym mógłbym położyć skórkę.

– Szukasz kubła na śmieci? – spytał McCabe, wskazując głową pojemnik stojący w rogu.

– Mój, hm, rezydent dał mi to dzisiaj, żebym…

– Axel i jego obierki. – McCabe szeroko pokręcił głową.

– Tak.

– Spróbuj po swojemu, a jeśli nic z tego nie wyjdzie, to ci pokażę.

– Naprawdę?

– Spróbuj po swojemu.

Przez następne trzy dni o szóstej rano zgłaszałem się do biblioteki chirurgii, gdzie spędzałem kolejne irytujące godziny, pastwiąc się nad coraz ciemniejszą, coraz bardziej sflaczałą skórką banana. Pod koniec trzeciego dnia wpadłem na McCabe’a w pobliżu wejścia do szpitala.

– Udało się? – spytał. Uniosłem sfatygowaną obierkę. Skrzywił się i zakomenderował: – Do mojego gabinetu.

Gdy weszliśmy do jego pokoju, siadłem, a on podał mi leżący na biurku zestaw do zakładania szwów.

– Technika to podstawa – zaczął. – Jesteś prawo- czy leworęczny?

– Lewo.

– Mańkut! – orzekł. – W porządku.

Ostatni raz usłyszałem to określenie na boisku bejsbolowym, kiedy wydawało się, że moje życie potoczy się w zupełnie innym kierunku. Zanim poznałem McCabe’a, spędziłem dwa lata w drużynie bejsbolowej Yale, marząc o karierze zawodowego sportowca. Tydzień po uzyskaniu licencjatu, podczas dwudziestej pierwszej rundy naboru do Major League Baseball 2002 roku, zostałem zwerbowany przez drużynę Anaheim Angels i rozpocząłem grę w drugoligowej drużynie w mieście Provo w stanie Utah.

Jednak szybko stało się jasne, że naszemu bohaterowi nie była pisana kariera zawodowego bejsbolisty. To właśnie podczas tego pełnego przemyśleń lata w drugiej lidze zaakceptowałem słowa wypowiedziane przez moją siostrę na Florydzie, kiedy byliśmy jeszcze dziećmi: należałem do tych bardzo nielicznych sportowców, którym po prostu nie jest do twarzy w bejsbolówce. Zatem krótki, acz pamiętny rozdział mojego życia, który spędziłem w charakterze początkującego bejsbolisty, dobiegł końca, a ja złożyłem papiery na uczelnie medyczne. Harvard przyjął mnie w tym samym miesiącu, gdy zostałem odrzucony przez Angelsów.

McCabe drżącą ręką ustawił moją dłoń nad skórką banana i ocenił krawędzie łupiny. Starałem się tego nie okazać, lecz jego dotyk przyprawił mnie o dreszcz; jego dłoń wydawała się równie delikatna jak skórka banana. Jednak pomimo drżenia poruszał ręką z niezwykłą swobodą. Jego pewność siebie i wprawa nie osłabły. Mogłem sobie wyobrazić, jak dobry musiał być w przeszłości.

– Nie wchodź za głęboko – instruował mnie, odnosząc się do głębokości wkłucia igły. – Ale zrób to pewnie i zdecydowanie.

Założyłem jeden szew, a on pokręcił głową.

– Nie było źle. Ani dobrze. Jeszcze raz.

Wyjąłem igłę i zastanowiłem się nad kolejnym ruchem.

– Myślisz – zauważył. – Nie myśl. Działaj.

Założyłem kolejny szew i skórka się zeszła.

– Doskonale.

Na chwilę przypomniała mi się scena lepienia garnków z filmu Uwierz w ducha. To, co z początku szło niezdarnie, szybko stało się przyjemnym zajęciem. W ciągu kilku minut skórka została zszyta.

– Masz talent – zawyrokował. – Jesteś urodzonym chirurgiem.

Komplement uspokoił mój podrażniony żołądek. Opanowanie tej umiejętności w tak krótkim czasie dało mi pewność siebie, którą przedtem odczuwałem, grając w bejsbol, zanim moja szczytowa forma okazała się niewystarczająca dla pierwszej ligi, a trenerzy nagle zaczęli mi mówić, że jednak nie mam tego czegoś. Oczywiście czekała mnie jeszcze długa nauka, ale pochwała od kogoś takiego jak McCabe pozwalała mi optymistycznie spojrzeć w przyszłość.

Nazajutrz, podczas łykanego przed świtem śniadania z dumą wręczyłem Axelowi wilgotną, sponiewieraną skórkę.

– Bardzo ładnie – ocenił, z gracją unosząc łupinę ponad talerzem z naleśnikami. – Jesteś już prawie gotów.

Napawając się komplementem, pomyślałem o sali operacyjnej i o tym, na co jestem gotów. Oczami wyobraźni widziałem, jak wyciągam kulę z ciała ofiary bezsensownej przemocy, a potem z opanowaniem zszywam ranę.

– Ustalmy podstawowe zasady – wymamrotał Axel, pochłaniając swój posiłek. – Po pierwsze, myjesz się do operacji jako pierwszy. Po drugie, nie odzywasz się niepytany. Po trzecie, codziennie wkładasz czysty mundurek, a w szafce trzymasz koszulę i krawat na dni, kiedy mamy wykład kliniczny.

– Jasne. – Zacząłem pisać na dłoni słowo „krawat”.

– Proszę, nie pisz sobie po rękach.

Wstaliśmy od stołu, a gdy Axel pozbył się tacy i zmaltretowanej skórki banana, z żalem uzmysłowiłem sobie, że trochę się do niej przywiązałem. Gdy szliśmy do sali operacyjnej, położył mi rękę na lewym ramieniu, zatrzymując mnie. Był wysoki, ale żylasty, niezbyt barczysty.

– Dam ci kilka rad, które przekazano mi, kiedy zostałem chirurgiem – oznajmił. – Możesz je uznać za coś w rodzaju podręcznika przetrwania chirurga. – Na moment zamknąłem oczy, dając do zrozumienia, że będę bacznie słuchać. – Jedz, kiedy możesz jeść. Śpij, kiedy możesz spać. Kiedy możesz wyciąć numerek, wycinaj. Tylko nie wytnij trzustki.

*

Po udanym założeniu szwów skórce banana otrzymywałem od Axela mnóstwo coraz bardziej skomplikowanych zadań. Wpuszczano mnie na salę operacyjną, gdzie mogłem pracować na laparoskopie, podczas gdy Axel usuwał chore organy, a wkrótce to ja usuwałem wyrostki robaczkowe albo pęcherzyki żółciowe (ale, rzecz jasna, nie trzustki). Miałem wrażenie, że ze studiami medycznymi jest jak z bejsbolem albo sztuką: uzdolnieni neofici zyskują uwagę nauczycieli i są kierowani tam, gdzie mogą odnieść sukces.

Na oddziale ratunkowym szpitala Massachusetts General nauczyłem się zszywać ludzką skórę. Moimi pierwszymi pacjentami były nieprzytomne ofiary wypadków drogowych, którym należało założyć kilka szwów na ramionach i nogach. Z zachwytem patrzyłem, jak otwarte rany zamykają się za jednym pociągnięciem nici. Potem zacząłem zajmować się przytomnymi pacjentami i już wkrótce zakładałem szwy na twarzy. Moje przerażenie znikało wraz z lękiem, który widziałem w ich oczach. Pierwsza rana szarpana twarzy, jaką zszyłem, została zadana przez tukana, który dziobnął swoją właścicielkę w usta. Axel zwrócił uwagę, że przed założeniem pierwszego szwu najważniejsze jest ustawienie wargi.

– Jeśli granice czerwieni wargowej będą przesunięte – tłumaczył, manipulując ustami kobiety – pacjentka zostanie trwale oszpecona. No, bierz się do roboty.

Wkrótce zszywanie ludzi objawiło mi się jako wymagające kunsztu rzemiosło – albo wręcz sztuka – mogące stać się moim powołaniem. Taki zabieg jest jak płótno, którego wypełnienie wymaga podjęcia mnóstwa pojedynczych decyzji, lecz we wszystkich wypadkach istnieje jeden klucz – właściwe ułożenie krawędzi rany, wybór optymalnego miejsca do założenia pierwszego szwu. Można zauważyć, że nieustanna praktyka czyni z uzdolnionych chirurgów mistrzów, którzy potem żartują o wykonywaniu niektórych operacji przez sen.

Proces naprawiania okaleczonego człowieka głęboko mnie zainteresował. Dzień po dniu przeczesywałem poczekalnię w poszukiwaniu ran i każdej okazji do dalszego doskonalenia umiejętności. Wyczuwałem, że moja rola obiecującego studenta wpływa także na Axela. Sprawiał wrażenie mniej wyczerpanego, mniej zgorzkniałego. Coraz częściej też raczył mnie światłymi radami:

Przed czterdziestką nie zakładaj muszki do pracy, bo będziesz wyglądał jak palant. Chirurdzy urazowi nie umawiają się na wizyty. Nie sraj we własne gniazdo. Nie kupuj motocykla.

Po zakończeniu trzymiesięcznej praktyki Charlie McCabe wezwał mnie do swego gabinetu. Gdy wyjmowałem z kieszeni spodni zestaw do zakładania szwów, żeby móc usiąść, obaj spojrzeliśmy na fragment jego biurka, na którym po raz pierwszy pokazał mi, jak używać igły i nici. Zdjął okulary i niezgrabnie przetarł je chusteczką.

– Nie będę owijał w bawełnę – zaczął. – Masz talent. Rozmawiałem z Axelem, rozmawiałem z kolegami. Widziałem to na własne oczy. – Z trudem zapanowałem nad uśmiechem. – Osobiście uważam, że byłbyś głupcem, gdybyś nie spędził reszty życia na sali operacyjnej. – Zostałem wychowany w katolickiej rodzinie, ale na studiach licencjackich przestałem chodzić do kościoła. Słowa McCabe’a spadły na mnie niczym krople wody święconej. – Jednak nie będę ściemniał – ciągnął. – To ciężki kawałek chleba. Na tym etapie musisz sobie zadać bardzo podstawowe i na pozór proste pytanie: czy możesz sobie wyobrazić, że jesteś szczęśliwy, zajmując się czymś innym niż chirurgia?

Na tym etapie bardzo zależało mi na uszczęśliwieniu Charliego McCabe’a. Jednak siedząc naprzeciwko niego, w wieku dwudziestu sześciu lat, wiedziałem, że mogę odpowiedzieć „tak”. Zaledwie przed kilkoma tygodniami zacząłem rozważać możliwość wybrania zawodu chirurga. Wprawdzie ta praca mi się podobała – było to coś nowego i fascynującego – lecz nie miałem przekonania, że chirurgia jest moim powołaniem. Dawałem sobie radę ze wstawaniem piętnaście po czwartej, ale czy nadal tak będzie, gdy stuknie mi czterdziestka? Albo (ojej!) pięćdziesiątka? Żaden ze znanych mi chirurgów nie wyglądał na szczęśliwego. Ale z drugiej strony, czy ktoś taki w ogóle istnieje?

Axel był kimś, kogo podziwiałem, ale nie kimś, komu zazdrościłem. W kilku podsłuchanych przeze mnie rozmowach telefonicznych raczej rezygnował z planów, niż je układał. Opryskliwe maniery i wory pod oczami dały mi jakieś pojęcie o jego trudnym, stresującym życiu, a ja nie byłem pewien, czy chcę iść w jego ślady.

– Lubię przebywać na sali operacyjnej – powiedziałem z wahaniem. McCabe wykształcił kilku najlepszych chirurgów w kraju. Nie chciałem stracić życiowej szansy, ale nie chciałem też być nieszczery wobec niego czy wobec siebie. Zamierzałem odrzucić jego propozycję. – Będę mógł się z panem skontaktować? – spytałem.

McCabe opuścił wzrok na biurko z uśmiechem, jaki mógłby pojawić się na twarzy faceta, który usłyszał pikantny dowcip w mieszanym towarzystwie.

– Jasne – powiedział łagodnie. – Oczywiście.

Umiejętności nabyte na chirurgii – zakładanie szwów, obsługiwanie laparoskopu, łapanie tętnic do szycia – stały się moimi najlepszymi wspomnieniami ze studiów medycznych. Posiadałem złożone, specjalistyczne przygotowanie, ale dwa tygodnie po ukończeniu Harvard Medical School w czerwcu 2008 stały się one dla mnie bezużyteczne. Właśnie szykowałem się do pierwszego dyżuru na oddziale intensywnej opieki kardiologicznej szpitala klinicznego Columbia University Medical Center.

CZĘŚĆ I

1

Profesor Carl Gladstone obudził się w zachodniej części Manhattanu nad ranem 18 czerwca 2008 roku. Zgodnie ze swoim zwyczajem nastawił kawę i energicznie ruszył pod prysznic. Po przycięciu wąsa i przyjrzeniu się rzedniejącej ciemnej grzywce mógł ponownie zastanowić się nad powracającym pytaniem. Czy – zgodnie z sugestią jednego ze studentów – faktycznie wyglądał jak prezydent Theodore Roosevelt?

Gladstone chwycił teczkę i bejsbolówkę klubu Yankees, a potem wyszedł z mieszkania na Hell’s Kitchen do swego gabinetu. Jadący na północ pociąg dowiózł go do college’u w Westchester County, gdzie od początku kariery akademickiej uczył księgowości. Po sprawdzeniu poczty elektronicznej, wyników jankesów, a być może także spędzeniu kilku chwil na zadręczaniu się tym, co mogło kiedyś doprowadzić go do przejścia na wcześniejszą emeryturę – czyli na wynajdywaniu nowych pytań egzaminacyjnych – wstał, poprawił koszulę i poszedł do pustej sali wykładowej.

Gdy studenci weszli na rozpoczynające się o jedenastej zajęcia, Gladstone zaczął metodycznie pisać kredą po tablicy. Zadowolony z efektów swojej pracy obrócił się, by zlustrować salę. Odchrząknął, chcąc przywołać do porządku szemrzących studentów. Nagle poczuł ukłucie w prawym ramieniu.

Chwilę potem leżał na podłodze.

Studenci błyskawicznie zostawili plecaki i telefony i rzucili się na pomoc; wezwano karetkę i pomimo chwilowego wahania („Czy wypada robić nauczycielowi reanimację metodą usta-usta?”), któryś z młodych ludzi rozpoczął resuscytację. Po kilku niezgrabnych próbach uciskania klatki piersiowej Gladstone odzyskał przytomność równie szybko, jak ją stracił. Wstał, odsunął się od studentów i poprosił ich, by powrócili na miejsca.

Karetka przyjechała w ciągu kilku minut. Po krótkich targach z ratownikami medycznymi Gladstone przyznał, że wciąż odczuwa ból w klatce piersiowej, i zgodził się na przewiezienie do Columbia University Medical Center. Gdy karetka ruszyła, poinformowano personel na ostrym dyżurze o mającym wkrótce nastąpić przywiezieniu pacjenta. Zanim nosze z chorym wjechały na oddział ratunkowy, kardiolog był gotowy na jego przyjęcie.

Pielęgniarki natychmiast przypięły do jego piersi dwanaście elektrod elektrokardiografu, a zespół przeniósł go z noszy karetki na łóżko oddziału ratunkowego. Gladstone nie mógł wiedzieć, jak nietypowy obraz generowało stojące zaledwie kilkadziesiąt centymetrów od jego głowy urządzenie EKG. Kardiolog przejmował przypominający wskazania sejsmografu wydruk na papierze w czerwono-białą kratkę. Widać było na nim szerokie, nieregularne linie, które spłaszczały się na górze zamiast tworzyć ostre szczyty. W tym wypadku rokowania są tak poważne, że objaw ten nazywa się kamieniem nagrobnym. Duża część jego serca nagle i niespodziewanie przestała pracować.

Na widok „kamieni nagrobnych” kardiolodzy poinformowali zespół oddziału ratunkowego, że nie ma czasu na prześwietlenie ani na badanie krwi. Gladstone został natychmiast zawieziony na górę, do pracowni hemodynamiki, pomieszczenia nazywanego przez nas ciemnią, w którym kardiolodzy interwencyjni zabrali się do pracy nad jego wstrząsanym konwulsjami, niewydolnym sercem. Szybko uśpiono łapczywie chwytającego powietrze pacjenta, w jego pachwinie umieszczono rurkę nazywaną cewnikiem, którą następnie wprowadzono do aorty. Lekarz wpuścił przez nią do naczyń krwionośnych serca barwnik, tak zwany kontrast, po czym cały zespół mógł oglądać obraz na płaskim monitorze. Gdy stał się on wyraźniejszy, kilka osób w milczeniu pokiwało głowami. Lewą tętnicę wieńcową pacjenta blokował zator – nieprawidłowość określana mianem owdawiacza. Kardiolodzy szybko ją otworzyli poprzez napompowanie i odpompowanie balonika przyczepionego drucikiem do końcówki cewnika. Czas jest najistotniejszy; przywrócenie przepływu krwi w zablokowanej tętnicy ma kluczowe znaczenie zarówno z perspektywy natychmiastowych, jak i długoterminowych skutków. Obecnie ocenia się szpitale pod kątem czasu, jaki upływa od przywiezienia pacjenta z zawałem mięśnia sercowego na oddział ratunkowy do napompowania balonika w jego zablokowanej tętnicy. Według American Heart Association czas od minięcia drzwi wejściowych do balonikowania nie powinien przekraczać dziewięćdziesięciu minut. W przypadku Carla Gladstone’a cała ta operacja trwała mniej niż pięćdziesiąt minut.

Gdy szef kardiologów interwencyjnych uznał, że procedura zakończyła się sukcesem, wciąż pozostający pod wpływem narkozy Gladstone został umieszczony na kolejnych noszach i przetransportowany na intensywną opiekę kardiologiczną. Ten mieszczący się na piątym piętrze szpitala osiemnastołóżkowy oddział jest przeznaczony dla pacjentów ze schorzeniami układu sercowo-naczyniowego, którzy wymagają ciągłego monitorowania. Doktor Gladstone wyszedł z opresji żywy, ale nie mógł zdawać sobie sprawy, że dotyka go statystycznie bardzo rzadkie nieszczęście, jakim jest dostanie się pod opiekę lekarza mającego za sobą niecały tydzień pracy w zawodzie, lekarza niepotrafiącego jeszcze interpretować subtelnych, lecz mogących zwiastować tragiczne konsekwencje zmian w obrazie klinicznym.

Innymi słowy: trafił na mnie.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Podziękowania

Książka ta powstała dzięki jednej osobie: mojemu redaktorowi Kevinowi Doughtenowi. Dobremu, wspaniałemu facetowi.

Heather, Kochanie, zniosłaś zdecydowanie zbyt wiele chwil, podczas których patrzyłem Ci w oczy, będąc myślami o tysiąc mil od Ciebie, przy przeprowadzonej wcześniej resuscytacji. Jesteś najlepszą osobą, jaką znam, i każdy dzień, który rozpoczynam, budząc się przy Tobie, jest dobrym dniem.

Podziękowania należą się całej mojej rodzinie: mojej mamie Belindzie, dzięki której poznałem Talking Heads, tacie Berniemu, który naprawdę wciąż wierzy, że zostanę dermatologiem; oraz siostrze Megan. Who loves you, baby?

Mam to szczęście, że otacza mnie grupa niezwykle utalentowanych przyjaciół – Rach, Charlie, Ben i John – oraz troskliwych osób, które tak ciężko pracowały nad tą książką: Claire Potter, Lauren Kuhn, Danielle Crabtree, Jessica Miele i Sarah Kwak to tylko niektóre z nich. Dziękuję Scottowi Waxmanowi, wspaniałemu agentowi i przyjacielowi za nieustające wsparcie i zachętę.

Chcę też podziękować osobom pracującym w szpitalu Colombia i sprawiającym, że świat jest lepszym, godniejszym miejscem. Oraz pacjentom, którzy nam zaufali – dziękuję Wam.