Prawdziwa historia Królowej Życia. Dagmara Kaźmierska - Dagmara Kaźmierska - ebook + audiobook

Prawdziwa historia Królowej Życia. Dagmara Kaźmierska audiobook

Kaźmierska Dagmara

4,8

Opis

Królową byłam zawsze. Od wielu lat wiem, jak smakuje sława. W Kotlinie Kłodzkiej znali mnie wszyscy. Nie ma się czym chwalić, kryminał to nie pierwszy rząd w operze.
Ale gdybym udawała, że tego nie było, byłabym hipokrytką. Nie będę opowiadać bzdur, że byłam na wczasach w Ameryce. Nie zamierzam też ronić teraz krokodylich łez. One nie zmażą tego, co było. Zdawałam sobie sprawę, że igram z prawem. Wiedziałam, że prędzej czy później będę musiała za to zapłacić.
Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło – gdyby nie więzienie, nie trafiłabym do telewizji i nie doceniłabym też wielu innych rzeczy, nad którymi się wcześniej
nie pochylałam. Teraz zna mnie cała Polska”.
Jak wyglądało dzieciństwo Królowej Życia, dlaczego nie została na stałe w Niemczech oraz czy miłość wszystko wybacza i jest w stanie pokonać wszelkie przeciwności losu?
O tym w pierwszej części autobiografii niekwestionowanej Królowej – Dagmary Kaźmierskiej.

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 6 godz. 46 min

Lektor: Dagmara Kaźmierska

Oceny
4,8 (16 ocen)
12
4
0
0
0
Sortuj według:
EwelinaSlusarczyk

Nie oderwiesz się od lektury

cudowny głos Dagmary umila słuchanie tej fantastycznej opowieści, to sie w głowie nie mieści co przeżyła
00
Izabela8702

Nie oderwiesz się od lektury

❤️❤️
00
Felunia1981

Nie oderwiesz się od lektury

Uwielbiam oglądać Królowe Życia i bardzo byłam ciekawa książki. Nie żałuję że po nią sięgnęłam.Czyta się super, książka wzruszająca, czasami smutna. Polecam
01

Popularność




Copyright © Dagmara Kaźmierska / Ewa Siedlecka Warszawa 2021
RedakcjaDagmara Kaźmierska / Ewa Siedlecka
Fotografia na okładceRobert Kobyliński
KorektaFirma UKKLW – Małgorzata Ablewska
ŁamanieIzabella i Łukasz Różyńscy
WydawcaES-PR Ewa Siedlecka i Dagmara Kaźmierska
ISBN: 978-83-960191-1-0
Kontaktwww.espr.pl

MOJEJ BABCI ELI

Miałam może trzy lata, kiedy w Polanicy wybiegłam na środek deptaka. Stanęłam, rozejrzałam się i aż mnie zatkało z wrażenia: „Babciu! Kulwa! Jak tu kololowo!”, krzyknęłam. I tak mam do dziś. Nieustannie zachwycam się światem. Przyjmuję wszystko, co daje mi życie. A czego mi nie chce dać, biorę sobie sama.

CZĘŚĆ PIERWSZA

MŁODOŚĆ • MIŁOŚĆ • AMERYKA

ROZDZIAŁ I

PRZEZNACZENIE

Wszystko, co mi się w życiu przytrafiło, wcześniej sobie wymyśliłam i przepowiedziałam. Wciąż muszę uważać, co mówię, bo prędzej czy później to mi się ziści. Wierzę, że myśli i słowa mają magiczną moc. Są w stanie przywoływać różne zdarzenia – błahe i bardzo poważne. Dobre i złe. Dostajemy wszystko to, o czym myślimy.

Aktorstwo, więzienie, męża, amerykański paszport mojego syna, dobra materialne i ten koszmarny wypadek – wszystko to przewidziałam.

Na przykład historia z moimi nogami. Całe życie ich nienawidziłam. Wydawały mi się za grube, jak u Jagny z Chłopów, niezgrabne. Wszystko inne we mnie podobało mi się. Oczy, włosy, uśmiech. O nich mówiłam „ładne”. Tylko nogi mi się nie podobały.

„Nie chcę ich! Są wstrętne, najchętniej bym je sobie obcięła!”, płakałam.

A teraz?... Nie mam swoich nóg, tych grubych, których nie lubiłam. Mam dwie inne, jakby od kogoś pożyczone. Dzisiaj wszystko bym oddała, żeby mieć z powrotem moje grube nogi. Ale muszę żyć z tymi, które mam.

Nogi połamałam w wypadku. Nie pamiętam dokładnie, jak to się stało. Jechałam do Kudowy, był piękny majowy dzień, świeciło słońce. Popatrzyłam w niebo i powiedziałam sama do siebie (bo często do siebie gadam): „Panie Boże, jakie mam zajebiste życie. Lepiej być nie musi. Ale żeby nie było gorzej...”. To ostatnie, co pamiętam sprzed uderzenia.

Kierowca samochodu, który jechał przede mną, chyba za późno zauważył zjazd, zobaczyłam światła hamowania i bez zastanowienia odbiłam w prawo. Nie mogłam tego przewidzieć, ale powinnam była zachować odstęp. Tylko że nigdy tego nie robię. Jeżdżę szybko, pewnie, jestem bardzo dobrym kierowcą. Zdążyłam tylko gwałtownie skręcić. Całe szczęście, bo gdybym uderzyła w tamten samochód, zginęliby ludzie. Moje auto zjechało na pobocze i z całą siłą wyrżnęło w betonowy przepust.

Jak zawsze jechałam bez pasów, używam specjalnej zapinki, która oszukuje system, dzięki czemu alarm nie wyje bez przerwy. W momencie uderzenia zsunęłam się z fotela, cały impet uderzenia przyjęły na siebie nogi. Na szczęście zadziałała poduszka powietrzna. Gdyby nie ona, wyleciałabym przez przednią szybę, mogłabym skręcić kark albo połamać kręgosłup. A tak to „tylko” te nogi...

Byłam przytomna. Pamiętam, jak przyjechała straż, jak strażacy pytali mnie, czy wszystko w porządku.

„Nic mi nie jest”, twierdziłam.

Tak mi się wydawało, bo nic mnie nie bolało i myślałam bardzo trzeźwo. Wciąż uwięziona w aucie sprawdziłam, czy mam dokumenty, zdjęłam całą biżuterię, schowałam wszystko do torebki nerki. Kolczyki, wielkie złote koła, nie zmieściły się, więc żeby się nie zgniotły, trzymałam w ręku. Wiedziałam, że muszę o wszystko zadbać, wszędzie zadzwonić, zanim zabiorą mnie do szpitala. Zadzwoniłam do męża, żeby przyjechał i zabrał moje rzeczy, odprowadził samochód na policyjny parking i dopilnował wszystkich spraw. Potem do Conana, żeby mu powiedzieć, że miałam wypadek, ale wszystko ze mną w porządku. Po co dzieciak ma się martwić.

Pierwszy na miejscu pojawił się oczywiście mąż.

Chwilę później przyjechał Jacek. Mnóstwo ludzi chodziło wokół mnie, a ja z nimi całkiem sensownie rozmawiałam. Wciąż byłam sobą – kozakiem panującym nad wszystkim. I wszystko było w porządku do momentu, w którym strażacy spróbowali wydobyć mnie z rozbitego samochodu. Przekonani, że nic poważnego się nie stało, zabrali się do roboty. Kiedy mnie chwycili i próbowali wyciągnąć, poczułam niesamowity ból. Tak silny, że zaczęłam wrzeszczeć. Okazało się, że miałam otwarte złamanie, a bezwładna stopa utknęła pod jednym z pedałów. Nikt się tego nie spodziewał i aż do tej chwili ja sama nie przypuszczałam, że jestem tak poważnie ranna. I to był początek historii, z którą pewnie będę się borykać do końca mojego życia.

Zaraz po tym, jak zostałam wydobyta z auta, karetka na sygnale przewiozła mnie do Polanicy. W szpitalu szybko zrobili badania, rentgen, błyskawicznie przenieśli mnie na stół operacyjny. I od razu pojawił się problem, bo nie chciałam się zgodzić na operację. Nie pamiętam już, czy byłam bardziej wkurzona, czy przestraszona, w każdym razie, gdy usłyszałam od lekarza, że już nigdy nie będę chodzić w szpilkach, a nawet być może w ogóle nie będę chodzić, bo obie nogi są dosłownie zmiażdżone, powiedziałam: „Nie. Niczego nie podpiszę. Żadnej operacji nie będzie”.

Lekarze byli bezradni. Gdybym była nieprzytomna, mogliby operować bez zgody. Ale z awanturującym się wariatem nie mogli nic zrobić.

Liczyła się każda minuta. Jedna noga był w dużo gorszym stanie, który pogarszał się z godziny na godzinę, w ranę zaczynała się wdawać martwica. Nie wiem, jak długo tak leżałam, bo gadałam ciągle na zmianę przez dwa telefony, wokół mnie byli rodzina i pełno znajomych, więc nie odczuwałam upływającego czasu. Ale musiało minąć już kilka godzin, odkąd trafiłam do szpitala. W końcu z policji wrócił mój mąż.

„Co ty tu jeszcze robisz? Dlaczego nie jesteś operowana?”, spytał już przy drzwiach.

„Żona nie chce podpisać zgody”, powiedział lekarz.

„Żona już się zgadza!”, huknął mój Kaźmierski. „Podpisuj. Ale już!”.

No, jeśli tak mówi mąż... Co prawda nie żyję z nim od lat, ale zawsze się śmieję, że mąż to mąż, i co mówi, jest święte.

Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to, co wydarzyło się tamtego dnia, to był dopiero początek. Nie zdawałam sobie sprawy, co jeszcze mnie czeka. W ciągu następnych kilkunastu miesięcy przeszłam wiele operacji i jeszcze pewnie wiele przede mną. Wciąż nie jestem w pełni sprawna. Na razie nie ma mowy o tym, żebym włożyła szpilki. Krok po kroku osiągam małe cele, cieszę się, że chodzę już bez kul! Żyję z bólem, który towarzyszy mi bez przerwy i przyzwyczaiłam się do tego, choć czasem naprawdę trudno mi go znieść. Zanim wstanę, muszę już w łóżku rozruszać nogę, bo inaczej nie byłabym w stanie zrobić kroku. Tak samo jest, kiedy siedzę, leżę, jadę autem, bo oczywiście jak tylko mogłam, wróciłam do prowadzenia.

A i tak kilka pierwszych kroków to prawdziwe tortury.

Na szczęście z moimi nogami jest coraz lepiej, dzięki kochanemu doktorowi Ryszardowi Stawickiemu. On dba o mój powrót do formy, a ja słucham wszystkiego, co mi powie – rehabilituję się, ćwiczę w basenie, na piłce i na rowerze stacjonarnym.

Staram się nie brać leków, bo co z tego, że dziś wezmę pigułkę na ból. Kiedy obudzę się jutro, będzie mnie bolało tak samo. Co wtedy zrobię? Wezmę jeszcze więcej leków? A potem znów więcej? Więc jak będzie wyglądało moje życie za dziesięć lat? Będę brała morfinę? O nie, nie, nie, co to, to nie.

Ani wtedy w szpitalu, ani w ciągu tych miesięcy, które przyszły później, nie pomyślałam: „Dlaczego właśnie mnie to spotkało?”. Nie myślałam o tym, kiedy byłam kompletnie niesprawna, jeździłam na wózku i trzeba było sadzać mnie nawet na toaletę. Uznałam, że widocznie tak miało być. Miał się wydarzyć wypadek, a trafiło na mnie, bo ktoś tam na górze stwierdził: „Ona sobie poradzi. Po niej to spłynie”. I to prawda. Jestem dość odporna na przeciwności losu. Wiele potrafię znieść. I tak jest ze wszystkim.

ZNAKI

Jako dziecko oglądałam mnóstwo filmów i już wtedy bardzo chciałam być aktorką. Pamiętam taki francuski film z Simone Signoret. Teraz już wiem, że grała tam właścicielkę przybytku uciech. Ale w tamtym czasie była dla mnie niczym królowa w pałacu. Oczarowała mnie, choć wtedy nie miałam pojęcia, kim była – widziałam tylko piękną kobietę i złote meble. Przechadzała się po ekranie w zwiewnych peniuarach, laczkach z futerkiem, a faceci padali jej do stóp. Była taka piękna! No i bogata. Siedziałam przed telewizorem jak urzeczona.

„Babciu, ja kiedyś będę jak ta pani”, wypaliłam.

Babcia Ela załamała ręce: „Kyrie eleison! Dziecko, co ty opowiadasz”, jęknęła.

Ale sprawdziło się i w życiu, i w kinie.

W filmie Pętla Patryka Vegi moja rola otarła się o kluby. A w życiu... Cóż... Miałam klub i... niestety trafiłam za to za kratki.

Moje przeznaczenie dopada mnie w najmniej spodziewanych momentach.

Wiele lat później jechałam gdzieś samochodem. Kolejny raz złapał mnie radar. „Kurwa! Jakby mnie teraz zamknęli na rok, nie jeździłabym, punkty by mi się wyzerowały i miałabym czyste konto”, pomyślałam głupio. Nie wiem, co mi strzeliło z tym zamknięciem, przecież równie dobrze mogłabym pomyśleć, że muszę jeździć wolno, a mi do pustego łba akurat więzienie wpadło. To, co myślisz, dostajesz.

I tak zamknęli mnie następnego dnia. Moje przeznaczenie dopadło mnie po raz kolejny.

Albo na przykład nienawidzę dziewiątek. Przynoszą mi pecha. Wszystko jedno, czy to data, czy numer pokoju. W 2009 mnie zamknęli, w 2019 miałam wypadek, numer 9 miał pokój prokuratorki, w którym przyjęła mnie, żeby przedstawić mi zarzuty. Wiadomo, że zostałam zatrzymana i nie doprowadzono mnie na ploteczki, ale tego, co się wydarzyło później, nie przewidziałam. Weszłam jak zawsze pewna siebie, na kozaku. Usiadłam, założyłam nogę na nogę i czekałam. Myślę: „Za zwykły klub pewnie mnie nie zamkną, najwyżej będą zawiasy”. Prokuratorka z rozłożonych przed sobą akt zaczęła czytać zarzuty, punkt po punkcie. Lista była długa, coraz dłuższa, a ze mnie zaczęło schodzić powietrze.

„To chyba nie chodzi o mnie?”, powiedziałam w końcu osłupiała.

Naprawdę imponujący zestaw zarzutów dla mnie przygotowała.

Z wielu z nich zostałam później oczyszczona, jednak koniec końców skazano mnie na trzy lata więzienia za sutenerstwo. Z przerwami odsiedziałam kilkanaście miesięcy.

Nie ma się czym chwalić, kryminał to nie pierwszy rząd w operze. Ale gdybym udawała, że tego nie było, byłabym hipokrytką. Nie będę opowiadać bzdur, że byłam na wczasach w Ameryce. O, nie! Byłam, ale na przymusowych, ufundowanych przez Ministerstwo Sprawiedliwości.

Nie zamierzam też ronić teraz krokodylich łez. One nie zmażą tego, co było, ani nie poprawią mojego życia. Zdawałam sobie sprawę, że igram z prawem. Wiedziałam, że klub, który prowadzę, nie jest w naszym kraju legalny, i liczyłam się z tym, że prędzej czy później będę musiała za to zapłacić. Jednak nie myślałam, że aż tak poważne będą tego konsekwencje.

Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło – gdyby nie więzienie, nie trafiłabym do telewizji i nie doceniłabym też wielu innych rzeczy, nad którymi się wcześniej nie zastanawiałam.

KSIĘŻNICZKA ZE SPACERNIAKA

We wrocławskim zakładzie karnym niektóre dziewczyny nazywały mnie „Księżniczką”. Może dlatego, że w więzieniu raczej nikt nie chodzi w szpilkach i w futrach.

A ja zawsze kochałam futra, złoto, ciuchy i buty. Nadal je kocham i kolekcjonuję.

Przestałam już wchodzić do mojej garderoby, bo nawet nie ma tam jak zrobić kroku, tyle tam szmat.

Mecenas Honoratka Kruk, gdy zobaczyła mnie po raz pierwszy w areszcie, oniemiała. Miałam na sobie fioletowe futro z lisów, skórzane spodnie, na nogach niebotycznie wysokie szpile i w tym zestawie zapierdalałam w kółko po spacerniaku.

„Tyle lat tu przychodzę, a pierwszy raz w życiu coś takiego widziałam”, śmiała się później Honoratka, kiedy się już zaprzyjaźniłyśmy.

Futro to był mój mały, prywatny luksus.

Poszłam do więzienia w futrze i zawsze miałam je przy sobie. W celi spałam na nim i niezależnie od tego, jakie warunki panowały wokół mnie, kto spał na pryczy obok i gdzie chowały się więzienne pluskwy, futro pod głową musiało być zawsze.

W areszcie futra, szpilki i bajery, ale do sądu zawsze przychodziłam ubrana skromnie, bo uważam, że należy ubierać się stosownie do okazji. Mogłam oczywiście włożyć, co chciałam, ale wyzywający strój byłby oznaką braku szacunku, a ja nie zamierzałam niczego manifestować, tak więc żadnej kusej spódniczki, dekoltów, odkrytych ramion. Biżuteria, choć tylko bardzo subtelna (bez tego nie można żyć, chociaż mini, mini, ale coś trzeba mieć). Dokładnie tak, jak nie lubię się ubierać w normalnym życiu.

Nie tylko ja wiedziałam, że bardzo mi to nie odpowiada.

„Ale ty się męczysz!”, śmiał się mój prawnik, kiedy widział, jak ubrałam się na rozprawę.

„Nie nadaję się do tego. To nie jestem ja”, tłumaczyłam, a moja mina mówiła sama za siebie.

Te spódniczki za kolano, grzeczne bluzeczki po prostu mnie gryzły.

Jeden, jedyny raz zrobiłam jednak wyjątek, jeśli chodzi o skromność w sądzie. Na pierwszą rozprawę, już kiedy siedziałam w areszcie, pojechałam naprawdę odwalona. Pomyślałam: „Trudno. I tak siedzę. I tak mnie nie wypuszczą. Wszystko mi jedno, co oni wszyscy o mnie pomyślą”. I ubrałam się tak, żeby czuć się dobrze.

Temida może i jest ślepa, ale moja mama i znajomi nie. Wiedziałam, że jeśli bliscy zobaczą mnie zabiedzoną, załamaną, pęknie im serce. A do tego nie mogłam dopuścić.

Bardzo chciałam, żeby zobaczyli taką Dagmarę, jaką znali do tej pory.

Przygotowałam się bardzo starannie. Do fioletowego futra dobrałam buty z piórami z koguta i cyrkoniami. Od Danki, koleżanki spod celi, pożyczyłam torebkę. Danka siedziała za przekręty bankowe. Zgarnęli ją podczas jednego z nich, gdy wychodziła z banku jako elegancka pani z markowym kuferkiem. A potem ten kuferek przydawał się na nasze „wielkie wyjścia” z pudła – czyli na rozprawy sądowe.

Wysmarowałam się samoopalaczem, oczywiście tylko twarz, szyję, troszkę dekoltu i dłonie, bo to był towar deficytowy i trzeba było oszczędzać. Zrobiłam fryzurę, na koniec włożyłam ciemne okulary i w takim wydaniu udałam się przed oblicze sądu.

Wchodzę na salę rozpraw. Wszyscy w szoku. Zrobiłam dokładnie takie wrażenie, jakie zamierzałam. Zachowałam kamienną twarz i pomyślałam: „Kochani. Nie mogłam was zawieść. Nawet w pudle będę waszą królową”.

Nawet nie musiałam mówić tego na głos.

Gwiazdą i królową byłam zawsze. Od wielu lat wiem, czym jest i jak smakuje sława. Oczywiście nie zawsze ta dobra. W Kotlinie Kłodzkiej znali mnie wszyscy. A teraz zna mnie cała Polska. Kiedyś wszyscy w Kotlinie wiedzieli, czym się zajmowałam i co nabroiłam. A teraz wie o tym cała Polska. Taka jest cena tej sławy.

Gdy mówię, że niczego nie żałuję i gdyby nie kryminał, nie byłabym tu, gdzie jestem, mam na myśli między innymi moją drogę do telewizji.

Wszystko zaczęło się właśnie w więzieniu.

Siedziała ze mną niejaka Pyśka. Miła dziewczyna i chyba bardzo mnie lubiła.

„Pani Dagmaro”, mówiła z zachwytem. „Pani jest prawdziwą królową. Powinna pani być w telewizji!”.

Śmiałam się z tych jej zachwytów :).

„Pyśka, co ty pierdolisz. Gdzie ja, stara baba, do telewizji?”, odpowiadałam.

„Skoro mnie, taką patologię, wzięli, to pani nie wezmą?”, powtarzała, głośno rechocząc, i opowiedziała, jak to się stało, że dostała rolę.

„Z castingu. DoPamiętników z wakacji. Frytki do nosa sobie wkładałam”, wyjaśniła ze śmiechem Pyśka. „Debila z siebie robiłam, ale fajne wczasy miałam i jeszcze hajs dali”.

Gadka szmatka, ale zatrzymałam się na tej myśli na ułamek sekundy. Przypomniało mi się wtedy, że zawsze chciałam być aktorką. Jednak w tamtym momencie miałam na głowie znacznie ważniejsze sprawy niż kariera w show-biznesie.

WSZYSTKO DLA SYNA

Wychodziłam na wolność. Był maj, biały tydzień tuż po komunii Conana. Powinniśmy się cieszyć, ale mój syn nie czuł się dobrze i nie był w nastroju do świętowania. Był w fatalnym stanie psychicznym i to właśnie dlatego sąd na rok przerwał moją karę.

Dziś już umiem mówić o więzieniu lekko, ale to był najgorszy, najstraszniejszy czas w moim życiu. Tęsknoty za Conanem, która towarzyszyła mi każdego dnia, nie jestem w stanie nawet opisać. Przez wiele miesięcy w ogóle nie widziałam syna. Płakałam dzień i noc, łzy wsiąkały w moje fioletowe „królewskie” futro, a ja oddałabym wszystko, co mam, wszystkie futra tego świata, żeby choć przez chwilę móc przytulić Conanka. Tęsknota za nim po prostu mnie zabijała. Cierpiałam nie dlatego, że siedziałam, tylko dlatego, że wiedziałam, jaką gehennę zgotowałam swojemu dziecku i bliskim.

Moją odsiadkę Conan przypłacił zespołem stresu pourazowego – PTSD. To zaburzenie, którego często doświadczają żołnierze wracający z wojny lub ludzie po silnych traumach. Przeżycie, na które nikt nie jest przygotowany. A co dopiero mały chłopiec.

„Forma reakcji na skrajnie stresujące wydarzenie, które przekracza zdolności danej osoby do radzenia sobie i adaptacji – jak działania wojenne, katastrofy, kataklizmy żywiołowe, wypadki komunikacyjne...”, tak pisze o tym Wikipedia.

Kiedy mnie zamknęli, dla Conana zaczął się horror. Psychika siadła mu zupełnie. To, że ja sama byłam w więzieniu, to było nic. To jest w ogóle nieistotne. On przeżywał znacznie gorszy dramat i to przeze mnie.

Już wcześniej, kiedy prowadziłam klub, nie miał łatwo, ale najgorsze przyszło, kiedy mnie zamknęli.

Conan nie był przygotowany na to, że mnie zabraknie, bo wcześniej nie rozstawaliśmy się ani na moment. Conan nigdy nie obudził się, żeby mnie przy nim nie było. Nie znał tego uczucia, że mamy nie ma blisko.

Dlatego kiedy mnie zabrakło, nic nie mogło mu mnie zastąpić. Z więzienia pisałam do niego codziennie po kilka pocztówek, żeby wiedział, że cały czas sercem jestem blisko, że ciągle o nim myślę. A on cały czas nosił ze sobą te kartki starannie zapakowane. Nigdy się z nimi nie rozstawał. W szkole na ławce stawiał maskotki, które mu kupowałam, i nie pozwalał ich ruszyć.

Dzień Matki okazał się dla niego zbyt trudny do przeżycia – przedstawienie w szkole, obecne wszystkie mamy, a on bidny sam...

Z grzecznego chłopca zrobiło się „trudne dziecko”. Dokuczał innym, nawet dziewczynkom. Dzieci nie chciały się z nim kolegować. Wiem, że wyżywał się na rówieśnikach za to, że nie było przy nim mamy. A oni nie pozostawali mu dłużni.

Ale przez te lata nigdy mi nie powiedział, że dzieje się coś złego. Conan nigdy się na nic nie skarżył i nadal nigdy nie powie, gdy coś jest nie tak. Być może to kwestia charakteru, a może zostało mu w głowie to, co zawsze mu wpajaliśmy – nie można być konfidentem, nie wolno donosić. Conan jest taki do dziś. Gdyby wdał się z kimś w bójkę, gdyby oberwał, nawet poważnie, za nic nie powiedziałby, kto go pobił i o co poszło.

O tym, że w szkole nie zawsze miał słodko, dowiedziałam się po długim czasie. Okazało się, że ta sytuacja ciągnęła się wiele lat i zaczęła się, jeszcze zanim trafiłam do więzienia. Dzieciaki śmiały się z Conana, że jego mama jest dziwką, a tata siedzi w więzieniu. Mówiły, że wcale nie prowadzę klubu, tylko w nim pracuję. A Conan, kiedy to słyszał, stawał w mojej obronie i rzucał się z pięściami na każdego, kto mówił o mnie źle.

Kilka razy podejrzewałam, że coś niedobrego dzieje się z moim synem. Pytałam Conana, czy z kimś się pokłócił, czy ktoś mu dokucza. Ale nigdy niczego się nie dowiedziałam. Pytany o kłótnie i konflikty, Conan za każdym razem milczał albo wszystkiemu zaprzeczał. Wdawał się w bójki, ale nigdy nie tłumaczył dlaczego. Gdy próbowałam z nim rozmawiać, tylko spuszczał głowę i nic nie mówił.

„Synku, dlaczego się biłeś?”, pytałam.

„Nie wiem, mamo”, odpowiadał i patrzył na mnie tymi swoimi niebieskimi oczyskami, a mi pękało serce. Chciałam mu pomóc, ale nie wiedziałam jak.

Kiedy poszłam za kraty, sytuacja jeszcze bardziej się zaostrzyła. Conan oboje rodziców miał w więzieniu. Ojciec i matka siedzieli – kto może się pochwalić taką rodziną? Wszystko było tym trudniejsze, że nie byłam w Kotlinie osobą anonimową. Ludzie mnie znali, wiedzieli, że mam klub, a gdy stanęłam przed sądem, stałam się lokalną towarzyską sensacją.

„Ty nie masz matki. Twoja matka jest kryminalistką”, mówiły Conanowi dzieciaki w szkole.

„Zabiję każdego, kto powie o mojej mamie złe słowo”, odpowiadał Conan.

Wierzę, że te dzieciaki, które dokuczały Conanowi, nie miały złych intencji. Po prostu powtarzały to, co słyszały w domu, o czym wieczorami przy stole rozmawiali rodzice. Były zbyt niedojrzałe na to, by zdać sobie sprawę, jak raniące mogą być ich słowa.

Po kilku miesiącach mojej odsiadki z Conanem było już naprawdę źle. Biegli psychiatrzy, którzy go badali, stwierdzili, że potrzebna mu jest moja stała obecność. Ani babcia Ela, ani moja mama nie były w stanie mnie zastąpić.

Dlatego sąd postanowił mnie wypuścić. Dali mi dwanaście miesięcy na to, żebym mogła zadbać o syna i na nowo poukładać sobie życie.

Nic nie było dla mnie ważniejsze niż to, żeby to wszystko poogarniać. Jednak czekała mnie ostatnia rozprawa, na której musiałam przekonać sąd i udowodnić, że nie zmarnowałam tego czasu i jestem w pełni zresocjalizowanym, przestrzegającym prawa członkiem społeczeństwa. Żeby przekonać sąd, że tak się stało, w czasie przerwy w odbywaniu kary musiałam spełnić wiele warunków. Miałam kuratorów, którzy bez ostrzeżenia mnie odwiedzali i sprawdzali, czy nie wracam na drogę przestępstwa i czy jestem dobrą matką. W praktyce wygląda to tak, że sprawdzają, czy dziecko jest zadbane, czy chodzi do szkoły, czy ja jestem w domu, czy jest czysto. Nie miałam z tym problemu, jeśli trzeba, niech sprawdzają. U mnie zawsze, jeśli chodziło o dom i o dziecko, wszystko było w porządku. Dwa razy w tygodniu musiałam się też stawiać na komendzie w Kłodzku i podpisywać dozór.

Wszystko to nie stanowiło dla mnie żadnego problemu, bo miałam cel, który był ważniejszy od wszystkiego innego. Zanim wyszłam na wolność, jeszcze w więzieniu, od pierwszego dnia myślałam tylko o tym, żeby mój malutki synek odzyskał beztroskie dzieciństwo.

Po wyjściu z więzienia skupiłam się tylko na Conanie.

Byłam na każde jego skinienie, a to oznaczało ciągłą dyspozycyjność, bo on cały czas sprawdzał, czy jestem blisko. Bywały dni, że chodziłam do szkoły po kilka razy, bo Conan dzwonił, żebym przyniosła mu zeszyt, długopis, kanapki, strój do ćwiczeń. Bez zastanowienia biegłam, kiedy tylko mnie potrzebował. Mimo że wiedziałam, że tak naprawdę nie chodzi o wszystkie te rzeczy. Dla niego każdy pretekst był dobry, żeby sprowadzić mnie do siebie, żeby przekonać się, że jestem, że znów nie zniknęłam nie wiadomo gdzie i nie wiadomo, na jak długo.

W moim życiu nie było wtedy nic ważniejszego niż mój syn. Chciałam mu nieba przychylić. Zresztą tak jest do dziś.

Wkrótce po moim wyjściu rozpoczęły się wakacje i pojechaliśmy z Conankiem do Międzyzdrojów. Trochę tam zabalowaliśmy – dobrych kilka tygodni, przerywanych moimi wyjazdami do Kłodzka, gdzie musiałam stawić się na policji. Potrafiłam wsiąść w auto i z Międzyzdrojów w kilka godzin być w Kłodzku. Podpisywałam dozór i z powrotem darłam nad morze, a nie była to krótka trasa, bo ponad tysiąc kilometrów w obie strony.

W Międzyzdrojach odbiliśmy sobie czas, który spędziłam za kratami. Byliśmy nierozłączni. Razem chodziliśmy nawet do dyskoteki, bo Conan ani na moment nie chciał tracić mnie z oczu. Ani ja jego. Za bardzo się za sobą stęskniliśmy.

Zaczynałam na nowo układać sprawy, ale w centrum stał jak zwykle mój syn. Miałam czas i pieniądze ze swoich nieruchomości. Chwilowo nie chciałam niczego zmieniać. Planowałam spokojny rok, który całkowicie poświęcę Conanowi.

„Co byś chciał robić, synku? Masz jakieś marzenie?”, spytałam któregoś dnia.

„Chciałbym być aktorem”, wyznał Conan.

„Będziesz, synku. Pójdziesz na studia aktorskie i zostaniesz aktorem”, powiedziałam. Myślałam, że rozmawiamy o odległych planach, ale Conan miał inną koncepcję.

„Ale ja chcę być aktorem teraz!”, oznajmił mój syn tonem nieznoszącym sprzeciwu.

Obdzwoniłam więc znajomych, dowiedziałam się o liceach przygotowujących do zawodu aktora. Opracowałam plan działania. Conan chce być aktorem, więc będzie aktorem. Już ja o to zadbam. Na głowie stanę, ale gdzieś go wcisnę.

Kilka dni po rozmowie z synem odwiedziłam Monię, moją manikiurzystkę.

„Oglądaj mnie dzisiaj w Dlaczego ja?”, rzuciła od niechcenia, malując mi paznokcie.

„Co »dlaczego ty?«”, nie zrozumiałam.

„Dlaczego ja? to taki serial w telewizji. Ja tam gram. Możesz mnie dziś obejrzeć”, wyjaśniła.

Strzeliło mnie. O kurwa! To Monia też gdzieś gra? A jeśli ona, to dlaczego NIE Conan? Przypomniała mi się Pyśka i jej opowieści o castingach we Wrocławiu. Przecież to takie proste! Monia też w ten sposób dostała się do programu. I ja także postanowiłam spróbować z Conanem. Przecież to było jego marzenie, a moją rolą było je spełnić. To właśnie Monia znalazła nam najbliższy casting, który był w Opolu za kilka dni. Zadzwoniłam do kuzyna, Zbycha. Zbychu miał córkę w wieku Conana i pomyślałam, że ona też na pewno chętnie zagra w jakimś serialu.

„Bierz Roksanę, jedziemy na casting”, zarządziłam.

Nie zamierzałam się tam wygłupiać sama, a w towarzystwie zawsze raźniej.

Zbychu nie protestował, a Roksana była zachwycona pomysłem.

Zapakowaliśmy się wszyscy do samochodu i ruszyliśmy na podbój telewizji.

Przyjechaliśmy do Opola. Przed salą, w której odbywał się casting, kłębi się tłum. Czysty obłęd. Żeby w ogóle stanąć przed kamerą, trzeba wypełnić jakieś papiery. Co chwilę wychodzi kobieta z obsługi, mówi, co robić, odbiera dokumenty, dyryguje ruchem.

„A pani?”, usłyszałam nagle i zobaczyłam wycelowany w siebie palec. „Proszę tędy”, kobieta z obsługi wskazała drzwi prowadzące do sali przesłuchań. Zdziwiłam się.

„Ja nie! Ja tylko z synem”, powiedziałam.

Kobieta jakby w ogóle nie przyjęła tego do wiadomości.

Spojrzała na mnie zdziwiona: „Jak to pani nie? Pani musi! Proszę za mną”.

Nie w głowie mi była wtedy telewizja. Nie wszystkie sprawy miałam jeszcze wyjaśnione. Cały czas były rozprawy w toku, czekałam na ostateczny wyrok.

Mój los był w rękach sądu, a ja musiałam pokornie czekać, nie mogłam niczego przyspieszyć ani zmienić, dlatego nie chciałam nawet próbować swoich sił w castingu. Ale stety, niestety, Zbychu zdecydował za mnie.

„Niech pani da jej numerek. Idziemy”, powiedział i zajął kolejkę.

Zadanie polegało na odegraniu scenki rodzajowej. W tej scence miałam być matką, której córkę skrzywdził sąsiad. A skoro już znalazłam się w tym miejscu, postanowiłam zrobić to najlepiej, jak potrafiłam. Zastanawiałam się, jak najlepiej odegrać zdenerwowaną osobę. Ale trwało to tylko chwilę. Wybiegłam na korytarz, dorwałam Zbycha.

„Dawaj fajkę”, wysapałam.

„A po co? Przecież ty nie palisz”, wytrzeszczył oczy.

„Dawaj, nie pierdol”, rzuciłam, wyrwałam mu z ręki papierosa i pobiegłam z powrotem do sali.

Przed komisją stanęłam z papierosem. Zaczęłam międlić go w palcach, udawać, że się zaciągam, tak bardzo wczułam się w rolę, że nawet nie wiem, kiedy zaczęły mi drżeć ręce.

„Ty skurwysynu!”, wrzasnęłam do nieistniejącego sąsiada i ciągnęłam dalej monolog.

Poczułam, że naprawdę jestem wkurzona. Jeszcze moment, a uwierzyłabym nawet w to, że mam córkę!

Członkowie komisji pokiwali głowami i podziękowali. Następny wszedł Zbychu. Nie pamiętam, co grał, ale trochę zjadła go trema.

W końcu przyszedł czas na próbę dzieciaków.

Do dziś nie wiem, co się wtedy stało z Conanem. Zawsze znakomicie naśladował różne osoby i typy. Umiał odegrać nieboszczyka, zombi, osobę upośledzoną (nie pochwalam tego). Wszystko to robił śpiewająco!

Ale akurat nie wtedy. Zawalił ten casting zupełnie. Podobnie jak Roksana.

Nic dziwnego, że wracaliśmy z Opola w kiepskich nastrojach.

„Patrz, Zbyniu, te nasze dzieci do niczego się nie nadają. Nie ukradną, nie zachachmęcą. Nawet nie zagrają w filmie. Nic, tylko muszą się uczyć”, żartowałam, żeby uratować sytuację.

Ale wcale nie uważałam sprawy za zakończoną. Nie zamierzałam tak szybko odpuścić, bo wiedziałam, jak trudna do zniesienia dla Conana była ta porażka. Nie chciałam, żeby moje dziecko znów było nieszczęśliwe, a poza tym zwyczajnie w niego wierzyłam. Dlatego obmyślałam już plan B. Jeśli nie udało się przejść przez casting, trzeba próbować dostać się do telewizji po znajomości. Najlepiej przez producentów programu, których co prawda nie znałam, ale byłam pewna, że uda mi się znaleźć do nich jakieś dojście. Wiedziałam, że produkcja mieści się we Wrocławiu, to już było coś. Teraz wystarczyło tylko umówić się na spotkanie z producentem, żeby wziął dzieciaka do telewizji. Nic prostszego. W ogóle nie brałam pod uwagę, że mogę tego nie załatwić. Taka już jestem. Nie jest ze mną łatwo. Wywalisz mnie drzwiami, wejdę oknem. Poślesz do piekła, to jeszcze prezenty stamtąd przyniosę. Zwłaszcza dla Conanka. Nie myślałam o tym, żeby zrobić z syna gwiazdę na siłę, nie planowałam mu kariery filmowej, chciałam tylko, żeby dzieciak miał trochę zabawy.

Kombinowałam, że jak już załatwię Conanowi tę rolę, to on albo się rozkręci i rzeczywiście zacznie gdzieś grać, albo mu raz na zawsze przejdzie to całe aktorstwo. Tak czy owak musiałam to załatwić.

SKÓRZANA SUKIENKA

Ale na razie zostawiłam to wszystko, bo czekały nas wakacje w Kenii. Spakowaliśmy się, wsiedliśmy w samolot i polecieliśmy smażyć się na plaży nad szafirowym oceanem, pod palmami. Kłopoty zostały w Polsce. Cieszyłam się każdym dniem, słońcem, morzem, wolnością, cudownym czasem z synem. Było super do momentu, kiedy zadzwonił Zbychu.

„Siora! Wzięli mnie do Detektywi w akcji. Gram rolę detektywa”, krzyczał do słuchawki.

„Zajebiście, Zbychu. Idź tam i wciągnij dzieci”, mówię, ale w środku poczułam lekki zawód. No bo jak to? Jego wzięli, a mnie nie? Skoro już brałam udział w castingu, to nie wyobrażałam sobie, że mogło to zostać niezauważone :).

Pogratulowałam mu, rozłączyłam się i myślę: „Co ze mną nie tak? Za stara czy cuś? Przecież Zbyniu jest o dziesięć lat starszy ode mnie! Może po tym więzieniu już do niczego się nie nadaję?”.

Tak sobie myślałam, kiedy telefon zadzwonił ponownie. To była babcia Ela. Moja kochana babcia, dziś już świętej pamięci. Zawsze o mnie dbała i wtedy też, jak zawsze wyjeżdżając, zostawiłam jej jeden ze swoich telefonów, żeby można się było ze mną skontaktować w ważnych sprawach. Babcia Ela była szefin i bez niej nic nie mogło się wydarzyć.

Rozmowa trwała krótko:

„Chcą cię do telewizji. Już się za ciebie zgodziłam, musisz tylko potwierdzić. Dzwoń do nich. Masz główną rolę”, powiedziała.

Od razu urosły mi skrzydła. Natomiast Conan zaczął jamleć. „Zrobiliście to specjalnie! Wzięliście nas tylko na przyczepkę, a tak naprawdę sami chcieliście się wkręcić do filmu”, gadał.

„Synku, co ty mówisz? To nieprawda! Przecież pojechaliśmy tam głównie dla ciebie! Nie martw się, jak matce się uda, to cię wciągnie do show-biznesu”, śmiałam się :). Conan jakoś dał się udobruchać, a ja od razu zaczęłam działać.

Zadzwoniłam pod numer, który podała mi babcia Ela, przedstawiłam się. Kazali mi przyjść następnego dnia na spotkanie z reżyserem.

„O nie, nie”, powiedziałam. „Za dwa tygodnie! Teraz to ja jestem na wakacjach”. Trochę ryzykowałam, to fakt, ale udało się.

Powiedzieli, że zaczekają. Odłożyłam telefon i natychmiast poczułam się jak gwiazda. Wyszłam na plażę z głową podniesioną wysoko i byłam gotowa rozdawać autografy tłumom wielbicieli. Niestety tłumów nie było i autografów też nikt nie chciał. Cha, cha, cha! Ale już zaczęłam ćwiczyć :).

Dostałam główną rolę w 44. odcinku serialu Poznaj swoje prawa. Miałam zagrać Sabinkę.

Na spotkanie z reżyserem odwaliłam się na bogato. Zrobiłam fryzurę, włożyłam ciemny okular, podjechałam białym jaguarem. Miałam na sobie nową czarną skórzaną sukienkę od Ochnika. To była najlepsza okazja, żeby ją włożyć, bo ta sukienka miała swoją specjalną historię.

W więzieniu nie było zbyt wielu rozrywek, ale mogliśmy czytać książki i gazety. Z gazet dowiadywałam się, co słychać w świecie gwiazd i celebrytów, ale niespecjalnie mnie to wtedy interesowało. Ciuchy, moda, biżuteria – to było coś dla mnie. W jednej z gazet zobaczyłam właśnie tę sukienkę. Była obłędna. Czarna, obcisła, nie za krótka (moje nogi...), totalnie w moim stylu.

„To będzie pierwsza rzecz, jaką kupię po wyjściu”, postanowiłam. Wydarłam stronę z gazety i schowałam do notesika. Mój notesik z więzienia to temat na osobną historię. Kto wie, może ją kiedyś opowiem? Było, oj było w tym moim notesiku duuuużo różnych skarbów :). Jeśli chodzi o sukienkę – jak zaplanowałam, tak zrobiłam. Ale po kolei.

Bardzo dobrze pamiętam dzień, w którym wyszłam z aresztu. Pod budynkiem czekały w aucie babcia Ela, mama i moja przyjaciółka Zuźka.

Czekały na mnie z barszczem z uszkami w termosie. Marzyłam o nim miesiącami. Był przygotowany specjalnie na tę okazję przez babcię Elę. Dla mnie ten barszcz był urzeczywistnieniem marzenia o domu. A nikt nie umiał zrobić takiego barszczu jak babcia Ela. To było moje specjalne zamówienie na wyjście. Poprosiłam, żeby mi go przygotowała i przywiozła, kiedy będą mnie odbierać z więzienia. Chciałam go zjeść jeszcze w samochodzie. Jak tylko zjadłam, natychmiast kazałam się wieźć do Galerii Dominikańskiej. Po sukienkę.

Barszcz, zakupy i już znów byłam sobą. Jakby pobyt w więzieniu w ogóle się nie wydarzył.

To właśnie jestem cała ja. Nigdy nie patrzę za siebie. Nie rozpamiętuję tego, co się wydarzyło, nie zastanawiam się, co by było gdyby... Więzienie było koszmarnym przeżyciem, ale trzeba było iść dalej, do przodu. Po prostu trzeba było żyć. Jeśli miałam się odbudować jako człowiek, mieć siłę, by zacząć wszystko od nowa, musiałam przestać myśleć o więzieniu. I tak zrobiłam. Więzienna trauma minęła mi dokładnie w momencie, gdy zamknęła się za mną brama. Przede mną było nowe życie i tylko ono mnie teraz interesowało.

W tej właśnie czarnej skórzanej sukience, wymarzonej w więzieniu, stanęłam przed człowiekiem, który miał ze mnie zrobić gwiazdę. I który nie miał pojęcia o mojej kryminalnej przeszłości. Dla niego byłam po prostu bizneswoman z Kłodzka.

Weszłam na kozaku, by nie dać po sobie poznać, jak bardzo mi zależy. Na spotkanie kazali mi przynieść swoje ubrania. Chodziło o to, żeby sprawdzić, czy będę miała co włożyć na plan zdjęciowy. Oczywiście nie wzięłam ze sobą ani pół sztuki ciucha. Co ja będę przed kimś się z ciuchów rozliczać jak w szkole. Nikt mi nie będzie mówił, co mam robić i w co mam się ubierać, przecież sama umiem się ubrać najlepiej. Nikt nie będzie mi się wpieprzał do szafy. W związku z tym niczego nie przyniosłam.

Niestety okazało się, że wymagania co do stroju nie były żartem. Pytanie o ubrania było pierwszym, jakie zadał mi reżyser, Piotr Wąsiński. Nie wiem do dziś, czy rzeczywiście tak zależało mu na tych ciuchach, czy też podobnie jak ja chciał pokazać, kto tu rządzi.

„Już wy się nie martwcie. Mam taką garderobę, że niczego od was nie będę potrzebowała”, odpowiedziałam bezczelnie. Rozpoczęła się próba sił.

W miarę jak Wąsiński opowiadał mi o roli, mina rzedła mi coraz bardziej. Wszystko, co mówił, bardzo podejrzanie pasowało do mojego własnego życiorysu. Słuchałam go i już po kilku chwilach nabrałam pewności, że to spisek, a produkcja serialu – nie mam pojęcia skąd – wie wszystko o mojej przeszłości, o której nie zamierzałam w ogóle wspominać.

„Gra pani kobietę, która wraca z Ameryki”, zaczął reżyser, bacznie mi się przyglądając.

„Wiedzą jak nic”, pomyślałam.

„Miała pani zakładać magazyn modowy z przyjaciółką, ale wyjechała pani. Po powrocie rości sobie pani prawa do biznesu, żąda pieniędzy, odbija przyjaciółce męża i otwiera sex shop”, kontynuował, patrząc w scenariusz.

„Kurwa. Wiedzą, że byłam w Ameryce, to pewnie i wiedzą, że siedziałam w pudle”, nie miałam już wątpliwości.

Troszkę się zdenerwowałam, ale nie dałam tego po sobie poznać. Reżyser mówił, a ja obmyślałam, co zrobię, jeśli sytuacja jeszcze się pogorszy. I postawiłam wszystko na jedną kartę.

„Do niczego się nie przyznam. To główna rola, życiowa szansa. W razie czego przypalę głupa”, postanowiłam.

Potem okazało się, że niczego nie wiedzieli. Ktoś wymyślił te wszystkie historie, a zbieżność wątków wynikła stąd, że po prostu moje życie to gotowy scenariusz do filmu.

Reżyser serialu miał wobec mnie bardzo konkretne oczekiwania, niestety, ja wcale nie zamierzałam ich spełnić.

„W tej scenie, o tu, proszę spojrzeć”, tłumaczył Wąsiński, pokazując coś w scenariuszu. „Gra tu pani w sex shopie, trzyma pani w ręku dildo i przekonuje pani klienta do zakupu”.

Ja mam trzymać dildo? Nigdy w życiu!

„Wie pan, jest pewien problem”, zaczęłam z uśmiechem, na kozaku. „Nie wezmę czegoś takiego do ręki. Po pierwsze w życiu tego w ręce nie miałam, a po drugie – nie chcę mieć”.

Wąsiński rozłożył ręce w geście „no trudno, nic się nie da zrobić”.

Scena była już rozpisana w scenariuszu, zatwierdzona i żadne zmiany nie były możliwe.

„W takim razie musimy się pożegnać”, powiedział. Warunki były twarde – miał być sex shop i dildo. A jeśli nie, to do widzenia.

„O ty, taki owaki!”, pomyślałam. „Będziesz mi się tu stawiał?”.

Wkurzyłam się, ale wiedziałam, że muszę spuścić z tonu. Inaczej moja filmowa kariera utknie w martwym punkcie, zanim w ogóle się zacznie.

„Muszę uderzyć z nim z innej mańki”, pomyślałam i sięgnęłam po sprawdzone metody.

Zdjęłam okulary, spojrzałam reżyserowi w oczy, westchnęłam i pokornym tonem powiedziałam:

„Mam małego synka. Jeśli pojawię się na ekranie z tym... z tym dildo, koledzy w szkole nie dadzą mu spokoju. Będą się z niego śmiać. Proszę, wymyślcie coś innego. Może pejcz? Seksowną bieliznę? Byle nie dildo”.

Musiałam być bardzo przekonująca, bo Wąsiński zmiękł. Zgodził się na ustępstwa, a ja zgodziłam się zagrać tę rolę.

Później, kiedy już byliśmy dobrymi przyjaciółmi, wiele razy wspominaliśmy tamtą rozmowę. Piotrek przyznał, że pomyślał wtedy o mnie: „O ty, taka owaka, babo niedobra. Nie będziesz mi tu fikać już na samym początku”.

Na planie od razu poszło gładko. Szybko złapałam kontakt z całą ekipą. Mimo że nie znałam ich wcześniej, śmieliśmy się jak wśród dobrych znajomych i żartowaliśmy. Większość uwagi ekipy koncentrowała się na mnie. Nie wszystkim się to podobało.

Dorota, dziewczyna, która grała w serialu moją przyjaciółkę, była przez to troszkę zła. Tak to odbierałam, chociaż kiedy dziś o tym myślę, biorę pod uwagę, że mogło być inaczej. Chyba to Piotrek ją podkręcił, żeby konflikt między nami lepiej wypadł w serialu.

Dziś już znam te wszystkie jego sztuczki i teraz pewnie umiałabym je rozpoznać. Ale wtedy nie wiedziałam, jak świetnie potrafi pociągać za sznurki, żeby wszyscy aktorzy robili dokładnie to, co sobie zaplanował. Jest w tym prawdziwym mistrzem.

W scenariuszu uwodziłam męża Doroty i w scenie, kiedy ona nas nakrywa na czułościach, zrobiła coś, czego nie było w scenariuszu. Przywaliła mi. Normalnie dała mi w łeb.

Mogłabym ją wgnieść w ziemię jak papiaka, była niewysoka i bardzo drobna, ale przecież nie o to tu chodziło – to była dla mnie zabawa.

„Co ty mi robisz!”, zaczęłam krzyczeć.

Udając przerażoną i histeryzując, broniłam się.

Scena wypadła bardzo wiarygodnie, reżyser był zadowolony z naszych poczynań, a Dorota się uspokoiła. I tylko mnie trochę łeb bolał – przywaliła mi nieźle. Ale nie miałam jej za złe, że mnie uderzyła, bo czego się nie znosi dla roli! A poza tym – to bardzo sympatyczna dziewczyna :).

Po pierwszej produkcji, którą zrobiliśmy wspólnie, Piotr zaczął mnie angażować do wielu projektów, przy których pracował. Dzięki niemu dostawałam role także u innych reżyserów. Wyspecjalizowałam się w rolach strasznych heter.

Trafiłam doPamiętników z wakacji, o których wcześniej słyszałam od Pyśki. Na szczęście nie musiałam jak ona wkładać sobie frytek do nosa. Role, jakie mi proponowano, naprawdę mi się podobały. Tuż przed moją decydującą rozprawą miałam zagrać wredną Krystynkę, która uwodzi chłopaka swojej córki. Fajna rola, a co najlepsze – mieliśmy kręcić na Wyspach Kanaryjskich. Wszystko wyglądało wspaniale, niestety był pewien problem.

ProdukcjaPamiętników... oczywiście nic nie wiedziała o mojej sytuacji prawnej. Bo niby skąd mieli wiedzieć. Nie są w stanie sprawdzić kartoteki każdej osoby, która zgłasza się na casting, a ja nie chciałam chwalić się tym, że siedziałam i że w każdej chwili mogę wrócić za kraty.

Pomyślałam, że skoro do tej pory udało mi się utrzymać wszystko w tajemnicy, może nadal się uda. Decydująca rozprawa miała się odbyć na dzień przed rozpoczęciem zdjęć.

„Jeśli pójdzie dobrze, nikt się o niczym nie dowie, a ja po prostu pojadę na zdjęcia jak gdyby nigdy nic”, kombinowałam. „A jeśli wyrok będzie dla mnie niekorzystny i będę musiała wrócić do więzienia, to i tak bez znaczenia, kto sobie co o mnie pomyśli”.

TAM, GDZIE NIE CHCĘ WRÓCIĆ

Strasznie się bałam tej rozprawy, bo na samą myśl o powrocie do pudła robiło mi się słabo, ale trzymałam fason i na zewnątrz nie dawałam po sobie poznać, że jestem zmartwiona. Nikt z moich bliskich nie wiedział, jak bardzo to przeżywam, bo nie mam w zwyczaju okazywać uczuć. Dlatego nikt nigdy nie wie, że mam chandrę czy jest mi źle. Tym razem najbardziej zależało mi na tym, żeby Conan niczego się nie domyślił. Cały czas miałam w pamięci, jak wiele wycierpiał przeze mnie, i wiedziałam, że nie powinnam mu już dokładać zmartwień. Miałam nadzieję, że w dniu rozprawy moja „kryminalna kariera” ostatecznie się zakończy i oboje wrócimy do normalnego życia. Żeby tak się stało, sąd musiał wydać korzystny dla mnie wyrok. Chodziło o to, żeby przekonać sąd, że czas przerwy w odbywaniu kary wykorzystałam na leczenie i resocjalizację, a nie na picie kawki. Musiałam przedstawić stos dokumentów, że dobrze opiekuję się synem, i udowodnić, że warto mi dać szansę i wypuścić mnie na wolność, bo na pewno tej szansy nie zmarnuję. Udało mi się. Byłam wolna. I zrobię wszystko, żeby już nigdy nie wrócić do więzienia.

Mówią, że od szpitala i więzienia lepiej nigdy się nie odżegnywać. Powtarzam – nie mów: „Nigdy nie pójdę do więzienia, nigdy nie trafię do szpitala”. W obu tych miejscach możesz się znaleźć, nawet nie wiesz, kiedy i dlaczego. Przeżyłam to, widziałam na własne oczy. W więzieniu spotkałam kobiety, o których nawet przez sekundę nie pomyślałabym, że mogą się tam znaleźć. Nie tylko patologię, alkoholiczki czy narkomanki. Zdarzyły się pani prezes z banku, jakaś dyrektorka, prawniczka, księgowa czy pani doktor. Przestępstwa popełniają też lekarze, posłowie, dziewczyny z dobrych domów – takich jak mój.

A kiedy trafisz już do więzienia, koszmar przeżywasz nie tylko ty, ale cała twoja rodzina, bliscy, przyjaciele. Za to, co zrobiłam, karę poniosłam ja, ale z pewnością bardziej przeżyła to moja rodzina, przede wszystkim Conan, babcia Ela, moja mama Romcia, która długo nie umiała sobie poradzić z tym, że ma córkę kryminalistkę.

Bardzo ciężko to przeszła, chociaż wiem też, że bardzo starała się sprostać sytuacji. Było jej trudno, bo w Polanicy wszyscy ją znają i szanują. Wszyscy lubią panią Romcię. Mama miała sklepy na deptaku, w reprezentacyjnym punkcie miasta. Wpadali tam mieszkańcy, lekarze, kuracjusze. A tu takie historie i to w porządnej rodzinie. Najpierw córka studiuje prawo, a potem prowadzi nocny klub, całe miasto o tym wie i gada. A w końcu ląduje w więzieniu. Kto by pomyślał? Do czego to podobne?

Mama czuła się z tym bardzo źle. Facet w kryminale to jeszcze pół biedy. Ale dziewczyna? To nie zdarza się tak często. Mamie trudno było zaakceptować moją odsiadkę, więc wyparła ją ze świadomości. Stworzyła sobie o mnie jakąś bajkę i chciała, żeby świat w nią uwierzył. Ciotka opowiadała mi o pewnej rozmowie z moją mamą. Spotkały się, kiedy byłam w więzieniu. Ciotka spytała, co u mnie słychać, jak sobie radzę. A mama na to bez mrugnięcia okiem: „Dobrze, wszystko u niej w porządku, teraz pojechała załatwiać jakieś sprawy”.

Ciotka zdębiała.

„Zastanawiałam się, co ona opowiada, przecież wszyscy wiedzą, gdzie jesteś. Zwariowała czy co?”, mówiła mi później.

Ale dla mamy to, co się działo wokół mnie, było chyba zbyt trudne do zniesienia. Nie chciała nawet o tym myśleć, a na pewno nie była w stanie o tym rozmawiać.

Więc ja też nie próbowałam tego prostować. Uznałam, że mama ma prawo przyjmować tę sytuację, tak jak chce. I grałam z nią w tę grę. Przede wszystkim postanowiłam udawać, że czuję się świetnie, a w więzieniu żyje się prawie luksusowo. W listach opisywałam, jak fajnie jest w kryminale. Zmyślałam, że jest siłownia, w dodatku cała urządzona na różowo. Wymyśliłam, że jest też basen, nieduży, taki, żeby weszły naraz tylko kobiety z jednej celi. Opowiadałam, że wcale nie musimy siedzieć w celach, chodzimy, gdzie chcemy, po całym budynku i spacerniaku. A żarcie? Żarcie jest naprawdę super!

Oczywiście tak naprawdę nie było żadnej siłowni. Nie było basenu – dwa razy w tygodniu mogłyśmy pójść do paskudnej, śmierdzącej łaźni.

W więzieniu nie było nic fajnego. Ale po co mama miała to wiedzieć? Nie mam pojęcia, czy mi wierzyła, ale nie chciałam, żeby się martwiła.