Wydawca: Albatros Kategoria: Kryminał Język: polski

Prawda o sprawie Harry'ego Queberta ebook

Joel Dicker

3.26086956521739 (23)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 893 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Prawda o sprawie Harry'ego Queberta - Joel Dicker

New York, wiosna 2008 r. Marcus Goldman, młody znany pisarz jest w rozsypce. Nie jest w stanie napisać nowej powieści, a wkrótce upłynie wyznaczony przez wydawcę termin złożenia maszynopisu. Tymczasem obok domu jego idola i przyjaciela, byłego profesora, Harry`ego Queberta - jednego z najbardziej szanowanych pisarzy – odnaleziono zwłoki Noli Kellergan, dziewczynki zaginionej trzydzieści trzy lata wcześniej. Co więcej, przy szczątkach znajduje się rękopis napisanej przez Queberta powieści! Harry zostaje aresztowany, a przekonany o niewinności przyjaciela Marcus pozostawia wszystko i wyjeżdża, aby odkryć prawdę i jednocześnie uratować swoją karierę pisarską. 

„Prawda o sprawie Harry`ego Queberta” to nie tylko trzymający w napięciu thriller, to także refleksja na temat współczesnego społeczeństwa amerykańskiego, literatury, sprawiedliwości oraz mediów.

Opinie o ebooku Prawda o sprawie Harry'ego Queberta - Joel Dicker

Fragment ebooka Prawda o sprawie Harry'ego Queberta - Joel Dicker

Wydanie elektroniczne

O książ­ce

La­tem 1975 w po­ło­żo­nym w sta­nie New Hamp­shi­re mia­stecz­ku Au­ro­ra zni­ka bez śla­du pięt­na­sto­let­nia dziew­czy­na, Nola Kel­ler­gan. Star­sza ko­bie­ta, któ­ra wi­dzia­ła, jak Nola ucie­ka­ła przez las ści­ga­na przez męż­czy­znę, zo­sta­je za­strze­lo­na krót­ko po za­wia­do­mie­niu po­li­cji. Obie spra­wy – znik­nię­cia i mor­der­stwa – po­zo­sta­ją nie­wy­ja­śnio­ne przez na­stęp­ne 33 lata.

Dzię­ki swo­jej pierw­szej po­wie­ści mło­dy pi­sarz Mar­cus Gold­man robi osza­ła­mia­ją­cą ka­rie­rę. Oto­czo­ny po­wszech­nym uzna­niem, sta­je się ulu­bień­cem czy­tel­ni­ków i ame­ry­kań­skie­go świa­ta li­te­rac­kie­go. Ale sła­wa i za­chwy­ty nie trwa­ją wiecz­nie. Wio­sną 2008 Mar­cus prze­cho­dzi kry­zys twór­czy: z bra­ku na­tchnie­nia nie jest w sta­nie na­pi­sać na­wet jed­nej li­nij­ki na­stęp­nej książ­ki. Wy­daw­ca, z któ­rym pod­pi­sał umo­wę na dru­gą po­wieść, gro­zi mu pro­ce­sem są­do­wym. Wy­zna­czo­ny ter­min od­da­nia tek­stu zbli­ża się nie­ubła­ga­nie, gdy na­gle w ży­ciu Mar­cu­sa na­stę­pu­je zwrot: jego bli­ski przy­ja­ciel i men­tor, ogól­nie sza­no­wa­ny pi­sarz Har­ry Qu­ebert, zo­sta­je aresz­to­wa­ny i oskar­żo­ny o po­dwój­ne za­bój­stwo. Na te­re­nie po­se­sji Har­ry’ego od­na­le­zio­no szcząt­ki Noli. Pi­sa­rza szcze­gól­nie ob­cią­ża fakt, iż obok zwłok dziew­czy­ny spo­czy­wa ma­szy­no­pis jego słyn­nej po­wie­ści O po­cho­dze­niu zła. Prze­ko­na­ny o nie­win­no­ści Qu­eber­ta, Mar­cus opusz­cza Nowy Jork i wy­ru­sza do Au­ro­ry, by prze­pro­wa­dzić wła­sne do­cho­dze­nie. Sy­tu­acja jed­nak go prze­ra­sta, śledz­two nie po­su­wa się do przo­du, a ktoś (praw­dzi­wy za­bój­ca?) wy­sy­ła mu re­gu­lar­nie po­gróż­ki. Pra­gnąc oczy­ścić Har­ry’ego, a przy oka­zji ura­to­wać swo­ją za­ła­mu­ją­cą się ka­rie­rę, Mar­cus musi od­po­wie­dzieć na trzy klu­czo­we py­ta­nia: Kto i dla­cze­go za­bił Nolę Kel­ler­gan? Co fak­tycz­nie wy­da­rzy­ło się w Au­ro­rze la­tem 1975? Jak na­pi­sać po­wieść, któ­ra od­nie­sie suk­ces?

JOËL DIC­KER

Pi­sarz szwaj­car­ski, uro­dzo­ny w Ge­ne­wie w 1985 w ro­dzi­nie o ko­rze­niach fran­cu­sko-ro­syj­skich. Stu­dio­wał na Uni­wer­sy­te­cie Ge­new­skim; tam też w 2010 ukoń­czył wy­dział pra­wa. Swo­ją ka­rie­rę li­te­rac­ką pla­no­wał już w szko­le pod­sta­wo­wej, za­kła­da­jąc w wie­ku 10 lat ma­ga­zyn po­świę­co­ny na­tu­rze – La Ga­zet­te des Ani­maux. Rok 2012 przy­niósł Dic­ke­ro­wi dłu­go wy­cze­ki­wa­ny suk­ces: w od­stę­pie za­le­d­wie kil­ku mie­się­cy wy­dał dwie po­wie­ści: Les der­niers jo­urs de nos pe­res (Ostat­nie dni na­szych oj­ców) i Praw­da o spra­wie Har­ry’ego Qu­eber­ta – kil­ku­set­stro­ni­co­wy kry­mi­nał, osa­dzo­ny we współ­cze­snej Ame­ry­ce. Książ­ka z miej­sca pod­bi­ła Fran­cję (pół mi­lio­na eg­zem­pla­rzy ro­ze­szło się w 3 mie­sią­ce!) i za­in­te­re­so­wa­ła wy­daw­ców z 30 kra­jów, zgar­nia­jąc przy oka­zji naj­waż­niej­sze na­gro­dy li­te­rac­kie (m.in. Grand Prix du Ro­man Aka­de­mii Fran­cu­skiej); we­szła też do gro­na fi­na­li­stów Na­gro­dy Gon­co­ur­tów. W pra­sie za­gra­nicz­nej na­tych­miast po­ja­wi­ły się po­rów­na­nia do try­lo­gii Mil­len­nium Stie­ga Lars­so­na.

www.jo­el­dic­ker.com

Tego au­to­ra

PRAW­DA O SPRA­WIE HAR­RY’EGO QU­EBER­TA

OSTAT­NIE DNI NA­SZYCH OJ­CÓW

Ty­tuł ory­gi­na­łu:

LA VÉRI­TÉ SUR L’AF­FA­IRE HAR­RY QU­EBERT

Co­py­ri­ght © Edi­tions de Fal­lo­is/L’Age d’Hom­me 2012

All ri­ghts re­se­rved

Po­lish edi­tion co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Al­ba­tros A. Ku­ry­ło­wicz 2013

Po­lish trans­la­tion co­py­ri­ght © Oskar He­de­mann 2013

Książ­ka wy­da­na przy wspar­ciu Pro He­lve­tia, The Swiss Arts Co­un­cil

Re­dak­cja: Je­rzy Le­wiń­ski

Ilu­stra­cja na okład­ce:

Edward Hop­per (1882-1967) Por­tra­it of Or­le­ans, 1950

© Cor­po­ra­tion of Fine Arts Mu­seums of San Fran­ci­sco

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: An­drzej Ku­ry­ło­wicz

ISBN 978-83-7885-157-8

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS A. KURYŁOWICZ

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Moim ro­dzi­com po­świę­cam

Dzień zniknięcia(sobota, 30 sierpnia 1975)

– Tu cen­tra­la po­li­cji, w ja­kiej spra­wie pani dzwo­ni?

– Halo? Na­zy­wam się De­bo­rah Co­oper, miesz­kam przy Side Cre­ek Lane w Au­ro­rze. Wy­da­je mi się, że przed chwi­lą wi­dzia­łam, jak ja­kiś męż­czy­zna go­nił w le­sie dziew­czy­nę.

– Co do­kład­nie się wy­da­rzy­ło?

– Nie wiem! Sta­łam w oknie, pa­trzy­łam aku­rat w stro­nę lasu i tam wła­śnie zo­ba­czy­łam dziew­czy­nę, któ­ra bie­gła mię­dzy drze­wa­mi… A za nią biegł ja­kiś męż­czy­zna… Wy­da­je mi się, że pró­bo­wa­ła przed nim uciec.

– I gdzie są te­raz?

– Już… już ich nie wi­dzę. Są gdzieś w le­sie.

– Na­tych­miast wy­sy­łam do pani pa­trol.

Tak za­czę­ła się spra­wa, któ­ra wstrzą­snę­ła Au­ro­rą, mia­stecz­kiem w sta­nie New Hamp­shi­re. Tego wła­śnie dnia znik­nę­ła miesz­ka­ją­ca tu pięt­na­sto­let­nia Nola Kel­ler­gan. Wszel­ki ślad na za­wsze po niej za­gi­nął.

PROLOGPaździernik 2008(trzydzieści trzy lata od zniknięcia)

Wszy­scy mó­wi­li o mo­jej książ­ce. Nie mo­głem już spo­koj­nie cho­dzić uli­ca­mi No­we­go Jor­ku, nie mo­głem upra­wiać jog­gin­gu, bie­ga­jąc alej­ka­mi Cen­tral Par­ku, żeby ja­cyś spa­ce­ro­wi­cze mnie nie roz­po­zna­li i nie krzyk­nę­li: „Ej, ty, po­patrz, to Gold­man! To ten pi­sarz!”. Zda­rza­ło się na­wet, że nie­któ­rzy przy­łą­cza­li się i bie­gli ra­zem ze mną, żeby za­da­wać mi py­ta­nia, któ­re ich drę­czy­ły: „Czy to, co pan pi­sze w tej książ­ce, to praw­da? Har­ry Qu­ebert na­praw­dę to zro­bił?”. W ka­fej­ce w West Vil­la­ge, gdzie czę­sto by­wa­łem, nie­któ­rzy klien­ci bez­ce­re­mo­nial­nie przy­sia­da­li się do mo­je­go sto­li­ka, żeby do mnie za­ga­dać: „Wła­śnie czy­tam pana książ­kę, pa­nie Gold­man, i nie mogę się od niej ode­rwać! Już pierw­sza była świet­na, ale ta dru­ga to do­pie­ro coś! Na­praw­dę za­pła­ci­li panu za nią mi­lion do­la­rów? A ile wła­ści­wie ma pan lat? Nie­ca­łe trzy­dzie­ści? Trzy­dzie­ści lat! I już uda­ło się panu zgar­nąć taką nie­sa­mo­wi­tą kasę!”. Na­wet por­tier w moim domu, któ­ry – co za­uwa­ży­łem – od­ry­wał się od lek­tu­ry tej książ­ki tyl­ko po to, żeby otwo­rzyć drzwi, kie­dy już ją wresz­cie prze­czy­tał, w koń­cu do­padł mnie na dłu­żej przed wej­ściem do win­dy, żeby mi zdra­dzić, co mu leży na ser­cu: „No i wi­dzi pan, co się sta­ło z tą Nolą Kel­ler­gan? Co za po­twor­ność! Ale jak coś ta­kie­go mo­gło się zda­rzyć? Hę? Pa­nie Gold­man, no jak to w ogó­le moż­li­we?”.

Cała no­wo­jor­ska śmie­tan­ka za­chwy­ca­ła się moją po­wie­ścią; uka­za­ła się za­le­d­wie przed dwo­ma ty­go­dnia­mi, a już za­po­wia­da­ła się na naj­le­piej sprze­da­ją­cą się książ­kę roku na ame­ry­kań­skim kon­ty­nen­cie. Wszy­scy chcie­li się do­wie­dzieć, co też wy­da­rzy­ło się w Au­ro­rze w 1975 roku. Mó­wio­no o tym do­słow­nie wszę­dzie: w te­le­wi­zji, w ra­diu, w ga­ze­tach. Mia­łem nie­ca­łe trzy­dzie­ści lat, a dzię­ki tej książ­ce, do­pie­ro dru­giej w mo­jej ka­rie­rze, sta­łem się naj­bar­dziej zna­nym pi­sa­rzem w kra­ju.

Hi­sto­ria, któ­ra wstrzą­snę­ła Ame­ry­ką i sta­no­wi­ła kan­wę mo­jej opo­wie­ści, roz­po­czę­ła się kil­ka mie­się­cy wcze­śniej, gdzieś na po­cząt­ku lata, po zna­le­zie­niu zwłok dziew­czy­ny za­gi­nio­nej przed trzy­dzie­sto­ma trze­ma laty. Taki wła­śnie był po­czą­tek tego, co wy­da­rzy­ło się w New Hamp­shi­re, hi­sto­rii, któ­rą tu­taj opi­szę i bez któ­rej ma­lut­kie mia­stecz­ko o na­zwie Au­ro­ra z pew­no­ścią po­zo­sta­ło­by nie­zna­ne dla resz­ty Ame­ry­ki.

CZĘŚĆ PIERWSZAChoroba pisarzy(osiem miesięcy przed ukazaniem się książki)

31W otchłani pamięci

„Naj­waż­niej­szy, Mar­cu­sie, jest pierw­szy roz­dział. Je­śli nie spodo­ba się czy­tel­ni­kom, nie prze­czy­ta­ją dal­sze­go cią­gu two­jej książ­ki. Od cze­go za­mie­rzasz za­cząć?

– Nie wiem, Har­ry. My­ślisz, że kie­dyś mi się uda?

– Ale co ta­kie­go?

– Że uda mi się na­pi­sać książ­kę.

– Je­stem tego pe­wien”.

Na po­cząt­ku 2008 roku, a więc ja­kieś pół­to­ra roku po tym, gdy dzię­ki mo­jej pierw­szej po­wie­ści sta­łem się no­wym ulu­bień­cem ame­ry­kań­skie­go świat­ka li­te­rac­kie­go, na­gle do­padł mnie po­twor­ny kry­zys w po­sta­ci czy­stej kart­ki, syn­drom, któ­ry po­dob­no nie jest ni­czym wy­jąt­ko­wym u pi­sa­rzy od­no­szą­cych na­gły i ogrom­ny suk­ces. Cho­ro­ba nie po­ja­wi­ła się jed­nak znie­nac­ka, za­pa­da­łem na nią bo­wiem do­syć po­wo­li. Czu­łem, jak­by do­tknię­ty nią mój mózg po­wo­lut­ku za­sty­gał. Kie­dy po­ja­wi­ły się pierw­sze symp­to­my, sta­ra­łem się w ogó­le nie zwra­cać na nie uwa­gi: po­wta­rza­łem so­bie, że na­tchnie­nie na­dej­dzie ju­tro albo po­ju­trze, albo być może za trzy dni. Tym­cza­sem dni, ty­go­dnie i mie­sią­ce mi­ja­ły, a na­tchnie­nie ja­koś się nie po­ja­wia­ło.

Moje zej­ście do pie­kieł moż­na było po­dzie­lić na trzy fazy. Pierw­sza, wa­run­ku­ją­ca upa­dek z du­żej wy­so­ko­ści, po­le­ga­ła na osza­ła­mia­ją­cym wzlo­cie: moja de­biu­tanc­ka po­wieść sprze­da­ła się w dwóch mi­lio­nach eg­zem­pla­rzy, wy­no­sząc mnie w wie­ku za­le­d­wie dwu­dzie­stu ośmiu lat do ran­gi pi­sa­rza, któ­ry od­niósł suk­ces. Sta­ło się to je­sie­nią 2006 roku, a w cią­gu kil­ku ty­go­dni moje na­zwi­sko sta­ło się „na­zwi­skiem”, co się zo­wie; moż­na mnie było zo­ba­czyć wszę­dzie, w te­le­wi­zji, ga­ze­tach, na okład­kach pism. Moja twarz po­ja­wia­ła się na ogrom­nych bil­l­bo­ar­dach re­kla­mo­wych na sta­cjach me­tra. Naj­su­row­si kry­ty­cy z wiel­kich dzien­ni­ków na Wschod­nim Wy­brze­żu byli zgod­ni: mło­dy Mar­cus Gold­man bę­dzie bez wąt­pie­nia wiel­kim pi­sa­rzem.

Jed­na je­dy­na książ­ka i w jed­nej chwi­li otwar­ły się przede mną wro­ta do no­we­go ży­cia, do ży­cia mło­dych gwiazd mi­lio­ne­rów. Wy­pro­wa­dzi­łem się od ro­dzi­ców, któ­rzy miesz­ka­li w Montc­la­ir w sta­nie New Jer­sey, i za­miesz­ka­łem w luk­su­so­wym apar­ta­men­cie w Vil­la­ge, za­mie­ni­łem mo­je­go for­da z trze­ciej ręki na no­wiut­kie­go, czar­ne­go i bi­ją­ce­go po oczach ran­ge­ro­ve­ra z przy­ciem­nia­ny­mi szy­ba­mi, za­czą­łem by­wać w eks­klu­zyw­nych re­stau­ra­cjach, do­ro­bi­łem się agen­ta li­te­rac­kie­go, któ­ry stał się pa­nem mo­je­go cza­su i przy­cho­dził oglą­dać ze mną me­cze ba­se­bal­lu na gi­gan­tycz­nym ekra­nie w moim no­wym miesz­ka­niu. Wy­na­ją­łem biu­ro za­le­d­wie dwa kro­ki od Cen­tral Par­ku, se­kre­tar­ka o imie­niu De­ni­se, któ­ra tro­chę się we mnie pod­ko­chi­wa­ła, prze­glą­da­ła moją pocz­tę, przy­go­to­wy­wa­ła kawę i se­gre­go­wa­ła waż­ne do­ku­men­ty.

Przez pierw­szych sześć mie­się­cy po uka­za­niu się książ­ki ogra­ni­cza­łem się do ko­rzy­sta­nia ze słod­kich uro­ków mo­jej no­wej eg­zy­sten­cji. Ran­kiem wpa­da­łem do biu­ra, żeby za­po­znać się na­pręd­ce z ewen­tu­al­ny­mi ar­ty­ku­ła­mi na mój te­mat i prze­czy­tać na­pły­wa­ją­ce co­dzien­nie dzie­siąt­ki li­stów od wiel­bi­cie­li, któ­re na­stęp­nie De­ni­se wkła­da­ła do opa­słych se­gre­ga­to­rów. Po­tem, bar­dzo z sie­bie za­do­wo­lo­ny, uznaw­szy, że dość się już na­pra­co­wa­łem, sze­dłem po­spa­ce­ro­wać so­bie bez celu uli­ca­mi Man­hat­ta­nu, gdzie prze­chod­nie na mój wi­dok ści­sza­li głos i coś tam do sie­bie szep­ta­li. Resz­tę dnia po­świę­ca­łem na ko­rzy­sta­nie z no­wych praw, ja­kie da­wa­ła mi sła­wa; mo­głem te­raz ku­po­wać to, na co tyl­ko przy­szła mi ocho­ta, mia­łem pra­wo oglą­dać me­cze Ran­ger­sów z VIP-owskiej loży w Ma­di­son Squ­are Gar­den, mia­łem pra­wo stą­pać po czer­wo­nym dy­wa­nie ra­zem z gwiaz­da­mi mu­zy­ki, któ­rych pły­ty ku­po­wa­łem, gdy by­łem mło­dy, mia­łem pra­wo po­ka­zy­wać się w to­wa­rzy­stwie Ly­dii Glo­or, bę­dą­cej wte­dy na to­pie gwiazd­ki te­le­wi­zyj­ne­go se­ria­lu, któ­rą wszy­scy so­bie w tym cza­sie wy­ry­wa­li. By­łem więc słyn­nym pi­sa­rzem i mia­łem wra­że­nie, że wy­ko­nu­ję naj­wspa­nial­szy za­wód na świe­cie. Świę­cie prze­ko­na­ny, że mój suk­ces trwać bę­dzie wiecz­nie, nie prze­ją­łem się pierw­szy­mi ostrze­że­nia­mi mo­je­go agen­ta i wy­daw­cy, któ­rzy na­ci­ska­li, że­bym za­brał się zno­wu do pra­cy i za­czął wresz­cie pi­sać dru­gą po­wieść.

W cią­gu na­stęp­nych sze­ściu mie­się­cy zda­łem so­bie spra­wę, że kie­ru­nek wia­tru jak­by się odro­bi­nę zmie­niał: li­sty od wiel­bi­cie­li przy­cho­dzi­ły rza­dziej, a i na uli­cach za­cze­pia­no mnie tro­chę mniej. Po ja­kimś cza­sie ci, któ­rzy mnie jesz­cze roz­po­zna­wa­li, za­czę­li za­da­wać py­ta­nie: „Pa­nie Gold­man, o czym bę­dzie pana na­stęp­na książ­ka? I kie­dy się uka­że?”. Zro­zu­mia­łem wte­dy, że trze­ba się za­brać do ro­bo­ty, no i się za­bra­łem; no­to­wa­łem po­my­sły na luź­nych kart­kach i na­pi­sa­łem na­wet kon­spekt na kom­pu­te­rze. Ale nie było to do­bre. Przy­cho­dzi­ły mi do gło­wy inne po­my­sły i pi­sa­łem ko­lej­ne kon­spek­ty, jed­nak wciąż nie by­łem z nich za­do­wo­lo­ny. W koń­cu ku­pi­łem so­bie nowy kom­pu­ter w na­dziei, że sprze­da­ją go już z do­bry­mi po­my­sła­mi i świet­ny­mi kon­spek­ta­mi. Wszyst­ko na próż­no. A po­tem pró­bo­wa­łem za­sto­so­wać jesz­cze inną me­to­dę: za­my­ka­łem się z De­ni­se w biu­rze do póź­nych go­dzin noc­nych i dyk­to­wa­łem jej to, co wy­da­wa­ło mi się wspa­nia­ły­mi zda­nia­mi, traf­ny­mi sfor­mu­ło­wa­nia­mi i wy­jąt­ko­wym po­cząt­kiem po­wie­ści. Jed­nak na­stęp­ne­go dnia uzna­wa­łem, że sło­wa te są pła­skie, zda­nia bez­na­dziej­ne, a każ­dy z po­cząt­ków mo­jej przy­szłej książ­ki to klę­ska. Wcho­dzi­łem w dru­gą fazę cho­ro­by.

Je­sie­nią 2007 roku mi­nął rok od uka­za­nia się mo­jej pierw­szej po­wie­ści, a ja wciąż nie na­pi­sa­łem choć­by jed­nej li­nij­ki na­stęp­nej. Kie­dy prze­sta­ły przy­cho­dzić li­sty, któ­re moż­na by było wło­żyć do se­gre­ga­to­ra, kie­dy w miej­scach pu­blicz­nych już mnie nie roz­po­zna­wa­no, a z wiel­kich księ­garń na Broad­wayu znik­nę­ły pla­ka­ty z moją po­do­bi­zną, zro­zu­mia­łem, że sła­wa jest ulot­na. Jest jak żar­łocz­na gor­go­na, miej­sce tych, któ­rzy nie są w sta­nie jej ży­wić, szyb­ko zaj­mu­ją na­stęp­cy: a to po­pu­lar­ni w da­nej chwi­li po­li­ty­cy, a to ja­kaś gwiazd­ka z ostat­nie­go re­ali­ty show, a to zno­wu gru­pa roc­ko­wa, któ­ra aku­rat wspię­ła się na sam szczyt, sku­pia­jąc na so­bie tę część uwa­gi, jaką daw­niej po­świę­ca­no mnie. A prze­cież mi­nę­ło za­le­d­wie dwa­na­ście mie­się­cy od dnia, kie­dy wy­da­no moją książ­kę; ten czas wy­dał mi się śmiesz­nie krót­ki, ale w ska­li ca­łej ludz­ko­ści ozna­czał wiecz­ność. Przez ten rok w sa­mej tyl­ko Ame­ry­ce uro­dzi­ło się mi­lion dzie­ci, mi­lion lu­dzi zmar­ło, ofia­rą strze­la­ni­ny pa­dło naj­mar­niej kil­ka­dzie­siąt ty­się­cy, ja­kieś pół mi­lio­na po­grą­ży­ło się w nar­ko­ma­nii, ko­lej­ny mi­lion stał się mi­lio­ne­ra­mi, sie­dem­na­ście mi­lio­nów zmie­ni­ło te­le­fon ko­mór­ko­wy, pięć­dzie­siąt ty­się­cy zgi­nę­ło w wy­pad­kach sa­mo­cho­do­wych, a dwa mi­lio­ny do­zna­ło w ich wy­ni­ku mniej lub bar­dziej po­waż­nych ob­ra­żeń. Ja na­to­miast na­pi­sa­łem tyl­ko jed­ną, je­dy­ną książ­kę.

Schmid & Han­son, ogrom­ne no­wo­jor­skie wy­daw­nic­two, któ­re za­pła­ci­ło mi mi­lut­ką sum­kę za pierw­szą po­wieść i po­kła­da­ło we mnie ogrom­ne na­dzie­je, za­drę­cza­ło te­raz mo­je­go agen­ta Do­ugla­sa Cla­re­na, a ten z ko­lei za­drę­czał mnie. Po­wta­rzał, że czas nas goni, że mu­szę ko­niecz­nie od­dać nowy tekst, a ja sta­ra­łem się go uspo­ko­ić, aby uspo­ko­ić też sa­mem­go sie­bie. Prze­ko­ny­wa­łem więc Do­ugla­sa, że pra­ca nad dru­gą po­wie­ścią po­su­wa się bez prze­szkód i nie po­wi­nien się w ogó­le tym mar­twić. Jed­nak po­mi­mo za­my­ka­nia się na dłu­gie go­dzi­ny w biu­rze nadal le­ża­ły przede mną pu­ste kart­ki; na­tchnie­nie ode­szło bez żad­ne­go ostrze­że­nia i za nic nie chcia­ło wró­cić. Gdy wie­czo­rem le­ża­łem w łóż­ku i nie by­łem w sta­nie za­snąć, my­śla­łem so­bie, że już nie­ba­wem, za­nim do­ży­ję trzy­dziest­ki, wiel­ki Mar­cus Gold­man prze­sta­nie ist­nieć. Ta myśl tak bar­dzo mnie prze­ra­zi­ła, że po­sta­no­wi­łem za­fun­do­wać so­bie wa­ka­cje, aby prze­wie­trzyć tro­chę gło­wę; cały mie­siąc prze­sie­dzia­łem w pa­ła­cu w Mia­mi, niby po to, by na­ła­do­wać aku­mu­la­to­ry, świę­cie prze­ko­na­ny, iż od­po­czy­nek pod pal­ma­mi po­zwo­li mi od­zy­skać peł­nię władz nad ge­niu­szem twór­czym. Jed­nak Flo­ry­da była oczy­wi­ście tyl­ko cu­dow­ną pró­bą uciecz­ki, prze­cież już ja­kieś dwa ty­sią­ce lat przede mną fi­lo­zof Se­ne­ka do­świad­czył tego przy­kre­go sta­nu: gdzie­kol­wiek by czło­wiek uciekł, jego pro­ble­my same wpra­sza­ją się do wa­li­zek i wszę­dzie za nim po­dą­ża­ją. Zu­peł­nie tak, jak­by za­raz po moim przy­by­ciu do Mia­mi do­go­nił mnie tuż za bra­mą lot­ni­ska prze­mi­ły ku­bań­ski ba­ga­żo­wy i za­py­tał:

– Czy pan Gold­man?

– Tak.

– W ta­kim ra­zie to na­le­ży do pana.

I po­dał­by mi ko­per­tę z gru­bym pli­kiem kar­tek w środ­ku.

– Czy to są moje czy­ste kart­ki?

– Tak, pa­nie Gold­man. Prze­cież nie mógł­by pan wy­je­chać z No­we­go Jor­ku, nie za­bie­ra­jąc ich ze sobą.

No cóż, spę­dzi­łem mie­siąc na Flo­ry­dzie cał­kiem sam, za­mknię­ty w apar­ta­men­cie z mo­imi de­mo­na­mi, ża­ło­sny i przy­bi­ty. Na włą­czo­nym bez prze­rwy, w dzień i w nocy, kom­pu­te­rze plik, któ­ry za­ty­tu­ło­wa­łem nowa-po­wiesc.doc, po­zo­sta­wał roz­pacz­li­wie nie­tknię­ty. To, że do­pa­dła mnie bar­dzo roz­po­wszech­nio­na w krę­gach ar­ty­stycz­nych cho­ro­ba, zro­zu­mia­łem tego wie­czo­ru, gdy po­sta­wi­łem mar­ga­ri­tę ho­te­lo­we­mu pia­ni­ście. Kie­dy sie­dzie­li­śmy tak so­bie za ba­rem, opo­wie­dział mi, że przez całe ży­cie na­pi­sał tyl­ko jed­ną pio­sen­kę, ale oka­za­ła się ab­so­lut­nie nie­praw­do­po­dob­nym hi­tem. Od­nio­sła tak wiel­ki suk­ces, że już nig­dy wię­cej nie był w sta­nie na­pi­sać ni­cze­go in­ne­go, a te­raz we­ge­to­wał, zruj­no­wa­ny i nie­szczę­śli­wy, brzdą­ka­jąc na pia­ni­nie ka­wał­ki in­nych kom­po­zy­to­rów dla ho­te­lo­wych go­ści. „Bo wie pan, w tam­tym cza­sie za­li­cza­łem ta­kie tra­sy, że gło­wa boli. Wy­stę­po­wa­łem w naj­więk­szych sa­lach w Ame­ry­ce – po­wie­dział, wcze­pia­jąc się w koł­nie­rzyk mo­jej ko­szu­li. – Dzie­sięć ty­się­cy lu­dzi skan­do­wa­ło moje imię, pa­nien­ki mdla­ły, a inne rzu­ca­ły mi swo­je majt­ki. To było coś!”. A po­tem, kie­dy zli­zał jak psiak sól z brze­gu szklan­ki, do­dał jesz­cze: „Przy­się­gam, że to praw­da”. Do­brze wie­dzia­łem, że to praw­da, i wła­śnie to było naj­gor­sze.

Trze­cia faza mo­ich nie­szczęść za­czę­ła się z chwi­lą, gdy wró­ci­łem do No­we­go Jor­ku. Już w sa­mo­lo­cie le­cą­cym z Mia­mi prze­czy­ta­łem ar­ty­kuł o mło­dym au­to­rze, któ­ry do­pie­ro co wy­dał po­wieść na­masz­czo­ną przez kry­ty­ków, a gdy wy­lą­do­wa­łem na lot­ni­sku La­Gu­ar­dia, uj­rza­łem jego twarz na ogrom­nych pla­ka­tach w sali, gdzie od­bie­ra się ba­ga­że. Ży­cie moc­no się ze mnie na­bi­ja­ło: nie dość, że zo­sta­łem cał­kiem za­po­mnia­ny, to jesz­cze, co gor­sza, po­sta­no­wio­no zna­leźć na moje miej­sce ko­goś in­ne­go. Do­uglas, któ­ry przy­je­chał ode­brać mnie z lot­ni­ska, był w sta­nie wy­raź­nie hi­ste­rycz­nym: wy­daw­nic­two Schmid & Han­son, u kre­su wy­trzy­ma­ło­ści, chcia­ło ja­kie­goś do­wo­du, że pra­ca po­su­wa się na­przód i że już wkrót­ce będę w sta­nie od­dać mu nowy, go­to­wy tekst.

– Jest na­praw­dę nie­do­brze – oznaj­mił, wio­ząc mnie sa­mo­cho­dem na Man­hat­tan. – Po­wiedz mi, pro­szę, że Flo­ry­da po­sta­wi­ła cię na nogi i że już pra­wie skoń­czy­łeś książ­kę! Wiesz, jest taki fa­cet, o któ­rym wszy­scy te­raz mó­wią… Jego książ­ka ma być bo­żo­na­ro­dze­nio­wym hi­tem. A ty, Mar­cu­sie? Co bę­dziesz miał na Boże Na­ro­dze­nie?

– Za­raz się do tego za­bio­rę! – krzyk­ną­łem spa­ni­ko­wa­ny. – Uda mi się! Zro­bi­my wiel­ką kam­pa­nię re­kla­mo­wą i wszyst­ko bę­dzie do­brze! Ci, któ­rym spodo­ba­ła się pierw­sza książ­ka, po­lu­bią też na­stęp­ną!

– Marc, ty chy­ba nic nie ro­zu­miesz: tak moż­na było my­śleć jesz­cze kil­ka mie­się­cy temu. Cała stra­te­gia po­le­ga­ła na tym, żeby po­pły­nąć na fali suk­ce­su, za­spo­ko­ić czy­tel­ni­ków i dać im to, cze­go ocze­ku­ją. Pu­blicz­ność chcia­ła Mar­cu­sa Gold­ma­na, ale sko­ro Mar­cus Gold­man po­je­chał so­bie na wy­wcza­sy na Flo­ry­dę, to i czy­tel­ni­cy po­szli ku­pić inną książ­kę. Chy­ba uczy­łeś się tro­chę eko­no­mii, Marc, nie? Książ­ki sta­ły się pro­duk­tem wy­mia­ny han­dlo­wej. Lu­dzie po­trze­bu­ją ta­kiej, któ­ra im się spodo­ba, przy któ­rej się od­prę­żą, ro­ze­rwą. A je­śli ty im jej nie dasz, zro­bi to twój są­siad, a ty bę­dziesz się nada­wać naj­wy­żej na śmiet­nik.

Prze­ra­żo­ny gro­ma­mi rzu­ca­ny­mi przez Do­ugla­sa, za­bra­łem się do pra­cy jak nig­dy do­tąd: za­czy­na­łem pi­sać już o szó­stej rano i nie koń­czy­łem nig­dy przed dzie­wią­tą czy dzie­sią­tą wie­czo­rem. Spę­dza­łem całe dnie w biu­rze, pi­sząc bez prze­rwy. Nie­sio­ny fre­ne­tycz­nym zry­wem roz­pa­czy, sta­ra­łem się ukła­dać sło­wa, wią­zać ze sobą zda­nia i mno­żyć po­my­sły na po­wieść. Z przy­gnę­bie­niem jed­nak stwier­dza­łem, że nic sen­sow­ne­go z tego nie wy­ni­ka. De­ni­se przez cały ten czas za­mar­twia­ła się moim sta­nem. A że nie mia­ła już nic in­ne­go do ro­bo­ty – żad­nych dyk­tand, żad­nych li­stów do se­gre­go­wa­nia, żad­nej kawy do pa­rze­nia – cho­dzi­ła po ko­ry­ta­rzu tam i z po­wro­tem. Kie­dy nie była już w sta­nie tego dłu­żej wy­trzy­mać, ło­mo­ta­ła do mo­ich drzwi.

– Bła­gam pana, Mar­cu­sie, pro­szę mi otwo­rzyć! – ję­cza­ła. – Pro­szę wyjść wresz­cie z biu­ra, niech pan po­spa­ce­ru­je przez chwi­lę w par­ku. Nic pan prze­cież dzi­siaj jesz­cze nie jadł!

A ja wrzesz­cza­łem w od­po­wie­dzi:

– Nie je­stem głod­ny! Nie je­stem głod­ny! Nie ma książ­ki, nie bę­dzie je­dze­nia!

Ona zaś z tru­dem po­wstrzy­my­wa­ła się od pła­czu.

– Niech pan nie mówi ta­kich okrop­no­ści. Pój­dę za­raz do de­li­ka­te­sów na rogu uli­cy i przy­nio­sę panu ka­nap­ki z ro­st­be­fem, te pana ulu­bio­ne. Już bie­gnę! Już lecę!

Sły­sza­łem, jak bie­rze to­reb­kę i bie­gnie do drzwi wej­ścio­wych, żeby po­pę­dzić na dół po scho­dach, tak jak­by ten cały po­śpiech miał co­kol­wiek zmie­nić w mo­jej sy­tu­acji. Wresz­cie bo­wiem po­ją­łem roz­mia­ry zła, któ­re mnie do­tknę­ło: na­pi­sać książ­kę, star­tu­jąc od zera, wy­da­wa­ło mi się czymś pro­stym, ale te­raz, kie­dy by­łem na szczy­cie, kie­dy mu­sia­łem udo­wod­nić, że mam na­praw­dę ta­lent, i po­wtó­rzyć wy­cień­cza­ją­cą dro­gę do suk­ce­su, ja­kim jest na­pi­sa­nie do­brej po­wie­ści, czu­łem, że nie je­stem już do tego zdol­ny. Tra­wi­ła mnie cho­ro­ba pi­sa­rzy i nie było ni­ko­go, kto mógł­by mi po­móc; ci, któ­rym o tym mó­wi­łem, od­po­wia­da­li, że to pryszcz i że pew­nie czę­sto się to zda­rza, i że na­wet je­śli nie na­pi­szę książ­ki te­raz, zro­bię to ju­tro. Pró­bo­wa­łem przez całe dwa dni na­pi­sać coś w moim daw­nym po­ko­ju w domu ro­dzi­ców, w Montc­la­ir, tam, gdzie prze­cież zna­la­złem na­tchnie­nie do mo­jej pierw­szej po­wie­ści. Ale i ta pró­ba za­koń­czy­ła się to­tal­ną kla­pą, w czym za­pew­ne mia­ła udział i moja mat­ka, bo przez te dwa dni sie­dzia­ła cały czas tuż obok mnie, wpa­tru­jąc się w ekran mo­je­go lap­to­pa i po­wta­rza­jąc bez koń­ca: „Jest bar­dzo do­brze, Mar­kie”.

– Mamo, ale ja nie na­pi­sa­łem na­wet jed­nej li­nij­ki – po­wie­dzia­łem w koń­cu.

– Ale ja czu­ję, że to bę­dzie bar­dzo do­bre.

– Mamo, gdy­byś tak może zo­sta­wi­ła mnie sa­me­go…

– Dla­cze­go sa­me­go? Boli cię brzuch? Chcesz pu­ścić bąka? Mo­żesz to ro­bić w mo­jej obec­no­ści, mój dro­gi. Je­stem prze­cież two­ją mat­ką.

– Nie, nie mam ocho­ty pusz­czać bą­ków, mamo.

– To może je­steś głod­ny? Chcesz może na­le­śni­ki? A może zro­bię ci go­fry? Albo coś na sło­no? Może jaj­ka?

– Nie, nie je­stem głod­ny.

– No to dla­cze­go chcesz, że­bym cię zo­sta­wi­ła sa­me­go? Pró­bu­jesz mi po­wie­dzieć, że obec­ność ko­bie­ty, któ­ra dała ci ży­cie, po pro­stu ci prze­szka­dza?

– Nie, nie prze­szka­dzasz mi mamo, tyl­ko że…

– Tyl­ko że co?

– Już nic, mamo.

– Po­wi­nie­neś zna­leźć so­bie dziew­czy­nę, Mar­kie. My­ślisz, że nie wiem, że ze­rwa­łeś z tą ak­tor­ką z te­le­wi­zji? Jak jej tam było?

– Ly­dia Glo­or. Zresz­tą tak na­praw­dę to wca­le nie by­li­śmy ze sobą, mamo. To zna­czy, chcę po­wie­dzieć, że to była tyl­ko taka tam so­bie przy­go­da.

– Tyl­ko taka tam so­bie przy­go­da! Tak wła­śnie te­raz jest z wami, mło­dy­mi: nic, tyl­ko ta­kie tam so­bie przy­go­dy, a po­tem ni stąd, ni zo­wąd stu­ka wam pięć­dzie­siąt­ka i bu­dzi­cie się łysi i bez ro­dzi­ny!

– A jaki to ma zwią­zek z ły­sie­niem, mamo?

– Nie ma żad­ne­go. Ale czy ty uwa­żasz, że to nor­mal­ne, bym do­wia­dy­wa­ła się z ko­lo­ro­wych pism, że je­steś z tą dzie­wu­chą? Jaki syn robi coś ta­kie­go swo­jej mat­ce, hę? Wy­obraź so­bie tyl­ko, że tuż przed two­im wy­jaz­dem na Flo­ry­dę zja­wiam się u Sche­in­get­za… tego fry­zje­ra, nie rzeź­ni­ka… a tam wszy­scy przy­glą­da­ją mi się tak ja­koś dziw­nie. Py­tam więc, o co cho­dzi, a na to pani Berg, z gło­wą po trwa­łej w su­szar­ce, po­ka­zu­je mi pi­smo, któ­re aku­rat czy­ta. A tam zdję­cie two­je i tej ca­łej Ly­dii Glo­or zro­bio­ne gdzieś na uli­cy; je­ste­ście ra­zem, a z ty­tu­łu ar­ty­ku­łu wy­ni­ka, że wła­śnie się roz­sta­li­ście. Cały sa­lon fry­zjer­ski wie­dział, że ze­rwa­li­ście, a ja na­wet nie mia­łam po­ję­cia, że spo­ty­ka­łeś się z tą dziew­czy­ną! Oczy­wi­ście, że nie chcia­łam, żeby wzię­li mnie za kom­plet­ną idiot­kę, więc od razu po­wie­dzia­łam, że to uro­cza ko­bie­ta i że czę­sto przy­cho­dzi­ła do nas na ko­la­cję.

– Mamo, nie mó­wi­łem ci o niej, bo to nie było nic po­waż­ne­go. To nie była ta wła­ści­wa ko­bie­ta, ro­zu­miesz?

– To nig­dy nie jest wła­ści­wa ko­bie­ta. Ty ni­ko­go po­rząd­ne­go nie spo­ty­kasz, Mar­kie! W tym pro­blem. Czy ty na­praw­dę my­ślisz, że ak­tor­ki z te­le­wi­zji są w sta­nie pro­wa­dzić dom? Wy­obraź so­bie, że nie da­lej jak wczo­raj spo­tka­łam w su­per­mar­ke­cie pa­nią Emer­son. Jej cór­ka też jest sama. By­ła­by dla cie­bie ide­al­na. A do tego ma bar­dzo ład­ne zęby. Chcesz, że­bym jej za­pro­po­no­wa­ła, by te­raz wpa­dła do nas na chwi­lę?

– Nie, mamo. Pró­bu­ję pra­co­wać.

W tym sa­mym mo­men­cie usły­sza­łem dzwo­nek do drzwi.

– To chy­ba one – po­wie­dzia­ła mat­ka.

– Jak to: to chy­ba one?

– No, pani Emer­son z cór­ką. Po­wie­dzia­łam im, żeby przy­szły na czwar­tą na her­bat­kę. I wła­śnie jest punkt czwar­ta. Po­rząd­na ko­bie­ta to taka, któ­ra zja­wia się punk­tu­al­nie. I co, jesz­cze się w niej nie za­ko­cha­łeś?

– Za­pro­si­łaś je do nas na her­ba­tę? Wy­wal je stąd, mamo! Nie chcę ich wi­dzieć na oczy! Do cięż­kiej cho­le­ry, mam prze­cież pi­sać książ­kę! Nie je­stem tu po to, żeby sie­dzieć na po­ga­dusz­kach przy pod­wie­czor­ku, mu­szę na­pi­sać po­wieść!

– Och, Mar­kie, na­praw­dę przy­da­ła­by ci się ja­kaś dziew­czy­na. Dziew­czy­na, z któ­rą byś się za­rę­czył i oże­nił. Za dużo my­ślisz o książ­kach, a za mało o mał­żeń­stwie…

Nie­ste­ty, nikt nie po­tra­fił po­jąć po­wa­gi sy­tu­acji: mu­sia­łem za wszel­ką cenę na­pi­sać nową książ­kę, choć­by tyl­ko po to, żeby wy­wią­zać się z umo­wy, jaką za­war­łem z wy­daw­nic­twem. W stycz­niu 2008 roku Roy Bar­na­ski, wszech­moc­ny dy­rek­tor fir­my Schmid & Han­son, we­zwał mnie do biu­ra na pięć­dzie­sią­tym pierw­szym pię­trze wie­żow­ca przy Le­xing­ton Ave­nue, żeby bru­tal­nie usta­wić mnie do pio­nu: „No i co, pa­nie Gold­man, kie­dy wresz­cie do­sta­nę pana go­to­wy tekst? – wark­nął. – Na­sza umo­wa opie­wa na pięć ksią­żek, czas za­brać się do ro­bo­ty, i to szyb­ko! Po­trzeb­ne są wy­ni­ki, mu­si­my zwięk­szyć ob­ro­ty! Spóź­nia się pan, nie do­trzy­mu­je ter­mi­nów! Ze wszyst­kim się pan spóź­nia! Wi­dział pan tego go­ścia, któ­ry wy­pu­ścił książ­kę przed samą Gwiazd­ką? Za­jął pana miej­sce w ser­cu czy­tel­ni­ków! Agent twier­dzi, że ko­lej­na jego po­wieść jest już pra­wie go­to­wa. A pan? Przez pana tra­ci­my pie­nią­dze! Niech więc się pan otrzą­śnie i weź­mie do ro­bo­ty. Niech pan za­dzi­wi wszyst­kich, na­pi­sze do­brą książ­kę i ura­tu­je skó­rę! Daję panu sześć mie­się­cy. Daję panu czas do koń­ca czerw­ca”. Sześć mie­się­cy na na­pi­sa­nie książ­ki, gdy je­stem to­tal­nie za­blo­ko­wa­ny od pra­wie pół­to­ra roku. Po pro­stu nie ma ta­kiej moż­li­wo­ści. Co gor­sza, na­rzu­ca­jąc mi ten ter­min, Bar­na­ski nie ra­czył po­in­for­mo­wać mnie o kon­se­kwen­cjach, ja­kie mi gro­żą, gdy­bym nie wy­wią­zał się z umo­wy. Ale tym aku­rat, ja­kieś dwa ty­go­dnie póź­niej, za­jął się Do­uglas pod­czas nie wiem już któ­rej z rzę­du roz­mo­wy w moim miesz­ka­niu. Po­wie­dział wte­dy: „Mu­sisz za­cząć pi­sać, mój dro­gi, nie mo­żesz się już od tego wy­mi­gać. Pod­pi­sa­łeś umo­wę na pięć ksią­żek! Pięć ksią­żek! Bar­na­ski jest wście­kły i nie chce dłu­żej cze­kać… Po­wie­dział, że daje ci czas do czerw­ca. A wiesz, co się sta­nie, je­śli się nie sprę­żysz? Ze­rwą z tobą umo­wę, będą cię cią­gać po są­dach i wy­ssą cię aż do szpi­ku ko­ści. Za­bio­rą ci całą ka­skę i bę­dziesz mógł po­ło­żyć krzy­żyk na pięk­nym ży­ciu, na ślicz­nym miesz­kan­ku, na wło­skich bu­tach i wiel­kiej fu­rze. Nie zo­sta­nie ci nic. Do­pro­wa­dzą cię do ru­iny”. No tak, więc ja, jesz­cze rok temu uwa­ża­ny za wscho­dzą­cą gwiaz­dę li­te­ra­tu­ry w tym kra­ju, te­raz sta­łem się naj­więk­szą bez­na­dzie­ją, naj­więk­szym śli­ma­kiem ryn­ku wy­daw­ni­cze­go Ame­ry­ki Pół­noc­nej. Lek­cja nu­mer dwa: sła­wa nie tyl­ko jest ulot­na, ale ma tak­że okre­ślo­ne kon­se­kwen­cje. Tego sa­me­go wie­czo­ru, po ostrze­że­niu prze­ka­za­nym mi przez Do­ugla­sa, wzią­łem do ręki te­le­fon i wy­stu­ka­łem nu­mer je­dy­nej oso­by, któ­ra – jak są­dzi­łem – mo­gła mnie jesz­cze wy­ba­wić z kło­po­tów. Za­dzwo­ni­łem do Har­ry’ego Qu­eber­ta, mo­je­go daw­ne­go wy­kła­dow­cy, a przede wszyst­kim jed­ne­go z naj­bar­dziej po­czyt­nych i sza­no­wa­nych au­to­rów w Ame­ry­ce, z któ­rym by­łem bli­sko zwią­za­ny od dzie­się­ciu już lat, od cza­su gdy cho­dzi­łem na jego wy­kła­dy na uni­wer­sy­te­cie w Bur­rows w sta­nie Mas­sa­chu­setts.

Mi­nął jed­nak już po­nad rok od cza­su, gdy wi­dzia­łem go po raz ostat­ni, i chy­ba rów­nie dłu­go nie roz­ma­wia­łem z nim przez te­le­fon. Za­dzwo­ni­łem pod jego do­mo­wy nu­mer do Au­ro­ry w New Hamp­shi­re. Sły­sząc mój głos, od­po­wie­dział z lek­ką iro­nią:

– Och, Mar­cu­sie! Czy to na­praw­dę ty do mnie dzwo­nisz? Nie­wia­ry­god­ne. Od­kąd sta­łeś się wiel­ką gwiaz­dą, nie od­zy­wasz się. Pró­bo­wa­łem na­wet do­dzwo­nić się do cie­bie mie­siąc temu, ale ode­bra­ła two­ja se­kre­tar­ka, któ­ra po­wie­dzia­ła mi, że nie ma cię dla ni­ko­go.

– Jest bar­dzo kiep­sko, Har­ry – przy­zna­łem się bez ogró­dek. – My­ślę, że już nie je­stem pi­sa­rzem.

Na­tych­miast spo­waż­niał.

– Co też mi tu­taj opo­wia­dasz?

– Nie wiem kom­plet­nie, o czym mam pi­sać, je­stem skoń­czo­ny. Pu­sta kart­ka. I to od dłu­gich mie­się­cy. Może na­wet już od roku.

Wy­buch­nął uspo­ka­ja­ją­cym i ser­decz­nym śmie­chem.

– Blo­ka­da psy­chicz­na, Mar­cu­sie, w tym sęk! Czy­ste kart­ki są rów­nie idio­tycz­ne jak nie­spraw­ność sek­su­al­na spo­wo­do­wa­na chę­cią bi­cia re­kor­dów: to pa­ni­ka, któ­ra do­pa­da ge­niu­sza, ta sama, któ­ra spra­wia, że czło­nek smęt­nie zwi­sa, kie­dy aku­rat szy­ku­jesz się, aby zro­bić nad­zwy­czaj do­brze jed­nej ze swo­ich fa­nek, i my­ślisz, że do­pro­wa­dzisz ją do or­ga­zmu, któ­ry mie­rzy­ło­by się w ska­li Rich­te­ra. Nie przej­muj się ge­niu­szem, tyl­ko mu­sisz się za­do­wo­lić za­pi­sy­wa­niem słów po ko­lei, jed­no za dru­gim. Ge­niusz sam się po­ja­wi w spo­sób cał­kiem na­tu­ral­ny.

– Tak my­ślisz?

– Je­stem tego pew­ny. Po­wi­nie­neś też od­pu­ścić so­bie co nie­co te wy­staw­ne wie­czor­ne im­pre­zy i te wszyst­kie atrak­cje. Pi­sa­nie jest po­waż­nym za­ję­ciem. My­śla­łem, że uda­ło mi się tego cię na­uczyć.

– Ale ja bar­dzo cięż­ko pra­cu­ję! I nic in­ne­go nie ro­bię! Tyle że kom­plet­nie nic to nie daje.

– No to w ta­kim ra­zie bra­ku­je ci od­po­wied­nie­go oto­cze­nia. Nowy Jork to bar­dzo ład­ne mia­sto, ale jest tam zde­cy­do­wa­nie za gło­śno. Może przy­je­chał­byś do mnie, tak jak w cza­sach, gdy by­łeś moim stu­den­tem?

Wy­je­chać z No­we­go Jor­ku i zmie­nić po­wie­trze. Nig­dy do­tąd za­pro­sze­nie do uciecz­ki nie wy­da­ło mi się bar­dziej roz­sąd­ne. Wy­ru­szyć, żeby zna­leźć na­tchnie­nie do no­wej książ­ki gdzieś na da­le­kiej ame­ry­kań­skiej pro­win­cji – wła­śnie tego po­trze­bo­wa­łem. Tak więc ty­dzień póź­niej, w po­ło­wie lu­te­go 2008 roku, po­je­cha­łem do Au­ro­ry w New Hamp­shi­re. Było to na kil­ka mie­się­cy przed dra­ma­tycz­ny­mi wy­da­rze­nia­mi, o któ­rych będę chciał opo­wie­dzieć.

Za­nim ta spra­wa la­tem 2008 roku wstrzą­snę­ła Ame­ry­ką, nikt w ogó­le nie sły­szał o Au­ro­rze. To mała mie­ści­na nad brze­giem oce­anu, ja­kiś kwa­drans dro­gi od gra­ni­cy z Mas­sa­chu­setts. Na głów­nej uli­cy mie­ści się kino – któ­re­go pro­gram ma za­wsze spo­re opóź­nie­nie w sto­sun­ku do resz­ty kra­ju – kil­ka skle­pów, pocz­ta, po­ste­ru­nek po­li­cji i parę re­stau­ra­cji, w tym naj­bar­dziej zna­na Clark’s. Wo­kół są tyl­ko spo­koj­ne dziel­ni­ce; domy, oto­czo­ne ogród­ka­mi o nie­na­gan­nie przy­strzy­żo­nych traw­ni­kach mają ścia­ny obi­te ko­lo­ro­wy­mi de­ska­mi. To Ame­ry­ka w Ame­ry­ce, gdzie miesz­kań­cy nie za­my­ka­ją do­mów na klucz; to jed­no z tych miejsc, ja­kie ist­nie­ją tyl­ko w No­wej An­glii, tak spo­koj­ne, że wy­da­je się, iż ab­so­lut­nie nic nam nie gro­zi.

Do­brze zna­łem Au­ro­rę, bo czę­sto od­wie­dza­łem tam Har­ry’ego, kie­dy jesz­cze by­łem jego stu­den­tem. Miesz­kał we wspa­nia­łym domu z ka­mie­nia i so­sno­wych bali, sto­ją­cym poza mia­stem, przy dro­dze nu­mer je­den w stro­nę Ma­ine, nad nie­wiel­ką cie­śni­ną za­zna­czo­ną na ma­pach pod na­zwą Go­ose Cove. Wzno­sił się nad oce­anem i miał ta­ras na sło­necz­ne dni, z któ­re­go scho­dy pro­wa­dzi­ły bez­po­śred­nio na pla­żę. Wo­kół dzi­ka oko­li­ca, tyl­ko spo­kój i ci­sza: nad­brzeż­ny las, zwa­ły oto­cza­ków i wiel­kich ka­mie­ni, wil­got­ne kępy pa­pro­ci i mchu i kil­ka spa­ce­ro­wych ale­jek wzdłuż brze­gu mo­rza. Chwi­la­mi, gdy­by nie świa­do­mość, że cy­wi­li­za­cja od­le­gła jest za­le­d­wie o kil­ka ki­lo­me­trów, mo­gło się wy­da­wać, że to ko­niec świa­ta. Ła­two też było so­bie wy­obra­zić sta­re­go pi­sa­rza two­rzą­ce­go na ta­ra­sie ar­cy­dzie­ła, dla któ­rych na­tchnie­niem są przy­pły­wy mo­rza i za­cho­dy słoń­ca.

Dzie­sią­te­go lu­te­go 2008 roku zo­sta­wi­łem Nowy Jork w ze­ni­cie kry­zy­su czy­stej kart­ki. W kra­ju tym­cza­sem aż wrza­ło przed zbli­ża­ją­cy­mi się wy­bo­ra­mi pre­zy­denc­ki­mi: kil­ka dni wcze­śniej Wiel­ki Wto­rek (któ­ry wy­jąt­ko­wo miał miej­sce w lu­tym za­miast w mar­cu, co samo w so­bie do­bit­nie świad­czy­ło, że bę­dzie to rok nie­zwy­kły) prze­są­dził o no­mi­na­cji McCa­ina na kan­dy­da­ta re­pu­bli­ka­nów, gdy w tym sa­mym cza­sie wśród de­mo­kra­tów to­czy­ła się jesz­cze za­żar­ta wal­ka po­mię­dzy Hi­la­ry Clin­ton i Ba­rac­kiem Oba­mą. Całą tra­sę do Au­ro­ry po­ko­na­łem sa­mo­cho­dem bez żad­ne­go po­sto­ju. Zima była śnież­na, a roz­wi­ja­ją­ce się przed mo­imi ocza­mi pej­za­że prze­peł­nia­ła biel. Za­wsze lu­bi­łem New Hamp­shi­re, lu­bi­łem tam­tej­szy spo­kój, lu­bi­łem ogrom­ne lasy, lu­bi­łem sta­wy po­kry­te ne­nu­fa­ra­mi, gdzie moż­na było po­pły­wać la­tem, a w zi­mie po­jeź­dzić na łyż­wach, po­do­bał mi się też po­mysł, że nie pła­ci się tam po­dat­ków lo­kal­nych ani po­dat­ku do­cho­do­we­go. Uwa­ża­łem, że to li­ber­ta­riań­ski stan i że jego de­wi­za „Żyj wol­ny lub zgiń”, wy­bi­ta na ta­bli­cach re­je­stra­cyj­nych sa­mo­cho­dów, któ­re wy­prze­dza­ły mnie na au­to­stra­dzie, do­sko­na­le uj­mu­je to jak­że sil­ne po­czu­cie wol­no­ści prze­peł­nia­ją­ce mnie w cza­sie każ­de­go po­by­tu w Au­ro­rze. Pa­mię­tam zresz­tą, że kie­dy przy­je­cha­łem wte­dy do Har­ry’ego wcze­snym po­po­łu­dniem w dzień rów­nie zim­ny, jak mgli­sty, na­tych­miast za­wład­nę­ło mną uczu­cie we­wnętrz­ne­go wy­ci­sze­nia. Go­spo­darz cze­kał na mnie na pro­gu domu opa­tu­lo­ny w gru­bą zi­mo­wą kurt­kę. Wy­sia­dłem z sa­mo­cho­du, on pod­szedł, po­ło­żył mi ręce na ra­mio­nach i ob­da­rzył mnie sze­ro­kim, uspo­ka­ja­ją­cym uśmie­chem.

– No i co się z tobą dzie­je, Mar­cu­sie?

– Nie wiem już sam, Har­ry…

– Do­brze, w po­rząd­ku. Za­wsze by­łeś mło­dym i aż na­zbyt wraż­li­wym czło­wie­kiem.

Za­nim jesz­cze roz­pa­ko­wa­łem ba­ga­że, usie­dli­śmy w sa­lo­nie, żeby przez chwi­lę po­roz­ma­wiać. Pi­li­śmy kawę. W ko­min­ku pa­lił się ogień; w środ­ku było tak przy­jem­nie, a na ze­wnątrz przez wiel­kie prze­szklo­ne okno wi­dzie­li­śmy oce­an wstrzą­sa­ny lo­do­wa­tym wia­trem i wil­got­ny śnieg pa­da­ją­cy na ska­ły.

– Już za­po­mnia­łem, jak tu­taj jest pięk­nie – wy­szep­ta­łem.

Ski­nął gło­wą.

– Zo­ba­czysz, mój dro­gi Mar­cu­sie, zaj­mę się tobą. I nie­ba­wem spło­dzisz nam tu­taj po pro­stu nie­sa­mo­wi­tą po­wieść. Nie martw się, wszy­scy do­brzy pi­sa­rze prze­cho­dzą taki trud­ny okres.

Spra­wiał wra­że­nie bar­dzo po­god­ne­go i peł­ne­go wia­ry, był do­kład­nie taki, ja­kie­go go zna­łem. Nig­dy nie wi­dzia­łem u nie­go zwąt­pie­nia; był cha­ry­zma­tycz­ny, pew­ny sie­bie, już sama jego po­stać ema­no­wa­ła na­tu­ral­nym au­to­ry­te­tem. Do­bie­gał sześć­dzie­się­ciu sied­miu lat, ale wy­glą­dał wciąż świet­nie, ze sta­ran­nie ucze­sa­ną si­wie­ją­cą czu­pry­ną, z sze­ro­ki­mi ra­mio­na­mi i moc­nym cia­łem, któ­re świad­czy­ło o dłu­go­let­nim upra­wia­niu bok­su. Był kie­dyś bok­se­rem, i to wła­śnie dzię­ki pię­ściar­stwu, któ­re ja sam swe­go cza­su za­wzię­cie upra­wia­łem, po­zna­li­śmy się na uni­wer­sy­te­cie w Bur­rows.

Łą­czy­ły mnie z Har­rym bar­dzo sil­ne związ­ki, do któ­rych jesz­cze wró­cę nie­co da­lej w tej opo­wie­ści. Po­ja­wił się w moim ży­ciu gdzieś w 1998 roku, kie­dy za­czą­łem stu­dio­wać na uni­wer­sy­te­cie w Bur­rows, w Mas­sa­chu­setts. Wte­dy miał pięć­dzie­siąt sie­dem lat i już od mniej wię­cej pięt­na­stu był naj­bar­dziej zna­ną po­sta­cią na wy­dzia­le li­te­ra­tu­ry na tej skrom­nej pro­win­cjo­nal­nej uczel­ni, gdzie pa­no­wa­ła spo­koj­na at­mos­fe­ra i gdzie peł­no było do­brze wy­cho­wa­nych i mi­łych stu­den­tów. Wcze­śniej, tak jak wszy­scy, zna­łem już Har­ry’ego-Qu­eber­ta-wiel­kie­go-pi­sa­rza z na­zwi­ska, jed­nak w Bur­rows spo­tka­łem po pro­stu Har­ry’ego, któ­ry mimo dzie­lą­cej nas róż­ni­cy wie­ku miał się stać jed­nym z mo­ich naj­bliż­szych przy­ja­ciół i na­uczyć mnie, jak zo­stać pi­sa­rzem. Sam zy­skał uzna­nie jako au­tor w po­ło­wie lat sie­dem­dzie­sią­tych, kie­dy jego dru­ga książ­ka, O po­cho­dze­niu zła, sprze­da­ła się w pięt­na­stu mi­lio­nach eg­zem­pla­rzy i otrzy­mał za nią Na­gro­dę Pu­lit­ze­ra i Na­tio­nal Book Award, dwie naj­bar­dziej pre­sti­żo­we na­gro­dy li­te­rac­kie w kra­ju. Od tam­tej pory wy­da­wał re­gu­lar­nie ko­lej­ne książ­ki i pi­sy­wał co mie­siąc ar­ty­ku­ły do po­pu­lar­nej co­mie­sięcz­nej kro­ni­ki w „Bo­ston Glo­be”. Na­le­żał do naj­waż­niej­szych po­sta­ci ame­ry­kań­skiej in­te­li­gen­cji: wy­stę­po­wał z licz­ny­mi wy­kła­da­mi, czę­sto pro­szo­no go o udział w do­nio­słych wy­da­rze­niach kul­tu­ral­nych; li­czo­no się z jego zda­niem w spra­wach po­li­ty­ki. Cie­szył się du­żym sza­cun­kiem i na­le­żał do osób sta­no­wią­cych dumę kra­ju, był tym, co Ame­ry­ka mo­gła dać naj­lep­sze­go. Gdy zde­cy­do­wa­łem się spę­dzić u nie­go kil­ka ty­go­dni, ży­wi­łem na­dzie­ję, że uda mu się zno­wu zro­bić ze mnie pi­sa­rza, że na­uczy mnie, jak uwol­nić się od klą­twy czy­stej kart­ki. Mu­sia­łem jed­nak stwier­dzić, że cho­ciaż Har­ry uwa­żał moją sy­tu­ację za trud­ną, wca­le nie trak­to­wał jej jako coś nie­nor­mal­ne­go. „Pi­sa­rze wpa­da­ją cza­sem w taką dziu­rę, to część ry­zy­ka za­wo­do­we­go – wy­ja­śniał. – Za­bie­raj się do pra­cy, a zo­ba­czysz, że samo się od­blo­ku­je”. Po­sa­dził mnie w swo­im ga­bi­ne­cie na par­te­rze, tam gdzie sam na­pi­sał wszyst­kie książ­ki, w tym O po­cho­dze­niu zła. Spę­dza­łem w nim dłu­gie go­dzi­ny, sta­ra­jąc się tym ra­zem coś spło­dzić, ale wciąż ab­sor­bo­wał mnie wi­dok oce­anu i śnie­gu za oknem. Kie­dy Har­ry zja­wiał się, żeby przy­nieść mi kawę albo coś do zje­dze­nia, pa­trzył na moją zroz­pa­czo­ną minę i pró­bo­wał pod­nieść mnie na du­chu. Któ­re­goś ran­ka w koń­cu po­wie­dział:

– Prze­stań ro­bić taką po­nu­rą minę, Mar­cu­sie, moż­na by po­my­śleć, że za­raz umrzesz.

– Chy­ba to nie­ba­wem na­stą­pi…

– No nie, mo­żesz się przej­mo­wać lo­sem świa­ta, mo­żesz się przej­mo­wać woj­ną w Ira­ku, ale nie ja­ki­miś ża­ło­sny­mi książ­ka­mi… jest jesz­cze o wie­le za wcze­śnie. Wiesz co? Smut­no na cie­bie pa­trzeć. Ro­bisz cyrk, dla­te­go że z tru­dem przy­cho­dzi ci na­pi­sa­nie trzech li­ni­jek tek­stu. Spójrz na to cał­kiem in­a­czej: na­pi­sa­łeś zna­ko­mi­tą książ­kę, sta­łeś się zna­ny i bo­ga­ty, a dru­ga książ­ka na ra­zie z tru­dem po­wsta­je w two­jej gło­wie. Nie ma nic dziw­ne­go ani nie­po­ko­ją­ce­go w ca­łej tej sy­tu­acji…

– No, ale ty… Czy ty nig­dy nie mia­łeś ta­kie­go pro­ble­mu?

Wy­buch­nął gło­śnym śmie­chem.

– Czy­sta kart­ka? Chy­ba żar­tu­jesz. Mój dro­gi przy­ja­cie­lu, na­wet bar­dziej, niż mo­żesz to so­bie wy­obra­zić!

– Mój wy­daw­ca mówi, że je­śli nie na­pi­szę te­raz no­wej książ­ki, je­stem skoń­czo­ny.

– A wiesz, kim jest wy­daw­ca? To nie­wy­da­rzo­ny pi­sarz, któ­re­go ta­tuś miał wy­star­cza­ją­co dużo szma­lu, żeby mógł so­bie przy­własz­czyć ta­lent in­nych lu­dzi. Zo­ba­czysz, Mar­cu­sie, wszyst­ko bar­dzo szyb­ko wró­ci do nor­my. Masz przed sobą nie­zwy­kłą ka­rie­rę. Two­ja pierw­sza książ­ka była zna­ko­mi­ta, dru­ga bę­dzie jesz­cze lep­sza. Nie przej­muj się, po­mo­gę ci od­na­leźć na­tchnie­nie.

Nie mogę po­wie­dzieć, żeby po­byt w Au­ro­rze przy­wró­cił mi na­tchnie­nie, ale fak­tem jest, że zro­bił mi na­praw­dę bar­dzo do­brze. Har­ry’emu też, bo wie­dzia­łem, że czę­sto czuł się sa­mot­ny; nie miał ro­dzi­ny ani zbyt wie­lu roz­ry­wek. To były na­praw­dę szczę­śli­we dni. Wła­ści­wie na­sze ostat­nie szczę­śli­we dni. Spę­dza­li­śmy je na dłu­gich spa­ce­rach brze­giem oce­anu, na słu­cha­niu naj­słyn­niej­szych utwo­rów ope­ro­wych, prze­mie­rza­li­śmy tra­sy bie­go­we dla nar­cia­rzy, wpa­da­li­śmy na lo­kal­ne im­pre­zy kul­tu­ral­ne i or­ga­ni­zo­wa­li­śmy wy­pra­wy do su­per­mar­ke­tów w oko­li­cy w po­szu­ki­wa­niu ma­łych kok­taj­lo­wych pa­ró­wek, z któ­rych do­chód prze­ka­zy­wa­no we­te­ra­nom ar­mii ame­ry­kań­skiej, a Har­ry po pro­stu je uwiel­biał – twier­dził, że one same uza­sad­nia­ją ame­ry­kań­ską in­ter­wen­cję zbroj­ną w Ira­ku. Czę­sto cho­dzi­li­śmy też na obiad do Clark’sa, po­pi­ja­li­śmy tam przez całe po­po­łu­dnie kawę i roz­ma­wia­li­śmy o ży­ciu, tak jak w cza­sach, kie­dy by­łem jego stu­den­tem. Wszy­scy w Au­ro­rze zna­li i sza­no­wa­li Har­ry’ego, a te­raz zna­li rów­nież i mnie. Naj­wię­cej kon­tak­tów mia­łem z dwo­ma oso­ba­mi: z Jen­ny Dawn, sze­fo­wą Clark’sa, i Erne’em Pin­ka­sem z bi­blio­te­ki miej­skiej, bar­dzo bli­skim zna­jo­mym Har­ry’ego, któ­ry cza­sa­mi przy­jeż­dżał po pra­cy do Go­ose Cove wy­pić z nami szkla­necz­kę whi­sky. Ja sam jeź­dzi­łem każ­de­go ran­ka do bi­blio­te­ki, żeby prze­czy­tać „New York Ti­me­sa”. Pierw­sze­go dnia za­uwa­ży­łem, że Pin­kas umie­ścił eg­zem­plarz mo­jej książ­ki na pół­ce, tak żeby wszy­scy do­brze ją wi­dzie­li. Po­ka­zał mi ją z dumą, mó­wiąc:

– No wi­dzisz, Mar­cu­sie, two­ja po­wieść jest na pierw­szym miej­scu. To już od roku naj­czę­ściej wy­po­ży­cza­na u nas książ­ka. A kie­dy uka­że się na­stęp­na?

– Tak na­praw­dę tro­chę cięż­ko mi ją za­cząć. Zresz­tą mię­dzy in­ny­mi wła­śnie dla­te­go tu­taj je­stem.

– Nie przej­muj się. Wpad­niesz na ja­kiś ge­nial­ny po­mysł, je­stem tego pe­wien. Coś, co na­praw­dę wcią­gnie wszyst­kich.

– Jak co, na przy­kład?

– No, nie wiem za bar­dzo, to ty prze­cież je­steś pi­sa­rzem. Ale trze­ba zna­leźć taki te­mat, któ­ry bę­dzie pa­sjo­nu­ją­cy dla tłu­mów.

W Clark’sie Har­ry od trzy­dzie­stu lat zaj­mo­wał ten sam sto­lik z nu­me­rem sie­dem­na­stym, na któ­rym Jen­ny ka­za­ła przy­twier­dzić me­ta­lo­wą pla­kiet­kę z na­pi­sem:

Przy tym sto­le la­tem 1975 roku

pi­sarz Har­ry Qu­ebert na­pi­sał

słyn­ną po­wieść O po­cho­dze­niu zła

Zna­łem tę pla­kiet­kę od za­wsze, ale nig­dy do­tąd nie zwra­ca­łem na nią uwa­gi. Do­pie­ro te­raz, pod­czas tego po­by­tu, za­in­te­re­so­wa­łem się tym nie­co bar­dziej, dłu­go się w nią wpa­tru­jąc. Ten ciąg wy­gra­we­ro­wa­nych słów wkrót­ce stał się moją ob­se­sją: sie­dząc za nędz­nym sto­li­kiem z drew­na, le­pią­cym się od tłusz­czu i sy­ro­pu klo­no­we­go, w tej knajp­ce w ma­łym mia­stecz­ku w New Hamp­shi­re, Har­ry na­pi­sał be­st­sel­ler, któ­ry uczy­nił z nie­go le­gen­dę li­te­ra­tu­ry. Skąd spły­nę­ło na nie­go ta­kie na­tchnie­nie? Ja też chcia­łem za­siąść za tym sto­łem i pi­sać, pra­gną­łem, by spły­nął na mnie ge­niusz. Sie­dzia­łem zresz­tą przy tym sto­le z kart­ka­mi pa­pie­ru i dłu­go­pi­sa­mi przez dwa ko­lej­ne po­po­łu­dnia, jed­nak bez po­wo­dze­nia. Wresz­cie po­sta­no­wi­łem za­py­tać Jen­ny.

– Więc jak to było? Sia­dał przy tym sto­le i pi­sał?

Kiw­nę­ła gło­wą.

– Przez cały dzień, Mar­cu­sie. Przez cały boży dzień. W ogó­le nie prze­sta­wał pi­sać. To było la­tem ty­siąc dzie­więć­set sie­dem­dzie­sią­te­go pią­te­go roku, do­brze pa­mię­tam.

– A ile miał wte­dy lat?

– Tyle co ty. Mniej wię­cej trzy­dzie­ści. Może był parę lat star­szy.

Czu­łem, że co­raz bar­dziej go­tu­ję się w środ­ku. A co, ja też chcia­łem na­pi­sać be­st­sel­ler, ja też chcia­łem na­pi­sać książ­kę, do któ­rej wszy­scy będą się od­wo­ły­wać. Har­ry zdał so­bie z tego spra­wę gdzieś po mie­sią­cu mo­je­go po­by­tu w Au­ro­rze, kie­dy zro­zu­miał, że przez cały ten czas nie na­pi­sa­łem na­wet li­nij­ki. Sce­na ro­ze­gra­ła się na po­cząt­ku mar­ca w jego ga­bi­ne­cie w Go­ose Cove, gdzie wy­cze­ki­wa­łem na bo­ską ilu­mi­na­cję. Wła­śnie wszedł prze­pa­sa­ny dam­skim far­tusz­kiem, żeby przy­nieść mi świe­żo usma­żo­ne przez sie­bie pącz­ki.

– No i jak idzie? – za­py­tał.

– Pi­szę wiel­ką rzecz – od­po­wie­dzia­łem, wy­cią­ga­jąc w jego stro­nę plik kar­tek, któ­re ba­ga­żo­wy Ku­bań­czyk wci­snął mi do ręki trzy mie­sią­ce wcze­śniej.

Od­sta­wił tacę i szyb­ko spoj­rzał na kart­ki, a po chwi­li zo­rien­to­wał się, że są cał­kiem pu­ste.

– Nic nie na­pi­sa­łeś? Je­steś tu od trzech ty­go­dni i nic jesz­cze nie na­pi­sa­łeś?

– Nic! Kom­plet­nie nic! – od­par­łem po­iry­to­wa­ny. – Nic sen­sow­ne­go! Wy­łącz­nie po­my­sły na kiep­ską po­wieść!

– Do­bry Boże, Mar­cu­sie, a co też chcesz na­pi­sać, je­śli nie po­wieść?

– Be­st­sel­ler! – wy­krzyk­ną­łem, na­wet się nie za­sta­na­wia­jąc. – Chcę na­pi­sać be­st­sel­ler!

– Be­st­sel­ler?!

– Tak. Chcę na­pi­sać wiel­ką po­wieść, gdzie znaj­dą się wiel­kie idee! Chcę na­pi­sać książ­kę, któ­ra po­zo­sta­wi ślad w ludz­kich umy­słach.

Har­ry pa­trzył na mnie przez chwi­lę, po czym wy­buch­nął śmie­chem.

– Two­je roz­bu­cha­ne am­bi­cje za­czy­na­ją mnie już nu­żyć, Mar­cu­sie, od daw­na ci o tym mó­wię. Bę­dziesz wiel­kim pi­sa­rzem, wiem o tym, je­stem o tym prze­ko­na­ny od cza­su, gdy cię po­zna­łem. Ale chcesz się do­wie­dzieć, jaki masz pro­blem? Za bar­dzo się spie­szysz! Ile masz do­kład­nie lat?

– Trzy­dzie­ści.

– Trzy­dzie­ści! I co, pew­nie chciał­byś już osią­gnąć sta­tus li­te­rac­ki Sau­la Bel­lo­wa i Ar­thu­ra Mil­le­ra? Sła­wa przyj­dzie, nie spiesz się tak strasz­nie. Ja sam mam te­raz sześć­dzie­siąt sie­dem lat i je­stem prze­ra­żo­ny. Wiesz, czas bie­gnie szyb­ko, a każ­dy mi­ja­ją­cy rok jest jed­nym ro­kiem mniej, któ­re­go już za nic nie da się nad­ro­bić. A co ty so­bie my­śla­łeś, Mar­cu­sie? Że ot tak znie­siesz dru­gą książ­kę jak jaj­ko? Ka­rie­ra to coś, co trze­ba bu­do­wać, mój dro­gi. A do na­pi­sa­nia wiel­kiej po­wie­ści nie­po­trzeb­ne są wiel­kie idee. Mu­sisz się za­do­wo­lić by­ciem sobą i wte­dy na pew­no ci się uda, wca­le się o cie­bie nie mar­twię. Na­uczam li­te­ra­tu­ry od dwu­dzie­stu pię­ciu lat, dwa­dzie­ścia pięć dłu­gich lat, i je­steś naj­bar­dziej bły­sko­tli­wą oso­bą, jaką spo­tka­łem.

– Dzię­ku­ję.

– Nie dzię­kuj mi, taka jest praw­da. Ale nie bia­dol mi tu jak ja­kaś nie­do­raj­da, że nie do­sta­łeś jesz­cze No­bla, na mi­łość bo­ską… W wie­ku trzy­dzie­stu lat… Też mi coś, wiel­kie po­wie­ści… Na­gro­da No­bla, chy­ba w dzie­dzi­nie głu­po­ty, oto, na co za­słu­gu­jesz.

– No ale jak ty to zro­bi­łeś, Har­ry? Two­ja książ­ka z ty­siąc dzie­więć­set sie­dem­dzie­sią­te­go szó­ste­go roku O po­cho­dze­niu zła to prze­cież ar­cy­dzie­ło! A to była do­pie­ro two­ja dru­ga książ­ka… Jak to zro­bi­łeś? Jak na­pi­sać ar­cy­dzie­ło?

Uśmiech­nął się smut­no.

– Mar­cu­sie, ar­cy­dzieł się nie pi­sze. One po pro­stu ist­nie­ją. A poza tym, wiesz, w opi­nii wie­lu lu­dzi to w su­mie je­dy­na książ­ka, jaką na­pi­sa­łem… To zna­czy, chcę przez to po­wie­dzieć, że żad­na inna z tych, któ­re na­pi­sa­łem po­tem, nie od­nio­sła już ta­kie­go suk­ce­su. Kie­dy o mnie mó­wią, na­tych­miast i pra­wie wy­łącz­nie wszy­scy mają na my­śli O po­cho­dze­niu zła. I to jest smut­ne, bo my­ślę so­bie, że gdy­by wte­dy, gdy mia­łem trzy­dzie­ści lat, po­wie­dzia­no mi, że do­tar­łem na szczyt ka­rie­ry, z całą pew­no­ścią rzu­cił­bym się i uto­pił w oce­anie. Niech ci się tak nie spie­szy.

– Ża­łu­jesz tej książ­ki?

– Może… Tro­chę… Sam już nie wiem… Żal jest po­ję­ciem, któ­re­go nie lu­bię, ozna­cza bo­wiem, że nie go­dzi­my się z wła­sną prze­szło­ścią.

– Ale co ja w ta­kim ra­zie po­wi­nie­nem zro­bić?

– To, co za­wsze po­tra­fi­łeś ro­bić naj­le­piej: pi­sać. A je­śli mogę po­zwo­lić so­bie na udzie­la­nie rad, Mar­cu­sie, to nie po­stę­puj tak jak ja. Je­ste­śmy bar­dzo do sie­bie po­dob­ni, do­brze o tym wiesz, i dla­te­go, za­kli­nam cię, nie po­wta­rzaj błę­dów, któ­re ja po­peł­ni­łem.

– Ja­kich błę­dów?

– Ja też, kie­dy przy­je­cha­łem tu la­tem ty­siąc dzie­więć­set sie­dem­dzie­sią­te­go pią­te­go roku, chcia­łem ko­niecz­nie na­pi­sać wiel­ką po­wieść, mia­łem ob­se­sję na tym punk­cie i pra­gną­łem za wszel­ką cenę zo­stać wiel­kim pi­sa­rzem.

– No i uda­ło ci się…

– Nie ro­zu­miesz. Dzi­siaj, owszem, je­stem wiel­kim pi­sa­rzem, jak mó­wisz, ale żyję sam w tym ol­brzy­mim domu. Moje ży­cie jest pu­ste, Mar­cu­sie. Nie po­stę­puj tak jak ja… Nie daj się po­żreć am­bi­cji. Bo in­a­czej two­je ser­ce zo­sta­nie samo, a pió­ro bę­dzie smut­ne. Dla­cze­go nie masz dziew­czy­ny?

– Nie mam dziew­czy­ny, bo nie spo­tka­łem ni­ko­go, kto na­praw­dę by mi się po­do­bał.

– My­ślę, że ko­chasz tak, jak pi­szesz: albo eks­ta­za, albo kom­plet­nie nic. Znajdź so­bie ko­bie­tę, któ­ra jest w po­rząd­ku, i daj jej szan­sę. To samo zrób z książ­ką: tak­że tu mu­sisz dać so­bie szan­sę. Daj szan­sę swo­je­mu ży­ciu! Wiesz, ja­kie jest te­raz moje głów­ne za­ję­cie? Kar­mie­nie mew. Zbie­ram sta­ry chleb, wkła­dam go do tego me­ta­lo­we­go pu­deł­ka w kuch­ni, na któ­rym jest na­pis Pa­miąt­ka z Roc­kland, Ma­ine, i idę rzu­cić go me­wom. Nie mu­sisz pi­sać cały czas.

Po­mi­mo rad, któ­re Har­ry sta­rał mi się prze­ka­zać, wciąż drę­czy­ła mnie ta jed­na myśl: jak to się sta­ło, że gdy był w moim wie­ku, miał prze­błysk ge­niu­szu, że uru­cho­mił się ten me­cha­nizm, któ­ry po­zwo­lił mu na­pi­sać O po­cho­dze­niu zła? Ta kwe­stia mę­czy­ła mnie co­raz bar­dziej, a że Har­ry po­sa­dził mnie w swo­im ga­bi­ne­cie, po­zwo­li­łem so­bie tro­chę tam po­szpe­rać. Nie by­łem na­wet w sta­nie so­bie wy­obra­zić, co też tam znaj­dę. A wszyst­ko za­czę­ło się wte­dy, gdy szu­ka­jąc dłu­go­pi­su, wy­su­ną­łem szu­fla­dę i na­tra­fi­łem na za­pi­sa­ny od­ręcz­nie ze­szyt i kil­ka luź­nych kar­tek: to był ory­gi­nal­ny rę­ko­pis Har­ry’ego. Ogar­nę­ło mnie nie­zwy­kłe pod­nie­ce­nie – tra­fi­ła się nie­spo­dzie­wa­na oka­zja, żeby wresz­cie zro­zu­mieć, jak Har­ry pra­cu­je, żeby się do­wie­dzieć, czy jego ze­szy­ty są peł­ne skre­śleń, czy może ge­niusz spły­wał na nie­go cał­kiem na­tu­ral­nie. Sta­ra­jąc się za­spo­ko­ić cie­ka­wość, za­czą­łem grze­bać w jego bi­blio­te­ce w po­szu­ki­wa­niu in­nych ze­szy­tów. Żeby mieć wol­ne pole do dzia­ła­nia, mu­sia­łem za­cze­kać, aż Har­ry zo­sta­wi mnie sa­me­go w domu; je­dy­nie w czwar­tek miał za­ję­cia w Bur­rows, wy­ru­szał wów­czas wcze­śnie rano i wra­cał do­pie­ro pod wie­czór. I tak w czwar­tek szó­ste­go mar­ca 2008 roku po po­łu­dniu wy­da­rzy­ło się coś, o czym po­sta­no­wi­łem na­tych­miast za­po­mnieć: od­kry­łem, że Har­ry był zwią­za­ny z pięt­na­sto­let­nią dziew­czy­ną, gdy sam miał lat trzy­dzie­ści czte­ry. A dzia­ło się to w po­ło­wie lat sie­dem­dzie­sią­tych.

Po­zna­łem jego ta­jem­ni­cę, kie­dy szpe­ra­jąc za­pa­mię­ta­le i bez­ce­re­mo­nial­nie na pół­kach z książ­ka­mi, zna­la­złem ukry­te za nimi duże pu­deł­ko z la­ko­wa­ne­go drew­na, za­mknię­te przy­kryw­ką na za­wia­sach. Prze­czu­wa­łem, że to bę­dzie coś, kto wie, może na­wet rę­ko­pis O po­cho­dze­niu zła. Wzią­łem do rąk pu­deł­ko, otwo­rzy­łem je, ale ku mo­je­mu wiel­kie­mu roz­cza­ro­wa­niu w środ­ku nie było rę­ko­pi­su, tyl­ko kil­ka zdjęć i ja­kieś wy­cin­ki z ga­zet. Na fo­to­gra­fiach wid­niał Har­ry w la­tach mło­do­ści, świet­nie pre­zen­tu­ją­cy się trzy­dzie­sto­let­ni męż­czy­zna, ele­ganc­ki, dum­ny, a u jego boku sta­ła mło­da dziew­czy­na. W su­mie zna­la­złem czte­ry czy pięć zdjęć, a ona była na wszyst­kich. Na jed­nym z nich opa­lo­ny i umię­śnio­ny Har­ry z na­gim tor­sem przy­tu­lał do sie­bie na pla­ży tę mło­dą uśmiech­nię­tą dziew­czy­nę w pod­nie­sio­nych oku­la­rach prze­ciw­sło­necz­nych pod­trzy­mu­ją­cych dłu­gie blond wło­sy. Ca­ło­wa­ła go w po­li­czek. Na od­wro­cie zdję­cia wid­niał na­pis: Nola i ja, Mar­tha’s Vi­ney­ard, ko­niec lip­ca 1975. W tej wła­śnie chwi­li, zbyt za­afe­ro­wa­ny swo­im od­kry­ciem, nie usły­sza­łem Har­ry’ego, któ­ry wró­cił znacz­nie wcze­śniej niż zwy­kle z uni­wer­sy­te­tu; nie do­tarł do mnie ani chrzęst opon che­vro­le­ta co­rvet­te na szu­tro­wej dróż­ce do Go­ose Cove, ani jego głos, kie­dy wszedł już do domu. Nie usły­sza­łem nic, bo w pu­deł­ku, pod zdję­cia­mi, zna­la­złem list bez żad­nej daty. Ktoś dzie­cię­cym pi­smem na ład­nym pa­pie­rze na­pi­sał:

Har­ry, nie przej­muj się mną, pro­szę, po­ra­dzę so­bie i spo­tka­my się na miej­scu. Pro­szę, cze­kaj na mnie w po­ko­ju nu­mer osiem, lu­bię tę cy­frę, to moja ulu­bio­na. Cze­kaj w tym po­ko­ju o dzie­więt­na­stej. A po­tem wy­je­dzie­my na za­wsze.

Tak, bar­dzo Cię ko­cham.

Ca­łu­sy

Nola

Ale kim była ta Nola? Z bi­ją­cym moc­no ser­cem za­czą­łem prze­glą­dać wy­cin­ki z ga­zet. We wszyst­kich ar­ty­ku­łach opi­sy­wa­no za­gad­ko­we znik­nię­cie w sierp­nio­wy wie­czór 1975 roku nie­ja­kiej Noli Kel­ler­gan; a Nola ze zdjęć w ga­ze­tach była tą samą Nolą ze zdjęć Har­ry’ego. W tym wła­śnie mo­men­cie Har­ry wszedł do ga­bi­ne­tu, trzy­ma­jąc w rę­kach tacę z fi­li­żan­ka­mi kawy i ta­le­rzy­kiem bisz­kop­tów; upu­ścił ją na zie­mię, gdy zna­lazł mnie klę­czą­ce­go na dy­wa­nie, z roz­rzu­co­ną przed sobą za­war­to­ścią jego ta­jem­ni­cze­go pu­deł­ka.

– No ale… co też ty ro­bisz?! – krzyk­nął. – Ty… ty grze­biesz w mo­ich rze­czach, Mar­cu­sie?! Za­pra­szam cię do sie­bie do domu, a ty szpe­rasz w mo­ich rze­czach?! Co z cie­bie za przy­ja­ciel?!

Wy­beł­ko­ta­łem ja­kieś męt­ne wy­ja­śnie­nia:

– Zna­la­złem to nie­chcą­cy, Har­ry. Zna­la­złem to pu­deł­ko przy­pad­ko­wo. Nie po­wi­nie­nem go otwie­rać… Jest mi tak strasz­nie przy­kro.

– Masz ra­cję, nie po­wi­nie­neś tego ro­bić! Ja­kim pra­wem?! No ja­kim pra­wem, na mi­łość bo­ską?!

Wy­rwał mi zdję­cia z rąk, po­zbie­rał po­spiesz­nie wy­cin­ki z ga­zet, wrzu­cił wszyst­ko byle jak do pu­deł­ka i za­brał je do swo­je­go po­ko­ju, za­my­ka­jąc się na klucz. Nig­dy wcze­śniej nie wi­dzia­łem go w ta­kim sta­nie, ale nie mogę po­wie­dzieć, żeby ogar­nę­ła go pa­ni­ka czy wście­kłość. Przez drzwi go­rą­co go prze­pra­sza­łem, tłu­ma­cząc, że nie chcia­łem go zra­nić, że przy­pad­ko­wo tra­fi­łem na to pu­deł­ko, ale nic to nie dało. Wy­szedł z po­ko­ju do­pie­ro po dwóch go­dzi­nach i skie­ro­wał się od razu do sa­lo­nu, żeby wy­pić kil­ka szkla­ne­czek whi­sky. Kie­dy wy­da­wa­ło się, że tro­chę się uspo­ko­ił, pod­sze­dłem do nie­go.

– Har­ry… Kim jest ta dziew­czy­na? – za­py­ta­łem ła­god­nie.

Spu­ścił wzrok.

– To Nola.

– Ale kim jest Nola?

– Nie py­taj mnie, kim jest Nola. Pro­szę.

– Har­ry, kim jest Nola? – po­wtó­rzy­łem.

Po­ki­wał gło­wą.

– Ko­cha­łem ją, Mar­cu­sie. Tak bar­dzo ją ko­cha­łem.

– Ale dla­cze­go nig­dy mi o niej nie wspo­mnia­łeś?

– To skom­pli­ko­wa­na hi­sto­ria…

– Nic nie jest skom­pli­ko­wa­ne dla przy­ja­ciół.

Wzru­szył tyl­ko ra­mio­na­mi.

– Sko­ro już zna­la­złeś te zdję­cia, le­piej, że­bym ci o tym opo­wie­dział… Kie­dy w ty­siąc dzie­więć­set sie­dem­dzie­sią­tym pią­tym roku przy­je­cha­łem do Au­ro­ry, za­ko­cha­łem się w tej dziew­czy­nie, któ­ra mia­ła wte­dy za­le­d­wie pięt­na­ście lat. Mia­ła na imię Nola i była ko­bie­tą mo­je­go ży­cia.

Za­pa­dła chwi­la ci­szy, po któ­rej za­py­ta­łem go wstrzą­śnię­ty:

– Co się z nią sta­ło?

– To po­nu­ra hi­sto­ria, Mar­cu­sie. Znik­nę­ła. Pew­ne­go wie­czo­ru, pod ko­niec sierp­nia ty­siąc dzie­więć­set sie­dem­dzie­sią­te­go pią­te­go roku, znik­nę­ła po tym, jak ja­kaś ko­bie­ta z oko­li­cy wi­dzia­ła ją za­la­ną krwią. Je­śli otwo­rzy­łeś pu­deł­ko, z pew­no­ścią wi­dzia­łeś też ar­ty­ku­ły z ga­zet. Nig­dy jej nie od­na­le­zio­no i nikt nie wie, co się z nią sta­ło.

– To po­twor­ne. – Wes­tchną­łem.

Dłu­go ki­wał gło­wą.

– Wiesz – ode­zwał się w koń­cu – Nola zmie­ni­ła moje ży­cie. I wca­le nie za­le­ża­ło­by mi na tym, by stać się wiel­kim Har­rym Qu­eber­tem, słyn­nym pi­sa­rzem. Nie­istot­na by­ła­by moja sła­wa, pie­nią­dze i mój wspa­nia­ły los, gdy­bym tyl­ko mógł za­trzy­mać przy so­bie Nolę. Żad­na z rze­czy, ja­kie zro­bi­łem od tam­tej pory, nie nada­ła mo­je­mu ży­ciu ta­kie­go sen­su jak to lato, któ­re spę­dzi­łem ra­zem z nią.

Pierw­szy raz od cza­su, gdy po­zna­łem Har­ry’ego, wi­dzia­łem go tak bar­dzo prze­ję­te­go. Pa­trzył na mnie przez dłuż­szą chwi­lę, po czym do­dał:

– Mar­cu­sie, nikt nig­dy nie do­wie­dział się o tej hi­sto­rii. Znasz ją tyl­ko ty. I mu­sisz za­cho­wać ją w ta­jem­ni­cy.

– Oczy­wi­ście.

– Przy­rzek­nij mi to!

– Przy­rze­kam, Har­ry. To bę­dzie na­sza ta­jem­ni­ca.

– Gdy­by ktoś w Au­ro­rze się do­wie­dział, że prze­ży­łem mi­ło­sną hi­sto­rię z Nolą Kel­ler­gan, był­by to mój ko­niec…

– Mo­żesz mi za­ufać, Har­ry.

To było wszyst­ko, cze­go się do­wie­dzia­łem o Noli Kel­ler­gan. Wię­cej nie roz­ma­wia­li­śmy ani o niej, ani też o pu­deł­ku, i po­sta­no­wi­łem za­grze­bać ten epi­zod w naj­głęb­szych ot­chła­niach pa­mię­ci, na­wet nie po­dej­rze­wa­jąc, że w wy­ni­ku zbie­gu oko­licz­no­ści duch Noli po­ja­wi się w na­szym ży­ciu kil­ka mie­się­cy póź­niej.

Wró­ci­łem do No­we­go Jor­ku pod ko­niec mar­ca, po sze­ściu ty­go­dniach spę­dzo­nych w Au­ro­rze, któ­re jed­nak nie przy­czy­ni­ły się do po­wsta­nia mo­jej ko­lej­nej wiel­kiej po­wie­ści. Zo­sta­ły trzy mie­sią­ce z sze­ściu, któ­re dał mi Bar­na­ski, i wie­dzia­łem już, że nie uda się ura­to­wać mo­jej ka­rie­ry. Przy­pa­li­łem so­bie skrzy­deł­ka, te­raz już ofi­cjal­nie zjeż­dża­łem po rów­ni po­chy­łej, by­łem naj­bar­dziej nie­szczę­śli­wym i naj­bar­dziej bez­pro­duk­tyw­nym spo­śród uzna­nych pi­sa­rzy No­we­go Jor­ku. Ty­go­dnie mi­ja­ły, a ja po­świę­ca­łem więk­szość cza­su na sta­ran­ne przy­go­to­wy­wa­nie się do klę­ski. Zna­la­złem nową pra­cę dla De­ni­se, skon­tak­to­wa­łem się z ad­wo­ka­ta­mi, któ­rzy mo­gli się oka­zać po­ży­tecz­ni w mo­men­cie, gdy Schmid & Han­son po­sta­no­wią cią­gać mnie po są­dach, i spo­rzą­dzi­łem li­stę przed­mio­tów, na któ­rych naj­bar­dziej mi za­le­ży, a więc na­le­ża­ło je ukryć u ro­dzi­ców, za­nim ko­mor­nik za­pu­ka do drzwi. Kie­dy na­stał czer­wiec, fe­ral­ny mie­siąc, w któ­rym mia­łem zgi­nąć na sza­fo­cie, za­czą­łem od­li­czać doby, ja­kie po­zo­sta­ły do mo­je­go ar­ty­stycz­ne­go zgo­nu: jesz­cze trzy­dzie­ści krót­kich dni, a po­tem we­zwa­nie do biu­ra Bar­na­skie­go i eg­ze­ku­cja. Na­wet do gło­wy mi nie przy­szło, że pew­ne dra­ma­tycz­ne wy­da­rze­nie wszyst­ko zmie­ni.

30Wspaniały

„Dru­gi roz­dział jest bar­dzo waż­ny, Mar­cu­sie. Musi być moc­ny i za­ska­ku­ją­cy.

– Tak jak co, Har­ry?

– Tak jak cios w bok­sie. Je­steś pra­wo­ręcz­ny, ale gdy przyj­mu­jesz gar­dę, wte­dy do przo­du za­wsze wy­cią­gasz lewą pięść: pierw­szy pro­sty ogłu­sza prze­ciw­ni­ka, a po nim na­stę­pu­je moc­ny cios z pra­wej, któ­ry po­wa­la go na de­ski. Taki po­wi­nien być wła­śnie dru­gi roz­dział: cios z pra­wej, któ­ry tra­fia pro­sto w szczę­kę czy­tel­ni­ków”.

Sta­ło się to w czwar­tek, dwu­na­ste­go czerw­ca 2008 roku. Spę­dzi­łem przed­po­łu­dnie w domu, czy­ta­jąc w sa­lo­nie. Za oknem było go­rą­co, ale pa­dał deszcz; od trzech dni Nowy Jork za­le­wa­ła cie­pła mżaw­ka. Gdzieś oko­ło trzy­na­stej za­dzwo­nił te­le­fon. Ode­bra­łem, ale w pierw­szej chwi­li wy­da­wa­ło się, że po dru­giej stro­nie nie ma ni­ko­go. Po chwi­li jed­nak usły­sza­łem przy­tłu­mio­ne łka­nie.

– Halo? Halo? Kto dzwo­ni? – za­py­ta­łem.

– Ona… ona nie żyje.

Jego głos był le­d­wie sły­szal­ny, lecz na­tych­miast go roz­po­zna­łem.

– Har­ry? Har­ry, czy to ty?

– Ona nie żyje, Mar­cu­sie.

– Nie żyje? Ale kto umarł?

– Nola.

– Co ta­kie­go?! Jak to?!

– Umar­ła, a wszyst­ko to moja wina. Mar­cu­sie… Co ja zro­bi­łem? Mój Boże, co ja naj­lep­sze­go zro­bi­łem?

Pła­kał.

– Har­ry, o czym ty mó­wisz? Co chcesz mi po­wie­dzieć? Odło­żył słu­chaw­kę. Od razu wy­krę­ci­łem jego nu­mer do­mo­wy, ale nikt nie od­bie­rał. Za­dzwo­ni­łem na ko­mór­kę – bez­sku­tecz­nie. Wie­lo­krot­nie po­na­wia­łem pró­by, na­gry­wa­jąc się kil­ka razy na se­kre­tar­kę. Ale wciąż nie było od nie­go żad­nej wia­do­mo­ści. Bar­dzo się nie­po­ko­iłem. Nie wie­dzia­łem wte­dy, że Har­ry dzwo­nił do mnie z ko­men­dy głów­nej po­li­cji sta­no­wej w Con­cord. Nie mia­łem po­ję­cia, co się sta­ło, aż do chwi­li, kie­dy oko­ło szes­na­stej za­dzwo­nił do mnie Do­uglas.

– Marc, rany bo­skie, wiesz już?! – wy­dzie­rał się do te­le­fo­nu.

– Ale o co cho­dzi?

– No, na mi­łość bo­ską, włącz te­le­wi­zor! Cho­dzi o Har­ry’ego Qu­eber­ta! To Qu­ebert!

– Qu­ebert? Co Qu­ebert?

– No, włącz te­le­wi­zor, rany bo­skie!

Na­tych­miast włą­czy­łem te­le­wi­zję i zna­la­złem ja­kiś ka­nał in­for­ma­cyj­ny. Na ekra­nie uj­rza­łem ze zdzi­wie­niem mi­gaw­ki z domu w Go­ose Cove i usły­sza­łem głos pre­zen­te­ra: „To tu­taj, w Au­ro­rze, w sta­nie New Hamp­shi­re, we wła­snym domu zo­stał dzi­siaj aresz­to­wa­ny pi­sarz Har­ry Qu­ebert po od­na­le­zie­niu przez po­li­cję za­ko­pa­nych na jego po­se­sji ludz­kich szcząt­ków. We­dług pierw­szych usta­leń w śledz­twie może cho­dzić o cia­ło Noli Kel­ler­gan, pięt­na­sto­let­niej dziew­czy­ny po­cho­dzą­cej z tego okrę­gu, któ­ra znik­nę­ła z domu w sierp­niu ty­siąc dzie­więć­set sie­dem­dzie­sią­te­go pią­te­go roku i nig­dy nie usta­lo­no, co się z nią sta­ło…”. Na­gle wszyst­ko wo­kół mnie za­wi­ro­wa­ło; opa­dłem bez­wład­nie na ka­na­pę, kom­plet­nie osłu­pia­ły. Nic już do mnie nie do­cie­ra­ło, ani te­le­wi­zja, ani Do­uglas, któ­ry darł się bez prze­rwy na dru­gim koń­cu li­nii: „Mar­cus?! Je­steś tam?! Halo?! On za­bił tę dzie­wusz­kę?! Za­bił tę dzie­wusz­kę?!”. W mo­jej gło­wie wszyst­ko się po­mie­sza­ło, zu­peł­nie jak w ja­kimś kosz­ma­rze.

W ten spo­sób do­wie­dzia­łem się w tym sa­mym cza­sie co cała za­sko­czo­na Ame­ry­ka, co się wy­da­rzy­ło za­le­d­wie kil­ka go­dzin wcze­śniej: rano ja­kaś eki­pa ogrod­ni­cza przy­je­cha­ła do Go­ose Cove na proś­bę Har­ry’ego, żeby po­sa­dzić obok domu krze­wy hor­ten­sji. Prze­ko­pu­jąc zie­mię, ogrod­ni­cy na­tra­fi­li na głę­bo­ko­ści jed­ne­go me­tra na ludz­kie ko­ści i na­tych­miast po­wia­do­mi­li po­li­cję. Wkrót­ce po­tem od­kry­to cały szkie­let, a Har­ry zo­stał za­trzy­ma­ny.

W te­le­wi­zji wszyst­ko od­by­wa­ło się w bar­dzo szyb­kim tem­pie. Nada­wa­no na prze­mian bez­po­śred­nie re­la­cje z Au­ro­ry, z miej­sca zbrod­ni, i z Con­cord, sto­li­cy sta­nu New Hamp­shi­re, po­ło­żo­nej sto ki­lo­me­trów na pół­noc­ny wschód, gdzie w sie­dzi­bie wy­dzia­łu kry­mi­nal­ne­go po­li­cji sta­no­wej prze­trzy­my­wa­ny był te­raz Har­ry.

Wy­sła­ne na miej­sce eki­py dzien­ni­ka­rzy śle­dzi­ły z bli­ska prze­bieg śledz­twa. Naj­wy­raź­niej ja­kiś ślad zna­le­zio­ny przy zwło­kach po­zwa­lał wy­su­nąć przy­pusz­cze­nie, że cho­dzi o szcząt­ki Noli Kel­ler­gan; przed­sta­wi­ciel po­li­cji już te­raz oznaj­mił, że je­śli in­for­ma­cja ta się po­twier­dzi, Har­ry Qu­ebert bę­dzie rów­nież po­dej­rze­wa­ny o za­mor­do­wa­nie nie­ja­kiej De­bo­rah Co­oper, któ­ra jako ostat­nia wi­dzia­ła Nolę przy ży­ciu trzy­dzie­ste­go sierp­nia 1975 roku i zo­sta­ła zna­le­zio­na za­mor­do­wa­na tego sa­me­go dnia, po tym, jak za­dzwo­ni­ła na po­li­cję. Wszyst­ko to ra­zem kom­plet­nie zbi­ja­ło z nóg. Po­gło­ski roz­prze­strze­nia­ły się w po­stę­pie geo­me­trycz­nym; in­for­ma­cje po­da­wa­ne były na żywo przez te­le­wi­zję, ra­dio, in­ter­net i por­ta­le spo­łecz­no­ścio­we: Har­ry Qu­ebert, sześć­dzie­siąt sie­dem lat, je­den z naj­bar­dziej po­czyt­nych au­to­rów dru­giej po­ło­wy dwu­dzie­ste­go wie­ku, był od­ra­ża­ją­cym mor­der­cą mło­dej dziew­czy­ny.

Spo­ro cza­su mu­sia­ło mi­nąć, żeby do­tar­ło do mnie, co się wła­ści­wie dzie­je, może za­ję­ło mi to na­wet kil­ka go­dzin. Kie­dy o ósmej wie­czo­rem za­nie­po­ko­jo­ny Do­uglas zja­wił się u mnie w domu, aby się upew­nić, że ja­koś so­bie z tym ra­dzę, wciąż jesz­cze by­łem prze­ko­na­ny, że mu­sia­ła zajść ja­kaś po­mył­ka.

– Ale za­raz… Jak mogą go oskar­żać o po­peł­nie­nie dwóch mor­derstw, sko­ro nie je­ste­śmy na­wet pew­ni, że to jest cia­ło tej Noli?! – po­wie­dzia­łem.

– W każ­dym ra­zie w jego ogro­dzie był za­ko­pa­ny trup.

– No ale po co ka­zał­by ko­pać w miej­scu, w któ­rym wcze­śniej rze­ko­mo ukrył cia­ło? To nie mia­ło­by naj­mniej­sze­go sen­su! Mu­szę tam po­je­chać.

– Niby do­kąd?

– Do New Hamp­shi­re. Mu­szę je­chać bro­nić Har­ry’ego.

Do­uglas od­po­wie­dział mi bar­dzo przy­ziem­nie, w spo­sób ty­po­wy dla lu­dzi po­cho­dzą­cych ze Środ­ko­we­go Za­cho­du:

– Tyl­ko nie to, Marc. Nie jedź tam. Nie pa­kuj się w to gów­no.

– Har­ry do mnie dzwo­nił…

– Kie­dy? Dzi­siaj?

– Oko­ło pierw­szej po po­łu­dniu. My­ślę, że to był ten je­den te­le­fon, do któ­re­go miał pra­wo. Mu­szę po­je­chać, żeby go wes­przeć! To bar­dzo waż­ne.

– Waż­ne? To, co jest waż­ne, to two­ja dru­ga książ­ka. Mam tyl­ko na­dzie­ję, że nie wpusz­czasz mnie w ma­li­ny i na­praw­dę na ko­niec mie­sią­ca bę­dziesz miał go­to­wy tekst. Bar­na­ski jest już na do­brej dro­dze, żeby cię udu­pić. Czy ty w ogó­le zda­jesz so­bie spra­wę z tego, co się może stać z Har­rym? Nie ła­duj się w to gów­no, Marc, je­steś za mło­dy! Nie niszcz so­bie ka­rie­ry.

Nie ode­zwa­łem się. W te­le­wi­zji przed zgro­ma­dzo­nym tłu­mem dzien­ni­ka­rzy wła­śnie po­ja­wił się za­stęp­ca pro­ku­ra­to­ra sta­no­we­go. Za­czął wy­mie­niać po ko­lei za­rzu­ty cią­żą­ce na Har­rym: po­rwa­nie i po­dwój­ne mor­der­stwo. Har­ry zo­stał ofi­cjal­nie oskar­żo­ny o za­mor­do­wa­nie De­bo­rah Co­oper i Noli Kel­ler­gan. A za po­rwa­nie i mor­der­stwa gro­zi­ła mu kara śmier­ci.

Ale był to do­pie­ro po­czą­tek upad­ku Har­ry’ego. Zdję­cia z prze­słu­chań wstęp­nych na­stęp­ne­go dnia obie­gły cały kraj. Pod okiem dzie­sią­tek ka­mer te­le­wi­zyj­nych i w świe­tle fle­szów fo­to­gra­fów po­ja­wił się na sali są­do­wej za­ku­ty w kaj­dan­ki, w oto­cze­niu po­li­cjan­tów. Wy­glą­dał na bar­dzo zmę­czo­ne­go: po­nu­ra twarz, źle ogo­lo­ny, ze zmierz­wio­ny­mi wło­sa­mi, w roz­cheł­sta­nej ko­szu­li i ze spuch­nię­ty­mi ocza­mi. Obok nie­go stał Ben­ja­min Roth, jego ad­wo­kat. Roth był uzna­nym w Con­cord praw­ni­kiem, czę­sto do­ra­dzał Har­ry’emu w prze­szło­ści i tro­chę go zna­łem, po­nie­waż parę razy spo­tka­li­śmy się prze­lot­nie w Go­ose Cove.

Cu­dow­ne moż­li­wo­ści te­le­wi­zji po­zwo­li­ły ca­łej Ame­ry­ce śle­dzić na żywo roz­pra­wę wstęp­ną, pod­czas któ­rej Har­ry nie przy­znał się do winy za zbrod­nie, o któ­re go oskar­ża­no, a sę­dzia za­rzą­dził tym­cza­so­we aresz­to­wa­nie go i osa­dze­nie w wię­zie­niu sta­no­wym dla męż­czyzn w New Hamp­shi­re. Był to jed­nak za­le­d­wie po­czą­tek bu­rzy; w tym mo­men­cie mia­łem jesz­cze na­iw­ną na­dzie­ję, że spra­wa szyb­ko się wy­ja­śni, ale go­dzi­nę po roz­pra­wie za­dzwo­nił do mnie Ben­ja­min Roth.

– Har­ry dał mi nu­mer pana te­le­fo­nu – po­wie­dział. – Bar­dzo na­le­gał, że­bym do pana za­dzwo­nił, chce panu prze­ka­zać, że jest nie­win­ny i ni­ko­go nie za­bił.

– Wiem, że jest nie­win­ny! – od­po­wie­dzia­łem. – Je­stem o tym prze­ko­na­ny. Jak on się czu­je?

– Źle, jak może pan so­bie zresz­tą wy­obra­zić. Gli­nia­rze moc­no go na­ci­ska­ją. Przy­znał się, że coś go łą­czy­ło z tą Nolą la­tem, za­nim znik­nę­ła.

– Wie­dzia­łem o hi­sto­rii z Nolą. Ale co z resz­tą?

Roth wa­hał się przez chwi­lę, po czym od­po­wie­dział:

– Za­prze­cza. Ale… – W tym miej­scu prze­rwał.

– Ale co? – za­py­ta­łem za­nie­po­ko­jo­ny.

– Mar­cu­sie, nie ukry­wam, że spra­wa bę­dzie bar­dzo trud­na. Mają na nie­go coś grub­sze­go.

– Co pan ro­zu­mie przez coś grub­sze­go? No, niech pan mówi, do cho­le­ry! Mu­szę to wie­dzieć!

– To musi zo­stać mię­dzy nami. Nikt nie może się o tym do­wie­dzieć.

– Nic ni­ko­mu nie po­wiem. Może pan mi za­ufać.

– Przy szcząt­kach tej dziew­czy­ny po­li­cja zna­la­zła ma­szy­no­pis O po­cho­dze­niu zła.

– Co ta­kie­go?!

– Tak jak po­wie­dzia­łem: ten pie­przo­ny ma­szy­no­pis książ­ki za­ko­pa­no ra­zem z nią. Har­ry jest te­raz w po­waż­nych ta­ra­pa­tach.

– Czy ja­koś to wy­tłu­ma­czył?

– Tak. Po­wie­dział, że tę książ­kę na­pi­sał dla niej. Że bez prze­rwy prze­sia­dy­wa­ła u nie­go w Go­ose Cove i cza­sa­mi zda­rza­ło się, że za­bie­ra­ła parę kar­tek, aby je prze­czy­tać. Po­wie­dział też, że na kil­ka dni przed znik­nię­ciem wzię­ła ma­szy­no­pis ze sobą.

– Co?! – wy­krzyk­ną­łem. – Na­pi­sał tę książ­kę dla niej?

– Tak. I za nic nie wol­no tego roz­gła­szać. Może pan so­bie wy­obra­zić, co by to był za skan­dal, gdy­by me­dia się do­wie­dzia­ły, że jed­na z naj­le­piej sprze­da­ją­cych się ksią­żek w Ame­ry­ce w ostat­nich pięć­dzie­się­ciu la­tach nie jest zwy­kłą opo­wie­ścią o mi­ło­ści, jak wszy­scy so­bie wy­obra­ża­li, ale wy­ni­kiem nie­le­gal­ne­go związ­ku trzy­dzie­stocz­te­ro­let­nie­go fa­ce­ta z pięt­na­sto­let­nią dziew­czy­ną…

– My­śli pan, że wy­pusz­czą go za kau­cją?

– Za kau­cją? Chy­ba nie ro­zu­mie pan po­wa­gi sy­tu­acji. Nie ma moż­li­wo­ści zwol­nie­nia za kau­cją, kie­dy cho­dzi o naj­cięż­sze zbrod­nie. Har­ry’emu gro­zi śmier­tel­ny za­strzyk. Za ja­kieś dzie­sięć dni sta­nie przed są­dem, któ­ry zde­cy­du­je o dal­szym toku po­stę­po­wa­nia i o pro­ce­sie. Czę­sto jest to tyl­ko for­mal­ność, bo nie ma wąt­pli­wo­ści, że doj­dzie do pro­ce­su. Za pół roku, może za rok.

– A w tym cza­sie?

– Bę­dzie mu­siał po­zo­stać w wię­zie­niu.

– No ale je­śli jest nie­win­ny?

– Ta­kie jest pra­wo. Po­wta­rzam panu, sy­tu­acja jest na­praw­dę po­waż­na. Oskar­ża się go o za­mor­do­wa­nie dwóch osób.

Za­pa­dłem się jesz­cze głę­biej w ka­na­pę. Mu­sia­łem ko­niecz­nie po­roz­ma­wiać z Har­rym.

– Niech pan mu po­wie, żeby do mnie za­dzwo­nił! – po­wie­dzia­łem z na­ci­skiem. – To bar­dzo waż­ne.

– Prze­ka­żę mu wia­do­mość…

– Pro­szę mu po­wie­dzieć, że mu­szę z nim ko­niecz­nie roz­ma­wiać i cze­kam na te­le­fon od nie­go!

Gdy tyl­ko za­koń­czy­łem roz­mo­wę, wy­ją­łem z bi­blio­tecz­ki O po­cho­dze­niu zła. Na pierw­szej stro­nie wid­nia­ła de­dy­ka­cja au­to­ra:

Mar­cu­so­wi, naj­bar­dziej bły­sko­tli­we­mu z mo­ich uczniów.

Z wy­ra­za­mi sym­pa­tii

H.L. Qu­ebert, maj 1999

Za­głę­bi­łem się zno­wu w lek­tu­rze tej książ­ki, któ­rej nie otwie­ra­łem od lat. Była to hi­sto­ria mi­ło­sna, gdzie opo­wieść łą­czy­ła się z frag­men­ta­mi li­stów; hi­sto­ria męż­czy­zny i ko­bie­ty, któ­rzy ko­cha­ją się, cho­ciaż nie mają pra­wa się ko­chać. A więc pew­nie na­pi­sał tę książ­kę dla owej ta­jem­ni­czej dziew­czy­ny, o któ­rej jesz­cze nic nie wie­dzia­łem. Kie­dy w środ­ku nocy skoń­czy­łem ją czy­tać, na dłuż­szą chwi­lę za­trzy­ma­łem się nad ty­tu­łem. I po raz pierw­szy za­da­łem so­bie py­ta­nie o jego sens: dla­cze­go O po­cho­dze­niu zła? Ja­kie zło miał na my­śli Har­ry, pi­sząc tę książ­kę?

Mi­nę­ły trzy dni, pod­czas któ­rych ana­li­zy DNA i od­ci­sków zę­bów po­twier­dzi­ły, że w Go­ose Cove rze­czy­wi­ście od­na­le­zio­no szkie­let Noli Kel­ler­gan. Ba­da­nie ko­ści do­pro­wa­dzi­ło do usta­le­nia, że cho­dzi o szcząt­ki pięt­na­sto­let­nie­go dziec­ka, co wska­zy­wa­ło na to, że Nola zo­sta­ła za­bi­ta mniej wię­cej wte­dy, kie­dy znik­nę­ła. Na­to­miast pęk­nię­cie z tyłu czasz­ki po­zwa­la­ło stwier­dzić z całą pew­no­ścią, na­wet po trzy­dzie­stu la­tach, ja­kie upły­nę­ły od tam­tych wy­da­rzeń, że ofia­ra zgi­nę­ła wsku­tek za­da­ne­go cio­su: Nola Kel­ler­gan zo­sta­ła po­bi­ta na śmierć.

Wciąż nie mia­łem żad­nych wia­do­mo­ści od Har­ry’ego. Pró­bo­wa­łem się z nim skon­tak­to­wać za po­śred­nic­twem po­li­cji sta­no­wej, wię­zie­nia, a tak­że przez Ro­tha, ale bez­sku­tecz­nie. Krę­ci­łem się bez sen­su po miesz­ka­niu, drę­czy­ły mnie ty­sią­ce py­tań i nur­to­wał jego ta­jem­ni­czy te­le­fon. Pod ko­niec ty­go­dnia, nie mo­gąc już dłu­żej wy­trzy­mać, do­sze­dłem do wnio­sku, że nie mam wy­bo­ru i mu­szę po­je­chać do New Hamp­shi­re, aby zo­ba­czyć, co się tam dzie­je.

W po­nie­dzia­łek szes­na­ste­go czerw­ca 2008 roku wcze­śnie rano wrzu­ci­łem wa­liz­ki do ba­gaż­ni­ka mo­je­go ran­ge ro­ve­ra i ja­dąc Fran­klin Ro­ose­velt Dri­ve, bie­gną­cą wzdłuż East Ri­ver, opu­ści­łem Man­hat­tan. Za okna­mi sa­mo­cho­du prze­su­wa­ły się ko­lej­ne dziel­ni­ce No­we­go Jor­ku: Bro­oklyn, Har­lem, Bronx; mi­ną­łem Yan­kee Sta­dium, wresz­cie skie­ro­wa­łem się na pół­noc au­to­stra­dą mię­dzy­sta­no­wą nu­mer dzie­więć­dzie­siąt pięć. Do­pie­ro gdy już prze­je­cha­łem spo­rą część sta­nu Nowy Jork, w każ­dym ra­zie na tyle dużą, by nie dać się prze­ko­nać do zre­zy­gno­wa­nia i po­wro­tu grzecz­nie do domu, po­wia­do­mi­łem ro­dzi­ców, że je­stem w dro­dze do New Hamp­shi­re. Mat­ka oświad­czy­ła, że chy­ba zwa­rio­wa­łem.

– Co ty naj­lep­sze­go wy­pra­wiasz, Mar­kie? Je­dziesz tam bro­nić tego bar­ba­rzyń­skie­go kry­mi­na­li­sty?

– To ża­den kry­mi­na­li­sta, mamo. To mój przy­ja­ciel.

– W ta­kim ra­zie twoi przy­ja­cie­le są kry­mi­na­li­sta­mi! Tata jest tu obok i mówi, że ucie­kasz z No­we­go Jor­ku z po­wo­du ksią­żek.

– Wca­le nie ucie­kam.

– W ta­kim ra­zie ucie­kasz z po­wo­du ja­kiejś ko­bie­ty?

– Po­wie­dzia­łem ci już, że nie ucie­kam. I nie mam w tej chwi­li żad­nej dziew­czy­ny.

– To kie­dy wresz­cie znaj­dziesz so­bie dziew­czy­nę? My­śla­łam zno­wu o tej Na­ta­lii, któ­rą przed­sta­wi­łeś nam w ze­szłym roku. Bar­dzo mi­lut­ka shik­se. Dla­cze­go do niej nie za­dzwo­nisz?

– Nie cier­pia­łaś jej.

– A dla­cze­go nie pi­szesz już ksią­żek? Wszy­scy cię lu­bi­li, kie­dy by­łeś wiel­kim pi­sa­rzem.

– Wciąż je­stem pi­sa­rzem.

– Wra­caj do domu. Przy­go­tu­ję ci pysz­ne hot dogi i szar­lot­kę na cie­pło z gał­ką lo­dów wa­ni­lio­wych na wierz­chu. Bę­dziesz mógł za­cze­kać, aż się lody roz­to­pią.

– Mamo, mam już trzy­dzie­ści lat i je­śli będę chciał, mogę so­bie sam zro­bić hot dogi.