Praski elementarz - Aleksander Kaczorowski - ebook
Opis

"Praski elementarz jest eseistyczną opowieścią o niezwykłych pisarzach ostatnich stu lat najbardziej zjawiskowej z europejskich stolic. Trwałość tej literatury okazuje się najważniejsza. Tak pojmowana literatura staje się bowiem wartością niezmienną, absolutną, bo nieustannie inspirującą, pozwalającą porządkować świat (przynajmniej ten własny), odnajdywać w nim siebie, swoje miejsce. W esejach Kaczorowskiego ta stałość literatury jest tym wyrazistsza, im bardziej kruche i przemijające okazują się porządki historii oraz granice krajów. (…) A ton tych wypowiedzi, esencjonalnie szczery, nostalgiczny i przejmujący, nie pozostawia wątpliwości, że dla Kaczorowskiego prascy pisarze są autorami najważniejszego z elementarzy uczuć". Jarosław Bytner

"Przedwojenna Praga, opisana przez polskiego autora choćby w 'Rodzinnej Europie', odurzająca 'powietrzem jak z pianki, pełnym śmiechów i muzyki, winiarniami w wąskich uliczkach koło Hradczan' należała do przeszłości. Aleksander Kaczorowski potrafił jednak odkryć w ostatnich latach ponurego dwudziestolecia pod warstwą szarości Pragę żywą (...)". Vaclav Burian

"Praski elementarz urzekł mnie od pierwszych stron... Wprost zdumiewające, jakie bogactwo informacji, spostrzeżeń i refleksji Aleksander Kaczorowski zdołał zawrzeć w kilku krótkich esejach! ... ta książka to sama esencja 'czeskości'".. Aleksander Fiut

"to książka nie tylko napisana żywo, zajmująco i z doskonałym wyczuciem pointy, ale wręcz fascynująca... kultura czeska trafiła do kogoś, kto nie tylko z niej czerpał, ale i potrafił się odwdzięczyć". Leszek Engelking

"W tle tych wszystkich życiorysów jest i sam Alik – spóźniony trochę, w barze nad kuflem piwa... Ta sytuacja nadaje jego esejom ton łagodności i przyzwolenia w ocenie połamanych losów". Krzysztof Czyżewski

"To zapis stanów duszy człowieka, który zachorował na Pragę, i przekonujące wyjaśnienie, że choroba ta nie jest szaleństwem, lecz jak najbardziej zrozumiałą fascynacją, której w mniejszym lub większym stopniu ulega każdy czytelnik Hrabala. Nie wszyscy, rzecz jasna, są tak zdeterminowani, by od razu jechać do Pragi... W zastępstwie powinni więc wybrać się na podróż wirtualną, w której Kaczorowski jest doskonałym przewodnikiem". Edwin Bendyk

"Ta książka doskonale tłumaczy, dlaczego w ostatnim czasie język polski stał się jednym z najczęściej słyszanych na ulicach czeskich miast". "Lidove noviny"

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 195

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność

Kolekcje



Alek­san­der Ka­czo­row­ski

Pra­ski ele­men­tarz

Pro­jekt okład­ki AGNIESZ­KA PA­SIER­SKA / PRA­COW­NIA PA­PIE­RÓW­KA

Fo­to­gra­fia na okład­ce © by JO­SEF KO­UDEL­KA / MA­GNUM PHO­TOSFo­to­gra­fia Au­to­ra © by JA­CEK HE­ROK

Co­py­ri­ght © by ALEK­SAN­DER KA­CZO­ROW­SKI, 2012

Wy­bór zdjęć PA­TRY­CJA KWAS

Re­dak­cja KA­TA­RZY­NA WO­ŁO­WIECKo­rek­ty ALI­CJA LI­STWAN / D2D.PL i MAŁ­GO­RZA­TA PO­ŹDZIK / D2D.PL

Pro­jekt ty­po­gra­ficz­ny, re­dak­cja tech­nicz­na RO­BERT OLEŚ /D2D.PLSkład MAŁ­GO­RZA­TA PO­ŹDZIK / D2D.PL

Kon­wer­sja MAG­DA­LE­NA WOJ­TAS / VIR­TU­ALO SP. Z O.O.

ISBN 978-83-7536-456-9

Gdy­by nie było Pra­gi, na­le­ża­ło­by ją wy­my­ślić

PRASKI ELEMENTARZ

1

Gdy­by je­sie­nią 1913 roku za­py­tać wy­kształ­co­ne­go, by­wa­łe­go w sa­lo­nach li­te­rac­kich miesz­kań­ca Pra­gi, czy mó­wią mu coś na­zwi­ska: Franz Kaf­ka, La­di­slav Klíma, Ja­kub Deml, Ri­chard We­iner lub Ja­ro­slav Ha­šek, naj­praw­do­po­dob­niej przy pierw­szym z nich wzru­szył­by ra­mio­na­mi (owszem, na­zwi­sko obi­ło mu się o uszy, to je­den z tych Ży­dów, któ­rzy – psia mać – pi­szą po nie­miec­ku, za­miast, jak na­le­ży, po cze­sku), przy dru­gim uniósł­by w górę brwi (zdu­mio­ny, że ktoś jesz­cze wspo­mi­na po­strze­lo­ne­go fi­lo­zo­fa-sa­mo­uka z po­łu­dnio­wo­cze­skich Do­ma­žlic, któ­ry w swo­im cza­sie zdo­był pe­wien roz­głos nie tyle dzię­ki kil­ku opu­bli­ko­wa­nym wła­snym na­kła­dem trak­ta­tom, ile ra­czej za spra­wą swych eks­tra­wa­gan­cji – oto na przy­kład, gdy za­bro­nio­no pa­lić w pra­skich tram­wa­jach, de­mon­stra­cyj­nie i nie­odwo­łal­nie zre­zy­gno­wał z ko­rzy­sta­nia z tego środ­ka trans­por­tu miej­skie­go); przy trze­cim na­zwi­sku nasz pra­ski roz­mów­ca do­tknął­by czub­ka­mi pal­ców czo­ła i tarł je przez chwi­lę, usi­łu­jąc przy­po­mnieć so­bie, gdzie je sły­szał (a tak, to ten zwa­rio­wa­ny ksiądz, któ­re­go wła­dze ko­ściel­ne za­wie­si­ły w po­słu­dze ka­płań­skiej; po­dob­no nie chciał uzgad­niać z nimi tre­ści swych pu­bli­ka­cji, ale mó­wio­no też, że przy­czy­na była bar­dziej pro­za­icz­na – po­noć uwiódł mę­żat­kę); przy czwar­tym na­zwi­sku tyl­ko bez­rad­nie po­krę­cił­by gło­wą, za to przy pią­tym wy­buch­nął­by śmie­chem – bo kto by nie znał Ha­ška, tego nie­do­szłe­go par­la­men­ta­rzy­sty z ra­mie­nia ab­sur­dal­nej Par­tii Umiar­ko­wa­ne­go Po­stę­pu w Gra­ni­cach Pra­wa, au­to­ra kro­ni­ki wy­pad­ków w jed­nej z po­po­łu­dnió­wek – ale na­zy­wać go pi­sa­rzem to, za po­zwo­le­niem, jed­nak lek­ka prze­sa­da.

Je­sie­nią 1913 roku w ży­ciu każ­de­go z tych mało zna­nych au­to­rów dzie­je się coś waż­ne­go. Nie­speł­na trzy­dzie­sto­let­ni Kaf­ka wy­da­je swój pierw­szy zbiór opo­wia­dań, a w nim mię­dzy in­ny­mi Prze­mia­nę, opo­wieść o urzęd­ni­ku, któ­ry pew­ne­go dnia prze­obra­ża się w ogrom­ne­go ro­ba­ka (i tak wła­śnie, nie kro­cząc, lecz peł­znąc, li­te­ra­tu­ra świa­to­wa wej­dzie w wiek XX). Przed Kaf­ką jesz­cze Pro­ces, Za­mek i je­de­na­ście lat zma­gań z gruź­li­cą. Jego ró­wie­śnik Ha­šek, sie­dząc z kum­pla­mi w pi­wiar­ni, za­pi­su­je na skraw­ku pa­pie­ru po­mysł („idio­ta w woj­sku”!), któ­ry chwi­lę wcze­śniej przy­szedł mu do gło­wy. Nie wie, że już za kil­ka mie­się­cy wy­buch­nie naj­więk­sza woj­na w dzie­jach, w któ­rej zgi­nie dzie­sięć mi­lio­nów lu­dzi (a jego kom­pa­nij­ny idio­ta sta­nie się ulu­bio­nym bo­ha­te­rem li­te­rac­kim wie­lu spo­śród dzie­ci i wnu­ków po­zo­sta­łej przy ży­ciu resz­ty). Ha­šek weź­mie udział w tej woj­nie i po licz­nych ta­ra­pa­tach szczę­śli­wie wró­ci do Pra­gi – tyl­ko po to, by kil­ka lat póź­niej za­pić się na śmierć, nie ukoń­czyw­szy Przy­gód do­bre­go wo­ja­ka Szwej­ka, naj­więk­sze­go an­ty­epo­su na­szych cza­sów. Ale je­sie­nią 1913 roku Ha­šek spo­dzie­wa się po Do­brym Wo­ja­ku co naj­wy­żej cy­klu ko­sza­ro­wych hu­mo­re­sek – sprze­da­wa­ne w go­spo­dach po ha­le­rzu za sztu­kę po­win­ny przy­no­sić nie­wiel­ki, lecz w mia­rę re­gu­lar­ny do­chód.

Star­szy od Ha­ška o pięć lat ksiądz Ja­kub Deml prze­ży­je go o lat trzy­dzie­ści osiem. Je­sie­nią 1913 roku po­zna­je ko­bie­tę swe­go ży­cia, mę­żat­kę, mat­kę troj­ga dzie­ci Eli­škę Wie­sen­ber­ger. Jego ró­wie­śnik La­di­slav Klíma już od czte­rech lat nie bie­rze pió­ra do ręki – prze­pi­ja spa­dek po zmar­łym ojcu, po­grą­ża­jąc się w na­ło­gu. Swo­ją naj­lep­szą książ­kę, gro­te­sko­wy ro­mans fi­lo­zo­ficz­ny Cier­pie­nia księ­cia Ster­nen­ho­cha, na­pi­sze do­pie­ro w 1928 roku – na kil­ka mie­się­cy przed śmier­cią. We­iner, naj­młod­szy z tej piąt­ki, je­sie­nią 1913 roku wy­ru­sza na stu­dia do Pa­ry­ża, gdzie spę­dzi więk­szość z po­zo­sta­łych mu dwu­dzie­stu czte­rech lat ży­cia i gdzie za­ra­zi się sur­re­ali­zmem.

*

Kaf­ka, Deml, Klíma, Ha­šek i We­iner – tych pię­ciu pi­sa­rzy nie zna­ło się (z wy­jąt­kiem Dem­la i We­ine­ra) ani nie czy­ta­ło swo­ich ksią­żek. Nasz roz­mów­ca nig­dy by nie uwie­rzył, gdy­by­śmy po­wie­dzie­li mu, że wła­śnie oni kil­ka­dzie­siąt lat póź­niej zo­sta­ną uzna­ni za naj­więk­szych pra­skich pi­sa­rzy swo­ich cza­sów. Lecz i dziś ni­ko­mu nie przy­szło­by do gło­wy, by łą­czyć ich ze sobą, gdy­by nie ktoś, kto je­sie­nią 1913 roku był za­le­d­wie kil­ku­mie­sięcz­nym pło­dem w ło­nie dzie­więt­na­sto­let­niej brneń­skiej biu­ra­list­ki i do­pie­ro pół wie­ku póź­niej uczy­nił ich bo­ha­te­ra­mi swej książ­ki Bo­hu­mil Hra­bal przed­sta­wia… Wy­bór cze­skiej pro­zy. Od tej pory Hra­bal czę­sto ma­wiał, że przez ży­cie pro­wa­dzi­ła go pię­cio­ra­mien­na gwiaz­da, któ­rej wierz­choł­ki two­rzy­li ci wła­śnie pra­scy pi­sa­rze.

Dwaj Ży­dzi, dwaj al­ko­ho­li­cy i od­su­nię­ty od po­słu­gi ka­płań­skiej kle­cha. Co Hra­ba­la w nich po­cią­ga­ło? My­ślę, że po­do­bień­stwo lo­sów – cho­dzi­li wszak po tych sa­mych pra­skich uli­cach – sa­mot­ni, osob­ni, ano­ni­mo­wi – a ich książ­ki raz po raz ska­zy­wa­ne były na nie­ist­nie­nie – a jed­nak prze­trwa­ły.

Gwo­li ści­sło­ści: Deml prze­by­wał w Pra­dze ogó­łem nie wię­cej jak dwa lata. We­iner nie­mal całe do­ro­słe ży­cie spę­dził w Pa­ry­żu. Klíma miesz­kał w Pra­dze, ale chy­ba tego nie za­uwa­żył. Po­zo­sta­ją więc Ha­šek i Kaf­ka – dwaj pra­ża­nie naj­bar­dziej oczy­wi­ści. Tak oczy­wi­ści, tak bar­dzo zro­śnię­ci z tym mia­stem, że Hra­bal mógł cza­sem mieć wra­że­nie, że je­śli bę­dzie żył do­sta­tecz­nie dłu­go, wresz­cie któ­re­goś z nich spo­tka na uli­cy – mimo że od ich śmier­ci mi­nę­ło już spo­ro cza­su – tak jak bo­ha­ter Zbyt gło­śnej sa­mot­no­ści, pa­ko­wacz ma­ku­la­tu­ry Haňt’a, spo­ty­kał Je­zu­sa i Lao-Cy.

Co Hra­bal za­wdzię­czał tym pię­ciu pi­sa­rzom? Kaf­ka na­uczył go, że miej­sce li­te­ra­tu­ry jest poza jawą i snem – tam gdzie cza­sem tra­fia każ­dy z nas, le­żąc w łóż­ku o świ­cie i nie wie­dząc, czy już się obu­dził, czy jesz­cze śni. Klíma – że li­te­ra­tu­ra może po­dej­mo­wać naj­bar­dziej za­wi­łe kwe­stie fi­lo­zo­ficz­ne i naj­bo­le­śniej­sze pro­ble­my – pod wa­run­kiem że czy­ni to z przy­mru­że­niem oka. Deml – że tyl­ko pies ma pra­wo szcze­kać na Pana Boga i że pi­sarz po­wi­nien być ta­kim psem. Ha­šek – że hi­sto­ria skła­da się z bar­dzo wie­lu hi­sto­ry­jek. We­iner – że li­te­ra­tu­ra to gra na se­rio, w któ­rej staw­ką jest ży­cie pi­sa­rza.

Klárov, w głę­bi uli­ca Le­ten­ská i Za­mek na Hrad­cza­nach. Pra­ga, 1991(Jo­sef Ko­udel­ka/Ma­gnum Pho­tos/Fo­rum)

Nie przy­pad­kiem Hra­bal na­zy­wał swo­je pi­sa­nie „od­wle­czo­nym sa­mo­bój­stwem”. Śmierć była staw­ką za­kła­du, któ­ry za­warł z sa­mym sobą: czy je­stem w sta­nie żyć tak, by moje ży­cie mia­ło sens? Bo je­śli nie, to może le­piej nie żyć?

Do czter­dzie­ste­go roku ży­cia był nie­udacz­ni­kiem: nie zro­bił ka­rie­ry li­te­rac­kiej (nie zdo­łał na­wet za­de­biu­to­wać!), nie umiał zna­leźć so­bie pra­cy od­po­wia­da­ją­cej jego ta­len­to­wi, in­te­li­gen­cji i wie­dzy (bo trud­no uznać za taką po­sa­dę dy­żur­ne­go ru­chu na sta­cji ko­le­jo­wej czy ko­mi­wo­ja­że­ra), a jego mło­dzień­cze związ­ki z ko­bie­ta­mi chy­ba tyl­ko dla­te­go nie sta­ły się przed­mio­tem ta­kich kpin jak na­rze­czeń­skie pró­by Kaf­ki, że miał mniej do­cie­kli­wych – bądź dys­kret­niej­szych – bio­gra­fów. Kie­dy wła­dzę w Cze­cho­sło­wa­cji prze­ję­li ko­mu­ni­ści, zna­lazł się w po­dob­nej sy­tu­acji, co pół wie­ku wcze­śniej re­le­go­wa­ny z au­striac­kich szkół Klíma – sens swe­mu ży­ciu mógł nadać tyl­ko on sam. Nikt inny.

Klíma wie­rzył, że to, kim je­ste­śmy, za­le­ży wy­łącz­nie od nas sa­mych – je­śli je­steś cham­pio­nem dla sie­bie, bę­dziesz nim tak­że dla in­nych.

Hra­bal tak­że w to uwie­rzył.

2

Skła­mał­bym, mó­wiąc, że nig­dy mnie nie kor­ci­ło, żeby za­miesz­kać w Pra­dze. Od pierw­szych chwil czu­łem się tam le­piej niż gdzie­kol­wiek in­dziej, jak­bym wresz­cie był u sie­bie, jak­bym od­na­lazł miej­sce, któ­re­go za­wsze szu­ka­łem. Wszyst­ko mnie za­chwy­ca­ło: ję­zyk, w któ­rym nie­mal każ­de sło­wo brzmia­ło jak za­pro­sze­nie do bliż­szej, in­tym­nej za­ży­ło­ści; krój li­ter na ta­bli­cach z na­zwa­mi ulic, któ­ry przy­po­mi­nał mi ulu­bio­ne, zbie­ra­ne w dzie­ciń­stwie znacz­ki pocz­to­we z na­pi­sem Če­sko­slo­ven­sko; au­to­ma­ty, sa­mo­ob­słu­go­we bu­fe­ty, w któ­rych moż­na było ku­pić w do­wol­nych ilo­ściach szyn­kę, wę­dli­ny czy kieł­ba­sę na wy­nos, albo też zjeść je na miej­scu, po­pi­ja­jąc pi­wem z bu­tel­ki lub z za­tłusz­czo­nych szkla­nek; bab­cie klo­ze­to­we, któ­re pierw­sze mó­wi­ły „dzień do­bry” i „do wi­dze­nia”; tram­wa­je, w któ­rych głos z ta­śmy za­po­wia­dał każ­dy ko­lej­ny przy­sta­nek (Ba­la­ben­ka, příští za­stávka Pal­mo­vka!) i uprze­dzał o moż­li­wo­ści prze­siad­ki do me­tra. Krót­ko mó­wiąc, wio­sną 1990 roku po­czu­łem się w Pra­dze jak czło­wiek ze Wscho­du, któ­ry pierw­szy raz zna­lazł się na Za­cho­dzie, tyle że ten Za­chód był swoj­ski – nie onie­śmie­lał i nie upo­ka­rzał.

„Cud zda­rza się każ­de­go dnia” – pi­sał Bo­hu­mil Hra­bal. Cho­dzi­łem po uli­cach Pra­gi i czu­łem się, jak­bym wszedł po­mię­dzy bo­ha­te­rów jego pro­zy. Pra­ga w tym cza­sie była dla mnie przede wszyst­kim zja­wi­skiem ga­stro­no­micz­nym. Nie było dru­giej ta­kiej sto­li­cy, w któ­rej cen­trum tak nie­wie­le trze­ba było za­pła­cić za por­cję sma­żo­nej kieł­ba­sy, pa­rów­ki w oc­cie czy pla­ster sal­ce­so­nu z ce­bu­lą, a wszyst­ko to pod naj­lep­sze w tej ce­nie ja­sne piwo na świe­cie. To była moja ko­mu­nia, któ­rą mu­sia­łem przy­jąć przy­najm­niej raz w roku, to było moje wy­zna­nie wia­ry, że Cze­chy z ksią­żek Hra­ba­la – kraj lu­dzi pro­stych, któ­rzy nie są pro­sta­ka­mi – na­praw­dę ist­nie­ją.

Wstyd mi, jak wie­lu miejsc w Pra­dze nie wi­dzia­łem. Nie in­te­re­so­wa­ły mnie mu­zea ani te­atry, ko­ścio­ły ani sy­na­go­gi. Nie in­te­re­so­wa­ły mnie Sta­re Mia­sto, Mała Stra­na ani most Ka­ro­la. Cią­gnę­ło mnie na pe­ry­fe­rie, na Li­beń i Żiż­ków, do ba­rów i knajp, w któ­rych na­ocz­nie prze­ko­na­łem się, że ra­cję miał Mi­lan Kun­de­ra, któ­ry wie­rzył, że je­śli gdzieś na świe­cie moż­li­wy był de­mo­kra­tycz­ny so­cja­lizm, to wła­śnie w Pra­dze. W tych ba­rach wi­dzia­łem ro­bot­ni­ków, któ­rzy wpa­da­li na obiad i piwo i byli wła­śnie tacy jak ci, o któ­rych pi­sał Hra­bal – „trans­cen­den­tal­ni”, stu­pro­cen­to­wo do­pa­so­wa­ni do swe­go oto­cze­nia, nie­od­sta­ją­cy od rze­czy­wi­sto­ści ani na cen­ty­metr. Pa­trząc na nich, zro­zu­mia­łem, co miał na my­śli Kaf­ka, pi­sząc, że „na­sze za­da­nie jest do­kład­nie na mia­rę ży­cia i to na­da­je mu po­zór nie­skoń­czo­no­ści”. W tym sen­sie ci lu­dzie, któ­rzy za­pew­ne w więk­szo­ści, jak to w Cze­chach, nie cho­dzi­li do ko­ścio­ła i nie wie­rzy­li w żad­ne raj­skie po­la­ny, byli już zba­wie­ni – za ży­cia.

Knaj­py od­gry­wa­ły w ich ży­ciu po­dob­ną rolę jak u nas ko­ścio­ły. To knaj­pa była miej­scem spo­wie­dzi po­wszech­nej, to w knaj­pie śpie­wa­ło się sta­ro­daw­ne pie­śni, to w knaj­pie przyj­mo­wa­ło się cia­ło i krew cze­skiej zie­mi – wie­przo­wi­nę z ka­pu­stą i kne­dla­mi oraz „mle­ko ko­zła” z Vel­kých Po­po­vic. Świat tych lu­dzi wy­da­wał się do­sko­na­le upo­rząd­ko­wa­ny – nikt nig­dzie się nie śpie­szył, nikt nie ma­rzył o in­nym ży­ciu, nikt nie wy­da­wał się mieć po­czu­cia, że sie­dząc tu, nad pi­wem, coś tra­ci.

Wio­sną 1990 roku do tej „ar­ka­dii” re­al­ne­go so­cja­li­zmu wtar­gnął ka­pi­ta­lizm i w cią­gu kil­ku lat wy­wró­cił ją na nice.

*

Nie od razu zda­łem so­bie spra­wę, że za póź­no przy­je­cha­łem do Pra­gi. A prze­cież mo­głem się tego do­my­ślić, ot, pa­trząc choć­by na te po­tęż­ne ka­mie­ni­ce, któ­re cią­gnę­ły się wzdłuż uli­cy So­ko­łow­skiej – wy­pa­tro­szo­ne przed nie­od­le­głą roz­biór­ką, bez­zęb­ne, z zie­ją­cy­mi pust­ką oczo­do­ła­mi okien. Zo­ba­czy­łem je, ja­dąc na Li­beń, do sta­re­go miesz­ka­nia Hra­ba­la – nie wie­dzia­łem, że już nie ist­nie­je, że w tym miej­scu po­wsta­je sta­cja me­tra.

Prze­ko­na­łem się o tym, do­pie­ro gdy wy­sia­dłem z tram­wa­ju, skrę­ci­łem w uli­cę Na Gro­bli i za­czą­łem scho­dzić nią w dół, od­li­cza­jąc nu­me­ry do­mów. Sta­ły tyl­ko po le­wej, nie­pa­rzy­stej stro­nie; na­prze­ciw­ko wzdłuż chod­ni­ka cią­gnął się tyl­ko drew­nia­ny par­kan. Pa­trząc z góry, wi­dzia­łem, że płot w po­ło­wie uli­cy się koń­czy, zwol­ni­łem więc kro­ku, wciąż jesz­cze ma­jąc na­dzie­ję, że ten pierw­szy oca­la­ły dom z pra­wej stro­ny bę­dzie ozna­czo­ny nu­me­rem 24, któ­re­go szu­ka­łem. Ale było in­a­czej – tak jak kie­dyś, gdy wy­cią­gną­łem na lo­te­rii los tyl­ko o nu­mer więk­szy niż ten pre­mio­wa­ny, tak i te­raz tym trud­niej było mi po­go­dzić się z prze­gra­ną, że głów­na na­gro­da omi­nę­ła mnie o włos. Po le­wej ręce mia­łem czyn­szów­kę z nu­me­rem 25, po pra­wej płot, a za nim wi­docz­ne przez dziu­ry w ogro­dze­niu gru­zo­wi­sko. „Czy Hra­bal mu­siał miesz­kać aku­rat po pra­wej stro­nie uli­cy?” – po­my­śla­łem z ża­lem.

Wi­dzia­łem póź­niej ten dom na zdję­ciach (tak­że na ta­śmie fil­mo­wej), więc wiem z grub­sza, jak wy­glą­dał. Z uli­cy wcho­dzi­ło się w bra­mę, a po­tem ko­ry­ta­rzem na we­wnętrz­ne po­dwór­ko i do­pie­ro nim do­cho­dzi­ło się do oszklo­nych drzwi daw­nej kuź­ni, w któ­rej Hra­bal miesz­kał przez ćwierć wie­ku, do wio­sny 1973 roku. Chcia­łem zo­ba­czyć to miej­sce. Po co? By się prze­ko­nać, czy ma ono ja­kieś ce­chy szcze­gól­ne, czy drze­mie w nim ja­kaś ukry­ta ener­gia, czy bije tam ja­kieś ta­jem­ne źró­dło in­spi­ra­cji. Bo czy to moż­li­we, by te wszyst­kie nie­zwy­kłe hi­sto­rie, ci wszy­scy nie­zwy­kli bo­ha­te­ro­wie ksią­żek Hra­ba­la i on sam spo­ty­ka­li się w miej­scu cał­kiem zwy­czaj­nym? A je­śli na­wet było zwy­czaj­ne, za­nim się tam po­ja­wi­li, czy to moż­li­we, by wszyst­ko po nich znik­nę­ło bez śla­du, by je­dy­nym śla­dem była li­te­ra­tu­ra?

*

Mi­ja­ły lata, a ja od­szu­ki­wa­łem w Pra­dze co­raz to nowe miej­sca Hra­ba­low­skie. I za każ­dym ra­zem nie mo­głem się nie dzi­wić, że są dziś cał­kiem zwy­kłe. Pu­ste. Jak­by nig­dy nic nad­zwy­czaj­ne­go się w nich nie wy­da­rzy­ło, jak­by za­wsze były tyl­ko kupą ce­gieł, ce­men­tu i szkła. Za­sta­na­wia­łem się, czy Hra­bal, miesz­ka­jąc tu przed pół­wie­czem i wy­pusz­cza­jąc się w so­bot­nie wie­czo­ry do cen­trum Pra­gi, na Ry­nek Sta­ro­miej­ski, któ­ry ćwierć wie­ku wcze­śniej, wra­ca­jąc z biu­ra do domu, prze­mie­rzał Kaf­ka, miał po­dob­ne wra­że­nie utra­ty? Czy i jemu do­ku­cza­ła ir­ra­cjo­nal­na tę­sk­no­ta za czymś, cze­go nie prze­żył? Czy i on ma­rzył o tym, by móc choć przez kwa­drans oglą­dać to miej­sce ta­kim, ja­kim było kie­dyś, być ni­kim wię­cej, jak tyl­ko nie­mym wi­dzem, prze­chod­niem – a po­tem wró­cić do domu ostat­nim noc­nym tram­wa­jem?

Od­wie­dzi­łem dzie­siąt­ki miejsc w Pra­dze, w któ­rych Hra­bal by­wał i któ­re opi­sał w swo­ich książ­kach: uli­cę Na Gro­bli, bar Świat i nie­licz­ne, wciąż ist­nie­ją­ce go­spo­dy, ho­te­le i re­stau­ra­cje, skład­ni­cę ma­ku­la­tu­ry na uli­cy Spa­lo­nej i na­wet sta­no­wi­sko na dwor­cu Flo­renc, skąd jeź­dził au­to­bu­sem do swe­go dom­ku w Ker­sku (by­łem w tym domu i w ker­skich knaj­pach, w jego ro­dzin­nym Nym­bur­ku i w tam­tej­szym bro­wa­rze, gdzie się wy­cho­wał). I zro­zu­mia­łem, że wszel­ka nad­zwy­czaj­ność miejsc trwa tak dłu­go, jak dłu­go za ta­kie je uwa­ża­my.

I że gdy­by nie było Pra­gi, na­le­ża­ło­by ją wy­my­ślić.

3

Gdy­by je­sie­nią 1963 roku za­py­tać wy­kształ­co­ne­go pra­ża­ni­na, czy mó­wią mu coś na­zwi­ska: Franz Kaf­ka, Jiří Weil, Bo­hu­mil Hra­bal, Mi­lan Kun­de­ra lub Ota Pa­vel, naj­praw­do­po­dob­niej przy pierw­szym z nich ob­ru­szył­by się („Jak w ogó­le może pan py­tać, prze­cież Kaf­ka to nasz naj­więk­szy pi­sarz?! Że co? Że pi­sał po nie­miec­ku? No i co z tego?”); przy dru­gim przyj­rzał­by się nam po­dejrz­li­wie („Czy to aby nie pro­wo­ka­cja? Prze­cież Weil to au­tor Mo­skwy-gra­ni­cy, za­ka­za­nej przez par­tię po­wie­ści o sta­li­now­skich czyst­kach w Mo­skwie”); przy trze­cim na­zwi­sku nasz roz­mów­ca uśmiech­nął­by się („A owszem, to ten pa­ko­wacz ma­ku­la­tu­ry, co to wy­dał nie­daw­no zbiór opo­wia­dań, po­dob­no cał­kiem za­baw­nych”); przy czwar­tym zna­czą­co uniósł­by w górę pa­lec wska­zu­ją­cy („To mło­dy po­eta i dra­ma­turg, za­czy­nał jako so­cre­ali­sta – in­a­czej nic by mu nie wy­dru­ko­wa­li, ale po­wia­dam panu: Jesz­cze nie­jed­nym nas za­sko­czy!”); za to pią­te na­zwi­sko wpra­wi­ło­by na­sze­go pra­skie­go roz­mów­cę w za­kło­po­ta­nie („Chy­ba nie cho­dzi panu o tego spra­woz­daw­cę spor­to­we­go?”).

Je­sie­nią 1963 roku Ota Pa­vel szy­ku­je się do wy­jaz­du na olim­pia­dę zi­mo­wą w Inns­bruc­ku. Nie wie, że wró­ci stam­tąd w ka­fta­nie bez­pie­czeń­stwa i że resz­tę ży­cia spę­dzi w szpi­ta­lu, gdzie opie­ku­ją­cy się nim psy­chia­tra na­mó­wi go, by opi­sał swe naj­pięk­niej­sze chwi­le. Opo­wia­da­nia Pa­vla wyj­dą dru­kiem na po­cząt­ku lat sie­dem­dzie­sią­tych. Ze­bra­ne w dwu to­mach: Śmierć pięk­nych sa­ren i Jak się spo­tka­łem z ry­ba­mi, uczy­nią go – już po śmier­ci – jed­nym z naj­po­pu­lar­niej­szych cze­skich pi­sa­rzy współ­cze­snych.

Kun­de­ra w 1963 roku wy­da­je pierw­szy zbiór opo­wia­dań Śmiesz­ne mi­ło­ści. Dwa lata póź­niej ukoń­czy Żart, zda­niem wie­lu swą naj­lep­szą po­wieść. W 1975 roku wy­je­dzie na Za­chód i zro­bi tam naj­bar­dziej spek­ta­ku­lar­ną ka­rie­rę li­te­rac­ką ostat­nich lat. Po 1989 roku kil­ka razy od­wie­dzi Pra­gę. In­co­gni­to.

Tak­że Hra­bal w 1963 roku wy­da­je swój pierw­szy zbiór opo­wia­dań. Do sierp­nia 1968 roku pu­bli­ku­je (li­cząc ze wzno­wie­nia­mi) po­nad dzie­sięć ksią­żek. Po in­wa­zji na Cze­cho­sło­wa­cję wojsk Ukła­du War­szaw­skie­go zo­sta­nie „pi­sa­rzem w li­kwi­da­cji”, lecz to nie prze­szko­dzi mu w na­pi­sa­niu jesz­cze kil­ku­na­stu po­wie­ści i sta­niu się naj­więk­szym cze­skim pi­sa­rzem XX wie­ku.

W 1963 roku mark­si­stow­scy li­te­ra­tu­ro­znaw­cy ze­bra­ni na kon­fe­ren­cji w Li­bli­cach „zre­ha­bi­li­tu­ją” twór­czość Kaf­ki. Za­cznie się od­wilż, po­tem przyj­dzie Pra­ska Wio­sna. W 1968 roku cen­zu­ra znie­sie za­pis na Mo­skwę-gra­ni­cę We­ila; książ­ka ma się uka­zać je­sie­nią – pierw­szy raz od 1937 roku. Ale w sierp­niu 1968 roku do Pra­gi wja­dą ra­dziec­kie czoł­gi.

Kaf­ka, Weil, Hra­bal, Kun­de­ra, Pa­vel – nig­dy żad­ne­go z nich nie spo­tka­łem. Ale gdy­by nie oni, moje ży­cie – po­czę­te w dniach ra­dziec­kiej in­wa­zji na Pra­gę – po­to­czy­ło­by się in­a­czej.

*

Gdy­by je­sie­nią 2013 roku za­py­tać pra­skie­go prze­chod­nia…

WIDMA MOSKWY

1

W nie­dziel­ne po­po­łu­dnie 9 li­sto­pa­da 1919 roku przed ka­wiar­nią Union­ka na rogu alei Na­ro­do­wej i uli­cy Na Per­sz­ty­nie w cen­trum Pra­gi ze­bra­ło się oko­ło trzy­dzie­stu mło­dych lu­dzi. Na pierw­szy rzut oka było wi­dać, że się nie spo­tka­li, by spę­dzić wie­czór na włó­czę­dze po go­spo­dach. Ru­szy­li w stro­nę pla­cu Wa­cła­wa, pa­tro­na od­zy­ska­nej po trzy­stu la­tach nie­pod­le­gło­ści. Przez chwi­lę cze­ka­li na przy­stan­ku na tram­waj. Nad­je­chał nie­mal pu­sty, więc zmie­ści­li się bez tru­du w jed­nym wa­go­nie. I z jego wnę­trza po chwi­li roz­brzmia­ły sło­wa pie­śni: „Na ba­ry­ka­dy, na bój krwa­wy, wzy­wa­my wraz ro­bo­czy lud”. Po czym tram­waj ru­szył, po­dzwa­nia­jąc tak, jak­by i on chciał zło­żyć hołd ro­syj­skiej re­wo­lu­cji, któ­rej dru­ga rocz­ni­ca przy­pa­da­ła wła­śnie tego dnia.

Wśród mło­dych lu­dzi, któ­rzy wy­ma­chi­wa­li czer­wo­nym sztan­da­rem z okna tram­wa­ju, było trzech dzie­więt­na­sto­lat­ków, któ­rych na­zwi­ska zna dziś każ­dy cze­ski ma­tu­rzy­sta. Lau­re­at li­te­rac­kiej Na­gro­dy No­bla Ja­ro­slav Se­ifert, hi­sto­ryk Zde­něk Ka­li­sta i pi­sarz Jiří Weil, któ­ry naj­dłu­żej z nich wy­trwał w wie­rze w ko­mu­nizm, a gdy ją stra­cił, na­pi­sał Mo­skwę-gra­ni­cę, pierw­szą po­wieść o sta­li­now­skich czyst­kach.

2

W stu­le­ciu elek­trycz­no­ści i parynie po­cią­ga­ją nas chrzci­ny, lecz bary,mi­łość pom­pu­je się dzi­siaj w opo­ny.Ro­man­ty­ce uczuć biją wszyst­kie dzwo­ny,więc nie płacz, Mag­da­le­no grzesz­na, nie płacz już po nocy!Wia­ra, na­dzie­ja, mo­to­cykl.

(Ja­ro­slav Se­ifert, Ta­niec dziew­czę­cych ko­szul)

Ja­ro­slav Se­ifert zło­żył to po­ko­le­nio­we wy­zna­nie wia­ry w 1922 roku. Ko­mu­nizm tych mło­dych lu­dzi, któ­rzy z dumą na­zy­wa­li się bol­sze­wi­ka­mi i ma­rzy­li o re­wo­lu­cji, ta­kiej jak w Ro­sji, nie miał wie­le wspól­ne­go z par­tyj­ną or­to­dok­sją. Zna­czył tyle co po­stęp, obie­cy­wał świat bez po­dzia­łów spo­łecz­nych i wo­jen, ta­kich jak ta za­koń­czo­na za­le­d­wie przed kil­ko­ma laty, z któ­rej ich star­si bra­cia wró­ci­li oka­le­cze­ni, a wie­lu nie wró­ci­ło wca­le.

Kie­dy wy­bu­chła re­wo­lu­cja w Ro­sji, Jiří Weil cho­dził do gim­na­zjum. Uro­dził się w Pra­dze w 1900 roku, jego oj­ciec był drob­nym han­dla­rzem. W domu się nie prze­le­wa­ło, ale pie­nią­dze na stu­dia syna, któ­ry zda­niem na­uczy­cie­li prze­ja­wiał nie­prze­cięt­ne zdol­no­ści, ja­koś zo­sta­ły wy­skro­ba­ne. Wy­brał sla­wi­sty­kę i szyb­ko stał się dla swych ko­le­gów – z któ­ry­mi spę­dzał po­po­łu­dnia w wiecz­nie za­dy­mio­nej sali Union­ki na nie­koń­czą­cych się spo­rach o to, jak ma wy­glą­dać sztu­ka no­wo­cze­sna – au­to­ry­te­tem w spra­wach no­wej, so­wiec­kiej kul­tu­ry.

Po­dob­ny spór pod le­ni­now­skim ha­słem Co ro­bić? po­dzie­lił w 1921 roku cze­cho­sło­wac­ką so­cjal­de­mo­kra­cję. Lewe skrzy­dło utwo­rzy­ło Ko­mu­ni­stycz­ną Par­tię Cze­cho­sło­wa­cji. Weil wstą­pił do niej jesz­cze w tym sa­mym roku. W 1922 roku, z re­ko­men­da­cji to­wa­rzy­szy, do­stał po­sa­dę tłu­ma­cza w mi­sji so­wiec­kiej w Pra­dze. W spro­wa­dza­nych z Mo­skwy cza­so­pi­smach od­krył opo­wia­da­nia Zosz­czen­ki i Ba­bla, za­chwy­cił się wier­sza­mi Pa­ster­na­ka i Ma­ja­kow­skie­go. Tego dru­gie­go nie­dłu­go póź­niej opro­wa­dzał po Pra­dze. Wie­lu so­wiec­kich pi­sa­rzy po­znał oso­bi­ście pod­czas kil­ku wi­zyt w ZSRR w la­tach dwu­dzie­stych. Im też po­świę­cił książ­kę Ro­syj­ska li­te­ra­tu­ra re­wo­lu­cyj­na (1924), jed­ną z pierw­szych prac tego typu w Eu­ro­pie.

3

Po wy­bo­rach w 1925 roku KPCz sta­ła się dru­gą naj­sil­niej­szą par­tią w cze­cho­sło­wac­kim par­la­men­cie. Le­gal­ne prze­ję­cie przez nią wła­dzy wy­da­wa­ło się cał­kiem praw­do­po­dob­ne. A jed­nak w wy­bo­rach w 1929 roku ko­mu­ni­ści po­nie­śli po­raż­kę, stra­ci­li jed­ną czwar­tą man­da­tów. Dla­cze­go tak wie­lu ich sym­pa­ty­ków się od nich od­wró­ci­ło?

Pod ko­niec lat dwu­dzie­stych Sta­lin upo­rał się z frak­cja­mi w par­tii bol­sze­wi­ków. Usa­do­wiw­szy się pew­nie na Krem­lu, przy­stą­pił do wy­mia­ny kadr w par­tiach ko­mu­ni­stycz­nych w Eu­ro­pie. Z jego na­masz­cze­nia na cze­le KPCz sta­nę­li w 1929 roku „kar­liń­scy chłop­cy”, gru­pa trzy­dzie­sto­lat­ków sku­pio­nych wo­kół Kle­men­ta Got­twal­da i Ru­dol­fa Slán­skie­go. Uczy­ni­li oni z par­tii po­słusz­ne na­rzę­dzie w rę­kach Sta­li­na, a ty­sią­ce jej człon­ków, któ­rzy się temu sprze­ci­wia­li, zmu­si­li do odej­ścia.

Jiří Weil (czwar­ty z le­wej) z Wło­dzi­mie­rzem Ma­ja­kow­skim (trze­ci z le­wej)Pra­ga, 1927 (ČTK / PAP)

Jed­nym z tych, któ­rzy pu­blicz­nie pro­te­sto­wa­li prze­ciw prze­kształ­ce­niu par­tii ma­so­wej, jaką była KPCz, w ste­ro­wa­ną z Mo­skwy or­ga­ni­za­cję za­wo­do­wych re­wo­lu­cjo­ni­stów, był Ja­ro­slav Se­ifert. Par­tia nig­dy mu tego nie da­ro­wa­ła. Po la­tach tyl­ko sła­wa po­etyc­ka i za­dzierz­gnię­te w mło­do­ści przy­jaź­nie z ko­mu­ni­stycz­ny­mi pro­mi­nen­ta­mi uchro­ni­ły go przed po­waż­niej­szy­mi re­pre­sja­mi. Oszczę­dzo­no mu ich na­wet wów­czas, gdy na kil­ka lat przed śmier­cią pod­pi­sał Kar­tę 77.

Przy­ja­ciel We­ila i Se­ifer­ta Zde­něk Ka­li­sta miał znacz­nie mniej szczę­ścia. Z ko­mu­ni­zmem ze­rwał już w po­ło­wie lat dwu­dzie­stych, po na­głym na­wró­ce­niu, któ­re­go do­znał pod­czas wa­ka­cyj­ne­go po­by­tu we Wło­szech, zna­la­zł­szy się przy­pad­kiem na au­dien­cji pa­pie­skiej. W cza­sach sta­li­now­skich za rze­ko­me szpie­go­stwo na rzecz Wa­ty­ka­nu spę­dził dzie­więć lat w wię­zie­niu. Na uni­wer­sy­tet wró­cił w 1968 roku, by już w na­stęp­nym zo­stać ode­sła­nym na eme­ry­tu­rę – przez resz­tę ży­cia (zmarł w roku 1982) pu­bli­ko­wał w sa­miz­da­cie.

Ale w 1929 roku ża­den z trzech przy­ja­ciół nie mógł wie­dzieć, jak dra­ma­tycz­ne będą ich losy i jak róż­ny­mi po­to­czą się dro­ga­mi. Od­da­la­li się od sie­bie nie z po­wo­du od­mien­nych prze­ko­nań po­li­tycz­nych, lecz za­in­te­re­so­wań i za­jęć, któ­re cał­ko­wi­cie ich po­chła­nia­ły. Se­ifert pi­sał ko­lej­ne zbio­ry wier­szy, a Ka­li­sta – ar­ty­ku­ły o cze­skim ba­ro­ku. Po­le­mi­zo­wał w nich z tra­dy­cyj­nym przed­sta­wia­niem tej epo­ki jako nie­prze­rwa­nej ge­hen­ny Cze­chów pod rzą­da­mi ka­to­lic­kich Habs­bur­gów. Weil tak­że spo­ro wte­dy pi­sał – ko­mu­ni­stycz­nych agi­tek.

Bo wpadł w pu­łap­kę: gdy­by ze­rwał z par­tią, za­trza­snął­by przed sobą drzwi do Ro­sji, któ­ra go fa­scy­no­wa­ła. Zresz­tą był par­tii po­trzeb­ny, a przede wszyst­kim wie­dział zbyt wie­le, by to­wa­rzy­sze po­zwo­li­li mu odejść – jako pra­cow­nik mi­sji so­wiec­kiej w Pra­dze nie zaj­mo­wał się prze­cież tłu­ma­cze­nia­mi li­te­ra­tu­ry pięk­nej. Temu za­ję­ciu od­da­wał się po go­dzi­nach.

Je­sie­nią 1928 roku na po­gróż­ki Kle­men­ta Got­twal­da, że ko­mu­ni­ści w sto­sow­nym mo­men­cie dzie­jo­wym krwa­wo po­li­czą się z de­mo­kra­tycz­ny­mi po­sła­mi, wła­dze od­po­wie­dzia­ły za­mknię­ciem ko­mu­ni­stycz­nych ga­zet. Weil ze swym no­wym przy­ja­cie­lem, obie­cu­ją­cym kry­ty­kiem li­te­rac­kim i dzien­ni­ka­rzem Ju­liu­sem Fu­číkiem uda­li się wów­czas do naj­wy­bit­niej­sze­go cze­skie­go li­te­ra­tu­ro­znaw­cy tam­tej epo­ki, a za­ra­zem opie­ku­na na­uko­we­go We­ila pod­czas stu­diów Fran­ti­ška Xa­ve­ra Šal­dy z proś­bą, by „wy­po­ży­czył” im na ja­kiś czas swój pre­sti­żo­wy ty­go­dnik kul­tu­ral­ny „Tvor­ba”.

Šal­da był so­cjal­de­mo­kra­tą, uwa­żał jed­nak, że ko­mu­ni­ści po­win­ni mieć wła­sną try­bu­nę. Prze­ka­zał więc swo­je­mu by­łe­mu stu­den­to­wi sze­fo­stwo ty­go­dni­ka. Na jego ła­mach Weil i Fu­čík bro­ni­li sek­ciar­skiej po­li­ty­ki par­tii. W 1933 roku par­tia w na­gro­dę wy­sła­ła We­ila do Mo­skwy. Za­jął się tłu­ma­cze­niem na cze­ski dzieł Le­ni­na. I wła­śnie tam, w sto­li­cy świa­to­we­go pro­le­ta­ria­tu, los so­bie z nie­go za­drwił.

4

WY­DAW­NIC­TWO CZAR­NE SP. Z O.O.www.czar­ne.com.pl

Se­kre­ta­riat: ul. Koł­łą­ta­ja 14, III p., 38-300 Gor­li­cetel. +48 18 353 58 93, fax +48 18 352 04 75 e-mail: ar­ka­[email protected]­ne.com.pl,ma­te­[email protected]­ne.com.pl, to­[email protected]­ne.com.pl,ho­no­ra­[email protected]­ne.com.pl, [email protected]­ne.com.pl

Re­dak­cja: Wo­ło­wiec 11, 38-307 Sę­ko­watel. +48 18 351 00 70 e-mail: re­dak­[email protected]­ne.com.pl

Se­kre­tarz re­dak­cji: mal­go­rza­[email protected]­ne.com.pl

Dział pro­mo­cji: ul. An­der­sa 21/56, 00-159 War­sza­watel./fax +48 22 621 10 48e-mail: agniesz­[email protected]­ne.com.pl, [email protected]­ne.com.pl, do­ro­[email protected]­ne.com.pl, zo­[email protected]­ne.com.pl

Dział mar­ke­tin­gu: ka­ta­rzy­[email protected]­ne.com.pl

Dział sprze­da­ży: irek.grad­kow­[email protected]­ne.com.pltel. 504 564 092, 605 955 550agniesz­ka.wil­[email protected]­ne.com.pl

Au­dio­bo­oki i ebo­oki: Iza­be­la Re­gól­ska, [email protected]­ne.com.pl

Skład: D2D.PLul. Morsz­ty­now­ska 4/7, 31-029 Kra­ków, tel. +48 12 432 08 52e-mail: [email protected]

Wo­ło­wiec 2012Wy­da­nie II roz­sze­rzo­ne