Wydawca: Psychoskok Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2012

Praktyki na Starym Mieście w Lublinie. Czyli jak to jest na archeologii. ebook

Tomasz Zackiewicz

(0)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 378 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Praktyki na Starym Mieście w Lublinie. Czyli jak to jest na archeologii. - Tomasz Zackiewicz


Tomasz Zackiewicz - Autor niezwykle poczytnych za granicą książek o tematyce archeologiczno-historycznej oraz artykułów naukowych, szczególnie popularnych w Niemczech. Jego anglojęzyczne publikacje stanowią cenny materiał edukacyjny zarówno dla naukowców jak i pasjonatów i cieszą się niesłabnącą popularnością. Przykładowe tytuły to:

My Tips for Men About Women, For Men Only
LABOUR CAMP FOR IMMIGRANTS IN GREAT BRITAIN -- A True Story
The Publishing Experiment
Robert M. Fletcher's Scams, Part One
Robert M. Fletcher's Scams, Part Two
Robert M. Fletcher's Scams, Part Three
Robert M. Fletcher's Scams, Part Four
Stephen Bathory's Financial Contribution to War Expenses (1576 - 1586)
The Duke of Masovians, The Federation (Slavic Stories)

W swojej obecnej książce Autor opisuje praktyki archeologiczne, które odbywał w trakcie studiów w Polsce, w mieście Lublinie. Czytelnik, nie tylko ten zainteresowany archeologią, odnajdzie w niej wiele interesujących przygód młodego studenta, ale przede wszystkim refleksje i spostrzeżenia dotyczące historii i archeologii.

Jak sam Tomasz Zackiewicz pisze: „Mówiąc o studiach mamy na myśli wiele skojarzeń, z których niewiele wiąże się z nauką, czyli tym, co powinno przede wszystkim robić się w tym czasie. Bowiem jak zwykle praktyka nie idzie w parze z teorią. Zwłaszcza, gdy ma się do czynienia z nieokiełzaną młodością, której to rosną skrzydła. I chciałoby się pofrunąć ku swojemu przeznaczeniu, aby wyrwać się z wyświechtanej codzienności.”

Opinie o ebooku Praktyki na Starym Mieście w Lublinie. Czyli jak to jest na archeologii. - Tomasz Zackiewicz

Fragment ebooka Praktyki na Starym Mieście w Lublinie. Czyli jak to jest na archeologii. - Tomasz Zackiewicz

Tomasz Zackiewicz

Praktyki na Starym Mieście w Lublinie

czyli

Copyright © by Wydawnictwo Psychoskok, 2012

Copyright © by Tomasz Zackiewicz, 2012

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana,

powielana i udostępniana w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy.

Skład: Wydawnictwo Psychoskok

Projekt okładki: Wydawnictwo Psychoskok

ISBN: 978-83-63548-19-3

Wydawnictwo Psychoskok

ul. Chopina 9, pok. 23 , 62-507 Konin

tel. (63) 242 02 02, kom.665-955-131

http://wydawnictwo.psychoskok.pl

e-mail: wydawnictwo@psychoskok.pl

Konwersja e-book: 

Niniejszą książkę 

poświęcam

zacnej nauce, którą 

zowią archeologią

i wszystkim osobom z nią 

związanym

Autor

Chcę się odwdzięczyć tej uczelni,

odchodząc z

Lato 1997

Wstęp

Mówiąc o studiach mamy na myśli wiele skojarzeń, z których niewiele wiąże się z nauką, czyli tym, co powinno przede wszystkim robić się w tym czasie. Bowiem jak zwykle praktyka nie idzie w parze z teorią. Zwłaszcza, gdy ma się do czynienia z nieokiełzaną młodością, której to rosną skrzydła. I chciało by się pofrunąć ku swojemu przeznaczeniu, aby wyrwać się z wyświechtanej codzienności. Ja nie miałem żadnych skojarzeń – po prostu kolejny etap w moim nudnym życiu. Ponieważ traktowałem swoje istnienie na tym świecie jako takie cykle do przejścia. Najpierw moim celem była dobra szkoła średnia, potem zdana matura, a teraz to musiałem dostać się na jakieś studia. Wtedy jeszcze „jakieś”, bowiem nie było jeszcze takiej durnej mody, że popularny jest teraz kierunek taki a taki. Nie, wtedy jeszcze było normalnie i studiowało się dla przyjemności a nie dla kasy. Chociaż nawet dzisiaj i dobry kierunek nie zapewnia pracy.A pierwszych symptomów tego wesołego życia studenckiego doświadczyłem jeszcze przed zdaniem egzaminu na studia, a po złożeniu papierów. Był u mnie listonosz z pewną niespodzianką z samego Lublina. Czym prędzej otworzyłem przesyłkę, obawiając się, że przy składaniu papierów o czymś zapomniałem.A tu takie coś! Zwykłe pisemko na powitanie. Przed moimi oczami leżał na stole miesięcznik Samorządu Studentów UMCS nr 7 (18), wydanie specjalne dla kandydatów z lipca 1997 roku zwane „CIA” czyli „Centrum Informacji Akademickiej” z jakimiś tam bzdetami, które mnie w ogóle nie obchodziły. Na okładce jakiś zarośnięty facet (najprawdopodobniej student) w jednym ręku trzymał plastikowe wiaderko z pustymi butelkami, a w drugiej prezentował flaszkę denaturatu. Pełną! Kiedy na to patrzyłem, nie wiedziałem jeszcze, że obrazek ten był przedsmakiem tego, co miało mnie czekać na lubelskiej ziemi. Ale w tym czasie potraktowałem to jako dobry żart. No i ten niezapomniany napis: 

„ Głowa do góry!

Będzie lepiej niż myślicie! ”

 Ale przecież ja wiedziałem, że będzie dobrze, w końcu dla mnie innego wyjścia nie było. Dla mnie to był skok w przyszłość ku moim marzeniom. Jakkolwiek nie było u mnie specjalnego entuzjazmu, tylko zwykłe „Jestem studentem!”. To oto zdanie padło z moich ust, kiedy zobaczyłem siebie w czołówce najlepszych po zdaniu egzaminów wstępnych. Tak, byłem siódmy po trudnym egzaminie z geografii, historii i wiedzy o społeczeństwie. Na na stu jeden kandydatów było piętnaście miejsc. Żadnych kursów przygotowawczych, specjalnego douczania i innych tego typu pierdół, które służą jedynie wyciągnięciu kasy od przyszłych studentów, a raczej – jeleni. I to było super, bo była wolność wyboru, a nie jakiś pieprzony przymus, czy jakaś tam jebana moda.

W ogólniaku byłem raczej przeciętniakiem, skupionym na przeżyciu w szkole, bo po prostu miałem tego wszystkiego dość. Te cztery lata to ciągnęły się jak flaki z olejem i odliczałem dni do końca tego czegoś. Tak bardzo chciałem zmienić swoje życie, a nie mogłem zrobić tego bez zdania matury i dostania się na studia. No i wreszcie się udało. Mimo straszliwej powodzi zwanej powodzią tysiąclecia w naszym kraju z początku lipca 1997 roku i obaw co do niemożności dotarcia do Lublina z powodu podmycia torów przez nieokiełzane rzeki południa Polski, dopiąłem swego.

– Gratuluję, jesteś na archeologii! – usłyszałem za sobą dobrze mi znajomy głos, którego słyszałem przez ostatnie cztery lata.

Przypomniałem sobie, że w to lipcowe popołudnie w Lublinie nie byłem sam. Stało tu kilka osób, ale tylko jedna była dla mnie ważna. Ważna, bo znana; reszta to obcy. Byłem tu po prostu z kolegą z ogólniaka. Obaj zdecydowaliśmy się na ten karkołomny czyn zdawania do Lublina na archeologię. A dlaczego do Lublina? Odpowiedź była zaskakująco prosta – bo było najłatwiej i tak się nam akurat podobało. Nie tam żaden owczy pęd, bo dużo ludzi to wybiera, bo wielka po tym kasa, bo prestiż, bo polska gospodarka tego potrzebuje (mamy jeszcze jakąś gospodarkę w tym kraju, bo wtedy ciągle była?). Nie, te wszystkie dzisiejsze powody dla studiowania nie miały wtedy znaczenia. Ważne było coś innego – tak jakoś zwyczajnie wyszło. I tyle.

Chciałem dostać się na studia dzienne i się dostałem. Dla mnie to wystarczyło. Nie to, żebym nie był ambitny, ale moje marzenia traktowały etap studiowania po macoszemu, bo to była dla mnie normalka. Musiałem po prostu gdzieś studiować. Trzeba jakiegoś tam mgra mieć przed imieniem i nazwiskiem. Studiowało się, co chciało lub na co udało się dostać. I właśnie dostałem się na archeologię do Lublina!

– Może i tak – stwierdziłem ciągle bez entuzjazmu.

Naprawdę mi to wisiało, czy się dostałem, czy nie. Mogłem zdawać w każdej chwili na coś innego. Byle tylko mnie przyjęli.

– Dobrze wypadłeś – komentował mój kolega.

Dopiero teraz wyczułem tę nutkę zazdrości. No cóż, może i się dostałem na tą przeklętą archeologię, ale on nie! I to był problem – dla niego... Ale dla mnie też! To oznaczało, że będę tu sam. Przecież Lublin był daleko od domu, a ja tu nikogo nie znałem. Zero znajomych, zero rodziny.  I to było spore miasto. Do licha, po co mi to wszystko?! Tak wtedy myślałem i dlatego wcale nie skakałem z radości.

Potem, kiedy było już po wszystkim, siedzieliśmy w przydworcowym barze przy zamówionym piwku. Mieliśmy wracać do domu pociągiem, który miał nadjechać lada chwila. I obaj byliśmy smutni: kolega, bo się nie dostał, a ja – bo nigdy nie byłem tak daleko od domu samotnie. Na szczęście potem humory nam się poprawiły, ponieważ poznaliśmy fajną dziewczynę, która zaraz nas rozweseliła.

Jednak jak się potem okazało, mieliśmy tylko przez nią tęgie kłopoty z pijanymi poborowymi jadącymi do jednostki w Braniewie. W skrócie powiem tylko, że musiałem bić się z siedmioma nawalonymi i wściekłymi z powodu powrotu do wojska żołdakami na korytarzu w pociągu. Ja w zasadzie nie stosowałem przemocy, bo to domena intelektualnych niedorozwojów, ale wtedy to się trzaskałem aż miło. Na szczęście tylko moje ubranie ucierpiało, a ja i mój kolega dotarliśmy do naszej ukochanej Suwalszczyzny cali i zdrowi.

Praktyka archeologiczna

Otrzymałem oficjalne powiadomienie, że zostałem studentem archeologii UMCS. Tak, to brzmiało naprawdę dumnie. Ale je dumny nie byłem, zaciekawiony raczej. Nie musiałem czekać do października na początek moich studiów, bowiem ku mojemu zaskoczeniu jeszcze w lipcu dostałem zaproszenie na praktyki archeologiczne. Tak, musiałem zjawić się w Lublinie jeszcze w wakacjew celu odbycia praktyk. I miałem tam spędzić prawie cały sierpień.

Ucieszyło mnie to i zasmuciło. To była dla mnie nowość i długo wyczekiwana możliwość wyrwania się ze swego środowiska wiejskich kołków, które to miało na mnie niezbyt dobry wpływ. Totalnie chamiałem. Broniłem się przed staniem się jednym z nich jak tylko mogłem, ale oczywiście proces zwioszczenia następował. I teraz dostałem szansę, aby to odwrócić. Liczyłem na uzdrowicielski kontakt z kujonami, który by mnie zmienił na lepsze. Dlatego te praktyki były czymś dobrym. Ale z drugiej strony ich nie chciałem. Najzwyczajniej w świecie nie chciało mi się jechać taki szmat drogi w wakacje. Zwyczajnie się rozleniwiłem otoczony myślami o tym, że już nie muszę chodzić do szkoły.

Ale przecież oto rozpoczynał się nowy etap w moim życiu, ciekawszy niż pozostałe, jakie do tej pory przeżyłem. Dostałem się na dzienne studia do dużego miasta i oto wzywali mnie już na praktyki. O ludzie, będę na prawdziwych archeologicznych wykopaliskach! Teraz dopiero zaczęło do mnie docierać, iż rzeczywiście byłem studentem archeologii w Lublinie. Naprawdę tam się dostałem i mogłem być z tego dumny. Od razu stanęły mi przed oczami sceny z filmu serii Indiana Jones, którego bardzo lubiłem za młodu. Jeszcze wtedy wierzyłem w świat i w jego dobro, byłem optymistą (a może po prostu naiwniakiem?). I jak przypominałem sobie sceny z tej zabójczej roli Harrisona Forda, to wtedy moja wyobraźnia zaczęła pracować na maksa. Widziałem siebie jako bohatera, uczestnika egzotycznych wypraw z bronią (i biczem?) w towarzystwie uroczej damy, ślicznej arystokratki, z którą to razem poszukiwaliśmy zaginionych cywilizacji i drogocennych skarbów. Ach, te amerykańskie filmy! Robiły tylko wodę z mózgu ludziom wychowanym w czasach PRL-u. Ale w tym czasie tego jeszcze nie wiedziałem. Tak, ja jako Indiana Jones i jeszcze jakaś ślicznotka. W sam raz dla zakompleksionego młodego chłopaka z prowincji Polski B. Pewnie dlatego padło na archeologię, a nie na przykład na prawo, ekonomię, architekturę, czy jeszcze inny akademicki gniot. Moje życie nie było zbyt udane i dlatego moją wątła męskość zapragnęła sukcesów. Pragnąłem być jak ten Indiana Jones, który nie bał się żadnych przeciwności losu, żadnych złych ludzi, którzy to nastawali na jego życie; który zawsze wychodził cało z opresji i który przede wszystkim żył ciekawie.

I oto przede mną otworzyły się wrota do zmiany swego życia. A ja chciałem je zmienić. Jak cholera! I żyć jak Indy. Dlatego ekscytowałem się tym sierpniem. Starałem się przygotować do niego psychicznie jak najlepiej. Aby wykorzystać tę szansę, jaka stała przede mną, jak najlepiej. Teraz albo nigdy. Tak daleka podróż do całkowicie mi obcego miasta to stres, ale spakowałem torbę i wio! Byłem już na dworcu kolejowym w Suwałkach, pogrążony w bladym świetle (oszczędności, proszę państwa!) przydworcowych lamp. To nie była zbyt bezpieczna okolica, dlatego podróżni zwykle nie szli tu piechotą, a korzystali z taksówek, które brali spod dworca PKS. Ja tam przyszedłem piechotą; zawsze tak robiłem. I to nie było spowodowane tym, że ze mnie był taki twardziel, ale po prostu nie chciałem sobie głowy zawracać jakimiś tam taksówkami. Samotnie rzucałem się w nieznane, jak ten filmowy Indiana Jones.

Było ciemno, bo pociąg relacji Suwałki – Łódź Fabryczna był po jedenastej w nocy. I chociaż trwało lato, to jednak jasno nie było. W ręku miałem kupiony bilet do Warszawy, a w głowie pełno różnych pytań, na które jeszcze nie mogłem znaleźć odpowiedzi. W tym pustym budynku dworcowym siedziałem z tą swoją podróżną torbą i myślałem. Myślałem nad swoim życiem. Byłem w sumie już dorosłym facetem, a ciągle nie miałem jasno wyklarowanej przyszłości. Nie chciałem o tym myśleć, gdyż to chyba było jeszcze za wcześnie jak na mnie. I oto stwierdziłem, że moje dotychczasowe życie było bez celu. Niby gdzieś tam dążyłem, ale nie byłem pewien konkretnie gdzie.

Jeszcze nie było tak źle ze mną jak z wieloma młodymi dzisiaj, którzy to stają na rozstaju dróg i nie wiedzą, gdzie iść. I ta niewiadoma często doprowadza ich do psychicznej destrukcji, która za kolei prowadzi do destrukcji fizycznej, w tym śmierci. Stąd tyle dzisiaj samobójstw. Nie, byłem daleko od tego stanu, gdzie jest tylko równia pochyła. Ja zwyczajnie byłem osobą ambitną i chciałem od losu więcej, zdecydowanie więcej niż miałem. A miałem marzenia, śmiałe marzenia, które jednak trudno było zrealizować i wszystko, co na mnie czekało, to tylko gorycz porażki. Dostawałem od życia baty od dzieciństwa, bo ja zawsze byłem buntownikiem, chadzającym własnymi ścieżkami i odrzucającym jakąkolwiek kontrolę innych osób.

Siedząc w tej słabo oświetlonej dworcowej poczekalni z jednym pijanym facetem, w przyćmionej przestrzeni, gdy ciemności panowały na zewnątrz, mając dużo czasu do odjazdu, czułem straszliwy smutek. Poczucie życiowej klęski było silne, ale nie odbierało mi chęci do istnienia. Wiedziałem, że zwyczajnie muszę wziąć się w garść i ruszyć ku swojemu przeznaczeniu, aby wreszcie coś zmienić w swoim życiu. Musiałem odciąć się od swojej niezbyt dobrej przeszłości, która ciążyła mi jak ołowiany ciężar zaczepiony do nogi pływaka. I byłem zdecydowany na radykalne kroki. To był doskonały czas na to. Jakkolwiek nie miałem pojęcia, nawet w swoich najśmielszych planach, jak bardzo miały być to radykalne kroki. Bowiem czasami bywa tak, że rzeczywistość nas zaskakuje i jest lepsza jazda, niż to mogłoby się wydawać.

Podróż minęła zaskakująco spokojnie, chociaż podobno trasa kolejowa Suwałki – Warszawa jest najniebezpieczniejszą ze wszystkich tras Polski. Nikt mnie nie zgwałcił i nie zabił... Uff! A ja miałem pod ręką potężną myśliwską kosę, jaką jeszcze nabyłem w normalnych czasach, kiedy to nasi bracia Słowianie przyjeżdżali do nas bez przeszkód zza wschodniej granicy na drobny handelek. Bardzo byłem do niej przywiązany, a miałem ją tak na wszelki wypadek. Uciąłbym nią łeb napastnikowi, gdyby taki napatoczył mi się pod nogi. Miałem opory przed zrobieniem komukolwiek krzywdy, bo tak mnie wychowano, lecz zdawałem sobie sprawę, że może przyjść chwila próby, że będzie przede mną prosty wybór – albo on albo ja. Jak to śpiewał Andrzej Cierniewski, tylko trochę w innym znaczeniu.

W Warszawie jak zwykle tłoczno, a ja z tą przeklętą torbą podróżną – która właściwie nie była podróżną, bowiem była tak zrobiona, że tylko przeszkadzała – czułem się jak kaleka. Kosztowało mnie to wiele wysiłku, chociaż słaby nie byłem, ale w końcu trafiłem na peron, skąd miał jechać pociąg do Lublina. I tutaj jakąś godzinkę miałem przesiedzieć. Z tą torbą nie zamierzałem nigdzie się ruszać. A więc tkwiłem tu najpierw samotnie, a potem w tłumie potencjalnych pasażerów. W pociągu było tłoczno, ponieważ to środek wakacji, a więc masa wyjazdów. Stałem oczywiście na korytarzu, ale mi to w sumie wisiało. Mimo nieprzespanej nocy mogłem postać, ponieważ byłem młody. Dla mnie to był nowy świat, dlatego z wielką ciekawością podziwiałem krajobrazy przesuwające się za otwartym oknem wagonu.

Z wielką uwagą patrzyłem na te krajobrazy, tak odmienne od naszej Suwalszczyzny. I te wszystkie owocowe pola z porzeczkami i te z tyczkami do chmielu. Byłem pod niemałym wrażeniem tego owocowego zagłębia Polski.…Dęblin – Puławy – Nałęczów... Lublin!

Patrzyłem na te wąwozy i pagórki, na tle których mozolnie wysuwało się miasto. Te blokowiska zatopione w pięknej zieleni. Tak charakterystyczny widok dla Lublina i okolic. To była miłość od pierwszego wejrzenia. Stoimy. Dla mnie to cel podróży, więc wysiadłem. Szukałem przejścia do miasta. Z tą moją cholerną torbą! I oczywiście wszedłem tam gdzie nie powinienem, dlatego musiałem zawrócić i ponowić próbę. I się udało. W Lublinie załapałem się na miejski środek transportu „na szelkach”, czyli trolejbus i wysiadłem na chybił-trafił, ponieważ miasta nie znałem. Do miasteczka akademickiego był jeszcze kawałek. Byłem na Alejach Racławickich i waliłem prosto na UMCS wchodząc w ślepą ulicę Idziego Radziszewskiego. I już znalazłem się w miasteczku akademickim. Z informacji mi przysłanej wiedziałem, że muszę szukać Zakładu Archeologii (dzisiaj Instytut) na Wydziale Humanistycznym. Idąc wpadłem na naszą Maryśkę, czyli pomnik Marii Curie-Skłodowskiej, stojącej przed szacownym i ogromnym budynkiem rektoratu. Naprawdę byłem pod wrażeniem. Ale co innego przykuło moją uwagę. Przecierałem oczy ze zdumienia – na budynku rektoratu był napis następującej treści:

 „NAUKA W SŁUŻBIE LUDU”

 Patrząc na to aż zaniemówiłem. To było hasło rodem z PRL! Oczywiście miało ono swój sens i przesłanie, ale naprawdę poczułem się jak w filmie „Czterdziestolatek” lub „Alternatywy 4”. Tego to się tu nie spodziewałem. Mieliśmy 1997 rok, czyli jakieś osiem lat wspaniałej demokracji, wolności, swobód, kapitalizmu i innych jednorożców, o których wszyscy słyszeli, ale nikt nie widział na własne oczy. W tym czasie jeszcze gówno nie wypłynęło, a więc wszyscy wierzyli w Zbawiciela z Wąsami z Gdańska skaczącego przez płotki i jego Wielkiego Protektora z „pobożnego” Watykanu. A tu taki tekst! I to jeszcze takimi literami. Wtedy to zacząłem wierzyć w pewne takie teorie zwane spiskowymi, gdzie podobno „modląca się i pracująca Ameryka” dogadała się „nieludzką ziemią” na Wschodzie za plecami Narodu. No bo jak to wszystko wyjaśnić? Tylko tak. Podzielili się naszą Ojczyzną i tyle. Stałem i patrzyłem jakbym rzeczywiście zobaczył jednorożca, i to jeszcze różowego, żeby nie powiedzieć czerwonego. Już wtedy powinienem był mieć jakieś przemyślenia, że ten uniwerek mnie zaskoczy i odmieni całe moje życie. Ale ja zbyt byłem wtedy przestraszony i zahukany, także zmęczony i znużony, aby mieć jakiekolwiek przemyślenia. Marzyłem tylko, aby załatwić wszelkie formalności i wreszcie gdzieś spocząć po długiej podróży. Rzucić się na jakieś łóżko i spać, spać, spać... I jeszcze ta cholerna torba, którą musiał zaprojektować jakiś kompletny świr!

Świadomość bliskości celu podróży dodała mi sił do dalszej walki ze swoimi słabościami, tymi duchowymi i fizycznymi. Nie czekając zbyt długo przeciąłem parczek i już z daleka wypatrywałem czerwonych tablic z białymi napisami informującymi o nazwie wydziałów i kierunków (starałem się już nie zwracać uwagi na ten kontrowersyjny napis rodem z minionej epoki). Chodziłem i szukałem, a nogi właziły mi w dupę. Czułem się o dziesięć centymetrów niższy, a może więcej jak w tej komedii z Leslie’m Nielsenem, kiedy to hamował nogami, aby zatrzymać jakiś tam pędzący pojazd. Modliłem się o to, aby Wydział Humanistyczny nie był czasem gdzieś daleko stąd, bo bym chyba nie dał rady. Na szczęście tak nie było. Zauważyłem odpowiednią czerwoną tablicę niedaleko w niskim budynku. „Wydział Humanistyczny, Zakład Archeologii” – mogłem odczytać. Byłem zdumiony, bo to chyba było tu, gdzie widniały wyniki egzaminów. Tak, to było tu. Stałem zaskoczony, bowiem wtedy wszystko wydawało się inne. I nawet nie zauważyłem tego napisu na budynku rektoratu. Jak to się stało, nie wiem, na pewno ten napis tam był. I to pewnie od czasów otwarcia UMCS, bo to miał być taki prztyczek dla KUL ze strony peerelowskich władz. Jakkolwiek ja naprawdę go wtedy nie dostrzegłem, chociaż trudno go było nie dostrzec. Ale ja wtedy trafiłem tu z innej strony i byłem zbyt zestresowany, aby patrzeć po budynkach. No a teraz to już inna bajka... Zjawiłem się pod właściwym adresem, więc wszedłem do budynku szukając Zakładu Archeologii. Miałem tu się zgłosić po przyjeździe. Szukałem możliwości zaaklimatyzowania się w nowym dla mnie miejscu. Wszystko było dla mnie takie obce. Okazało się, że ta cała archeologia znajdowała się w piwnicy. Doskonałe warunki, bowiem archeolodzy żyli w ziemi, a więc otoczenie było wyborne. Widziałem tu białe drzwi z odpowiednimi napisami. Odstawiłem tę cholerną torbę na bok, ponieważ wiedziałem, że i tak nikt jej mi nie ukradnie. Kto by spróbował, potem żałowałby tego strasznie. Nie życzyłem tego nawet największemu mojemu wrogowi, ponieważ to coś mogło odebrać chęć do życia.

Patrzyłem po drzwiach. Wybrałem jedne z nich i po prostu zapukałem. I potem wszedłem. Nieproszony. – Dzień dobry... Ja na praktyki – powiedziałem nieśmiało.Zaraz zza półki wyskoczył dziwny staruszek, wysoki, szczupły, ze szczęściem wypisanym na pomarszczonym obliczu ozdobionym szacowną siwizną. Już wtedy wiedziałem, że to gruba ryba, ale nie miałem pojęcia, że to szef Zakładu Archeologii. Dopiero potem do tego doszedłem drogą dedukcji. – A, dzień dobry! – wykrzyknął ten starszy mężczyzna. I w kilku krokach znalazł się przy mnie. Podziwiałem jego zręczność i gibkość młodzieńca. Gdy on poruszał się jak pantera, ja stałem jak biblijny słup soli. Byłem potwornie wykończony daleką podróżą.– Pan na praktyki? – spytał jakby sam do siebie.– Na praktyki... – ciągle mówiłem nieśmiało, bo ta cała sytuacja mnie przerastała.– A to czeka pan. I po tych słowach otworzył drzwi i zawołał jakąś panią. Wskazał mnie i wyjaśnił:– Ten pan przyjechał na praktyki archeologiczne.

Ta zmierzyła mnie od stóp do głowy i machnęła ręką, abym szedł za nią. I poszedłem. Weszliśmy w następne drzwi po drugiej stronie korytarza. Tam była sala, w której na co dzień w roku akademickim prowadzono zajęcia ze studentami. Teraz trwały jeszcze wakacje, zatem wszystkie stoły zostały zsunięto w jedną płaszczyznę. A na tych stołach... Ludzkie kości!!!Tak, miałem przed sobą mnóstwo tego, co zostaje po człowieku po śmierci. Nigdy w życiu nie widziałem jeszcze oryginalnych ludzkich kości. Patrzyłem na ten pożółkły, a czasami poczerniały materiał do badań i byłem w lekkim szoku. To tym miałem tu się zajmować? – pytałem siebie. Obawiałem się reakcji właścicieli tych gnatów, ponieważ mogli się zdenerwować, kiedy będę dotykał tych szczątków. Ja bym się wkurzył, żeby ktoś mnie macał w taki sposób.– Ten pan na praktyki – wyjaśniła pani, która mnie tu przyprowadziła, drugiej pani, którą zastaliśmy przy kościach.Ta druga spojrzała na mnie i zapytała:– Godność pana?– Tomasz Zackiewicz... – wybąkałem.– Aha! Tak, uda się pan do Domu Studenckiego „Grześ”, gdzie pan został zakwaterowany. Langiewicza 24. Znajdzie pan?– Znajdę.– Praktyki odbędzie pan w Lublinie na Starym Mieście.

Można powiedzieć, że ucieszyłem się, że nie wyślą mnie od razu do Egiptu pod piramidy. Zupełnie nie byłem jeszcze gotowy na egzotyczne wojaże, bo padałem z nóg. Wizja Indiany Jonesa mogła jeszcze poczekać do spełnienia. Skarby i ślicznotki nie uciekną mi.– Dobrze – powiedziałem.– Och, może pan pracować tutaj – rzekł szef Zakładu, mając na myśli wszystkie te kości.Uśmiechnąłem się i odparłem:– Wolę Stare Miasto.Powiedziałem „do widzenia” i opuściłem salę. Ale ze mną wyszedł też szef Zakładu i zaproponował:– Może pan się czegoś napije?To był gorący sierpień i po podróży byłem spragniony. Dlatego przyjąłem tę propozycję z wielką ochotą.– Wystarczy wody. Niech pan nie robi sobie kłopotu.– Wooody? – zdziwił się i popatrzył tak jakoś dziwnie na mnie. – Ja myślałem o czym mocniejszym.Mój wzrok spoczął na rozmówcy.– O czymś mocniejszym? – zapytałem.Zupełnie nie wiedziałem, co też ten facet ma na myśli.– No.. wódeczka – wyjaśnił.Aż mnie zatkało. To była dopiero gościnność! Nie zdążyłem tu się nawet zadomowić, a szef Zakładu od razu chciał mnie częstować... wódką! Wódką! Byłem w strasznym szoku. Naukowiec w randze profesora wyskakuje mi tu z flachą na dzień dobry. Na pewno musiałem wtedy mieć bardzo głupią minę. Wyjaśnił mi, że archeolog musi pić. Potraktowałem to jako dobry żart i grzecznie odmówiłem. Jeszcze brakowało, żebym tu się schlał i z tą cholerną torbą ruszył na poszukiwania swego miejsca zakwaterowania. Najlepiej na czworaka. Dobrze że ta pani pomogła mi się połapać w tym wszystkim i wysłała mnie do konkretnego akademika, pod konkretny adres, bowiem w tej chwili mogłem po prostu się zmyć. Uciekałem od profesora uzbrojonego we flaszkę.Po kilku minutach byłem już na zewnątrz i mogłem odetchnąć z ulgą. Cały spocony, z powodu ciężkiej torby i wrażenia. Ale byłem dobrej myśli. Zawsze myślałem, że naukowcy to banda sztywniaków, a tu takie zaskoczenie. Pomyślałem, że będzie mi tu dobrze. I chociaż ja nigdy wódki nie piłem, to jednak podobało mi się takie podejście na luzie. Przemknąłem przez taki mały parczek i oto znalazłem się przed pokaźnym Hotelem Asystenta, który był takim specjalnym akademikiem dla asystentów, jak sama nazwa wskazywała. Zwany był przez studentów „Mądralem”. Nigdy tam nie byłem, ale z tego, co potem słyszałem, mieszkania tam mogły być kilkupokojowe i z niezłym wyposażeniem. Prawie jak mieszkanie w bloku. Ale to tylko takie obiegowe opinie, bo rzeczywistości nie było tam tak różowo.

Tam na prawo miałem oczywiście kawałek ulicy Józefa Sowińskiego. Moim celem była uliczka Mariana Langiewicza, przy której stały akademiki, takie typowe dla zwykłych studentów. Szedłem przez miasteczko i podziwiałem te socrealistyczne bloczki. Szukałem miejsca mego zakwaterowania. Wtem zobaczyłem przed sobą blok, który stał naprzeciw mnie. To był DS „Grześ”. Nigdy nie mieszkałem w żadnym akademiku, ani tego typu instytucji. Raz, kiedy jeszcze byłem w ogólniaku, do jednego zaszedłem z kolegą, który miał tam kumpla na politechnice w Białymstoku. Pamiętam, że w portierni było straszliwe babsko, które darło ryja i za Chiny Ludowe nie chciało zgodzić się na odwiedziny. Jej agresja zdumiała mnie i zastanowiła. Ta baba to był istny potwór, rozlazły worek tłuszczu z rozpadającą się trwałą.

A jej wzrok mroził krew w żyłach. Istny pitbull po walce. W końcu mój kumpel ją przekonał i zgodziła się na krótką wizytę. Ale postawiła warunek – ja musiałem zostać na dole. Przystaliśmy na to i kolega pobiegł do swego kumpla, a ja włóczyłem się po holu. I jak ruszyłem się z miejsca, gdzie przestała mnie widzieć, zaraz rozdarła na mnie ryja. Wrzeszczała, żebym był cały czas na jej widoku. Co to za piekło! Teraz wchodząc do akademika miałem ten obraz przed oczami i naprawdę odczuwałem realny strach. A nuż tam siedzi jakieś wredne babsko, które na dzień dobry przypuści na mnie frontalny atak. Musiałem tu być, bo byłem tu zakwaterowany, zatem przygotowałem się do totalnej obrony.

Wszedłem i spojrzałem ze strachem. Rzeczywiście – tam siedziała baba. Nogi mi się pode mną ugięły, bowiem sądziłem, że facet będzie łaskawszy. Ale nie, musiała być akurat baba!– Dzień dobry... – zacząłem cienko. – Ja... Ale ta kobieta w portierni do mnie... uśmiechnęła się i powiedziała miłym głosem:– Dzień dobry, panu. O co chodzi?

Postawiłem oczy na nią i dopiero po chwili wyjaśniłem:– Zakwaterowano mnie tu. Mam praktyki archeologiczne.– Nazwisko pana.– Tomasz Zackiewicz.Sprawdziła na liście.– Jest pan! Oczywiście, że jest pan tu zakwaterowany.Wzięła z szafki klucze i podała mi je.– Dziękuję – powiedziałem.

I ruszyłem po schodach na górę. Do wyboru była jeszcze winda, bowiem ten budynek był siedmiopiętrowy, ale ja zawsze starałem się używać schodów. To dla mego zdrowia, a nie to, że miałem klaustrofobię. Wybrałem schody nawet mimo potwornego zmęczenia i... tej okropnej torby, z którą tu przybyłem. Szedłem w górę i na każdym piętrze sprawdzałem numerację drzwi. Bałem się przegapić, bowiem z racji tego, że mieliśmy wakacje, nie było tu tłoku i przydzielono mi pokój gdzieś w połowie wysokości budynku. Odnalazłem go bez trudu. Postawiłem torbę i otworzyłem drzwi kluczem. Wszedłem do środka. Moim oczom ukazało się niezbyt duże pomieszczenie z czterema wersalkami i wielkim stołem, przy którym oczywiście stały cztery krzesła – po jednym dla każdego lokatora. Nad każdą wersalką wisiały szafki. Po obu stronach wejścia były po dwie szafy na ubrania. Z boku był kącik sanitarny z umywalką. Zobaczyłem go dopiero jak zamknąłem drzwi i z tą nieszczęsną torbą wszedłem dalej.

Kiedy zaszedłem, jeszcze nikogo nie było i dlatego to ja miałem klucz. Byłem pierwszy, chociaż podobno miało być tu jeszcze dwóch z archeologii. To mieli być moi nowi kumple. Trochę byłem ich ciekaw, bowiem byłem otwarty na nowe znajomości z terenu całej Polski. Z ulgą zrzuciłem torbę i wybrałem sobie łóżko. Te przy oknie od strony kącika z umywalką. To było zdecydowanie najlepsze miejsce do spania. Położyłem się i z uciechą patrzyłem w sufit. Byłem taki zmęczony, cholernie znużony i wszystkie mięśnie bolały mi jak diabli. Czułem jak wszystko, co złe, powoli od chodzi, a moje ciało zaznaje błogiego spokoju. Wreszcie!

Miałem dobry humor, bowiem było lepiej niż myślałem. Moje czarne wizje się nie ziściły. W końcu bycie studentem to wspaniała rzecz. Było naprawdę fajnie i wreszcie poczułem się jak ktoś. Bo ja byłem ktoś, tylko jeszcze wtedy o tym nie wiedziałem, a musiałem jeszcze dopiero o tym się przekonać. Leżałem tak długo, bardzo długo. W akademiku panowała cisza. Przewidywałem, że w roku akademickim jest zdecydowanie głośniej. Ale pewnie nie za głośno, ponieważ trzeba się pilnie uczyć, aby nie wylecieć na zbity ryj. Zamierzałem pozwiedzać budynek, lecz nie miałem sił i zwyczajnie mi się nie chciało. Było mi tak dobrze na tej wersalce. To był komunistyczny mebel, jak pewnie całe to wyposażenie, ale naprawdę niczego więcej mi nie było trzeba. PRL dał wiele dobrych rzeczy, których tak zwana „wolna Polska” nie była w stanie zafundować, bo jej było na to nie stać. Taka prawda. I dlatego może zostawiono ten napis na budynku rektoratu. Zostawiono, bo nikt nie miał pomysłu na lepszy i pewnie nie było stać na taki wydatek, by go zmienić. Kapitalizm...

Było tak cicho, że zasnąłem, w ubraniu, tak jak się położyłem. Tylko buty miałem zdjęte, aby nogi odeszły od tego ciągłego chodzenia. Zbudził mnie dopiero pełen pęcherz. Musiałem wstać i udać się do łazienki. Wychodząc z niej, zamknąłem drzwi. I prawdopodobnie przeciąg to sprawił, iż uderzyły silniej niż w zasadzie powinny. I to przetoczyło się echem po korytarzu. I wtedy otworzyły się drzwi jakiegoś pokoju i wyszedł z niego jakiś facet. Wyglądał jak discopolowiec, taki z tych wczesnych, z początku lat dziewięćdziesiątych. Miał wąsy i goły tors, był po trzydziestce. Napiął przy mnie swoją klatę, bo był tam trochę przypakowany i wywalił do mnie znienacka:– Nie trzaskaj drzwiami. Co ty sobie myślisz?

Zrobił taką przy tym minę, jak gdyby chciał mnie pobić za zakłócanie swego pokoju. Ja nic mu nie odpowiedziałem, bowiem nie chciałem go prowokować. Jeszcze bym naprawdę dostał od gościa w czapę na dzień dobry. Stanąłem tylko i obserwowałem jak szedł korytarzem bujając się na boki, jakby był właścicielem tego budynku. Poszedł do łazienki i zamykając drzwi... też trzasnął! Pomyślałem, że jak będzie wracał też go opierniczę, ale zaraz zrezygnowałem i wszedłem do swego pokoju. Walnąłem się i miałem znowu nadzieję na orzeźwiający sen. Ale nie dane mi było zasnąć, ponieważ po korytarzu przewalały się trzaski i hałasy. Ten socrealistyczny budynek był tak skonstruowany, że wzmacniał dźwięki. Dlatego powoli zacząłem rozumieć tego faceta. Mieszkał tu wcześniej i znał to uczucie, kiedy zwykłe zamknięcie drzwi brzmiało jak wystrzał z działa. No i zaraz potem coś zaszurało pod drzwiami do mojego pokoju. Pomyślałem, że ten napakowany twardziel chce się ze mną rozmówić i przeszedł mnie dreszcz. Jakkolwiek nie strachu, ale emocji. Drzwi się otworzyły i miałem świadomość, że ktoś właśnie wszedł. Nie wiedziałem jeszcze kto i oczekiwałem w napięciu aż się pojawi. W chwilę potem zobaczyłem raczej niskiego chłopaka, rudowłosego, o ładnych, falowanych włosach. Już wiedziałem, że oto zjawił się mój współlokator. Wszedł po prostu, bo było otwarte, a ja widząc go idącego w moim kierunku, usiadłem na łóżko.Zobaczywszy mnie uśmiechnął się do mnie. Miał jakąś taką wesołą, szelmowską gębę, która raczej była sympatyczna.– Cześć! – rzucił.– Cześć! – odpowiedziałem.Wstałem na równe nogi i podaliśmy sobie ręce. Nie sprawiał wrażenia faceta z dużego miasta, ze wsi raczej. Znałem ten sposób bycia, te ruchy, te miny. Nie, to nie jakiś nawiedzony mieszczuch, a zwykły facet.– Tomek jestem – przedstawiłem się.– Zbychu!Zbyszek? Nigdy nie znałem żadnego Zbyszka. Pomyślałem, że to naprawdę fajnie poznać jakiegoś Zbyszka, który będzie moim kolegą ze studiów. Byłem pewien, że się zaprzyjaźnimy, bo jakoś dobrze mu biło z oczu. I mimo iż gęba trochę nieciekawa, to jednak wyglądał na wesołego gościa. Musiał być z małej miejscowości. – Siedziałem tu sam i myślałem, że będę tu mieszkał samotnie.Zaśmiał się.– Poprosiłem na dole o klucz tej babki, a ta mi kurwa wyjechała, że już ktoś jest w pokoju. Szukała i nie znalazła. Pokiwałem głową.– Byłem pierwszy – stwierdziłem.

Miał z sobą taki mały brązowy plecak, którego pewnie jeszcze nosił chodząc do szkoły średniej. Był mikroskopijny w porównaniu z moją przeklętą torbą. Wybrałem się na te praktyki jak księżniczka za morze. Bardzo żałowałem, że nie wziąłem po prostu parę rzeczy. Powinienem był lepiej przemyśleć, co mi się przyda, a co nie. Usiadł na wersalkę. Wybrał też przy oknie, ale po drugiej stronie. Kiedy na niego patrzyłem, korciło mnie, aby zapytać skąd jest, ale na razie postanowiłem nie ciągnąć go za język w tej kwestii.– To co, jak tam na archeologii? – spytałem, kiedy oboje usiedliśmy na łóżkach, każdy na swoim.Poprawił swoje włosy szybkim energicznym ruchem.– Super! Ach, kurwa! Powiem ci, że czekałem na ten moment od dawna.Te słowa mnie nieco zdziwiły.– Poważnie?– Tak, jeden rok straciłem, bowiem nie dostałem się tam, gdzie chciałem, a zawsze marzyłem o archeologii. I oto udało się. Spojrzałem na tę kurwa listę i okazało się, że mnie przyjęli. O do chuja, dotąd nie mogę w to uwierzyć.– Ja byłem siódmy – pochwaliłem się, bo w końcu było czym się chwalić. Popatrzył na mnie wnikliwie.– No to kujon kurwa jesteś – zauważył.Nie spodobało mi się to określenie, bowiem trochę tam się uczyłem, ale w sumie nie za dużo. Zawsze mnie fascynowała historia, geografia i wiedza o społeczeństwie. Ja tą wiedzę po prostu miałem w głowie od dawna. Tylko daty musiałem przypomnieć. Dla mnie ten egzamin okazał się pestką. I dlatego byłem siódmy. Ale oczywiście byli ode mnie lepsi – to były prawdziwe kujony.– Ja też lubię tę dziedzinę – przyznałem. – Ale bez przesady. Dla mnie archeologia to zwykły przypadek. Szukałem po prostu takiego kierunku studiów, gdzie będą na egzaminie moje ulubione przedmioty. Wypadło na Lublin. Tutaj tak wyniki matury nie grały zbyt wielkiej roli, bo mi jakoś nie poszło najlepiej.– Można i tak.Zapanowała między nami dłuższa chwila milczenia.– No, ale najważniejsze, że tu jesteśmy – podsumowałem.– O, tak. Zajebiście. Dla mnie to spełnienie moich marzeń.Pomyślałem, że to pewnie następny maniak filmów typu Indiana Jones. No to było nas dwóch. Dwóch już dorosłych facetów, którzy uwierzyli w hollywoodzkie bajki o przygodach i odkryciach. Ale rzeczywistość już nie będzie tak kolorowa. Raczej nie czekają nas egzotyczne podróże do dalekich krajów. Znowu do moich uszu dotarł jego głos: – Tak, pokochałem archeologię, gdy tylko przeczytałem C.W. Cerama , „Bogowie, groby i uczeni”. Ta wykurwista książka mnie tak zafascynowała, że postanowiłem zostać archeologiem. Znam ją prawie na pamięć. Byłem pod wrażeniem. – Dla mnie to nie było tam takie wielkie marzenie – po prostu nie miałem co wybrać, a archeologia kojarzyła mi się dobrze, więc spróbowałem i oto jestem. Lubiłem zawsze historię, geografię i wiedzę o społeczeństwie. Miałem dobre stopnie. Ale to już przecież wiesz. U mnie właściwie zadziałało podejście pragmatyczne, chociaż... takie tam odkrycia w egzotycznych krajach mogą być naprawdę pociągające.– Normalka. Jest w tym coś zajebistego.

Przez chwilę milczeliśmy. Ukradkiem obserwowałem swego nowego kolegę i ciągle korciło mnie, aby zapytać skąd jest. Nie wiedziałem, czy wypada tak od razu, ale naprawdę nie dawało mi to spokoju. Miał w sobie coś takiego swojskiego. Postanowiłem powoli zmierzać do tego, aby wyjawił mi swoje pochodzenie. Nie od razu, ale stopniowo.

– Ja to jechałem tu pociągiem – zacząłem. – Daleka droga.

– Tak? – zdziwił się. – Ja też. Jak polska kolej cię wytrzęsie podczas podróży, to wiesz przynajmniej, że kurwa żyjesz, nie? Też jechałem daleko. Od chuja kilometrów... Z północy.

Ostatnie krótkie zdanie sprawiło, że poczułem przyjemne ukłucie w serce. Miałem pewne przeczucie.

– Skąd przyjechałeś? Z jakiego regionu Polski? – ośmieliłem się wreszcie zapytać.

Spojrzał na mnie i się uśmiechnął. Poprawiając swoje włosy przyznał:

– Pewnie cię zaskoczę, ale aż z Suwalszczyzny... Wiesz, gdzie leżą Suwałki? Pewnie wiesz, bo tam jest najzimniej w kraju. A czasami to piździ jak chuj .

Kiedy to mówił, wytrzeszczyłem nań oczy. Wydawało mi się, że ze mnie żartuje. W tym naszym północno-wschodnim kącie było kilka miast i mogłem zrozumieć, że może stamtąd pochodzić,ale z Suwałk?

– Jaja sobie ze mnie robisz? – spytałem.

Zbyszek jednak mówił jak najbardziej poważnie. Widziałem to po jego minie. Nie rozumiał mego pytania, zupełnie nie wiedział, o co mi chodzi. Wtedy pomyślałem, że przecież rzeczywiście może pochodzić z Suwalszczyzny. Wyglądał, mówił, zachowywał się jak ktoś z tego regionu.

– Poważnie mówisz? – spytałem jeszcze, aby być całkowicie pewnym, że to nie są jakieś tam żarty.

– Jak najbardziej.

Patrzył na mnie nie wiedząc, czemu tak się dopytuję. Byłem mu winny wyjaśnienia. Dlatego opanowałem swoją radość i przyznałem:

– Doskonale wiem, gdzie leżą Suwałki...

Ciągle na mnie patrzył i słuchał, co teraz powiem.

– Bo... – ciągnąłem. – Bo ja pochodzę z Suwałk. Jestem Suwalczakiem . I chociaż tam już nie mieszkam, to jednak tam się urodziłem i tam mieszkałem. Znam każdy kąt... bo to moje rodzinne miasto, które kocham. Tam chodziłem do szkoły i tam mam masę rodziny oraz znajomych.

Widziałem wyraźnie, iż moje słowa zrobiły na nim wielkie wrażenie. Śmiał się. Pewnie myślał, że tym razem to ja go robię w konia. Ale chyba musiał zrozumieć, że mówię prawdę. To było naprawdę przyjemnie, aby spotkać się tu, w Lublinie. A ja wcześniej tak bardzo żałowałem, że mój kolega z ogólniaka nie dostał się na archeologię. Niepotrzebnie. Miałem teraz nowego ziomka.

– Nieźle... – mruknął Zbyszek, nieco poruszony tymi rewelacjami.

– Wspaniale! – poprawiłem, a potem spytałem –I jak ci się tu podoba?

– Cholera, zajebiście. Ważne, że ktoś jest z Suwałk. Dobrze, że się tu kurwa znalazłeś, bo już się bałem.

– Ja też.

Byliśmy tak zszokowani, że nie mogliśmy znaleźć słów, aby kontynuować naszą rozmowę. Obaj musieliśmy to wszystko przetrawić. Ten świat jest naprawdę mały. I ta świadomość dawała nam kopa. Byliśmy zmęczeni po długiej podróży, a jednak zapomnieliśmy o tym.

– Co mamy robić? Wiesz coś? – pytałem po chwili, próbując na nowo zagaić rozmowę.

– Nie mam pojęcia. Nic nie pisali.

– Nic nie pisali... – potwierdziłem.

Znowu chwila milczenia.

– Chyba ktoś do nas jeszcze dołączy – zacząłem na nowo. – Ma być nas trzech, nieprawdaż?

– Prawdaż.

– No to gdzie ten trzeci? – pytałem.

– A chuj tam wie. Ma być, to przyjdzie. Nie przejmuj się tym.

Atmosfera między nami stawała się coraz bardziej przyjazna. Byłem już pewny na sto procent, iż będziemy dobrymi kumplami. Nie pamiętałem o swoim nudnym życiu i o początkowych obawach, jakie żywiłem jadąc tutaj. Wszystko przeminęło. Chciało by się powiedzieć – jak ręką odjął. Tak dosłownie się czułem.

Wspaniale! Albo zajebiście, jak mawiał mój nowy kolega.

Położyliśmy się na swoje wersalki. Mogliśmy sobie opowiadać różne rzeczy, będąc oddzielonym solidnym wielkim stołem. Zauważyłem, iż mój nowy kolega stopniowo przechodzi na tematykę kobiet. Jakkolwiek te jego teksty nie miały za grosz romantyzmu, były raczej odbiciem środowiska, z którego się wywodził. Jechał ostro i bardzo dziwiłem się jego słownictwu, ponieważ było naprawdę krwiste. Za mocno mnie to nie raziło, gdyż mieszkałem od dłuższego czasu na wsi i na co dzień miałem to samo. Dziwiłem się tylko, że taki facet z takim językiem trafił na archeologię. To nie był typ kujona, a ostrego imprezowicza i miłośnika bab wszelakich. Jego wypowiedzi można było streścić do dwóch słów: „chlanie” i „posuwanie”.

Pomyślałem, że rzeczywiście będzie wesoło. Najpierw ten szef Zakładu Archeologii z tą flachą, a teraz ten ziomek z Suwałk. Naprawdę te studia mnie zaskakiwały. Działo się zupełnie inaczej, niż to sobie wyobrażałem. Dlatego miałem taką oto nauczkę, że nie można być do czegoś lub kogoś uprzedzonym, nie można uogólniać, bowiem rzadko kiedy sytuacja jest taka sama.

– Masz dziewczynę? – zapytał nagle.

Nie od razu odpowiedziałem. Nie wiedziałem, co mam mu powiedzieć. Dziewczyny jako takiej nie miałem. Jakoś w tych czasach nie byłem obiektem damskich westchnień. Oczywiście były kobiety, ale to nie było to, o czym marzyłem. Trafiały mi się raczej jakieś odpady. Już od czasów liceum zacząłem już być atakowany przez pewne wiejskie dziewuchy, ponieważ nagle zaczęły się do mnie jakoś przekonywać. Oczywiście nie byłem gotowy na jakieś tam poważniejsze związki i unikałem ich jak ognia.

Dla mnie w tym czasie najważniejsze były marzenia, a tam nie było miejsca dla jakiegoś osobowego rodzaju żeńskiego. A wymarzyłem sporo i byłem nastawiony na realizację tego. Otrzymałem na zachętę kilka kubłów zimnej wody od szarej rzeczywistości, która mnie zewsząd otaczała, ale to nie mogło mnie zniechęcić. Nie chciałem być jakimś wsiowym kołkiem po zawodówce, który wyrywa jakieś wytapetowane dresiary na dyskotekach, chleje na umór i ucieka polami maluchem od radiowozu. To nie mój klimat, to nie moja bajka. Ja żyłem tym, co wyczytałem w moich ulubionych powieściach. A bardzo lubiłem czytać Alfreda Szklarskiego, Karola Maya, Juliusza Verne’a . I to dla mnie było podstawowym odniesieniem, a nie wsiowe twardzielstwo na pokaz.

Pragnąłem prowadzić takie życie, jakie to toczyło się w tych książkach. Oczywiście upadek tak zwanej komuny sprawił, że czar prysł. Gdyż oto przyszła „Solidarność”, czyli przekręt wszech czasów na skalę światową, sterowany przez dobrodziei zza Oceanu, który rzucił moją rodzinę w całkowicie nową sytuację. Z racji tego, że nie mieliśmy żadnych pokomuchowych układów, zostaliśmy zepchnięci na margines. Już nie było miejsca na marzenia, ale na twardą walkę o zwykłe życie, dzień w dzień. W zasadzie pozbyłem się złudzeń, jaki we mnie wywołał piękny wiek dziewiętnasty na kartach mistrzów powieści. Jednak coś tam we mnie zostało i teraz to coś zakwitło ponownie. Jak wiejski sad wiosną. Leżąc na tych wersalkach ze Zbyszkiem i gadając o kobietach czułem, że na nowo zaczynam żyć. Nie tylko marzę, ale i realizuję swoje marzenia. Wtedy jakoś wierzyłem, że ta archeologia w Lublinie otworzy przede mną zamknięte dotąd bramy do świata podróży w stylu dziewiętnastowiecznych wypraw.

Patrzyłem w sufit i widziałem przed oczami obrazy mego dzieciństwa. Bo moje dzieciństwo to komuna. I wcale tego nie żałuję, że wtedy nie było żadnych srajfonów czy innego gówna nabijającego kieszenie Amerykanów żydowskiego pochodzenia.

– Takiej stałej nie... – zacząłem po dłuższej chwili milczenia, kiedy to tylko wróciłem do rzeczywistości.

– Nie masz? – dopytywał się Zbyszek.

Wróciłem już całkowicie na ziemię. Wziąłem głęboki oddech i spojrzałem pod stołem na leżącego po drugiej stronie pokoju Zbyszka. Patrzył na mnie z pewnym zainteresowaniem.

Pewnie go intrygowałem.

– Nie mam – potwierdziłem mu.

– Bo kurwa wiesz, ja to mam taką jedną w Suwałkach.

Te słowa skupiły moją uwagę.

– Poważnie?

– Jasne! Kręciłem z nią, ale kiedy dostałem się na te studia, to był kurwa problem.

Za bardzo nie wiedziałem, o co mu chodzi.

– Nie chciała cię puścić na studia? – pytałem.

– Ależ skąd! Ona to jest mądra kobieta. Zajebista z niej babka. Wiedziała, że z nami koniec.

Wtedy wstał na równe nogi i podszedł do mnie. Ja także usiadłem na wersalkę. Sięgnął do kieszeni i wyciągnął zeń portfel. Tam odnalazł zdjęcie i podał mi je. Wziąłem i spojrzałem na nie z wielkim zaciekawieniem.

Na tym to zdjęciu zobaczyłem uśmiechniętą dziewczynę, dosyć przy kości i czarną jak diabeł. Jeszcze wtedy nie miałem pojęcia, że w takich właśnie gustował Zbyszek. To był jednak zdecydowanie nie mój typ. Wtedy to wolałem szczupłe blondynki o długich włosach. Zwrócił mi też uwagę wiek tej dziewczyny. Wydawała się być starsza od Zbyszka.

– To twoja laska? – zapytałem dla pewności.

– Tak. Pracuje w kiosku ruchu w Suwałkach.

Trochę mnie to zaskoczyło.

– Nieźle – stwierdziłem.

– Pewnie, że kurwa nieźle. Jest dobra w łóżku.

– Spałeś z nią?

Żachnął się ze słowami:

– I to ile razy. Regularnie z nią sypiałem. I nawet byłem gotowy na to, że w końcu zrobię jej dziecko.

– To tak już na poważnie?

– Zawsze na poważnie. U mnie jest zawsze seks z kobietą. Mnie tam jakieś tam jebane umizgi nie interesują.

Ja już swoje pierwsze doświadczenia seksualne miałem, ale to nie było nic poważnego. Jakaś taka szczeniacka rozrywka, odkrywanie zakazanego. Ale przy Zbyszku czułem się tylko jak kiepski amator.

– I co się rozstaliście? – pytałem.

– No tak. Rozstaliśmy się w pokoju.

– Tylko pozazdrościć.

– Ale nasz związek właściwie opierał się tylko na seksie. Nie powiem, były tam jakieś tam uczucia i nawet mógłbym się z nią ożenić, ale jednak zdecydowaliśmy się rozstać z chwilą mego wyjazduna praktyki. No kurwa, tak jakoś wyszło.

Oddałem mu zdjęcie. Schował je. Czułem, że ciągle jest przywiązany do tej kobiety i być może nawet do niej wróci albo ona przyjedzie tu do Lublina. Ale to była pomyłka. Nie doceniałem siły seksualnej tego niewielkiego faceta. On liczył na nowe znajomości i oczywiście – kontakty seksualne.

Wrócił na swoją wersalkę. A ja na niego patrzyłem i wiedziałem, że facet ma ciekawą osobowość. Dobrze, że to nie jakiś mruk, a ktoś z jajami, szybki, energiczny.

Powoli zbliżał się wieczór. Gorący, sierpniowy wieczór. Był dla nas bardzo przyjemny. Zbyszek otworzył okno z powodu duchoty i wyjrzał przez nie na zewnątrz. Patrzył przed siebie w milczeniu dosyć długo. Pewnie podziwiał widoki z wysokości kilku pięter. Widziałem na jego obliczu spokój.

– „Helios” – powiedział nagle.

– Co? – spytałem.

– Akademik „Helios”.

Naprzeciw naszego okna zbudowano następny dom studencki. Następny w tej alfabetycznej kolejce. Tutaj stały te bloki jak elementy domino. Byłem świadom jego obecności, jak i pozostałych akademików. Nie wiedziałem tylko, że nazywał się „Helios”. Ale Zbyszek wiedział, pewnie był lepiej zorientowany co do miejsca, w którym przyszło nam studiować. Po drugiej stronie sąsiadowała z nami ekskluzywna „Femina”. Tylko tyle wtedy wiedziałem. O „Heliosie” nie słyszałem. Do teraz. Pomyślałem, że warto by się wybrać na zwiedzanie miasteczka akademickiego. To przecież szalona atrakcja dla przyjezdnych.

– Może byśmy wyszli na spacerek? – zaproponowałem. – Pogoda jest znakomita. Co ty na to?

– Nogi mi w dupę włażą. Ci pewnie też. Naprawdę chcesz łazić po okolicy? Mało ci kurwa jeszcze?

Te jego słowa zabiły nieco mój entuzjazm co do wycieczki krajoznawczej po Lublinie. Jednak ten facet miał rację. Nie czułem już takiego zmęczenia, ale ciągle nie byłem w stanie normalnie funkcjonować. Musiałem porządnie się przespać. Dopiero jutro będę mógł pracować na pełnych obrotach.

– Czuję, że mam bąbel na nodze – oświadczyłem.

Zaczął się śmiać.

– No to akurat na spacerek. Zajebiście...

Zbyszek miał ciężki dowcip. Jak cegła. Trochę mnie to drażniło, ponieważ ja nie miałem ochoty na żadne tam uszczypliwości pod moim adresem. Ale widocznie człowiek miał taki charakter i za nic w świecie go nie zmienię. Ale akceptować kogoś, to również akceptować jego lub jej wady.

– Strasznie jestem ciekaw tego miasta – przyznałem. – Byłeś tu już kiedyś?

– Tak... na egzaminach!

– Ale ja mówię o czymś innym. Czy tu kiedyś byłeś przed studiami?

– Nie. W Lublinie nie byłem nigdy. Trochę daleko od chaty, nie?

– No, od Suwałk to jest kawałek.

Między nami nastała chwila milczenia. Słyszałem tylko śpiew ptaków wlatujący do naszego pokoju przez otwarte okno. Czułem się jakby ten blok stał w środku lasu, pierwotnej puszczy, a nie w centrum miasta. Lublin miał wspaniałą miejską zieleń, człowiek czuł się tu jak na łonie natury. To nie tylko szarość betonu, ale i zieleń roślinności. Jednak ci architekci za komuny to mieli łeb. Budowali miasto z sensem. Wszystko dla ludzi, a nie dla jakiejś wydumanej poprawności.

– Ale wypiłbym coś... – mruknął jak gdyby do siebie Zbyszek.

– Spróbuj kranówki. Jest całkiem dobra. Prawie jak u nas.

Odchylił się od okna i spojrzał na mnie ze ściągniętymi brwiami.

– Coś ty! Myślałem o alkoholu.

– Aha! No to w kranie tego niestety nie ma. Trzeba zejść do sklepu na dół i coś kupić.

– W tym kurwa sęk, że mi się nie chce nigdzie iść. Miałem w pociągu piwo nabyte jeszcze w Suwałkach, ale już nic nie zostało. Ni chuja! Trzeba było wziąć więcej. Zamierzałem kupić coś po przyjeździe do Lublina, ale jakoś tak wyszło, że nie miałem czasu na uzupełnienie zapasów. No i teraz suszy tak kurewsko, że szok.

– No to masz problem...

– Może ty byś skoczył, tak ci się chce łazić?

– Zapomniałeś, że mam otarcia?

– Prawda. Zapomniałem.

Znowu długa chwila ciszy między nami. Tylko śpiew ptaków.

– Zjesz coś? – spytałem nagle.

– No by się przydało nieco zakąsić.

Odszedł od okna i ruszył do swego plecaka.

– Co ci mama dała? – zapytałem.

Zaśmiał się.

– Mam tam kilka kanapek – oznajmił.

– Tylko? – zdziwiłem się.

– Dawała mi tam więcej, ta moja stara, ale gdzie ja bym to pomieścił? Do chuja!

– Na piwo to miejsce było.

– Było. Na piwo miejsce musi być zawsze i kropka.

Śmiałem się. Spodobało mi się to stwierdzenie.

– Ciekawy z ciebie gość – stwierdziłem.

Wyciągnął kanapki. Położył na stół.

– Jak chcesz, to się częstuj – rzucił do mnie.

– Nie, dzięki. Mam swoje żarcie.

Sięgnąłem do swojej przeklętej torby. Rozpiąłem zamek i zacząłem grzebać w jej przepastnym wnętrzu. Pod stosem ubrań trafiłem na chleb, masło i tam jeszcze parę dodatków, gdzie zdecydowanie dominował wędzony boczek.

Położyłem wszystko na stół.

– Ale to mięcho pachnie – zdumiał się Zbyszek.

Tak, pachniało jak cholera.

– Swojski boczek, swoja świnia, swoje wędzenie. Niebo w gębie. Jeśli istnieje raj, to pachnie swojskim boczkiem. A nie tym gównem, co tylko boczek udaje i co można nabyć w sklepie, niby mięsnym.

– Masz rację, chłopie! – zgodził się.

Zacząłem kroić mój boczek, a Zbyszek patrzył na niego jak zaklęty.

– Spróbuj! – rzekłem.

Nie mógł się powstrzymać i wziął kawałek. Widziałem błogość w jego oczach. Tak wygląda w pełni usatysfakcjonowany mężczyzna. Nawet ta jego z kiosku ruchu nie była w stanie zrobić mu tak dobrze jak mój boczek. I nie było w tym nic dziwnego. Smak swojskiego boczku był lepszy od orgazmu.

– Oj, stary, to rzeczywiście dobre – oznajmił, kiedy skonsumował cały kawałek.

– Dobre to mało powiedziane. To jest przepyszne.

– I do tego ogórek kiszony i wódeczka... – rozmarzył się Zbyszek. – O, kurwa że jego mać! To dopiero.

– No pewnie. Za komuny tak się żyło. Ale zachciało się zmian. Mam nadzieję, że nikt mi tego nie zabierze i do końca życia będę jadł boczek. I mam to w dupie, że jest niezdrowy. Cholesterol i tam inne pierdoły.

– Racja, racja!

Poprosił o drugi. Dałem mu. I znowu ta błogość na jego twarzy. Bezcenne.

– Ostatni – powiedział. – Nie chcę ci zjeść wszystkiego.

– Bez obaw. To wielki kawał mięsa. Przy takiej temperaturze będzie się zaraz psuć. Trzeba to zjeść.

– Oj, na pewno się nie zepsuje.

– No ja myślę!

Wtem usłyszeliśmy kroki na klatce schodowej, które wzmocnione kubaturą pomieszczenia były trudne do zignorowania.

– Ktoś idzie – zauważyłem całkowicie niepotrzebnie.

– Ano kurwa idzie – zgodził się Zbyszek. – To pewnie ten trzeci.

No i zjawił się ten trzeci. Kolejny początkujący archeolog do kolekcji. Kiedy wszedł, nasze oczy zwróciły się natychmiast w jego stronę.I oto stanął przed nami wysoki brunet z włosami do połowy pleców. Metalowiec! Prawdziwy zjadacz kotów na cmentarzu! Był naprawdę wysoki, bowiem kiedy przy nim stanąłem, był ode mnie wyższy prawie o głowę. Miał chyba dwa metry. Czułem się taki mały przy tym facecie. Nie wiem, co myślał Zbyszek, ale ja miałem kompleksy. Wyższy mężczyzna ma zawsze lepiej w życiu. Tak uważałem.

Miałem dwóch kumpli – jeden niski, drugi wysoki. Coraz bardziej mi się tu podobało na tych praktykach, które jeszcze nawet się nie rozpoczęły. Staliśmy ze Zbyszkiem przy tym trzecim i podaliśmy sobie ręce.

– Jestem Piotr! – przedstawił się ten trzeci.

– Tomek – powiedziałem.

– Zbyszek – powiedział Zbyszek.

I wszystko było jasne. Dwóch facetów razem to było wesoło, ale trzech? To już w ogóle trudno było się nudzić. Było jeszcze czwarte łóżko, ale nikt nie przypuszczał, by miało być zajęte.

– Spóźnialski – rzekłem dla rozładowania atmosfery, bowiem Piotr z początku wydawał się być śmiały.

– Ha, ha. Spóźnialski – mruknął.

Pomyślałem, że chyba facet nie ma dziś humoru. Ale w sumie to go rozumiałem – właśnie przyjechał, a podróżowanie w Polsce pociągiem, czy nawet autobusem nie zawsze należało do przyjemności. Pewnie natknął się na bandę pijanych poborowych wracających do jednostki lub na chama z wioski po podstawówce za kierownicą. I to może naprawdę człowiekowi zepsuć humor na cały dzień.

– No to jest nas trzech – powiedziałem szukając jakiegoś sensownego tematu do rozmowy.

Cisza, dlatego odezwałem się znowu:

– Pozostały ci tylko dwa łóżka – wybieraj.

A Piotr wybrał to bezpośrednio przylegające do wersalki Zbyszka, przy drzwiach. Postawił na nie swoją torbę, także niewielką. Tylko ja się wygłupiłem zabierając z sobą połowę mego majątku.

Piotr usiadł na swoje łóżko.

– Nieźle tu mają – rzekł rozglądając się.

– Tak, nawet jest umywalka. Żyć, nie umierać – żartowałem, chcąc wprowadzić Piotra w dobry nastrój.

Położył się na swoje łóżko. Był wyraźnie strudzony. Stąd pewnie ten jego wisielczy humor. Dlatego musiałem zapytać:

– Skąd jesteś?

– Z Sanoka!

Szybko przeanalizowałem tę nazwę i już wiedziałem – Bieszczady! Byłem wniebowzięty, gdyż góry te dla mnie kojarzyły się z dziewiczą dziczą bez turystów i komercji. Nie byli chyba tacy zepsuci jak ci z Zakopanego. Prawdziwa dzika głusza z niedźwiedziami i smolarzami. Ja, mieszkaniec Puszczy Augustowskiej, kochałem Bieszczady, bo czułem to miejsce jak nikt inny.

– My