Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 292 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Pragnienie - Richard Flanagan

Wspaniała i poruszająca opowieść o ambicji, pożądaniu i tęsknocie, które czynią nas ludźmi – pióra Richarda Flanagana, laureata Nagrody Bookera.

Jest rok 1841. W odległej kolonii karnej na Ziemi Van Diemena bosa aborygenka pozuje do portretu w sukni z czerwonego jedwabiu. Ma na imię Mathinna i jest przybraną córką gubernatora wyspy, Sir Johna Franklina oraz jego żony, Lady Jane. Jest też obiektem cywilizacyjnego eksperymentu, który ma wykazać, czy wiedza, chrześcijaństwo i rozum mogą być narzucone barbarzyństwu, instynktowi oraz pożądaniu. Kilka lat później, gdzieś na Arktyce, ginie Sir John Franklin wraz załogą i dwoma statkami podczas ekspedycji, której celem ma być odkrycie mitycznego Przejścia Północno-Zachodniego, drogi morskiej z Europy do wschodniej Azji wiodącej przez Archipelag Arktyczny. Anglia jest wstrząśnięta podawanymi przez ekipę poszukiwawczą doniesieniami o przypadkach kanibalizmu, a dla najsłynniejszego pisarza tych czasów, Karola Dickensa, losy Franklina stają się lupą, przez którą przygląda się lodowatym głębinom własnego życia.

Doskonała,  głęboko poruszająca i kunsztownie zbudowana medytacja nad pragnieniem relacji z drugim człowiekiem w rozmaitych jej formach – współczucia, ciekawości, troski, pożądania, przyciągania, egoizmu i bezinteresowności, które niezdarnie łączą się w jedno w najbardziej niebezpiecznym abstrakcyjnym pojęciu, miłości.

„Los Angeles Times”

Jego proza jest silna i precyzyjna, a opis pragnień – nadzwyczaj subtelny.

„Publishers Weekly”

Cud precyzji i spójności.

„The Sun Herald”

To poważna i wzruszająca zarazem książka. Na długo zapada w pamięć.

„The Washington Times”

Misternie skonstruowana fuga o pożądaniu i jego odrzuceniu.

„The Times Literary Supplement”

Mistrzowskie potraktowanie przez Flanagana historycznych faktów i sztuki opowiadania, połączone z głębokim wyczuciem natury ludzkiej, potwierdza, że w dziełach takich jak to fikcja wznosi się na poziomy najwyższej sztuki.

„The Irish Times”

Opinie o ebooku Pragnienie - Richard Flanagan

Fragment ebooka Pragnienie - Richard Flanagan

Tytuł oryginału: WANTING
Opieka redakcyjna: PAWEŁ CIEMNIEWSKI
Redakcja: KAMIL BOGUSIEWICZ
Korekta: ANETA TKACZYK
Projekt okładki: ROBERT KLEEMANN
Zdjęcia wykorzystane na pierwszej stronie okładki: © Ingetje Tadros / The Image Bank / Getty Images Dirk Ercken / shutterstock.com
Redakcja techniczna: ROBERT GĘBUŚ
Skład i łamanie: Infomarket
Copyright © 2008, Richard Flanagan All rights reserved © Copyright for the Polish translation by Maciej Świerkocki © Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2017
Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-08-05933-3
Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o. ul. Długa 1, 31-147 Kraków tel. (+48 12) 619 27 70 fax. (+48 12) 430 00 96 bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40 e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl
Konwersja: eLitera s.c.

5

Protektor uważał, że gubernatorska inspekcja w Wybalenna rozpoczęła się wyjątkowo pomyślnie. Na plaży było pełno Aborygenów, którzy powitali gubernatora – sir Johna Franklina – i jego świtę po wylądowaniu, podskakując i pląsając wylewnie, a także wydając okrzyki dzikiej radości. Nie było to może zbyt eleganckie ani cywilizowane, zostało jednak dobrze przyjęte. Lady Jane Franklin wzruszyła zwłaszcza drobna czarna dziewczynka, tańcząca w czasie dziecięcego przedstawienia przygotowanego na powitanie gości na czystym białym piasku. Dziewczynka miała na szyi całkiem ładny naszyjnik i nosiła przewieszoną przez ramię dużą skórę z białego kangura. Wyróżniała się nie z powodu prostego, chociaż uderzającego kostiumu, niskiego wzrostu czy wielkich ciemnych oczu. Chodziło raczej o jej specyficzną, ale trudną do określenia postawę.

Lady Jane nie mogła mieć dzieci; kiedy naciskano ją w tej kwestii, mówiła przyjaciołom, że nigdy nie stanowiło to dla niej brzemienia, lecz w pewien dziwny sposób niosło raczej ulgę. Był to po prostu wykręt, który jednak, jak zwykle, z czasem właściwie stał się prawdą. Lady Jane zaczęła unikać dzieci, a kiedy się postarzała – liczyła już sobie czterdzieści siedem wiosen – jej stosunek do problemu potomstwa przekształcił się w ogólny niepokój. W dzieciach było coś, czego jej brakowało i co w głębi serca uważała za przerażające. Jak gdyby im było ich więcej, tym bardziej ubywało lady Jane. Jak gdyby tym bardziej umierała, im bardziej one żyły.

Ich krzyki i śmiech rozbrzmiewały bowiem nazbyt głośno w pustych salach wspomnień gubernatorowej. Nigdy nie zapomniała, jak w młodszych latach sir John wypytywał ją, dlaczego jest taka blada, a ona ze wstydu i strachu nie była w stanie mu powiedzieć, że wypłynęła z niej mała czerwona plamka. Zamknęła książkę, podniosła na niego wzrok i powiedziała, że mimo wszystko zgadza się z Wordsworthem, że w samotności zawsze można znaleźć wzniosłość.

– Czyż nie tak? – spytała łamiącym się głosem.

Odpowiedział, że tak. Zawsze się z nią zgadzał. Kolejne ciąże kończyły się gwałtownie. Tworzyła życie, lecz ono ją opuszczało. Nikt o tym nie wiedział. O życiu lady Jane nic się nie mówiło. W „Timesie” nie było nekrologów. Żadnego współczucia, rozmów, żałobnej czerni. Rozpacz nie miała się gdzie podziać, tylko w jej sercu. A potem było już za późno: jej ciało się zmieniło. Dlatego teraz, patrząc na tę małą aborygeńską dziewczynkę na plaży, zdumiała się, poczuła bowiem, jak z jej barków znika nieznośny ciężar, a wzbiera w niej nienazywalne uczucie.

Dziewczynka spóźniała się nieznacznie w stosunku do innych dzieci, lady Jane zauważyła jednak, że w pewien sposób przyciąga to uwagę do niej i jej tańca, właściwie zatem tylko podkreśla jej występ. Gubernatorową ogarnęła nagle przemożna chęć, by dotknąć tego dziecka.

– No popatrz tylko – zwróciła się do swojego leciwego, korpulentnego męża – prawie chce się objąć to małe dzikie zwierzątko i je pogłaskać.

Była to nieoczekiwana uwaga dla nich obojga. Lady Jane postanowiła nie pozwolić, by takie uczucia napełniały ją strachem. Z jej punktu widzenia ta mała na szczęście właściwie nie była dzieckiem, ponieważ była dzikuską, i na szczęście właściwie nie była dzikuską, ponieważ była dzieckiem.

Zakładając, że małżonka gubernatora bardziej interesuje się rzeczami martwymi niż ludźmi, Protektor wyjaśnił, że naszyjnik dziewczynki zrobiony jest z setek maleńkich jasnozielonych muszelek, nawleczonych na kilka jardów oposowego ścięgna, które zostało kilkakrotnie owinięte wokół jej szyi. Gdy dodał, że naszyjnik należał niegdyś do jej zmarłej przed kilkoma laty matki, a skóra białego kangura była własnością ojca, który zmarł zaledwie przed tygodniem, lady Jane wzruszyła się jeszcze bardziej.

– Kochana sierotka – powiedziała.

– Leda – powiedział Protektor. – Na imię jej Leda. Ma siedem lat. Jest najmłodsza na wyspie.

– A jak pan sądzi, panie Robinson, jakie jajo – uśmiechnęła się lady Jane – zostawi po sobie ta Leda dla przyszłych pokoleń?

– Jajo? – spytał Protektor, nieco zdezorientowany. – Mówiłem o dziewczynce, nie o kurze.

– Powinien ją pan chronić przed łabędziami – oświadczyła lady Jane, pozwalając sobie na żarcik.

– Nie rozumiem, szanowna pani – odpowiedział Protektor, którego znajomość mitologii klasycznej właściwie nie wykraczała poza imiona zawarte w wyświechtanym egzemplarzu Carswell’s Classical Names & Almanac.

– Leda... – powiedziała lady Jane.

– Tak – uśmiechnął się Protektor. – Antyczna piękność.

– Starożytni wierzyli, że aby zgwałcić piękną Ledę, Zeus przybrał postać łabędzia.

– Ach tak, to wspaniała opowieść, oczywiście – zaśmiał się Protektor, do głębi przerażony mitem, śmiałym sposobem wyrażania się lady Jane, a przede wszystkim tym, że wykazał się taką ignorancją. – Ci boscy starożytni! – westchnął. – Takie historie! Swoją drogą – dodał szybko, kiedy dzieci, które skończyły już tańczyć, przebiegały obok nich – my wolimy nazywać ją Mathinna.

Lady Jane zazwyczaj nie spoufalała się z dziećmi, teraz jednak wyciągnęła rękę i chwyciła Mathinnę za ramię. Dziewczynka zaczęła się odwracać z szerokim uśmiechem, aż wreszcie zobaczyła białą kobietę, która ją zatrzymała.

– Pięknie tańczysz – stwierdziła lady Jane.

I nagle zawstydzona dziwną spontanicznością swojego zachowania, puściła ramię Mathinny. Dziewczynka uciekła, a Protektor zaczął mówić o nowym cmentarzu, który gubernator z małżonką mieli obejrzeć. Połączenie uniesienia z tragedią w sercu tak małego dziecka zaintrygowało jednak lady Jane.

Litość, kiedy już się na nią zdobywała, stanowiła dla niej poważne i straszliwe uczucie. A może po prostu wolała obserwować dzieci, niż oglądać cmentarz. W każdym razie z takiego czy innego powodu uparła się, by powróciły i odtańczyły jeszcze jeden taniec.

Przyglądając się Mathinnie po raz drugi, poczuła, że rozumie tę dziewczynkę. Wyobraziła sobie jej rozpacz, potrzeby, marzenia. Gdy potem wspinali się pod górę na cmentarz, narzuciła wściekle szybkie tempo, pozostawiając zasapanego sir Johna dość daleko w tyle. Biegający między nimi Protektor, chociaż odczuwał ulgę na myśl, że oboje wspierają go w jego dziele, spostrzegł, że lady Jane myślami błądzi gdzie indziej. Medytowała nad tańczącą Mathinną i nad tym, że poruszała się tak powoli, wyraziście oraz przejmująco.

– Można by wręcz powiedzieć – zwróciła się do sir Johna, kiedy ją wreszcie dogonił przy cmentarnej bramie – że jej ciało myśli.

Tymczasem ciało sir Johna nie sprawiało wrażenia, że odznacza się żywą inteligencją bardziej niż wypielęgnowana dynia. Mimo to lady Jane od dawna wyczuwała, że w jej małżonku kryje się jakiś mechanizm, duch albo namiętność, które czekają tylko, żeby je uruchomić. Początkowo w myślach nazywała sir Johna Niedźwiedziem, bo tak go sobie właśnie wyobrażała: jako wielkiego niedźwiedzia w stanie hibernacji. Byli już jednak przeszło dziesięć lat po ślubie, a ona ciągle czekała, żeby się obudził, i trzepotała się wokół jego wybitności niczym ćma.

Równie drobna jak on duży, lady Jane może uchodziłaby za piękną, gdyby zdecydowała się podkreślać walory swojej urody. Wyglądało jednak na to, że raczej nie dba o nie. I nawet jeśli niezupełnie tak było, to niewątpliwie jej natura pozostawała w nieustannej sprzeczności sama ze sobą. Pragnienie przystosowania się do otoczenia i uzyskania jego aprobaty, które odziedziczyła po matce, córce zubożałego szlachcica, szło w niej o lepsze z energią i wiarą w siebie, które przejęła od ojca, właściciela młyna z Northern Midlands. Podobnie jak jej matka lady Jane wyszła za mąż, by podnieść swój status społeczny, i zgodziła się poślubić podstarzałego polarnika, którego w tamtym czasie londyńska socjeta traktowała jako ważną osobistość i największego podróżnika od czasów Drake’a i Raleigha. Podobnie jak jej ojciec przekonała się, że nudziarstwo sir Johna było niczym węgiel: dobre tylko wtedy, kiedy można było je wykorzystać jako paliwo napędzające jakiś złożony mechanizm.

Rozmawiała z nim o historii, pejzażach, malowniczych ruinach i zawrotach głowy, które zaczęły jej dokuczać, kiedy w dzieciństwie wśród nieprzebranych tłumów, złożonych z przedstawicieli najniższych warstw społecznych Londynu, oglądała przejazd konduktu pogrzebowego lorda Byrona. Wydało się jej wtedy, że spada i będzie spadać dalej w nieskończoność. Sir John w odpowiedzi robił żonie wykład o raportach nawigacyjnych, zarządzeniach admiralicji, zorzach polarnych i o tym, jak pyszne są ozory reniferów, kiedy się je odpowiednio przyrządzi, bo skórka schodzi z nich wówczas jak skarpeta. Nie łączyło ich nic poza szacunkiem dla wszelkich rytuałów. Bez względu na to, co lady Jane sądziła o perspektywie zjedzenia czegoś, co mogło zalatywać brudnymi nogami, podobała jej się mężowska powaga, chociaż niesłusznie brała ją za osiągnięcie, w którym może mieć swój udział.

Sir John od początku okazał się jednak ucieleśnieniem nudy i jeśli trudno było pogodzić aurę romantyzmu, otaczającą jego nazwisko, z apatią, w jaką można było popaść w jego towarzystwie, to z czasem stało się jasne, że można go zmienić i że to ona może zostać główną twórczynią jego reputacji. Lady Jane postanowiła więc, że będzie zarówno jego muzą, jak i stworzycielką.

Jej aspiracje wynikały z tego samego źródła co wstydliwość i energia: były dziedzictwem po ojcu. Od pierwszych dni małżeństwa zniechęcała sir Johna do stosunków intymnych. Brzydziła się go, dźwięków, które wydawał, jego ciała i twarzy, ponieważ przypominał jej o wszystkim, o czym przez całe życie starała się nie tylko nie pamiętać, ale co usiłowała wręcz wypalić w sobie i zastąpić doświadczeniami niejako wyższego rzędu. Od czasu do czasu sir John się zapominał i ulegał swoim najniższym instynktom: w takich sytuacjach lady Jane uważała się za chodzący przykład tolerancji wobec owej ohydnej zwierzęcości, którą jest mężczyzna. Znosiła powtarzające się nieporadne, nudne zbliżenia, palcówki muzyka głuchego na reakcje kobiecego ciała. Z czasem zaczęła uważać mężczyzn za istoty słabsze – chociaż oczywiście zdeprawowane – i niewolniczo oddane niepohamowanym animalnym żądzom, co w jej przypadku tchnęło tym większą ironią, że nigdy nie doprowadziły one do narodzin dziecka.

Mimo wszystko wierzyła w swojego męża. Nie miała wyboru, zaczęła się już starzeć, a poza tym po swoim pierwszym rozczarowaniu jego nudziarstwem i brakiem ikry przekonała się, że jest nieoczekiwanie uległy i daje się ciągnąć drogą, jaką wyznaczały jej ambicje i namiętności. Zdała sobie sprawę, że główną zaletą sir Franklina jest wytrwałość. To właśnie ona pozwoliła mu przetrwać koszmar Arktyki w czasie jego słynnych wypraw z 1819 i 1821 roku i to ona sprawiała, że zgadzał się bez sprzeciwu czy też komentarzy na wszystkie jej marzenia i plany. Był jej tańczącym niedźwiedziem.

Z tej przyczyny nie opierał się przed różnymi propozycjami żony, takimi jak wytępienie węży na Ziemi Van Diemena, za których skóry mieliby płacić – z własnej kieszeni – po szylingu za sztukę. Zrezygnowali z tego pomysłu dopiero, kiedy zubożeli o sześćset funtów, węży na wyspie nadal było pełno, a tymczasem pojawił się i porządnie okrzepł nieznany wcześniej zawód hodowcy tych gadów. Sir John zgodził się też odwiedzić aborygeńską osadę na Flinders Island, chociaż zupełnie go nie interesowała. Lady Jane oświadczyła, że krajowcy z Ziemi Van Diemena są naukowym kuriozum, równie nadzwyczajnym jak zebra kwagga, biegająca swobodnie po Ménagerie du Jardin des Plantes. Teraz zaś orszak gubernatora zasiadał do obiadu w domku Protektora, słuchając wspaniałych i – co trzeba dodać – dość rozwlekłych opowieści gospodarza o jego historycznej misji koncyliacyjnej.

– Jego było królestwo wielkich gór i dzikich rzek – mówił Protektor, gdy uprzątano talerze z drugim daniem, czyli pieczoną walabią. – Lasy i majestatyczne plaże w zachodniej części Ziemi Van Diemena.

Wydawało mu się, że chwile ciszy mają ogromne znaczenie, i nauczył się zatrzymywać na sobie uwagę przy stole, zarówno popadając w milczenie, jak i przemawiając, brał jednak uprzejmość gości za narastający zachwyt. Powiódł spojrzeniem po zebranych przy obiedzie wybitnych osobistościach – sir John, lady Jane, pół tuzina ich pachołków i sługusów – a także jego dwór: syn, żona i katecheta, Robert McMahon, ubierający się w najgorsze łachy od tragicznego utonięcia swojej ciężarnej żony, która zginęła, schodząc ze statku w czasie straszliwej burzy. Protektor zastanawiał się, czy któreś z nich ma choćby najmniejsze pojęcie, jaka to ciężka praca, stworzyć tak wspaniałą tragedię i postawić samego siebie w jej centrum.

– Bo był to król, rozumieją państwo... – powiedział w końcu, podnosząc rękę, by tym bardziej podkreślić swój uroczysty głos, mówił bowiem o miejscach i ludziach jak gdyby od dawna zaginionych w innej epoce, w średniowieczu, w czasach najazdów normańskich, gdy topory wikingów lśniły w porannym słońcu u ujścia rzeki, w światach tylko słabo wyczuwanych w kłębowisku mitów i podniosłych zdań. I chociaż wszyscy wiedzieli dobrze, że mówi o ludziach i wydarzeniach sprzed mniej niż dekady, to zdawał sobie sprawę, że chodzi już o inną epokę, dla której był zarówno Normanem, jej ostatecznym niszczycielem, jak i Bedą, jej jedynym kronikarzem.

– I zamierzał pan takich upadłych imperatorów zmienić tu w silnych rolników? – spytała lady Jane. – Czy takie rzeczy są możliwe z punktu widzenia nauki, panie Robinson?

Protektor zaczął to, co określał mianem „misji przyjaźni”, z mglistą nadzieją, której właściwie nie było nawet warto nazywać ambicją. Opanowało go pragnienie, którego na dobrą sprawę nie był w stanie zrozumieć, a kiedy zgasło, nie potrafił pojąć, co się stało. Jeden świat się skończył, drugi zaczął, a on nie przemieszczał się już przez stary świat w zadziwieniu, bo utkwił w Wybalenna, w nowym koszmarze, z którego nie mógł uciec. Uśmiechnął się. Wyciągnął ręce przed siebie.

– O takich sprawach decyduje Bóg, szanowna pani. Jak nauka mogłaby Mu się sprzeciwić? Poza tym – ciągnął – ten człowiek był bardzo do mnie przywiązany. Poznałem go w 1830 roku.

Powiedział to takim tonem, jak gdyby chodziło o jakiś nowy modny klub londyński. Ale wspomniany monarcha nie siedział w ciemnym kącie Ateneum w sercu największego miasta świata. I nie był znany jako Król Romeo, chociaż takie miano miał nadać mu Protektor w innym czasie i świecie, w tej absurdalnej, odwróconej do góry nogami, skundlonej imitacji Anglii. Opowieść, którą snuł dalej, mówiła o odwadze i szlachetności, o dziecinnym lęku, jakim odznaczają się dzicy, i o ocalonej w końcu rodzinie, prawdziwa historia Króla Romea wyglądała jednak całkowicie inaczej.

Dawniej Romeo nazywał się Towterer. Stał na kamiennym usypisku na zboczu bezimiennej góry, wznoszącej się pośrodku wielkiego, nieoznaczonego na mapach pustkowia. Oczywiście nie znał map. A gdyby mu nawet jakąś pokazano, pomyślałby, że to idiotyzm – bo przecież mieszkał nie na wyspie, ale w świecie, w którym czas i rzeczywistość są nieskończone, a prawdę przekazują święte opowieści. Był wysokim, potężnie zbudowanym, ostrożnym i czujnym mężczyzną. Nosił przewieszoną przez ramię skórę białego kangura. Wzdłuż odległej grani przyszli ku niemu ludzie, których przybycia się obawiał, ale których postanowił się nie bać. Święte opowieści nie zapowiadały żadnej tragedii, a poza tym Towterer ufał swojemu sprytowi.

Dawniej Protektor nie był Protektorem. Chociaż kilku ludzi nadało mu inny przydomek – Mediator – większość białych znała go jako George’a Augustusa Robinsona, które to nazwisko czarni swoim zwyczajem skrócili do Gustera. I to właśnie kiedy śnił o sobie jako o Mediatorze, chociaż nazywano go Gusterem, przyszedł na tę górę w towarzystwie swoich oswojonych czarnych, żeby porozmawiać z Towtererem.

Zimny deszcz siekł mocno, ludzi Robinsona oblazło robactwo, a ich kiepskie nastroje pogłębiała jeszcze paskudna choroba. Od miesiąca wędrowali po tej zdumiewającej ziemi, zamierzając dotrzeć do najdalszych plemion, lecz nie schwytali ani jednego krajowca. Wyrąbywali przejścia przez zimne lasy deszczowe, tracili orientację w chmurnych ogrodach wiszących mchów, zdobiących wstęgami niebo, szli po wielkich plażach ogłuszanych gniewnym oceanem, wznoszącym się i opadającym jak płynne pasmo górskie, wspinali się na skalne granie, cierpiąc ból samotności w obliczu otaczającego ich ze wszystkich stron bezmiaru. Ale dopiero teraz, gdy powitali tego wysokiego Aborygena, wydawało się, że niepomyślny los wreszcie się od nich odwrócił.

Towterer zachował ostrożność w odpowiedzi, mówił niewiele, Robinsona i jego ludzi powitał jednak gościnnie. Zaprowadził ich do wąwozu, potem wzdłuż strumienia i na leśną polanę, na której stała wioska, typowa dla plemion zachodnich, złożona z kilku krytych strzechą kopulastych chat, mogących pomieścić do dwudziestu osób. Mimo to grupa Towterera liczyła tylko – albo aż – trzydzieści osób, zależy, jak na to spojrzeć. Być może, myślał Robinson, przybyły tu już roznoszone przez białego człowieka plagi, siejące spustoszenie wśród krajowców na zasiedlonym wschodzie i będące obrzydliwym zwiastunem jego przybycia.

Deszcz zelżał, a potem całkowicie przestał padać, chmury odsłoniły nocne niebo usiane gwiazdami i zatrzeszczało wielkie ognisko. Tubylcy zaczęli obmacywać Robinsona po całym ciele, by sprawdzić, czy ma kości i czy nie jest duchem. Zmusili go, żeby poczernił sobie twarz, jak gdyby dzięki temu łatwiej przyszło go im zaakceptować. Potem wszyscy czarni, zarówno dzicy, jak i oswojeni, zaczęli tańczyć i śpiewać w środku lasu. W końcu Robinson dał się przekonać ich pochlebstwom i dołączył do nich, chociaż wstydził się i tańczył niezgrabnie. Przez południowy nieboskłon przepłynęła jutrzenka, fale czystego ducha, mętne wstęgi czerwonego i zielonego światła, toczące się przez świat. Towterer zaczął nalegać, by Robinson się rozebrał. Przytłoczony logiką, której nie pojmował, biały zdjął ubranie.

Na chwilę osaczyła go przerażająca myśl, że tego właśnie naprawdę w życiu pragnął. Skakał, tupał i fruwał nago, pogrążony w dziwnym zatraceniu pod gwiazdami Południa. Czy to była jego prawdziwa nagroda, a nie pieniądze, które by otrzymał, gdyby przyprowadził ze sobą wszystkich tutejszych krajowców?

Wspominał później tę sytuację jako absurd, ale wtedy, kiedy skakał i krzyczał, kiedy błyskały płomienie, a on czuł ich niepokojący żar na swoich nagich udach i w kroczu, nie wiedział, co się z nim dzieje, nie umiał tego opisać. Tamtej nocy wlał się w niego wszechświat, Robinson był otwarty na wszystko, żył dla innych ludzi i dla siebie w sposób, którego nigdy wcześniej nie doświadczył. Czuł, że wisi między gwiazdami i górami, lasami i ogniskiem. Taniec był oszałamiający, figlarny i ekscytujący. To nie miało sensu. Przekraczało jego rozumienie. Przez chwilę – być może jedyną taką w swoim życiu – poczuł, że jest wolny i wcielił się w coś, co go przekraczało.

To nie mogło trwać długo.

Kiedy wrócił do namiotu i zobaczył swoje pełnomocnictwo, wystawione przez gubernatora Arthura, włożone między pierwsze kartki dziennika, nagle sobie przypomniał, czego się od niego oczekuje i kim naprawdę jest. Przybył tu z bardzo konkretnego powodu i jego podróż nie mogła się zakończyć inaczej niż pojmaniem miejscowych krajowców i sprowadzeniem ich do świata, w którym Robinsona witano tylko nieznacznie bardziej gościnnie niż ich. A robił to wszystko po to, aby wywyższyć siebie i swoją rodzinę, żeby zrobić karierę i zyskać sławę jako człowiek ważny i szanowany, mile widziany na salonach wytwornego towarzystwa, w świecie, w którym nikt nie tańczył nago i nikt się przed nikim nie otwierał; przeciwnie, tam wszyscy starali się raczej zamykać siebie i wszystko dokoła.

Poczuł, że jest skazany na zagładę, podobnie jak jego współtowarzysze w tańcu.

A kiedy takie myśli zmąciły mu rozum, głowa Robinsona zrobiła się cięższa. Jego umysł, w którym ładu pilnowała religia, mógł traktować taki bezład tylko jako herezję. W głowie miał pełno idei, o których wiedział, że są nie tylko bluźniercze, ale i szatańskie. Zastanawiał się, czy Bóg istnieje jedynie jako ostateczna bariera, która oddziela człowieka od jego duszy. Potem zostało mu już wyłącznie wspomnienie dziwnych śpiewów i szalonego czerwonego światła ogniska, igrającego na skórze ich wszystkich, a później zapadł w sen.

Obudził się nagle przed świtem, zdając sobie sprawę z czyjejś nieprzyjemnej obecności. Usiadł, instynktownie się odwrócił i ujrzał siedzącą za jego plecami u wejścia do namiotu młodą Aborygenkę, która najwyraźniej nad nim czuwała. Spróbował ją przepłoszyć, a wtedy dziewczyna długim patykiem wskazała jego plecak, gdzie miał schowane trzy pistolety.

Wiedzieli o tym od początku.

Jak bardzo żałował, że nosił przy sobie broń! Zrozumiał, że mu nie ufają, bez względu na to, jak często deklarował dobre intencje i niechęć do brania jeńców, bez względu na to, ile dawał im herbaty i chleba, a nawet na to, że zrzucił ubranie i dołączył do nich w lubieżnym nagim tańcu. Nigdy nie zamierzał używać broni wobec nich, bo widział, jaką katastrofalną porażką kończy się podobne postępowanie. Te pistolety były wyłącznie do samoobrony, do użytku w skrajnej ostateczności.

Jego metody były inne – perswazja i zdrowy rozsądek – za jego argumentami i tak zawsze stali bowiem ludzie z bronią. Po co grozić i strzelać do tubylców, skoro inni mogą to zrobić za ciebie? Grupa Robinsona była zaledwie jednym z wielu zespołów przeczesujących busz w poszukiwaniu Aborygenów, lecz tylko jego oddział obiecywał życie, a nie śmierć, prawda?

Z nadejściem poranka kobiety z plemienia Towterera zniknęły. Towterer powiedział, że poszły łowić ryby, ale choć zapadł już zmrok, jeszcze nie wróciły. Krajowiec nadal uważnie słuchał argumentów Robinsona, jak gdyby zniknięcie połowy jego plemienia nie było niczym ważnym.

Z pomocą tłumacza, swojego aborygeńskiego porucznika, Czarnego Ajaksa, Robinson powiedział Towtererowi, że Aborygeni nie mogą wygrać tej wojny i że proponuje im ostatnie i jedyne realistyczne wyjście: azyl na wyspach w Cieśninie Bassa w zamian za ich ziemie. Na wyspach dostaną żywność i wszystko, co dobre ze świata białych: ubrania, schronienie, herbatę, mąkę i Boga. Był tak przekonujący, że uwierzył niemal samemu sobie. Drugiej nocy las znowu rozbrzmiał echem aborygeńskich śpiewów i tańców, a Robinson znów zasnął i znowu raptownie zbudził się przed świtem.

Tym razem jednak tubylcy nie postawili wartownika w jego namiocie. Dzicy czarni zniknęli w mroku nocy co do jednego, nie budząc nawet krajowców Robinsona. Ludzie Towterera nie chcieli dać się zniewolić, choćby nie wiadomo ilu kłamstwom.

Kiedy trzy lata później Robinson wrócił na południowy zachód, wszystko się zmieniło. Schwytał tych czarnych, którzy uniknęli zagłady w czasie wojny, i wysłał ich do obozu jenieckiego na Flinders Island, z którego potem wyrosło miasto Wybalenna. Na wolności w najdalszej głuszy pozostało tylko niewielu Aborygenów. Władze uważały za absolutnie konieczne, żeby ich też stamtąd wyprowadzić i w ten sposób raz na zawsze pozbyć się zagrożenia, jakie mogły dla nich stanowić powtarzające się zbrojne powstania czarnych.

Robinson powiedział swoim oswojonym krajowcom, że odtąd aby osiągnąć ostateczny cel, mogą używać siły. Jego niewielki biały oddział wyciągnął broń, czarni utwardzali zaś ostrza swoich dzid w ogniu. W czasie burzy, która wydawała się nie mieć końca, Czarny Ajaks wyruszył na południe z grupą Aborygenów, a Robinson czekał na niego, wydawszy mu rozkaz, którym było tylko jedno słowo:

– Towterer.

Bo Robinson nie zapomniał wodza z południowego zachodu ani jego ostrożnych, sprytnych uników. W przeciwieństwie do innych przywódców plemiennych Towterer nie był uległy, nie dał się oszukać i nie okazał się na tyle głupi, by zaatakować białych albo uciekać. Był dość odważny, żeby nawiązać z nimi przyjazne kontakty, i dość przebiegły, aby po cichu odejść.

Tydzień później Czarny Ajaks i jego ludzie wyłonili się z szarzyzny deszczu ze śniegiem, prowadząc ośmiu dzikich Aborygenów. Towterera między nimi nie było, ale na ramieniu Ajaksa wisiało nosidełko ze świeżej kangurzej skóry. Tubylec podszedł do Robinsona i przesunął nosidełko na pierś. W szarej, powleczonej krwią skórze leżało maleńkie dziecko, niepotrafiące jeszcze nawet raczkować. Była to córeczka Towterera.

Czarny Ajaks opowiedział o tym, jak jego zbrojni urządzili w czasie burzy zasadzkę na Towterera i nielicznych niedobitków z jego plemienia. Twierdził, że Towterer porzucił dziecko, by uciec ze swoją żoną, Wongerneep.

Robinson zanotował tę nieprawdopodobną historię Czarnego Ajaksa w dzienniku, ale w nią nie uwierzył. Był pewien, że Ajaks porwał dziecko na przynętę, chcąc zwabić Towterera w pułapkę. Podziwiał przebiegłość swojego porucznika i odniósł się z szacunkiem do jego talentów dyplomatycznych, które kazały mu wymyślić bajeczkę o porzuconej córce.

Następnego dnia wypogodziło się niedługo przed świtem: brudne chmury pierzchły, pozostawiając za sobą intensywnie błękitne, chociaż chłodne niebo. Zmienili się też ludzie Towterera, stali się gburowaci i niespokojni. Obawiając się, że mogą uciec, Robinson rozkazał swoim ludziom ich otoczyć: oswojeni tubylcy stanęli wokół nich z uniesionymi dzidami, a biali z naładowaną bronią. Pod taką zbrojną strażą nieszczęsnych współplemieńców wodza odprowadzono do tymczasowego obozu w Hell’s Gates.

Robinson musiał ich zastraszyć i cierpiał z tego powodu. Rozbolała go głowa, a na widok jeńców żołądek podchodził mu do gardła.

„Darzę tych ludzi niezmiennie największym współczuciem” – zapisał tego wieczoru w swoim dzienniku.

Chciał się pomodlić, lecz kiedy odłożył pióro, poczuł w spodniach coś ciepłego i śliskiego i zrozumiał, że zrobił pod siebie. Był słaby, umysł miał jednak jasny i spokojny. Postanowił, że nie będzie nic jadł, póki biegunka nie minie; potem ruszy na południe i sam wyłapie ostatnich tubylców. Wiedział, że to nie będzie trudne. Przecież miał ich dziecko.

Dwa dni później, wyruszywszy o świcie ze swoim synem i czterema oswojonymi krajowcami, wędrował po ścieżkach wypalanych przez Aborygenów w lasach i na torfowiskach. Zaledwie półtora dnia później, kiedy na płaskowyżu dostrzegli Towterera i Wongerneep, Robinson kazał swojemu oddziałowi położyć się na ziemi, a sam zbliżył się do poszukiwanych tylko w towarzystwie czarnoskórej kobiety, która była jego tłumaczką.

Towterer traktował Robinsona zupełnie inaczej niż w czasie pierwszego spotkania. Wyglądało na to, że nie posiada się z radości na jego widok, i oświadczył, że uważa go za starego, drogiego przyjaciela. W końcu zapytał o swoją córkę. Powiedział, że ma na imię Mathinna.

– Już się uczy modlić – odparł Robinson. – Czeka ją naprawdę świetlana przyszłość.

Towterer powiedział, że szanuje Robinsona pod każdym względem, na równi z członkami swojej rodziny. Wymyślił sobie nową ideę równości, żeby jakoś wytrzymać zniewolenie, a może nawet z nim walczyć. Choć była to iluzja, można było również uznać ją za próbę zniwelowania straszliwie wysokiej ceny, jaką miał zapłacić za odzyskanie uprowadzonej córki.

– A ja szanuję ciebie i twoją rodzinę co najmniej w takim samym stopniu – odrzekł Robinson. – Tak bardzo, że chciałbym, żebyś poszedł ze mną i odnalazł dziewczynkę, potem zaś razem moglibyśmy wyruszyć w cudowną podróż i zacząć nowe życie.

W wylewnym zachowaniu wodza było coś wymuszonego, Robinson dostrzegł w nim jednak także pewien autentyzm: zrozumienie, że odtąd będą się do siebie odnosić właśnie w ten nowy sposób. Towterer chciał bowiem odzyskać córkę i z pewnością nie był głupi, a Robinson chciał dostać Towterera i był dla niego jedyną drogą prowadzącą do dziecka. Biały człowiek poczuł, że jego żołądek wreszcie się uspokaja.

Burzliwego poranka cztery dni później pchany ciepłym, północno-zachodnim wiatrem pojawił się wreszcie pod pełnymi żaglami bryg „Gulliver”, wynajęty do przewozu schwytanych przez Robinsona krajowców do rozrastającej się tubylczej osady na odległej Flinders Island.

„Darzę tych ludzi niezmiennie...” – zaczął pisać tej nocy w dzienniku Protektor, wyglądając z namiotu na żałosne resztki plemienia oczekujące na wygnanie z ojczyzny. Przerwał jednak i wykreślił to zdanie. „Przyb. kap. Bateman. 5 ppoł. Wiatr ppz.” – zaczął jeszcze raz.

Bateman powiedział mu, że w ciągu trzynastu dni w osadzie na Flinders Island zmarło trzynastu krajowców. Robinson odnotował to w dzienniku, lecz nie zapisał komentarza kapitana.

– Padają jak muchy.

Kapitan wyraził zdumienie, słysząc o nieustających sukcesach Robinsona, który miał wyraźnie lepszy humor i czuł się lepiej, bo nie bolały go już żołądek ani głowa. Zapomniał o tańcu pod gwiazdami południowego nieba.

„Powiedzenie veni, vidi, vici dobrze do mnie pasuje” – napisał.

Śmierć Wongerneep, która nastąpiła rok po ich przyjeździe do Wybalenna, zamiast przygnębić jej córkę, odniosła dziwnie przeciwstawny skutek: mała zrobiła się bardziej przyjacielska, ożywiona i bardziej zainteresowana tym, co robią inni. I to pomimo wielkiej wściekłości, w jaką wpadł Protektor, kiedy się dowiedział, że zamiast sprawić żonie chrześcijański pochówek na cmentarzu, Towterer zaniósł jej ciało na szczyt Flagstaff Hill i zbudował tam stos, na którym spalił zwłoki. Mathinna patrzyła, jak dym unosi się ku gwiazdom i wprawia księżyc w drżenie, kiedy na dole jej matka paliła się i obracała w popiół.

Od tamtej pory dziewczynka ciągle wydawała się kręcić dorosłym pod nogami, jak gdyby w poszukiwaniu nowej matki, ale chociaż była jeszcze taka mała, wiedziała już, że lepiej być pomocną, niż sprawiać kłopoty. I tak wyrosła na pełne życia dziecko, które wydawało się nie podlegać narastającemu przygnębieniu i apatii, ogarniającym osadę Wybalenna, i słuchała opowieści ojca o świecie, w którym czas i rzeczywistość są nieskończone, a cała wiedza pochodzi ze świętych opowieści.

– I ten czarnuch, panie Robinson – zapytał sir John – ten Tutteraramadżig czy jak mu tam... Powiadasz pan, że było w nim coś majestatycznego?

W odpowiedzi Protektor, który zakończył okrojoną opowieść o spotkaniu z Towtererem, właściwie nie ujawniając w niej nic, co się naprawdę zdarzyło, wstał, podszedł do kredensu i wziął drewniane pudełko koloru słomy, wyglądające jak pudło na kapelusze.

Niczym najświętszy sakrament wniósł szkatułę w krąg zalewającego stół światła kandelabrów.

– To jest drewno z Ziemi Van Diemena, z sosny huon – powiedział. – A pudełko zrobił pod moim nadzorem Marek Antoniusz.

Krzesła zaszurały po drewnianej podłodze, gdy biesiadnicy zadrżeli niczym czułki przestraszonego anemona morskiego i raptownie przysunęli się bliżej, by lepiej zobaczyć to cudo.

– Wyglądał jak Saracen – powiedział Protektor – a nosił się jak Saladyn.

Podniósł wieko. Goście przy stole wpatrywali się bez słowa w trudny do rozpoznania kształt, formujący się i rozpływający w jakby tłustych cieniach, który wreszcie przybrał niewątpliwie postać ludzkiej czaszki.

– Przedstawiam wam Króla Romea, ostatniego z królów z Port Davey.

Po kilku chwilach szeptów lady Jane, zachwycona swoim darem, a jeszcze bardziej opowieścią o jego pochodzeniu – która czyniła „ich czaszkę”, jak teraz o niej myślała, jednym z najwspanialszych okazów wśród pamiątek po przedstawicielach rasy aborygeńskiej – podziękowała Protektorowi za „taki wyjątkowy prezent” i ożywiła się.

– I to właśnie Król Romeo – spytała – był ojcem tej ładnej dziewczynki, którą widzieliśmy tańczącą dziś po południu?

– Tak jest – odparł Protektor.

– A zatem ta kochana mała nie ma matki, ojca ani żadnej rodziny?

– Ma rodzinę, szanowna pani, ale nie bliską. Tubylcy podchodzą do tych spraw w sposób bardziej swobodny, a jednocześnie bardziej skomplikowany niż my. Dla nas rodzina jest jak sznur, dla nich zaś koronka.

– Ale jest sierotą.

– Wedle naszego rozumienia: tak – odrzekł Protektor.

– Nikt nie może wątpić w to, że wykonuje pan tu dobrą robotę, panie Robinson – stwierdziła lady Jane, głośniej, bo na zewnątrz rozszczekał się jakiś pies, a potem drugi i kolejne, aż wreszcie zaczęła ujadać cała niezliczona, jak mogło się wydawać, populacja miejscowych, na wpół zagłodzonych kundli. – Czy można jednak przedstawić lepszy dowód wartości pańskich dokonań, niż podnieść któregoś z tych ludzi do wyższej klasy i rangi? – Zwróciła się do męża. – Nie uważasz, sir Johnie?! – zakrzyknęła.

Jej zdziwiony małżonek mruknął, że się zgadza, psy przestały przeraźliwie szczekać, a potem sir John już nieco pewniejszym tonem oświadczył, że byłby to duchowy eksperyment wart zachodu zarówno dla nauki, jak i dla Pana Boga.

– Jeżeli rzucimy boskie światło na zatracone dusze, ci ludzie staną się warci nie mniej niż my – powiedział. – Najpierw jednak trzeba wyprowadzić ich z ciemnoty i uwolnić od jej barbarzyńskich wpływów.

Przed przyjazdem lady Jane poprosiła na piśmie o taki właśnie okaz na potrzeby nauki – o czaszkę człowieka należącego, jak to określiła, do „ginącej rasy” – i Protektor z radością spełnił jej prośbę. Lecz kiedy obcinał głowę swojemu przyjacielowi, a potem rozbierał ją, gotował i preparował, myśląc z radością, że trafi w ręce takich wspaniałych ludzi, żywo interesujących się nauką, ani trochę nie spodziewał się prośby, która właśnie padła przy jego stole. Podano następne danie, pieczone czarne łabędzie, a lady Jane oznajmiła, że pragnie zaadoptować jakieś miejscowe dziecko – takim tonem, jak gdyby chodziło o ostatnią potrawę z długiego jadłospisu.

– Będziemy ją traktować jak własną córkę – powiedziała gubernatorowa.

– Wybiorę dla państwa... – zaczął Protektor.

– Źle mnie pan zrozumiał – odparła lady Jane, uśmiechając się słodko. – My już wybraliśmy.

I wymieniła imię dziecka, którego pragnęła bardziej od innych, imię tej dziewczynki, którą obserwowała w tańcu, przystrojoną w skórę białego kangura.

– Ją – powiedziała. – Mathinnę.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki