Wydawca: Amber Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2015

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 358 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Pragnienie - M.S. Force

Niewinna nauczycielka i władczy największy gwiazdor filmowy świata.

Marzenie milionów kobiet. Dlaczego wybrał właśnie ją?

Natalie ma dwadzieścia trzy lata i ze wszystkich sił stara się odgrodzić od przeszłości. Kiedy była piętnastolatką, przeżyła tragedię i zawód.

Odsunęła się od najbliższych i z uporem tworzy nową siebie: pogodną nauczycielkę, która po studiach przyjechała do Nowego Jorku.

Stroni od mężczyzn, chodzi na długie spacery z psem. I właśnie podczas spaceru spotyka przeznaczenie – Flynna Godfreya, największego gwiazdora filmowego… pogryzionego przez jej psa.

Od pierwszej chwili wiedzą, że to spotkanie zmieni wszystko. I od pierwszej chwili są świadomi, jak wiele ich różni. Ale namiętność przyciąga ku sobie skromną nauczycielkę i gwiazdora, w którego życiu jest tak wiele tajemnic. I prowadzi w świat gry zmysłów, jakiego ona sobie nie wyobraża…

Opinie o ebooku Pragnienie - M.S. Force

Fragment ebooka Pragnienie - M.S. Force

Korekta

Hanna Lachowska

Anna Raczyńska

Projekt graficzny okładki

Małgorzata Cebo-Foniok

Zdjęcie na okładce

© Vedran Vidovic/Hemera/Thinkstock

Tytuł oryginału

Virtuous

Copyright © 2015 HTJB, Inc.

First published HTJB, Inc.

Title of origin: VIRTUOUS: A Quantum Novel

Published by arrangement with the author

All rights reserved

For the Polish edition

Copyright © 2015 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-5634-4

Warszawa 2015. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-952 Warszawa, ul. Wiertnicza 63

tel. 620 40 13, 620 81 62

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja do wydania elektronicznego

P.U. OPCJA

Rozdział 1

Natalie

Zima w Nowym Jorku to kiepska sprawa. Paskudna szarość wisi nad miastem od listopada do późnego marca. Podczas pierwszej zimy w mieście doświadczyłam wszystkiego, od błotnistych kałuż, które potrafią przemoczyć nawet najbardziej odporne buty, przez oblodzone chodniki, po rozkoszne połączenie zapachu smażonej cebuli od ulicznych sprzedawców z tajemniczą parą z podziemnych kanałów, tworzące woń, której nie da się opisać.

Uwielbiam każdy śmierdzący, oblodzony, lodowaty szczegół. Gdy inni chowają się w domach, ja wychodzę z moją suczką, Pusią. Jej pełne imię to Stuknięta Pusia, ale nie oceniajcie mnie za to. Miałam dziewięć lat, kiedy ją tak nazwałam. Teraz, czternaście lat później, nadal jest moim najwierniejszym kompanem i jedynym elementem łączącym moje nowe życie z przeszłością. Chodzi ze mną wszędzie, oprócz szkoły.

Raz jeden próbowałam ją zabrać, ale już w drzwiach zatrzymała mnie pani Heffernan. Z kamienną twarzą oznajmiła, że szkoła to nie miejsce dla zwierząt. Nie ugięła się, nawet kiedy obiecałam, że cały dzień będzie siedzieć pod moim biurkiem i nie będzie się nigdzie kręcić. Tak zażarcie cytowała zasady BHP i regulaminu, że jej ślina prawie trafiła mnie w lewe oko. Odprowadzenie Pusi do domu kosztowało mnie jeden dzień urlopu. Przysięgam, że ilekroć mam przerwę lub wolne, pani Heffernan sprawdza, czy Pusia przypadkiem nie siedzi pod moim biurkiem.

Ponieważ nie mogę zabierać do szkoły mojego dziesięciokilogramowego dzieciątka, zatrudniam psią nianię, która zajmuje się nią w ciągu dnia. Idzie całkiem dobrze, z wyjątkiem jednej wpadki, gdy Pusia ugryzła pudla. Opiekunka się zirytowała, ale idę o zakład, że biedna Pusia tylko się broniła. Była oburzona i bardzo przejęta całą sytuacją. Powiedziałam jej, że musi się dobrze zachowywać, inaczej psia niania nas zwolni i będzie musiała siedzieć cały dzień w domu.

Od tamtej pory Pusia zachowuje się pierwszorzędnie.

Dziś nagradzam ją za dobre sprawowanie długim spacerem przez Village. Jest wczesny styczeń, ulicami hula lodowaty wiatr, powietrze wypełniają tumany śniegu. W tak mroźny nowojorski dzień nawet najtwardsi siedzą w domu, praktycznie więc całą ulicę Bleecker mamy z Pusią dla siebie.

Wszystko mnie tu fascynuje, bo jestem nadal nowa w mieście. Ja, dziewczyna z Nebraski. Uwielbiam architekturę i chaos, taksówki i rowery prujące przez miasto nawet w najzimniejsze dni. Uwielbiam stylowe kobiety w niesamowitych kreacjach, których nie wymyśliłabym nigdy w życiu, przystojnych mężczyzn, różnorodność, dredy, tatuaże, muzykę, teatr, kolczyki i jedzenie. Ignoruję ubóstwo, bezdomnych śpiących na dworze, brud, graffiti. Ogólnie więcej mi się podoba niż nie.

Przez pierwsze tygodnie po tym, jak przyjechałam, współlokatorka śmiała się ze mnie, bo dawałam pieniądze każdemu spotkanemu żebrakowi. Twierdziła, że jeśli z tym nie skończę, zbankrutuję jeszcze przed świętami. Przestałam więc, choć serce nadal mi się łamie, ilekroć mijam kogoś w potrzebie; chciałabym pomóc wszystkim. Najbardziej jednak uwielbiam to, że czuję się tu bezpieczna. Jeśli uważasz, że życie w takim mieście jest niebezpieczne, uznasz mnie pewnie za wariatkę. Ale kiedy przeżyje się to co ja, bezpieczeństwo to pojęcie względne. Według mnie na każdego, kto może cię zaczepić na ulicy, znajdzie się zaraz sto innych osób, które przyjdą ci z pomocą. To mnie podtrzymuje na duchu.

Oglądam wystawy sklepowe wzdłuż ulicy Bleecker, zatrzymuję się dłużej przy witrynie Marca Jacobsa, aż zimno zmusza mnie, by iść dalej. Początkujący nauczyciel może tylko pomarzyć o zakupach w tym sklepie, więc nie ma sensu wchodzić do środka, nie mówiąc już o tym, jakby się wściekli na widok Pusi.

Stanie bez ruchu nie wchodzi dzisiaj w grę. Twarz już mi zdrętwiała z zimna i zaczyna mnie boleć głowa, jak po dużej ilości lodów, tyle że bez przyjemności jedzenia. Chcę wracać do przytulnego mieszkania, które dzielę z koleżanką z pracy, ale moją uwagę przykuwa zgiełk dochodzący z placu zabaw na końcu ulicy.

– Pusia, zobaczmy, co się tam dzieje.

Przechodzimy przez ulicę i kierujemy się w stronę parku. Pusia mocno ciągnie na smyczy, ale nie wiem, czy coś zwęszyła, czy zobaczyła. Nauczyłam się, że albo pozwolę jej załatwić jej psie sprawy, albo będzie się dąsać cały dzień. Jest strasznie silna jak na tak starego, małego psa i prawie biegnę, żeby dotrzymać jej kroku.

Nie do końca wiem, jak opisać to, co stało się później. Przez chwilę biegniemy koło siebie, aż nagle ślizgam się na lodzie i przez chwilę trwam w zawieszeniu między katastrofą upadku a odzyskaniem równowagi. Udaje mi się utrzymać na nogach, ale Pusia zdążyła już wykorzystać chwilę nieuwagi, żeby się wyrwać. Smycz wysuwa mi się z ręki, suka wystrzela jak z procy na króciutkich łapkach, które poruszają się ze szczenięcą zwinnością.

Strach, że zginie zmiażdżona kołami taksówki sprawia, że biegnę za nią najszybciej, jak potrafię, wołając ją cały czas. Wpada w zakręt i na przerażającą chwilę znika mi z oczu, aż skręcam do parku i znowu ją widzę. Koncentruję się tylko na niej, boję się, że wybiegnie z parku prosto na ulicę.

– Pusia! Stój! Stój!

Biegnę tak szybko, że moje płuca płoną od zimna i wysiłku. Oczy mi łzawią zarówno ze zmęczenia, jak i lęku, że mój bezbronny, mały pies skończy pod kołami samochodu, jeśli go nie złapię – i to szybko.

– Pusia!

Uderzam w coś gwałtownie i jeszcze gwałtowniej upadam, lądując na plecach. Znasz to uczucie, kiedy obrywasz tak, że przez minutę – albo i dłużej – nie możesz złapać tchu? To właśnie ja, na ziemi na placu zabaw na ulicy Bleecker, wpatrzona w pochmurne, szare niebo, bez odrobiny powietrza w przerażonych płucach.

Zaczynam się nawet zastanawiać, czy nie umarłam. Może przejechał mnie autobus, taksówka, rower czy jakiś inny pojazd? A może jestem zawieszona między życiem a śmiercią? Wokół mnie zbiera się tłum, czuję na sobie wiele par oczu. Ludzie są zawsze bardzo ciekawscy, kiedy komuś dzieje się coś złego. Słyszę rozgniewane głosy. Wokół mnie zaczynają się przepychanki.

Nagle nade mną pojawia się twarz. Przystojna twarz. Męska twarz. Wydaje się zatroskany – i znajomy. Czy znam go z okolicy? Ktoś krzyczy, i to chyba jestem ja.

I nagle pojawia się Pusia, liże mnie po twarzy, skruszona i niespokojna. Wtedy już wiem, że nie umarłam – i ona też nie. Oblewa mnie fala ogromnej ulgi i rozluźnia klatkę piersiową, pozwala zaczerpnąć tchu, którego desperacko potrzebuję. Zimne powietrze w płucach wyrywa mnie z osłupienia. Spoglądam do góry w delikatne brązowe oczy, uprzejmą twarz, ściągnięte troską brwi.

– Hayden, zamknij się! – mówi uprzejma twarz.

Ma naprawdę ładne oczy i ciemne włosy przyprószone siwizną. Chcę sięgnąć do góry i odgarnąć mu je z czoła, żeby sprawdzić, czy są tak miękkie, na jakie wyglądają. Ma idealne usta, które aż chce się całować, a jego twarz jest uderzająca, urzekająca, i nadal wydaje mi się znana.

– Nie widzisz, że jest ranna?

Ten głos. Jest w nim coś znajomego. Chcę zapytać, czy się znamy, ale nie mogę mówić.

– Spieprzyła mi ujęcie!

– Powiedziałem, zamknij się!

– Sam się zamknij! Nie twoje ujęcie spieprzyła!

Uprzejmy nieznajomy patrzy na mnie i kładzie mi rękę na ramieniu.

– Dasz radę usiąść?

Staram się, bo tak ładnie prosi, a my z Pusią ewidentnie sprawiłyśmy obecnym duży kłopot.

Obejmuje mnie silnymi ramionami i pomaga usiąść. Jest tak blisko, że czuję zapach jego wody kolońskiej. Na myśl, że pachnie drogo, prawie zaczynam chichotać. Tylko że boli mnie klatka piersiowa, a Pusia robi awanturę, szczeka i stara się zdjąć ze mnie ręce mojego wybawiciela.

Wspominałam już, że jest trochę zaborcza, jeśli chodzi o mnie?

Mój wybawca wytrzeszcza oczy i sapie.

– Do diaska, ten cholerny pies mnie ugryzł!

Macha ręką, starając się odtrącić Pusię, której małe ciałko podryguje na końcu jego ręki. Szarpanina sprawia, że tylko trzyma mocniej. Mężczyzna krzyczy przeraźliwie.

Drugi, ten, który wcześniej krzyczał na mnie, biegnie mu z pomocą.

– Nie róbcie jej krzywdy!

Głos mi wraca, kiedy mają już rzucić biedną Pusią przez park, żeby tylko odczepić ją od ręki mojego wybawcy.

– Zdejmijcie ją ze mnie!

Wstaję i sięgam po nią. Przez ten szybki ruch trzęsą mi się nogi i kręci w głowie.

Na szczęście Pusia widzi, że wstałam, i sama do mnie przychodzi, uwalniając ofiarę.

– Cholera, ty krwawisz! – krzyczy ten drugi, Hayden. – Cholera, on krwawi!

Nie jestem pewna, do kogo mówi, aż nagle na tego miłego faceta rzuca się grupa ludzi i opatruje mu ranę.

– Musi jechać do szpitala? – pyta Hayden.

Jest wysoki, ma szerokie ramiona, ciemne oczy, jest szalenie przystojny i potwornie wściekły.

– Proszę, powiedzcie, że nie musi jechać do pieprzonego szpitala. Jeśli stracimy cały cholerny dzień…

– Hayden!

Ranny mężczyzna odpycha wszystkich od siebie i przeciera ranę wacikiem.

– Zamknij się, do cholery! Odejdź, odetchnij głęboko…

– Łatwo ci mówić, Flynn. To nie ty nadstawiasz dupsko, żeby dostarczyć wszystko na czas i zmieścić się w budżecie.

– Odejdź.

Hayden odchodzi rozwścieczony, wykrzykując polecenia do zebranych.

Wreszcie rozglądam się i widzę kamery, drabiny, oświetlenie, kable elektryczne wijące się po ziemi, namioty po jednej stronie i mnóstwo kręcących się ludzi. Mają niepewne miny.

– Przepraszam. Nie zdawałam sobie sprawy, że tu jesteście. Pusia… Uciekła mi i ruszyłam za nią.

Ośmielam się na niego zerknąć i wtedy doznaję olśnienia. Mój pies ugryzł Flynna Godfreya. Tego Flynna Godfreya. Pieprzonego Flynna Godfreya.

– Ty jesteś… O mój Boże. Tak mi przykro. Nie wiem, co ją opętało. Najpierw idziemy sobie ulicą, a potem… Ugryzła Flynna Godfreya.

Jego oczy błyszczą rozbawieniem.

– To nie jest śmieszne!

Nie mogę uwierzyć, że się śmieje.

– Ależ owszem.

– To nie jest śmieszne, do cholery! – krzyczy Hayden z drugiej strony parku.

– Zamknij się, Hayden.

Flynn nie spuszcza ze mnie wzroku.

– Wszystko w porządku? Tak mi przykro. Gryzie od niedawna. Ma czternaście lat i teraz jest większą terrorystką, niż kiedy była szczeniakiem. A ja paplam bez sensu. A ty jesteś Flynn Godfrey. – Robię krok do tyłu, marzę o tym, żeby po prostu zniknąć, zanim umrę z upokorzenia przed największym we wszechświecie gwiazdorem filmowym.

– Czekaj.

Stoję, bo co innego można robić, słysząc rozkaz z ust Flynna Godfreya?

– A z tobą wszystko w porządku? – pyta, ewidentnie zapominając o własnej ranie.

Od silnego blasku jego magnetycznego piękna brak mi słów, więc tylko kiwam głową.

– Na pewno?

– Tak – wyduszam z siebie przez dziwnie ściśniętą klatkę i gardło. – A ty?

– To tylko zadrapanie. Nie ma się czym przejmować.

– Tak, eee… Miło było cię poznać. Jestem twoją wielką fanką. Może nawet największą. Ale nie jestem żadną psychofanką ani nikim w tym stylu. – Znowu to robię. Bełkoczę przed największą gwiazdą filmową na świecie. – A teraz przestanę już mówić. Jeszcze raz przepraszam, że zakłóciłam wam pracę. Jemu też powiedz, że przepraszam. – Kiwam głową w kierunku Haydena. Nadal ciska gromy i głośno narzeka i, nagle, nie chcę już tu być, bo jego zdenerwowanie zaczyna mnie przerażać.

Łapię mocniej Pusię i szybko się wycofuję, prawie potykając się o przewód na drodze do wyjścia z parku. I wtedy widzę olbrzymie napisy zawieszone na bramie. „Zamknięte na potrzeby filmu”. Świetnie.

Dotkliwie świadoma tego, że wszyscy obecni obserwują moją ucieczkę – w tym Flynn Godfrey, największa gwiazda kina we wszechświecie – idę najszybciej, jak mogę, na trzęsących się nogach.

Za sobą słyszę głośne męskie głosy. Kłócą się. A potem słyszę jego głos.

– Hej, zaczekaj. Nie odchodź.

Mówi do mnie? Boję się zatrzymać i sprawdzić, więc przyspieszam. Pusia wierci mi się na rękach, żeby zejść na ziemię i maszerować razem ze mną.

– O nie, panienko. Masz szlaban.

Skomle i dalej mi się wyrywa.

– Nawet nie waż się mnie ugryźć, słyszysz?

– Zaczekaj!

To on, i woła do mnie. Choć wszystko każe mi biec, uciekać, coś sprawia, że się zatrzymuję i obracam. Znacznie później spojrzę na tę decyzję jak na jeden z tych zmieniających życie momentów, o których znaczeniu nie masz pojęcia, kiedy się dzieją, ale post factum dostrzegasz, jak bardzo były istotne.

W każdym razie…

Biegnie za mną. Flynn Godfrey biegnie za mną.

Nieliczni przechodnie na ulicy Bleecker zatrzymują się, żeby mi się przyjrzeć. Nawet w lodowatej temperaturze widok największej gwiazdy filmowej we wszechświecie sprawia, że ludzie zamierają z wrażenia. Kiedy do mnie dobiega, jego oddech unosi się mlecznym obłoczkiem. Rozbraja mnie intensywność jego spojrzenia.

– Tylko mi nie mów, że chcesz pozwać biedną Pusię. – Postanawiam być bardziej dowcipna niż spanikowana. – Jej cały dobytek to psie legowisko, kilka zabawek do żucia i bardzo droga – i ewidentnie bezużyteczna – smycz.

Lekko się uśmiecha, ale jego oczy… Jego oczy są głębokie, ciemne i zdeterminowane.

– Nie powiedziałaś mi, jak się nazywasz.

– Dlaczego chcesz wiedzieć, jak się nazywam? Naprawdę chcesz mnie pozwać, tak? Zanim wydasz mnóstwo pieniędzy na adwokatów, powinieneś wiedzieć, że majątek Pusi jest sporo większy od mojego.

– Nie chcę cię pozwać – zapewnia z lekkim uśmiechem. – Ale nie miałbym nic przeciwko kawie. Jeśli masz czas i jeśli powiesz mi, jak masz na imię.

– Ty… chcesz się napić kawy. Ze mną.

– Jeśli masz czas i jeśli powiesz mi, jak masz na imię.

Odjęło mi mowę, a moi znajomi twierdzą, że nie zdarza się to nigdy. W szkole nazywają mnie gadułą, bo na przerwach lubię rozmawiać, choć inni woleliby kilka minut ciszy.

– Masz jakoś na imię, prawda?

– Tak. Eee… Natalie.

– Natalie. Ładne imię. A nazwisko?

– Bryant.

Nadal czasem czuję się dziwnie, używając mojego nowego imienia, ale tamto stare imię… Stare imię należy do starego życia, a na żadne z nich nie ma miejsca w moim nowym życiu, które właśnie stało się jeszcze bardziej idealne.

– Natalie Bryant i Pusia. – Podnosi rękę, jakby chciał ją pogłaskać, ale warknięcie sprawia, że zmienia zdanie.

– Świrnięta Pusia.

– Słucham?

– To jej pełne imię. Pusia to jej przezwisko. – Nie wiem, czemu to mówię, ale kiedy zaczyna się śmiać – głośno – w moim brzuchu coś dziwnie drga. Flynn Godfrey śmieje się przeze mnie. Kiedy ociera łzę ze śmiechu, dochodzę do wniosku, że podoba mi się, że śmieje się przeze mnie.

No proszę, dzisiejszy dzień okazuje się bardzo interesujący.

Rozdział 2

Flynn

Jest piękna w naturalny, prosty sposób, charakterystyczny dla pięknych ludzi, którzy nie mają świadomości swojej urody. Ma burzę ciemnych loków, które wylewają się spod wełnianej czapeczki. Zimno i żenująca sytuacja podkreśliły kolor jej policzków i sprawiły, że jej pełne, obfite usta są czerwone jak dojrzałe truskawki.

Nie mogę pozwolić jej odejść, jeśli przynajmniej nie poznam jej imienia.

Hayden dostał apopleksji, kiedy oznajmiłem, że potrzebuję pół godziny przerwy.

– Zamarzamy tu, do cholery, Flynn. Każesz nam czekać pół godziny, bo uganiasz się za spódniczką?

Tylko dlatego, że jesteśmy najlepszymi kumplami – zazwyczaj – powstrzymałem się przed uderzeniem w twarz mojego reżysera i partnera biznesowego. Irytujemy się już od tygodni, aż do teraz, kiedy te niekończące się zdjęcia zbliżają się do kresu tu, w Greenwich Village.

Pół godziny nie wpłynie na budżet, a Hayden ma wygodną przyczepę, w której wszystkim będzie ciepło. Oczywiście pod warunkiem, że ten samolubny drań zechce się nią z kimś podzielić. Na wypadek gdyby nie, zostawiam klucz do mojej przyczepy jednemu z pracowników i mówię, że ma zaprosić wszystkich do środka na przerwę.

Pies, zwany Świrniętą Pusią, warczy na mnie, kiedy przyglądam się jej oszałamiającej właścicielce, Natalie Bryant.

– Więc kawa, tak?

Rozgląda się, jej głębokie, brązowe oczy lustrują okolicę.

– Możemy pójść do Gormana. Mogę tam wejść z Pusią.

Nigdy nie słyszałem o tym miejscu, ale mi to nie przeszkadza, o ile będę mógł spędzić z nią kilka minut.

– Prowadź.

Przemierzamy krótki dystans w niezręcznej ciszy i wchodzimy do kafejki, w której widać, że Natalie i Pusia to stałe bywalczynie. Właścicielka, potężna kobieta o imieniu Cleo, rozczula się nad Pusią i drapie ją pod brodą, aż zwierzak dygocze z radości.

– Jak tam w szkole? – pyta Cleo Natalie, serwując coś, co wygląda na lekką latte z chudym mlekiem.

Tak zgaduję, bo Natalie nie składa zamówienia.

Czuję, jak wzrok Natalie przeskakuje między mną a Cleo, widzę jej niepokój, kiedy rozmawia z Cleo, która albo mnie nie zauważyła, albo nie rozpoznała. Jeszcze nie.

– W porządku – odpowiada Natalie. – W pierwszym roku pracy dostałam najlepszą z możliwych klas. Uwielbiam ich wszystkich. Nawet rodzice są świetni.

– Masz szczęście. Moja córka uczy w jednej z lepszych dzielnic i dostała w tym roku dokładne przeciwieństwo. Gromada bachorów, a rodzice są jeszcze gorsi.

– O rany. Pewnie jej ciężko.

– Czy Pusia chce ciasteczko?

– Nie, była dziś niegrzeczna. Żadnych smakołyków.

Pusia skamle żałośnie.

– Trzy dolary dwadzieścia pięć centów, kochanie.

– Ja płacę.

Podchodzę do lady, zanim Natalie wyjmie portfel. To ja ją zaprosiłem. Ja zapłacę.

Cleo otwiera szeroko oczy i rozdziawia usta.

– Ty. Ty jesteś. Ty jesteś…

– Flynn Godfrey. Miło cię poznać.

Zaczyna krzyczeć. Głośno. Tak głośno, że Pusia zaczyna obłędnie szczekać i rzucać się w rękach Natalie.

Krzyk Cleo sprawia, że do lady podbiega cała obsługa i kilku klientów. Przez czas, kiedy podpisuję autografy, całuję Cleo do zdjęcia w drżący policzek i zamawiam dla siebie kawę, za którą nie pozwala mi zapłacić, zużyłem już dużą część moich cennych trzydziestu minut.

Zerkając na Natalie, wskazuję na stolik w rogu.

– Usiądź ze mną na chwilę?

Rozgląda się po obserwujących nas gościach kafejki. Nienawidzę tego, że czuje dyskomfort.

– Um, jasne, na chwilę.

Siada na krześle, które jej wysuwam, sprawnie manewrując wijącym się psem i kawą.

To część sławy, której nienawidzę. Poznałem interesującą kobietę i nie mogę zabrać jej na kawę bez wywoływania zamieszania. Tak naprawdę bardzo rzadko wychodzę bez ochrony, ale postanowiłem zaryzykować, żeby porozmawiać z Natalie. Chociaż teraz pewnie myśli, że jestem bardziej zapatrzony w siebie niż zainteresowany nią.

Stąpam po kruchym lodzie – jak mogę odmówić Cleo i jej pracownikom kilku autografów i zdjęć, nie wychodząc na dupka? A z drugiej strony, jak mogę zrobić to dla nich, nie wypadając w oczach Natalie na skończonego egocentryka?

– Przepraszam za to wszystko. – Przechylam głowę w stronę lady, skąd Cleo obserwuje nas ciekawie.

– Pewnie to się zdarza cały czas, co?

Wzruszam ramionami. Nie chcę rozmawiać o sobie. Mam siebie dość i dużo bardziej interesuje mnie ona.

– Więc jesteś nauczycielką?

Wydaje się zaskoczona tym pytaniem.

– Tak. Trzecia klasa w szkole Emerson, w jednej z najlepszych szkół społecznych w mieście.

– Imponujące.

– Jasne.

Jej śmiech sprawia, że ściska mnie z pożądania. Jest oszałamiająca. Świeża, pełna życia, optymizmu i pasji.

– To imponujące, musisz przyznać. Oszalałbym, gdybym miał spędzać siedem godzin dziennie z siedmiolatkami.

– Moje dzieci mają osiem lat i jestem tam sześć godzin dziennie.

– A, to przepraszam. – Tracę głowę, ale tego jej nie mówię. Piję łyk kawy i myślę sobie, że jest młoda. Zdecydowanie za młoda i za świeża jak dla mnie, a jednak… jestem oczarowany. – Jesteś stąd?

Zaprzecza ruchem głowy.

– Pochodzę z Nebraski. Zgłosiłam się do programu dla początkujących nauczycieli. Pomagają nam znaleźć mieszkanie i współlokatorów i rozpocząć życie tu, w wielkim mieście, w zamian za dwuletnie zobowiązanie. Pomagają też przy pożyczkach studenckich.

– Jesteś daleko od domu.

– I bardzo mi się to podoba.

Młoda i czysta, z drugiego krańca kraju i tak odmienna od kobiet, z którymi się zazwyczaj spotykam… Muszę stąd wyjść i wrócić do pracy, zanim Hayden mnie zabije, ale nie mogę się ruszyć. Nie, kiedy młoda i olśniewająca Natalie Bryant siedzi naprzeciwko mnie i wygląda na lekko oszołomioną tym, że pije ze mną kawę. Tego też nienawidzę w sławie. W tym momencie chciałbym być tylko normalnym facetem, który pije kawę z piękną kobietą, ale zawsze jestem Flynnem Godfreyem, gwiazdą filmową. Tak jakby słowa „gwiazda filmowa” były częścią mojego nazwiska, tak jak Junior albo Senior albo cyfry rzymskie.

Patrzy na mnie z żartobliwym i zarazem cholernie pociągającym błyskiem w oku.

– Zapytałabym, czym się zajmujesz, ale to już wiem. Gwiazdor filmowy. Zapytałabym, skąd jesteś, ale to też wiem. Beverly Hills. Wiem, że wielki aktor Max Godfrey poślubił wielką aktorkę Estelle Flynn, a kiedy urodził im się syn, Flynn Godfrey, był witany niczym członek rodziny królewskiej Hollywoodu. Mogłabym zapytać, czy masz rodzeństwo, ale wiem, że masz trzy starsze siostry. Więc o czym jeszcze moglibyśmy porozmawiać?

Kiedy zadaje mi to pytanie, opiera brodę na otwartej dłoni i zabija mnie tym swoim małym, bezczelnym uśmiechem.

Zginąłem. Jestem urzeczony. I spóźniony.

– Moglibyśmy porozmawiać o kolacji – mówię, zanim zdążę się zastanowić, co ja właściwie robię.

Nie mogę pozwolić jej odejść bez pewności, że ją znowu zobaczę. Muszę ją znowu zobaczyć.

– O kolacji.

– Słyszałaś o tym trzecim – i często ostatnim – posiłku dnia.

– Słyszałam o nim, ale nigdy go nie jadłam z największą gwiazdą kina na świecie.

Krzywię się, bo w tym momencie nienawidzę tego, że jestem największą gwiazdą kina na świecie, szczególnie jeśli będzie mnie to kosztować możliwość spędzenia więcej czasu z tą niesamowitą kobietą.

– Czy to duży problem?

– Nie problem jako taki, ale musisz przyznać, że jak na nauczycielkę z Nebraski, w trakcie pierwszego roku w Nowym Jorku, zaliczam dość surrealistyczny poranek.

– Rozumiem, jak to może wyglądać z twojego punktu widzenia, ale z mojego był to dość ożywczy poranek. Miałem nadzieję, że mógłby się przerodzić w równie ożywczy wieczór.

– Nie pójdę z tobą do łóżka.

Odjęło mi mowę, co nie zdarza się często. Nie pamiętam, kiedy ostatnio ktoś mnie tak zaskoczył.

Oblewa się rumieńcem, co tylko dodaje jej uroku. Chcę poczuć ogień jej policzków pod wargami. Ledwie ta myśl trafia do mojej otępiałej głowy, czuję, że twardnieję.

– Przepraszam. To nie było uprzejme. Nie prosiłeś mnie, żebym poszła z tobą do łóżka.

– Nie prosiłem. – Uśmiecham się na widok jej zdenerwowania. – A przynajmniej, jeszcze nie. Myślałem, że możemy zacząć od kolacji i zobaczymy, jak pójdzie dalej.

– O ile „jak pójdzie dalej” nie kończy się w sypialni, rozważyłabym wspólną kolację.

Na myśl, że znowu ją zobaczę, odczuwam ulgę dużo większą, niż powinienem.

– Obiecuję, że nie będzie mowy o sypialni.

– Ani sofie, ani tylnym siedzeniu, ani żadnej powierzchni poziomej.

– Zapomniałaś o ścianach, klatkach schodowych i kabinach prysznicowych. Wiele rzeczy robię najlepiej w pionie.

Wytrzeszcza oczy i otwiera usta w urocze „O”, przez co potężnie jej pragnę.

– Jesteś bardzo doświadczony w tych sprawach.

– Tu bardziej chodzi o wyobraźnię niż doświadczenie.

– Ja, hm, powinnam już iść i pozwolić ci wrócić do pracy.

Mam ochotę sobie przyłożyć za to, że posunąłem ten flirt o krok za daleko, do takiego stopnia, że chce przede mną uciec.

– Wybacz, posunąłem się za daleko. Tylko się droczyłem. Obiecuję, że w twojej obecności będę zachowywał się jak dżentelmen. Uczynisz mi wielki zaszczyt, jeśli zgodzisz się zjeść dziś ze mną kolację.

– Ja… uczynię ci ten zaszczyt.

– Doskonale.

– Dlaczego? – Wydaje się szczerze zaciekawiona. – Mógłbyś spotkać się z każdą kobietą na świecie. Dlaczego ja? Mój pies ugryzł cię do krwi. Sądziłabym, że będziesz na mnie wściekły, a nie, że będziesz chciał się ze mną umówić.

Czy ona nie zdaje sobie sprawy z tego, jak bardzo jest urocza?

– Dlaczego nie z tobą? Mówiłem. To tylko zadrapanie. Już wybaczyłem Pusi.

Na dźwięk swojego imienia Pusia wyszczerza zęby.

– To bardzo miłe z twojej strony. Ja jej jeszcze nie wybaczyłam.

– Powiesz mi, gdzie mieszkasz? – Wyjmuję z kieszeni telefon i wpisuję niepewnie podany adres. – I jeszcze numer telefonu, żebym mógł zadzwonić, gdybym miał się spóźnić.

Nie rozpoznaję numeru kierunkowego, więc podejrzewam, że jest z Nebraski.

– Mam. – Niechętnie wstaję. – Napiszę do ciebie, żebyś miała mój numer, gdybyś go potrzebowała.

Chciałbym nie musieć nigdzie iść w ten mroźny dzień. Chciałbym spędzić z nią więcej czasu.

– Wybacz, że tak szybko uciekam.

– Dziękuję za kawę.

Nie wspominam, że powinna za to podziękować Cleo, która nie pozwoliła mi za nic zapłacić.

– Przyjadę po ciebie o siódmej?

Przygryza pełną dolną wargę. Jestem od razu sztywny – i wdzięczny za długi płaszcz, który zakrywa dowód mojego podniecenia.

Kiwa głową.

– Co powinnam włożyć?

Przez chwilę się nad tym zastanawiam.

– Sukienkę. Może czarną. Mieszkasz teraz w Nowym Jorku. Zakładam, że masz czarną sukienkę.

– Mam czarną sukienkę. – Uśmiecha się nieśmiało.

– Wspaniale. Do zobaczenia niedługo. Pusia, było mi bardzo miło. Dbaj o panią i bądź grzeczna.

Pusia ponownie szczerzy na mnie swoje małe – i bardzo ostre – zęby i warczy.

– Tak mi przykro. Nie rozumiem, czemu się tak zachowuje. To zupełnie nie w jej stylu.

Puszczam oko do Natalie.

– Nie przejmuj się. Przynajmniej nie prosiła mnie o autograf.

Śmieję się, wychodząc, zadowolony z siebie. Czekam na wieczór ze zdecydowanie zbyt dużą niecierpliwością. Biegnę do parku, na spotkanie wściekłości Haydena i wysyłam jej obiecaną wiadomość.

Kiedy wracam, Hayden gniewnie przechadza się po placu zabaw.

– Flynn, do cholery! Skończyłeś się zajmować prywatnymi sprawami? Możemy wracać do pracy?

Ignoruję dwa pierwsze pytania.

– Tak.

– O co chodzi z tą dziewczyną?

– O nic.

To nie jego cholerna sprawa, ale, niestety, zna mnie od zawsze i wie, że kłamię w żywe oczy.

– Stary… Serio? To niemowlę. Nie powinieneś wciągać takiej słodkiej dziewczyny w swój świat.

Najgorsze, że ma rację. W moim świecie nie ma miejsca dla takiej dziewczyny jak Natalie. W ogóle. Ale i tak jestem zafascynowany i odliczam godziny do naszego spotkania.

Rozdział 3

Natalie

Flynn Godfrey zaprosił mnie na kolację. Te słowa kołaczą mi się po głowie w drodze do domu, w kółko, w kółko, w kółko. Postawiłam Pusię, żeby dreptała koło mnie, bo ręce już mnie bolą od trzymania jej. Idzie pełna werwy, bo pewnie myśli, że przegoniła Flynna.

Idąc do domu, uświadamiam sobie również, że przygotowanie się na ten wieczór zajmie mi cały dzień. Kiedy docieram do trzypiętrowego budynku z brunatnej cegły, w którym mieszkam z Leah, moją współlokatorką, zaczynam żałować, że zgodziłam się z nim spotkać.

Sprintem pokonujemy z Pusią stopnie do drzwi wejściowych i schody do naszego mieszkania na drugim piętrze. W środku mija całe pięć minut, zanim pozbędę się wszystkich warstw odzieży, jakie włożyłam na ten spacer. Pusia tańczy mi pod nogami, czekając na obiad.

Daję jej jeść i zatrzymuję się na chwilę w kuchni, oszołomiona i ogłupiała, rozmyślając nad wydarzeniami ostatniej godziny. Sięgam po telefon i czytam jego wiadomość raz za razem.

„Było mi bardzo miło poznać cię, Natalie. Nie mogę się doczekać naszego spotkania. Flynn”.

Leah wchodzi z wielkim koszem prania i psioczy na smród w pralni, który z dnia na dzień staje się coraz gorszy. Jest wysoka i chuda jak patyk, ma długie brązowe włosy i niebieskie oczy. Zazdroszczę jej, że może jeść, co chce. Ona zazdrości mi krągłości. Poza kilkoma fundamentalnymi różnicami o podłożu filozoficznym dobrze się dogadujemy.

– Powiedz mi prawdę. – Zostawia kosz i podchodzi do mnie. – Czuć ode mnie pralnią?

Pochylam się i wącham jej włosy, ale czuję jedynie szampon fryzjerski, od którego mnie uzależniła, chociaż żadnej z nas na niego nie stać.

– Pachniesz w porządku.

– Pamiętasz ten odcinek Seinfelda? Kiedy odbiera od lakiernika samochód, w którym śmierdzi potem? Później on zaczyna tym śmierdzieć, a następnie Elaine, bo też siedziała w tym samochodzie?

Kiedy dorastałam, nie wolno mi było oglądać telewizji, później byłam zbyt zajęta przetrwaniem na studiach, więc od kiedy przeprowadziłam się do tego miasta, upajam się telewizją. Leah zaraziła mnie obsesyjnym oglądaniem powtórek Seinfelda.

– Uwielbiam ten odcinek.

– Jeśli niedługo nie dojdą, co tak cholernie śmierdzi w pralni, będziemy jak bohaterowie Seinfelda. Nikt nie będzie chciał z nami przebywać.

Kiedy jest w domu, klnie jak szewc i, jak mówi, odreagowuje cały tydzień idealnego zachowywania w szkole z czwartoklasistami. Mnie też zachęca do przeklinania, ale te kilka razy, kiedy próbowałam, skończyły się kaskadami śmiechu nas obu. Leah mówi, że jeśli będę mieszkała z nią wystarczająco długo, w końcu się nauczę.

– Jak spacer? – rzuca z kanapy.

Zabrała się do składania czystego prania.

– Był… Nie uwierzysz, co się stało.

Cała historia wypływa ze mnie w potoku słów i gestykulacji. Kiedy kończę, Leah gapi się na mnie co najmniej tak, jakbym jej powiedziała, że widziałam w parku UFO.

– Zmyślasz. Robisz sobie ze mnie jaja.

– Nie, przyrzekam.

– Wpadłaś w parku na Flynna Godfreya, Pusia ugryzła go w rękę, piłaś z nim kawę i zaprosił cię na kolację?

– Tak.

– Kurwa, kłamiesz.

– Leah… – Zaczyna mnie irytować. – Niby dlaczego miałabym zmyślać?

– Naprawdę poznałaś Flynna Godfreya?

– Naprawdę poznałam Flynna Godfreya.

– Japierdolękurwamać! – Zrywa się z sofy i chwyta mnie. – Opowiedz mi wszystko. Nie pomiń żadnego szczegółu.

Jeszcze raz opowiadam wszystko od początku, tym razem wolniej, z tyloma szczegółami, ile tylko pamiętam – czyli ze wszystkimi, oczywiście – a ona chłonie każde słowo.

– Przyjdzie tu dzisiaj?

Pokazuję jej wiadomość, którą mi przysłał.

– O siódmej.

– Dzwonię do pracy, że jestem chora.

Dorabia w barze na końcu ulicy i zarabia prawie tyle w sobotnią noc, co przez cały tydzień w szkole.

– Nic takiego nie zrobisz. Nie stać cię na chorowanie.

Prawe codziennie po szkole udzielam korepetycji, żeby podreperować budżet. Ponieważ Leah nie może znieść nawet myśli o spędzaniu więcej czasu z dziećmi, w weekendy pracuje w barze.

– Nie mam zamiaru stracić okazji, żeby poznać Flynna Godfreya.

– Przyprowadzę go do baru, żebyś go poznała, zanim pójdziemy tam, gdzie mamy iść.

– Czyli?

– Nie wiem. Nie powiedział.

Macha szybko ręką.

– Nie mogę oddychać. Mogę oddychać?

Ponieważ nadal jest w stanie formułować zdania, odpowiadam:

– Chyba tak.

– Naprawdę idziesz na kolację z Flynnem Godfreyem?

– Naprawdę.

– Musisz się z nim przespać.

– Niczego nie muszę. I już mu to powiedziałam.

Zawodzi głośno.

– Natalie, naprawdę. Idziesz na randkę z najseksowniejszym facetem na całej pieprzonej planecie. Jeśli ty się z nim nie prześpisz, to ja to zrobię.

– Wiesz, co o tym myślę.

Zrobiłam coś, co, teraz wiem, było ogromnym błędem, mówiąc mojej nowej koleżance i współlokatorce, że z żadnym facetem nie pójdę do łóżka przed ślubem. Nie powiedziałam jej – ani nikomu – dlaczego. Mam dobry powód, ale to tylko i wyłącznie moja sprawa. Ale Leah nie wie, że informując mężczyzn, że czekam z bliskością do małżeństwa, całkowicie przekreślam sobie szansę na seks, i o to właśnie mi chodzi. Tak długo się ze mnie naśmiewała, aż zagroziłam, że jeśli nie przestanie, już nigdy jej o niczym nie powiem.

Przestała o tym mówić, ale nie zapomniała.

– To nie czas na zgrywanie cnotki, Nat. To czas, żeby sobie odpuścić i się zabawić, żebyś miała co wspominać do końca życia.

– Nie ma mowy. Wiem, że moje przekonania są dla ciebie idiotyczne, ale dla mnie są ważne.

– Nie są idiotyczne. – Leah wzdycha. – Są godne podziwu.

Przewracam oczami, bo ani przez chwilę nie wierzę, że mówi poważnie.

– Są godne podziwu i nie naśmiewam się z ciebie. Przyrzekam, że nie. Tylko… Mogą być trochę… nierealne. To wszystko.

– Może i tak, ale nie zamierzam zmieniać moich postanowień i wartości tylko dlatego, że sławny aktor zaprosił mnie na randkę. Jeśli na jedną noc zmienię to, kim jestem, kim będę jutro?

Leah kładzie mi ręce na ramionach i patrzy prosto w oczy.

– Nadal będziesz sobą. Tylko będziesz sobą, którą przeleciał Flynn Godfrey.

Jest tak szczera i sugestywna, że wybucham śmiechem. Nie podoba jej się to.

– Zapamiętaj moje słowa. Spojrzysz na ten moment za dziesięć lat, kiedy już oddasz komuś cnotę, utkniesz z jednym facetem, z którym będziesz uprawiać seks do końca życia, i powiesz sobie: „Powinnam była posłuchać Leah i bzyknąć Flynna Godfreya, kiedy miałam okazję”.

Zakrywam uszy rękami i udaję, że nie słyszę.

– Zapisuję datę, żebym mogła ci przypomnieć za dziesięć lat o tej rozmowie.

– Już się nie mogę doczekać, ale teraz muszę pomyśleć, co włożę. Pomożesz mi?

– Czy możesz, błagam cię, na miłość boską, włożyć bieliznę z serii „na wszelki wypadek”?

– Absolutnie nie.

– Jezu. Jesteś niepoprawna, ale i tak ci pomogę.

O czwartej dzwoni kurier z przesyłką, którą odbiera Leah. Wraca, niosąc piękną fioletową orchideę w równie pięknej ceramicznej doniczce.

Podaje mi liścik.

– Jakby to nie było do ciebie.

Biorąc od niej liścik, czuję się głupio, bo ręce mi się trzęsą przy otwieraniu koperty.

Miło mi było spotkać ciebie i Pusię dziś rano. Nie mogę się doczekać kolacji. FG

– Co napisał?

Leah podskakuje obok mnie, starając się zajrzeć mi przez ramię, więc podaję jej bilecik.

– O mój Boże! To takie romantyczne!

Rzeczywiście, to bardzo miło z jego strony, że przysłał mi taki piękny kwiat – o który nie mam najmniejszego pojęcia, jak dbać – ale czy romantyczne? Nie wiem, czy posunęłabym się tak daleko.

– Czy to nie romantyczne?

Podekscytowanie Leah zaczyna mi działać na nerwy. To tylko kolacja. Nie rozumiem, dlaczego tak bardzo to rozdmuchuje.

– Jasne – odpowiadam, bo to łatwiejsze niż kolejna debata o tym, dlaczego nie jestem nakręcona jak inne kobiety w naszym wieku.

Kiedy miałam piętnaście lat, przestałam być taka jak moi rówieśnicy. Ktoś, komu ufałam, ukradł wtedy moją młodość i niewinność. Ale nie myślę o tym dzisiaj. Jeśli sobie na to pozwolę, nie pozbieram się przed przyjściem Flynna. Zrobiłam z niemyślenia o tym rodzaj sztuki, bo przekonałam się boleśnie, co się dzieje, kiedy dawna ciemność wdziera się do mojego nowego życia.

O szóstej trzydzieści jestem w całkowitej rozsypce. Spędziłam z Leah całe popołudnie na malowaniu i przygotowaniach, a teraz nienawidzę tego, jak wyglądają moje włosy, mój makijaż jest okropny, a prawie nie mam już czasu.

Pryska mi jeszcze więcej świństwa na włosy, które w ogóle nie przypominają moich. Wyglądają jak włosy modelki na zdjęciu, które znalazła w „Vogue’u”. Leah mówi, że czegoś takiego będzie się spodziewał. Jakby w ogóle wiedziała, jakie ma oczekiwania. Nie wiem, kim staram się być, ale to nie ja. Nie wytrzymam tego.

– Leah, przestań.

– Jak to: przestań? Jeszcze nie skończyłyśmy.

– Owszem, skończyłyśmy. – Zdejmuję z ramion ręcznik i odwracam się do niej w naszej ciasnej łazience. – Wyglądam koszmarnie. Wszystko jest nie tak.

– Co robisz? Natalie! On tu będzie za pół godziny!

Mam akurat tyle czasu, żeby zrobić to po swojemu.

– Leah, potrzebuję łazienki.

Rozkłada bezradnie ręce i wybiega z łazienki, a ja pod prysznicem szybciej niż kiedykolwiek zmywam to paskudztwo z włosów i twarzy. Suszę włosy w rekordowym tempie, ale nie marnuję czasu na prostowanie, co zrobiłabym normalnie, szykując się na większą uroczystość. Trochę tuszu, odrobina błyszczyka i jestem gotowa.

Wyłaniam się z łazienki w momencie, kiedy Leah ma właśnie wychodzić do pracy. Spogląda na mnie i kręci głową z wyraźną rozpaczą.

– Nie zapomnij przyprowadzić go do baru.

– Nie zapomnę.

– Baw się dobrze, Nat, i nie bądź taką cnotką. Wyluzuj trochę, naprawdę.

– Potrafię się bawić bez rozbierania się.

– Nie skreślaj czegoś, czego jeszcze nie próbowałaś, dziewczyno. Idę.

Chcę jej powiedzieć, że cnota i pruderia to nie synonimy, ale zanim zdążam sformułować zdanie, już jej nie ma. Nie jestem pruderyjna. Nie oceniam innych za ich wybory. Nie oczekuję od nikogo, że zacznie wyznawać moje poglądy, ani ich nikomu nie narzucam. Nigdy, na przykład, nie powiedziałam Leah: Nie powinnaś sypiać z każdym facetem, z którym się spotykasz; byłoby to zbyt krytyczne i wartościujące.

Ale ona uważa za jak najbardziej na miejscu mówienie mi, że mam wyluzować i wskoczyć do łóżka z kimś, kogo zupełnie nie znam. To podwójna moralność, z którą mogłabym się kłócić cały dzień, ale zostało mi dziesięć minut, zanim Flynn tu dotrze. Nadal nie mogę w to uwierzyć. Flynn tu będzie.

W pokoju wkładam moją jedyną czarną sukienkę, pończochy i czarne kozaki na wysokim obcasie. Mam nadzieję, że tego nie pożałuję, ale liczę też, że nie będziemy długo na zewnątrz, bo bardzo się ochłodziło. Czuję pośpiech, za to wcale nie czuję, że jestem gotowa na tak wielką randkę, wrzucam do małej torebki najważniejsze rzeczy, ozdabiam nadgarstek srebrnymi bransoletkami i wpinam w uszy kolczyki z cyrkoniami.