Pragnienia serc - Victoria Black - ebook + książka
BESTSELLER

Pragnienia serc ebook

Black Victoria

3,9

293 osoby interesują się tą książką

Opis

Evelyn Hudson może uważać się za szczęściarę. Pracuje w największej bibliotece w Seattle, bo kocha książki, a na dodatek jej pierwsza powieść właśnie okazała się hitem. Teraz wystarczy, że młoda kobieta pójdzie za ciosem i napisze kolejną część historii. Niestety, zupełnie brakuje jej weny. Tymczasem los szykuje dla Evelyn niespodziankę, która sprawi, że jej życie zacznie przypominać fabułę nieco zwariowanego romansu. Jace O’Connell, spadkobierca jednej z najbogatszych rodzin w Stanach, proponuje jej układ: podczas rodzinnego wyjazdu młoda kobieta ma odgrywać rolę jego narzeczonej. Mimo wątpliwości Evie zgadza się i… trafia w sam środek skandali i konfliktów O’Connellów. Wkrótce okaże się, że awantury wywołane przez rozpieszczoną siostrę czy matkę, próbującą zniechęcić do małżeństwa narzeczone swoich synów, to dopiero początek kłopotów…

Skłamałabym, mówiąc, że nigdy nie miałam na niego ochoty. Miałam od samego początku. Wiedziałam jednak, że w moim przypadku próba randkowania zakończyłaby się katastrofą, więc szybko wyzbyłam się takich myśli. Czasem wciąż robiło mi się gorąco, gdy widziałam go bez koszulki lub szczególnie dobrze ubranego, ale nauczyłam się ignorować takie emocje. Byliśmy przyjaciółmi i to miało nam wystarczyć.

Victoria Black
Jestem studentką i zapaloną czytelniczką. W lutym 2021 roku zadebiutowałam powieścią (Nie)rozsądne szepty, lecz moja przygoda z pisaniem zaczęła się dużo wcześniej. Najpierw powstał pamiętnik, później zapragnęłam tworzyć fikcyjnych bohaterów i wymyślać im przygody, co zaowocowało pierwszymi fanfikami. Jako młoda dziewczyna byłam zauroczona wampirami i czarownicami, lecz w pewnym momencie trafiłam do niesamowitego świata romansów i już w nim zostałam. Uwielbiam szczęśliwe zakończenia, a także opisywanie świata takim, jakim mógłby być. Staram się pisać o rzeczach realnych, aby dać ludziom nadzieję na to, że każdego z nas może spotkać wspaniały los.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 446

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,9 (114 oceny)
47
28
20
15
4
Sortuj według:
kaemka

Całkiem niezła

Nie dałam rady przebrnąć, zestaw problemów, którymi autorka uraczyła bohaterów wystarczyłby na trzy historie. Rozumiem, że takie książki nie przedstawiają realnego świata, ale odrealnienie fabuły przekracza wszelkie granice. A początek był taki fajny.
30
2323aga

Z braku laku…

Strasznie pogmatwana historia
10
basiek2088

Nie polecam

Wydumana telenowela. Nie polecam
10
Kindziaks1234

Nie oderwiesz się od lektury

Super
10
cuniek

Z braku laku…

Na początku myślałam da się czytać, ale z każdą stroną jest gorzej, historia jest infantylna, przerysowana i momentami głupia
00

Popularność




Z mojego punktu widzenia wynika, że gówniane sprawy są, w gruncie rzeczy bardzo proste (…). A jeśli chodzi o sprawy sercowe, to sami decydujemy, co słuszne, a co nie. Co robić, gdzie iść. To proste.

– Kylie Scott, „Deep”

Dla każdej marzycielki, która wie, jak dobrze jest czasem uciec od rzeczywistości do świata książek

Prolog

Evie

– Jak mogę panu pomóc dzisiaj? – spytałam, uśmiechając się do staruszka, który przychodził do biblioteki codziennie.

Wypożyczał książki dla żony, która z powodu problemów z nogami nie mogła za często ruszać się z domu, lecz mimo sędziwego wieku czytała książki w zawrotnym tempie. Mąż zawsze wypożyczał dla niej romanse historyczne, przez co już uwielbiałam tę kobietę, choć nawet jej nie znałam. Staruszek też sprawiał wrażenie miłego. W odróżnieniu od większości dzisiejszych mężczyzn, zawsze zachowywał się bardzo uprzejmie, jak prawdziwy dżentelmen, i można było prowadzić z nim przyjemną rozmowę.

– Ma panienka coś, czego jeszcze nie wypożyczałem? – odpowiedział pytaniem.

– Na pewno coś się znajdzie – zapewniłam go.

– Dziękuję, panienko.

Przysunęłam sobie drabinkę, by zajrzeć na najwyższą półkę w poszukiwaniu książek, które mogłyby zainteresować tak wymagającą czytelniczkę. Niewielki wzrost może i nie pomagał mi w szukaniu, ale zamiłowanie do literatury na pewno tak. Podobnie jak żona owego starszego pana, uwielbiałam romanse, a już zwłaszcza te historyczne. Dlatego właśnie od czterech lat pracowałam w największej bibliotece w Seattle otoczona romansami i literaturą piękną, gdzie czułam się jak w niebie. Mimo młodego wieku utrzymywałam się na stanowisku, nieładnie mówiąc, wygryzając przy tym starsze bibliotekarki. Nie mogłam jednak nic poradzić na to, że książki stały się całym moim światem. Ich czytanie, a także samodzielne pisanie, było dla mnie niczym tlen. Niezbędne, by funkcjonować.

– Myśli pan, że żona będzie miała ochotę przenieść się do Londynu? – zapytałam, sięgając po jedną z moich ulubionych książek, przedstawiającą historię arystokratki i kowala.

– Ona przeniesie się wszędzie, gdy przyjdzie jej podążyć za dzielnym dżentelmenem – powiedział z uśmiechem na twarzy staruszek. – Cokolwiek panienka wybierze, będzie odpowiednie.

– W takim razie zobaczmy, co powie na to. – Wzięłam powieść z półki i zeszłam z drabinki, by podejść do kontuaru i wpisać książkę do systemu.

Komputery bardzo ułatwiały pracę, lecz ja zawsze czułam pewną nostalgię do starodawnych metod wypożyczania. Kojarzyły mi się z dzieciństwem, kiedy to przychodziłam z mamą do tej samej biblioteki i wybierałam swoje pierwsze lektury. Wówczas bibliotekarki zapisywały datę wypożyczenia na kawałku tekturki.

– Proszę bardzo – podałam mężczyźnie książkę.

– Dziękuję, panienko. – Staruszek ukłonił się lekko. – Ach, byłbym zapomniał. To jest dla panienki.

Wyciągnął z reklamówki niewielką papierową torebkę. Żona mężczyzny czasem przysyłała mi różne podarunki w postaci jedzenia. Nie narzekałam na to. Odkąd umarła moja babcia, nie jadłam domowych wypieków, a ta kobieta naprawdę miała talent.

– Dziękuję – powiedziałam, biorąc od niego torebkę i chowając ją do szuflady, by szef nie zobaczył mnie z jedzeniem w pracy. Poza tym dla mnie samej zabrudzenie książki było niewybaczalne.

– Lubię, jak żona piecze dla panienki ciastka. Zapomina wtedy o moich problemach z wątrobą i pozwala mi zjeść kilka – uśmiechnął się przebiegle mężczyzna.

Kiedy patrzyłam na takich ludzi jak on, zaczynałam wierzyć, że historie rozgrywające się na kartkach powieści mogą być jednak prawdziwe.

– Tylko niech pan nie przesadzi – poprosiłam. – Nie chcemy, żeby coś się panu stało.

– Proszę się nie martwić, panienko, będę przychodził tu jeszcze przez długi czas.

– Bardzo mnie to cieszy – zapewniłam.

– Do zobaczenia jutro, panienko.

– Do widzenia, proszę pana.

Patrzyłam, jak idzie w stronę wyjścia, podpierając się laską. Gdy znalazł się tuż przy drzwiach, jakaś kobieta otworzyła je gwałtownie i staruszek omal się nie przewrócił. Nowo przybyła kompletnie go jednak zignorowała i pociągnęła za sobą jasnowłosego chłopaka, który jej towarzyszył, lecz ten zatrzymał się i porozmawiał przez chwilę ze staruszkiem. Mężczyźnie najwyraźniej nic się nie stało, bo poklepał chłopaka po ramieniu i wyszedł. Blondyn z niezadowoloną miną powiedział coś do towarzyszącej mu kobiety, jednak to najwyraźniej nie zrobiło na niej wrażenia.

Przewróciłam oczami, rozpoznając typ, który doskonale znałam. Ubrana w eleganckie ciuchy, wyposażona w torebkę, która kosztowała pewnie więcej, niż wynosiły moje roczne dochody, wyniosła i zimna. Takie kobiety przychodziły tutaj tylko w jednym celu – wziąć udział w charytatywnych spotkaniach, by pokazać, że robią coś dobrego dla społeczeństwa.

Niestety, właśnie jedno z tych spotkań miało odbyć się za chwilę i ja musiałam w nim uczestniczyć, gdyż dotyczyło mojego działu. Zaplanowano prezentację dla młodych kobiet, by zachęcić je do spędzania czasu w inny sposób niż na zakupach. Nie wiedzieć czemu dyrektor uznał, że do przedstawienia takiego poglądu doskonale nada się osoba, która najpewniej nie robi nic innego niż zakupy.

Z westchnieniem obserwowałam, jak kobieta i jej towarzysz idą na górę, zapewne do sali konferencyjnej, a piętnaście minut później powlekłam się za nimi. Miałam przedstawić zasoby mojego działu, więc złapałam notatki, których używałam od lat, dodając do nich jedynie nowe pozycje, i udałam się na górę. Wchodząc do salki, próbowałam nacisnąć klamkę łokciem, gdyż ręce miałam zajęte papierami, lecz wtedy ktoś gwałtownie pociągnął za drzwi, a ja poleciałam do przodu, wypuszczając notatki.

– Szlag – zaklęłam pod nosem, lecz nim zdążyłam upaść, podtrzymały mnie silne ramiona.

– Myślę, że „dzięki” byłoby bardziej odpowiednie, ale na twoim miejscu pewnie skomentowałbym to jeszcze barwniej – powiedział wesoły głos.

Podniosłam głowę i zobaczyłam, że mój rycerz na białym koniu to blondyn, który przyszedł z tamtą kobietą. Z bliska dostrzegłam swój błąd – nie był chłopcem, lecz młodym mężczyzną, zapewne parę lat starszym ode mnie. Miał jasne, kręcone włosy, odrobinę dłuższe niż zwykle noszą mężczyźni. Był szczupły, ale nie chudy, wręcz przeciwnie, sądząc po sile, z jaką mnie trzymał, pod tą białą koszulą musiał skrywać naprawdę imponujące ciało. Miał ostro zarysowany podbródek, wąskie wargi, rozciągnięte w delikatnym uśmiechu, i cudne, niebieskie oczy.

Jednym słowem, był ucieleśnieniem mokrego snu kobiety, a ja wpadłam na niego jak jakaś idiotka. I jeszcze zaklęłam.

Ech, brawo, Evie.

– Tak, eee… dzięki – powiedziałam, zauważając, że wciąż mnie nie puścił, chociaż stałam już prosto.

– Nie ma za co – odparł.

Przez chwilę jak głupia gapiłam się na jego uśmiech, lecz zaraz przypomniałam sobie o prezentacji i pochyliłam się, by podnieść papiery. Blondyn szybko mnie uprzedził. Zebrał wszystkie kartki i podał mi je w idealnym stosiku.

– Jeszcze raz dziękuję – bąknęłam speszona.

– Proszę bardzo. – Puścił mnie przodem, bym mogła wejść w głąb sali.

Gdy zajmowałam swoje miejsce z tyłu, czułam na sobie jego wzrok. Starając się go ignorować, przygotowałam wszystko do swojej części prezentacji, zerkając przy okazji na to, z kim mam dzisiaj do czynienia. Okazało się, że kobieta, która miała głosić swoje mądrości, to Julie O’Connell, żona słynnego biznesmena, właściciela sieci hoteli nie tylko w Seattle, ale w całych Stanach. Słyszałam o nich już parę razy, gazety nieraz o nich pisały. Jeśli się nie myliłam, to blondyn, który mi pomógł, miał na imię Jace i był najstarszym synem biznesmena.

Typowe, bogacz spieszy na ratunek szarej myszce. To tak oklepane, że niemal śmieszne.

– Mogę się przysiąść? – odezwał się niespodziewanie uprzejmy głos i to tuż za mną.

Obróciłam się, lecz nie zdziwiło mnie, że stoi tam Jace O’Connell, uśmiechając się szeroko.

– Jasne – odparłam. – Zapraszam, panie O’Connell.

– Więc wiesz, jak się nazywam – zauważył.

– Pana matka musiała złożyć dokumenty, by móc dzisiaj przemawiać – wyjaśniłam.

– Nie kwestionuję tego – zapewnił mnie. – Uważam jednak za niesprawiedliwe, że ja nie znam twojego imienia.

Poczułam, że rumienię się pod wpływem jego intensywnego spojrzenia.

– Evelyn – przedstawiłam się. – Dla przyjaciół Evie.

– A czy ja mogę zaliczyć się do grona, które nazywa cię Evie? – zapytał Jace.

– A na jakiej podstawie chcesz zaliczać się do grona moich przyjaciół? – zapytałam hardo.

Zaśmiał się.

– Wymagająca jesteś – stwierdził.

– Wiem – odparłam krótko.

– W takim razie mam już zadanie na ten rok – rzekł.

– Tak? Jakie?

– Sprawić, bym mógł nazywać cię Evie.

Jace

Kiedy matka powiedziała, że chce, bym towarzyszył jej podczas prezentacji w bibliotece, miałem ochotę wydłubać sobie oczy. Nienawidziłem takich spędów. Moja rodzicielka nie była złą osobą, ale na książkach znała się jak kura na pieprzu, więc siedzenie i słuchanie przez dwie godziny, jak wychwala zalety czytelnictwa, to po prostu tortura.

Okazało się jednak, że to wyjście miało swoje plusy. A właściwie jeden. Rudowłosą bibliotekarkę.

Wtargnęła do sali jak małe tornado, z burzą tych rudych włosów rozwianą wokół twarzy. Zostałem wychowany tak, a nie inaczej głównie przez dziadka, bo mój ojciec miał w sobie tyle z dżentelmena co kot napłakał, dlatego też odruchowo schyliłem się, by pomóc jej pozbierać dokumenty. Zwykle kobiety natychmiast rozpoznawały, kim jestem, i samo to od razu robiło na nich wrażenie, mnie zaś takie reakcje jedynie odpychały.Ona jednak wydawała się zupełnie niezainteresowana mną, co tylko sprawiło, że chciałem poznać ją bliżej.

Niestety, okazało się to nie takie łatwe. Podczas prezentacji bardzo skupiała się na swojej pracy, w czym nie było nic dziwnego. Na pierwszy rzut oka dało się zauważyć, że uwielbia to, co robi. Nie widziałem wcześniej, by ktokolwiek prezentował listę książek z takim zaangażowaniem. Postanowiłem porozmawiać z nią, gdy tylko skończy się spotkanie.

To też nie był zbyt trafiony pomysł. Gdy odprowadziłem ją do jej działu (literatura piękna, romanse), poprosiłem o numer telefonu. Odmówiła. Pierwszy raz w życiu spotkałem się z odmową. Zazwyczaj kobiety robiły wszystko, byleby się do mnie dobrać, a najlepiej zajść ze mną w ciążę i położyć łapy na moim rodzinnym majątku. Evelyn pozostała jednak na to całkowicie obojętna.

Ale moja determinacja nie osłabła. Coś mnie w tej dziewczynie fascynowało. Może to, że mnie odpychała, a może jej wewnętrzny ogień. Cokolwiek to było, zacząłem przez to regularnie odwiedzać bibliotekę. W wolnej chwili przychodziłem, siadałem w kącie i czekałem, aż Evelyn będzie miała chwilę przerwy. A miała ją rzadko. Ciągle coś robiła, ciągle ktoś do niej przychodził. Nie sądziłem, że przez obserwowanie człowieka można zebrać tyle informacji o nim. Widziałem zaangażowanie Evelyn w pracę i to, jak kochała książki i umiała poznać się na ludziach. Gdy ktoś był wredny, szybko go zbywała, ale jeśli ktoś się jej spodobał, mogła rozmawiać godzinami.

Mimowolnie zastanawiałem się, co sądzi o mnie. Zawsze, gdy znalazła moment na rozmowę ze mną, była uprzejma, nawet trochę flirciarska, ale nie miałem pojęcia, czy robi tak, bo naprawdę lubi ze mną rozmawiać, czy musi być miła, by nie stracić pracy.

– Jace – powiedziała wreszcie po dwóch tygodniach moich odwiedzin. – Naprawdę mi miło, że tu przychodzisz, i cieszę się, że czytasz, ale sądzę, że powinieneś siedzieć na dziale, który cię interesuje. Lizzie w sekcji kryminałów radzi sobie naprawdę świetnie, na pewno coś ci doradzi, zna się na tym lepiej niż ja.

– A jeśli nie przychodzę tu tylko dla książek? – zaryzykowałem.

Evelyn westchnęła. Jej różowe, pełne usta wygięły się w lekkim wyrazie niezadowolenia, a w zielonych oczach pojawił się żal.

– Żeby było jasne: nie umawiam się na randki, a już na pewno nie z facetami z wyższych sfer – rzekła.

– Jesteś lesbijką? – palnąłem.

– Jestem kobietą, która ma swoje zasady – odparła lekko urażona. – Nie bierz tego do siebie. Po prostu nie chcę, byś marnował czas.

Uznałem, że nie powinienem pytać, dlaczego w tak młodym wieku zrezygnowała z randek. Nie mogła mieć więcej niż dwadzieścia parę lat, z tego, co wywnioskowałem – jeszcze studiowała. Moja siostra McKenzie twierdziła, że studia to najlepszy czas na korzystanie z życia i poniekąd się z nią zgadzałem. Za to pytanie mógłbym jednak dostać w twarz, więc wolałem nie ryzykować.

– A może nie chcę się z tobą umawiać? – powiedziałem. – Może po prostu chcę cię poznać jako przyjaciel?

To było oczywiście niedopowiedzenie, delikatnie mówiąc, bo chętnie bym się z nią umówił i poznał ją w różnoraki sposób, lecz musiałem przyznać, że poznanie jej w bardziej niewinnym sensie też wydawało mi się pociągające.

– Przyjaciel? – powtórzyła sceptycznie.

– Owszem – odparłem, podejmując wyzwanie.

Zostanę jej przyjacielem i zobaczę, czy uda mi się zmienić jej zdanie co do randek.

Rozdział 1

Evie

Byłam o krok od uderzania głową w klawiaturę komputera. Co ja sobie myślałam, zgadzając się na napisanie drugiej części? A tak, nie myślałam wcale. Byłam tak podekscytowana faktem, że komuś podoba się moja książka, że po prostu nie myślałam. Zgodziłam się napisać kolejną część, bo dlaczego nie? Miałam na nią plany, więc nie powinno to stanowić dla mnie problemu. Okazało się, że w praktyce wszystko wygląda inaczej. Zwykle pisanie szło mi łatwo, było równie naturalne, jak oddychanie. Siadałam do komputera i pisałam. Teraz jednak miałam z tym problem, który utrzymywał się już od kilku tygodni. Nie mogłam napisać nawet jednej pełnej strony płynnego, spójnego tekstu.

Byłam w rozsypce emocjonalnej, twórczej i ogólnie życiowej. Pół roku temu wszystko szło po mojej myśli. Skończyłam studia magisterskie z anglistyki, podpisałam umowę na książkę i utrzymałam pracę w mojej ukochanej bibliotece. Teraz miałam wrażenie, że każda najmniejsza rzecz w moim życiu idzie źle. Nie było dla mnie perspektyw na dobrą pracę w zawodzie, druga, obiecana wydawcy książka jeszcze nie powstała, chociaż terminy goniły, a biblioteka zaczęła mieć problemy finansowe, przez co szefostwo cięło etaty. Nie wiedziałam, czy obejmie to również mnie, ale nie byłam tak głupia, by sądzić, że jestem całkowicie bezpieczna.

– Niech to jasny szlag trafi – prychnęłam, kładąc głowę na klawiaturze, przez co na ekranie zaczęły wyskakiwać przypadkowe litery.

To i tak było o wiele więcej niż to, co udało mi się napisać do tej pory.

Za dwie godziny miałam spotkanie z moją agentką, która chciała poznać jakieś szczegóły, dowiedzieć się, jak mi idzie praca, a ja nie miałam dla niej zupełnie nic. Jezu. Może moja poprzednia książka to zwykły łut szczęścia? Prawie całe swoje życie pisałam i nigdy nie brakowało mi weny, a akurat teraz, gdy najbardziej jej potrzebowałam, ona postanowiła pojechać na pieprzone wakacje!

Nie miałam pojęcia, co mi się stało. Napisanie pierwszej części tej serii nie stanowiło dla mnie żadnego problemu. Romantyczna historia o kobiecie z wyższych sfer, którą zwyczajny facet ratuje od niechcianego małżeństwa. Wszystko poszło ładnie, pięknie do czasu, aż para uciekła z miasta, w którym do tej pory żyli. Nie miałam pojęcia, jak mam to pociągnąć. Opisywanie zakazanego związku szło mi wyjątkowo łatwo, gorzej było z dalszą częścią. Wiedziałam, co i kiedy ma się wydarzyć, ale jakoś nie potrafiłam ubrać tego w słowa. Wszystko się zamazywało, każdy pomysł, który miałam w głowie, nagle nie wydawał się taki dobry, nic nie chciało ze sobą współgrać.

Jace powtarzał mi, że powinnam kogoś przelecieć, wtedy wena natychmiast by mi wróciła. Łatwiej powiedzieć niż zrobić. Może dla niego to nie stanowiło żadnego problemu, ale dla mnie owszem. Dwudziestotrzyletnia dziewica, która boi się rozebrać przy mężczyźnie. Świetny materiał na przygodny seks, nie ma co.

Westchnęłam, odsuwając się od laptopa. Skasowałam wszystkie litery, które napisałam, uderzając głową o klawiaturę, i zamknęłam plik.

– Poddaję się – westchnęłam.

Musiałam wyjść z domu, z tego pokoju. Może to da jakiś efekt – myślałam, chociaż tak naprawdę przestałam już w to wierzyć. Próbowałam tej metody niezliczoną ilość razy i póki co, nie przyniosła żadnych rezultatów.

– I co? Dalej nic? – zapytała moja współlokatorka Ally, gdy zamaszyście otworzyłam drzwi swojej sypialni.

– Nawet nie pytaj – mruknęłam.

Allison Sanchez była dziewczyną, którą poznałam przez internet, szukając mieszkania w Seattle. Moja matka i brat zostali w Port Angeles, lecz mnie duże miasto dawało więcej możliwości. Nie stać mnie było na własne mieszkanie, więc ucieszyłam się, gdy odkryłam, że studentka w moim wieku poszukuje współlokatorki. Jeszcze większą radością napawał mnie fakt, że tak przypadłyśmy sobie z Ally do gustu. Studiowała muzykoterapię i prowadziła razem z rodzicami sklep muzyczny. Teraz pracowała na pół etatu w sklepie i w klinice, która specjalizowała się w muzykoterapii. Powoli spełniała swoje marzenia i potrafiła zrozumieć, jak ważne było dla mnie realizowanie moich. Co prawda nasze pasje dotyczyły innych dziedzin sztuki, ale pochłaniały nas całkowicie. W pewien sposób się dopełniałyśmy. Ally potrafiła grać na instrumentach, a mnie jej muzyka niekiedy naprawdę uspokajała i pomagała mi się skupić. Szkoda, że w przypadku tej blokady twórczej nie działała nawet magia Allison.

– Może powinnaś spróbować jakiejś innej metody relaksu? W necie jest mnóstwo pomysłów na takie rzeczy – stwierdziła, poprawiając swoje rude włosy, które opadły jej na oczy.

Ludzie często mówili, że wyglądamy jak siostry. Może coś w tym było, bo tak naprawdę największa różnica między nami to kolor oczu – jej miały kolor brązu, a moje zieleni. Ally uważała, że to przeznaczenie, iż dwie rudowłose dziewczyny zamieszkały razem. Jace twierdził, że to upiorne.

– Może tak zrobię. Jestem zdesperowana – przyznałam.

– Jak dla mnie, to najlepszą inspiracją i tak byłby ten blondasek – powiedziała z krzywym uśmiechem, na co tylko przewróciłam oczami.

Czy naprawdę wszyscy uważali, że seks stanowi rozwiązanie każdego problemu? Cóż, Ally twierdziła, że tutaj nie pomoże zwyczajny seks, lecz taki wyjątkowy. Z wyjątkowym facetem. Nie dało się zaprzeczyć, że Jace to wyjątkowy facet, ale nie był mój w taki sposób.

Odkąd rok temu odrzuciłam jego zaloty, zostaliśmy przyjaciółmi. Początkowo nie mogłam uwierzyć, że ten mężczyzna, ciągle określany w mediach jako bawidamek, może zostać moim przyjacielem, lecz okazał się naprawdę dobry w tej roli. Nigdy nie próbował niczego więcej i był trochę jak męska wersja Ally – mogłam z nim szczerze pogadać, pośmiać się, wesprzeć go i pozwolić, by on wsparł mnie. To dzięki niemu udało mi się znaleźć agentkę, która załatwiła mi umowę. Pochodziliśmy z dwóch różnych światów, ale jakimś cudem świetnie się dogadywaliśmy i potrafiliśmy rozwiązywać nawzajem swoje problemy.

Skłamałabym, mówiąc, że nigdy nie miałam na niego ochoty. Miałam od samego początku. Wiedziałam jednak, że w moim przypadku próba randkowania zakończyłaby się katastrofą, więc szybko wyzbyłam się takich myśli. Czasem wciąż robiło mi się gorąco, gdy widziałam go bez koszulki lub szczególnie dobrze ubranego, ale nauczyłam się ignorować takie emocje. Byliśmy przyjaciółmi i to miało nam wystarczyć.

– Dlaczego zawsze mówisz o nim „blondasek”, skoro znasz jego imię? – Odwróciłam kota ogonem.

– Bo to koleś, do którego po imieniu mogą mówić tylko wybrani – stwierdziła Allison. – Dlatego.

– Więc lepiej mówić o nim „blondasek”.

– Zdecydowanie lepiej.

Przewróciłam oczami, ale postanowiłam z nią nie dyskutować. Poszłam do łazienki, by przebrać się w bardziej cywilizowane ubrania niż szorty i koszulka, ponieważ nie zamierzałam wracać do domu przed spotkaniem z agentką.

Ubrana w swój standardowy komplet – dżinsy i koszulkę – wzięłam wiszącą na wieszaku torebkę i przerzuciłam ją przez ramię, po czym nałożyłam na siebie kurtkę. Mimo że mieliśmy czerwiec, pogoda w stanie Waszyngton zawsze mogła zaskoczyć i dzisiaj, zamiast pięknego słońca, zgotowała nam ulewę. Uznałam, że przynajmniej mogę zwalić mój brak weny na pogodę. To mało wiarygodny argument, ale dlaczego miałabym się go nie uczepić?

– Wychodzę – rzuciłam do Ally. – Przejdę się na spacer, a później idę na spotkanie z Rebekah.

– Powodzenia – powiedziała Allison, wracając do jakichś dokumentów, nad którymi pracowała.

– Dzięki.

Wyszłam z domu, zauważając z ulgą, że przynajmniej nie pada. Na razie. Na wszelki wypadek wzięłam ze sobą parasolkę, lecz miałam nadzieję, że nie będę musiała z niej korzystać.

Mieszkanie moje i Ally nie znajdowało się w centrum, dzięki czemu czynsz był niższy. Lubiłam przedmieścia. Panowała tutaj cisza i spokój. Duże zbiorowiska ludzi nigdy mnie nie pociągały. Gdyby nie zmusiła mnie do tego sytuacja, może ciągle mieszkałabym w Port Angeles, gdzie zaludnienie było dużo mniejsze. Tam jednak mogłam pracować jedynie jako kelnerka, więc nawet w obliczu przeprowadzki do dużego miasta, mając w perspektywie pracę wśród książek, wiedziałam, co wybieram.

Przeszłam przez ulicę, kierując się w stronę parku. Miałam zamiar pospacerować, a potem, nadal zaklinając w myślach deszcz, chciałam usiąść i dokończyć czytanie książki. Przeminęło z wiatrem czytałam chyba po raz trzeci, ale ta książka za każdym razem wydawała się lepsza. Wiedziałam, że wielu ludzi uważa to za stratę czasu, lecz co miałam poradzić, że uwielbiałam wracanie do najlepszych historii?

Idąc, włożyłam słuchawki do uszu i włączyłam składankę relaksacyjną, którą poleciła mi Ally. Uważała, że nic nie działa na nią lepiej niż to, jednak mnie nie rozluźniała, przynajmniej nie do końca. Zawsze wolałam relaksować się przy książkach niż przy muzyce, ale w tym momencie byłam gotowa spróbować wszystkiego, byleby odzyskać wenę.

Ledwie zdążyłam przesłuchać jeden utwór, gdy moja komórka rozdzwoniła się, a na ekranie pojawiło się znajome imię. Uśmiechnęłam się pod nosem i odebrałam połączenie.

– Wyszedłeś z biura o tej porze? Jestem w szoku – powiedziałam zamiast powitania.

– Możesz być w szoku i strzelić mi w łeb? Obiecuję, że nikt nie posądzi cię o morderstwo. Skrócisz moje cierpienia – jęknął Jace.

– Co się stało? – zapytałam, wiedząc, że jeśli dzwoni przed osiemnastą, musi być naprawdę zdesperowany.

Zwykle, dzwoniąc z pracy, żalił się na wyjątkowo nudne spotkania, wyjątkowo upartych kontrahentów czy wyjątkowo upierdliwego tego dnia ojca. Kiedyś sądziłam, że takie narzekania to marudzenie rozpieszczonego bachora, ale szybko dostrzegłam, iż Jace naprawdę męczył się z niektórymi kwestiami. Jako najstarszy syn Richarda O’Connella miał przejąć cały biznes i zarządzać wszystkim, więc nie dziwiłam się, że czuł ogromną presję, której czasem miał dosyć.

– Matka zarządziła rodzinny zjazd w ten weekend – wyjaśnił.

O cholera. To było gorsze niż wszystko, o czym mówił do tej pory.

– Masz rację, powinnam skrócić twoje cierpienia – powiedziałam.

Nigdy nie poznałam rodziny Jace’a. Wiedział, że nie przepadam za imprezami, w których brał udział, i wolał nie narażać mnie na traumę, której sam unikał. Z jego opowieści wiedziałam jednak o jego bliskich dość, by zdawać sobie sprawę, że zjazd rodzinny mógł oznaczać jedynie kłopoty. Siostra wściekająca się na świat, że za mało jej dał, jeden brat sprawiający wrażenie oderwanego od rzeczywistości, drugi – w miarę normalny, za to uwielbiający z niego żartować, rygorystyczny ojciec, wymagający dziadek, babcia z Alzhaimerem i matka, która była prawdziwą wisienką na torcie. Wiedziałam, że teoretycznie Jace nie miał na co narzekać, w każdej rodzinie pojawiały się spięcia i nieporozumienia, ale jak w każdej rodzinie, gdzie w grę wchodzi kasa, tutaj było to o wiele poważniejsze.

– Dzięki, pocieszyłaś mnie – prychnął Jace.

– Gdybyś dzwonił po pocieszenie, nie dzwoniłbyś do mnie – zauważyłam.

– Fakt, jesteś w tym beznadziejna – przyznał. – Mam nadzieję, że ze strzelaniem idzie ci lepiej.

– Nie wiem, nigdy nie próbowałam – odparłam. – Ale dlaczego właściwie nie możesz zrobić tego sam?

– Mogę, ale wolałbym mieć jakiś ładny widok przed śmiercią – zadrwił.

Przewróciłam oczami, ciesząc się, że on nie może tego zobaczyć.

– Co jej właściwie odwaliło z tym zjazdem? – spytałam. – Stęskniła się za rodziną?

– Chce się nad nami pastwić, najwyraźniej jej się nudzi – stwierdził Jace. – Szkoda tylko, że nam się nie nudzi i wszyscy mamy milion ważniejszych zajęć niż uczestniczenie w bzdurnych kolacjach i przyjęciach.

– Jak duży to ma być zjazd?

– Moje rodzeństwo, rodzeństwo ojca i dziadkowie z obu stron. Możesz zacząć obstawiać, kto kogo pierwszy zamorduje, bo to nie może skończyć się dobrze – powiedział.

– Ty zamordujesz samego siebie.

– Nie, mnie zamordujesz ty – przypomniał.

– Ach, no tak. W takim razie sądzę, że twój brat, ten średni… Miles, pierwszy straci cierpliwość – odparłam.

– Chyba słusznie obstawiasz, na ostatnim zjeździe to on pierwszy wywołał bójkę – mruknął Jace. – Masz pomysł, jak mogę się z tego wykręcić?

– Złam nogę.

– Zawiozą mnie na wózku.

– Okej… To udaj, że musisz lecieć na Karaiby – podsunęłam.

– Ojciec zna mój grafik, wie, że nie mamy w planach żadnej podróży.

– No to… Nie wiem, ostatnio jestem beznadziejna w obmyślaniu jakichkolwiek planów – jęknęłam.

– Znów brak weny? – domyślił się Jace.

– Chyba raczej wciąż… – westchnęłam. – Nie napisałam nic konkretnego od kilku tygodni, a za chwilę mam spotkanie z Rebekah, więc możesz wyświadczyć mi przysługę i też mnie zamordować. Popełnimy zbiorowe samobójstwo i pokażą nas w lokalnych wiadomościach.

Jakiś przechodzień spojrzał na mnie dziwnie, więc ściszyłam odrobinę głos, nie chcąc przyciągać uwagi.

– Według mnie genialny pomysł – stwierdził Jace. – Wszystko jest lepsze niż spotkanie mojej rodziny.

– Ile właściwie trwają takie zjazdy? – zapytałam.

– W mojej rodzinie? Dwa tygodnie.

– O szlag – zaklęłam mimowolnie. – Serio? W filmach zawsze trwa to weekend.

– Powinnaś przestać oglądać głupie filmy.

– Powinieneś przestać krytykować mój gust – odgryzłam się. – Ja nie komentuję twojego wątpliwego gustu co do kobiet.

– Nie musisz, twoja mina robi to za ciebie – odparł.

– W tym momencie nie widzisz mojej miny – przypomniałam mu.

– Ale cię znam.

– Dobrze, mniejsza o mnie – powiedziałam. – Co zamierzasz zrobić z tym zjazdem?

– A jak myślisz? – jęknął. – Muszę pojechać, inaczej mnie wydziedziczą. Chociaż utrata majątku nie wydaje się taka zła w porównaniu ze spędzeniem dwóch tygodni z moją rodziną.

– Jest cokolwiek, co mogłoby cię uratować?

– Tak. Znalezienie narzeczonej. Jestem najstarszy z rodzeństwa, a nie mam jeszcze nikogo, chociaż moim obowiązkiem będzie przedłużenie linii O’Connellów. Jedynie moja młodsza siostra pozostaje singielką, ale ona nie musi urodzić kolejnego dziedzica, więc to jest dopuszczalne.

– W takich chwilach jak ta stwierdzam, że kasa nie jest warta aż takiego wysiłku – mruknęłam.

Obowiązek przedłużenia linii? Na litość boską, a gdzie wolny wybór? To nie monarchia, tylko demokracja. Jeśli ktoś nie chce mieć dzieci, nie powinien czuć presji, by było inaczej. Nawet w rodzinie O’Connellów.

Rzadko poruszaliśmy z Jace’em temat zakładania rodziny i tym podobnych spraw. Nie chciałam, by doprowadziło to do pytań z jego strony. Miałam jednak świadomość, że on sam nie potrafił jeszcze określić, czego właściwie pragnie. Zdawał sobie jedynie sprawę z tego, do czego był zobligowany. Nigdy nie mówił, że chciałby mieć żonę i dzieci, lecz że musi je mieć.

– Gdyby chodziło tylko o kasę, to pewnie już dawno spieprzyłbym stąd jak najdalej – przyznał Jace. – Nie chcę zawieść rodziny, a przede wszystkim dziadka. Ma nadzieję, że stanę się taki sam jak mój ojciec, a on może i jest dupkiem, ale wiele osiągnął.

W jego głosie słyszałam desperację. Był marionetką, zmuszoną do posłuszeństwa, a za sznurki pociągała lojalność wobec rodziny.

– Nie zawiedziesz ich – zapewniłam go. – Jesteś jeszcze młody, masz czas na znalezienie kobiety, a poza tym ani twój dziadek, ani ojciec nie wybierają się na razie na tamten świat, więc nie ma pośpiechu z tym „przedłużaniem rodu”.

– Oni widzą to inaczej.

– Mogę ci jakoś pomóc? – spytałam, naprawdę mając nadzieję, że uda mi się ułatwić mu ten czas.

– Dam radę, muszę jedynie ponarzekać – odparł. – A ty masz tego pecha, że jako jedyna umiesz mnie słuchać.

– Czasem sama nie wiem dlaczego – stwierdziłam ze śmiechem i usłyszałam, że Jace również się roześmiał.

– A jak twoja wena? Jakieś pomysły na to, by wróciła? – zmienił temat.

– Na razie wybrałam się na spacer po parku i mam nadzieję, że mnie olśni, bym mogła cokolwiek przekazać Rebekah.

– Napisz książkę o mojej rodzinie, stanie się bestsellerem.

– Szkoda tylko, że potem twoja matka by mnie zamordowała – zauważyłam.

– Obroniłbym cię.

– Och, przestań słodzić, bo jeszcze pomyślę, że miękniesz, O’Connell – zadrwiłam.

– To niedopuszczalne, muszę dbać o reputację – udał oburzenie. – Czekaj chwilę.

Usłyszałam w tle jakieś głosy, gdy rozmawiał z kimś innym. Pewnie był jeszcze w pracy.

– Muszę kończyć, Ev, zadzwonię wieczorem – powiedział. – Opowiesz mi, jak poszło spotkanie.

– Jeśli je przeżyję – mruknęłam. – Leć. Zadzwoń, jak będziesz mógł.

– Pa.

– Pa.

Gdy się rozłączył, na powrót włączyłam muzykę, lecz mój humor już się poprawił.

***

Siedziałam w kawiarni, przeglądając portale społecznościowe i strony recenzentów, by skrócić sobie czas oczekiwania na Rebekah. Moja pierwsza książka wciąż utrzymywała się w czołówce listy bestsellerów, z czego byłam naprawdę dumna. Pisząc tę powieść, nie sądziłam, że odniesie ona taki sukces i wzbudzi zainteresowanie tak wielu ludzi. Okazało się jednak, że dzisiejsze kobiety potrzebowały fantazji i marzeń. Chciały czytać o mężczyznach innych niż ci, którzy otaczali je na co dzień, w głębi ducha licząc może, że kiedyś taki rycerz w lśniącej zbroi pojawi się na ich progu. Jako zapalona czytelniczka wiedziałam, czego ludzie oczekują od książek, dzięki czemu łatwo zawarłam to we własnych dziełach. Byłam romantyczką, choć nawet moje fantazje miały swoje granice. Rycerze istnieli na kartkach powieści i tylko tam. Moja mama sądziła kiedyś inaczej i nie skończyło się to dla niej dobrze.

– Jest i moja ulubiona autorka!

Rebekah z impetem zajęła krzesło naprzeciwko mnie i machnęła na kelnera, by do nas podszedł.

– Dużą kawę. Bez dodatków – rzuciła, a chłopak zanotował, po czym spojrzał na mnie, lecz ja wskazałam na pełną filiżankę swojego cappuccino.

Schowałam telefon, a Rebekah wyjęła ze swojej torby notatnik, z którym się nie rozstawała, oraz długopis. Nie chciałam od razu zrzucać na nią bomby i mówić jej, że nie będzie miała czego notować.

– No, to jak się mają sprawy? Tworzy się kolejny hit? – Zatarła ręce.

Rebekah była bardzo zdecydowaną kobietą, o czym świadczyło nie tylko jej zachowanie, ale również wygląd. Długie blond włosy zawsze upinała w nieskazitelny kok, z którego nawet jeden włosek nie miał odwagi się wysunąć. Zielone oczy podkreślała mocną, czarną kreską, a wargi czerwoną pomadką. Strój mojej agentki także pozostawał nienaganny. Obcisłe, eleganckie sukienki i szpilki to jej znak rozpoznawczy. Gdy była niezadowolona, nie przebierała w słowach, co sprawiało, że człowiek czuł się maleńki. Dlatego nie miałam najmniejszej ochoty mówić jej, że mój kryzys weny trwa, chociaż do oddania książki pozostały trzy miesiące.

– Mam… małe problemy – powiedziałam niepewnie.

Rebekah nie była głupia i szybko się domyśliła, w czym rzecz.

– Jak rozumiem, „małe” to takie, które można szybko i łatwo pokonać, tak? – spytała z powątpiewaniem.

– Troszkę większe – przyznałam.

Rebakah przymknęła oczy, jakby spodziewała się najgorszego.

– Jak bardzo?

– Nie napisałam ani słowa od kilku tygodni – wymamrotałam. – A przynajmniej niczego, co by się nadawało do wydania.

Moja agentka szybko otworzyła oczy i spojrzała na mnie ostro – tak jak tylko ona umiała.

– Żartujesz – warknęła. – Błagam cię, powiedz, że żartujesz.

W tym momencie podszedł kelner i postawił na stole filiżankę z kawą. Rebekah skinęła na niego obojętnie, skupiając się na mnie.

– Chciałabym – westchnęłam, odpowiadając jej. – Nie jestem w stanie wyprodukować niczego. Nie wiem, może to presja, a może po prostu myliłaś się co do mnie i popełniłyśmy błąd, podpisując umowę na kilka książek.

– Bzdury – skarciła mnie. – Masz talent i nie popełniłyśmy żadnego błędu, podpisując umowę. Podejrzewam, że to może być działanie pod presją, a może najzwyczajniej w świecie masz kryzys, to zdarza się najlepszym. Nie widziałabym w tym problemu, gdyby nie to, że obiecałyśmy wywiązać się z umowy.

– Wiem – odparłam. – Robię, co mogę, Beks, ale naprawdę nie mam pojęcia, jak napisać coś, co się nada. Mam pustkę w głowie.

– Próbowałaś medytacji, słuchania muzyki? Spacerów? Kina? Książek?

– Tak, tak, tak i zawsze. Ale to nic nie daje.

– A seks?

Zarumieniłam się.

– To mi nie pomoże – mruknęłam.

– Uwierz mi, dobry seks potrafi zdziałać cuda. – Poruszyła znacząco brwiami.

– Nie w moim przypadku.

Rozebranie się przed kimś raczej przyprawiłoby mnie o cholerny zawał, nie o relaks. Już się pogodziłam z tym, że umrę jako dziewica. Ludzie podchodzili do seksu o wiele swobodniej niż ja, wiedziałam o tym. Dla mnie nie było to jednak takie łatwe i zwątpiłam już w to, że kiedykolwiek odważę się spróbować.

– W takim razie może potrzebujesz wakacji? – zaproponowała Rebekah. – Oderwania się od codziennego szajsu, złapania dystansu?

To akurat może nie był głupi pomysł. Za ostatnią książkę zarobiłam dość, by móc sobie pozwolić na parę dni urlopu i wyjazd gdzieś za miasto. Od lat nigdzie nie wyjeżdżałam. Praca w bibliotece, studia i pisanie książki nie pozwalały na częsty odpoczynek. Kochałam to, co robiłam, lecz może dlatego, że poświęciłam temu tyle czasu, teraz dopadł mnie kryzys. Do tej pory usilnie starałam się coś napisać, łudząc się, że tak przezwyciężę zastój, lecz być może remedium było kompletnie inne. Przestać robić cokolwiek, skupić się jedynie na odpoczynku.

– Tego jeszcze nie próbowałam.

– Więc powinnaś jak najszybciej gdzieś się wybrać. – Rebekah klasnęła w dłonie i natychmiast przeszła w tryb planowania, w czym była genialna. – Jakieś słoneczne miejsce, bo Waszyngton nie rozpieszcza. Nie mówię, że masz jechać na Malediwy, ale Kalifornia? Co o tym sądzisz?

– Myślałam, że jesteś moją agentką, nie menadżerką i asystentką – zauważyłam.

– Jestem wielozadaniowa – odparła, wyciągając z torebki tablet. – A może Teksas? Podobało ci się tam, gdy byłyśmy na promocji książki.

– Czekaj, daj mi się zastanowić! – poprosiłam.

– Nie ma czasu na zastanawianie się, im szybciej pojedziesz, tym szybciej odzyskasz wenę – powiedziała Rebekah.

– Muszę załatwić sobie wolne w pracy – przypomniałam jej.

– Nadal nie rozumiem, dlaczego pracujesz, skoro zarabiasz mnóstwo kasy na książkach, ale niech ci będzie. – Machnęła ręką. – Załatw, co trzeba, i pakuj walizki. Nie pozwolę ci zrezygnować, dziewczyno. Odzyskasz tę wenę i stworzysz kolejny hit, choćbym miała ci skopać dupę, by tak się stało.

Już dawno przestałam się dziwić temu, że jest taka dobra w tym, co robi. Można było odnieść wrażenie, że Rebekah Kilgore urodziła się, by pracować w swoim zawodzie.

– W porządku, porozmawiam z szefem i zarezerwuję bilet – obiecałam, zastanawiając się jednocześnie, dokąd chciałabym pojechać.

Kiedyś podróżowałam bardzo dużo, lecz nie można powiedzieć, że cokolwiek zwiedziłam. Poza tym od lat nie planowałam takich rzeczy. Jeszcze kilka miesięcy temu nie sądziłam, że będzie mnie stać na podróże. Było kilka zakątków świata, które koniecznie chciałam zobaczyć, ale uznałam, że lepiej zacząć od czegoś, co znajduje się bliżej. Gdy już przestanę mieć na karku deadline’y, zacznę się zastanawiać nad tym, co dalej.

– I o to chodzi – przyklasnęła mi Rebekah. – Sprzedam wydawcy bajeczkę, że pracujesz, ale potrzebujesz chwili odpoczynku, i zapewnię, że książka będzie gotowa na czas.

Spojrzała na mnie znacząco, dając mi do zrozumienia, że na mnie liczy. Nadstawiała własny kark i reputację, by mnie wesprzeć. Poczułam ucisk w żołądku na myśl, co będzie, jeśli zawiodę, ale jej pomoc motywowała mnie, bym do tego nie dopuściła.

– Bo będzie gotowa na czas – zapewniłam. – Nabiorę dystansu i wezmę się do roboty z nową energią.

– Świetnie – skwitowała moja agentka. – Jak tylko pojawią się jakieś postępy, daj mi znać.

– Tak zrobię – obiecałam.

Rebekah zadowolona, że mniej więcej udało jej się zapobiec katastrofie, zabrała się za swoją kawę. Przez resztę spotkania rozmawiałyśmy już na lżejsze tematy. Gdy wyszła, ja zostałam jeszcze chwilę, przeglądając oferty biur podróży i zastanawiając się, czy Jace nie chciałby pojechać ze mną, lecz wtedy przypomniałam sobie, że ma swój zjazd. Westchnęłam zawiedziona, bo samotne wakacje nie wydawały mi się za fajne, a Ally na pewno nie będzie mogła wziąć urlopu, szczególnie w nowej pracy. Jednak – jak to się mówi – jak się nie ma, co się lubi, trzeba lubić, co się ma. Samotna wycieczka też nie okaże się zła. W tym momencie byłam gotowa spróbować wszystkiego, byleby odzyskać wenę.

Rozdział 2

Jace

Siedziałem na spotkaniu zarządu firmy, próbując skupić się na tym, co mówił mój ojciec, ale jak to często w takich sytuacjach bywa, moje myśli odpłynęły daleko poza salę konferencyjną. Starałem się słuchać. Naprawdę. Nie byłem darmozjadem, który nic nie potrafił i liczył na dobrą kasę od rodzinki. Ukończyłem ekonomię, podczas studiów pracowałem jak każdy przeciętny człowiek, zarabiając na siebie, a po powrocie do domu uczyłem się wszystkiego, co przekazywali mi dziadek i ojciec. Problem w tym, że spotkania zarządu miały tyle samo sensu, co noszenie parasola w słoneczny dzień. Istniała szansa, że się przyda, ale najprawdopodobniej będzie to po prostu zmarnowanie energii. Owszem, potrzebowaliśmy się naradzić, lecz w sytuacji, gdy każdy próbował przekonać każdego do swoich racji, nie miało to większego sensu.

Moja rodzina posiadała ponad tysiąc hoteli, a każdy z nich był prowadzony przez zarządcę, który podlegał bezpośrednio nam. Każdy z zarządców miał coś do powiedzenia, każdy uważał, że potrzebuje na swoim terytorium więcej kasy, nie wykazując przy tym, na co właściwie te pieniądze miałyby się przydać. Jakkolwiek by na to nie patrzeć, i tak skończy się to katastrofą. Jeśli udzielimy wsparcia jednemu z hoteli, pozostałe też się upomną. Jeśli nie udzielimy wsparcia nikomu, wyjdzie na to, że jesteśmy skąpi i żałujemy kasy na inwestycje we własny biznes. Czasem zastanawiałem się, czy którykolwiek z tych gości naprawdę miał skończone studia, czy dyplom kupił w internecie.

Próbowałem przekonać ojca, że powinniśmy wkrótce zrobić objazd i odwiedzić osobiście każdy z hoteli, lecz on nie cierpiał podróżować, a dziadkowi nie pozwalało już na to zdrowie. Po dzisiejszej wiadomości o zjeździe zacząłem mieć nadzieję na jakąś awanturę, która naprawdę zmusi mnie do wyjazdu w zupełnie inne miejsce, z daleka od mojej rodziny.

To nie tak, że ich nie kochałem lub byłem zbyt zarozumiały, by spędzać z nimi czas. Kochałem ich, mimo że matka zawsze wolała zakupy niż wychowywanie dzieci, a dla ojca bardziej liczyła się firma niż my. Moje rodzeństwo, chociaż czasem nieznośne, było mi najbliższe, więc zobaczenie się z nimi nie brzmiało tak źle. Zjazdy te miały jednak pewną wadę. Jeśli na zbyt długo zamknie się razem osoby o różnych charakterach, poglądach i celach życiowych, może wyjść z tego niezłe zamieszanie. A jeśli dorzucić do tego fakt, że owe osoby są ze sobą spokrewnione i skrycie się nienawidzą za to, w jakiej kolejności kto się urodził i kto co odziedziczył lub odziedziczy, wychodzi prawdziwa katastrofa.

Ród O’Connellów miał swoje zasady. Wszystko, co posiadaliśmy, znajdowało się w rękach najstarszego członka rodziny, który przekazywał to kolejnemu pokoleniu i tak dalej, i tak dalej. Kiedyś przekazywano wszystko tylko mężczyznom, teraz dziedziczyć mogły również kobiety, ale traf chciał, że zarówno mojemu dziadkowi, jak i moim rodzicom jako pierworodni rodzili się chłopcy. W przypadku moich rodziców to ja, jako najstarsze dziecko, miałem przejąć całą firmę. Moje rodzeństwo miało mnie w tym wspierać, jak wujkowie i ciotki wspierają mego ojca i dziadka.

Moich braci, Blake’a i Milesa, cieszyło to i jednocześnie denerwowało. Wiadomo, że każdy chciałby mieć największe udziały, ale to wiąże się również z wieloma obowiązkami i odpowiedzialnością. Ja sam nie byłem pewien, czy cieszę się z tego, że pewnego dnia wszystko spocznie na moich barkach. Czasem chciałbym mieć taką swobodę jak moi bracia, którzy mogli więcej podróżować i zajmować się różnymi sprawami w terenie, nie tylko siedzeniem za biurkiem.

Jedynie moja siostra McKenzie uważała, że stanowisko prezesa nie wiąże się z żadnymi konsekwencjami. Sądziła, że zasługuje na objęcie dowodzenia tak samo jak ja i to niesprawiedliwe, że ona, jako środkowe dziecko, musi podlegać mnie. Zwłaszcza że różnica wieku między nami wynosiła jedynie rok. Może i bym się z nią zgodził, gdyby nie to, że dziewczyna nie znała pojęcia „odpowiedzialność” i nie podeszła do ani jednej rzeczy na poważnie. Była za bardzo podobna do matki – od obowiązków wolała zakupy i chłopców, chociaż mama przynajmniej wiedziała, co jej wolno, a czego nie. McKenzie robiła wszystko, byleby pokazać swoją niezależność, co kończyło się licznymi skandalami, a to nie służyło żadnemu z nas.

Kolejną zmorę zjazdu stanowiły związki moich braci. Obaj mieli narzeczone, a ja nigdy nawet nie zbliżyłem się do tego etapu. Nie miałem problemu z kobietami. Większość z nich rzucała się na mnie jak oszalała, lecz właśnie tu był pies pogrzebany. Statystycznie rzecz biorąc, dziewięć na dziesięć kobiet z mojego otoczenia leciało na pieniądze, nie na mnie. Chciałyby mnie, nawet gdybym wyglądał jak Quasimodo, byleby tylko położyć łapy na mojej rodzinnej fortunie. Te, które nie dbały o forsę, wolały seks niż rozmowy. Rzadko mi to przeszkadzało, lubiłem łóżkowe zabawy, choć czasem chciałbym po prostu z kimś porozmawiać. Nie miałem wielu przyjaciół. Dlatego zawsze pragnąłem znaleźć kobietę, która lubiłaby mnie jako… mnie. Kogoś, kto byłby nie tylko moją kochanką i ładną buzią do pokazania, lecz również… przyjaciółką.

Cóż, jedyna osoba, która się do tego kwalifikowała, twierdziła, że nie chodzi na randki, więc wracałem do punktu wyjścia.

Jako najstarszy potomek powinienem przekazać dziedzictwo dalej, co oznaczało, że wszyscy z góry oczekiwali, iż to ja jako pierwszy zostanę mężem i ojcem. Zupełnie szczerze, nie spieszyło mi się do tego. Nigdy nawet nie dostałem szansy zastanowić się, czego tak naprawdę bym chciał, gdyby nie moja rola w rodzinnym interesie. Na szczęście minęły czasy, kiedy to rodzina wybierała partnerów, dzięki czemu mogłem sam zdecydować, kogo poślubię, co jednak wcale nie ułatwiało sprawy.

I znów w moich myślach pojawiła się Evie. Po pierwszych tygodniach naszej znajomości miałem pewność, że to z nią chciałbym się ożenić. Była piękna, mądra, zabawna, cicha, choć nie nieśmiała, skromna, lecz nie sztucznie. Była… autentyczna, jakkolwiek dziwnie by to brzmiało. Rozumiała mnie, postrzegała jako człowieka, a nie chodzący bankomat, który można obsługiwać bez karty. Pociągała mnie bardziej niż jakakolwiek inna kobieta, z którą miałem do czynienia. Problem w tym, że chciała jedynie przyjaźni. Początkowo sądziłem, że mnie spławia, ale okazało się, że nie kłamała, twierdząc, że nie chodzi na randki. Nie potrafiłem pojąć, dlaczego zatem nie chce dać nam szansy, ale nie naciskałem na nią. Wolałem utrzymywać na wodzy swoje pożądanie i zdusić rosnące uczucie, niż ją stracić.

Podejrzewałem jednak, że taki argument za nic w świecie nie przemówi ani do mojej matki, ani do innych członków rodziny. Jednym słowem, miałem totalnie przerąbane.

– To są kpiny! – zawołał Lucas Pierce, szef sieci hoteli w Nowym Jorku.

Na szczęście kontaktowaliśmy się z nim poprzez wideokonferencję, dzięki czemu to w swoje biurko uderzył pięścią, nie w nasz stół.

– Kpinami są twoje żądania! – odwarknął Jonah Parker, szef z Portland w Oregonie.

Kpiną jest całe to spotkanie… – pomyślałem i otrząsnąłem się z zamyślenia, by pomóc mojemu ojcu w uspokojeniu kolejnej burzy.

***

Trzy godziny później spotkanie wreszcie się zakończyło. Ci, którzy przylecieli na nie z innej części Stanów, udali się do hoteli, a pozostali porozjeżdżali się do domów. Ojciec i ja nie mieliśmy tyle szczęścia, bo czekała nas jeszcze praca, mająca umożliwić zrealizowanie dzisiejszych obietnic. Koniec końców skończyliśmy po dziewiątej wieczorem.

– Dobra robota, synu. – Tata poklepał mnie po ramieniu.

Jedyne uznanie, jakie mi okazywał, to to związane z biznesem. Przyzwyczaiłem się do tego, co nie znaczyło, że nie czułem dumy, gdy mnie chwalił.

– Dobrze, że takie spotkania odbywają się raz na kwartał – mruknąłem.

– Co racja, to racja – przyznał ojciec. – Osiwiałbym o wiele szybciej, gdyby było inaczej.

Ja i ojciec wyglądaliśmy zupełnie inaczej. On miał ciemne włosy i brązowe oczy, ja zaś wdałem się w matkę. Przynajmniej z wyglądu. Charakterem o wiele bardziej przypominałem dziadka, a może były to tylko moje pobożne życzenia, bo zawsze chciałem przypominać właśnie jego. Ojciec to prawdziwy rekin biznesu, ale nie umiał łączyć tego z rolą męża i ojca. Dziadek radził sobie zarówno z pracą, jak i z rodziną, co dla mnie stało się o wiele ważniejszym wzorcem.

– Jutro musimy zamknąć jeszcze parę spraw i możemy zrobić sobie chwilę wolnego – westchnął tata, przeciągając się, by rozprostować kości.

– Fajne wolne – powiedziałem ironicznie, luzując krawat i rozpinając górny guzik koszuli.

– Uwierz mi, synu, też nie cieszy mnie pomysł twojej matki, ale to tradycja – przypomniał mi ojciec. – Takie zjazdy odbywają się od lat. Służą podtrzymaniu relacji i zacieśnianiu więzów.

Zastanawiałem się, czy on w ogóle wierzył w to, co mówił. Na każdym zjeździe się upijał, by niewiele z tych dni pamiętać. Trzeba jednak przyznać, że potrafił zrobić to naprawdę umiejętnie. Gdybym nie widział, jak wypija sam butelkę bourbona, w życiu bym się nie domyślił, że jest pijany.

– Może ktoś powinien w końcu przełamać tę tradycję – wymamrotałem pod nosem, a ojciec albo mnie nie usłyszał, albo postanowił tego nie komentować.

– W tym roku nie będzie jednak tak źle, jedziemy do San Diego – powiedział. – Plaża, gorące kobiety… Czego ci więcej trzeba?

Świętego spokoju – pomyślałem.

Matka nie za bardzo lubiła przyjmować gości w domu. Nigdy nie widziałem, by miała w ręku garnek, nie potrafiła gotować ani sprzątać. We wszystkim wyręczała ją służba. Przeszła z jednej bogatej rodziny do drugiej i praca była dla niej obcym pojęciem. Podejrzewałem, że zaplanowanie zjazdu we własnym domu mogłoby okazać się nie lada kłopotem, dlatego wolała go organizować w jednym z naszych hoteli, za każdym razem w innym. Nie zapomnę roku, kiedy uznała, że świetnym planem będzie polecenie na Alaskę. Anchorage nas wykończyło, ale na szczęście ona sama również prędko pożałowała swojego pomysłu i od tego czasu wybierała cieplejsze i bardziej cywilizowane miejsca.

– Idę do domu – odparłem, uznając, że nie ma sensu odpowiadać na pytanie ojca. – Widzimy się jutro.

– Dobranoc, synu.

– Dobranoc, tato.

Zebrałem wszystkie swoje papiery, zabrałem teczkę i wyszedłem z sali, kierując się do wyjścia.

Jadąc windą na parking, spojrzałem na telefon, by sprawdzić, czy nikt nie próbował się do mnie dodzwonić, ale znalazłem jedynie powiadomienia z mediów społecznościowych, w których moja rodzina ogłaszała oficjalnie zjazd. Każdy chwalił się, kogo przyprowadzi, bla, bla, bla.

Jezu, czy naprawdę nie było ciekawszych tematów?

Zirytowany schowałem komórkę do kieszeni marynarki i opuściłem siedzibę firmy. Zjazd miał się rozpocząć dopiero w sobotę, dzisiaj był czwartek, co dawało mi jeszcze dwa dni na cieszenie się względną wolnością.

Wsiadłszy do samochodu, nie pojechałem jednak do siebie, lecz do Evie. Wiedziałem, że jutro idzie do pracy, ale liczyłem, że uda mi się ją wyciągnąć na jakąś późną kolację. Rozmowa z nią zawsze mi pomagała, niczym kąpiel po męczącym dniu.

I wtedy mnie olśniło.

Istniał przecież sposób, bym przetrwał ten zjazd bez uszczerbku na zdrowiu psychicznym, w dodatku bez uszczypliwych uwag mojej rodziny.

Ten plan był tak genialny i jednocześnie tak prosty, że zastanawiałem się, jakim cudem wcześniej na niego nie wpadłem.

W piętnaście minut pokonałem drogę z biura do mieszkania Evie, a gdy moja przyjaciółka otworzyła mi drzwi, padłem przed nią na kolana.

– Zostań moją narzeczoną, Ev.

Przez chwilę patrzyła na mnie jak na wariata. Później rozejrzała się po korytarzu, jakby szukała ukrytej kamery.

– Piłeś? – spytała.

– Nie, jestem trzeźwy.

– Żartujesz sobie ze mnie?

– Ani trochę.

– Więc zwariowałeś – stwierdziła, marszcząc zabawnie brwi.

– Nie zwariowałem, Evie, wręcz przeciwnie, jestem po prostu genialny!

– Co tu się dzieje? – W progu pojawiła się Allison i spojrzała na nas, jakbyśmy byli nowym gatunkiem odkrytym przez naukowców.

– Sama chciałabym to wiedzieć – przyznała moja przyjaciółka.

– Okej, w takim razie nie będę wam przeszkadzać – mruknęła Ally i chwilę później usłyszałem trzaśnięcie drzwi od jej pokoju.

– Jace, przestań się wygłupiać i powiedz mi, co tu, do cholery, jest grane – warknęła Evie, szarpiąc mnie za łokieć, bym wstał.

Może nie wyszło to najlepiej, trzeba to przyznać. Uznałem, że jeśli mam ją namówić do tego, by pomogła mi zrealizować plan, musiałem najpierw przestać ją straszyć swoim zdrowiem psychicznym.

Wstałem z kolan i wszedłem do mieszkania. Evie zamknęła za mną drzwi i poprowadziła mnie do kuchni, gdzie nalała nam obojgu po szklance soku. Wolałbym bourbona, ale przyjechałem samochodem, więc to nie wchodziło w grę. Poza tym wiedziałem, że Ev nie przepadała za alkoholem i rzadko trzymała go w domu.

– No dobrze, to teraz gadaj, co właściwie wymyśliłeś – powiedziała, siadając naprzeciwko mnie.

Rude loki opadły jej na czoło, przez co wyglądała naprawdę słodko, nawet z tą groźną miną, a w workowatej koszulce, którą miała na sobie, była niesamowicie seksowna. Ale nie na tym powinienem się teraz skupiać.

– Chcę, byś udawała moją narzeczoną i pojechała ze mną na ten rodzinny zjazd do San Diego – wypaliłem.

Evie nadal patrzyła na mnie jak na wariata, więc podejrzewałem, że te wyjaśnienia ani trochę nie pomogły. Raczej jeszcze bardziej utwierdziły ją w przekonaniu, że zwariowałem.

– Zechcesz to jakoś rozwinąć? – poprosiła. – Bo na razie to mam wrażenie, że gram w jakimś kabarecie, z którego niewiele rozumiem.

– Po prostu przyszedł mi do głowy pewien pomysł. Moja rodzina nie da mi spokoju, głównie z powodu braku narzeczonej. Poza tym dwa tygodnie spędzone z nimi będą katorgą, której raczej nie przetrwam bez dużej ilości środków odurzających lub wpływu kogoś, kto stanowi kompletne przeciwieństwo mojej rodzinki. Pomyślałem zatem, że możemy rozwiązać wzajemnie swoje problemy. Pojedziesz ze mną, rozerwiesz się trochę, ja zachowam zdrowie psychiczne, a moja rodzina przestanie mnie dręczyć, bym znalazł sobie partnerkę. Proszę, Evie. Pojedź ze mną. Jesteś jedyną osobą, która utrzyma mnie przy zdrowej psychice.

Wydąłem dolną wargę i zamrugałem, robiąc „minę słodkiego szczeniaczka”, jak określała to Ev. Twierdziła, że tak samo robił jej pies, którego miała w dzieciństwie. Nigdy nie słyszałem podobnego komplementu, ale nie powinienem się dziwić, po niej mogłem spodziewać się wszystkiego.

– Chyba już na to za późno – mruknęła Evelyn. – Jak ty to sobie niby wyobrażasz? Myślisz, że moja obecność uspokoi twoją rodzinę?

– Na pewno uspokoi mnie – zauważyłem.

Byłem egoistą? Pewnie tak. Ale potrzebowałem mojej przyjaciółki.

– Jace, to szaleństwo – powiedziała. – Twoi bracia zaręczyli się z córkami najbogatszych biznesmenów w kraju. To są małżeństwa, które przyniosą korzyści. Naprawdę myślisz, że twoja matka, czy ktokolwiek inny, ucieszy się, gdy przywieziesz na zjazd bibliotekarkę i samozwańczą, raczkującą pisarkę?

– Nie jestem pieprzonym księciem, nikt nie oczekuje, że poślubię arystokratkę, a nawet jeśli, to i tak mój wybór. A ja wybieram ciebie. Jesteś warta więcej niż jakakolwiek wpływowa kobieta w Stanach.

Jej policzki pokryły się uroczym rumieńcem, ale to nie zmieniło sceptycznego wyrazu jej twarzy.

– To nadal jest szaleństwo – stwierdziła.

– Szaleństwem jest pomysł gromadzenia całej mojej rodziny w jednym miejscu – prychnąłem. – Mój pomysł to jedynie koło ratunkowe.

Evie westchnęła i potarła twarz dłońmi.

– Niech to podsumuję. Mam pojechać z tobą na zjazd i udawać twoją narzeczoną. Nie jestem dobra w udawaniu. Palnę coś i zniszczę ci tę szopkę.

– Wystarczy, jak po prostu pozostaniesz sobą – powiedziałem. – Niczego więcej nie potrzebuję. Sam zajmę się resztą. Przecież nie musimy wiele udawać. Poznaliśmy się w bibliotece i zaprzyjaźniliśmy. Dorobię do tego historię, w której się w sobie zakochaliśmy, i będzie jak znalazł.

Nie mogłem uwierzyć, że wcześniej na to nie wpadłem. To najlepszy pomysł, jaki kiedykolwiek zrodził się w mojej głowie. Nie potrafiłem z niego zrezygnować, musiałem przekonać Evie, by wzięła w tym udział.

Nagle z pokoju wyszła Allison. Podeszła do lodówki, ostentacyjnie nas ignorując. Otworzyła drzwi i czegoś szukała. Nie obchodziło mnie, że usłyszy to, o czym rozmawiamy, ale Evelyn zaczęła jej się podejrzliwie przyglądać.

– Szukasz czegoś? – spytała.

– Tak, ale nie przeszkadzajcie sobie – odparła Ally. – Ach, pozwól tylko, że ci przypomnę, Evie, że obiecałaś swojej agentce, że pojedziesz na krótkie wakacje, by się zrelaksować i odpocząć, nabrać wiatru w żagle i tak dalej. Tak tylko mówię.

– Allison! – skarciła ją Ev, ale ja miałem ochotę ucałować tę dziewczynę.

Uśmiechnąłem się jak kot z Cheshire i spojrzałem na moją przyjaciółkę.

– To przeznaczenie! – zawołałem. – Evie, to idealna okazja. Pojedziesz do Kalifornii, zrelaksujesz się i mi pomożesz.

– Dodam tylko, że to doskonały pomysł – wtrąciła Allison. – Nie ma nic lepszego niż plaża, drinki i seksowny facet u boku.

Puściła do mnie perskie oczko, a ja odpowiedziałem jej uśmiechem.

– Pani już dziękujemy – warknęła Evie.

Ally uniosła ręce do góry i wycofała się, rzucając mi bezgłośnie „Powodzenia!”. Dobrze wiedzieć, że miałem jej poparcie.

– Więc jak będzie? – zwróciłem się do Ev. – Rebekah kazała ci pojechać na wycieczkę?

– Liczy na to, że uda mi się dzięki temu odzyskać wenę – przyznała. – Ale planowałam raczej pojechać do Teksasu.

– A nie może być San Diego? Proszę, będziesz miała tyle zajęć, że wrócisz i od razu zaczniesz znów pisać.

– Nie nadaję się do takiej roli – powtórzyła Evie. – Nie jestem damą.

– Ale jesteś sobą – przypomniałem jej.

– I myślisz, że to wystarczy, by twoja matka nie dostała zawału, gdy zjem coś nie tą łyżeczką, co trzeba?

– Wychowała mnie, jest odporna – stwierdziłem.

– Jezu, Jace, jesteś bardziej uparty niż osioł – powiedziała, sięgając po swoją szklankę. Upiła łyk soku i oblizała wargi.

Pewna część mojego ciała bardzo chętnie na to reagowała, lecz szybko powstrzymałem takie zapędy.

– Słuchaj, naprawdę nie będziesz musiała robić wiele – rzekłem. – Pójdziemy na kilka przyjęć i spotkań, a później możemy mieć czas dla siebie. Poleżymy na plaży, zwiedzimy San Diego i to, co dookoła. Poznasz moje rodzeństwo. Miles i Blake nie są tacy źli, możemy gdzieś wyjść wszyscy razem. Proszę, Evie. Proszę.

Nie chciałem się uśmiechać, widząc, że zaczyna się łamać, bo to mogłoby ją zniechęcić. Czułem już jednak zwycięstwo. Nie muszę jechać sam!

– Okej – zgodziła się wreszcie. – Pojadę z tobą.

– TAK! – krzyknąłem, zrywając się z krzesła i biorąc Ev w ramiona. – Dziękuję, dziękuję, dziękuję.

Odruchowo, zupełnie o tym nie myśląc, chciałem pocałować ją w usta. Szybko się jednak opanowałem i cmoknąłem ją w czoło. Dziewczyna znów się zaczerwieniła i spuściła wzrok, zawstydzona tym gestem. A może tym, że nasze ciała tak ściśle do siebie przywierały, że nie było między nami nawet kawałka przestrzeni. Chrząknęła zakłopotana, a ja odsunąłem się, nie chcąc, by zmieniła zdanie co do wyjazdu.

– Mam pewne warunki – zastrzegła.

– Co tylko zechcesz – zapewniłem.

Usiedliśmy z powrotem przy stole, choć nie mogłem ukryć podekscytowania. Pojadę na zjazd rodzinny z Evie, spędzę z nią dwa tygodnie w Kalifornii. Ten dzień chyba nie mógł zakończyć się lepiej.

– Sama płacę za bilet lotniczy – zaczęła Ev, na co natychmiast się skrzywiłem.

Evie nie brakowało kasy, szczególnie odkąd wydała książkę, lecz ja lubiłem sprawiać ludziom przyjemność dzięki swoim przywilejom. Droga restauracja, bilety lotnicze, wycieczki – to było dla mnie normą. Nie myślałem o cenach. Znałem wartość pieniądza, ale kiedy wydawałem kasę na innych, nie przeszkadzała mi rozrzutność. Evie jednak jej nie znosiła. Nie pozwalała za siebie płacić, na prezenty reagowała alergicznie, przyjęła jedynie ten urodzinowy i na Gwiazdkę. Nie pomagały tłumaczenia, że to nic takiego. Uparła się i nie było możliwości przekonać ją do zmiany zdania.

– Niech będzie. – W tej kwestii postanowiłem ustąpić. – Ale pozwolisz mi, bym zrobił ci zakupy. Potrzebujesz kreacji na te przyjęcia, a skoro to ja cię w to wciągnąłem, ja będę je sponsorował.

Evie skrzywiła się, ale tym razem nie oponowała.

– Ale nie wydasz dziesiątek tysięcy dolców na kiecki – ostrzegła.

– Zgoda – powiedziałem, choć i tak wiedziałem, że jeśli zauważę coś, co jej się spodoba, kupię to bez względu na cenę.

– Okej, a co z hotelem?

– Zatrzymujemy się w jednym z naszych, więc nie płacimy – odparłem.

– Będziemy… spać w jednym pokoju? – spytała, znów lekko się rumieniąc.

– Nie, moja rodzina wierzy, że zachowujemy czystość do ślubu… a przynajmniej chcą w to wierzyć – zaśmiałem się. – Nie martw się, dostaniesz własny pokój.

– To dobrze, bo bywam nieznośna, gdy ktoś nie daje mi się wyspać – powiedziała ze śmiechem.

– Poza tym musisz mieć ciszę do czytania – domyśliłem się.

– Tak, to też – przyznała, a ja postanowiłem sprawdzić, gdzie znajduje się największa biblioteka w San Diego i zabrać ją tam, gdy tylko dojedziemy na miejsce.

– Dopilnuję, żeby nie zabrakło ci miejsca i czasu na lekturę – obiecałem.

Dziewczyna się uśmiechnęła.

– No dobrze, w takim razie zostaje jeszcze kwestia naszej historii – zauważyła. – Co powiemy ludziom?

– Po części prawdę, resztę zostaw mnie – poprosiłem.

– Czy ktoś oprócz nas będzie znał prawdę?

– Nie ma opcji, to będzie nasz sekret. – Uśmiechnąłem się, a Evie mimowolnie odwzajemniła uśmiech.

– Nadal uważam, że to szaleństwo – przyznała.

– Czym byłoby życie bez szaleństwa? Potraktuj to jako przygodę.

– Przygoda w otoczeniu O’Connellów, to może być zabawne.

– A żebyś wiedziała – powiedziałem, szczerząc zęby. Nagle zupełnie inaczej zacząłem podchodzić do tego zjazdu. Może nawet się na niego cieszyłem.

– W takim razie… chyba wszystko ustalone – westchnęła. – Kiedy wylatujemy?

– W sobotę rano, więc jutro wyrwę się z roboty i idziemy na zakupy! – Zabrzmiałem nieco zbyt entuzjastycznie jak na faceta, który będzie musiał chodzić po sklepach. Z kolei Evie zdecydowanie wolała buszować po półkach w księgarni niż po odzieżówkach, więc miałem przeczucie, że pójdzie nam dość łatwo.

– To konieczne? – jęknęła, potwierdzając moje przypuszczenia.

– Niestety tak. Uwierz, też bym wolał w końcu ubrać się w dżinsy i koszulkę.

– Na co ja się zgodziłam? – Evie ukryła twarz w dłoniach, lecz ja nie potrafiłem opanować entuzjazmu.

– Na dwa tygodnie w moim doborowym towarzystwie – odparłem.

Ev uśmiechnęła się delikatnie.

– To niewątpliwy plus, panie O’Connell – stwierdziła.

Jakim cudem tak zwyczajne zdanie mogło tak bardzo poprawić humor? Wiele osób chciało spędzać ze mną czas, ale cieszyło mnie to tylko wtedy, gdy chciała tego Evie.

– Zgodziła się? – Z pokoju w korytarzu wyłoniła się rozczochrana głowa Allison.

– Owszem – odparłem. – Wyjeżdżamy w sobotę.