Praga magiczna - Angelo Maria Ripellino - ebook
NOWOŚĆ

Praga magiczna ebook

Angelo Maria Ripellino

4,3

13 osób interesuje się tą książką

Opis

Praga magiczna to – jak mówi Mariusz Szczygieł – biblia kultury czeskiej. Po dwudziestu czterech latach od pierwszego wydania w Polsce trafia w ręce Czytelników nowa edycja bestsellera, której autorem jest włoski slawista Angelo Maria Ripellino, a tłumaczką znakomita italianistka Halina Kralowa. Dla miłośników Pragi i czeskiej kultury – lektura niezbędna. Autor uchodzi we Włoszech za jednego z najbardziej przenikliwych znawców polskiej, czeskiej i rosyjskiej literatury. Praga magiczna z 1973 roku jest syntezą wszystkich jego talentów: poetyckiego, przekładowego i eseistycznego. Wielki poeta Vladimír Holan twierdził, że „ten Włoch opanował język czeski jak Czech, ale o czeskiej poezji wie więcej niż nasi najlepsi znawcy”.

Esej Ripellina umyka wszelkim klasyfikacjom. „Piszę książkę – mówił autor – zrodzoną z impulsów, zbiór dziwnych historii, anegdot, ekscentrycznych scenek, krótkich dygresji i zwariowanych załączników”.

„Esej historyczny i historycznoliteracki? Traktat poświęcony historii sztuki, urbanistyki i obyczaju? A może poemat prozą, miłosny poemat o oddaleniu od ukochanego, przesycony niemal erotyczną miłością do miejsca, do którego nie można powrócić, które nagle stało się zakazanym owocem, pilnowanym przez straże graniczne – zastanawiał się Leszek Engelking, tłumacz, poeta i eseista. – Ripellino, szlifierz słów, wytrawny alchemik słowa, napisał książkę nostalgiczną jak wiersz wrażliwego emigranta politycznego, ale zarazem erudycyjną jak dysertacja wnikliwego i drobiazgowego uczonego o zacięciu encyklopedycznym; świadomie skomponowaną, ale zarazem dopuszczającą chaos bazaru ze starociami; obiektywnie przedstawiającą fakty, ale zarazem subiektywną jak najintymniejsze wyznanie; podniosłą, ale zarazem nieodwracającą wstydliwie wzroku od najniższych warstw rzeczywistości; mroczną i posępną, ale zarazem niepozbawioną zabawnych momentów”.

Oto Praga w utworach Kafki, Haška, Hrabala, Nezvala, Werfla, Kischa, Čapka; Praga w wizji Rudolfa II i Karola IV; Praga kubistyczna, impresjonistyczna, secesyjna; Praga z legend, z poezji, z romantycznych powieści grozy – przeróżnymi twarzami miast zajmuje się autor Pragi magicznej.

Ilustracje: Tomasz Damm

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 703

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (3 oceny)
1
2
0
0
0

Popularność




Angelo Maria Ripellino PRAGA MAGICZNA

wydanie drugie, poprawione, Warszawa 2021

TYTUŁ ORYGINAŁU

Praga magica

Copyright © 1973, 1991, 2002, 2013 e 2018

Giulio Einaudi editore s.p.a., Torino

Copyright © for the Polish translation by Halina Kralowa, 1997, 2021

Copyright © for illustrations by Tomasz Damm, 2021

Copyright © for this edition by Fundacja Instytut Reportażu, 2021

REDAKCJA

Katarzyna Wójcik

KOREKTA I POPRAWNOŚĆ JĘZYKOWA

Agata Nastula, Aleksandra Wiekowicz

PROJEKT OKŁADKI, PROJEKT GRAFICZNY I TYPOGRAFICZNY

Dominika Jagiełło/OneOnes Creative Studio/

www.behance.net/OneOnes

SKŁAD I ŁAMANIE

Anna Szarko

ISBN: 978-83-66778-06-1

Wydanie elektroniczne 2021
Wydawnictwo Dowody na Istnienie
Imprint Fundacji Instytut Reportażu
Gałczyńskiego 7, 00-362 Warszawa
www.dowody.com
Konwersja publikacji do wersji elektronicznej
CZĘŚĆ PIERWSZA
1.

Jeszcze dzisiaj, co noc o piątej, ubrany na czarno Franz Kafka w meloniku wraca na ulicę Celetną (Zeltnergasse) do swojego domu. Jeszcze dzisiaj, co noc, Jaroslav Hašek obwieszcza w jakiejś knajpie towarzyszom hulanki, że radykalizm jest szkodliwy i że zdrowy postęp osiągnąć można tylko przez posłuszeństwo. Praga żyje nadal pod znakiem tych dwóch pisarzy, którzy lepiej od innych wyrazili ciążący nad nią nieodwołalnie wyrok, a co za tym idzie jej niepokój, humory, sprytne wybiegi, udawanie, wisielczą ironię.

Jeszcze dzisiaj, co noc o piątej, Vítězslav Nezval wraca z duchoty barów i knajp do swojej mansardy w dzielnicy Troja, przepływając promem Wełtawę[1]. Jeszcze dzisiaj, co noc o piątej, potężne konie piwowarów wyruszają z magazynów na Smíchovie. Co noc, o piątej, budzą się gotyckie popiersia galerii królów, architektów i arcybiskupów w triforium u św. Wita. Jeszcze dzisiaj dwóch kulejących żołnierzy z bagnetami na karabinach prowadzi rankiem Józefa Szwejka z Hradczan przez most Karola ku Staremu Miastu, a w odwrotnym kierunku jeszcze dziś, nocą, przy świetle księżyca, dwóch schludnych, tłustych kabotynów, dwa manekiny rodem z panoptikum, dwa automaty w żakietach i cylindrach prowadzą tym samym mostem Józefa K. na egzekucję do kamieniołomu na Strahovie.

Jeszcze dzisiaj Ogień, przedstawiony przez Arcimbolda w aureoli płomienistych włosów, leci w dół od Zamku i getto, ze swoimi krzywymi drewnianymi ruderami, zaczyna płonąć, i Szwedzi Königsmarcka ciągną armaty przez Malą Stranę, i Stalin mruga złowieszczo z ogromnego pomnika, i żołdactwo w nieustannych manewrach przemierza kraj niczym po klęsce na Białej Górze. Praga „była zawsze miastem awanturników”, czytamy w jednym z dialogów Miloša Martena, była „przez całe wieki gniazdem bezlitosnych awanturników, z nikim i niczym niezwiązanych. Ściągali tłumnie z czterech stron świata, by łupić, zabawiać się i panoszyć”, „a każdy z nich wyszarpywał i pochłaniał kawałek żywego miąższu tej biednej ziemi, która dawała z siebie, ile mogła, ale jej nikt się nie oddał, by wynagrodzić to, co zabrał”[2].

Zbyt często bywała ujarzmiana i dręczona złodziejstwem i nadużyciami, zbyt często wplątywana w teatr działań obcych despotów, odrażających band lancknechtów i fanfaronów, którzy pastwili się nad nią i jak wilki wydzierali sobie jej bogactwa. Ileż świńskich ryjów, pragnących decydować o tym, co Pradze potrzebne, osiadało tam na przestrzeni wieków: chełpliwi wojacy w złoconych zbrojach, z wypiętą piersią podzwaniającą wisiorami, i grubo ciosani mnisi z najrozmaitszych zgromadzeń, i grożący piekłem prałaci, i Obergaune[*1], którzy zjawiali się w sidecars[*2], siejąc zniszczenie, i makiaweliści, i zdradzieccy bracia, i mongolskie mordy jak z opowiadań Meyrinka, i asesorzy ze szkoły kaukaskiej specjalizujący się w kneblowaniu myśli, i zgraje służbistów i siepaczy, którzy z bronią gotową do strzału żrą ideologiczne grochówki, i niejedno konklawe przygłupich generałów, spośród których, dla niezliczonych naszywek i medali, warto przypomnieć gorliwego Jepiszowa[*3], strojnego w karmazyn bęcwała.

U progu drugiej wojny światowej Josef Čapek, który zginąć miał później w nazistowskim obozie, opowiedział w serii karykatur historię dwóch aroganckich butów z cholewami, dwóch czarnych, oślizgłych kabotynów, rozmnażających się jak salamandry i roznoszących po świecie kłamstwo, rozkład i śmierć[3]. Jeszcze dzisiaj ciężkie buty z cholewami depcą Pragę, dławią wszelką jej inicjatywę, jej oddech, jej inteligencję. I chociaż nikt z nas nie traci nadziei, że te przeklęte buciska skończą jak na rysunkach Josefa Čapka, wśród rupieci wielkiego Handlarza Starzyzną, Chronosa, wielu zadaje sobie pytanie, czy aby, zważywszy na krótkość życia, nie nastąpi to jednak zbyt późno.

2.

Detlev von Liliencron był przekonany, że mieszkał już kiedyś w czeskiej stolicy, nie jako poeta jednak, lecz kapitan lancknechtów Wallensteina[4]. Ja także jestem pewien, że mieszkałem tam w innych epokach. Może zjechałem do Pragi w orszaku sycylijskiej księżniczki Perdyty, która w Zimowej opowieści Szekspira poślubiła księcia Floryzela, syna Poliksenesa, króla Czech? Albo jako uczeń Arcimbolda, „dziwacznego malarza o wielkiej wyobraźni”, który przez lata przebywał na dworze Jego Cesarskiej Wysokości Rudolfa II[5]? Pomagałem mu malować jego kompozycje portretowe, owe niepokojące i trywialne gęby obrzmiałe na pozór od brodawek i skrofułów, które zszywał z owoców, kwiatów, kłosów, słomek i zwierząt, „niczym Inkowie wypełniający kawałkami dyni policzki, a złotymi gałkami oczodoły umarłych”[6].

Albo, w tym samym mniej więcej czasie, jako szarlatan w budzie na placu Staromiejskim, sprzedawałem może prostaczkom pomady i mikstury, a gdy służba miejska odkryła moje matactwa, dałem nogę, opuszczając Pragę jak pies z podwiniętym ogonem? A może raczej przyjechałem tam z Carattim, Alliprandim czy Luragiem, z jednym z tylu włoskich architektów, którzy w mieście nad Wełtawą zapoczątkowali barok? Przyglądając się obrazowi, na którym Karel Škréta odmalował (1653) Dionisia Miseroniego z czarą z onyksu w ręce, myślę z kolei, że ja, który lubię szlifować słowa jak drogie kamienie, pracowałem w warsztacie tego grawera, który był także kustoszem cesarskich zbiorów.

A może nie trzeba sięgać aż tak daleko w przeszłość: może byłem po prostu jednym z wielu włoskich sztukatorów i wytwórców figurek, którzy napłynąwszy do Pragi w ubiegłym wieku, otworzyli sklepy z gipsowymi posążkami[7]. Chociaż bardziej prawdopodobne wydaje mi się, że należałem do licznej grupy tych, którzy całymi dniami krążyli po uliczkach i podwórkach czeskiej stolicy z katarynkami zdobnymi w oszklone teatrzyki. Stawiałem katarynkę na podpórce, zdejmowałem pokrowiec z konopnego płótna i za dotknięciem korby, w gablotce przedstawiającej ciąg sal z lustrem w głębi, zaczynały tańczyć pary maleńkich fircyków we fraczkach i białych pończochach oraz białych, misternie uczesanych dam w krynolinach, z małymi wachlarzami[8].

Ale są tacy, którzy już od dawna utożsamiają mnie z pacykarzem Titorellim, szczodrze szafującym kiczem, który poza portretami maluje ubogie, jednostajne pejzaże, „zbyt smutne”, aby mogły się wszystkim podobać[9]. Są również tacy, którzy sądzą, że to ja byłem owym klientem banku, któremu w Procesie K., mówiący trochę po włosku i znający się na sztuce, miał pokazywać zabytki Pragi. Biorąc pod uwagę południowe pochodzenie klienta, jego wyperfumowany, „stalowo siny, krzaczasty wąs”, „krótki, ostro wcięty surdut” i ruchliwe, gestykulujące dłonie, muszę przyznać, że jest coś z prawdy w tym niedorzecznym zestawieniu. Jeśli tak jest istotnie, przykro mi, że tamtego deszczowego, zimnego i wilgotnego dnia nie poszedłem na spotkanie w katedrze zbudowanej w XIV wieku przez Mateusza z Arras i Piotra Parlera z Gmünd, przykro mi, że kazałem czekać daremnie panu prokuratorowi[10]. Jeśli na dobitkę uświadomię sobie, że Titorellego zwano „zaufanym trybunału”[11] i że włoski klient jest z pewnością jego tajemnym narzędziem, kurierem, zdaję sobie nagle sprawę, że w tej mało istotnej grze kolejnych wcieleń ja sam jestem chorobliwie uwikłany w niezdrową plątaninę oskarżeń, donosów, poufnych wiadomości, wyroków i ekspiacji, które stanowią zagadkę i kalwarię Pragi.

Jedno jest pewne: że od wieków chodzę po nadwełtawskim mieście, wmieszany w tłum poruszam się z trudem, krążę bez celu, czuję w nozdrzach ciężki zapach piwa, dymu pociągów, rzecznego mułu. Możecie mnie zobaczyć tam, gdzie – jak twierdzi Kolář – „na stolnicy chodników niewidzialne ręce miesząją ciasto przechodniów”[12], gdzie, by posłużyć się słowami Holana, „grzanki ulic natarte czosnkiem tłumu brzydko pachną”[13].

3.

„Praga nie puszcza. Nie puszcza nas obu. Ma pazury ta mateczka. Trzeba się przystosować albo... Powinniśmy podłożyć ogień w dwóch miejscach, na Wyszehradzie i na Hradczanach, i w ten sposób odzyskalibyśmy wolność. Przemyśl to sobie do karnawału” – to słowa Kafki z pisanego 20 grudnia 1902 roku listu do Oskara Pollaka[14].

Starein folio o kamiennych stronicach, miasto księga[15], w którego tomach zostało „jeszcze tyle do przeczytania, do wymarzenia, do zrozumienia”[16], miasto trzech ludów (czeskiego, niemieckiego i żydowskiego) i, jak twierdzi Breton, europejska stolica magii[17]. Praga jest przede wszystkim wylęgarnią duchów, areną czarów, źródłem czarodziejstwa, Zauberei, czylikouzelnictví (po czesku), kiszef (w jidysz). Pułapka, która – jeśli złapie kogoś na swoje mgły, na swoje pochlebstwa, swój trujący miód – nie popuści już, nie daruje. „Nie przestaje urzekać swoimi czarami – napisał Arnošt Procházka – stara wiedźma, Praga”[18].

Nie jedź tam, jeśli szukasz szczęścia bez chmurki. Chwyta w pazury, pali chytrym spojrzeniem, czaruje i zmienia niebacznych, którzy weszli w krąg jej murów. Bankier okultysta Meyer, po krachu finansowym, zostaje tu pisarzem, autorem spirytystycznych opowieści, mistycznym szarlatanem Meyrinkiem. I ja, zaczarowany, niczym duszący się w butelce Pierrot w jednym z opowiadań Meyrinka[19], miotam się w jej zamglonej kryształowej kuli. Sprzedałem Pradze swój cień, jak Peter Schlemihl diabłu. Ale odpłaca mi z nawiązką: to Klondike mojego umysłu, wspaniały pretekst dla moich słownych fantazji, dla moich Nachtstücke[*4]. Często powtarzam sobie te wiersze Nezvala:

Pochylam się nad zapomnianymi zakątkami

Ty, Prago, tkasz swój żałobny blask

Dym knajpek tłumi świergot ptaków

Wieczór jak harmonista skrzypi płaczącymi drzwiami

Długie i ciężkie klucze zamykają nieprzeniknione treści

A kroki rozsypują się jak zerwany różaniec[20].

Harmonista to jeden z tych, których malował Josef Čapek. Widywałem go często w Dejvicach czy innej peryferyjnej dzielnicy, „Prag, die Stadt der Sonderlinge und Phantasten, dies ruhelose Herz von Mitteleuropa”[*5][21]. Miasto, po którym krążą dziwaczne komanda alchemików, astrologów, rabinów, poetów, bezgłowych templariuszy, barokowych aniołów i świętych, kukieł w stylu Arcimbolda, lalkarzy, druciarzy, kominiarzy. Miasto kapryśne, o dziwnych humorach, sprzyjające horoskopom, metafizycznym błazeństwom, podmuchom irracjonalizmu, przypadkowym spotkaniom, szczęśliwym trafom, niewiarygodnym współdziałaniom zjawisk z natury przeciwnych, czyli owym „osłupiającym zbiegom okoliczności”, o których mówi Breton[22]. I gdzie kaci, jak u Kafki, mają podwójne podbródki i wygląd pozbawionych zarostu tenorów[23], i gdzie można się natknąć na „mówiące lalki” (mluvící panny) Nezvala, podobne do lalek Bellmera o łysych głowach i uszach z porcelany[24], czy na Kafkowską Leni, rusałkę, u której dwa palce prawej dłoni, środkowy i serdeczny, połączone są błoną[25].

Twój los – powiedział Tycho Brahe Rudolfowi II – wiąże się z losem twego ulubionego lwa: i rzeczywiście, Rudolf zmarł (styczeń 1612) kilka dni po śmierci zwierzęcia[26]. Rudolf, pierwszoplanowa postać miasta nad Wełtawą, wierny gwiazdom miłośnik alchemii, którego całkiem słusznie Bułhakow zaliczył w poczet sławnych nieboszczyków zaproszonych na piekielny bal u Szatana[27].

Chwilami tajemniczość Golemstadt rozciąga się na całe Czechy, ziemię graniczną, skrzyżowanie dróg otwarte na cztery wiatry, „w samym centrum Europy, gdzie – jak mówi Musil – krzyżują się stare osie świata”[28]. W jednym z opowiadań Apollinaire’a stara Cyganka z bośniackiej wioski twierdzi, że przybywa z Czech, „z przedziwnego kraju [...], gdzie nie wolno się zatrzymywać w przejściu, bo może uroczyć, zakląć, zaczarować”[29]. Marzenie: przemierzyć pewnego lata czeską prowincję od Dobříša do Protivína, od Vodňan do Hlubokiej niczym w łotrzykowskiej powieści, wędrować z potarganymi włosami od tawerny do tawerny, gdzie brudne serwety i stęchłe piwo, straszyć gęsi po klepiskach, spać na trawie, beztrosko, niefrasobliwie, jak „lilie polne z niewinną duszą apostołów”, jak włóczędzy Karela Tomana[30], jak rozwiązły malarz barokowy Petr Brandl, jak Jaroslav Hašek.

Nietzsche w Ecce homo twierdzi: „Jeśli innego szukam dla muzyki słowa, znajduję zawsze tylko słowo »Wenecja«”[31]. Ja mówię: jeśli innego szukam słowa dla tajemnicy, znajduję tylko słowo „Praga”. Jest nieprzejrzysta i melancholijna jak kometa, jej uroda przypomina ogień, wężowa i kręta jak w anamorfozach manierystów, w aureoli żałoby i rozpadu, z grymasem wiecznego rozczarowania.

Obserwując ją wieczorem ze szczytu Hradczan, Nezval zanotował: „Kiedy patrzysz z góry na Pragę zapalającą kolejno swoje światła, czujesz się jak człowiek, który chętnie skoczyłby głową w dół ku ułudzie jeziora, gdzie ukazał mu się zaklęty zamek o stu wieżach. To uczucie, które powtarza się prawie zawsze, gdy nad tym czarnym jeziorem rozgwieżdżonych dachów zaskoczą mnie wieczorne dzwony, kiedyś kojarzyło mi się w myśli z obrazem bezwzględnej defenestracji”[32]. Błyskotliwe słowa oddające związek między smutkiem krajobrazu przesiąkniętego kosmiczną żałobą, żałobą powiększoną jeszcze o swe odbicie w wodzie, a owym splotem upadków, zakazów i katastrof, który stanowi chwiejną istotę praskiej historii.

Ale już wcześniej, przed Nezvalem, Miloš Marten w podobny sposób odmalował ontologiczny związek Praga – tajemnica, który postrzega się najlepiej, patrząc na miasto o zachodzie słońca z hradczańskiego wzgórza: „Wkrótce buchną w czarny kryształ nocy światła setki spoglądających w górę, niepewnych oczu”; „Znam je wszystkie! Strażnicy ognia na nabrzeżach, powieleni w lustrze połyskliwej Wełtawy, tej płonącej alei, która zdaje się piąć zboczem w nieskończoność, a w górze masa świec płonących przy katafalku z co dzień innym trupem. I fosforyzująca źrenica drapieżnego ptaka przy moście, i ukośne spojrzenie domku, który przypomina twarz uśmiechniętego Chińczyka”[33].

Dwuznaczne miasto nad Wełtawą nie gra w otwarte karty. Antykwarska kokieteria, która każe mu udawać, że jest już tylko martwą naturą, milczącym ciągiem dawnych świetności, zgaszonym pejzażem w szklanej kuli, dodaje jeszcze siły rzucanym przez nie urokom. Wciska się milczkiem w duszę mocą czarów i tajemnic, do których ono jedynie posiada klucz. Praga nie puszcza nikogo z tych, których pochwyciła. Więc przemyśl to sobie do karnawału.

4

Nie przypadkiem wielu pisarzy z czasów secesji przedstawiało nadwełtawskie miasto jako kobietę zwodniczą i perfidną, jako lunatyczną nierządnicę. Porównując Pragę do „mrocznej Salome”, która tańczy z głowami swoich kochanków, Oskar Wiener mówi: „Kto raz spojrzał w jej przepastne oczy, niespokojne i tajemnicze, został na całe życie niewolnikiem tej czarodziejki”; „Nawet ci, których pociąg do Pragi nie doprowadził do ruiny, zapadli na nieuleczalną tęsknotę[34]”. A Miloš Marten: „Jest piękna. Czarująca jak kobieta, jak kobieta nieuchwytna, w błękitnych welonach zmierzchu, w których kryje się u stóp kwietnych zboczy, przewiązana stalowym pasem swojej rzeki, obsypana szmaragdami pokrytych śniedzią kopuł...”[35]. I Miloš Jiránek: „Są takie wieczory, kiedy Praga, nasza brudna, smutna, tragiczna Praga w złotym świetle zachodu zmienia się w jasnowłosą, bajkową piękność, w jeden cud światła i blasku”[36].

Ale już Vilém Mrštík w powieści Santa Lucia (1893) przedstawił miasto jako „czarną piękność”, „czarną uwodzicielkę” „skrytą w negliżu białych mgieł wełtawskich”[37]. U schyłku XIX wieku dla młodych ludzi z morawskiej prowincji Praga – ze swymi dostojnymi pałacami, ze swoją rzeką, swymi legendami – jest jak Moskwa dla Czechowowskich trzech sióstr, źródłem bezsenności, mirażem, krzesiwem pragnień. Bez planów, bez pracy i pieniędzy wyfruwają z odległych wiosek, by lecieć ku stolicy, ku temu, co nieznane, i wielu z nich, wplątawszy się w jej diabelskie sidła, nie wraca.

Bohater powieści Santa Lucia, Jiří Jordán, syn ubogiego robotnika z Brna, zafascynowany miastem nad Wełtawą, swoją ziemią obiecaną, pułapką dla wyobraźni, jedzie tam, by studiować prawo. Kocha Pragę jak żywą kobietę, z niezdrową pożądliwością[38]. Ale Praga opiera się tym, którzy ją kochają: „dusi w swoim kamiennym uścisku naiwnego entuzjastę, płomiennego marzyciela z Brna, który ciąży ku niej wszystkimi nerwami i zmysłami spragnionymi życia”[39]. Nadchodzi zima, nikt się o niego nie troszczy i, jak wszyscy studenci z prowincji, którzy znaleźli się w stolicy, po wyczerpaniu skromnych zasobów znosi zimno, głód oraz tysiące przykrości.

Jordán zatem „parzy się upajającym płomieniem Pragi jak chybotliwy motyl”[40]. Ale rozczarowanie nie gasi jego namiętności: „nadal go, grzeszna, usidlała, pociągała nawet wtedy, gdy widziana z daleka zdawała się wypoczywać w ciemności. Uwodzicielka spała w ramionach tych, którzy więcej jej płacili”. „Szeleściła za jego plecami, głuchym grzmotem wtórowała zduszonym westchnieniom jego nienasyconych warg i, jeśli już nie mogła zrobić nic innego, przeraźliwym gwizdem przypominała mu z daleka, że do jej ciała zbliżają się pociągi i że wciąż nowe tłumy, wciąż nowe ofiary giną w jej bezdennym łonie”[41].

Przepiękny jest obraz pociągów zbliżających się do łona tej z pewnością nie „mateczki” (matički), lecz kusicielki, niestałej kochanki, która maluje się zmiennymi kolorami świateł i owija w peniuary mgieł niczym w dziwaczny negliż z lupanaru. Trudno się oprzeć myśli, że zamiast odwzajemnić uczucie nieszczęsnego, zagubionego studenta, odda się czynom lubieżnym z jakimś bogatym bałwanem z prowincji, zidiociałym Baalbothem, na którego brzuchu podskakuje zegarek na grubej dewizce, podobnym do klienta luksusowego burdelu, bohatera jednego z opowiadań Werfla[42].

Jordán, chory, głodny, wychudły, bez płaszcza i w dziurawych butach, potykając się, krąży jak automat po Pradze, rozpalony od ciągłych zmian jej nastrojów, wystawiony na strzały jej wabiących spojrzeń, ogarnięty gorączką i szaleństwem, nieprzyjęty, odtrącony, obcy. Krąży, wiodąc nieustanną rozmowę z kamienną kokietką, która zawraca mu w głowie i zaraz mu się wymyka, obojętna na jego udrękę, na jego desperackie błądzenie. Znaleziony bez ducha na ulicy, umiera w szpitalu, lecz do ostatniej chwili błyszczy w jego oczach obraz Pragi, kobiety próżnej, tak nieprzeniknionej i prowokującej, że przywodzi na myśl postaci femme fatale z obrazów secesyjnych. Coś w tej personifikacji nadwełtawskiego miasta, jawiącego się jako zmysłowe i nierządne, przywołuje bowiem w pamięci owe rozmarzone kobiety, „białe kamelie”, które w pierwszych latach XX wieku malował Max Švabinský[43].

Dzięki przewijającej się melodyjnie serii akwareli i gwaszów powieść ma w sobie również coś z impresjonizmu. Z niezwykłym wyczuciem malarskim Mrštík potrafi oddać najsubtelniejsze, najbardziej niepochwytne odcienie i zmiany pogody, kolory czeskiej stolicy, iluzorycznej św. Łucji, o różnych porach dnia i nocy: blask księżycowy i błękitnawe cienie, biel dachów pokrytych śniegiem, połyskliwą, perłową wstęgę rzeki, żółte światło samotnych gazowych latarni. Ze swymi chwiejnymi, niewyraźnymi konturami, którym miękkości dodaje wilgoć znad Wełtawy, perłowa Praga Viléma Mrštíka zdaje się, niczym tancerka Loïe Fuller, rozpływać w trzepocie migotliwych welonów mgły, w wirze różnobarwnych tkanin spowijających ją świateł.

5

Dziś, gdy jestem daleko i może nigdy nie wrócę, zastanawiam się, czy Praga naprawdę istnieje, czy też raczej jest krainą urojoną, jak Polska króla Ubu. A przecież co noc, idąc we śnie, czuję każdy kamień bruku na placu Staromiejskim. Często jeżdżę do Niemiec, by z daleka, jak student Anzelm z Drezna, zobaczyć zęby górskich łańcuchów Czech[44]. Mein Herr, das alte Prag ist verschwunden[*6].

Věro Linhartová, my, tłum duchów z diaspory, nosimy z jednego krańca miasta w drugi tęsknotę za tą ziemią utraconą. Barokowy portrecista Jan Kupecký, zbiegły z ziemi ojczystej protestant, gdziekolwiek mieszkał, we Włoszech, w Wiedniu, w Norymberdze, nie przestał nigdy nazywać siebie pictor bohemus[*7] i do ostatniego tchu pozostał wierny czeskiemu językowi i wierze braci czeskich[45]. Czechem czuł się również Václav Hollar, barokowy rytownik żyjący na wygnaniu we Frankfurcie, Strasburgu, Antwerpii i Londynie, o czym świadczyć mogą choćby liczne akwaforty podpisane „Wenceslaus Hollar Bohemus”, napis, jakim opatrzył jedną z nich (1646): „Dobrá kočka, která nemlsá” (dobry kot nie jest łakomy), czeskie słowa (jak les i pole) na rysunkach oraz liczne widoki Pragi[46].

Czeska stolica, która żmudnie miele swoją smutną mąkę, jawi się nam już w pamięci wyblakła i odrętwiała, choć wygnanie trwa zaledwie parę lat; wyblakła, lecz bardziej bajkowa, jak w pani opowiadaniach, Věro Linhartová. Proza Linhartovej, szczególnie w sześciu „kaprysach” z książki Meziprůzkum nejbliž uplynulého (1964), pragnie przenieść na płaszczyznę językową metody geometrii opisowej: wątki rysują się niczym samotna fuga linii i punktów, niczym seria projekcji, trajektorii, obrotów i elips rysowanych przez figury geometryczne[47]. Ale ów geometrycznie precyzyjny świat spowity jest cieniutką warstwą mgły (mgła odpowiada lukom pamięci). Kontury wszystkich przedmiotów, przyroda, nawet kamienie gubią się, jak na obrazach Šímy[48], w mlecznym powietrzu z postrzępionej waty, i ich zarysy, zmienne i ulotne, ledwie majaczą w oparach im tylko właściwego krajobrazu.

Te sztuczne twory złożonych zabiegów umysłu stanowią przedłużenie wyobraźni pisarki i jej alter ego, równie roztargnionego i somnambulicznego. Blada, z policzkami, które zdają się pokryte białą farbą, Věra przypomina owe woskowe „mówiące” lalki z witryn zakładów fryzjerskich, enigmatyczne owale, które tak lubili prascy surrealiści, i podobnie jak jej jawiące się oraz znikające twory potrafi wszędzie tam, gdzie się zjawi, wywołać jakieś tajemnicze promieniowanie, jakąś niepojętą aurę.

O ile Bohumil Hrabal sięga w swojej prozie do źródeł praskiej sztuki pop, do obrazów jak z billboardów i kiczu ze starych albumów, Linhartová podpiera swoje łamigłówki stałymi odsyłaczami do rozmaitych czeskich malarzy, między innymi, obok wymienionego już Šímy, do surrealistów Jindřicha Štyrskiego i Františka Muziki. Ale ta oniryczna niepewność, ten specyficzny filtr (filtrem był dla niej humor), te magiczne transpozycje, ten demon logiki, który każe jej wszystko na nowo przeżuwać, te widma w rodzaju doktora Altmanna, ten wenecki karnawał w tymczasowości Pragi lat sześćdziesiątych – to wszystko odsyła nas przede wszystkim do prozy Hoffmanna.

Zresztą zawiłości i udręki dialektyki, czysta abstrakcja rozumowania, każą Linhartovej mieszać bezładnie fakty historyczne i zestawiać w parabolach ludzi i ziemie z różnych okresów. I tak Praga, spowita welonami mgły oraz promieniejąca alkoholową aurą, podobną tej, którą przesycony jest poemat Nezvala Edison, staje się miastem wybranym Charliego Parkera (grywającego na saksofonie w knajpie Orlik), Billie Holiday, Dylana Thomasa (który mieszka w zadymionej peryferyjnej dzielnicy), Verlaine’a i Rimbauda (dzielących umeblowany pokój na Starym Mieście), Niżyńskiego i samej Linhartovej (a raczej pana Linharta, bo narrator jest mężczyzną) w osiemnastowiecznym „atłasowym płaszczu”. Miastem przypominającym metafizyczny dom wariatów, gdzie wszystkie te postaci, pacjenci, a może twory wyobraźni dwuznacznego doktora Altmanna (z rodziny Coppeliusów i Lindhorstów), stają się pionkami owego tajemniczego żywiołu, który można by określić jako „syndrom Pragi”; dom wariatów, a jednocześnie scena otwarta na wszechświat, z punktami obserwacyjnymi i schodami, mogącymi przyprawić o zawrót głowy, ze śmiesznymi samochodami, z jazzem i wielbłądami, które Rimbaud ciągnie za sobą aż do swego sublokatorskiego pokoju w stylu Pragi bardzo kafkowskiej.

Zawiłości, aksjomaty, niedorzeczne przesuwanie się i znikanie figurek oraz powtarzające się motywy zbaczania z wyznaczonej drogi, zawrotu głowy, przepaści i upadku nadają opowieściom Linhartovej ton trzeźwego delirium, analitycznego szaleństwa, które, im mniej pochwytne, tym bardziej jest pokrętne. Z napięciem – jak przy logopatii – nieustannie się załamującym, pozbawionym ciągłości jak niektóre utwory w wykonaniu Charliego Parkera, nierówne, pełne sofizmatów, krążące uporczywie wokół własnej osi jak szczur zagubiony w labiryncie, jej słowne „kaprysy” kreślą krąg mediumiczny, smutny rejon zjaw, wśród których mglistych kłębów kryje się ona sama, niczym Else Lasker-Schüler w postaci księcia Jussufa w swoich urojonych Tebach i Bagdadzie[49].

Przed laty, nie pamiętam już w którym roku, ale zanim jeszcze w kuźniach losu zrodziły się nowe grzmoty i pioruny przeznaczone dla miasta nad Wełtawą, w pewien deszczowy, wilgotny wieczór spędziliśmy razem w Rzymie Wigilię w domu Achille’a Perillego. Malarz, z długimi włosami w stylu Chagalla, przetykanymi srebrzystą siwizną, obnosił ostentacyjnie swego złego ducha – szeroki, ognisty krawat. Věra miała na sobie ten sam srebrny trencz, w którym ukazała mi się pewnego sierpniowego ranka na progu kawiarni Slavia: srebro pasuje do somnambulików. Inny malarz, Gastone Novelli, który w tym Erebie zjawił się przed nami, zzuł ogromne buciska i został w grubych skarpetach z czerwonej wełny. Věra siedziała milcząco w jakimś kącie i piła. Beaujolais, whisky, koniak. „Jakże ja was kochałem, butelki pełne wina”, mówi poeta[50].

Kiedy potem, późną nocą, zaofiarowałem się, że ją odwiozę do domu, nie mogła sobie przypomnieć adresu rodziny, u której mieszkała. Zaczęliśmy krążyć jak potępieńcy, przemierzając niczym piraci drogowi puste już ulice centrum, a falujący za mokrą szybą Rzym zdawał się napełniać strzępami praskiej mgły. Nie troszcząc się o moje nerwy uwikłane w ten kłębek zakrętów i nawrotów, Věra plotła coś bez sensu. Jej sposób mówienia przypominał bieg jej „kaprysów”, budowanych a vista[*8], z obsesyjną, zawiłą dialektyką, pokrętną i z lekka psychopatyczną, opartą na przeciąganiu, nawrotach, powtórzeniach, oksymoronach, niedopowiedzeniach, amnezjach, rozbieżnościach, wprowadzaniu krańcowo różnych płaszczyzn narracji, dziwacznych igraszek gramatycznych, z dziwną nieśmiałością, niechętnie i opornie posuwających się do przodu, w sposób przypominający „metodę raka”. Tamtej pijanej nocy, wciągnięty w chaos tej niestrudzonej paplaniny, gubiącej się dodatkowo w zygzakach i meandrach naszego bezładnego krążenia, w nieustanną pracę tej fabryki, zrozumiałem, że dialektyka, jak każda metoda badawcza bez pokrycia, jest, by użyć słów Weinera, ulubionego autora Věry Linhartovej, „diabłem, który ściga nas w kółko, niby pies goniący własny ogon”[51].

Věra powtarzała: „sześćdziesiąt pięć, sześćdziesiąt pięć”, prawdopodobnie numer domu. Niczym dwie maski z karnawału Hoffmanna pędziliśmy w kółko wzdłuż Corso, od Piazza Venezia do Piazza del Popolo i od Piazza del Popolo do Piazza Venezia, przejeżdżając przed San Carlo, gdzie w dzień szarlatan Celionati sprzedaje na swoim straganie cudowne korzenie i niezawodne leki na nieszczęśliwą miłość, ból zębów i podagrę[52]. Powtarzała ze złością: „blisko via Condotti, blisko...”. Ale via Condotti była teraz praską ulicą Na Přikopě. Zawzięcie szukała w torebce kartki z adresem, wyrzucając na siedzenie spinki, puderniczkę, maskotki, grzebyki. Zacząłem jechać powoli jak szkapa dorożkarska, podpierając lewą ręką policzek.

Wreszcie, po wielu godzinach krążenia, wydała okrzyk: „via di Monte Brianzo!”. Dla mojej gasnącej energii brzmiało to jak: „gazu!”. Na dźwięk tak długo oczekiwanego słowa opuściła mnie senność. Nacisnąłem pedał, wjechałem jak błyskawica w upragnioną ulicę. Puk, puk w zmurszałą bramę. Po czym „dobrá kočka, která nemlsá” zniknęła mi z oczu w ciemnej sieni, nawet się nie żegnając. W tym momencie zdałem sobie sprawę, że i ona jest postacią z mojej Pragi magicznej i pikarejskiej, z towarzystwa alchemików, astrologów, dziwolągów, manekinów, odradków, że odgrywa tam swoją rolę.

Paryż czy Rzym, co za różnica. Sama pani napisała, że każdy nosi w sobie własny krajobraz, że nie jest on zobowiązujący dla innych, którzy bawią w nim przejściowo, i że człowiek zdejmuje z siebie i porzuca „po pewnym czasie krajobraz choćby i najbardziej kochany z mniejszym żalem, niżby to zrobił z niewygodną wężową skórą”[53].

6

Podobnie jak nad czeską stolicą, nad książką tą unosić się będzie sylweta Hradczan, skały górującej ponad praską kotliną. Na Hradczanach, kontrastując z barokiem leżącej niżej, poznaczonej zielenią Malej Strany, wznosi się gotycka katedra św. Wita, z pnącymi się łukami, z płomiennymi językami ząbkowanych wieżyczek, z ostrołukami okien, z szyderczym grymasem rzygaczy[54].

Niczym zauroczony ślimak, wracałem często marzyć nad gromadą popiersi zdobiących jej triforium. Moje spragnione kolorów oczy nasycały się czeskimi kamieniami półszlachetnymi: karneolami, ametystami, chalcedonami, jaspisami, agatami, chryzoprazami, które ujęte i połączone złotym spoiwem zdobią ściany zachwycającej kaplicy św. Wacława, połyskując w sztucznym świetle świec. To kameralne miejsce, ciche i bajkowe, a także Złote Wrota z trzema łukami i wenecką mozaiką zaspokajały mój głód piękna. Mnogość chorągwi, relikwii, klejnotów, paten i monstrancji zgromadzonych w tej katedrze odpowiadała zresztą mojej namiętności do nazw, mojej pasji do gromadzonych przedmiotów. A ponieważ gotyk kojarzył mi się z ogniem młodości, cieszyłem się, że Karol IV, po śmierci pierwszego jej budowniczego, Mateusza z Arras (1352), powierzył budowę katedry św. Wita dwudziestotrzyletniemu młodzieńcowi, nieznanemu nikomu Piotrowi Parlerowi z Gmünd, który okazał się genialnym architektem.

A jednak i od tej wertykalnej sonaty, od tego kamiennego skupiska kryształów, od tego triumfu ostrołuku wieje zawsze jakąś tajemnicą, czymś niejasnym, typowym dla Pragi, jakby tłumy diabłów kusicieli mieszały się tam z generacjami świętych. Rzygacze kojarzyły mi się zawsze z groteskowymi i niepokojącymi zjawami z praskiej literatury. Zgodną gromadą wznoszą się w niebo czeskiej stolicy ostre szpikulce, przebijają pierś nieba swymi iglicami katedra, wspaniała wieża staromiejskiego ratusza, Brama Prochowa, wieże kościoła Marii Panny przed Týnem, wieże wodociągowe, wieże mostu Karola i sto innych. Nie przypadkiem wieże w nocnej poświacie porównuje Nezval do „zgromadzenia czarnoksiężników”[55]. Praskie niebo wynagradza sobie te ukłucia, opierając policzki na miękkich barokowych kopułach, choć i w tym bagiennym szmaragdzie kryje się cień uroku: jak mówi Seifert, kiedy wschodzi księżyc, z tej zaśniedziałej zieleni, jak z mokradeł, dochodzi rechot żab[56].

W porzeAve Maria słuchaliśmy z góry szumu dzwonów ze wszystkich praskich kościołów. Patrzyliśmy na urokliwą plątaninę błyszczących, krytych dachówką dachów, tarasów, wieżyczek, kominów, mansard[57]. Czy pamiętasz świąteczne wieczory, gdy reflektory zapalały zaśniedziałą zieleń kościoła św. Mikołaja, posągi na moście Karola, fasadę św. Zbawiciela? Widziane ze szczytu Hradczan miasto zdawało się tonąć w tumanie żółtawych blasków. Domy, odbite w rzece i kołysane przez fale, zmieniały się w chwiejne podwodne zamki, w siedziby zamieszkujących toń wodników. W owe wieczory mewy, oślepione wapiennym blaskiem, rzucały krzyki bardziej szorstkie od nut Janáčka, wykonując niekończące się skoki i błyskawiczne piruety. Śnieżnobiałe, z żółtymi dziobami, krążyły niespokojnie nad balustradami mostu Legii, a potem, zmęczone, siadały na wodzie jak papierowe łódki. A tymczasem w pobliskim Teatrze Narodowym podskakiwał z nie mniejszą zręcznością Ladislav Pešek, wspaniały iluzjonista z chytrą gębą, pełen prześmiesznych pomysłów, w roli szarlatana Vocilka[58].

Czy pamiętasz mroźne wieczory, gdy wchodziliśmy na Petrzyn, czyli Laurenziberg, w padającym śniegu, powoli jak woziwody? „A więc dobrze – czytamy u Kafki – jeśli pan sobie życzy, pójdę z panem, ale nadal jestem przekonany, że teraz, w zimie i na dodatek w nocy, nie ma sensu chodzić na Wzgórze Świętego Wawrzyńca”[59]. Żółtawe światło sączyło w latarnie nitki miodu. Ty miałaś czarne filcowe buciki i czubkiem parasola kreśliłaś na zaśnieżonych dróżkach niedorzeczny alfabet. Księżyc zerkał zza kurtyny chmur niczym pulchna komediantka w dzień benefisu. Z obserwatorium astronomicznego mrugało groźne czerwone oko. Okruchy połyskujących wspomnień cisną się jak potłuczone lusterka zgromadzone bezładnie w wiklinowym koszu. Będę je wyciągać po kolei i z tych odłamków, które z trudem do siebie przystają, spróbuję ułożyć niepochwytny obraz miasta nad Wełtawą.

Romańska rotunda św. Krzyża przy ulicy Karoliny Světlej, na wprost naszego domu zdobnego dziewiętnastowiecznym sgraffitem. Jarmark św. Mateusza w Dejvicach, 24 lutego, gęste błoto, w którym toną buty, zbiorowisko karuzeli, muzeów figur woskowych, straganów pełnych grzebieni i trąbek z papier mâché, latarni z kutego żelaza i serc z blachy lub piernika, świętych obrazów i portretów Stalina. I wagony na ślepych torach stacji Masaryka. I willa Bertramka, gdzie pewnej październikowej nocy Mozart, goszczący u śpiewaczki Josefíny Duškovej, miał ponoć skomponować na parę godzin przed spektaklem uwerturę do Don Giovanniego, na którą czekali niespokojni kopiści[60]. I posągi na moście Karola w śniegowych czapach. I krzywe oczy gazowych lamp w krzywych uliczkach na Hradczanach. I młyny na wyspie Kampa, a szczególnie Sowi Młyn, przy którym, w wilgotnym budynku, gdzie kiedyś mieściła się garbarnia, w domu „tragicznego poety” mieszkał ponury Holan, wadzący się nieustannie z innym lokatorem, mieszkającym piętro wyżej Janem Werichem, największym czeskim komikiem[61]. Legenda mówi, że nazwa tego młyna wywodzi się od sów, które gnieździły się w dziupli starej topoli pamiętającej jeszcze rosnące tu kiedyś lasy, w rzeczywistości jednak, bardziej prozaicznie, wywodzi się ona od nazwiska właściciela, pana Sovy[62]. I stojąca woda Čertovki. I lustrzany labirynt na Petrzynie. I plakaty z butami Bat’y, ciężkimi łodziami z niezniszczalnej skóry. I nieba omiatane wiatrem, areny „zwiewnych lazurów”[63] nad wzgórzem wyszehradzkim, z którego przechodzący w dole ludzie wyglądają jak figurki z dziecinnego rysunku.

I ogromny świetlny napis nad magazynem z lyońskim jedwabiem na placu Wacława, automaty, bary, chaos tortów, kanapek, kiełbasek z musztardą, śniada piana piwa. I figurki Turków w turbanach i ciemnoniebieskich płaszczach kiwające głowami z wystaw sklepów kolonialnych Meinla. I żelastwo czerwonych tramwajów sunących z wysiłkiem ku olszańskiemu cmentarzowi, z wieńcem zawieszonym na buforze niczym koło ratunkowe. I dziewczęta w długich sukniach, z policzkami powleczonymi cieniutką warstwą cynobru, postacie z nieśmiertelnego czeskiego biedermeieru, podobne do „kawiarnianych lalek” (kávové panenky) Štyrskiego[64], idące w towarzystwie matek na pierwszy bal do Lucerny. I ubogie rudery na Nowym Świecie, ściśnięte bez ładu i składu, jedna tuż przy drugiej[65]. I szczęśliwe domiszcza na Libeni czy Žižkovie, które – mimo ziejącej nędzy – potrafią odgrywać barokowe misteria, zmieniając się, jak twierdzi Kolář, w „nawy świątyń z niekończącym się chorałem naczyń/wśród kadzideł płukania/z podniesieniem zapałek dla odczytania numeru/i konfesjonałami (z otomaną, wieszakiem i miednicą)”[66].

I wieża staromiejskiego ratusza z kalendarzem malowanym przez Josefa Mánesa, „cyklem dwunastu sielankowych scen z życia czeskiego wieśniaka”[67], i astrologicznym zegarem mistrza Hanuša, nad którym z wybiciem każdej godziny odgrywa swą pantomimę alegoryczny teatrzyk. Za dwoma okienkami przesuwa się grupka małych figurek: apostołowie ze Zbawicielem, śmierć, która kiwa na skąpca, skąpiec, który ją odpycha, Turek i inne postaci, a potem pieje kur i wszystko znika[68]. I olśniewająca złota monstrancja zdobna ponad sześcioma tysiącami diamentów w zamkniętej kaplicy w Lorecie, gdzie uderza do głowy cisza minionych wieków, a spod palącego przepychu cyboriów, figur, kielichów i wotów wyziera dziś jeszcze smutek przywróconej katolicyzmowi Pragi[69]. Ale dosyć tego: od zbyt wielu wspomnień mąci mi się w głowie.

A jednak: pamiętasz? Błądząc nieustannie ulicami nadwełtawskiego miasta, szukaliśmy kawiarni poetystów, Kaffeehäuser, katakumb – jak zauważył Kafka – żydowskich pisarzy Pragi[70], setki knajp odwiedzanych przez Jaroslava Haška, niegdysiejszych kabaretów, a na Na Poříčí śladów dawnych szantanów i tingel-tanglów[71]. Przyciągani „głębokim śmiechem piwiarni”[72] wchodziliśmy do środka, biorąc udział w wojnie o sukcesję kufli i szklanic i w gorących sporach klientów, którzy – opryskiwani ciągle kropidłem pilznera – prowadzą rozmowy w myśl zasady „dziad o gruszce, baba o pietruszce” (já o koze, von o voze), odbijającej na swój sposób nielogiczność czeskiej stolicy. Wstępowaliśmy do kawiarni, wielkich pomieszczeń parujących kawą, gdzie witały nas czarna alpaga kelnerów z wypchanymi portfelami, zawzięte mamrotanie staruszek, które po obejściu truchcikiem wszystkich kościołów zbierały się tam na plotki, trywialne spojrzenia wulgarnych, tłustych prostytutek molestujących podstarzałych elegantów skrytych na pozór za przytwierdzonymi do drewnianych prętów gazetami, otępienie półgłówków całymi godzinami wypatrujących bezmyślnie w kieliszku boga piwa, a niekiedy orkiestry grubych dam z wymalowaną twarzą i sznurem pereł na wielkim dekolcie.

Wszystko to powraca tłumnie w bezsenne noce, kiedy stukają tajemniczo, pchnięte dłonią spóźnionych mieszkańców, niepokojące, pokryte arabeskami skrzydła bram na Malej Stranie[73]. Dziwne, pobudzające fantazję nazwy mają domy w tej dzielnicy[74]: Pod Zielonym Rakiem, Pod Złotym Rakiem, Pod Złotym Aniołem, Pod Białą Rzepą, Pod Złotym Szczupakiem, Pod Czerwonym Lwem, Pod Trzema Gwiazdkami, Pod Białym Orłem, Pod Czerwonym Jeleniem, Pod Trzema Złotymi Sercami, Pod Trzema Różami, Pod Białym Jabłkiem, Pod Czerwonym Capem, Pod Czarnym Orłem, Pod Złotym Łabędziem, Pod Złotym Kołem, Pod Złotym Gronem, Pod Złotą Podkową. Chociaż Zamek zwrócony jest ku Malej Stranie, która leży u jego dołu, Malá Strana zdaje się na Zamek nie patrzeć, zresztą nie patrzy nawet na rzekę[75]. Jej zdobne w loggie, attyki, wieże, mansardy i dymniki budynki pogrążone są we śnie, zamknięte w sobie, kanciaste jak okute skrzynie, a jej uliczki przypominają sekretne przejścia, reduty, tajemnicze korytarze: okoliczność, która zwiększa jeszcze jej dystans do niepokojów życia, jej cyklotymię, jej samotność.

Coś z nas pozostało w průchodach, czyli pasażach, które pozwalają przemierzyć centrum Pragi bez wychodzenia na otwartą przestrzeń, w gęstej sieci uliczek skrytych w blokach starych domów[76]. Na Starym Mieście w zamęt wprowadzała nas ta sieć przejść tajemnych i połączeń z piekła rodem, które biegną na wszystkie strony i wszędzie przenikają. Uliczki jak dla lalek, amfilady sieni, przesmyki dla nocnych stróżów, gdzie z trudem można się wcisnąć, kryte chodniki pachnące jeszcze średniowieczem, zaniedbane, niewygodne przewężenia, w których czułem się jak w szyjce butelki.

W niektórych ślepych zaułkach, natknąwszy się na złośliwość wysokich, zamykających przejście murów, zwiedzający Stare Miasto traci orientację. Ach, mury Pragi, ten obsesyjny motyw Holanowej poezji. Ruchomy splot średniowiecznych uliczek, które nagle zwężają się lub rozszerzają, cofają lub znienacka kończą, mąci przechodniowi w głowie i nie pozwala poruszać się swobodnie. Tak jakby materia średniowiecznego miasta rzuciła się na niego, przywierając niemal do jego ciała z iście kajdaniarskim wdziękiem[77]. Uchodziłem zakazanej ciasnocie tych uliczek, łotrostwu tych podejrzanych zaułków, uściskowi tych krzywych murów, uciekając na zielone wyspy, między kwietniki, do parków, w miejsca, skąd podziwia się piękne widoki, i do ogrodów, które ze wszystkich stron otaczają Pragę.

7

To nie jest, moi państwo, bedeker, choć pojawia się tu tyle widoków nadwełtawskiego miasta przesuwających się jak szklane kolorowe płytki w fotoplastykonie. Nie będę przemądrzałym przewodnikiem, który z ugrzecznioną miną wyrzuca z siebie wyuczone słowa.

Ta moja słowna mapa Pragi jest książką niespoistą, rwącą się, wycinkową, pisaną w niepewności i cierpieniu, z desperacją i skruchą, z niekończącymi się wyrzutami sumienia, że nie wszystko znam, nie wszystko mogę tu zawrzeć, bo miasto, choć służy za scenariusz podjętej z miłości włóczęgi, jest piekielną, nieuchwytną, ogromnie skomplikowaną materią. Toteż rozwijać się będzie chwiejnie, jak te stare taśmy, które wyświetlano w Ponrepo, pierwszym praskim kinie, w szantanie[*9] Pod Niebieskim Szczupakiem; będzie to książka porysowana cięciami, pełna nagłych zrywów, luk i napadów przygnębienia, jak muzyka saksofonu altowego Charliego Parkera. Zresztą, jak twierdzi Holan: „Nie ma w tobie sprzeczności? Nie masz możliwości[78]”.

Coś nieodwracalnego zwaliło się na czeską stolicę pewnego odległego już sierpnia, coś, co wstrząsnęło naszym życiem. I ta książka patrzy na mnie załzawionymi oczami mojej starości, ciągnę ją z wysiłkiem, z ogromnym zmęczeniem. Z trudem składam w jedną całość niezliczone notatki, gromadzę karteczki pisane w szczęśliwych latach, które uleciały jak porwane wiatrem strzępy. Pióro, niczym sierżant, stara się ustawić w szeregu milczące słowa – żołnierzy. A tymczasem Jiřkowi i Zuzance urodziło się dziecko, ma na imię Adam: czy to znaczy, że po klęskach wszystko zaczyna się na nowo? Ale ilu jest w więzieniu? Ilu umarło ze zgryzoty? Ilu rozproszyło się w mrokach wygnania? Ilu przywdziało haniebny uniform lokaja?

I dlatego – jakżebym mógł pisać wyczerpujący traktat z obojętną i wyniosłą erudycją, logicznie i przejrzyście, tłumiąc własny niepokój, własne rozterkirigor mortis metodologii i jałowością pedantycznej analizy? Piszę książkę zrodzoną z impulsów, zbiór dziwnych historii, anegdot, ekscentrycznych scenek, krótkich dygresji i zwariowanych załączników: i byłbym szczęśliwy, gdyby, w przeciwieństwie do całego papierowego chłamu, jaki nas otacza, nie była nudna. Jak Jiří Kolář w swoich kolażach i „poezjach ewidentnych”[79], wkleję w te stronice strzępki obrazów i dagerotypów, stare akwaforty, grafiki wykradzione z głębi skrzyń, reklamy, ilustracje ze starych czasopism, horoskopy, fragmenty podręczników alchemii i książek podróżniczych drukowanych gotycką czcionką, pozbawione daty wydania historie o duchach, stronice z albumów i senników: cymelia związane z kulturą, która już minęła.

Stolica czeska nie jest bowiem jedynie wystawą drogich kamieni, błyszczących relikwiarzy i monstrancji, przy blasku których słońce chowa się zawstydzone. Istnieje inne oblicze Pragi, skażone i nieporządne, jak tandlmark (czytarmark), czyli jarmark staroci, pełen szpargałów, rzeczy używanych i resztek starego żelastwa, wśród których błyskają gdzieniegdzie prawdziwe klejnoty. Dawny tandlmark ze Starego Miasta rozplenił się jak kąkol po wszystkich dzielnicach, aż po najbardziej kaprawe peryferie.

Gromadząc nieużywane już dziś przedmioty, szperając w grubym mule nazewnictwa, będę może w stanie ukazać widoczne na czeskiej stolicy pęknięcia, całe próchno i robactwo, jakie się w nich gnieździ, wszystkie szramy, zamiłowanie do rupieci. Bo dla mnie Praga ma dwa oblicza: jest nie tylko miejscem, gdzie zgromadziło się tyle piękna i skarbów, niby żołędzi tak często na przestrzeni wieków chrupanych przez obce dziki, ale również kupą wyschniętej i brudnej starzyzny, tandety przesiąkniętej pełnym rezygnacji smutkiem, jak choćby liczna rodzina wyszczerbionych naczyń, staroświeckich, zniszczonych przedmiotów, zepsutych drobiazgów. A każdy przedmiot, niestety, „ma własny mroczny cień, każdy przedmiot zawiera truciznę. Naparstnica, cykuta, tojad błękitny tańczą nocą w ciemnej trawie na złotych kogucich nogach”[80].

8

Jak nadworny lekarz z powieści Meyrinka Walpurgisnacht (Noc Walpurgi, 1917), Thaddäus Flugbeil, zwany Pingwinem z powodu podciętych skrzydeł, patrzyłem na Pragę z wysokości Hradczan przez lunetę, która tak bardzo powiększała mrowiące się postaci, że biły mnie prawie po oczach. W dole, jak w latarni magicznej, roiło się życie. Obserwowałem corso, promenadę, Brummel w centrum miasta: Niemców na Grabenie (Na Příkopě), Czechów na Ferdinandovej[81]. Eleganckie panie w szerokich kapeluszach pełnych wstążek, egret i innych ozdóbek, w długich sukniach, pod którymi wyczuwało się usztywniony fiszbinami gorset, z trenem jak na secesyjnych obrazach, eleganci w melonikach, z wąsami podkręconymi jak odwłok skorpiona, bon vivants, dziwacy, brzuchaci piwosze, sztywni młodzi urzędnicy, niemieccy studenci w kolorowych czapkach, studenci czescy w podiebradkach, okrągłych czapkach obszytych szarymi karakułami. Widziałem na Grabenie, na skraju chodnika, eksbankiera i wioślarza klubu sportowego Regatta, Gustava Meyrinka, szczupłego, eleganckiego, utykającego z lekka na jedną nogę, który niczym magnes ściągał na siebie plotki: mówiono, że jest nieślubnym synem pewnego księcia z rodu Wittelsbachów, że posługiwał się spirytyzmem, by oszukiwać klientów swego banku, że wyleczył swą tajemniczą chorobę dzięki recepcie znalezionej w jednej z ksiąg Paracelsusa[82].

Początek XX stulecia. Ostatnie lata monarchii. Rządy sprawuje Jego Cesarska i Królewska Apostolska Wysokość Franciszek Józef. Choć był władcą wyśmiewanym i lekceważonym, obraz tego starca z białą, rozdzieloną pośrodku brodą dominuje nad zmiennymi kolejami losu nadwełtawskiego miasta, bo – jak zauważył Werfel – „cały zmierzch imperium austro-węgierskiego wypełnia postać tego człowieka”[83].

Magia Pragi wiązała się w dużym stopniu z faktem, że było to miasto trzech narodów (Dreivölkerstadt): czeskiego, niemieckiego i żydowskiego. Przemieszanie i tarcia między trzema kulturami nadawały czeskiej stolicy osobliwy charakter, stanowiły o niezwykłym bogactwie środków i impulsów. U progu XX wieku mieszkało w niej 414 899 Czechów (92,3%) i 33 776 Niemców (7,5%), z czego 25 000 pochodzenia żydowskiego[84]. Mniejszość niemieckojęzyczna miała dwa okazałe teatry, obszerną salę koncertową, uniwersytet i politechnikę, pięć gimnazjów, cztery Oberrealschulen[*10], dwa dzienniki, wiele klubów i organizacji[85].

Nikt z nas nie jest na tyle naiwny, by wyobrazić sobie to współżycie jako rodzaj sielanki, choć wiele późniejszych zdarzeń kazało niektórym widzieć w tym związku narodów rodzaj Arabii szczęśliwej, rodzaj Traumwelt[*11]. Wzajemne zakazy, odwety, urazy i niechęci zakłócały chwiejną równowagę. Kisch utrzymuje, że żadnemu Niemcowi nie przyszło nawet do głowy, by zajrzeć do klubu czeskiego mieszczaństwa, a żaden Czech nie pojawił się nigdy w niemieckim kasynie. Każda ze stron miała własne parki, własne sale gier, baseny, ogrody botaniczne, laboratoria, kostnice. Nawet kawiarnie i restauracje różniły się często językiem używanym przez klientów. Nie było żadnych związków ani wymiany między niemieckimi a czeskimi uczelniami. Jeśli Národní divadlo (Teatr Narodowy), założony w roku 1881, gościł Comédie-Française czy moskiewski MChAT lub słynną śpiewaczkę, krytycy niemieccy nawet o tym nie wspominali, a krytycy czescy milczeli jak głazy, gdy w Deutsches Landes-theater (1885) czy Neues Deutsches Theater (1888) występował wiedeński Burgtheater, Enrico Caruso albo Adolf von Sonnenthal[86].

Do tego wszystkiego dochodzą częste konflikty, trujący to jad szowinizmu, wybuchy nietolerancji wśród studentów czeskich i niemieckich burszów, arogancja grupy germańskiej, spoglądającej na Czechów jak na nowobogackich, nieokrzesanych prostaków[87], zawiść czeskiego proletariatu wobec Niemców (i Żydów), w których rękach zgromadzona była lwia część kapitału. „Niemiecka Praga! – napisał Kisch. – Byli to prawie wyłącznie bogacze, właściciele kopalni węgla brunatnego, członkowie rad zarządzających przemysłem górniczym i fabrykami zbrojeniowymi Škody, kupcy chmielu, którzy podróżowali tam i z powrotem pomiędzy Žatcem a Ameryką Północną, fabrykanci cukru, tekstyliów i papieru, jak również dyrektorzy banków; w ich kręgu obracali się profesorowie, wyżsi oficerowie i urzędnicy państwowi”[88].

Ale pomimo tych konfliktów i obwarowywania się na przeciwnych pozycjach, różne elementy składowe obu grup wzajemnie się przenikały. Język czeski roił się od niemieckich zwrotów i, mimo grymasów dezaprobaty powierzchownych purystów, zawsze aktualne będzie zdanie poety Františka Gellnera: „Często dobry germanizm jest dziś bardziej czeski niż dawny czeski zwrot”[89]. A Prager Deutsch ze swej strony, papierenes Buchdeutsch[*12] pełen był bohemizmów. Istniały również kleinseitner Deutsch[90] (niemiecki z Kleinseite, czyli Malej Strany), na którym Kisch oparł wiele zabawnych stronic[91], niezgrabny, makaroniczny, kuchenny czesko-niemiecki, i praska odmiana jidysz, Mauscheldeutsch[*13][92]. Owa językowa wieża Babel, owo stykanie się różnych elementów w ramach tego wielkiego etnicznego kotła, jakim było imperium habsburskie, wyostrzało zmysły i dostarczało niezwykłego bodźca dla fantazji i pracy twórczej. Wystawa Muncha[93], tournées aktorów MChAT-u, Moskevští, jak nazwała ich aktorka Hana Kvapilová[94], i Maxa Reinhardta ze Snem nocy letniej[95], sezony opery włoskiej w Deutsches Landestheater, który prowadził Theaterzauberer[*14] Angelo Neumann, „mityczna postać” według Kischa[96], i wiele innych podobnych wydarzeń wzbogacało pejzaż wewnętrzny nadwełtawskiego miasta. Sprzyjało godnemu podziwu rozkwitowi czeskiej poezji, sztuki i myśli w okresie schyłku monarchii.

Pomimo bogatego życia towarzyskiego mniejszość niemiecka, wspólnota ludzi zamożnych bez zaplecza językowego i bez własnego proletariatu, stanowiła wyspę na morzu słowiańskim. Ale na tym obszarze chwiejnego współżycia nacji jeszcze bardziej wyspiarska była zawsze sytuacja grupy żydowskiej. W XIX wieku, gdy naród czeski odradzał się do życia, a Praga, dzięki napływowi ludzi ze wsi, odzyskiwała swój słowiański charakter, czescy i morawscy Izraelici, opuszczając getta, wybierali przeważnie język i kulturę niemiecką. Zniemczony Żyd z miasta nad Wełtawą żył w swoistej pustce[97]. Obcy Niemcom nie mniej niż Czechom, którzy w swoim nacjonalistycznym zrywie nie widzieli różnicy między nim a Niemcem. Na dodatek Żyd był zazwyczaj wiernym poddanym cesarskiego domu: poza pragnieniem noszenia białego kołnierzyka miał również ambicję osiągnięcia stopnia Kommerzienrat, Kaiserlicher Rat[*15]: i Habsburgowie otaczali go protekcją[98]. Dlatego też Czechom wydawał się heroldem znienawidzonej monarchii. Nie tylko otyły przemysłowiec, ale każdy urzędnik bankowy, każdy komiwojażer, każdy Samsa, każdy sklepikarz czy kupiec rasy żydowskiej wydawał się wielkim panem, dokuczliwym intruzem.

Skomplikowaną i beznadziejną sytuację Żyda w nadwełtawskim mieście ilustruje przypadek, jaki zdarzył się Franzowi Kafce w pewnym pensjonacie w Merano: „Po pierwszych słowach okazało się, że przybywam z Pragi; obydwaj, generał (siedzący naprzeciw mnie) i pułkownik, znali Pragę. Czech? Nie. Jak tu wyjaśnić tym Niemcom, tym wiernym wojskowym oczom, kim jestem naprawdę! Ktoś mówi: »czeski Niemiec«, ktoś inny: »Kleinseite«. Potem przestajemy mówić i jemy, ale generał, ze swoim wrażliwym uchem, wyćwiczonym filologicznie w austriackim wojsku, nie jest zadowolony, po obiedzie znów wraca do zastrzeżeń, jakie budzi w nim mój timbre niemiecki, i może są to bardziej zastrzeżenia oka niż ucha. Mogę to spróbować wyjaśnić faktem, że jestem Żydem”[99].

Stąd owo poczucie niepewności, inności, nieokreślonej winy, którym przesiąknięta jest praska literatura żydowsko-niemiecka. Władze na Zamku odrzucają petycję mierniczego, który daremnie pragnie uzyskać w swoim okręgu pełne prawa obywatelskie. Co ciekawe, to przykre wrażenie izolacji, niemożności przystosowania się, braku korzeni dręczy również wielu czeskojęzycznych pisarzy żydowskich, takich jak Richard Weiner (1884–1937), który – choć urodzony w Písku – mieszkał prawie stale w Paryżu i uszedł humorom Pragi oraz waśniom habsburskich narodów. Na niektórych swoich stronicach, jak choćby w opowiadaniu Prázdná židle (Puste krzesło, 1919), Weiner rozsnuwa Kafkowską obsesję niezawinionej winy, winy rosnącej monstrualnie, niepochwytnej, strasznej, bez punktu zaczepienia: „Wina mnie dusi, tonę w niej, pływam w grzechu, choć go nie znam i nigdy nie będę mógł poznać”[100].

Niemieccy Żydzi w Pradze byli zawsze lub chcieli być bliscy Słowianom. Choć nie bezbłędnie, wielu z nich mówiło po czesku. Znamienne są słowa, które Max Brod napisał w jednym z listów do Janáčka: „Píšu německy, poněvadž v cěštině dělám mnoho chyb” (Piszę po niemiecku, bo po czesku robię dużo błędów[101].) Willy Haas wspomina: „Najwyżsi urzędnicy mówili groteskowym i sterylnym, zupełnie nienaturalnym c.k. czesko-niemieckim. Szlachetnie urodzeni, w swoich tajemniczych, ogromnych barokowych pałacach na Malej Stranie, mówili po francusku, bo oni nie należeli do żadnej nacji, z wyjątkiem może owego Świętego Cesarstwa Rzymskiego, które przed prawie wiekiem przestało istnieć. Moja mamka, moja niańka, kucharka i pokojowa mówiły po czesku i ja po czesku z nimi rozmawiałem”[102].

Od przybyłych ze wsi mamek i nianiek chłopcy z zamożnych rodzin żydowskich Pragi uczyli się nie tylko czeskiego języka, ale także bajek, piosenek, a nawet religijnych obrządków katolickich ludności słowiańskiej[103]. Franz Werfel w licznych poezjach i jednej powieści[104] sławił swoją babi, swoją nianię Barborę, jako wcielenie czystości i ochronę przed perfidią świata. Pod czujnym wzrokiem czeskiej piastunki chłopiec w marynarskim ubranku bawił się w Stadtparku (Ogród Vrchlickiego na wprost dworca głównego), pośród drzew, których liściaste wierzchołki sięgały okien jego rodzinnego domu. Z perspektywy czasu die treue Alte, wierna staruszka[105], stała się dla Werfla wcieleniem utraconej pewności (Geborgenheit) lat dziecinnych, symbolem cudownego wieku.

Niemieccy literaci i artyści pochodzenia żydowskiego (i nie tylko) ubóstwiali, jak twierdzi Paul Leppin (który Żydem nie był), „die wiegende und schwärmerische Anmut der slawischen Frauen” (kojący, marzycielski wdzięk słowiańskich kobiet)[106]. Z dziewczętami z czeskiego ludu przeżywali pierwsze miłosne przygody. W czasie Wystawy Jubileuszowej (Jubilejní výstava) w 1908 Egon Erwin Kisch poznał pewną piętnastolatkę z robotniczej rodziny, pracującą w fabryce perfum. Dziewczyna, która wkrótce pod imieniem Emča Revoluce zasłynąć miała jako tancerka, towarzyszyła „szalejącemu reporterowi” („der rasende Reporter”) w jego wędrówkach po zakazanych dzielnicach, nocnych lokalach i podejrzanych knajpach[107]. Hugo Haas wspomina, jak od czeskich przyjaciółek uczyli się słowiańskich piosenek ludowych[108]. Cała literatura niemiecka Pragi przesiąknięta jest tą erotyczną symbiozą[109]. Znamienny wydaje się tytuł jednej z powieści (1909) Maxa Broda: Ein tschechisches Dienstmädchen[*16]. Najpełniejsze może jednak świadectwo takich stosunków dał Kafka: myślę o kochankach K. w Procesie i Zamku, pokojówkach, jak Frieda, czy pielęgniarkach, jak Leni, wspólniczkach pomocników, strażników i pokątnych doradców, które pełnią równocześnie funkcję pośredniczek między bohaterami a nieprzeniknioną, despotyczną władzą: fałszywe adwokatki, iluzoryczne orędowniczki, mające w sobie coś z czarownic[110].

Pomimo przesądów i zakazów bardzo liczne więzi łączyły kulturę czeską z kulturą niemieckojęzycznych Żydów. W grupie Osma (Ośmiu), która wystawiła swe obrazy wiosną 1907 roku, znaleźli się obok siebie malarze czescy, żydowsko-czescy i żydowsko-niemieccy: Emil Filla, Friedrich Feigl, Max Horb, Otokar Kubín, Bohumil Kubišta, Willi Nowak, Emil Artur Pittermann Longen (który potem został dramatopisarzem i aktorem kabaretowym), Antonín Procházka[111]. To Georg Kars (Karpeles), czeski Żyd, wprowadził Kubištę w krąg paryskich fowistów[112]. Prascy pisarze niemieccy pochodzenia żydowskiego, ludzie o otwartych umysłach, stali się gorącymi propagatorami literatury czeskiej w kręgach niemieckich, tłumacząc hymny Otokara Březiny, liryki Fráňa Šrámka, Pieśni śląskie Petra Bezruča. Tej cennej pracy przenoszenia i przeszczepiania poświęcali się zwłaszcza Rudolf Fuchs i Otto Pick, a później Pavel Eisner[113].

Największy jednak wkład w rozpowszechnianie czeskiej sztuki miał uparty i wielkoduszny Max Brod. Pisał liczne rozprawy o czeskiej muzyce[114], przetłumaczył libretta do kilku oper Josefa Bohuslava Foerstera, Jaroslava Křički, Jaromíra Weinbergera, Vítězslava Nováka i prawie wszystkie do oper Leoša Janáčka, otwierając drzwi na świat sztuce tego morawskiego kompozytora, któremu poświęcił nadto monografię opublikowaną najpierw po czesku (1924), a następnie po niemiecku (1925)[115]. Przez całe życie miał wyrzuty sumienia, że nie zaprezentował w podobny sposób muzyka Ladislava Vycpálka[116]. Od razu wyczuł wielkość Haškowego Szwejka: wychwalał tę pikarejską powieść w niemieckich gazetach i z Hansem Reimannem przygotował jej adaptację sceniczną, która po wielu przeróbkach została wystawiona w 1928 w Berlinie przez Erwina Piscatora[117]. Przyjaźń i korespondencja między Brodem a Janáčkiem (1916–1928) nabierają szczególnego znaczenia, jeśli wziąć pod uwagę zapalczywą słowiańskość, korzenie liturgiczne spod znaku Cyryla i Metodego oraz silne więzy uczuciowe z Rosją muzyka z Hukvaldów[118].

Można by długo mówić o dwujęzycznych pisarzach żydowskich, takich jak Pavel Eisner, autor żarliwego, niemal egzaltowanego traktatu o urodzie czeskiego języka Chrám i tvrz (Świątynia i twierdza, 1946), czy Camill Hoffman, który był później w służbie dyplomatycznej republiki czechosłowackiej. I o wzajemnych wpływach obu literatur: wystarczy przypomnieć fascynację Werfla zbiorem Březiny Tajemné dálky (Tajemnicze dale, 1895), widoczną w jego zbiorze Der Weltfreund (Przyjaciel świata, 1911), który z kolei zdaje się inspirować Jiřego Wolkera i jego Host do domu (Gość w domu, 1921)[119]. Kto przeczyta u Wolkera: „Kocham przedmioty, milczących towarzyszy,/bo wszyscy je traktują,/jakby nie były żywe”[120], nie może nie przypomnieć sobie analogicznego fragmentu z Werfla: „Spokojne przedmioty,/które w cichej godzinie/jak dobre zwierzęta głaskałem”[121]. Dobrym przykładem tej niepowtarzalnej syntezy jest Egon Erwin Kisch, który przyłączył się do cyganerii z czeskich knajp i współpracował z teatrem Revoluční scéna Longena, gdzie wystawił między innymi sztukę Galgentoni (Tonka Šibenice), w której święciła triumfy Xena Longenová, i do spółki z Jaroslavem Haškiem komedię Z Prahy do Bratislavy za 365 dní, opis niedorzecznej podróży holownikiem Lanna 8 przez Wełtawę, Łabę, Morze Północne, Ren, Men i Dunaj[122]. Ale jak owocnym i osobliwym było to zetknięcie się kultur czesko-słowiańskiej i żydowskiej, najlepiej widać na przykładzie dwóch Żydów, braci Langerów: Františka, lekarza, żołnierza legionów walczących w Rosji, generała armii czechosłowackiej, prozaika i dramatopisarza z grupy Čapka, autora sofistycznej komedii Periférie (1925), którą wystawił także Reinhardt[123], i Jiřego, przyjaciela Kafki; Jiřego Langera, znawcy kabały i psychoanalizy, piszącego wiersze po hebrajsku, który opętany ideą chasydyzmu pojechał z Pragi do błotnistej i zacofanej Galicji Wschodniej, na dwór dziwacznych i wesołych rabinów i napisał po czesku chagallowski zbiór anegdot o chasydach, Devět bran (Dziewięć bram do tajemnic chasydów, 1937). Jiřego Langera, który krążył po zdumionych ulicach Pragi owinięty czarnym kaftanem, z pejsami, w czarnym, okrągłym kapeluszu.

Wszystkie te powiązania nie złagodziły jednak Inseldasein, niezdolności niemieckich Żydów z Pragi do przystosowania się. Pielgrzymkę Jiřego Langera do średniowiecznych miasteczek cadyków należy może uznać – na równi z nieudanymi próbami Kafki – za usiłowanie ucieczki z nadwełtawskiego miasta. Przystąpienie Broda do ruchu syjonistycznego, którego Praga była jednym z pierwszych ośrodków na początku wieku[124], zajadłość, z jaką Werfel przeciwstawiał Verdiego faworyzowanemu przez mniejszość niemiecką Wagnerowi[125], wędrówki Kischa po świecie, entuzjazm Kafki dla wędrownych, grających w jidysz aktorów z trupy Icchaka Löwy: to wszystko zdaje się potwierdzać dręczące ich pragnienie, by wyrwać się ze „szponów” Pragi, zmieniając horyzont. Ale ucieczka fizyczna nie równa się wyzwoleniu: nawet daleko od miasta nad Wełtawą odczuwali zawsze, aż do końca, niezmienne poczucie obcości, wyspiarski brak korzeni. A jednak to właśnie owa paradoksalna mieszanina kontrastów i punktów stycznych, owo niespokojne życie w próżni granicznego miasta wydaje na świat u schyłku monarchii cały zastęp wielkich niemiecko-praskich pisarzy[126].

9

W roku 1911 wyszedł Der Weltfreund, zbiór wierszy, w których Werfel, w tonie nazbyt chyba przesłodzonym i pobłażliwym, wyraża gorącą chęć połączenia się z ludźmi odtrąconymi i prostymi, pragnienie dobrych uczynków, mających pomóc mu znieść ciężar samotności, odzyskać wiarę w naturalną dobroć człowieka[127]. Ten zbiór, zapowiadający nurt franciszkańskiej łagodności, który w literaturze czeskiej ciągnąć się będzie aż do Ortena, przypomina, jak powiedział Haas, „spacer z wesołym chłopcem lub dzwonki u sanek w pogodnym, zaśnieżonym mieście około 1911 roku”[128] – czyli na krótko przed tym, jak gradowa burza wielkiej wojny spustoszy sztuczne dominium pozornej niewinności.

Wspominając ten rok, ten fascynujący okres na początku wieku, przychylny praskiemu Dichterkreis[*17], tak jak rok dwudziesty będzie łaskawy poetom czeskojęzycznym, Otto Pick wykrzyknął: „Chwile tamtej zimy: wspomnienie rzuca wesołe, połyskliwe światło na smutne, zmierzchowe sny tych, co się starzeją. Wieczory, noce tej błogiej zimy! Jakże byliśmy zżyci, jak zgrani. Siedziało się po kawiarniach, szło jak burza przez nocne miasto, wspinało na zuchwałe Hradczany, wędrowało wzdłuż szerokiej rzeki i, hulając w jakiejś sali ze swawolnymi panienkami, nie dostrzegało się nawet, że szparą okna sączy się świt”[129]. Haas wspomina niekończące się gorące dysputy w miejscach wspólnych spotkań i w czasie spacerów do punktów widokowych czy po uliczkach i parkach Malej Strany[130].

Różne kawiarnie służyły za Treffpunkte[*18] niemieckim poetom z Pragi: Café Zentral, Café Arco, Café Louvre, Café Edison, Café Geisinger, Café Continental[131]. W tej ostatniej, w sali wybitej skórą tłoczoną w czerwone i złote paski na czarnym tle, królował Gustav Meyrink[132], tak jak Czech Jakub Arbes, który także pisywał powieści z dreszczykiem, królował w knajpie U zlatého litru (Pod Złotym Litrem)[133]. Rozprawiając na tematy związane z okultyzmem, otoczony kręgiem akolitów, Meyrink grał w szachy, „popijając przez cienką słomkę, szklanka po szklance, szwedzki poncz”[134].

„Noce tamtej błogiej zimy!”. Jeszcze dzisiaj, co noc o piątej, Franz Kafka powraca na ulicę Celetną (Zeltnergasse) do swego domu, w meloniku, ubrany na czarno. Wraca z lokaliku Montmartre, gdzie wiecznie spragniony, jak Żydzi na pustyni, Jaroslav Hašek pije i rozrabia. Jeszcze dzisiaj, co noc o piątej, z Montmartre’u Egon Erwin Kisch wraca do swego domu U dvou zlatých medvědů (Zu den zwei goldenen Bären[*19]) na rogu Melantrichovej i Kožnej, którego piwnica, jak mówią, stanowi wlot do podziemi ciągnących się pod całym miastem, nawet pod korytem rzeki[135]. Karel Konrád napisał: „Kiedy ten nocny przechodzień wracał do swego mieszkania Pod Dwoma Złotymi Niedźwiedziami, światło latarń było już z lekka przyćmione. Gdyby próbować zliczyć zapałki, które Kisch musiał pocierać, zagłębiając się w czarny krater korytarza i wchodząc po schodach na piętro, gdzie było ciemno jak w kominie, uzyskałoby się zabawną cyfrę setek tysięcy”[136].

Montmartre został otwarty 16 sierpnia 1911 roku przez aktora i piosenkarza Josefa Waltnera w starym domu U tři divých mužů (Pod Trzema Dzikusami) przy Řetězovej, nazwanym tak, bo kiedyś występowali tam trzej rzekomi ludożercy z Vodnian, z kółkami w uszach, tatuażami na gębach i kogucimi piórami na głowach[137]. Składał się z dwóch obszernych sal, z których jedna pokryta była malowidłami Františka Kyseli, drugą zaś, z parkietem do tańca, fortepianem na podwyższeniu i małymi lożami, zdobiły karykatury V.H. Brunnera, parodiujące styl kubistyczny. W tej to Künstlerkneipe[*20], która stanowiła odpowiednik petersburskiej Brodiaczej Sobaki (Bezpańskiego Psa)[138] i krakowskiego Zielonego Balonika[139], schodzili się poeci czescy z grupy anarchistycznej, żydowscy pisarze niemieckojęzyczni, cyganeria malarska, aktorzy z teatru Lucerna, gdzie wtedy właśnie Karel Hašler śpiewał swoje rzewne piosenki o starej Pradze.

Tutaj w wolnym czasie wywodzili swoje trele soliści z Národnego divadla. Nie było aktora kabaretowego, począwszy od Juliusa Poláčka czy Eduarda Bassa po członków zespołu Červená sedma (Siódemka karo) Jiřego Červenego, którzy by tu nie opowiadali swoich dowcipów. Tutaj Emil Artur Longen i Xena Longenová śpiewali swoje uliczne piosenki, a Artur Poprovský melodie hebrajskie. Tutaj, przy fortepianowym akompaniamencie Trumma Šlapáka, zwanego również der dicke Trumm (tłusty Trumm), Emča Revoluce tańczyła swoje tanga z Hamletem, szefem kelnerów, czy z Kischem ubranym jak elegant z przedmieścia, w czapce na bakier, z chustką na szyi i papierosem przyklejonym w kąciku ust. Hamlet (František Jirák), były aktor z głową hidalga pokrytą ogromną masą kręconych włosów, tworzył – wraz z Počtą z Národnego důmu z Pragi-Vinohradów i legendarnym Paterą z Café Union[140] – triadę kelnerów, którzy brali zawsze stronę cyganerii i wspomagali ją rodzajem groszowego mecenatu.

To miejsce Hašek obrał na swoją siedzibę. Sypiał w kącie na pluszowym fotelu. Często przychodził tu wieczorem po obejściu innych knajp i, już pijany, zaczynał rozprawiać jak rozplotkowana przekupka, pryskał naokoło piwem z trzymanego w niepewnych rękach kufla, urządzał ordynarne sceny. Jeżeli Waltner go wyprosił, szukał schronienia w knajpie Na Balkáně, czyli Kopmance, na Templovej, gdzie również schodzili się artyści i pisarze niemieccy oraz czescy, i włączał się do numerów odgrywanych tam przez Artura Poprovskiego, Juliusa Poláčka czy innych aktorów kabaretowych, albo, jak okpiony złodziejaszek lub Charlie włóczęga, chodził przed Montmartre’em tam i z powrotem, nawet jeśli padało, czekając, by Hamlet, któryś z gości, a może nawet żandarm wstawił się za nim[141].

Praga z początku wieku, miasto poetów, miejsce O Mensch-Lyrik[*21][142]. Karl Kraus, który – wrogi skupionemu wokół Werfla towarzystwu – często kierował ostre słowa pod adresem szkoły praskiej[143], napisał złośliwie: „W Pradze, gdzie ludzie są szczególnie uzdolnieni, gdzie każdy, kto wzrastał w pobliżu piszącego wiersze, sam także wiersze pisuje i gdzie mistrz dziecięcej naiwności, Werfel, zapładnia wszystkich, tak że poeci liryczni mnożą się tam jak szczury piżmowe...”[144]. Przypisywany Karlowi Krausowi wiersz tak oto wykpiwa praską grupę: „Es werfelt und brodelt, es kafkat und kischt”[145]. Ale ileż jeszcze innych nazwisk wsławiło ten Dichterkreis!

Zacytujmy kilka na chybił trafił, chociaż taka lista jest tylko jałowym zbiorem marionetkowych fonemów: Rainer Maria Rilke, Gustav Meyrink, Hugo Salus, Emil Faktor, Johannes Urzidil, Rudolf Fuchs, Oskar Wiener, Leo Perutz, Paul Kornfeld, Leo Heller, Paul Paquita, Viktor Hadwiger, Oskar Baum, Karl Brand, Otto Pick, Ludwig Winder, Ernst Weiss, Willy Haas, Franz Janowitz[146]. Napisanie o nich wszystkich wymagałoby całego traktatu. Ale są między nimi dwaj autorzy, którzy szczególnie pociągają moją wyobraźnię, dwaj „nieprofesjonalni cudotwórcy”: Paul Adler (1878–1946), ze swoimi wizjonerskimi, rwącymi się, dusznymi opowiadaniami, w których czai się szaleństwo – Elohim (1914), Nämlich (Mianowicie, 1915), bliskieBebuquin (1912) Carla Einsteina, i Die Zauberflöte (Zaczarowany flet, 1916)[147], oraz Paul Leppin (1878–1945), der ungekrönte König der Prager Bohème (niekoronowany król praskiej bohemy), ze swymi zbiorami wierszy Die Türen des Lebens (Wrota życia, 1901) i Glocken, die im Dunkeln rufen (Dzwony wołające w ciemności, 1903) oraz powieściami Daniel Jesus (1905) i Severins Gang in die Finsternis (Severin odchodzi w mrok, 1914). Smutny piewca podupadłej, dogasającej już Pragi, „zakazanych zaułków, nocy spędzonych na pijaństwie, włóczęgów i wiary bezsilnej wobec pompatycznych, barokowych wizerunków świętych”[148], Leppin został pieszczotliwie sportretowany przez Else Lasker-Schüler w dwóch uroczych wierszach: Dem König von Böhmen i Dem Daniel Jesus Paul[149]. To fakt, że tęskna kantylena Leppina, jego styl nieco chorobliwy, zesztywniały od chłodu i przesiąknięty północnym Zwielicht[*22], który chwilami zapala się nagłym płomieniem satanizmu, dzisiaj ma lekki zapach stęchlizny. Ale jego miłość do nadwełtawskiego miasta, tego miejsca, gdzie gromadzą się widma, jest nie mniej gorąca od miłości Nezvala w Praha s prsty deště (Praga o palcach deszczu) czy Seiferta w Světlem odeňá (Światłem odziana, 1940).

Dzięki tym postaciom nabiera siły bogaty, malowniczy pejzaż Pragi. Paul Leppin, wysoki, szczupły, z twarzą woskowobladą jak aktor teatru kabuki, w szerokim kapeluszu w stylu kalabryjskim i ciemnym, wciętym płaszczu, idzie przez Graben (ja patrzyłem z góry przez lunetę Flugbeila) i, jak inni otaczający go poeci, wszyscy w jednakowych uniformach biedermeierowskich, niesie czerwoną różę na długiej łodydze: „wszystkie te kwietne płomyki przywodziły na myśl świece na procesji”[150]. W czasie nocnych spotkań Franz Werfel śpiewa modulowanym głosem arie Verdiego: „Rozentuzjazmowane dziewczęta, ledwie wszedł do ich lokalu, wołały: »Caruso, Caruso!«, a bardziej wykształcone wymawiały wręcz to nazwisko po francusku: »Carousseau!«. Pianista i orkiestra w salonie intonowali natychmiast La donna é mobile lubQuesta o quella, a Werfel zdzierał sobie gardło bez opamiętania”[151]. „On może śpiewać jak Caruso – napisał o nim sarkastycznie w swoim »bestiarium« Franz Blei – i robi to często i chętnie, zwłaszcza wtedy, gdy jest hałas. Hałas czyni na przykład wojna i Werfel śpiewa tak, że gdyby śpiew dało się wydrukować, można by nim było bez trudu zapełnić trzystuośmiostronicowy tom w formacie ósemki. Tego tenorowego głosu, którym wyśpiewuje subtelne arie i inne trele, zazdroszczą Werflowi inne zwierzęta i próbują go naśladować”[152].

W kręgu malowniczych praskich postaci pierwsze miejsce zajmuje tajemniczy Nikolaus z powieści Leppina, czyli Meyrink, jeden z grona czeskich duchów, w którego starym domu koło gazowni zgromadzona była „wielka liczba osobliwych i niezwykłych przedmiotów, Budda z brązu ze skrzyżowanymi nogami, mediumiczne rysunki w metalowych ramkach, skarabeusze i magiczne lustra, portret Bławatskiej i autentyczny konfesjonał”[153]. Ze wspomnień Broda dowiadujemy się, że do przyjaciół Meyrinka należał jeszcze pewien kolekcjoner martwych much i handlarz starzyzną, który odsprzedawał rzadkie książki tylko za zgodą swego kruka z podciętymi skrzydłami[154]. Nie twierdzę, że w mojej wyobraźni Meyrink jest jednym z przodków szacownego grabarza, pana Kopfrkingla, ale gdy myślę o jego żałobnych dziwactwach, łatwiej mi zrozumieć miodopłynny smutek powieści Ladislava Fuksa Spalovač mrtvol (Palacz zwłok)[155].

Niemieccy poeci z Pragi czerpią soki z mitów, legend, z topografii nadwełtawskiego miasta. Rzekłbym, że wiele z tego, co napisali, było tylko pretekstem do zaprezentowania corpus misticum, podejrzanego przepychu, zgubnych humorów tego kamiennego zjawiska. Tym, co ich pociąga, nie jest Praga współczesna z prostymi liniami ulic i sześcianami koszarowych bloków, ale stara Praga pokryta pleśnią, która wznieca w ich sercach płomienie, rodzi porywy melancholii. Przerażeni, jak Indianie zaćmieniem Księżyca, unoszącym się tam zapachem śmierci złodziejki, śmierci szubieniczniczki, śmierci wiarołomczyni, patrzą na Pragę jak na zjawę (mátoha), jak na jakiś twór chimeryczny. Wybierają jako tło barokowe katedry, Złotą Uliczkę, katedrę św. Wita, nory i przesmyki Starego Miasta, rozsypujące się chałupki na Nowym Świecie, cmentarz żydowski, czarne synagogi, ocalałe rudery, krzywe, węższe od szpary w murze uliczki i szynki w Judenstadt, niezdrowe domy i mroczne życie na Malej Stranie.

Czynią z Pragi metropolię tajemniczą, nierealną, spowitą bladym, sączącym się jak przez wodę światłem latarni gazowych, wyczerpane miasto na skraju rozpadu, zbiorowisko ordynarnych knajp, pokrytych liszajem zakątków, gdzie nie dociera światło dnia, diabelskich uliczek, rozgadanych pavlačy (ganków), ciemnych podwórek, składów starzyzny, straganów tandlmarku. Miasto odrętwiałe sennością (Verschlafenheit) prowincjonalnego miasteczka, w którego ospałości czai się coś przebiegłego i groźnego. Jak gdyby, paradoksalnie, w dusze pisarzy niemieckich, a zwłaszcza żydowskich, wsączyły się melancholia, powolność i niezdecydowanie tamtych dni, które nastąpiły po klęsce na Białej Górze, gdy stolica stała się przedmiotem szyderstwa bezlitosnych najeźdźców. Krótko mówiąc, Czytelniku, miasto nad Wełtawą zmienia się w Mittelpunkt[*23] ekspresjonizmu, nie tyle zresztą z tej racji, że wielu jego poetów do tego ruchu przystało, ale przede wszystkim dlatego, iż w samym jego charakterze, w samej scenie wydarzeń, w jego mgłach kryją się już typowe dla ekspresjonizmu motywy.

Na stronicach książek praskich pisarzy niemieckojęzycznych początku wieku często pojawiają się knajpy, nocne lokale, ostatnie „domy uciech” cesarstwa habsburskiego z pokojami zdobnymi w gobeliny, lustra i kotary z czerwonego weluru, z niewidomymi harfiarkami oraz rzępolącym pianistą i z dziewczętami ze wszystkich zakątków monarchii. Najsłynniejszy z tych lokali, luksusowy salon Goldschmied na ulicy Kamzíkovej (Gemsengässchen), który można by porównać do tego wiedeńskiego lupanaru z Historii nocy 1002 Josepha Rotha, gdzie pracuje Mizzi Schinagl, został przedstawiony przez Werfla w przerażającym opowiadaniu Das Trauerhaus (Dom żałoby). Ale nawet knajpy i hoteliki z Kafkowskiego Zamku, ze swymi dusznymi klitkami i tłumem dwuznacznych służących, pachną praskim burdelem.

W opisie nocnego życia i zakazanych dzielnic nadwełtawskiego miasta nikt jednak nie przewyższył Egona Erwina Kischa, stałego bywalca wszelkiego typu abštajgów, pajzlów, putyków, špeluěk, západ’aków, knajp[156]. Klamovka, Omnibus, Gogo, Jedova (Jadowita), Stará pani, Stará krčma, Mimóza (nazwa kwiatu typowego dla biedermeieru, przekręcona na Phimose), Brazílie, Apollo, U tři hvězdiček (Pod Trzema Gwiazdkami), Eldorado, Maxim, Trocadero, U zeleného orla (Pod Zielonym Orłem), U města Slaného (Pod Miastem Slaný), U dvou běranků (Pod Dwoma Barankami), V tunelu, Artista, Na Seníku (W Stodole), U knížete Břetislava (U Księcia Brzetysława): długa seria zapluskwionych pomieszczeń, kawiarni, garkuchni, tancbud, brudnych lupanarów, szulerni przewija się na jego kartach jak wyblakła taśma filmowa[157] obok noclegowni, schronisk dla upadłych kobiet, zakładów poprawczych, tanich jadłodajni i więzień.

Niesyty wydarzeń z kronik policyjnych, ciekawy świata przestępczego, śledzący z upodobaniem krváky (krwawe wydarzenia) i pitawale Kisch, w licznych tomach reportaży z Pragi[158], pełnych alfonsów i prostytutek, bandytów i stręczycieli, królów wszelkiego rodzaju łajdactw i królowych nierządu, odnawia tradycję, którą w XIX wieku rozpoczął Jan Neruda swoimi „obrazkami policyjnymi” (obrázky policejní) oraz Karel Kukla swoimi relacjami z kanałów i innych siedlisk złoczyńców i żebraków. Słowem, Kisch ukazuje nam to bagniste i niemiłe oblicze Pragi, które stanowi przeciwieństwo barokowej angelologii.

„Kisch – napisał Konrád – był wrażliwy na ludzką słabość skrytą pod szminką prostytutek, pod fałszywym blaskiem blichtru. Na podszewkę niesprawiedliwości i nędzy. Na nokturny przedmieść i zakazanych dzielnic. Na rzeźnicki nóż, który karmin szminki zmienia w stygnącą krew. I jego zrozumienie dla tych związków przyczynowych miało wartość odkrycia. Osłuchiwał obnażone serca niczym cierpliwy lekarz”[159]. Wystarczy pomyśleć o portrecie Tonki, pięknej prostytutki z salonu pani Koutzkiej na Platnéřskiej. Przed niebieskim trybunałem Blaue Toni, przezwana tak dla swych błękitnych oczu i błękitnej sukienki, opowiada swoją patetyczną historię: ponieważ zgodziła się umilić ostatnią noc skazańca, straszliwego mordercy trzech dziewcząt, pfui Teufel (łajdaka), dostała przezwisko Tonka Šibenice (Szubienica), czyli Galgentoni. Zmuszona uciec do innego salonu, a następnie na ulicę, do końca życia, a nawet w niebie, nie przestaje marzyć o swej błękitnej sukni w stylu empire i wielkim gramofonie z tubą z salonu pani Koutzkiej[160].

Nietrudno byłoby odnaleźć związek między bohaterami żebraczych ballad Kischa, tych drobnych strzępów Opery za trzy grosze, a postaciami z kryminalnychOpowieści z różnych kieszeni (1929) Karela Čapka czy też „cherubinami”, czyli oszustami i złodziejaszkami z otoczenia garbatego mistrza kradzieży, Ferdinanda Stavinogi, niezbyt rozgarniętego człeczyny z powieści Bidýlko (1927) Emila Vacheka, albo Francim, kelnerem i tancerzem, dumnym (jak Hamlet) ze swego fraka, pechowym łajdakiem, który morduje klienta zaprzyjaźnionej prostytutki, łagodnej jak Galgentoni, a potem się tym zadręcza, w dramacie Františka Langera Periférie (1925). Od biura rzeczy znalezionych do lombardu, od licytacji do loterii i gwiazdkowego tandlmarku: nie było takiej iskierki praskiego życia, która by nie zapaliła jego wyobraźni „szalejącego reportera”. On sam, niczym aktorzy Stanisławskiego, utożsamiał się z typami interesujących go ludzi, przywdziewał nawet ich stroje: wystawał w kolejkach w tanich garkuchniach, sypiał w noclegowniach dla biedoty, tłukł lód na rzece z bezrobotnymi, udawał bohatera przed wesołymi kobietkami, statystował w teatrach[161].

Podobnie jak rosyjscy poeci symboliści, niemieccy pisarze czeskiej stolicy na początku XX wieku mieli bolesne przeczucie bliskiej klęski. Owa praska sejsmologia odpowiadała oczywiście ogólnemu przeczuciu upadku cesarstwa habsburskiego, które dręczyło wiele światłych umysłów Europy Środkowej. Nawiązując do ostatnich lat panowania Franciszka Józefa, Werfel wspomina, że pogodę, nastrój polityczny i charakter ludzi tego okresu symbolizowały zima, mróz, zmierzch i bliskość śmierci[162]. Ale posępny smutek i wrogość Pragi (w przeciwieństwie do gaudeamus, operetkowości Wiednia) pogłębiały perspektywę rozpadu. Praga, pułapka Hassliebe[*24], serce ludu, który nie podziela ich chęci zbratania się, jest dla niemieckich pisarzy symbolem agonii i schyłku. Z podwórek, z krużganków, z pasaży dochodzi ich pomruk osądu, ponury głos potępienia[163].

Chorobliwa atmosfera tamtych lat, budzące lęk znaki ostrzegawcze nadawane były przez wielu z nich stylem sztucznym, przejaskrawionym, pełnym przymiotników, barokowym, całym w gruźliczych wypiekach i dreszczach odrazy. W konwulsyjnej, spirytystycznej prozie takich autorów jak Meyrink, Leppin czy Perutz pełna zgnilizny Praga, przewracająca oczami, z grymasem na ustach, jest ośrodkiem inicjacji w tajemnicze obrządki, zbiorowiskiem groźnych czarowników, straszydeł, monstrów z rabinackiej gliny, m’schugoim (wariatów), dziwaków, ponurych, orientalnych widziadeł, jak Petersburg z pisanych w tym samym okresie książek Biełego. Miasto szkicowane banalnym fioletem atramentu Meyrinka-Nikolausa[164], który z upodobaniem kiepskiego estety łagodzi degradację tych cuchnących ulic i stłoczonych domów, zdobiąc w świąteczne kolory smutek klęski, upadek starej Pragi. Ale po upadku habsburskiego imperium, otrząsnąwszy się z tego marazmu, z tego klimatu końca świata, Praga czeska odradza się i – podtrzymywana mądrymi rękami filozofa Masaryka – zmierza, jak mówią słowa marszu Josefa Suka, „ku nowemu życiu”, które z kolei zduszą nowe wydarzenia.

Niemieccy dekadenci sączą zatem z Pragi jej przeklęty urok, chwytając się wszystkiego, co w niej dwuznaczne, nierealne, unheimlich[*25], zepsute. Z tej austriacko-praskiej literatury z okresu schyłku monarchii (i jej kontynuacji) pozostaje w pamięci zaduch zgnilizny, ściskający serce półmrok Dämmerung[*26], pełgające płomyki przygasających na ołtarzu świec, fale smętnej muzyki, szyderczy uśmiech komedianta, krwawiąca rana afektowanego pożegnania i cukrowa, lepka słodycz. Else Lasker-Schüler napisała o Werflu: „na jego ustach wymalowany jest słowik”[165].