Wydawca: Amber Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 228 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Pracownia naprawiania życia - Valerie Tong Cuong

Mariette, nauczycielka w gimnazjum i żona narcystycznego polityka, jest poniżana przez męża i szykanowana przez uczniów. W końcu nie wytrzymuje i posuwa się o krok za daleko...

Millie, dwudziestotrzylatka, pracuje dorywczo jako sekretarka. Ma samotne, bezbarwne życie. Kiedy w jej kamienicy wybucha pożar, skacze z okna...

Pan Mike załamał się po porzuceniu przez ukochaną i stracie domu. Mieszka na ulicy. Pewnego ranka zostaje napadnięty i pobity...

Mariette, Millie i Mike sięgają dna. Wtedy tajemniczy mężczyzna, Jean zaprasza ich do swojej Pracowni, gdzie – jak twierdzi – dokonuje cudów.

 

Ale czy można podnieść się bez pokonania własnych demonów? Iść do przodu, kłamiąc sobie i innym? Mieszkańcy Pracowni będą musieli zaakceptować swoje ciemne strony. Tymczasem Jean wciąga ich w coraz bardziej niebezpieczną grę…

Opinie o ebooku Pracownia naprawiania życia - Valerie Tong Cuong

Fragment ebooka Pracownia naprawiania życia - Valerie Tong Cuong

Redaktor prowadzący

Małgorzata Cebo-Foniok

Korekta

Joanna Egert-Romanowska

Hanna Lachowska

Halina Lisińska

Projekt graficzny okładki

Małgorzata Cebo-Foniok

Zdjęcie na okładce

© Chris Ryan/ The Image Bank/Getty Images

Tytuł oryginału

L’atelier des miracles

Copyright © 2013 by Editions JC Lattès

All rights reserved.

For the Polish edition

Copyright © 2014 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-5284-1

Warszawa 2014. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-952 Warszawa, ul. Wiertnicza 63

tel. 620 40 13, 620 81 62

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja do wydania elektronicznego

Millie

Ostry, przenikliwy zapach wciskał się w każdą szczelinę mojego ciała, gryzł mnie w nos i w gardło, nacierał wściekle na mój ociężały od snu mózg.

Uparcie spałam dalej. Chciałam przespać całą noc, a nawet i cały weekend. Z piątkowego wieczoru przenieść się od razu w poniedziałkowy poranek, nie oddychając, nie śniąc, nie myśląc, jednym pociągnięciem, jednym wysiłkiem woli.

Jak nieporadne dziecko, które pod presją instruktora i wrzeszczących kolegów dobywa resztek tchu, żeby przepłynąć pod wodą na drugi koniec basenu, ocierając się o śmierć, już właściwie się na nią godząc. Nagle jednak rozpostartymi palcami chwyta się porowatego kamienia, bierze haust powietrza i otrząsając się, wynurza z wody, jednocześnie zdumione i wdzięczne, że ocalało.

Z objęć nocy wyrwał mnie palący kaszel. Łypnęłam spod na wpół przymkniętych powiek. Przez znajdujące się naprzeciwko uchylone okno do pokoju wdzierał się długi jęzor ciemnego dymu i po pożółkłej tapecie pełzał bezgłośnie w kierunku sufitu.

Pali się! Moje ciało spazmatycznie podniosło się z łóżka, nie byłam pewna, czy to sen, czy jawa, mój umysł był rozdarty na dwoje. Jedna część mnie krzyczała: „Stało się, Millie, wybiła godzina sądu, godzina prawdy, wreszcie zapłacisz za swoje, wreszcie się z nimi połączysz, ktoś musi przecież odpokutować!”. Druga buntowała się i opierała: „Tylko bez pochopnych wniosków, naciąganych interpretacji, fałszywych analogii i taniej psychologii, ten pożar to na pewno tylko przypadek, nieszczęśliwe zrządzenie losu, zbieg okoliczności, nic więcej, trzeba się skupić i działać, bo ogień zabija”.

Kilka godzin wcześniej, chwiejąc się na nogach, zwaliłam się na wersalkę, tak jak stałam, w ubraniu, z niezmytym makijażem, z nieumytymi zębami. Niezdolna do jakiegokolwiek dodatkowego ruchu, u kresu sił.

A przecież zazwyczaj byłam nieprzejednana w kwestiach czystości i higieny. Ręce myłam sto razy dziennie, a włosy – podczas każdej kąpieli pod prysznicem. Tarłam się pumeksem, co chwilę sprawdzałam stan paznokci, dniem i nocą walczyłam z kurzem, co tydzień gruntownie zmywałam podłogę. W biurze (kiedy oczywiście miałam pracę), uzbrojona w chusteczki dezynfekujące, które zamawiałam kartonami, czyściłam wszystko, co tylko wpadło mi w ręce. Robiłam listy rzeczy do zrobienia: wysypywałam odłamki grafitu z kubków na ołówki, sprzątałam w szufladach, po każdym użyciu uzupełniałam zszywacze, pod koniec dnia wyłączałam z prądu drukarki. Pewnego razu, gdy wcześniej skończyłam pracę, zdarzyło mi się nawet umyć szyby. Moja inicjatywa nie znalazła jednak uznania w oczach dyrektor agencji pracy tymczasowej, która ostrzegła mnie sucho, że jeśli chcę być nadal w ich bazie, mam się ograniczyć do prac sekretarskich zapisanych w umowie. Na czyścicieli szyb i sprzątaczki mają aż nadto kandydatów.

Ponieważ zawdzięczałam tej agencji dwie trzecie zleceń, pokornie przeprosiłam i ukierunkowałam swoje czyścicielskie zapędy na sferę czysto prywatną.

Tego wieczoru jednak, właśnie tego wieczoru, alkohol wziął górę nad moimi zasadami. Wróciłam do domu na miękkich nogach, z zamglonymi oczami, marząc tylko o tym, żeby się położyć.

Pomyślałam sobie: No i co, przecież i tak nikt mnie nie zobaczy ani tym bardziej nie przytuli, nie położy się obok mnie. Nikogo nie rozczaruję. To było ważne tylko dla mnie. A więc, ten jeden raz…

Wcisnęłam torebkę pod poduszki i zasnęłam, gdy tylko wyciągnęłam się na łóżku, nie zdjęłam nawet butów.

Podbiegłam do okna. W szarawym świetle świtu pod moim domem stał tłumek gapiów. Ludzie mieli przestraszone miny i z niepokojem wskazywali na front budynku. Serce zamarło mi w piersi: obrazy, dźwięki, zapachy, słowa i odczucia zaczęły układać się w całość. Kąsające płomienie, ucisk w piersiach, śmiertelne zatrucie czadem.

Czy to możliwe, że chciałam tego pożaru? Że, gdzieś głęboko, w zakamarkach nieświadomości, miałam nadzieję, że wybuchnie? Że go sprowokowałam? To nie mógł być przypadek, o nie. To by było zbyt nieprawdopodobne.

Chociaż.

Stało się, Millie. Jesteś przyparta do muru. Decyduj się, no już.

Dym napływał z piętra pode mną. Ten stary borsuk Kanarek musiał zostawić barszcz na gazie. Z jego głową nie było najlepiej. Ostatnio coraz częściej wystawał pod bramą naszego domu i przemawiał do przechodniów albo z uniesieniem deklamował fragmenty dzieł swojego ukochanego „wielkiego pana Dostojewskiego”, jak go szumnie nazywał. Z jego zaciśniętych ust płynął nieskładny, wściekły potok słów – wspomnienie biednych ludzi, pogardy, nieodwzajemnionych miłości, kompromisów i zdradzonych przyjaźni. Sąsiedzi i okoliczni sklepikarze uważali go za wariata i odnosili się do niego z dystansem. Mamrotał pod nosem, że któregoś ranka chwyci za rzeźnicki nóż i urządzi jatkę. Albo podpali nasz dom.

Biedny Kanarek. Jeśli wyjdzie z tego cało, uznają go za winnego. Moje zdanie – oczywiście jeśli i ja wyjdę z tego cało (choć niby dlaczego miałabym wyjść z tego cało?) – będzie niewiele znaczyć wobec jednogłośnego wyroku skazującego reszty mieszkańców.

Rozglądałam się wokół siebie, próbując ocenić sytuację, odzyskać kontrolę, zebrać myśli. Byle nie wpadać w panikę.

To przypadek, Millie, po prostu, wypadło na ciebie, przecież nie wybierałaś sobie tego nieszczęsnego Kanarka na sąsiada. Teraz oboje, i on, i ty, jesteście w niezłych opałach. Dalej, czas ucieka, zastanów się, prędko: co ludzie zabierają ze sobą, uciekając z płonącego domu, co jest dla nich ważne, do czego są przywiązani, z czym pod żadnym pozorem nie chcieliby się rozstać? Każdy zadawał sobie kiedyś to pytanie! Każdy wie, co jest mu niezbędne do życia!

Więc i ty powinnaś wiedzieć.

Dla jednych to pamiątki, albumy ze zdjęciami, listy poskładane równiutko w pudełku po butach, bibelot przywieziony z wakacji, wiolonczela trzymana głęboko w szafie od czasów dzieciństwa. Dla drugich – książeczka rodzinna i intercyza, pismo z zakładu ubezpieczeń emerytalnych albo kosztowności, biżuteria, obrazy, zegarki. Wszystko, co pozwala zdefiniować, ująć w ramy, udokumentować ludzkie życie, wszystko, co daje rękojmię na przyszłość. No, Millie? No?

Ja nie miałam niczego takiego. Moje dokumenty urzędowe ograniczały się do pisma z urzędu pracy i kilku umów pracy tymczasowej. Moje pamiątki z ostatnich dziesięciu lat – do trzech–czterech pocztówek od rodziców, z nieodzownym dopiskiem „Pozdrowienia” na odwrocie, mówiącym wiele o tym, w jaki sposób mnie kochali.

Nie posiadałam niczego wartościowego, a wszystkie meble w mojej kawalerce należały do młodej etnolożki, która całkowicie nielegalnie podnajęła mi ją kilka miesięcy wcześniej, po czym odleciała na trzyletni kontrakt do Korei Południowej.

Najkosztowniejszy składnik swojego majątku miałam na nogach: były to buty, na które w poprzedni weekend wydałam fortunę, wcale nie dlatego, że były szczególnie ładne czy wygodne, ale dlatego, że kolejny raz nie potrafiłam odmówić natarczywemu sprzedawcy.

Dym gęstniał. Czy pożar musiał wybuchnąć akurat tej nocy, kiedy pierwszy raz w życiu się upiłam?

Poprzedniego wieczoru im także nie potrafiłam odmówić. To był mój ostatni dzień w firmie, wyjątkowo nudny dzień, który spędziłam na podawaniu kawy i roznoszeniu poczty. Od początku tygodnia, ponieważ wiadomo było, że odchodzę, nikt nie wyznaczał mi żadnych zadań do wykonania, choć przez całe dwa miesiące rzetelnie i skrupulatnie wywiązywałam się ze swoich obowiązków.

Koło dziewiętnastej uścisnęłam wiotką dłoń dyrektor działu kadr, która co prawda podziękowała mi za pracę, lecz nie wiedziała nawet, jak mam na imię, i zaczęłam zbierać się do wyjścia.

Przed wejściem do windy czekało kilku młodych handlowców i umawiało się na wspólne wieczorne wyjście. Jeden z nich nieoczekiwanie zaproponował, żebym poszła z nimi. Ledwo się znaliśmy i mieliśmy niewiele wspólnego. Oni byli pełni energii, mieli plany i perspektywy na przyszłość, nosili eleganckie ubrania, używali przy każdej okazji przysłówków „niezmiernie” i „wyjątkowo” oraz posiadali ten sam model smartfona (wart połowę mojej pensji).

Ja byłam pracownicą tymczasową, ubierałam się na przecenach, a w kieszeni miałam dyplom pośledniej uczelni, o której istnieniu nawet nie mieli pojęcia. Niewiele wiedziałam o „nowych technologiach” i o wszystkich tych wynalazkach, dzięki którym rzekomo dokonywała się „rewolucja w komunikacji międzyludzkiej” (szczerze powiedziawszy, nie miałam się z kim komunikować).

Każdy na moim miejscu odrzuciłby to nonsensowne zaproszenie, ale ja, nie wiedząc czemu, odpowiedziałam: czemu nie.

Dopiero później, kiedy wypiłam już kosmiczne ilości piwa i mojito dla dodania sobie animuszu, dotarło do mnie, że zaszło nieporozumienie. Zaproszenie było skierowane nie do mnie, lecz do stojącej tuż za mną dyrektor działu prawnego. Odpowiedziałam tak ochoczo, że nikt nie miał odwagi wyprowadzić mnie z błędu.

Gdybym poprzedniego wieczoru poprzestała na tym, co zwykle (wróciła do domu, zjadła spory talerz makaronu, oglądając jakikolwiek program w telewizji, położyła się koło dwudziestej drugiej i połknęła jedną z niezawodnie ścinających mnie z nóg pigułek), tamtego ranka z pewnością zareagowałabym prawidłowo. Mając wypoczęte ciało i świeży umysł, przypomniałabym sobie to, co przez okrągły rok trąbią w gazetach (i co tyle razy czytałam): co trzeba robić w takich sytuacjach, jak się zachowywać, że należy położyć pod drzwiami mokre prześcieradła i czekać na pomoc, leżąc na podłodze, bo tam się łatwiej oddycha, a przede wszystkim, że nie wolno za wszelką cenę uciekać przed ogniem.

Gdybym poprzedniego wieczoru nie upiła się jak nastolatka, usłyszałabym syreny nadjeżdżających wozów strażackich i wiedziałabym, że za chwilę herosi w ognioodpornych hełmach i butach rozłożą swoją długachną drabinę, zabiorą mnie i ostrożnie przeniosą w bezpieczne miejsce na oczach wiwatujących gapiów. Opanowałabym ogarniające mnie przerażenie, przemówiłabym sobie do rozsądku, wytłumaczyłabym sobie, że fatalizm to tylko przykrywka, która pozwala usprawiedliwić brak odwagi, nadziei i woli.

Przy odrobinie szczęścia herosi w kaskach ocaliliby przed pożogą moje mieszkanie. Kilka godzin sprzątania i byłoby po wszystkim: szłabym dalej niewzruszona prosto przed siebie, żyjąc bez oczekiwań i bez rozterek, a każdy kolejny dzień mojego życia byłby łudząco podobny do poprzedniego.

Tymczasem nieosłonięta niczym pobiegłam do drzwi wyjściowych. Odbiłam się od czarnej, zwartej ściany dymu: gorący, duszący podmuch zaatakował moją skórę i włosy, rozpalił do białości powietrze i podłogę, boleśnie smagnął mi płuca. Zrozumiałam, że nie mam najmniejszych szans się wydostać, a wszystko, co tak wytrwale dusiłam w sobie od ponad jedenastu lat, wezbrało nagle z nieubłaganą siłą.

Wstrzymując oddech, żeby nie podsycać trawiącego mnie już od środka żaru, wróciłam do okna i przesadziłam parapet.

Zatoczyłam pętlę przypominającą kształtem wsuwkę do włosów.

Pan Mike

Powinienem był wiedzieć, że coś się święci. Już od jakiegoś czasu krążył wokół mnie jak rekin wokół wołowej wątroby, na pół ugłaskany, na pół zjeżony, zerkając na mnie spode łba. Jaśnie panu nie spodobało się, że rozłożyłem się właśnie tutaj, na tych stopniach, na „jego” stopniach, na tak zwanym „jego” miejscu, choć wiadomo było podobno, że to „jego” teren. Nie miał jednak warunków zewnętrznych, cherlak jeden, żeby mi podskoczyć, przeniósł się więc do sąsiedniej bramy, nie tak przyjemnej, przyznaję, lecz wciąż niezgorszej, żeby filować na wywózkę śmieci. Nie musiałem mu prawić długich mów. Pierwszego dnia, kiedy stanął nade mną, popiskując tym swoim głosikiem kastrata, akurat siedziałem na ziemi, nie zauważył więc z początku dzielącej nas nieubłaganie różnicy trzydziestu kilogramów wagi i dwudziestu centymetrów wzrostu. Wstałem, rozprostowałem swobodnie kości, chwyciłem tego chuderlaka, tego słabeusza, tego zasmarkanego chochlika za kołnierz i walnąłem prosto z mostu:

– Słuchaj, chłopie, teraz to moje miejsce i już.

Wydawało się, że do niego dotarło. Byłem tak wspaniałomyślny, że na zgodę poczęstowałem go nawet swoim piwkiem (powsinoga nie pogardziła). Myślałem więc, że sprawa załatwiona.

Od tamtego czasu, nie powiem, żebyśmy się kochali, ale każdy miał swoje stopnie i swoją bramę, więc w końcu do siebie przywykliśmy, a czasami nawet ucinaliśmy sobie pogawędkę. A właściwie to ja sobie ucinałem, bo on nie za bardzo potrafił się wysłowić – brakowało mu amunicji, bo za krótko chodził do szkoły. Taka była przynajmniej jego oficjalna wymówka. Prawda była jednak taka, że najpierw musiałby sobie wyprać i wyżąć mózg, żeby naprawić szkody, które sobie wyrządzał, szprycując się codziennie po klatkach schodowych tymi świństwami, a grzał, gdzie się tylko dało, bach, w małego, bach, pod język, bach, w powiekę, kiedy nigdzie indziej nie mógł znaleźć żyły. Za każdym razem ubywało mu kilka neuronów i robił się odrobinę głupszy, nie mówiąc już o tym, że jeden po drugim wypadały mu zęby, a bądź tu człowieku wymowny, kiedy w gębie masz same pieńki, ledwie pół tuzina, nawet nie żółte, tylko czarne, do tego dziurawe jak rzeszoto.

Ja też nie miałem wyższych studiów (naukę w szkole zakończyłem dokładnie w dniu szesnastych urodzin), ale nie przeszkadzało mi to pochłaniać książek i gazet ani słuchać radia, kiedy tylko miałem taką możliwość – już dawno temu doskonale zrozumiałem, że niewiedza może narobić więcej szkody niż odbezpieczony granat.

Żyło się więc pomalutku, o ile w ogóle można tak powiedzieć, bo życie na ulicy ma jednak pewne niedogodności (niepogoda, łupanie w krzyżu od siedzenia przez cały dzień trzydzieści–czterdzieści centymetrów nad ziemią albo od dreptania w miejscu na stojaka). W sumie jednak nie można było narzekać, najeść się można było lepiej niż w wojsku, i to wszystkiego: jogurtów, serów, wędlin, warzyw i innych wiktuałów, które wyrzucano co wieczór ze sklepu jeszcze w opakowaniu (błogosławione niech będą daty przydatności do spożycia!).

Kosze ze śmieciami wyjeżdżały z supermarketu o dziewiętnastej. Wiara zaczynała się schodzić już od osiemnastej trzydzieści. Rumuni, emeryci, młodziaki z psami, biedota i matki żywicielki rodziny. Chochlik ustawiał się tuż za drzwiami, żeby mieć pewność, że się obsłuży pierwszy. Mężczyźni stali wzdłuż chodnika z rękami w kieszeniach. Kobiety zbijały się w małe grupki i, korzystając z okazji, wymieniały się najnowszymi wieściami i grzecznościowymi całusami, jednocześnie kątem oka czujnie obserwując drzwi. Gdy tylko pojawiały się kontenery, kończyły się przyjaźnie: wiara się cisnęła, rozpychała łokciami, zębami i pazurami walczyła o co lepsze kąski. Ja spokojnie czekałem. Stali bywalcy przynosili mi swoje zdobycze: „To dla pana, panie Mike, niech pan bierze, panie Mike”. Zawsze najprzedniejszy towar. Cóż, takie są korzyści, kiedy się ma metr dziewięćdziesiąt wzrostu i posturę Rocky’ego Balboa. To budzi szacunek, ale uwaga, niewiele z tego zawdzięczałem naturze, może wzrost, ale na resztę zapracowałem sam: ciężary, pompki w seriach po sześćdziesiąt, podciąganie na drążku, marsze forsowne przy trzydziestu ośmiu stopniach w cieniu, w kamaszach z odklejonymi podeszwami, z piętnastoma kilogramami sprzętu na grzbiecie – bo tylko tak zostaje się szefem, a nie macając kury w kurniku.

Rzecz jasna, przez te osiem miesięcy nieco straciłem na prezencji. Browar zmiękczył mi kaloryfer i przygiął kręgosłup. Ale prawdziwy kapitan nie przestaje być kapitanem, nawet kiedy idzie na dno razem z innymi rozbitkami. A ofiar losu, trzeba przyznać, było wokół pełno, marniały ludziska w oczach. Dajmy na to Bretończyk: chłop sprowadził się po wakacjach wręcz kwitnący, a już na Boże Narodzenie rodzona matka by go nie poznała. Albo Artysta, co to rysował kredą na chodniku, mizerota: w dwa miesiące rozłożyła go na łopatki paskudna grypa. A Moko, repatriant z Algierii? Zawsze w wytartym zielonym lodenowym płaszczu i kaszkiecie w kratkę, z co do włoska przystrzyżonymi kosmykami zachodzącymi na policzki, był prosty jak struna, kiedy się u nas pojawił, aż po którejś bani zaliczył glebę, wylądował na pogotowiu i tyle go widziano. Więc i tak trzymałem się całkiem nieźle. Najtrudniej było nie myśleć. Móżdżenie rozpirza człowieka gorzej niż mina przeciwpancerna. Dlatego tyle nawijałem. Z przechodniami, z Chochlikiem, z ochroniarzami z supermarketu, ze streetworkerami, z mieszkańcami domu. Ci ostatni za mną nie przepadali, przechodzili pośpiesznie, żeby jak najszybciej zamknąć za sobą drzwi i zapomnieć o moim istnieniu, albo szeptali między sobą zniesmaczeni, mijając się na klatce:

– I co? On wciąż tu jest? Wszyscy jesteśmy ludźmi i wszystko można zrozumieć, ale są przecież jakieś granice, ten zapach, brud, no i alkohol, musimy myśleć o dzieciach, co to dla nich za przykład, do tego to piwsko! Gdyby chociaż nie pił i siedział cicho, ale nie, musi wtrącić swoje trzy grosze za każdym razem, kiedy ktoś przechodzi! On chyba nie wie, co to jest własność prywatna! Są przecież miejsca dla takich jak on! W tej bramie jest mu za wygodnie, ot, cały problem!

Szukali sposobów, żeby mnie stamtąd wykurzyć, sprowadzili architekta, żeby zrobić pomiary, kreślili kredą znaki na ścianie, potrząsali głowami, pomrukiwali (jakbym ich nie słyszał, a przecież siedziałem na tyłku niecały metr dalej), że ile to będzie kosztowało, że od kiedy to trzeba płacić, żeby czuć się swobodnie we własnym domu, że to szczyt wszystkiego.

W końcu i tak zawsze znajdował się jeden „rozsądny”, który ostrzegał:

– Uwaga! Niezależnie od tego, czy zrobimy tę przebudowę, czy nie, nawet jeśli on sobie pójdzie, po nim zawsze może przyjść następny.

Wtedy na jakiś czas porzucali swoje plany, bo bardziej niż mnie bali się Chochlika, z jego wzrokiem psychopaty i krzywymi nogami. I mieli rację. Ja także powinienem był mieć się na baczności, przewidzieć, że może być niebezpieczny. Zgrzeszyłem nadmierną pewnością siebie. Wiedziałem, że ma nierówno pod sufitem, to było dość oczywiste w jego stanie. Sądziłem jednak, że wszystko sobie wyjaśniliśmy – to ja byłem silniejszy, więc to mnie, zgodnie z wszelką logiką i zdrowym rozsądkiem, należało się lepsze miejsce – i na tym poprzestałem.

Tymczasem jaśnie pan miał pretensje. Nie mógł pogodzić się z faktami. Zżerała go zawiść.

A co ja mogłem na to, że to właśnie mnie ludzie dawali bilety, przynosili kawę albo zostawiali gazetę? Tłumaczyłem mu przecież: to nie wygodne stopnie dają zysk, tylko gadane i tęga mina, spójrz czasem, jak wyglądasz, zamiast chodzić jak łachmyta, uśmiechaj się do publiki, rób show, zarabiaj na chleb do jasnej cholery!

Tymczasem cherlak żywił urazę, a ja się niczego nie domyślałem.

Tamtego ranka przyniósł mi zgrzewkę Bavarii 8-6. Taka hojność powinna była dać mi do myślenia, ale ja jak osioł wziąłem, nie doszukując się niczego złego, a nawet się ucieszyłem, bo słupek rtęci poleciał w dół i trzeba było jakoś się rozgrzać, a w dodatku źle spałem: jeden z lokatorów wyciągnął mnie z legowiska w środku nocy, bo wysadziło korek. Co mu przeszkadzało, że sobie kimałem w tej ciemnej szczurzej norze, czy ja wścibiałem nos do jego wyrka? Leżałem sobie przy kotle, nie wadząc nikomu, nie rzucając się w oczy, ale dla niego to i tak było za dużo. Zagroził, że zadzwoni po gliny, więc przez dwie godziny łaziłem po okolicy w najgorszy ziąb, z pokurczonymi mięśniami, z suchym gardłem, z walącymi skroniami. Jasne, że bywało gorzej, ale kiedy żyjesz na ulicy, starzejesz się jak pies, osiem miesięcy znaczy tyle, co pięć lat, pięć lat na placu boju.

I wtedy popełniłem błąd. Zwierzyłem się Chochlikowi, że czuję się wyprany, wypluty, na co on zrobił współczującą minę:

– Biedny Mike, mam tu coś, co cię postawi na nogi, masz dzisiaj kiepski dzień. – A ja, naiwny jak poborowy, ani przez sekundę nie przypuszczałem, że to podstęp.

Co tu dużo mówić, osuszyłem całą zgrzewkę jeszcze przed otwarciem supermarketu. Wirowało mi ostro pod czaszką, szwadrony w szarozielonych mundurach, łopaty śmigłowców Puma, piskliwy głos pani Mike, jej uśmiech ślubnej lafiryndy, wszystko tańczyło mi przed oczami, afrykański pył i salon z meblami „full bawola skóra”, damskie kolana, zapach wiciokrzewu, zimne ręce.

Przejechał patrol streetworkerów, zainteresowali się:

– Wszystko w porządku, panie Mike? Gorszy dzień? Może pomóc?

Chochlik odpowiedział za mnie:

– A skąd, tryska energią, tylko tak udaje, ten to zawsze jest na stanowisku, co?

A ja nic nie powiedziałem, zakryłem tylko twarz rękami, bo od tych przeklętych myśli ślepia mi zawilgotniały i wolałbym zdechnąć niż dać cokolwiek po sobie poznać.

Minęło trochę czasu, może pół godziny, siedziałem z nosem spuszczonym na kwintę, więc ich nie zauważyłem, dopiero kiedy Chochlik zaczął drzeć gębę, podniosłem oczy. Stał przede mną z pięściami na biodrach i wysuniętą brodą w pozie supermana:

– Dosyć tego, Mike, nie chcemy cię tutaj, zabieraj się, bo ci pomożemy. – Za jego plecami dreptało nerwowo trzech bezmózgich meneli, robiąc groźne miny.

Westchnąłem:

– Daj spokój, smarkaczu, nie dzisiaj, szkoda naszego czasu, nie widzisz, że jestem na kacu?

Podszedł i chwycił mnie za frak.

– Zabieraj się! – powtórzył ze śliną na ustach. – Zabieraj dupę w troki, zasrańcu, i spierdalaj, nie chcę tu więcej widzieć twojej paskudnej gęby!

Byłem zmęczony, znużony i zniechęcony, ale wstałem. Musiałem przecież jakoś zareagować, posunął się za daleko, stawką była moja pozycja w dzielnicy i moja najbliższa przyszłość, nie mogłem puścić płazem podobnej niesubordynacji. Wtedy odskoczył do tyłu, a jeden z jego koleżków patałachów wyjął zza pazuchy żelazny łom. Od razu zrozumiałem, że wszystko było ukartowane. Próbowałem zebrać siły, ale za szybko poszło. Raz-dwa, świst metalu, trzask łamanych kości, kopniaki w brzuch, w plecy, w głowę. Skurczybyki waliły równocześnie, wyjąc przy tym jak hieny – szczerze, właśnie to było najtrudniej znieść, te krzyki i ultradźwięki, a nie ból, którego po pierwszych dziesięciu minutach już prawie nie czułem, za to te przeraźliwe, dzikie wrzaski były jak z piekła rodem.

Ostatnią rzeczą, którą zobaczyłem, zanim wszystko zgasło, była rozjarzona gęba Chochlika. Przez całe osiem miesięcy ani razu nie widziałem, żeby się śmieć uśmiechał.

Aż do tamtego ranka.

Mariette

Ledwo przekroczyłam próg szkoły, dźwięk dzwonka wkręcił mi się we wnętrzności. Przyspieszyłam kroku. Na korytarzu stał dyrektor Vinchon i mrużył oczy przed tablicą informacyjną. Odwrócił się w moją stronę i, mlasnąwszy językiem, wskazał na zegarek:

– Dalej, dalej, pani Lambert! Uczniowie na panią czekają!

Czekali na mnie – o tak. Jak wygłodniałe, dzikie bestie. Drapieżniki czyhające na ofiarę. Już postanowili, że ze mną skończą: jeszcze trochę się ze mną pobawią, aż w końcu, kiedy będą już mieli dosyć, zadadzą mi ostatni śmiertelny cios. Rzecz jasna, gdybym komukolwiek o tym powiedziała, uznałby, że zwariowałam, mam urojenia, przesadzam albo za bardzo się przejmuję. Nasze gimnazjum nie należało przecież do „trudnych”. Uczniowie pochodzili w większości z miejscowych burżuazyjnych rodzin, można było zatem domniemać, że otrzymali „pewne wychowanie”. Innymi słowy: nie przebijali nauczycielkom opon, nie podpalali im domów ani nie gwałcili ich w podmiejskich pociągach. Zdaniem dyrekcji pracowaliśmy w „komfortowych” warunkach.

W rzeczywistości jednak to właśnie oni byli najbardziej perfidni. Robili swoje w białych rękawiczkach. W naszym cieplarnianym światku zbrodnie popełniano bez hałasu. Nie wyciągano noży ani kijów bejsbolowych, nie wszczynano bójek w ciemnych zaułkach, tylko machano przed nosem banknotem, biletem wstępu na salony, stażem w rodzinnej firmie. Wywierano nacisk. Zamiast zabijać, popychano do samobójstwa, żeby nie brudzić sobie rąk.

Umyślili sobie, że mnie zniszczą. Obstawili dwa do jednego, że nie przetrzymam do Wielkanocy. Niegodziwcy. Fałszywcy. Jak ja ich nienawidziłam. Nocą śniłam, że odjeżdżający spod szkoły autobus wpada w poślizg na rozlanym oleju: raz-dwa i po nich. Przymusowy urlop, Mariette!

Rano jednak dzwonił budzik i lęk przed kolejnym dniem spadał na mnie jak dusząca płachta.