Pozwól mi zostać - Tijan - ebook

11 osób właśnie czyta

lub
Opis

Zapytała, czy może zostać, a on jej pozwolił

Tej feralnej nocy, kiedy świat Mackenzie całkowicie runął, dziewczyna miała nocować w obcym domu. Przez przypadek trafiła do pokoju Ryana.

Powinna od razu odejść, powinna czuć się zażenowana, powinna przeprosić, ale nie zrobiła żadnej z tych rzeczy.

Tej nocy zupełnie obcy chłopak sprawił, że czuła się bezpieczna, a jego pokój stał się dla niej jedynym miejscem, gdzie w końcu mogła uspokoić swoje myśli. To właśnie tej nocy, jej siostra bliźniaczka odebrała sobie życie.

__

O autorce

Tijan swoją karierę z pisarstwem rozpoczęła stosunkowo późno. Jednak nie przeszkadza jej to tworzyć powieści, które kochają czytelniczki na całym świecie. Jest bestsellerową autorką „New York Timesa”, „USA Today” i „Wall Street Journal”. Pisze przede wszystkim romanse, zarówno serie, jak i standalone’y. Prywatnie jest właścicielką cocker spaniela, którego kocha ponad wszystko, partnerką mężczyzny, od którego jest absolutnie uzależniona i pióroholiczką – ma niepohamowany apetyt na pisarstwo! Doskonale się składa, bo jej książki to must-read.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 370

Popularność


Przykładowe motto – do prawej

Podpis pod motto

Przykładowe motto – do lewej

Podpis pod motto

Przykładowe motto – do środka

Podpis pod motto

Dla wszystkich tych, którzy przeżywają tak głęboki i mroczny ból, że wydaje Wam się, iż nigdy się od niego nie uwolnicie. To dla tych, którzy cierpią, obserwując, jak cierpią ich ukochani i czują się bezradni, bo nie mogą im pomóc pozbyć się tego bólu.

Rozdział 1

Po raz pierwszy trafiłam do łóżka Ryana Jensena przez przypadek. Byłam przekonana, że leżę w łóżku obok dziewczyny, którą przedstawiono mi dwanaście godzin wcześniej na pikniku pracowniczym. Moja rodzina właśnie przeprowadziła się do Portside w Oregonie z Aschilling w Arizonie, ponieważ mój tata dostał awans. Z tego powodu na pikniku nikogo nie znałam i czułam się tam zupełnie obca. Portside nie było dużym miastem, ale też niemałym – liczyło może dwadzieścia tysięcy mieszkańców mieszkających na przedmieściach Meridell.

Robbie na pewno by wiedział. Mój brat znał na pamięć wszystkie statystyki, był naszym rodzinnym geniuszem. Willow miała artystyczną duszę. Była najlepsza niemal we wszystkim, co wymagało kreatywności, albo tak mi się tylko wydawało. Gra na fortepianie, taniec, malowanie. Kiedyś nawet wykonała dwumetrowego smoka z papier mâché, który wygrał stanowy konkurs.

Wierzcie mi, to było coś niesamowitego. Trafiła nawet do lokalnych wiadomości.

Może to zaczęło się właśnie wtedy. Może wtedy poczuła przymus konkurowania z Robbiem.

W naszej wspólnej łazience znalazłam puste butelki po środkach przeczyszczających, toaleta cuchnęła rzygami, a czasem, gdy się budziłam, przyłapywałam ją na ćwiczeniach w środku nocy. Byłyśmy siostrami, więc to normalne, że dzieliłyśmy łazienkę. Do czasu wejścia w wiek dojrzewania dzieliłyśmy również sypialnię, a potem zyskałyśmy wooolnooość! (wypowiadam to w sposób przypominający okrzyk w filmie Breaveheart –Waleczne serce).

Nie wiedziałam, dlaczego czuła, że musi konkurować z Robbiem.

Nikt nie był w stanie go doścignąć. Ten dzieciak był jak chodzący, mówiący, jedzący komputer. Robbie nigdy nie będzie normalny, ale Willow i ja byłyśmy. A przynajmniej ja byłam.

Nie miałam żadnych osiągnięć.

W Arizonie wszyscy znali Willow. Mnie nie.

Cóż, nie można było mnie nazwać popularną. Nie zajmowałam zbyt wysokiej pozycji na szkolnej drabinie popularności, ale ludzie mnie lubili i znali. Wszyscy byli dla mnie mili, ale możliwe, że zachowywali się tak ze względu na Willow. Gdyby ktoś mnie zaatakował, to atakowałby również ją. A z nią lepiej było nie zadzierać.

Tak samo było w kwestii ocen. Ja radziłam sobie w miarę dobrze. Byłam dumna z moich czwórek z plusem. Ale nie Willow. Ona musiała dostać szóstkę, w przeciwnym razie był to dla niej koniec świata. W naszej starej szkole mówiono o podniesieniu średniej ocen. Willow była „za”.

Ale ja nie. To by oznaczało, że musiałabym się bardziej starać. Mowy nie ma.

Może taka była moja rola w tej rodzinie. Byłam obibokiem.

Tak, podobało mi się to. W mojej rodzinie uchodziłam za obiboka – a może po prostu za tę leniwą. Bo jednak istniała różnica między obibokiem a leniem. Pierwszy z nich tylko się obija, a drugi jest najlepszy w obijaniu się. To określenie lepiej do mnie pasowało.

Taka właśnie byłam i po raz kolejny dobrze odegrałam swą rolę, gdy minęłam drzwi do sypialni Peach i podeszłam na palcach do niewłaściwego pokoju. Wyszłam po szklankę wody, a potem nie mogłam odnaleźć jej sypialni. Łatwo było się zagubić, ten dom był tak naprawdę wielką posiadłością.

Wtedy jeszcze tego nie zauważyłam. W obu sypialniach panował chłód, a wentylatory zapewniały przyjemny wiatr. Łóżka były duże i wygodne. Ci ludzie byli bogaci.

Nie, to niedomówienie.

Byli naprawdę zamożni. Według mojej siostry to zasadnicza różnica.

Poznałam Ryana i Peach na firmowym pikniku – albo raczej poznałam samą Peach. Założyłam, że nazywano ją tak ze względu na niesforne, rude włosy. Miała piegi na całej twarzy i niebieskie oczy. Niczym się nie wyróżniała, tak samo jak ja. Wtapiałam się w tłum, chociaż w towarzystwie Willow nigdy tak nie było. To tak jak z Peach i Ryanem: ona się wtapiała w tłum, a jej brat – nie.

Nie zostałam przedstawiona Ryanowi, ale to byłoby zbędne. I tak go zauważyłam. Takim właśnie był facetem. Ludzie po prostu go zauważali, nawet dorośli.

Miał brązowe włosy o złotym odcieniu – na tyle długie i zmierzwione, że opadały mu na twarz w sposób, który wyglądał uroczo. Miał piwne oczy, kwadratową szczękę, dołeczek w prawym policzku i taką twarz, na widok której wszystkie dziewczyny wzdychały. Mimo że siedział przy piknikowym stoliku, wiedziałam, że był wysoki, smukły, o szerokich ramionach. Jego koszulka opinała się na ramionach i dostrzegałam wyraźnie zarysowane mięśnie.

Ten facet na pewno trenował.

Sądząc po wyrazie jego twarzy, cholernie się nudził.

Siedział przy stole piknikowym z dwoma przyjaciółmi i nic nie robił. Nie rozmawiał, nie krzyczał, nie machał ramionami. Po prostu rozłożył się nogami w miejscu, gdzie zwyczajni ludzie siedzieli i przyciągał uwagę. Opierał łokcie o uda, a wokół niego dało się wyczuć aurę nonszalanckiej charyzmy.

Nie byłam typem dziewczyny, która zauważała faceta i prześladowała go z bezpiecznej odległości. Byłam za to typem dziewczyny, która zauważała faceta, a zaraz za nim budkę z hot-dogami. Willow wybrałaby chłopaka, ale ja wolałam hot-dogi.

Trzeba mieć jakieś priorytety, prawda?

Mimo że wcześniej nie rozmawiałam z Ryanem, wiedziałam, że był popularny. Moje przeczucie się potwierdziło, gdy minęły go dwie dziewczyny. Najpierw się zatrzymały, zakryły usta rękami i coś do siebie szeptały. Jeden z kolegów Ryana poklepał go po nodze i wskazał na dziewczyny. Ryan przyjrzał się im, a one wybuchnęły śmiechem i odeszły zaczerwienione.

Siedziałam wtedy przy stole sama, bo Willow nie chciała przyjść. Czułam się jak frajerka, gdy obserwowałam inne dzieciaki.

Wszyscy wydawali się piękni i w jakiś sposób niesamowici. Jakimś cudem, jak mój młodszy brat, odnajdywali się w tym miejscu. Robbie siedział przy stoliku z dwoma chłopcami i dziewczyną. Wszyscy skupiali się na swoich iPadach. Byłam całkiem pewna, że mówili do siebie w języku nerdów, a gdybym do nich podeszła, nie zrozumiałabym niczego z tej rozmowy jedenastolatków.

Jak już mówiłam, byłam w tej rodzinie obibokiem. Powinnam dogadywać się z jedenastolatkiem, ale nie mogłam. Już wcześniej obserwowałam spotkania Robbiego. Znałam jego zwyczaje. Odnalazł dla siebie odpowiednie towarzystwo i wiedziałam, że był szczęśliwy.

Chociaż z drugiej strony, Robbie nigdy nie przeżył tego, co mogłoby się przydarzyć innemu jedenastoletniemu geniuszowi.

Nigdy nikt się nad nim nie znęcał z powodu jego inteligencji. Tak naprawdę koledzy niemal go czcili. Ludzie uważali, że będzie następnym Steve’em Jobsem. Jego koledzy z klasy już to wyczaili i zdążyli się do niego przyssać. Jasne, pewnie raz na jakiś czas napotykał na swojej drodze zazdrośników, ale Robbie nigdy o tym nie mówił. Jeśli ktoś mu dokuczał, to może nawet nie zdawał sobie z tego sprawy.

Zastanawiałam się, jak będzie wyglądać jego życie… potem. Robbie zawsze wydawał się taki szczęśliwy. Czy to się zmieni? Miałam nadzieję, że nie… Przestań!

Umyśle, nawet w to nie brnij. Cofam myśli i znowu skupiam się na Ryanie.

Powinnam była wiedzieć, że coś jest nie tak, w chwili gdy moja głowa dotknęła jego poduszki. Poczułam ciepło, spokój, a moje ciało się rozluźniło. To nie powinno było się stać. Powinnam była leżeć z otwartymi oczami, tak jak w łóżku Peach. Powiedzieli mi, że nie powinnam dzisiaj zostawać w nocy sama, więc wylądowałam w łóżku obcego. Byłam spięta, trzymałam kołdrę w palcach tak mocno, że pobielały mi knykcie i odtwarzałam w głowie wydarzenia, które miały miejsce wcześniej w moim nowym domu.

Jednak nie stało się to w łóżku Ryana.

Gdy obudziliśmy się następnego ranka, on był równie zaskoczony jak ja.

Podniósł się gwałtownie.

– Co? – wydusił i popatrzył na mnie z otwartymi ustami.

Chwyciłam za kołdrę i otoczyłam się nią ciasno, a potem spojrzałam na niego. Moje ciało wciąż było rozluźnione. Tylko mój umysł wydawał się zaalarmowany, ale przegrał tę bitwę. Kłębiły się w nim inne myśli, których nie chciałam roztrząsać i znowu się na nich skupiać, więc pozwoliłam powiekom opaść.

– Chyba się wczoraj zgubiłam – wymamrotałam.

Ryan i ja nie rozmawialiśmy – ani wcześniej na pikniku, gdy nasi rodzice się ze sobą przywitali, ani gdy tej nocy mnie i Robbiemu kazano zostać w ich domu. Gdy tam dotarliśmy, wszyscy szeptali. Pani Jensen powiedziała coś Peach, ona sapnęła i zakryła usta ręką, a jej oczy wypełniły się łzami.

Wtedy odwróciłam wzrok. Mój podbródek zadrżał, ale nie chciałam płakać. Wiedziałam, że jeśli zacznę, to nie przestanę.

Więc wtedy w ciemności Ryan i ja rozmawialiśmy po raz pierwszy, chociaż tak naprawdę nie była to rozmowa. Spojrzał na drzwi, jakby myślał, że musi o tym komuś powiedzieć, a ja wydusiłam:

– Proszę, nie rób tego. Zanim tu przyszłam, nie mogłam zasnąć. Nie wiem dlaczego, ale teraz mogę. Po prostu chcę spać.

Zmarszczył brwi. Jego dołeczek w policzku zniknął, a on powoli się położył. Nic nie powiedział. Minęła minuta i dotarło do mnie, że nie zamierzał. Pozwolił mi tu spać i na szczęście właśnie to zrobiłam.

Zasnęłam.

– Nie wiem, mamo. Obudziłem się, a ona już tam była.

Słyszałam głos Ryana dobiegający z korytarza za drzwiami.

– Cóż, nie rozumiem tego.

– Ja też nie – wymamrotał.

– Gdy wczoraj w nocy nie wróciła, pomyślałam, że to dziwne.

Usłyszałam westchnięcie.

Rozpoznałam głos Peach, ale nie widziałam, skąd dochodził. To nie miało znaczenia. Znowu zasnęłam.

Łóżko pode mną się ugięło i usłyszałam szept.

– Mackenzie! – Ktoś dotknął mojego ramienia i potrząsnął mną. – Hej, nie śpisz?

To był Robbie. Przewróciłam się na bok i otworzyłam jedno oko.

– Co?

Płakał. Łzy zaschły na jego policzkach, a na rzęsach dostrzegłam świeże krople.

Wytarł je zawstydzony.

– Będziesz spała cały dzień?

– Jeśli będę miała szczęście.

Zmarszczył brwi i spojrzał w stronę drzwi.

– Nie chcę być tam sam. Nie znam tych ludzi.

Odsunęłam się, aż dotknęłam plecami ściany, uniosłam kołdrę i poklepałam miejsce obok siebie.

– Wskakuj.

Znowu spojrzał z niezdecydowaniem w stronę drzwi, a potem cicho odetchnął. Skulił drobne ramiona, jakby przegrał walkę, którą toczył sam ze sobą. Opadł na łóżko, okrywając się ciasno kołdrą, po czym spojrzał na mnie. Przysunęłam się jeszcze bliżej tak, że nasze czoła niemal się dotykały.

Nie rozmawialiśmy, ale w jego oczach zebrały się świeże łzy i spłynęły po nosie. Wyciągnęłam rękę, by je otrzeć.

– Mamy i taty nie będzie przez cały dzień. Sprawdziłem ich kalendarze w telefonach.

Nie miałam pojęcia, jak on to robił, ale nie byłam zaskoczona.

– Dlaczego nie płaczesz? – wyszeptał.

– Nie potrafię.

Pokiwał głową, jakby to miało dla niego sens.

– Czasami żałuję, że nie jestem jak ty. Ty jesteś taka silna, Kenz.

Silna? Czy taka była moja rola w tej rodzinie?

Próbowałam się uśmiechnąć, ale wiedziałam, że mi to nie wyszło. Pewnie wyglądałam jak Joker.

– Czy możesz zasnąć?

– Postaram się. Czy możemy tu zostać przez cały dzień?

– Spróbujmy.

To mu najwyraźniej odpowiadało. Zamknął oczy, a jego twarz wyglądała niemal na spokojną. Wiedziałam jednak, że to tylko pozory. Wcale się tak nie czuł. Już nie.

– Hej, Kenz – wyszeptał po minucie.

– Tak?

– Wszystkiego najlepszego.

Gdy ponownie się obudziłam, było już ciemno, a Robbie zniknął. Drzwi zostały uchylone i słyszałam dźwięk sztućców brzęczących o talerze. Chyba obudził mnie zapach jedzenia i przez chwilę czułam złość.

Mogli chociaż zamknąć drzwi. Ale potem mgła zalegająca w moim umyśle ustąpiła i dotarło do mnie, że to pewnie Robbie ich nie zamknął. Często tak robił i to zawsze wkurzało Willow.

Willow…

Lekki uśmiech, który czaił się w kąciku moich ust, zniknął.

Boże.

Odetchnęłam z trudem i tym razem wiedziałam, że nie mogę powstrzymać się od rozmyślania.

To był dziwny zapach. Ciężki, pachnący rdzą jak mokry metal. Ścisnęło mnie w żołądku i zagryzłam wargę, jeszcze zanim otworzyłam drzwi. Wcześniej Willow zadrapała sobie przedramię, gdy przenosiliśmy pudła w domu. Jeśli zdjęła bandaż i zostawiła go na szafce, to się wkurzę. Zawsze się na mnie wydzierała za to, że zostawiałam na blacie szczoteczkę i pastę. W jej świecie wszystko miało swoje miejsce, ale za nic nie potrafiła zrozumieć, dlaczego ja o tym nie pamiętam.

Moja odpowiedź zawsze brzmiała tak samo: bo nie byłam chorobliwie pedantyczną wariatką z obsesyjną potrzebą kontroli. To zazwyczaj ją wkurzało, ale tym razem to ja wybuchnę. Willow nawet nie będzie wiedziała, że nadchodzę. Zamierzałam tupnąć nogą, pomachać rękami w powietrzu i krzyczeć bez opamiętania.

Ona doskonale wiedziała, że nie znoszę krwi.

Ale potem otworzyłam drzwi i zamarłam.

Nie pamiętam, kiedy dotarło do mnie, na co patrzyłam. Pewnie coś poczułam, bo potem powiedziano mi, że doznałam szoku. Moje ciało się wyłączyło, a ja je opuściłam. Powiedzieli, że tak się dzieje, gdy osoba przeżyje traumatyczną sytuację, ale ja tylko wiedziałam, że stojąc w przejściu, obserwowałam, jak moje ciało opada na kolana kawałek dalej.

Zakryłam usta ręką, a moje ramiona zatrzęsły się, jakbym wymiotowała. Potem dowiedziałam się, że zaczęłam krzyczeć.

Potrząsałam nią, ślizgając się na podłodze we krwi, która była wszędzie. Gdy o tym myślę, znowu czuję ją na rękach. Ciepła. Płyny powinny być lekkie i chłodne. Ten był ciężki. Na swoim ciele nie czułam żadnej różnicy temperatur. Nie spodobało mi się to. Powinno być inaczej. To była krew Willow i dlatego powinna być doskonała.

Stałam w przejściu, obserwując siebie. I krzyczałam, aż nagle przestałam. Zadławiłam się szlochem i wróciłam do swojego ciała.

Moja twarz – ciemne oczy, włosy w odcieniu złotego blondu, podbródek w kształcie serca.

Moje ciało – smukłe ramiona, długie nogi, drobna sylwetka.

Moje serce – piękne, złamane, krwawiące.

To wszystko znajdowało się na podłodze, zakrwawione.

Czując dziwny spokój, westchnęłam i przysunęłam się do Willow. Usiadłam na płytce, której jeszcze nie dotknęła krew. Ale wiedziałam, że wkrótce tu przypłynie. Krew ciągle się z niej sączyła.

Już wiedziałam, że ona nie żyje. Jej oczy były puste, lecz chciałam dzielić z nią jeszcze jedną chwilę. Tylko ja i moja siostra.

Położyłam się na podłodze tak jak ona.

Na brzuchu.

Odwróciłam twarz w jej stronę.

Moja dłoń spoczęła na płytkach, wnętrzem do góry, jak u niej.

Patrzyłam na siostrę po raz ostatni, zanim ktoś przyszedł. Rozbłysło światło. Ktoś przechodził przez moją sypialnię – mama. Nie uniosłam głowy, by na nią spojrzeć. Nie słyszałam zbyt dobrze, bo otaczała mnie gęsta mgła tłumiąca moje zmysły, więc jej krzyk dobiegał do mnie jakby z oddali.

Zaczęła potrząsać Willow.

Czas przyspieszył. Czas zwolnił. Czas sprawiał wrażenie plam rozsianych po pomieszczeniu.

Kiedy zauważyłam syreny, błyski bieli i czerwieni za oknem, wyciągnęłam rękę i złapałam za dłoń Willow.

Moja twarz. Moje ciało. Moje serce – to wszystko odeszło wraz z nią, bo ona była mną.

Moja siostra bliźniaczka zabiła się dwudziestego dziewiątego czerwca.

Następnego dnia miałyśmy skończyć osiemnaście lat.

Rozdział 2

Eee… Cześć.

Dochodziła niemal jedenasta w nocy następnego dnia. Robbie i ja spędziliśmy tu niemal dwadzieścia cztery godziny. Nie wychodziłam z pokoju Ryana, chyba że tylko do łazienki, a teraz siedziałam na jego łóżku z książką w ręce. Stanął w przejściu, z dłońmi w kieszeniach spodni i skulonymi ramionami.

Powinnam czuć się niezręcznie, ale w tej chwili chciałam tylko usiąść na dachu i mieć wszystkich w dupie. Wsunęłam palce między kartki książki i zamknęłam ją, czekając.

– Eee… – zamilkł, patrząc na mnie.

Nie miał pojęcia, co powiedzieć. Widziałam zakłopotanie na jego twarzy, ale szybko zniknęło, zostało zastąpione przez lekki uśmiech. Pokazał mi swoje dołeczki w policzkach. Przeczesał ręką włosy, przez co wyglądały na zmierzwione, tak jak wczoraj. Wiedziałam, dlaczego tamte dziewczyny tak piszczały. Wyglądał obłędnie.

Czekałam, aż pojawi się we mnie jakaś iskra. Może powinnam się zarumienić? Zachichotać? Westchnąć?

Nie. Nic.

Nic nie czułam. A potem przypomniałam sobie, jak to jest leżeć w jego łóżku i wiedziałam, że to nieprawda. Z jakiegoś powodu czułam przy nim spokój.

Wszedł do środka, zerkając w stronę drzwi, a potem oparł się o szafę.

– Co do mojego łóżka i tak dalej… – Wskazał ręką na miejsce, w którym siedziałam. – Dzisiaj też chcesz tu spać?

Spuściłam wzrok. Nie mogłam mu spojrzeć w oczy, gdy zadałam to pytanie.

– Czy moi rodzice już wrócili?

Nastała cisza, która przeciągała się w nieskończoność. Wiedziałam, że miał tylko jedną odpowiedź i nie chciał tego powiedzieć.

Pokręciłam głową i pozwoliłam książce spaść na łóżko. Otoczyłam się ramionami i odwróciłam.

– Nieważne.

Odchrząknął.

– Uprzedzam, że nie powinienem wiedzieć niczego o twoich rodzicach.

Znowu na niego spojrzałam.

– Ale coś jednak wiesz?

Wahanie i strach zniknęły z jego twarzy, zastąpił je smutek. Pokiwał głową.

– Tak. Podsłuchałem rozmowę telefoniczną. Są w hotelu. Twoi dziadkowie przyjadą, chyba jutro.

– Och. Okej – odchrząknęłam. – Dziękuję.

– Jasne – westchnął. – Nie musisz mi za nic dziękować. Ale chcę wiedzieć, o co chodzi z tym łóżkiem. Próbowałem powiedzieć mamie, że to może przeze mnie – że może mogłaś zasnąć przy mnie ze względu na moje nastoletnie feromony czy coś.

Uśmiechnęłam się słabo.

– A to ciekawa teoria.

– Hej, nie każdy jest Einsteinem jak twój brat.

– Racja, ale ja też nie jestem. Jestem jedyną normalną osobą w mojej rodzinie.

Ale już nie byłam normalna.

– Taa.

Może pomyślał o tym samym, bo znowu zapadła między nami cisza. Posępna cisza, jakbyśmy oboje zrozumieli powagę sytuacji. Już nie byłam w rodzinie obibokiem. Teraz mogłam mieć łatkę siostry, która przeżyła.

– Cóż, kurwa – westchnęłam.

Skubał nitkę swoich spodni, ale w tym momencie uniósł głowę.

– Co?

– Nic. Tak, chciałabym dzisiaj spać w twoim łóżku, jeśli ci to nie przeszkadza.

– Nie mam nic przeciwko – uśmiechnął się szeroko. – To nawet przyjemne – obudzić się i znaleźć obok gorącą laskę. Moi przyjaciele padliby, gdyby to usłyszeli…

– Nikomu o tym nie powiesz!

Wytrzeszczył oczy.

– Nie. Wiem, nie zrobiłbym tego. Chodziło mi o to, że… Nie jestem tego typu facetem, ale moja siostra podkochuje się w jednym z moich kumpli. Już mu powiedziała. To też podsłuchałem, bo rozmawiała z nim przez telefon.

– A ty kim jesteś? Męską wersją Veroniki Mars?

Prychnął, ale uśmiechał się, pokazując dołeczki w policzkach, jakby ze mną flirtował.

– Szybko zaczynam się nudzić – powiedział. – Lubię rzucać piłką do kosza. No wiesz, mam coś w stylu zespołu niespokojnych nóg, tylko obejmuje to całe moje ciało i mózg. Nie chcą się wyłączyć.

– Och.

– W każdym razie mama powiedziała, że dzisiaj nie mogę grać. Martwiła się, że przyjdą moi znajomi, a ona nie chciała, by ktoś się dowiedział – prychnął, przewracając oczami. – Oczywiście to mnie uznają za winnego, ale to Peach wszystko rozpowiada. Jednak ona nigdy nie ma przez to problemów.

Robbie był oczkiem w głowie rodziców. Willow była doskonała. A ja zawsze przysparzałam problemów jak on.

– Ze mną jest tak samo – powiedziałam słabym głosem.

To mnie się oberwało za środki przeczyszczające. Myśleli, że to ja mam zaburzenia odżywiania. Zignorowali nawet miskę cheetosów, które pochłaniałam, gdy zaczęli ze mną „poważną rozmowę”.

„Mackenzie, twój ojciec i ja chcemy, żebyś wiedziała, że bardzo cię kochamy. Wygląd nie definiuje twojej wartości…”.

Kiedyś Willow poprosiła mnie, bym namówiła rodziców, żeby kupili bieżnię. Widzieli, że tylko ja na niej ćwiczę w ciągu dnia. Ona w tym czasie biegała w parku, a w nocy używała bieżni. Ja biegałam tylko przez trzydzieści minut, bo tego wymagał od nas trener Ellerson w przerwie po sezonie piłki nożnej. Powinnam biegać więcej, ale cheetosy i obijanie się były ciekawsze.

– A więc… – Ryan wyrwał mnie z zamyślenia.

Niemal odetchnęłam z ulgą. Żadnych więcej wspomnień.

Pociągnął za rękaw swojej koszulki.

– Czy chcesz…, eee…, żebym dzisiaj został z tobą? Albo… może chcesz spać sama? – wypalił. – Możemy zrobić i tak, i tak. Nie mam nic przeciwko. Tylko daj mi znać.

– Co? – Ktoś zapukał do drzwi. To było jedno szybkie, głośne stuknięcie.

Jęknął.

– Moja mama mówi, że możemy, ale zamierza założyć tu elektryczną nianię z kamerą. Wiesz, żebyśmy nie robili nic niestosownego... – Uniósł szybko głowę. – Nie żebym chciał to robić. To znaczy, jesteś seksowna, ale przeżywasz teraz stratę siostry, więc… No wiesz… – skrzywił się i przeklął pod nosem. – Przepraszam. Nie powinienem był tego mówić. Ja… Przepraszam. Lepiej się zamknę, zanim znowu coś powiem.

– Co? – zapytałam, mając nadzieję, że wykrzywiałam usta w coś, co wyglądało jak uśmiech, najlepiej taki wyluzowany, a może nawet uwodzicielski. – To znaczy, że nikt cię nigdy nie prosił, żebyś udawał terapeutę?

Wybuchnął śmiechem. A potem jego oczy pociemniały.

– Niemal dwa lata temu straciłem przyjaciela, więc mniej więcej wiem, przez co przechodzisz. Nie do końca, ale jednak. On nie był moim bratem, bliźniakiem czy kimś takim, więc to nie to samo. Ale… – zamilkł, zamykając na moment oczy.

Strata to strata, niczym się to nie różni – z tego, co mi wiadomo. Jasne, poczucie żalu na pewno może mieć różne natężenie, ale to ta sama emocja. Jedyną różnicą może być to, czy pojawia się nagle czy stopniowo. Ale zachowałam te przemyślania dla siebie, bo szczerze mówiąc, kto, do diabła, chciałby o tym gadać?

Wskazałam na jego konsolę i telewizor.

– Masz zainstalowanego Minecrafta?

– Tak – rozpogodził się. – Grasz w to?

– Nagle poczułam ochotę, by się nauczyć.

– Dobra. – Wziął pada z biurka, znalazł drugiego przy łóżku, a potem usiadł obok mnie. Oparł się o ścianę i nauczył mnie grać, siedząc tak blisko mnie, że nasze nogi się dotykały. Jego ramię co jakiś czas przez przypadek ocierało się o moje, a za każdym razem czułam lekkie, ciepłe mrowienie.

Graliśmy na konsoli niemal przez większość nocy. Robbie też z nami grał, a potem nakłoniłam go, by poszedł spać. Ryan i ja właśnie zgasiliśmy światło, gdy jego mama zajrzała do pokoju.

– Jest już po drugiej – powiedziała. – Czas spać. – Delikatnie uśmiechnęła się do mnie. – Mam nadzieję, że będzie ci się dobrze spało, Mackenzie.

Ja też.

Rzuciła Ryanowi znaczące spojrzenie, a potem skupiła wzrok na pluszowym nosorożcu leżącym na biurku. W jego nosie mrugało czerwone światło.

Ryan przeczesał ręką włosy.

– Tak, tak, mamo.

– Dobranoc.

Następnego ranka po raz pierwszy udałam się do kuchni. Atmosfera była napięta. Możliwe, że zanim się tam pojawiłam, siedzieli w ciszy, ale wątpiłam w to. Nie potrzebowałam geniuszu Robbiego, by odgadnąć, o kim rozmawiali dwie sekundy wcześniej. To była jedna z tych sytuacji, w której wchodzi się do pomieszczenia i po prostu wie się, że ludzie rozmawiali o tobie.

Pani Jensen stała przy blacie i robiła kawę. Peach siedziała przy stole, a kobieta w średnim wieku – zakładam, że ich pokojówka – postawiła przed nią pudełko cheeriosów. Musiałam się zatrzymać i ogarnąć to umysłem. Pokojówka. I miała na sobie niebieską sukienkę, a na to biały fartuch.

Ci ludzie nie tylko mieli pomoc domową, ale i kazali im nosić mundurki. To zupełnie nowy poziom bogactwa. Byli zamożnie bogaci. Tak powiedziałaby Willow i miałaby rację. Ona zawsze ją miała.

– Mackenzie – pani Jensen brzmiała tak, jakby nie mogła złapać oddechu. Jej policzki lekko się zaczerwieniły i wygładziła dłonią włosy. – Jak się czujesz? Dobrze ci się spało?

Rzeczywiście dobrze spałam. Spojrzałam na Ryana, który właśnie wrócił z zewnątrz. Gdy otworzył drzwi, do środka wpadł ciepły wiatr. Widząc mnie, zatrzymał się z ręką na klamce. Otworzył usta w zdziwieniu i mocniej ścisnął piłkę do kosza, którą trzymał pod pachą.

– Hej!

Peach wydała z siebie dźwięk. Usłyszałam go, ale zignorowałam. Wyłapałam w jej głosie dezaprobatę i już wiedziałam, z kim w szkole przyjaźniła się Peach. Z nadętymi dziewczynami – złośliwymi, podłymi, niewidzącymi niczego poza czubkiem własnego nosa. Innymi słowy, to nie mój typ.

– Hej! – Pomachałam do niego, patrząc w drugą stronę.

Robbie siedział obok Peach. Odmachał mi i szybko opuścił rękę. Zauważyłam przed nim nietkniętego tosta. Odwróciłam wzrok. Nie chciałam widzieć smutku czy podkrążonych oczu brata. Nie chciałam sobie przypominać, dlaczego tak wyglądał.

– Eee… Może usiądziesz, Mackenzie? – zapytała pani Jensen i wskazała na krzesło naprzeciwko Peach.

Zamiast tego wybrałam krzesło obok, naprzeciwko mojego brata.

Odchrząknęła, trzymając kubek kawy mocno przy piersi, jakby miał ją ochronić.

– Tosta, Mackenzie? Rose może ci go przygotować.

Chwilę później postawiono przede mną tosta posmarowanego masłem, ale nie miałam na niego ochoty. Peach mieszała łyżką w misce płatków. Patrzyła na mnie spode łba i wyglądała na lekko zdezorientowaną.

Uniosłam brew.

– Tak?

Opuściła wzrok, ale wciąż mieszała łyżką w misce.

Ryan zajął miejsce na końcu stołu pomiędzy moim bratem a mną, znajdował się więc naprzeciwko kuchni.

Zarówno pani Jensen, jak i Rose zaczęły mu nadskakiwać. Jakie chciał płatki? Och, nie chciał płatków. To może tosty? Albo bekon? Chwila, Rose może przyrządzić naleśniki. Nie naleśniki? To może tosty francuskie? Po piątym pytaniu Ryan wstał, przewracając oczami, przygotował sobie miskę płatków, a potem wrócił na miejsce.

– Mlek… – zaczęła jego matka, ale on już je wziął i nalał sobie pełną miskę.

– Daj spokój, mamo – mruknął, garbiąc się nad miską. – Zacznij wyręczać we wszystkim Peach. Ona to naprawdę lubi.

– Wcale nie.

Spojrzał na nią, trzymając łyżkę przed ustami.

– Właśnie że tak. Lubisz być rozpieszczana.

Przeniosła swoją uwagę na niego, a mi dała spokój.

– Czasami jesteś takim dupkiem.

Na jego twarzy pojawił się zarozumiały uśmiech.

– Czasami? Wczoraj podsłuchałem twoją rozmowę z Erin. Chyba mówiłaś, że „zawsze”?

Wytrzeszczyła oczy i uderzyła ręką o stół.

– Przestań podsłuchiwać moje rozmowy! – Odwróciła gwałtownie głowę. – Mamo!

Ryan wzruszył ramionami.

– Nie moja wina, że słychać cię w całym domu. Następnym razem zamknij drzwi. – Przewrócił oczami. – To może pomóc, geniuszu.

– Okej, oboje przestańcie – ich matka postanowiła wkroczyć, siadając przy stole. Wciąż mocno trzymała kubek kawy w dłoniach. Gdy zwróciła się do mnie, na jej twarzy pojawił się napięty, lecz uprzejmy uśmiech. – Mackenzie, ty i Ryan jesteście w tej samej klasie. Chodzisz do ostatniej, prawda?

Jednak cuda się zdarzają.

Pokiwałam głową.

Peach spojrzała na mnie, mrużąc oczy, jakby czekała na moją reakcję. Nie dałam nic po sobie poznać, jednak w środku fikałam koziołki.

Pani Jensen odchrząknęła.

– Dzisiaj przyjadą twoi dziadkowie. Zabiorą ciebie i twojego brata do domu… lub… hotelu. Właściwie nie wiem, dokąd was zabiorą, ale wiem, że bardzo chcą się z wami spotkać.

– Babcia przyjeżdża? – Robbie gwałtownie uniósł głowę.

Posłałam mu znaczące spojrzenie.

– Tego nie widziałeś w kalendarzu, co?

Przewrócił oczami, ale uśmiechnął się kącikiem ust i oparł się o krzesło.

– Nie mogę sprawdzić wszystkiego.

– Co? – droczyłam się z nim. – Jak to w ogóle możliwe?

Wzruszył ramionami, ale i tak wszystko, co miał do powiedzenia, zostałoby mu przerwane.

Pani Jensen odetchnęła z ulgą i zaśmiała się z przymusem.

– Brian powiedział mi, że jedno z dzieci Phillipa jest genialne. To musisz być ty, Robercie.

Robert. Niemal prychnęłam, słysząc imię, którego nie używał nikt poza babcią.

Pani Jensen kontynuowała, posyłając w stronę Robbiego szeroki uśmiech.

– Portside ma zaawansowany program dla uzdolnionych dzieci takich jak ty. Myślę, że spodobałoby ci się tam. Wiem, że wyjątkowe dzieci mogą być dręczone przez rówieśników, ale zapewniam cię… – jej głos był taki radosny. – Ale w Portside to nie problem.

Zamilkła i poczekała, aż Robbie coś odpowie.

Spojrzał na nią, a potem na mnie. Zacisnął małą dłoń na widelcu, a w jego oczach zebrały się łzy. Odwrócił wzrok.

– Och! – Kącik jej ust opadł. – Rany.

Cholera. Czas wywiązać się z obowiązków starszej siostry. Zakaszlałam i odsunęłam krzesło od stołu.

– Dziękuję za śniadanie, pani Jensen.

Zbladła, ale próbowała się do mnie uśmiechnąć.

– Powinnaś dziękować Rose. To ona przygotowuje dla nas posiłki. Bez niej nie wiedzielibyśmy, co zrobić – odwróciła się w stronę Rose, która zamarła przy zlewie. – Prawda, Rose? Cała ta posiadłość ległaby w gruzach, gdyby nie ty.

– Tak, pani Jensen. Tak.

Pani Jensen zaśmiała się, a ja próbowałam się nie skrzywić, słysząc ten sztuczny dźwięk. Przyłożyła rękę do swojej piersi.

– Cóż, wspomniałam wcześniej o szkole, bo Peach zaprasza tu swoje przyjaciółki pod koniec tygodnia. Jeśli chciałabyś…

Ryan jęknął.

Ona udawała, że go nie usłyszała.

– …przyjść i je poznać, to zapraszam. Jej przyjaciółki są dobrze wychowane i to niesamowite dziewczyny. Wszyscy chcą się z nimi przyjaźnić. Prawda, Peach? Ty i twoje przyjaciółki jesteście bardzo popularne w waszej klasie. Chociaż Mackenzie jest o rok starsza.

– Mamo! – Ona też wydawała się przerażona tym pomysłem. – Zamknij się.

– Mamo – odezwał się Ryan. – Ona nie chce się teraz zaprzyjaźniać z obcymi.

– Mmmm?

Mogłam tam tylko siedzieć i patrzeć na scenę rozgrywającą się przede mną. Pani Jensen wydawała się niczego nieświadoma i dalej sączyła swoją kawę, jakby to była morfina w kroplówce. Zmarszczyłam brwi, przyglądając się kuchni i szukając czegoś podejrzanego, co dosypała sobie do kawy. A potem poczułam, że Robbie dotyka stopą mojego kolana. Wyciągał się, jak tylko mógł, trzymając za brzeg krzesła, by nie spaść.

Myślałam, że już wcześniej wywiązałam się z siostrzanego obowiązku, bo dzięki mnie przestali się na nim skupiać. Uniosłam brew.

Robbie wymamrotał bezgłośnie „łazienka”.

Pokiwałam głową.

– Czy możemy odejść od stołu?

– My? – Pani Jensen przeniosła wzrok ze mnie na brata. – Och, tak. Oczywiście. – Spojrzała na nasze talerze. – Żadne z was niczego nie tknęło. Rose? Czy możesz przygotować coś na później, w razie gdyby zgłodnieli? Możemy zjeść bajgle, jeśli nie ma nic innego.

Boże. Bajgle. Poczułam się, jakbym dostała w twarz.

Willow, nie jesteś głodna?

Moja mama o tym nie wiedziała, prawda? I to nie tak, że nie chciała wiedzieć, prawda?

Cóż, zjemy bajgle, Willow. Pamiętaj, żeby wziąć jednego dla siebie, okej? Trzeba dobrze zacząć poranek. Zjesz go w ciągu dnia, jeśli zgłodniejesz.

Łzy zebrały się w moich oczach, ale nie chciałam płakać. Nie ma mowy.

Krzesło Robbiego zaszurało na podłodze. Odepchnął je i stanął nieruchomo, jakby w ogóle nie zrozumiał, po co to zrobił.

– Eee… – Otworzył usta i nic nie powiedział. Zamknął je. Potem znowu otworzył. I nic.

– Łazienka – podpowiedziałam cicho.

– Och, tak. – Obszedł stół, mijając Ryana i zniknął na schodach.

Znowu nastała niekomfortowa cisza.

Spojrzałam na swoje kolana, bo tak naprawdę nie chciałam widzieć litości na ich twarzach. Musiałam przypomnieć swojemu bratu, dlaczego wstał od stołu. To nie było normalne, ale w sumie podczas naszej wizyty tutaj nic takie nie było. Nie przyjaźniliśmy się z tymi ludźmi. Ledwo ich znaliśmy. Nie mieliśmy tu żadnej rodziny czy przyjaciół. To znaczy, byłam niemal pewna, że zaprzyjaźniłam się z Ryanem, ale nie przybyliśmy tutaj na towarzyską wizytę.

Czułam na sobie ich wzrok i nie potrafiłam tego znieść.

Willow lubiła być w centrum uwagi, Robbie również. Jednak teraz wszyscy skupiali się na mnie i to nie w sposób, którego kiedyś bym pragnęła. Byłam tą wyluzowaną. Tą, która potrafiła żartować. Tą, która zawsze trzymała się na uboczu, o której wszyscy zapominali. Tą spokojną. Taki rodzaj uwagi – lub jej brak – lubiłam. Ale gardziłam tym, którego doświadczałam teraz.

To nie była uwaga, której sama pragnęłam, ale została na mnie wymuszona.

Odchrząknęłam i postanowiłam, że muszę się stąd wydostać. Odwróciłam się do Ryana.

– Zagramy na konsoli, dopóki dziadkowie nie przyjadą?

Wstał natychmiast.

– Jasne!

Gdy wychodził z kuchni, był z tego powodu tak szczęśliwy jak ja. Powinnam zacząć się zastanawiać dlaczego, ale tego nie zrobiłam.

Resztę dnia spędziliśmy w jego pokoju, Robbie również. A potem około siódmej wieczorem rozległ się dzwonek do drzwi.

Rozdział 3

Wszystko szlag trafił, gdy przyjechali babcia i dziadek Bill.

Zaczęli płakać, tulić się, klepać po plecach. Tak robili dorośli.

– Czy oni się już kiedyś poznali? – zapytał mnie szeptem Robbie. Gdy odwrócili się w naszą stronę, przykleił się do mojego boku, jednak babcia i tak niemal go zgniotła w swoim uścisku.

Ryan, który opierał się o ścianę obok mnie, prychnął, ale szybko zaczął kaszleć, gdy siostra posłała mu wkurzone spojrzenie. Potem w ten sam sposób spojrzała na mnie, ale chyba szybko sobie przypomniała, dlaczego tu byłam. Spuściła głowę i zaczęła kopać podłogę czubkiem buta. Nie winiłam jej. Chyba nie byłam jak większość dziewczyn, które znała. Przecież nie płakałam. I opuściłam jej łóżko, a potem przykleiłam się jak rzep do jej brata, a gdy kilka razy próbowała ze mną porozmawiać, nie byłam zbyt chętna. Nie próbowałam zachowywać się nieuprzejmie. Ale nie odnosiłam się do niej tak, jak najwyraźniej do tego przywykła. Tak zachowywała się Willow. To ona lubiła towarzystwo, to ona lubiła rozmawiać z ludźmi.

Była idealna.

Objęłam Robbiego rękami i przycisnęłam go do siebie, opierając podbródek na jego głowie.

– Nie. Myślę, że babcia po prostu musi się wypłakać. To wszystko.

Robbie złapał mnie mocno za ramiona.

– Dziadek też wygląda, jakby miał się rozpłakać.

Stojący z boku dziadek Bill trzymał w dłoni białą chusteczkę. Nosił ją zawsze w kieszeni, bo babcia nalegała, ale jeszcze nigdy nie widziałam, by jej używał. Aż do dzisiaj. Gdy babcia rozmawiała z państwem Jensen, dziadek Bill zmarszczył nos, zamrugał kilka razy, a potem odszedł na bok. Zanim się odwrócił, uniósł rękę i znowu kilkukrotnie zamrugał. Potem wyprostował ramiona i rozluźnił je, jakby próbował sobie przypomnieć, że powinien stać prosto.

Rozmowa zmierzała ku końcowi i wiedziałam, że muszę się przygotować, bo babcia niedługo zacznie zadawać pytania.

„Czy wiedziałam? Czy Willow mówiła coś, zanim to się stało? Czy ktokolwiek mógł coś zrobić, by ją powstrzymać? Czy tego dnia coś się stało?”– odetchnęłam głęboko i już czułam cios związany z każdym pytaniem.

– Ała, Kenz. – Robbie wyrwał się z mojego uścisku. – To boli.

Puściłam go natychmiast, gdy zobaczyłam białe odciski w miejscu, gdzie go trzymałam. Zalała mnie fala obrzydzenia i zrobiłam to samo, co dziadek Bill. Zamrugałam. Odwróciłam się. Nie będę płakać. Nie będę płakać. Zamrugałam. Wszystko w porządku.

Unieś głowę.

Stań prosto.

Dasz radę.

Robbie dotknął mojej ręki, a jego współczucie przywołało wszystko to, co wcześniej wyparłam. To ja zawsze byłam tą silną, tak powiedział.

Głowa do góry.

Nie mogłam się rozpłakać. Jeszcze nie teraz.

Uśmiechnęłam się do Robbiego i szturchnęłam go w ramię.

– Gotowy na dramatyzowanie dorosłych?

– Mackenzie!

Babcia mnie usłyszała.

– Ale to nieczułe i podłe z twojej strony! Twoja siostra umarła dwa dni temu. Dramatyzowanie? Tak nazywasz to, że twoja babcia cierpi?

Odchrząknęłam.

– Masz rację, babciu. To takie nieczułe z mojej strony. Willow wcale nie była moją siostrą bliźniaczką, drugą połówką, towarzyszką, z którą dzieliłam macicę. Jestem bezmyślna.

– Mamo? – zapytał Ryan. – Długo będziecie jeszcze rozmawiać?

– Eee… – Pani Jensen spojrzała na babcię pytająco.

– Charlotte i Phillip mieli nadzieję, że moglibyśmy porozmawiać o dzieciach, zanim wrócimy do hotelu – powiedziała babcia.

– Oczywiście. – Pani Jensen dotknęła ręki babci i obie pary zniknęły w korytarzu.

Kiedy znaleźli się poza zasięgiem naszego wzroku, Ryan powiedział:

– Idą do głównej jadalni. To tam mama zaprasza gości. Chyba że naprawdę chce im zaimponować, wtedy zaprasza ich do głównego salonu. Jeśli chcesz coś zjeść, możemy pójść do kuchni.

Nie jadłam przez cały dzień.

To dziwne. Czy zaczynałam być jak Willow? Czy w ten sposób próbowałam być bliżej niej, czy tylko straciłam apetyt?

Brzuch Robbiego zaburczał, a ja delikatnie ścisnęłam jego ramiona.

– Wygląda na to, że dostaliśmy odpowiedź.

W kuchni zastaliśmy Rose, która jakby czytając Robbiemu w myślach, przygotowała zawijasy z ciasta do pizzy. Niedługo potem mój brat opychał się tymi przysmakami. Uniosłam brew.

– Nie jadłeś przez cały dzień?

Zamarł w trakcie jedzenia, wzruszył ramionami i przełknął wszystko.

– Ty nie jadłaś. Nie byłem pewien, czy powinienem, czy nie.

Zdecydowanie nie byłam jak Willow. Teraz to wiedziałam.

– Możesz jeść, ile chcesz. Ja nie miałam dzisiaj apetytu.

– Ryanie, dlaczego tak się zachowujesz? – zapytała nagle Peach.

Niemal gotowała się ze złości, siedząc na krześle przy stole i patrząc na brata.

Zmarszczył brwi.

– Co masz na myśli?

– Nigdy się tak nie zachowywałeś. – Wskazała na nas szybkim gestem ręki. – Jesteś taki gościnny i tak dalej. Zazwyczaj nie możesz się doczekać, aż uciekniesz przed gośćmi. Zachowujesz się tak, jakby ona była twoją dziewczyną. A nie jest nią.

– Zamknij się, serio. Po prostu jestem miły, a gdy przychodzą goście, zazwyczaj wychodzę, bo ich nie lubię.

– Miałeś gdzieś to, że Erin odwiedziła nas w niedzielę.

Uniósł brew.

– Zjadłem z wami pizzę przy jednym stole, a potem wyszedłem. Nie wyolbrzymiaj.

Jej twarz poczerwieniała jeszcze bardziej, jeśli to w ogóle możliwe, a jej gniew tylko się nasilił.

– Nieważne. Zachowujesz się dziwnie.

– No i co z tego?

Robbie właśnie jadł drugą garść zawijasów z pizzy. Pochłonął prawie wszystkie, a Rose musiała to zauważyć, bo wyciągnęła drugą paczkę. Gdy się upiekły, położyła je na jednym talerzu i postawiła przed Robbym.

– Nie. Ale… – Peach posłała mi spojrzenie, zagryzając dolną wargę. – Nie. Nieważne.

Gdy Ryan na mnie spojrzał, wyglądał na niemal tak zdezorientowanego jak ja. Pokręcił głową i przez chwilę miałam wrażenie, że w pomieszczeniu jesteśmy tylko we dwoje. Wiedziałam, że w tym pokoju znajdowali się również inni, ale wszyscy jakby zniknęli, stali się niewidzialni, a z mojej piersi zniknął nieznośny ciężar. To wrażenie ulotniło się tak szybko, jak się pojawiło, ale ja już pragnęłam kolejnego razu.

– Okej. – Pan Jensen wrócił do pokoju, zacierając ręce. Przesunął po nas wzrokiem, na chwilę zatrzymując się na Robbiem, a potem skupił się na mnie. – Dziadkowie zabiorą was ze sobą. Wasza mama chyba spakowała wam jakieś rzeczy. Wszystko czeka w pokoju hotelowym.

– Czy mama i tata też tam będą?

Paliło mnie w gardle i cieszyłam się, że Robbie zadał to pytanie. Sama bym się na to nie zdobyła.

– Eee…

Pan Jensen odpowiedział mi, nie używając ani jednego słowa. Podobnie jak jego syn wczoraj w nocy.

Odsunęłam krzesło, unikając jego wzroku i powiedziałam do Robbiego:

– Chodź. Teraz musimy być silni dla babci.

– Ja nie chcę.

Odwróciłam się, by na niego spojrzeć.

– Robbie! Po prostu… Chodź już.

Jego dolna warga zaczęła drżeć, a ja natychmiast poczułam do siebie nienawiść. Wzięłam go za rękę i pociągnęłam za sobą.

– Jeśli nadal jesteś głodny, namówimy dziadka, by po drodze gdzieś wjechał.

Chciałam zostać.

Nie miałam ochoty być teraz silna dla babci. Nie chciałam patrzeć, jak dziadek powstrzymuje się od płaczu, bo on też musiał być silny dla babci i naprawdę nie chciałam myśleć o tym, że gdy po raz ostatni widziałam moją matkę, wyglądała na zbyt zadowoloną z tego, że się mnie pozbywała.

Mocno złapałam brata za rękę i usłyszałam, jak syczy z bólu. Poluźniłam uścisk.

– Przepraszam.

– Nic się nie stało.

Tylko że właśnie się stało. Już nic nie było w porządku.

Byliśmy w połowie drogi do samochodu, gdy Ryan zawołał mnie po imieniu. Odwróciłam głowę i zatrzymałam się, ale Robbie szedł dalej. Ryan ruszył chodnikiem, zamknąwszy za sobą drzwi swojego domu. Reszta została w środku. Obejrzałam się przez ramię i zobaczyłam, że Robbie już wsiadł do samochodu. Babcia zajęła miejsce pasażera, a dziadek usiadł za kierownicą. Zostawił dla mnie otwarte drzwi.

– Hej – powiedziałam.

Ryan zatrzymał się, a przez jego twarz przetoczył się wachlarz emocji: zwątpienie, dezorientacja, a potem niepewność. Przeczesał ręką włosy, ale gdy zorientował się, co robił, zamarł.

Zaśmiał się krótko.

– Robię to cały czas i moje włosy ciągle są w nieładzie.

– Taki wygląd ci pasuje. Wyglądasz uroczo.

Wytrzeszczył oczy.

– Och, dzięki.

Wzruszyłam ramionami. Taka była prawda. Cóż, właściwie to wyglądał seksownie, a nie uroczo, ale postanowiłam zachować to dla siebie.

Spojrzał na swój dom, jakby zastanawiał się, czy powiedzieć to, co miał zamiar. Włożył ręce do kieszeni spodni.

– Dasz radę zasnąć?

Ach. Chodzi o łóżko.

– Będziesz za mną tęsknić?

Uśmiechnął się do mnie, pokazując dołeczek w policzku, żartując ze mną.

– Może... – Wtedy uśmiechnął się drugim kącikiem ust i zauważyłam, że miał dwa dołeczki. – Ale teraz pytam poważnie. Dasz sobie radę? Twoja babcia nie sprawia wrażenia wyjątkowo czułej, wiesz?

– Rany, pewnie, że wiem. – Próbowałam się uśmiechnąć, ale mi się to nie udało. Zignorowałam jego pytanie i podziękowałam.

– Za spanie z tobą?

– Za to również. Dziękuję za to, że spędzałeś za mną czas. Wiem, że nie jestem… do końca sobą.

– Nie bez powodu.

– Tak. – Musiałam już iść. Miałam pewnie trzy sekundy, zanim babcia otworzy okno i mnie zawoła. – Posłuchaj…

– Moja siostra nie jest taka zła – powiedział.

– Co?

– Moja siostra. – Wskazał na swój dom. – Wiem, że masz ją za rozpuszczoną sukę i zgadzam się, czasami potrafi taka być. Ale nie zawsze. Myślę, że ona chciała się z tobą zaprzyjaźnić.

– Dlaczego?

Ryan wyglądał tak, jakby powstrzymywał się od śmiechu.

– Żartujesz, prawda?

Nie żartowałam. Naprawdę nie wiedziałam, o co mu chodziło. Zostały mi dwie sekundy. Już przygotowywałam się na głos babci.

– Powinnam już iść.

– Mój nick na gmailu to „Nolesrock”. Możesz do mnie napisać na czacie, kiedy chcesz. Dostaję powiadomienia na telefon. Mogę do ciebie zadzwonić, jeśli masz ochotę.

Otworzyłam usta, ale usłyszałam dźwięk rozsuwanego okna samochodowego i powstrzymałam się od podziękowań. Zanim babcia cokolwiek powiedziała, przypomniałam sobie, że nie miałam telefonu. Upuściłam go, gdy zobaczyłam Willow.

Willow…

– Napiszę do ciebie – powiedziałam szybko, a potem ruszyłam w stronę samochodu.

Chciałam się obejrzeć i zobaczyć, czy Ryan tam stał i obserwował, jak odjeżdżam, jednak tego nie zrobiłam i nie wiedziałam dlaczego. Pożałowałam, gdy minęliśmy przecznicę. Chciałam spojrzeć, ale znowu nie widziałam dlaczego. Po prostu tak się stało.

A potem Robbie mi powiedział to, o czym sama myślałam.

– Ryan jest super.

Tak. Właśnie taki był.

Pierwsza sesja terapeutyczna

– Dzień dobry, Mackenzie. Mam na imię Naomi. Twoi rodzice uznali, że powinnaś z kimś rozmawiać w trakcie tego trudnego okresu, a ja chcę ci pomóc w sposób, którego potrzebujesz. A więc może na początek powiesz mi, od czego chcesz zacząć?

– Chcę stąd wyjść.

I wyszłam.

Rozdział 4

Miesiąc później

Sesje terapeutyczne nie działają – oznajmił mój ojciec. – Opuściła sporo z nich, a minął już miesiąc. Może powinniśmy wrócić do domu, do Arizony?

Nie powinnam podsłuchiwać, ale pokusa była zbyt silna. Rodzice od dwudziestu minut siedzieli w kuchni i rozmawiali o tym, co ze mną zrobić, więc w końcu się poddałam i wyszłam z pokoju, by usiąść na schodach.

I bez jaj, Sherlocku.

Niemal od początku zaczęli naciskać na terapię. To był pomysł babci i zgadzali się z nim wszyscy oprócz mnie. Walczyłam ostro, ale to nic nie dało, więc uciekałam się do głupich sztuczek. Głupich, dlatego że były to najprostsze rzeczy. Po prostu nie chodziłam. Gdy mnie tam zawozili, wchodziłam do środka i wychodziłam, kiedy samochód znikał za zakrętem. Jeśli parkowali przed budynkiem i czekali całą godzinę, wychodziłam tylnymi drzwiami.

Zostałabym na sesji przez całą godzinę tylko wtedy, gdyby któreś z rodziców poszło ze mną, a wiedziałam, że do tego nie dojdzie. W głębi serca nie znosili tych terapii tak bardzo jak ja. A więc terapia nie działa. Gdy opuściłam kilka spotkań, terapeutka zadzwoniła do moich rodziców. Nie wiem, o czym wtedy rozmawiali, ale coś się zmieniło. Utargowałam jedną sesję w miesiącu. Tylko na tyle mogłam się zgodzić, a jeśli ktoś uważał, że to nie wystarczy, to mógł się pocałować w tyłek. To nie ich bliźniaczka umarła.

– Nan Jensen opowiadała o Portside Country Club – powiedziała mama. – Mają odpowiedni program i Mackenzie mogłaby zacząć tam uczęszczać. Jej córka chodzi tam ze swoimi przyjaciółkami. Mówi, że to pozytywnie na nią wpłynęło, nauczyło ją szacunku i zachowywania się jak dama.

Mój tata prychnął, więc wiedziałam, co sądził o tym pomyśle.

– A co z powrotem do domu? Czy to nie wpłynęłoby na nią pozytywnie?

– Chcesz latać z nią wte i z powrotem przez resztę lata? To chyba nie będzie pomocne. Poza tym chyba nie możesz zmusić jej przyjaciół z Arizony do kontaktu. Rozmawiałam z Emily i Amandą.

– Kto to jest?

– No wiesz, Emily Christopherson i Amanda Green. Ich córki przyjaźniły się z Mackenzie w Arizonie…

– To te kobiety, z którymi wychodziłaś na wino?

Uśmiechnęłam się na myśl, że mama się najeżyła. Tata uważał, że wychodzenie na wino jest głupie. A mama sądziła, że jest równie dobre jak chodzenie do kościoła.

– Tak, to one – jej głos stał się cichszy, niemal przypominał warknięcie. – Ale rozmawiałam z nimi o Zoe i Giannie. Powiedziały, że chcą dla Mackenzie jak najlepiej, ale wiesz, jak jest. Nastolatki nie wiedzą, co powiedzieć, więc trzymają się na dystans.

– A czy z dorosłymi nie jest tak samo? – dopytywał tata. – Tony i Danielle nie odezwali się do nas od czasu pogrzebu.

Cisza.

Ktoś pociągnął nosem.

– Cóż, w tej chwili rozmawiamy o przyjaciółkach Mackenzie…

– Jeśli nie chcą wspierać swojej przyjaciółki, to ich problem. My musimy się zająć tym, co tu i teraz, i najlepiej będzie zachęcić ją do jakiejś aktywności. Musi się czymś zająć. Musi…

Wychyliłam się, trzymając za barierkę. Co on chciał powiedzieć?

– Co? – Znowu usłyszałam ciągniecie nosem, ale tym razem mama się odgryzła: – Musi zniknąć? Znaleźć się jak najdalej od nas?

– Przypomnij, kim jest Nan. – Tata sprawiał wrażenie zrezygnowanego.

Nie wiem, która to była kłótnia z kolei. Straciłam rachubę. Właśnie tak robili. Myśleli, że Robbie i ja śpimy, więc machali kraciastą flagą i zaczynali wyścig. Jakby nie mogli się tego doczekać.

Zbyt szybko wszystko z góry zakładali.

Upewniali się, że w pokoju Robbiego są zgaszone światła, a on leży w łóżku przykryty kołdrą. W moim przypadku tylko delikatnie pukali do drzwi i pytali: „Jesteś już w łóżku, skarbie?”. Czułe słówko zmieniało się według schematu. Co piątą noc mówili „skarbie”. A w pozostałe używali „słoneczka”, „maleńkiej”, „kochanej córeczki” i „cukiereczka”. Jeśli mam być szczera, nigdy nie byłam wtedy w łóżku. Światło miałam zapalone, ale odchodzili, gdy zapewniłam ich, że się już położyłam.

Nie powinnam narzekać. Spędziliśmy cały tydzień u babci i dziadka – było to o tydzień za długo. Nasi rodzice wyjechali i byli zajęci.