Poznaniacy, tej! Część 2 - Gautama Mazan - darmowy ebook
Opis

Grudzień 1918 roku był w Poznaniu miesiącem bardzo gorącym. Temperatura miasta wzrastała odwrotnie proporcjonalnie do temperatury powietrza. Miłość wisiała w powietrzu i wojna w powietrzu wisiała. Piękni i młodzi mieli wybrać między szczęściem a obowiązkiem. Czy każdy miał odwagę lub potrzebę być patriotą? A może miłość do drugiego człowieka jest ponad miłością do abstraktu — ojczyzny?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 84

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Gautama De Mazan

Poznaniacy, tej! cz. 2

© Gautama De Mazan, 2018

Grudzień 1918 roku był w Poznaniu miesiącem bardzo gorącym. Temperatura miasta wzrastała odwrotnie proporcjonalnie do temperatury powietrza. Miłość wisiała w powietrzu i wojna w powietrzu wisiała. Piękni i młodzi mieli wybrać między szczęściem a obowiązkiem.

Czy każdy miał odwagę lub potrzebę być patriotą? A może miłość do drugiego człowieka jest ponad miłością do abstraktu — ojczyzny?

ISBN 978-83-8155-428-2

Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero

Część IIWigilia

I

Jest pewna legenda związana ze świętami Bożego Narodzenia, a Juliusz Sarmacki przysięgał, że brał udział w tych wydarzeniach 1914 roku na froncie zachodnim.

Juliusz był synem Stanisława Sarmackiego, przyjaciela mojego ojca z czasów studenckich. Studiowali razem na Uniwersytecie Jagiellońskim i przez cały ten okres trzymali się blisko razem. Byli czynnymi członkami „Sokoła” i innych niepodległościowych organizacji studenckich.

Po studiach jednak ich drogi się rozeszły, ojciec wrócił do Poznania, a Stanisław Sarmacki do Torunia. Pozostawali jednak w ciągłym kontakcie, konspirując razem na rzecz odzyskania niepodległości przez Polskę, a rodzina Sarmackich odwiedziła nas raz czy dwa kilka lat temu, co pamiętam jak przez mgłę.

Krótko przed wybuchem wojny ojciec Juliusza zginął z rąk jakichś bandytów. Mój ojciec powtarzał, że zginął za ojczyznę, gdyż wracał ze spotkania polskich niepodległościowców. Choć prawdą było to, że po prostu ktoś go napadł, chcąc okraść. Ojciec lubi jednak dramatyzować i podnosić prawie każde wydarzenie do rangi walki patriotycznej.

Juliusza natomiast wcielono do armii i wysłano na front.

Kiedy dowiedziałam się, że Juliusz ma nas odwiedzić w Święta, byłam trochę przejęta. Pamiętałam go mgliście i nie wiedziałam, o czym mielibyśmy rozmawiać. Jest ode mnie jakieś pięć lat starszy. A ostatnie lata spędził na wojnie — sprawa chyba niezbyt przyjemna. Najchętniej niańczenie go zwaliłabym na Hipolita, ale go wiecznie nie było; od rana do wieczora siedział w pracy, a potem gdzieś wychodził. Nie chciał nawet nam powiedzieć, gdzie łazi, choć wszyscy podejrzewamy, że ma jakąś dziewczynę.

Aby mieć jakiś temat, poczytałam w encyklopedii o Toruniu i dowiedziałam się, że miasto leży na południu ziemi chełmińskiej, między pomorzem a kujawami. Przepływa przez nie Wisła, którą spływają flisacy, a miasto słynie z pierników, które z tajemniczej receptury wypieka się tam od średniowiecza. A dziś jest to, podobnie jak Poznań, miasto-twierdza z ogromną ilością fortów, koszarów i żołnierzy.

Ach, no i z Torunia pochodzi Kopernik, polski astronom, który wstrzymał Słońce i ruszył Ziemię.

— Nie wiem, czy Kopernik uważałby się za Polaka — powiedział Juliusz, kiedy zacytowałam znany dwuwiersz, jakoby Kopernika wydało polskie plemię.

— Co masz na myśli? — zapytałam.

— Nie twierdzę, że był Niemcem — zaznaczył od razu. — Ale mam duże wątpliwości, czy za jego czasów ktoś rozumował w kategoriach narodowościowych. Był katolikiem, poddanym polskiego króla, mówił po niemiecku i pisał po łacinie. Zapytany kim jest, odpowiedziałby zapewne, że biskupem i astronomem.

Ciekawa jestem, co ojciec by powiedział na te rewelacje. On doszukiwałby się polskości nawet u Krzysztofa Kolumba, gdyby znalazł choćby jakiś ślad na to wskazujący. Na szczęście, dla Juliusza, ojca nie było z nami. On przebywał wtedy w Gdańsku, aby przywitać Paderewskiego i zabrać go do Poznania.

II

Od morza wiało. Wiatr był zimny i wilgotny. Z łatwością wgryzał się w wełniane płaszcze i bawełniane kalesony dostojnych polityków zebranych w gdańskim porcie. Przejmująca wilgoć dostawała się do samego szpiku kości i oczekujący na statek panowie drżeli z zimna. Ich kapelusze, włosy i wąsy pokrywał biały szron, a twarze mieli sine i zziębnięte. Stali jednak odważnie i cierpliwie, oczekując przybycia znakomitego gościa.

Pan Jan Ostrowski, przedstawiciel Komisariatu Naczelnej Rady Ludowej, chuchał w skostniałe dłonie i stąpał z nogi na nogę. Miał na sobie gruby płaszcz obszyty futrem i ciepły wełniany kapelusz, a jednak nadmorskie wilgotne zimno przenikało to ubranie bez trudu. Jak mogłem zapomnieć rękawiczek, powtarzał w duchu raz po raz, widząc je oczyma wyobraźni na krześle w pokoju hotelowym przy samych drzwiach, gdzie położył je, aby o nich pamiętać.

— Niedługo będzie — powiedział nagle, trochę do siebie, jakby chciał sam siebie przekonać, a trochę do innych, jakby pytał ich o zdanie, Wojciech Korfanty, stojący w środku zgromadzenia, po prawej stronie Ostrowskiego. Wetknął odziane w rękawiczki dłonie pod pachy, a z jego ust wydobywała się chmurka pary, osadzając się białym puchem na jego jasnych wąsach. Miał na sobie ciepły płaszcz, może zbyt wielki jak na jego niedużą postać, z obszytym futrem kołnierzem i wełniany melonik. A jednak drżał z zimna.

Nieznane mu są nadmorskie zimy, pomyślał Jan Ostrowski. Może mniej mroźne, niż na południu, ale przez wilgoć bardziej doskwierające. Bo pan Korfanty pochodził z południa, z Górnego Śląska, i rzadko bywał nad morzem, chyba że w ciepłe, letnie dni (o ile można mówić o ciepłych dniach nad Bałtykiem). Wolał góry. O wiele bliższe były mu spacery po beskidzkich skałach i różnorodne górskie krajobrazy, niż monotonia nizin pomorza a nawet wielkopolski. Jednak ponad swoje osobiste zamiłowania stawiał sprawę Polski. Walkę o jej niepodległość i przyszłość dla następnych pokoleń.

Jakkolwiek to patetycznie brzmi, pan Korfanty nie traktował swojej misji politycznej jako szlachetnej czynności, ale jako swoisty obowiązek. Nie wyobrażał sobie, żeby przyzwoity człowiek nie walczył za wszelką cenę za swoją ojczyznę i za wolność. A jego polityczny altruizm doprowadził do tego, że kilka miesięcy przesiedział w więzieniu. Ostatecznie przeniósł się z domu, ze swojej małej ojczyzny (chciałoby się rzecz: z heimatu) do Poznania, gdzie założył Naczelną Radę Ludową, zalążek niepodległej Polski na ziemiach należących wciąż jeszcze do Niemiec.

— A co, jeśli nie zgodzi się przyjechać? — zapytał znienacka Jan Maciaszek. Stał po prawej stronie Korfantego, tak że Jan Ostrowski musiał się lekko wychylić, aby go dostrzec. — Może nie uważa za istotne, aby odwiedzić Poznań?

Jan Maciaszek był mężczyzną postawnym, żeby nie powiedzieć otyłym, o dużej, owalnej twarzy i rzadkich włosach, uczesanych perfekcyjnie brylantyną, których paski lśniły mu na głowie. Nie założył kapelusza, jakby chciał pochwalić się przed całym światem resztką włosów. Pod nosem miał ten zabawny wąsik, maleńki, wyglądający jak kwadracik, który nosił także początkujący amerykański aktor komediowy Charlie Chaplin — znany głównie z filmu „Włóczęga”, pokazywanego w niektórych kinach.

Pan Maciaszek był świeżo wybranym szefem Wydziału Bezpieczeństwa Publicznego Komisariatu Naczelnej Rady Ludowej w Poznaniu. Był jednym z inicjatorów utworzenia tak zwanej Straży Obywatelskiej, która po przegranej przez Niemcy wojnie miała gwarantować bezpieczeństwo Polakom w Wielkopolsce. Składała się z ochotników zbieranych wśród skautów, działaczy i byłych żołnierzy. Jan Ostrowski ubolewał bardzo nad tym, że jego syn Hipolit za nic miał sobie udział w Straży. Gdyby był trochę bardziej jak Zosia, myślał.

Wspomnienie dzieci nasunęło mu natychmiast obraz rodziny, która z pewnością siedziała teraz przy świątecznym stole. Z pewnością paliło się w kominku. Ciepły ogień skwierczy cicho, ogrzewając salon i oświetlając go w ten magiczny sposób. W mieszkaniu unosi się zapach pierników, pomarańczy i goździków. A na szybach malują się bajeczne iluminacje ze szronu.

Hipolit, mimo że nie spełniał ojcowskich ambicji, jest utalentowany muzycznie i na pewno siedzi teraz w salonie przy fortepianie, grając kolędy. Zbuntowana Zosia (przechodziła właśnie ten najtrudniejszy dla dziewczynek wiek) siedzi przy stole dłubiąc widelcem w sałatce jarzynowej, udając, że nic ją te Święta nie interesują, nucąc jednak pod nosem kolędę wraz z ukochanym bratem. Agata, żona Jana Ostrowskiego, śpiewa najgłośniej. Być może popija teraz słodki ajerkoniak z wypiekami na buzi, z radosnym uśmiechem zadowolonej matki.

Prezenty były już na pewno rozpakowane i pan Ostrowski zastanawiał się, czy każdemu spodobało się to, co im kupił. Mimo że przez cały rok był surowym i wymagającym ojcem, w Święta nadrabiał przesadną aż miłością. Cały rok ganił Hipolita za jego bujanie w obłokach, ale z okazji Świąt kupił mu nową, lśniącą, pozłacaną trąbkę, o której zawsze marzył, gdyż stara była już bardzo wyeksploatowana. Zosia miała być nauczycielką albo przynajmniej porządną żoną i matką (a Jan Ostrowski wierzył, że kiedy wyjdzie z okresu buntu, taką też się stanie), ale ze względu na jej obecne upodobania, kupił jej nowe, skórzane buty do skautingu. Do tej pory używała starych butów Hipolita, bardzo znoszonych i wytartych.

Żona dostała natomiast futro, o którym marzyła już czwarty rok z rzędu. Piękne i ciepłe futro z norek, a do tego futrzana czapka i mufka. Pan Ostrowski wyobrażał sobie, jak Agata zakłada to na siebie, paradując przed domownikami, nie posiadając się ze szczęścia.

Swojej matce, Kazimierze Ostrowskiej, kupił najnowsze wydanie dzieł Charlesa Baudelaire’a, choć gardził podobną literaturą, ale wiedział, że matce sprawi to ogromną radość. Siedziała teraz w swoim fotelu bujanym w salonie, popijała grzane wino z imbirem, goździkami i pomarańczą, i patrzyła ze szczęściem na swoją rodzinę, uśmiechając się łagodnie.

— To chyba on — powiedział nagle komisarz Wojciech Korfanty, wskazując ręką na horyzont.

Daleko, na samym styku zielonkawego morza i szarego nieba, dostrzec można było niewielki obłoczek, wydobywający się dwóch kominów maleńkiego statku.

Z minuty na minutę okręt robił się coraz większy i po jakimś czasie można było poznać barwy Royal Navy. Na dziobie krążownika powiewała biała bandera z czerwonym krzyżem, a w lewym górnym rogu brytyjska flaga. His Majesty’s Ship „Concord” pruł przez zimne fale Morza Bałtyckiego, rozbryzgując żółtawą pianę morską, wyrzucając z siebie chmury czarnego dymu.

Kiedy statek był coraz bliżej, przedstawiciele Naczelnej Rady Ludowej dostrzegli na jego pokładzie charakterystyczną burzę siwych włosów, która walczyła z szalejącym na morzu wiatrem. Pan Ignacy Paderewski przytrzymywał jedną ręką cylinder na głowie, próbując opanować ten żywioł jego czupryny, jednak wyraźnie żyła ona swoim własnym życiem. Korzuch miał zapięty pod samą szyję, jednak silny wiatr podwiewał jego poły, unosząc je jak czarne skrzydła wielkiego ptaka. Pan Ostrowski pomyślał sobie wtedy: wygląda jak pirat. Jak korsarz, przemierzający oceany. Jeśli on zostanie premierem Polski, nic nie może pójść źle.

Ten wielki człowiek, kiedy już zszedł z pokładu, zacumowanego w porcie, i uścisnął każdemu dłoń, wydawał się jeszcze większy. Był wprawdzie niewysoki, raczej szczupły, a na twarzy wręcz chudy. Policzki miał zapadnięte, oczy podkrążone od niewyspania (jak się okazało dopadła go zeszłej nocy choroba i walczył z gorączką). Ale jednak, kiedy zszedł z pokładu, w swoim ogromnym kożuchu, wysokim cylindrze, w aureoli swojej niegdyś płomiennorudej grzywy, teraz już siwej, ale wciąż burzliwej, każdemu wydawało się, że jest mniejszy od niego. Ściskał dłoń każdemu z przybyłych mocno i pewnie. Potrząsał nimi przy tym i mówił głosem niskim, że bardzo mu przyjemnie. A patrzył przy tym z góry (nawet kiedy patrzył z dołu), swoim zmrużonymi oczyma, z brwiami ściągniętymi, przypominając drapieżnego ptaka, orła albo sokoła.

— Panie Paderewski — rzekł komisarz Korfanty, wręczając kompozytorowi naręcze białoczerwonych róż. — Bardzo nam miło pana witać i gościć. Cieszymy się, że zechciał pan przyjechać, aby przyjąć stanowisko premiera polskiego rządu.

Paderewski uśmiechnął się, mrużąc oczy, i odparł, że na razie za prędko mówić jeszcze o byciu premierem. Najpierw musi rozmówić się z Piłsudskim i załagodzić ten konflikt między nim a Komitetem Narodowym Polskim w Paryżu, którym kieruje pan Roman Dmowski.

— To jest największa bolączka demokracji, że zawsze są co najmniej dwie wizje świata, a żadna nie chce się zgodzić z tą drugą.

— Dobrze, że pan o tym wspomina — zagaił od razu pan Korfanty. — Właśnie z tego powodu chcemy pana zaprosić do Poznania. Bo w Poznaniu, w Wielkopolsce, jest jedna spójna wizja Polski, a mianowicie Polski niepodległej i wolnej od Niemców. Ale potrzeba nam jakiegoś symbolu. Jakiejś iskry, która rozpaliłaby serca Polaków i obudziła ducha narodu, ducha niepodległości.

I nawet jeśli tymi słowami pan Korfanty nie przemówił, tak dyktowało mu serce. I chyba Paderewski zrozumiał gdyż wyraził zgodę. Z początku wydawało się, że jest to zwykła, kurtuazyjna chęć odwiedzenia Poznania, jednak kiedy dowiedział się, że Niemcy mogą być niezadowoleni z jego przyjazdu, a nawet próbować temu zapobiec, prychnął nonszalancko i rzekł:

— Niech spróbują.

III

Postmeister Günther Zweig próbował być dobrym ojcem. I ojcostwo było dla niego ważniejsze nawet, niż praca. A jednak ta dziedzina życia była najtrudniejsza do opanowania i z każdym rokiem uświadamiał sobie coraz bardziej, że ma niewielki wpływ na to, kim będą jego dzieci.

Starał się ich ani nie rozpieszczać, ani nie być dla nich zbyt surowy. Zależało mu na tym, aby się dobrze wykształciły i aby były dobrymi ludźmi. Nie było u niego w domu miejsca na zawiść i na nietolerancję, potępiał antysemityzm i traktowanie Polaków z góry. Uczył synów szacunku do kobiet, a córkę do szacunku do własnej siebie.

— Elisabeth kochana — mówił jej — nie pozwól nigdy, aby jakikolwiek mężczyzna tobą pomiatał tylko dlatego, że jesteś kobietą. Jesteś takim samym człowiekiem jak każdy mężczyzna. To nie są już czasy, kiedy kobiety nadawały się tylko do trzech K: Kinder, Küche, Kirche[1].

A na wzór dawał jej Sissi, małżonkę cesarza Franciszka Józefa I, która nie dała się wcisnąć w wąskie ramy bycia kobietą i jeździła nieustraszenie konno, brała udział w polowaniach, podróżowała bez męża po całym świecie, uczyła się greki, filozofowała i pisała wiersze.

Teraz zastanawiał się jednak, czy aby słusznie postępował. Może gdyby nie dawał córce na wzór tak wyemancypowanej kobiety, Elisabeth nie zdradziłaby swojego narzeczonego i nie zaszła w ciążę z jakimś tajemniczym kochankiem.

Wierzył jednak w rozsądek córki i miał nadzieję, że wiedziała, co robi. I kiedy tylko z nią porozmawiają, okaże się, że niepotrzebnie się martwili.

A mimo to bał się tej rozmowy.

Gorzej miała się sytuacja z jego najmłodszym synem. Oskar skończył w tym roku szesnaście lat i osiągnął ten wiek, kiedy młody człowiek zaczyna myśleć samodzielnie, a im większy wpływ skrajnego środowiska, z tym większym przekonaniem człowiek ten sądzi, że to jego samodzielnie myślenie. W tym wieku też każda sugestia rodziców staje wrogą i archaiczną głupotą. A im bardziej wyważona, tym głupsza, tym bardziej oportunistyczna lub wręcz konformistyczna. Bo w tym wieku traci się postrzeganie kolorów, a świat staje się czarny lub biały. Wszystkie decyzje są proste i nie ma wątpliwości. Łatwo szafuje się takimi pojęciami jak zdrajca czy wróg.

I ojciec Oskara nie miałby nic przeciwko temu, gdyż rozumiał ten wiek, ale przypominając sobie Niemcy latem 1914 roku, łapała go obawa, że ten stan może mu nie minąć. Zwłaszcza patrząc na obraz obecnych Niemców, snujących się z szarymi twarzami po poznańskich uliczkach. Są wściekli, czują się oszukani i zdradzeni. Głównie ci, którzy na froncie nie byli, choć i kilku żołnierzy wśród nich też jest.

Niby dorośli ludzie, a cały świat zmniejszyli do kilku abstrakcyjnych pojęć, definiowalnych jedynie przez wewnętrzne uczucie, takich jak patriota, ojczyzna i wróg ojczyzny. Patriotą jest każdy, kto wpisuje się w ich pogląd, a wrogiem każdy inny. Wrogami stali się pacyfiści, socjaliści, komuniści, Polacy i Żydzi oraz cały świat na zachód od Renu.

Ciekawostką, którą herr Günther Zweig odkrył podczas rozmów z Hipolitem Ostrowskim, jego asystentem w Oberspostdirektion, jest, że i wśród polskiego społeczeństwa nasiliła się podobna tendencja. Cały mechanizm działa identycznie, jest i patriota, i ojczyzna, jest i ojczyzny wróg. A wrogami są oczywiście pacyfiści, socjaliści, komuniści i Żydzi, choć miejsce Polaków zajęli naturalnie Niemcy. Ze światem zachodnim sytuacja się troszkę komplikuje, bo jeśli, powiedzmy, Francja jest za wykrojeniem z Niemców kawałka dla Polski, to jest przyjacielem i sojusznikiem. Jeśli jednak taka Wielka Brytania ma do tego stosunek ambiwalentny i obawia się, że zbyt osłabione Niemcy mogą kiedyś w przyszłości zechcieć się zemścić, to zaczyna się troszeczkę w rolę wroga wpisywać.

W oczach Oskara ojciec, choć pozostawał ojcem, był konformistą. Nie był jednoznacznie po stronie patriotów, co syna bardzo martwiło. A najgorsze było to, że miał wyrzuty sumienia, że wysłał ich starszego brata Stephana na wojnę. A jak się robi rzeczy słuszne, nie można mieć wyrzutów sumienia.

Jeszcze pięć lat temu postmeister Zweig dumny był z tego, że jest Niemcem. Że pochodzi od narodu, który w tak krótkim czasie po zjednoczeniu się, po pozbieraniu małych, nierentownych państewek stał się imperium konkurującym z Wielką Brytanią, Francją a nawet Stanami Zjednoczonymi. Co się z nami stało?, myślał. Kto pokusił kajzera, aby ten zgodził się na wojnę Austro-Węgier, wciągając w nią całe Niemcy?

Choć i jego coś pokusiło tamtego lata. Czy to słońce grzało wtedy zbyt mocno w głowy niechronione kapeluszem? Bo przecież cały Poznań oczekiwał tej wojny. Całe Niemcy jej chciały. Być może i cała Europa. Po co?, pytał siebie.

Nie chciał myśleć o wojnie, zwłaszcza że przecież już ponad miesiąc temu się skończyła, ale ta myśl wracała do niego tego dnia natarczywie bez przerwy. Im bliżej Świąt Bożego Narodzenia, tym silniejsze stawało się wspomnienie pierwszej Wigilii w opustoszałym mieście, kiedy prawie wszyscy chłopcy w sile wieku byli na froncie. Wszyscy już zapomnieli o euforii, jaka towarzyszyła pierwszym dniom Wielkiej Wojny.

Od wybuchu wojny