Poznaj siebie i znajdź własną drogę - Jeff Goins - ebook
Opis

Nie zadowalaj się status quo. Znajdź w swoim życiu prawdziwy sens!

Życie rzadko toczy się zgodnie z planem czy naszymi życzeniami. Napotykamy wiele nieoczekiwanych rzeczy, niespodzianek i niepowodzeń, przez co często wydaje się nam, że jedyne rozsądne wyjście to wybrać bezpieczną drogę, czyli dostosować do oczekiwań, które świat formułuje wobec nas.

Jeff Goins proponuje lepsze rozwiązanie. Zaprasza w podróż i obiecuje, że doprowadzi ona do odnalezienia pracy, która pozwoli pochwycić sens naszego życia, gdyż powołanie nie jest domeną nielicznej grupy szczęśliwców. Każdy z nas może wykonywać pracę, która wypełni jego życie sensem. Trzeba tylko znaleźć w sobie odwagę, aby to powołanie odkryć, by ruszyć w drogę pełną niebezpieczeństw, trudności i wyzwań.

Książka opiera się na przekonaniu, że powinniśmy wrócić do starożytnej koncepcji powołania i spojrzeć na pracę jako na coś więcej niż tylko zbiór obowiązków zawodowych czy sposób zarobkowania na życie.

Powinniśmy szukać pracy, którą można wykonywać z pasją i dzięki której każdy kolejny dzień jest nową, fascynującą przygodą.


Jeff Goins sam jest przykładem takiego twórczego poszukiwania własnej drogi i powołania - muzyk, blogger i autor kilku książek. Jego strona internetowa, Goinswriter.com, odnotowała już ponad cztery miliony odwiedzin użytkowników z różnych zakątków świata.


Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 264

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


JEFF GOINS

Poznaj siebiei znajdź własną drogę

Tłumaczyła Magda Witkowska

Tytuł oryginału: THE ART OF WORK. A Proven Path To Discovering What You Were Meant To Do

Przekład: Magda Witkowska Redakcja: Bogumiła Walicka Korekta: Maria Żółcińska Projekt okładki: Marcin Górski Skład: Shift_Enter

Copyright © 2015 by Jeff Goins All rights reserved.

Copyright © for the Polish edition by MT Biznes Ltd.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentów niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci zabronione. Wykonywanie kopii metodą elektroniczną, fotograficzną, a także kopiowanie książki na nośniku filmowym, magnetycznym, optycznym lub innym powoduje naruszenie praw autorskich niniejszej publikacji. Niniejsza publikacja została elektronicznie zabezpieczona przed nieautoryzowanym kopiowaniem, dystrybucją i użytkowaniem. Usuwanie, omijanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.

Warszawa 2016

MT Biznes sp. z o.o.

ul. Jutrzenki 118, 02-230 Warszawa

tel. (22) 632 64 20

www.mtbiznes.pl

e-mail: sekretariat@mtbiznes.pl

ISBN 978-83-8087-001-7 (format e-pub)

ISBN 978-83-8087-002-4 (format mobi)

Wersja elektroniczna:

Karol Ossowski

Wprowadzenie Triatlonista, którego nie powstrzyma nawet rak

Wprowadzenie

Triatlonista, którego nie powstrzyma nawet rak

Bo wielu jest powołanych, lecz mało wybranych.

Mt 22, 14[1]

Powołanie to nie coś, co wynika ze starannie opracowanego planu. Powołanie to coś, co pozostaje, gdy plan spali na panewce.

Pewnego czerwcowego popołudnia w 2000 roku Eric Miller wyrwał się wcześniej z pracy, żeby popatrzeć, jak jego pięcioletni syn gra w T-ball. W trakcie rozgrywki wraz z żoną Nancy zauważyli, że mały Garrett ma trudności nie tylko z ustawieniem piłki na słupku, ale nawet z utrzymaniem równowagi. Zaniepokojeni tym spostrzeżeniem zabrali dziecko do lekarza, który bezzwłocznie zlecił wykonanie tomografii. Gdy zaproszono ich do pomieszczenia, które w żargonie medycznym określa się mianem „cichego pokoju”, wówczas Eric od razu się zorientował, że coś jest nie tak. Pracował jako pielęgniarz, więc doskonale wiedział, czemu służą takie zaproszenia. Tego typu pokoje to miejsce, w którym przekazuje się ludziom złe, niekiedy straszliwe wieści. Wchodzili do tego pokoju o szóstej po południu[2].

O wpół do dwunastej Garrett został przyjęty do szpitala dziecięcego w Denver w stanie Kolorado, gdzie natychmiast trafił na stół operacyjny. Następnego ranka, 24 czerwca, z tylnej części głowy pięciolatka usunięto guz wielkości piłeczki golfowej. Diagnoza brzmiała: rdzeniak zarodkowy. Eric Miller podkreśla, że żadne dziecko nie powinno nigdy poznać tego słowa[3]. W wyniku operacji Garrett stracił wzrok i mowę, doznał też paraliżu. Został podłączony do aparatury podtrzymującej funkcje oddechowe. Lekarze dawali mu zaledwie 50 procent szans na przeżycie kolejnych 5 lat, należało liczyć się z tym, że będzie się musiał od nowa nauczyć chodzić, mówić i korzystać z toalety.

Państwo Millerowie zaczęli odliczać dni, które dane im będzie spędzić z synem.

Pewnego dnia w trakcie leczenia Eric spojrzał na syna i zaczął się zastanawiać nad tym, jak szybko jego czas dobiega końca. Mimo tych wszystkich wyzwań, które los rzucił małemu chłopcu, mimo wszystkich trosk, które ich z tego powodu dręczyły, w jego głowie zaświtała pewna myśl. Ta myśl była dla niego jak objawienie. Eric sam przecież pracował w służbie zdrowia, a w tej branży „bez przerwy komuś wybija jego godzina”. Nagle więc do niego dotarło, że źle do tego wszystkiego podchodzi. Nie tylko bowiem Garrett może umrzeć w każdej chwili. Każdy może umrzeć w każdej chwili. Nie ma żadnej gwarancji, że ktokolwiek z rodziny Millerów będzie żył dłużej niż Garrett.

„Żyć trzeba przez cały czas” – powiedział mi Eric. – „Nikt z nas nie może wiedzieć na pewno, że za godzinę czy dwie będzie dalej chodzić po tym świecie”. Państwo Millerowie postanowili w pełni wykorzystać ten czas, który im pozostał.

Gdy Garrett został odłączony od respiratora i wypisany z oddziału intensywnej terapii, wówczas ojciec zaczął się zastanawiać, czy ktokolwiek mogłby zrozumieć, jak się czuje jego synek. Siedział w przeszklonym szpitalnym holu i modlił się o ulgę w tej rozpaczy, która mogła lada moment pozbawić rodzinę resztek nadziei[4]. Mniej więcej w tym okresie trafił na historię niewidomego Matta Kinga, inżyniera firmy IBM, a jednocześnie słynnego na całym świecie cyklisty tandemowego[5].

Jesienią tamtego roku Eric zabrał swojego syna na spotkanie z Mattem Kingiem, który brał akurat udział w odbywającej się w okolicy imprezie rowerowej. Garrett miał wówczas okazję usiąść na tandemie: chwycić dłońmi za kierownicę i poczuć pedały pod stopami. To było dla niego olśnienie. Od tamtej pory pragnął jeździć rowerem. Ani on, ani jego ojciec nie zdawali sobie wtedy jeszcze sprawy z tego, że oto właśnie rozpoczął się proces, który odmieni nie tylko ich życie, ale też życie wielu innych ludzi.

Kilka miesięcy później Garrett powiedział mamie, że chciałby spróbować wsiąść na rower. Nie bardzo jej się ten pomysł podobał, ale chłopiec bardzo nalegał. Od czasu operacji odzyskał częściowo wzrok i poruszał się samodzielnie, chociaż chodził jeszcze słabo. Z pomocą mamy wsiadł na swój stary rower i zaczął pedałować. Najpierw szło mu dość niezdarnie, więc mama biegła cały czas przy nim, żeby pomóc mu utrzymać równowagę. W końcu jednak przestała za nim nadążać, bo rozpędzał się coraz bardziej, aż w pewnym momencie wyzwolił się z jej uścisku – przez krótką chwilę mógł na nowo doświadczyć wolności, którą znał sprzed choroby. Jeszcze tego samego dnia ojciec przyprowadził do domu nowy tandem, aby mogli na nim jeździć razem.

Pół roku później, po roku naświetlań i chemioterapii, sześcioletni Garrett przekroczył linię startu podczas swojego pierwszego w życiu triatlonu. Ojciec biegł za nim, pchając go na wózku. Miało to miejsce 24 czerwca 2001 roku, dokładnie rok po pierwszej operacji, w wyniku której stracił sprawność fizyczną[6]. Dla ojca i syna, którzy wcześniej tak wiele razem przeszli, ten wyścig stanowił próbę powiedzenia całemu światu – i sobie samym – że jeden mały guz nie stanie im na drodze do tego, by żyć pełnią życia i się tym cieszyć. Dzięki leczeniu, któremu Garrett został później poddany, jego szanse na przeżycie wzrosły i wynoszą obecnie 90 procent.

Wszystko to miało miejsce czternaście lat temu.

Od czasu tamtej pierwszej operacji, która pozbawiła go tak wielu podstawowych sprawności, Garrett miał okazję uczestniczyć już w kilkunastu triatlonach, czasami z ojcem, czasami sam. Nie odzyskał co prawda w pełni wzroku, ale widzi rozmazane przedmioty i kształty. Wedle kryteriów wynikających z przepisów prawa cały czas pozostaje niewidomy, ale udało mu się zrobić postępy, które lekarzom wydawały się niemożliwe. Bez przesady można więc powiedzieć, że Garrett to chodzący cud.

***

Nie jest to jednak książka o cudach. To jest książka o poszukiwaniu własnego powołania. O poszukiwaniu powodu, dla którego pojawiliśmy się na świecie. Powołanie to jest coś, czego nie można nierealizować. Nie jest to też odpowiedź na odwieczne pytanie: „Co mam zrobić ze swoim życiem?”.

Napisano już wiele książek o tym, jak znaleźć pracę marzeń i jak zostać ekspertem w jakiejś dziedzinie. Ta książka jest inna. Poznaj siebie i znajdź własną drogę to książka o powołaniu. Samo słowo „powołanie” wywodzi się z łacińskiego „vocare” (wzywać) i pierwotnie używano go przede wszystkim w sensie religijnym, w kontekście powołań kapłańskich. Przez wieki powołanie traktowano jako zjawisko odnoszące się do wąskiej grupy wybrańców, którzy potrafili je w sobie odnaleźć.

Może jednak należałoby spojrzeć na to inaczej? Może każdy z nas ma własne powołanie?

Na kartach tej książki będę próbować spojrzeć na powołanie jako bardzo ważny aspekt wykonywanej pracy. Przytaczając historie zupełnie zwyczajnych ludzi, będę dowodzić, że większość z nas, o ile w ogóle myśli o powołaniu, to myśli o nim niewłaściwie. Droga prowadząca do znalezienia pracy, która miałaby dla nas sens, nie zawsze przebiega według szczegółowego planu. Do sensu życia dochodzi się często krętymi ścieżkami, a bardziej niż same doświadczenia życiowe liczy się to, jak się w ich obliczu zachowujemy.

Każdy kolejny rozdział opowiada historię innego człowieka, ilustrującą jakiś element pewnej spójnej całości – opisując jeden z siedmiu aspektów powołania. Te historie co prawda się od siebie różnią, ale wszystkie mają pewną wspólną cechę. Otóż ich bohaterowie odkrywają coś, co dla nich samych stanowi zaskoczenie. Moim zdaniem zbyt rzadko się dziś o tym mówi, a przecież dzięki temu każdy z nas mógłby lepiej zrozumieć istotę własnej podróży przez życie. Doskonale widać to na przykładzie historii pięcioletniego chłopca, który pokonał raka i teraz startuje w triatlonach.

W ciągu osiemnastu lat swojego życia Garrett Rush-Miller ukończył zawody Half Ironman, wspiął się na Machu Picchu i zdobył harcerski stopień Eagle Scout. Chodzi do szkoły i pracuje na miejscowej ściance wspinaczkowej, a w wolnym czasie uczestniczy w działaniach prowadzonych przez organizację charytatywną Wounded Warriors, która wspiera i aktywizuje weteranów. Gdy powstawała ta książka, Garrett właśnie kończył szkołę średnią – i marzył o tym, żeby znaleźć dziewczynę.

Gdy Eric przysłał mi pocztą elektroniczną materiały prasowe dotyczące historii jego syna, od razu chwyciłem za słuchawkę, żeby do nich zadzwonić. Rozmawiałem z Garrettem i jego ojcem podczas szkolnej przerwy obiadowej. Zaskoczyło mnie, że dostrzegają wagę przesłania zawartego w ich historii. Nie da się jej podciągnąć pod mit „od pucybuta do milionera”, nie ma w niej wielkiej przemiany duchowej. To historia z jednej strony inspirująca, ale z drugiej na wskroś praktyczna. Oni po prostu starali się przetrwać i znaleźć w życiu jakiś sens – i właśnie dlatego ta ich relacja tak mocno do mnie przemówiła.

Zapytałem Garretta, czy zastanawiał się kiedyś, jak wyglądałoby jego życie, gdyby tamtego popołudnia na boisku świetnie mu poszło, gdyby nigdy nie zachorował i nie musiał przeżyć sześćdziesięciu czterech tygodni chemioterapii.

„W sumie to nigdy się nad tym nie zastanawiałem” – przyznał.

Jego ojciec podchodził do tego tak samo.

„Prawda jest taka” – wyjaśnił – „że dostało nam się od losu to, co nam się dostało. Próbowaliśmy po prostu jak najlepiej sobie z tym wszystkim poradzić”.

Eric Miller zawsze starał się skupiać uwagę syna na tym, co jest w stanie osiągnąć, nie zaś na tym, co wykracza poza granice jego możliwości. Dzięki takiej postawie obaj mogli w życiu doświadczyć wielu niesamowitych rzeczy. Eric nie był w stanie ochronić syna przed bólem i cierpieniem, czego oczywiście bardzo żałuje. Potrafił mu natomiast pomóc zrozumieć, że liczy się nie to, co się dostaje od życia, tylko to, co się z tym zrobi[7].

Kurs na powołanie

Pewnie był taki moment w twoim życiu, kiedy ci się wydawało, że masz do wypełnienia jakąś ważną życiową misję. Potem jednak poszedłeś do liceum. Albo na studia. Rodzice przekonali cię, że powinieneś zostać prawnikiem, a nie piekarzem. Profesor ci doradził, że bezpieczniej będzie iść na medycynę, niż przeprowadzać się do Nowego Jorku i próbować sił na scenie. Posłuchałeś tych rad. Zaczęło się tak zwane prawdziwe życie i dałeś sobie spokój z tymi dziwnymi pomysłami. Powtarzałeś sobie, że wcale nie porzucasz swojego marzenia, tylko po prostu doroślejesz. Tłumaczyłeś sobie, że nadzwyczajne wybory to przejaw egoizmu i niedojrzałości. Zacząłeś wątpić w autentyczność tych swoich młodzieńczych pragnień.

Gdzieś jednak w głębi duszy nawet wtedy wiedziałeś, że nie postępujesz właściwie. Świat atakował cię ze wszystkich stron, a ty miałeś na głowie całą masę różnych spraw – a mimo to w twojej głowie stale pobrzmiewał cichutki głosik, który odzywał się w spokojniejszych chwilach i namawiał cię do snucia wizji niespełnionego życia. Jeśli wsłuchasz się dość uważnie, to usłyszysz go nawet dziś.

Na każdym kroku ludzie formułują przeróżne wymówki, żeby nie zajmować się tym, co stanowi prawdziwy sens ich życia. Niektórzy twierdzą, że „ciągle nad tym pracują”, inni obojętnie wzruszają ramionami. Jeszcze inni twierdzą, że jeszcze nie wiedzą, czym się chcą w życiu zajmować. Na pozór brzmi to wszystko niewinnie, ale wcale takie nie jest. Uczciwa ocena sytuacji musiałaby nas doprowadzić do wniosku, że oto tkwimy w ślepym zaułku i bez większego sensu przenosimy się od jednego biurka do drugiego – sami nie bardzo wiedząc, czego właściwie oczekujemy i na czym nam zależy. Godzimy się na to, co nam przynosi życie. Jest, jak jest. Z całych sił staramy się zapanować nad rzeczywistością, ale coś nam stale nie daje spokoju. Pocieszenia możemy szukać jedynie w tym, że inni też się tak męczą.

Wraz z nastaniem nowej epoki w dziejach ludzkości – wraz z wydłużeniem się przeciętnego ludzkiego życia i wzrostem wydajności rozwiązań technologicznych – ludzie zaczęli szukać odpowiedzi na coraz bardziej ważkie pytania. Nagle dotarło do nas, że dotychczasowa filozofia już się nie sprawdza. Fabryki raczej się kurczą, niż rozbudowują. Nikt już nie może liczyć na to, że przepracuje czterdzieści lat w tym samym miejscu. Rzeczywistość zmusza nas do zmiany spojrzenia na nasze życie zawodowe. Potrzebujemy dziś nowego podejścia… Chociaż to całkiem stare też może by się sprawdziło.

Istnieje sposób na to, by znaleźć dla siebie wartościowe zajęcie – i wcale nie trzeba w tym celu wyrzekać się własnych wartości ani iść w ślady rodziców. Nie da się tego jednak nauczyć w szkole, zupełnie się to różni od wizji przyszłości, którą roztaczali przed nami nauczyciele. Mimo to warto spróbować. Życie to nie tylko bierne godzenie się na to, co nam przyniesie los – a praca to coś więcej, niż podpisywanie listy obecności.

Jak jednak znaleźć coś, co przez długi czas tkwiło w lamusie?

W tej książce zostanie opisana podróż, która poprowadzi nas bardzo starą drogą. Jest to droga mistrzów rzemieślników, pradawna trasa wymagająca wytrwałości i poświęcenia, wąska ścieżka znana tylko nielicznym. Będziemy podążać śladami informatyków i strażników leśnych, a jednocześnie uczestniczyć w tym samym procesie, któremu swoją karierę zawdzięcza wielu znanych rysowników, misjonarzy i przedsiębiorców.

Niekiedy będziesz musiał zaufać własnemu instynktowi. Nieraz przyjdzie ci zrobić coś, co okaże się mało przyjemne albo wręcz nieprzyjemne. Po drodze będziesz jednak spotykać znaki, dzięki którym zyskasz pewność, że zmierzasz we właściwym kierunku.

Książka zawiera opis drogi, ale nie jest przewodnikiem po życiu. Jest raczej pewnego rodzaju szablonem, w który można wpisać własne doświadczenia. To nie jest eksperyment naukowy, nie możesz więc oczekiwać żadnych konkretnych rezultatów. Nie licz na to, że ktoś będzie cię próbował zainspirować, że ktoś ci powie, jak masz żyć.

Na podstawie setek historii ludzi, którzy odkryli swoje powołanie, udało mi się zdefiniować siedem zjawisk wspólnych dla ich doświadczeń. Zostały one opisane w kolejnych rozdziałach. Każdy z tych rozdziałów zawiera historię co najmniej jednej osoby i skupia się na jednym z poniższych zagadnień.

Świadomość.

Nauka rzemiosła.

Ćwiczenia.

Poznanie.

Wprawa.

Biegłość.

Spuścizna.

Powyższe zestawienie można traktować jako listę kolejnych kroków, ale równie dobrze jako zestaw nakładających się na siebie faz, które się w pewnym momencie rozpoczynają, ale potem trwają już do końca naszych dni. Świadomość trzeba w sobie oczywiście rozbudzić, ale potem można szukać rad i pomocy również na etapie nauki rzemiosła. To samo dotyczy ćwiczeń – umiejętności można bowiem doskonalić na długo po tym, jak się je wstępnie opanuje.

Ta książka opisuje proces poszukiwania takiej pracy, która nadawałaby naszemu życiu sens. Z początku proces ten może przebiegać chaotycznie, ale w pewnym momencie z tego chaosu wyłoni się ład. Jeśli będziesz konsekwentnie pokonywać kolejne kroki, wykazując się przy tym uwagą i wytrwałością, to znajdziesz w końcu coś naprawdę wyjątkowego, z czego będziesz naprawdę dumny.

Co mogłoby być, nie ma znaczenia

„Ludzie się często niepotrzebnie zastanawiają nad tym, jak mogłoby wyglądać ich życie w innych okolicznościach” – powiedział mi Eric Miller, gdy jego syn odszedł do swoich zajęć i rozmawialiśmy już tylko we dwóch. „Jakie to ma znaczenie, jak mogłoby wyglądać życie Garretta? To zupełnie nieistotne. To się nigdy nie stanie. Jesteśmy w tym miejscu, w którym jesteśmy. Zmierzamy tam, dokąd zmierzamy”.

W jego głosie pobrzmiewał wojskowy stoicyzm, który zapewne bardzo mu się przydał przez te ponad dziesięć lat pracy z niepełnosprawnym dzieckiem – a także w pracy w zawodzie ratownika medycznego i pielęgniarza. Eric opowiedział mi później również o swoim rozwodzie. Stwierdził, że dywagacje na temat tego, co mogłoby nas w życiu spotkać, ale nas nie spotkało, utrudniają ludziom skupienie się na chwili obecnej. Tymczasem życie jest pełne niespodzianek, więc nie warto zbyt wielu rzeczy żałować, nie warto próbować też odzyskać tego, co zostało bezpowrotnie utracone.

„Wydaje mi się…, że w przypadku wielu ludzi” – dodaje – „problem wynika z niepotrzebnych rozmyślań typu: A co by było, gdyby…? Po cholerę tak myśleć? Stało się, co się stało”.

Zastanawiam się natomiast, co by się nie stało, gdyby Garrett nie zachorował.

„A to jest zupełnie inna sprawa” – przyznaje Eric nieco łagodniejszym tonem. „Nad tym się cały czas zastanawiamy. Wtedy nie byłoby w naszym życiu tego wszystkiego, co mamy. Wtedy wszystko wyglądałoby zupełnie inaczej”.

Nie byłoby tego wszystkiego. Nie byłoby triatlonów, nie byłoby fundacji, którą założyli. Nie udałoby im się wpłynąć na los wielu ludzi. To wszystko by się nie stało, gdyby piętnaście lat temu rodzina Millerów nie przeżyła wielkiej tragedii. Z powodu choroby Garretta Eric poznał wiele sposobów wspierania innych ludzi. Podczas pracy na szpitalnym oddziale intensywnej terapii często ma okazję rozmawiać z ludźmi przeżywającymi chwile wielkiej udręki.

„Z powodu choroby Garretta wydaję im się bardziej wiarygodny” – mówi.

Co robi Eric, żeby dać chorym nadzieję? Jak pomaga im poradzić sobie z bólem? Mówi im, żeby się nie poddawali, nawet jeśli im się wydaje, że już nie mają siły.

„Wielu różnych ludzi teraz na ciebie patrzy… i ci wszyscy ludzie czerpią życiową siłę, siłę do podejmowania życiowych wyzwań z tego, co ty teraz przechodzisz. Zapewniam cię, że twoje życie ma sens, twoje życie jest ważne, a ty sam doświadczasz teraz czegoś, czego sam nie jesteś w stanie w pełni zrozumieć”.

Właśnie taką postawę przyjął Eric i taką postawę wpajał swojemu synowi. Przekonał sam siebie i przekonywał Garretta, że chociaż jest im chwilowo bardzo ciężko, to ich życie ma sens. Wyszedł z założenia, że nie ma sensu wypatrywać nadzwyczajnych okazji ani czekać, aż sytuacja się poprawi – że już teraz trzeba wydobyć z życia tyle, ile tylko się da. Doświadczenia Garretta Rusha-Millera przynoszą nam odpowiedź na pytanie, które wielu z nas boi się w ogóle zadać: Co się stanie, jeśli przyjdzie nam wieść życie inne niż to, które sobie zaplanowaliśmy?

Niepowodzenia i niespodzianki zdarzają się w życiu każdemu. Każdy z nas przeżył rozczarowanie. Każdemu pewnie zdarzyło się pomyśleć, że nie tak miało być. Każdy z nas musiał sobie w pewnym momencie poradzić z wielkim chaosem w swoim życiu. Słuchając historii Garretta, doszedłem do wniosku, że różnica między ludźmi nadzwyczajnymi i zwyczajnymi wynika nie tyle z życiowych okoliczności, ile przede wszystkim z nastawienia. Być może zatem powinniśmy zacząć postrzegać różne życiowe trudności jako szanse i wtedy każdy z nas będzie mógł napisać własną ważną historię.

Nie mamy wpływu na to, co nas spotyka w życiu, ale tylko od nas zależy, jak się będziemy w obliczu tych wydarzeń zachowywać. Być może moglibyśmy więc zachowywać się tak, aby osiągnąć w życiu więcej, niż dałoby się zdziałać według jakiegokolwiek planu. Aby to było możliwe, musimy przestać myśleć o tym, co nam się od życia należy. Musimy zaakceptować to, co będzie nam w życiu dane – i uznać, że być może dzięki temu uda nam się osiągnąć coś, co wykracza poza granice naszej wyobraźni.

Twoje życie nie jest przypadkiem, ale jest pełne niespodzianek. Ta książka ma ci pomóc zrozumieć, co powinieneś zrobić, kiedy się one pojawią.

CZĘŚĆ PIERWSZA

Przygotowania

ROZDZIAŁ 1

Słuchanie głosu własnego życia

Wezwanie – szukaj po staremu, nie po nowemu

Zanim powiem mojemu życiu, co chcę z nim zrobić, muszę się w nie wsłuchać, żeby mi powiedziało, kim jestem.

Parker Palmer

Powołanie nie pojawia się tak „po prostu”. Trzeba cały czas wypatrywać wskazówek i wsłuchiwać się w głos własnego życia. Świadomość przychodzi z czasem.

Na korytarzach Emory Hospital panował tamtego dnia szczególnie duży ruch. Jody Noland przeciskała się przez tłum, żeby dotrzeć do pokoju przyjaciela. Mijała ludzi, którzy przybyli odwiedzić bliskich, usiłując znaleźć odpowiedź na dręczące ją pytanie: Jak to możliwe, że Larry’emu przytrafiło się coś tak strasznego?

Larry Elliott jakiś czas temu postanowił radykalnie odmienić swoje życie. Sprzedał dobrze prosperującą firmę ubezpieczeniową, żeby pomagać dzieciom. Zaczęło się od tego, że wspólnie z żoną Bev podjęli pracę wychowawców w domu dziecka w Alabamie, a potem Larry objął stanowisko kierownicze w innej podobnej placówce na obrzeżach Atlanty. Zaplanował sobie, że drugą połowę swojego życia przeżyje inaczej niż pierwszą. Okazało się jednak, że ma zdecydowanie mniej czasu, niż mu się wydawało.

Larry i Bev wybrali się wraz z rodziną na długo wyczekiwane wakacje do Europy. Mieli mieć czas dla siebie i dla swoich dzieci. Wszyscy czekali na tę wyprawę z niecierpliwością.

Dolegliwości pojawiły się podczas lotu do Włoch, najpierw w postaci rwącego bólu między skroniami. We Florencji Larry poddał się badaniu tomografii komputerowej, które wykazało guz w mózgu. Rodzina musiała skrócić pobyt w Europie, a w drodze do domu pilot utrzymywał niższą wysokość, żeby ciśnienie wewnątrzczaszkowe u Larry’ego nadmiernie się nie podniosło. Następnego ranka Larry przeszedł operację. W wieku czterdziestu ośmiu lat stanął do walki z rakiem mózgu.

Jody odnalazła jego pokój bez większego problemu. Wspominała to później w swojej książce: „To był ten, z którego ludzie się wylewali na korytarz”[8]. Pokój nie był w stanie pomieścić wszystkich przyjaciół, których Larry sobie zaskarbił w życiu. Mimo bólu chory próbował wszystkich pocieszać.

Tamtego dnia zachowywał się jednak tak, jak gdyby z czymś mu się spieszyło. W pewnym momencie poprosił żonę, żeby mu przyniosła kartkę i coś do pisania. Jody wydało się to dziwne. Bev jej później wyjaśniła, że Larry chciał jeszcze przed operacją napisać listy do każdego ze swoich dzieci. Nie wiedział, czy przeżyje, a pragnął wyrazić swoją miłość i każdemu z dzieci napisać, co w nim dostrzega wyjątkowego i nadzwyczajnego.

Larry przeżył operację i żył potem jeszcze dziewięć miesięcy.

W tym samym roku Jody straciła jeszcze dwoje innych przyjaciół. Oboje nie mieli jeszcze pięćdziesięciu lat i zmarli nagle. Ich śmierć była dla wszystkich wielkim szokiem. Jody stała się więc świadkiem żałoby trzech rodzin. Myślała wówczas o tym, że słowa Larry’ego przynosiły jego rodzinie pocieszenie. Współczuła dzieciom, które „co prawda wiedziały, że rodzice kochali je bezgranicznie, a mimo to i tak boleśnie odczuwały brak wsparcia i poczucia bezpieczeństwa z powodu ich fizycznej nieobecności”. Nie mogła przestać myśleć o tych listach, o ich znaczeniu.

Zaczęła opowiadać historię Larry’ego. „Nie sądzisz, że każdy z nas powinien zrobić coś takiego dla swoich bliskich?” – dopytywała, żeby wzbudzić zainteresowanie swoich rozmówców. Często słyszała wówczas w odpowiedzi: „No tak, ale ja przecież nie mam wprawy w pisaniu” albo „No tak, ale ja bym nie wiedział, od czego zacząć”.

„Własny dar” – powiedziała mi Jody – „człowiek zaczyna dostrzegać wtedy, gdy proste wydaje mu się coś, co inni uważają za trudne. Nie mogłam się uwolnić od myśli, że to przecież takie proste. Może zatem mogłabym w tym ludziom pomóc? (…) To, co ludziom się wydawało strasznie trudne, dla mnie było proste”[9].

W końcu postanowiła pójść za głosem instynktu.

Zainicjowała program Leave Nothing Unsaid i napisała książkę, która miała pomóc ludziom w każdym wieku w redagowaniu listów do bliskich. Po raz pierwszy przeszło jej to przez myśl po śmierci Larry’ego, ale pomysł nabrał realnych kształtów dopiero wtedy, kiedy postanowiła podjąć konkretne działania. Nie mogła uwolnić się od myśli, że ktoś coś powinien w tej sprawie zrobić. W końcu doszła do wniosku, że tym kimś jest ona.

Jody Noland ma pięćdziesiąt osiem lat i powoli zaczyna dochodzić do wniosku, że jej dotychczasowe życie zmierzało właśnie do tego momentu. Teraz robi to, po co przyszła na świat. Odebrała od życia wiele trudnych, ale cennych lekcji. Nawet jeśli nieraz doświadczyła bólu, to zawsze się przy tym czegoś uczyła. Gdyby jednak nie wykazała się uwagą, to coś istotnego mogłoby jej umknąć.

Szczęście jest przereklamowane

Realizacja marzeń to wątek przewodni dwóch popularnych historii. Pierwsza z nich opowiada o losach człowieka, który jest kowalem własnego losu. W tym przypadku mamy do czynienia ze zdeterminowanym bohaterem, który przezwycięża przeciwności losu i mimo nikłych szans jednak odnosi sukces. W przekonaniu wielu ludzi tylko w ten sposób – poprzez wytrwałe dążenie do celu – można w życiu cokolwiek osiągnąć. Rzecz jest stosunkowo prosta: trzeba sobie wyznaczyć cel, a potem ciężko pracować i realizować kolejne założenia. W tej historii człowiek może być tym, kim tylko zapragnie być. Może dokonać wszystkiego. Wystarczy, że będzie dostatecznie ciężko pracować. W tej historii człowiek ma pełną kontrolę nad swoim przeznaczeniem. W rzeczywistości nie zawsze okazuje się to takie proste.

Michael J. Fox wystąpił w filmie The Secret of My Success. Gra w nim młodego człowieka imieniem Brantley, który postanawia zrobić karierę w świecie korporacji. Po licznych niepowodzeniach w końcu traci cierpliwość. Przebieg niepomyślnej rozmowy kwalifikacyjnej komentuje słowami: „Wszędzie dzisiaj słyszę, że coś jest ze mną nie tak. Że jestem za młody, za stary, za wysoki albo za niski. Na czymkolwiek polega problem, mogę go rozwiązać. Mogę być starszy. Mogę być wyższy. Mogę być taki, jaki mam być”[10].

Podobnie jak wielu innych ludzi, Brantley wierzy, że wystarczy czegoś bardzo chcieć, żeby to osiągnąć. Ostatecznie jednak odkrywa tajemnicę sukcesu. Przekonuje się, że osiągnięcie wyznaczonych celów wcale nie musi dać człowiekowi szczęścia.

Druga historia opiera się na założeniu zgoła przeciwnym. W tej historii człowiek nie jest kowalem własnego losu, ponieważ jakiś konkretny los jest mu z góry pisany. Co będzie, to będzie. Życie toczy się niezależnie od naszych pragnień, my zaś na nic nie mamy wpływu – a ostatecznie dojdziemy też do wniosku, że nic w naszym życiu nie mogło się potoczyć inaczej, niż się potoczyło. Cóż jednak jest fascynującego w takim życiu, które toczy się według gotowego scenariusza? Jak się w to wpisują te liczne historie o żalu wyrażanym na łożu śmierci? Nawet jeśli ktoś wierzy w „los” i „przeznaczenie”, to i tak chce mieć poczucie, że jednak coś w życiu zależy od niego. Musi zatem istnieć jakaś inna droga.

W tej pierwszej historii człowiek może być tym, kim tylko zechce. W tej drugiej nie ma nic do gadania. Być może jednak istnieje jeszcze jakaś trzecia opcja? Być może nie należy utożsamiać sensu życia z realizacją naszych pragnień? Nawet jeśli na pewne rzeczy nie mamy wpływu, to być może jednak liczy się to, jak będziemy na nie reagować? Czy nasze życie ma jakiś sens, czy też po prostu szwendamy się po chaotycznym wszechświecie? Teoretycy religii, naukowcy i doradcy zawodowi zastanawiają się nad tym od wieków. My teraz spróbujemy podejść do tych kwestii bardziej pragmatycznie.

Skupmy się zatem na tym, co wiemy. Wielu ludzi z niechęcią myśli o swojej pracy, czyli o tym, na czym upływa im znaczna część życia. Z niedawno przeprowadzonych badań wynika, że zaledwie 13 procent pracowników na świecie wyraża zaangażowanie w swoją pracę. Pozostałe 87 się z pracą nie utożsamia, upatrując w niej raczej źródło frustracji niż satysfakcji[11]. Takie wyniki chyba nikogo nie dziwią. Tak samo jak się nie dziwimy, gdy przyjaciółka stwierdza, że nie cierpi swojej pracy, albo gdy ktoś z rodziny narzeka na swojego szefa. Tego typu zachowania są społecznie akceptowane. Nauczono nas widzieć w pracy swego rodzaju uciążliwość, obowiązek realizowany tylko w celu uzyskania środków do życia. I właśnie na tym polega problem.

Człowiek nie będzie się w stanie wspinać na wyżyny własnych możliwości, jeśli zamiast realizować swoje marzenia, będzie się musiał zadowolić wypełnianiem obowiązków. Co do tego chyba nikt nie ma wątpliwości. Właśnie z tego powodu ludzie dziś coraz częściej zmieniają pracę. Bardzo chcą być szczęśliwi, ale im to nie wychodzi. Większość z nas dobrze to zna – większość z nas porzuciła coś kiedyś z nadzieją, że następna odsłona tego samego okaże się lepsza. Potem jednak przeżyliśmy rozczarowanie, ponieważ nowa praca czy nowy związek okazały się być tak samo skomplikowane jak te, od których się przed chwilą uwolniliśmy.

Może jednak po prostu źle do tego podchodzimy. Może najgorsze, co można zrobić, aby zapewnić sobie w życiu szczęście, to próbować być szczęśliwym. Taki wniosek zdaje się płynąć z pracy uznanego austriackiego psychiatry Viktora Frankla. Frankl przeżył Holocaust, zaznał więc w życiu ogromnego cierpienia. To doświadczenie stało się dla niego źródłem cennej lekcji. Jego zdaniem ludzie nie są wcale z natury nastawieni na dążenie do przyjemności i unikanie bólu. Jego zdaniem ludzie szukają w życiu sensu. Wbrew powierzchownym deklaracjom, wcale nie zależy nam na szczęściu. Samo szczęście nie wystarczy, aby zaspokoić nasze najgłębsze pragnienia. Zabiegamy więc o coś więcej, o coś transcendentnego – o powód do odczuwania szczęścia[12].

Na podstawie własnych doświadczeń z pobytu w nazistowskim obozie koncentracyjnym, a także z pracy z pacjentami o skłonnościach samobójczych, Frankl doszedł do wniosku, że istnieją w życiu trzy źródła sensu: po pierwsze, plan; po drugie, bliska relacja z drugim człowiekiem; po trzecie, umiejętność dostrzeżenia zbawczej roli cierpienia. Frankl stwierdził, że jeśli człowiek ma jakieś zadanie do wykonania, jeśli ma coś, do czego może wrócić następnego dnia, to będzie mieć powód, by ten kolejny dzień przeżyć. Jego samego trzymały przy życiu: rękopis książki, nad którą pracował, zanim trafił do obozu, oraz nadzieja na ponowne spotkanie z żoną. Z czasem nauczył się też dostrzegać sens we własnym cierpieniu. Miał zadanie do wykonania i wierzył, że ktoś na niego czeka, a dodatkowo potrafił w odpowiedni sposób spojrzeć na cierpienie – i dlatego on przeżył, kiedy innym się nie udało. Jego wspomnienia zatytułowane Człowiek w poszukiwaniu sensu to jedna z najpopularniejszych książek XX wieku, ważna dla milionów ludzi[13].

Bardzo często nie zdajemy sobie sprawy z tego, że historia naszego życia nie powinna skupiać się na nas – nawet jeśli dominującym jej wątkiem jest ból. Ani rozpamiętywanie przeszłości, ani przesadne wybieganie myślami w przyszłość nie pomogą nam osiągnąć spełnienia. Frankl twierdzi, że aby wyzwolić się od poczucia braku sensu, wcale nie należy skupiać się na problemie – należy raczej znaleźć sobie coś, co by nam pozwoliło o nim nie myśleć. W ten sposób mówi nam nie wprost, że należy przestać próbować być szczęśliwym. Czy jednak nie jest tak, że wszyscy pragniemy być szczęśliwi? Być może wcale nie. Życie jest zbyt krótkie, żeby poświęcać je na sprawy mało istotne i marnować na różne rzeczy, które nie mają większego znaczenia. Wszyscy tak naprawdę chcemy mieć poczucie, że ten nasz czas spędzony na ziemi coś znaczył. Możemy oczywiście poszukiwać kolejnych rozrywek, ale w pewnym momencie i tak zaczniemy się zastanawiać, jaki to wszystko ma sens. Wniosek z tego taki, że aby zaznać prawdziwej satysfakcji, musimy wznieść się ponad małość własnych pragnień i spełnić swoją powinność. Powołanie dochodzi do głosu wtedy, gdy zamiast unikać bólu, uczymy się go akceptować.

Różnych tragedii nie da się, niestety, uniknąć. Czy nam się to podoba, czy nie, nawet dobrym ludziom przytrafiają się czasem złe rzeczy. Nasz los zależy nie od tego, na ile skutecznie będziemy unikać różnych trudności, lecz od tego, jak sobie z nimi poradzimy. Ból i cierpienie mogą nam się wydawać trudne do przezwyciężenia, ale nie zdołają powstrzymać nas od wypełnienia sensu naszego istnienia – niekiedy zaś okazują się tym czynnikiem, który pomaga nam ten sens odkryć.

Właśnie taki wniosek wyciągnęła Jody Noland na podstawie historii Larry’ego. Potem o mały włos o tym nie zapomniała, gdy jej mąż rozstawał się z życiem.

Pozytywne oblicze strachu

Strach to potężny czynnik powstrzymujący, ale potrafi on też ludzi bardzo skutecznie motywować. Strach przed porażką czy odrzuceniem może być niezdrowy i irracjonalny, za to strach, że moglibyśmy nie zdążyć powiedzieć bliskim, jak dużo dla nas znaczą, odgrywa w naszym życiu bardzo ważną rolę. Nie każdy strach jest zatem zły. Źle się natomiast składa, że niektórzy ludzie pozwalają, aby to strach kierował biegiem ich życia. Za wszelką cenę unikają ryzyka, licząc na to, że w ten sposób uda im się do minimum ograniczyć prawdopodobieństwo porażki – a w rezultacie oddalają się od swojego powołania. Cała sztuka polega zatem na tym, aby wiedzieć, kiedy strachu należy słuchać, a kiedy nie.

W 2009 roku u męża Jody, Mike’a Nolanda, zdiagnozowano raka wątroby w czwartym stadium. Jody rzuciła się do internetu, żeby poszukać informacji na temat rokowań takich pacjentów. Dowiedziała się, że jej mężowi zostało już niewiele czasu, zaczęła przygotowywać się więc na to, co się musiało wydarzyć. Mike nie chciał tak do tego podejść.

Aby jakoś sobie poradzić z nieprzychylną diagnozą, wyparł ze świadomości przekonanie o nieuchronności nadchodzącej śmierci. Jak to ujęła Jody, „okopał się na swojej pozycji” i postanowił nie przyjmować faktów do wiadomości. Nie czytał o swojej chorobie, nie zadawał lekarzom żadnych pytań i po prostu żył tak, jak dotychczas – poza tym, że regularnie poddawał się chemioterapii i naświetlaniom.

„Równolegle z tym wszystkim” – wspominała Jody – „zajmował się swoimi klientami i roztrząsał, czy to aby na pewno dobry moment na sprzedaż firmy. Dla niego ta decyzja była równoznaczna z przyjęciem do wiadomości własnego wyroku śmierci. Z chwilą podpisania umowy w tej sprawie jego umysł zaczął tonąć we mgle”.

Jody opowiadała mi o tym wszystkim przez telefon wiele lat po fakcie, a mimo to w jej głosie nadal pobrzmiewał ból. Nadal wyczuwało się, że ta sprawa ją dręczy. Namawiała męża, aby napisał listy do dzieci, ponieważ wiedziała, jak wielkie znaczenie miał ten gest dla rodziny Larry’ego. Gest przyjaciela poruszył ją w końcu do tego stopnia, że zaczęła prowadzić warsztaty z pisania listów, aby w ten sposób pomóc ludziom przelewać na papier uczucia, które żywią do swoich bliskich. Zależało jej na tym, aby swojej rodzinie zapewnić takie samo pocieszenie, jakie zapewniała obcym ludziom. Mike opierał się jej namowom. Nie chciał się pogodzić z faktem, że jest tak poważnie chory. Jody próbowała go przekonywać przez kilka tygodni, chciała nawet napisać te listy za niego, ale potem ostatecznie z tego zrezygnowała i postanowiła zadbać o to, aby ostatnie dni jej męża upływały w pogodnej atmosferze.

Nowotwór szybko pozbawił Mike’a życia. Mąż Jody zmarł w ciągu trzech miesięcy od postawienia diagnozy. Nie zdążył nawet zacząć pisać listów. Po pogrzebie jego córka, Nancy, zapytała Jody, czy ojciec zostawił dla niej list – taki jak te, które macocha pomaga pisać obcym ludziom. Jody nie potrafiła się pozbierać. Czuła, że zawiodła swoich bliskich. Mimo jej licznych sugestii, które niekiedy przybierały wręcz postać zrzędzenia, nie udało jej się osiągnąć celu. Wiedziała, jak wielką wartość mają takie listy. Wiedziała, jak wielka siła może tkwić w kilku ciepłych słowach. Tymczasem Nancy żadnego listu nie dostała. Ojciec nie zostawił dla niej tych kilku ciepłych słów.

Po śmierci Mike’a Jody zaczęła się zastanawiać, czy nie powinna zrezygnować z prowadzenia warsztatów z pisania listów.