Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2012

Pozerka. Moje życie w dwudziestu trzech pozycjach jogi ebook

Claire Dederer

4 (1)

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Pozerka. Moje życie w dwudziestu trzech pozycjach jogi - Claire Dederer

Długo wyczekiwany, zabawny, mądry, zdroworozsądkowy, prawdziwy, wreszcie inspirujący pamiętnik joginki. Krótko: cudowna książka!
Elizabeth Gilbert, autorka „Jedz, módl się i kochaj”
O dobroczynnościach jogi wie tu każdy. Lekarz, kasjer w supermarkecie a nawet bezdomny, sprzedający na ulicy gazety. Tylko trzydziestoletnia Claire, żona Bruce'a, matka rocznego bobasa podchodzi do sprawy z dystansem. Jednak gdy zaczynają się jej trząść ręce, a silny ból pleców zmusza do odstawienia od piersi żarłocznej Lucy, wybiera się do księgarni, gdzie kupuje kasetę z jogą dla początkujących. Wieczorem zamyka się w pokoju, włącza telewizor i... szybko orientuje się, że bez pomocy nauczyciela nic z tego nie będzie. Jej ciało nijak nie chce przybrać prezentowanej na ekranie pozycji. Gdy trafi wreszcie na zajęcia jogi niedaleko domu, jej życie powoli, acz zdecydowanie zacznie się zmieniać. Niestety okaże się również, że wyłamanie się z obowiązujących w Seattle reguł bycia doskonałą matką i żoną - jest trudniejsze niż się wydawało!

Dederer pisze lekko i z humorem. Bez ślepego zachwytu kulturą Wschodu. Z dystansem i przymrużeniem oka snuje refleksję na temat związków, rodziny i idei zdrowego stylu życia.


Poprzez sutry i savasany, od psa głową w dół po pozycje lotosu, Dederer opisuje ciekawostki związane z jogą, które - przedstawione żartobliwie i bez zadęcia - czynią tę prozę realistyczną i refleksyjną zarazem.
„Kirkus Reviews"

Dederer w zabawny sposób opisuje całą kulturę związaną z jogą i pokazuje z rozbrajającą szczerością, jak bardzo skomplikowane potrafi być małżeństwo i życie rodzinne.
„The Paris Review"

Z humorem i nutką ironii autorka opowiada, jak wyglądało macierzyństwo w północnym Seattle pod koniec lat 90.
„Publisher's Weekly"

Opinie o ebooku Pozerka. Moje życie w dwudziestu trzech pozycjach jogi - Claire Dederer

Fragment ebooka Pozerka. Moje życie w dwudziestu trzech pozycjach jogi - Claire Dederer

Przekład: Agnieszka Walulik

Redaktor prowadząca: Natalia Sikora

Konsultacja: Anna Wawrzycka-Atach

Redakcja: Anna Adamiak

Korekta: Elżbieta Jaroszuk, Magdalena Stępień

Redakcja techniczna: Anna Gajewska

Projekt okładki i stron tytułowych: Katarzyna Bogucka

Ilustracje we wnętrzu: © Laurent Cilluffo

Fotografia autorki: © Darcy McGrath

Skład i łamanie: Tekst – Małgorzata Krzywicka

Piaseczno ul. Żółkiewskiego 7a

Wydawnictwo W.A.B.

02-386 Warszawa, ul. Usypiskowa 5

tel./fax (22) 646 01 74, 646 01 75, 646 05 10, 646 05 11

wab@wab.com.pl

www.wab.com.pl

ISBN 978-83-7747-351-1

Tytuł oryginału: Poser: My life in twenty-three yoga poses

Copyright © 2010 by Claire Dederer

Copyright © for the Polish edition

by Wydawnictwo W.A.B., 2012

Copyright © for the Polish translation

by Wydawnictwo W.A.B., 2012

Wydanie I

Warszawa 2012

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

DLA

MAMY

TATY

I

LARRY’EGO

Nawet w sprzyjających warunkach człowiek musi staczać potyczki

SWAMI KRIPALVANANDA

Od autorki

Niektóre z wydarzeń i postaci w tej historii zostały „przeciągnięte przez szyfrator”, by posłużyć się zwrotem Clive’a Jamesa. Z uwagi na ciągłość narracyjną oraz zachowanie dyskrecji zmieniłam chronologię ich części, a także imiona i cechy charakterystyczne niektórych, choć nie wszystkich postaci.

Poza tymi szczegółami jest to historia prawdziwa, zrekonstruowana z pamięci.

Prolog WIELBŁĄD

Kiedy w pewnym wieku zabierasz się do jogi, odnosisz wrażenie, jakby ktoś wręczył ci teczkę z informacjami na twój temat. Informacjami, które niekoniecznie chcesz znać.

Zaczęły one napływać niedługo po tym, jak rozpoczęłam ćwiczenia. Pewnego pochmurnego styczniowego popołudnia wraz z pozostałymi dziewiętnastoma uczniami opuszczałam się w tył do pozycji Wielbłąda, wolno i ostrożnie jak pływacy wchodzący do zimnej wody.

Klęczeliśmy ze stopami wyciągniętymi do tyłu, dociśniętymi do maty. Pozycja polegała na tym: trzeba było sięgnąć do tyłu i złapać się za pięty. Potem wypychało się biodra do przodu. Jednocześnie klatka piersiowa unosiła się do góry. Wyglądało to trochę perwersyjnie, ale miałam szczery zamiar spróbować.

Raz mi się udało. Moje ręce sięgnęły do tyłu. Moje biodra wypchnęły się w przód. Moja klatka piersiowa uniosła się w górę – taką miałam nadzieję. Skóra w dole pleców zwinęła się w fałdki. Podniosłam się z pozycji, a było to co najmniej tak samo przerażające, jak opuszczanie się do niej.

Siedziałam przez chwilę i przyglądałam się pozostałym ćwiczącym, jak sięgają, wypychają się, unoszą. Nic im się nie fałdowało, w każdym razie nie tak, żeby dało się to zauważyć. Jeju, oni naprawdę łapali, o co w tym chodzi. Ułożyłam się w pozycji Dziecka, żeby odpocząć, i poczułam na rękach zapach cebuli. Przed zajęciami nadziałam kurczaka dla Bruce’a i naszej rocznej Lucy. Włożyłam go do piekarnika. Ten kurczak był moją przepustką na wyjście z domu. Zostawiłam go im niczym cząstkę samej siebie. Synekdocha: część zamiast całości. Żagiel zamiast floty. Korona zamiast króla. Kurczak zamiast matki.

Tak naprawdę wcale nie musiałam tego robić. Bruce był całkiem niezłym kucharzem, z męskiej szkoły gotowania: otwórz-słoik-z-sosem-i-zrób-spaghetti. A mimo to przygotowałam im ten obiad. Mięso w piekarniku stanowiło widoczny dowód cnotliwości. Proszę bardzo: miłość, troska, opiekuńczość, wszystko wpakowane w czterofuntowego organicznego kuraka. Wielbłąd. No dobra. Pora spróbować raz jeszcze. Ostrożnie weszłam w pozycję, jednocześnie unosząc klatkę piersiową wysoko, wysoko w górę.

– Zejdźcie do pozycji i puśćcie – mówiła nasza nauczycielka Fran. – Wdychajcie powietrze tam, gdzie jesteście napięci. Opróżnijcie umysł z codziennych trosk.

Zastanawiałam się, czy Bruce znalazł ten dobry chleb, który zostawiłam na blacie kuchennym. Chleb na wyrzuty sumienia. Przeżuwali go, podczas gdy ja siedziałam w tym pomieszczeniu i udawałam, że jestem w Indiach. Trzeba było kupić im hinduskie placki roti.

Nagle odczułam straszne trzepotanie w mostku. Miałam wrażenie, że zaraz coś tam pęknie.

Ostrożnie podniosłam się i powiedziałam:

– Hmm, Fran? Kiedy wykonuję tę pozycję, mam takie dziwne, przerażające uczucie w piersiach, jakby coś mnie ściskało.

Fran poprawiała właśnie kogoś po drugiej stronie sali. Zawsze kiedy to robiła, miała w sobie coś, co sprawiało, że wyglądała jak namyślająca się krawcowa: tu popuścić centymetr, tam wyrównać szew i wszystko będzie, jak się patrzy. Brakowało jej tylko wetkniętych w usta szpilek i zawieszonego na szyi centymetra. Teraz odpowiedziała bez zastanowienia, nawet nie podnosząc wzroku:

– A, to tylko strach. Spróbuj jeszcze raz.

Strach. Nawet nie wiedziałam, że tam jest.

TRÓJKĄT

Nasza córeczka wyglądała jak pyszna brzoskwinka: kremowa, rumiana i pokryta puszkiem. Tylko ważyła o wiele więcej. Chociaż karmiłam ją wyłącznie piersią, stawała się coraz tęższa i tęższa. Zagęszczała się od tej całej krzepkości.

Historia tego, jak ją wykarmiłam, ma zakończenie niczym z Paragrafu 22. Dzięki niekończącemu się mlecznemu strumieniowi pożywienia zaprogramowanego specjalnie dla niej Lucy rosła jak na drożdżach. Kiedy miała dziesięć miesięcy, zaczęłam odnosić wrażenie, że ważymy mniej więcej tyle samo. Wciągałam ją sobie na kolana, a ona spoglądała na mnie z zachwytem i – jak to się wtedy mówiło – podłączała ssawki. Patrzyłam na nią zdumiona, że tak łatwo mogę zadowolić drugą istotę ludzką. Lucy ssała ile sił, skupiona i z wyrazem szczęścia na twarzy.

Jedyny kłopot polegał na tym, że kiedy brałam ją na ręce podczas tych maratonowych sesji karmienia, miażdżyła mi ważne organy. Pewnie śledzionę albo coś większego. Próbowałam karmić ją, leżąc na boku, ale potrzebowała tyle pokarmu i jadła tak wolno, że ta metoda zupełnie nie skutkowała. Dzięki mleku Lucy chowała się tak zdrowo, że, paradoksalnie, dostarczanie go stawało się coraz trudniejsze (to właśnie Paragraf 22).

Cofnijcie się na chwilę myślami do późnych lat dziewięćdziesiątych. Karmienie piersią, przynajmniej w Seattle, gdzie mieszkaliśmy, stanowiło dziwną kombinację entuzjastycznie uprawianego hobby oraz nakazu moralnego. Pięćdziesiąt kilometrów na północ, na obrzeżach miasta, gdzie mieszkała rodzina mojego męża, matki radośnie wtykały swoim wrzeszczącym dzieciom butelki z mieszanką z mleka w proszku. W Seattle z butelki karmiły wyłącznie ciężko pracujące matki, a raczej czyniły to ich nianie. Same butelki zaś i tak wypełnione były mlekiem z piersi, wyciśniętym za pomocą pompki.

Odstawianie od cyca mogło się rozpocząć najwcześniej po roku. Kto właściwie tak zawyrokował? My same. Byłyśmy matkami czytającymi książki. Wyszukiwałyśmy informacje. Wiedziałyśmy najróżniejsze rzeczy, na przykład to, że według Amerykańskiej Akademii Pediatrii co najmniej jeden rok karmienia piersią zapewnia optymalny rozwój systemu odpornościowego i mózgu dziecka. Dla matek takich jak my optymalny oznaczało obowiązkowy, a jeden rok oznaczał kilka lat. W tamtym okresie Seattle było miastem, gdzie mali chłopcy na placu zabaw przybiegali do swoich mam po szybką dokładkę, mówili: „Dzięki, mała”, po czym wracali do gry w piłkę.

Tymczasem Lucy nie miała jeszcze dziesięciu miesięcy. Jeśli wydaje wam się, że to zupełnie trywialny problem, niewart zawracania sobie głowy, to widać wyraźnie, że nigdy nie byliście świeżo upieczoną matką w enklawie liberalizmu pod koniec ubiegłego stulecia.

Kiedy roztrząsałam właśnie, czy zacząć odstawiać dziecko od piersi (a mój mąż Bruce udawał, że go to interesuje), nastąpiło to, co było nieuniknione. Siadły mi plecy. Przez cały czas czułam uwieranie w krzyżu, jakby podszczypywał mnie jakiś obleśny staruch. Nie mogłam siedzieć na krzesłach o prostym oparciu. Nie mogłam leżeć płasko na sofie. Nie mogłam nosić toreb z zakupami. Więc w końcu praktykowania odstawiłam Lucy.

Teraz, po dziesięciu latach jogi, kusi mnie, by zacząć wygłaszać jakieś mądrości w rodzaju: byłam gotowa na odstawienie dziecka i moje ciało podjęło tę decyzję za mnie. Ale wtedy nie wierzyłam w takie bzdury. Zamiast tego dreptałam w kółko, nurzając się w skomplikowanym bagienku wyrzutów sumienia i ulgi. Gardłowałam, że pozbawiono mnie pełnego, danego od boga, obowiązującego w całych Stanach roku karmienia piersią. Przepraszałam męża za to, że się nie spisałam. Mówiłam przyjaciółkom: „O, nie! Nie mogę karmić!”. A tymczasem potajemnie szalałam z radości. Znowu miałam swoją śledzionę dla siebie.

Mieszkaliśmy w Phinney Ridge, w północnym Seattle. Była to okolica zamieszkana przez dobrze wykształconych białych liberałów o jak najlepszych intencjach. W sumie można to odnieść do całego północnego Seattle. Phinney Ridge słynie jednak z jeszcze większego liberalizmu i jeszcze lepszych intencji niż pozostałe dzielnice. Ludzie tam nie wieszają tabliczek: UWAGA, ZŁY PIES. Zamiast tego piszą: PROSIMY UWAŻAĆ NA PSA.

Kiedy zaczęłam się uskarżać na ból pleców, co robiłam często i z wielkim upodobaniem, wszyscy w Phinney Ridge mieli tę samą odpowiedź: „Zacznij ćwiczyć jogę”.

– Są w niej pozycje, które wzmocnią ci plecy – mówił mój lekarz.

Kasjerka w supermarkecie powiedziała, że mogę kupić dobrą kasetę z jogą w pobliskiej księgarni spod znaku New Age. Bezdomny facet sprzedający gazety pod supermarketem poradził mi:

– Tylko pamiętaj, żeby kupić sobie matę! Nie da się robić jogi bez maty.

Ja jednak miałam swoje uprzedzenia. Zdawało mi się, że jogę uprawiają tylko rozpieszczone panie w średnim wieku, które nie mają co zrobić z czasem, albo fanatycznie wychudzone dwudziestodwuletnie wegetariańskie eksgimnastyczki. Nie podobała mi się również myśl, że biali ludzie szukają odmiany życia w hinduskich zwyczajach – było w tym dla mnie coś zasadniczo podejrzanego.

Mimo jednak tych niezbyt uzasadnionych, acz wynikających z uporu obiekcji (jest to moja specjalność), od lat podejrzewałam, że tak czy owak powinnam spróbować. Byłam nerwowa. Byłam wstydliwa i z zażenowania ciągle poprawiałam sobie włosy. Zżerały mnie obawy. Ciągle drżały mi ręce, więc cały świat widział, jaka jestem niespokojna. Zaledwie kilka tygodni wcześniej siedziałam w kawiarni, karmiąc Lucy kawałkami sucharka i drżącą ręką podnosząc do ust filiżankę z kawą. Nagle podszedł do mnie jakiś pan, który przedstawił się jako „szaman energetyczny”. Zanim zdołałam go spławić, złapał moją trzęsącą się rękę i oświadczył poważnie:

– Powinna pani mocno nad sobą popracować.

– Och! – odparłam, szczerząc się nerwowo. – Przykro mi! Ja tylko… Od najmłodszych lat trzęsły mi się ręce, a teraz nie wysypiam się z powodu dziecka. No i chyba wypiłam za dużo kawy – dodałam niezręcznie.

– Czy często jada pani kurczaka? – spytał. – To może powodować problemy z energią.

Podniosłam się, rozlewając przy tym kawę, i szybko wsadziłam Lucy do wózka.

– Tak, do widzenia! – Pomachałam mu wesoło i wyszłam z kawiarni, niemal promieniując energią.

Wyglądało na to, że zajęcia jogi były dokładnie tym, czego mi było trzeba: czymś, co mnie uspokoi. Odnosiłam jednak wrażenie, że były także dokładnie tym, na co nie miałam najmniejszej ochoty: miejscem, gdzie wszyscy zobaczą, jaka ze mnie wariatka, jak trzęsą mi się ręce, jak się przejmuję i zamartwiam. W siedzeniu bez ruchu, w spokojnym trwaniu w pozycji było coś, co mnie przerażało. Co się kryło pod tym moim niespokojnym rozbieganiem?

Ale teraz sytuacja się zmieniła. Miałam dziecko. Musiałam być w stanie je podnieść. Zrobiłabym wszystko, by móc tego dokonać. Lekcje jogi wykraczały jednak poza moje możliwości. Jak każdy, bałam się wejść do sali pełnej osób, które są w czymś lepsze ode mnie. Nie miałam wtedy pojęcia, że w jodze bardzo rzadko można się natknąć na całą grupę zaawansowanych. A jeśli już tak się zdarzy, to przeważnie wszyscy są nadętymi bubkami.

Pomyślałam, że najlepszym rozwiązaniem będą kasety wideo: może one pozwolą mi skorzystać z jogi bez potrzeby upokarzania się. Pewnego popołudnia późnym latem postanowiłam wybrać się do tej newage’owej księgarni. Utyskując na ból pleców, wsadziłam córeczkę do wózka spacerowego. To przyprawiło mnie o kolejne wyrzuty matczynego sumienia: wózki spacerowe trafiły ostatnio na listę rzeczy, po które matki północnego Seattle nie powinny sięgać. Podobno dzieci czuły się wyobcowane, znajdując się tak daleko od swoich mam, i wolały wtulać się w ich plecy albo piersi – nie było ucieczki przed tą tyranią cyca. Należało przymocować dziecko do siebie w nosidełku albo w specjalnej chuście (znanej w naszym domu jako Chusta dla Nadętych Mam). Krążyła jakaś teoria o tym, że bobas pragnie oglądać świat z tej samej perspektywy, co jego matka. Kiedy teraz o tym piszę, wydaje się to zupełnie zwariowane, ale tak właśnie brzmiała argumentacja. Tak czy inaczej, wożenie malucha w wózku szybko stało się kolejnym sposobem na poinformowanie całego świata, iż: a) tak naprawdę wcale nie kochasz swojego dziecka i b) jesteś niewykształconym prostakiem.

Chusta stanowiła świetne rozwiązanie dla tych wszystkich, którzy mieli dzieci o małej wadze, wykonane z drewna balsy, jednak moja cudownie konkretna córuchna i ja byłyśmy wielkimi zwolenniczkami wózka. I tak we wczesnojesienne popołudnie wyruszyłam do księgarni New Age wraz z Lucy, która łaskawie tolerowała swoją prostacką, niekochającą matkę.

Wielokrotnie mijałam to miejsce, ale nigdy nie byłam w środku. Kiedy z trudem wepchnęłam wózek przez drzwi, uderzył mnie ciężki jak w świątyni zapach kadzidełka. Wszystko było zakurzone i lekko przekrzywione. Stojaki na pisma się pochylały, książki leżały w chaotycznych stosikach, plakaty z czakramami, grzybami i gwiazdami wisiały nierówno.

Znalazłam rozchwiany stojak z kasetami do jogi. Niektórzy ludzie na okładkach byli pomarańczowi. Niektórzy mieli na głowach zwoje. Niektórzy wyglądali spoza dziwnych, fioletowych napisów, które nasuwały na myśl średniowieczne pismo. Wybrałam kasetę dla początkujących. Wyglądała bezpiecznie. Kobieta na okładce nie była pomarańczowa i nie miała nic na głowie. Napisy nie wyglądały tak, jakby zaprojektowano je w szpitalu psychiatrycznym.

Zlokalizowałam matę do jogi, zapłaciłam, po czym zabrałam dziecko i nawiałam.

Tego wieczoru Bruce nakarmił Lucy z butelki (do której na szczęście szybko się przyzwyczaiła), a ja poszłam do pokoju z telewizorem, którego – jak wszyscy w Phinney Ridge – nigdy nie nazywaliśmy pokojem telewizyjnym. Włączyłam kasetę. Jasnowłosa kobieta z okładki popatrzyła ze swojego harmonijnego świata wypełnionego doniczkowymi orchideami w kamerę. Pogadała trochę o tym, że nie należy przesadzać i że trzeba robić wszystko we własnym tempie, po czym rozpoczęła się lekcja. Kobieta usiadła z zamkniętymi oczami. Ja siedziałam i patrzyłam na nią. To miała być rozgrzewka.

Ten przyjemny stan rzeczy trwał przez pewien czas. Niestety wkrótce nadeszła pora na asany. To brzmiało groźnie.

– Skok. Stopy na odległość około dziewięćdziesięciu centymetrów – powiedziała kobieta. Tak też zrobiłam. – Skręć lewą stopę czterdzieści pięć stopni do wewnątrz, prawą na zewnątrz. – Się robi. Patrzcie na mnie! – Wyciągnijcie prawą rękę nad prawą nogę i lekko oprzyjcie dłoń o goleń, kostkę albo stopę, gdziekolwiek będzie wam najwygod-niej. – Trochę się chwiałam, ale dałam radę. – Powoli odkręćcie tułów do góry i wyciągnijcie lewe ramię w kierunku sufitu. – Iii… odpadłam. Usiadłam z głośnym klapnięciem i spojrzałam na kobietę oraz jej dziwnie nieporuszony wyraz twarzy. Wyglądała jak kałuża w bezwietrzny dzień. Spokojnym głosem, takim, jakim przemawia się do starych ludzi, kiedy chce się ich przekonać, żeby przeszli kilka kroków przez szpitalną salę i skorzystali z łazienki, powiedziała: – Tri-ko-na-sa-na. – Wypowiadała to słowo powoli, wyraźnie rozkoszując się dźwiękiem… czego? Czy to był sanskryt? – Pozycja Trójkąta – przetłumaczyła.

Przewinęłam kasetę. Spróbowałam jeszcze raz. Prawa noga na zewnątrz. Stopy pod kątem. Wyciągnąć prawe ramię. Opuścić prawą dłoń na prawą goleń. Zaczęłam się denerwować. Jak ja podniosę to lewe ramię do góry? Jak ja odwrócę tułów? A, cholera, teraz albo nigdy. Wyrzuciłam lewe ramię w powietrze i odwróciłam korpus może o milimetr w górę. Auć.

Zobaczyłam swoje odbicie w ciemnej szybie. Cała się przygarbiłam, jak „To Pat!” z Saturday Night Live. Znowu przewinęłam kasetę, znowu podążyłam za wszystkimi wskazówkami i znowu skończyłam zbita w jakiś dziwny kształt. Czułam, że różne części mojego ciała trzeszczą, choć nigdy dotąd nie trzeszczały. Coś mnie bolało. Miałam wrażenie, że nie taki był cel ćwiczenia.

Kiedy wracam myślami do tego epizodu, widzę, że była to jedna z moich najważniejszych lekcji jogi: znaleźć sobie dobrego nauczyciela. Albo przynajmniej takiego nie z kasety. Plecy nadal mnie bolały, a choć nieodparcie kusiło mnie, by wziąć proszek na rozluźnienie mięśni, nie mogłam ciągle chodzić nimi nafaszerowana. Zarabiałam na życie recenzowaniem książek (straszny pomysł, skoro już o tym mowa). Kiedy zażywałam środki przeciwbólowe, poziom powieści znacznie się podwyższał. A ponieważ mogłam się pochwalić jedynie uzdolnieniami krytycznymi, z niechęcią postanowiłam zrezygnować z pomocy lekarstw.

W mojej głowie tkwiła myśl, że joga w jakiś sposób sprawi, iż stanę się lepsza. Lepsza niż byłam, lepsza niż wszyscy inni. Bardziej prawa. Podobała mi się myśl, że zostanę kimś, kto uprawia jogę (nie mogłam zmusić się do używania słowa jogin albo joginka). Kimś elastycznym, może nawet szczupłym, promieniującym jakimś niewysłowionym blaskiem. I plecy przestaną mnie boleć. Wyraźnie nadszedł czas, by wypróbować prawdziwe zajęcia. Następnego tygodnia, w pewien deszczowy październikowy dzień, zostawiłam dziecko u mamy i pojechałam na drugi koniec miasta do szkoły jogi, do której chodziła moja koleżanka Katrina. Katrina była trochę szurnięta, ale miała świetny tyłek, więc pomyślałam: „A co mi tam”.

Po drugiej stronie drzwi wejściowych znajdował się przedsionek udekorowany w stylu „nie obawiaj się, nie jesteśmy sektą”. Ściany pomalowano na biało i wyłożono gustownymi panelami Shoji; podłoga z jasnego drewna była goła i nieskazitelnie czysta; na buty czekały schludne przegródki. Wszystko było białe i czyste, jakby pomieszczenie zostało zaprojektowane do celów chirurgicznych albo dla Szwedów. Jedyny kolorowy akcent stanowiły tybetańskie chorągiewki modlitewne, rozwieszone nad drzwiami do samej sali ćwiczeń.

Bezwstydnie naruszając swój wieloletni zwyczaj, by nigdy nie wchodzić do żadnego miejsca udekorowanego tybetańskimi chorągiewkami, zdjęłam buty, zapłaciłam dziesięć dolców bladej dziewczynie za biurkiem i weszłam do sali, w której osiem czy dziesięć młodych kobiet siedziało na matach. Choć miała to być lekcja dla początkujących, wszystkie wyglądały na niesamowicie wysportowane i jakby surowe. Ich kucyki były lśniące i schludne. Były to poważne, jogiczne kucyki. Kobiety siedziały po turecku, z wyprostowanymi plecami. Wszystkie patrzyły prosto przed siebie, gdzieś w dal, jakby zaraz miały wpaść w zbiorowy szał malowania pejzaży.

Uśmiechnęłam się przepraszająco. To mój najgorszy zwyczaj i mam nadzieję, że zdołam go zwalczyć przed osiemdziesiątką. Może jako staruszka zdobędę się w końcu na to, by wkroczyć do pokoju pewnym krokiem, z miną mówiącą: „Mam was gdzieś”. Rozłożyłam matę i usiadłam. Czułam, że dopada mnie owo głębokie przygnębienie, które – może jest to moja cecha szczególna – poprzedza każdą nową aktywność fizyczną. Nigdy nie byłam dobra w sporcie; zawsze czuję się jak widz, nawet kiedy znajduję się w samym środku akcji.

Ekrany Shoji przepuszczały światło z przedsionka, rozkładając je na podłodze we wzór kraty. Moje wrażenie własnej bezużyteczności ciągle rosło. Spojrzałam na te spokojne kobiety i zaczęłam się zastanawiać, czy naprawdę wierzyły, że tutaj właśnie, w chłodnej sali w pasażu handlowym w północnym Seattle, znajdą oświecenie.

Gdy wodziłam wzrokiem po jasnoskórych adeptkach, chorągiewkach modlitewnych nad drzwiami i małym ołtarzyku w rogu, moje wyobrażenia o jodze zdawały się aż nadto potwierdzać. Całe to miejsce zostało stworzone tak, by odpowiadać luksusowym gustom białych kobiet. Z całą pewnością nie było tam żadnych Hindusów.

Weszła kobieta przed trzydziestką i rozwinęła przed nami matę. Gęste blond włosy ostrzygła na pazia u dobrego fryzjera. Jej brwi zostały drobiazgowo wyregulowane. Była ubrana w czarny i obcisły strój. Wyglądała, jakby jeszcze pięć minut temu pracowała jako instruktorka aerobiku na stepach. Wyglądała, jakby miała na imię Jennifer.

– Nazywam się Atosa – powiedziała. Jasne, już w to wierzę.

– Usiądźcie wygodnie – mówiła dalej. – Ułóżcie palce w mudrę Gyan. Mudra to joga dłoni. – Zrobiła kółka z kciuków i palców wskazujących obu rąk, a ja podążyłam w jej ślady. Miałam wrażenie strasznego kiczu, ale jednocześnie było w tym coś wspaniałego. Moje dłonie wyglądały na oświecone.

– Zaczniemy zajęcia od długiego Om – zaintonowała Atosa. – Wciągnijcie powietrze i na wydechu powiedzcie Om.

Ukradkiem rozejrzałam się po sali. Pozostałe kobiety wyglądały na spokojne i zrelaksowane, jakby brały udział w reklamie płynu do kąpieli. Nabrałam oddechu i wypuszczając go, powiedziałam swoje Om, które brzmiało, jakbym się zapowietrzyła. Om Atosy było donośne i wspaniale dźwięczne.

– Om podróżuje w górę od pępka, poprzez serce, aż w końcu wychodzi przez czubek głowy. Przechodzi przez wszystkie czakry. – Atosa wymieniła nazwy, umiejscowienie i barwę czakr. Wyglądało na to, że joga wymaga sporo omawiania.

Wykonałyśmy pierwszą serię niewiarygodnie nieprzyjemnych ruchów, w których teraz rozpoznaję Powitanie Słońca. Wyciągnęłyśmy się do nieba, dotknęłyśmy palców u nóg, odstawiłyśmy po jednej nodze do tyłu. Potem przeszłyśmy do pozycji Psa z głową w dół: obie dłonie i stopy na podłodze, pupa wypięta do sufitu. Znowu odstawiłyśmy nogę, znowu dotknęłyśmy palców, i proszę, wróciłyśmy do początku, znowu sięgałyśmy ku niebu. Byłam czerwona, zdyszana i roztrzęsiona. Kiedy opuściłyśmy się głęboko do pozycji, z jakiej startują biegacze, Atosa spojrzała na mnie z niepokojem. Nie był to niepokój z rodzaju „martwię się o ciebie”. Był to niepokój z rodzaju „żeby tylko nikt nie dostał zawału na moich zajęciach”.

– Przydadzą ci się podpórki – powiedziała nagle. Wyciągnęła z półki kilka bloczków z pianki i kazała mi oprzeć na nich ręce. Cały czas obserwowała mnie sokolim wzrokiem.

– Dziś popracujemy nad Trikonasaną – oświadczyła. Moja nemezis. – Odwróćcie, proszę, maty, żeby były pod kątem prostym do mojej. Skoczcie tak, żeby wasze stopy znalazły się w odległości około dziewięćdziesięciu centymetrów od siebie – opisała, co mamy robić, a potem ruszyłyśmy w tan.

Wykonywałyśmy Trikonasanę raz za razem: przy ścianie, na środku sali, z partnerką ciągnącą za przedramię, żeby poprawić pozycję. Za każdym razem cała się blokowałam. Trzęsłam się, pociłam, spinałam. Było dokładnie tak, jak zawsze podejrzewałam: joga była niczym szkło powiększające dla moich ograniczeń.

Trójkąt stanowił szczególną zagadkę, ponieważ zasadniczo nie ma w nim nic trudnego. Stajesz z rozstawionymi nogami i opierasz dłoń na nodze. Bułka z masłem. Tyle że wcale tak nie było (nawet bułka z masłem nie jest taka łatwa, jeśli sam musisz ją upiec). Wyglądało na to, że istnieje nieograniczona liczba sposobów, by źle go wykonać.

Atosa rozpoczęła wykład. A właściwie rozpoczęła go dla mnie.

– Myśl o tym, żeby się wyciągnąć. W tej pozycji chodzi o stworzenie przestrzeni.

Pomyślałam o wyciąganiu się. Spróbowałam stworzyć przestrzeń. I się zapadłam.

Pod koniec zajęć położyłyśmy się płasko na plecach w Savasanie, czyli pozycji Nieboszczyka – swobodne leżenie z ramionami po bokach. Nawet to wydawało się dla mnie boleśnie nieosiągalne. Miałam mocno zamknięte oczy, ale wyczuwałam, że Atosa patrzy na mnie i zwraca uwagę na moje spięte ramiona, ściągnięte brwi, zaciśnięte zęby.

W końcu usiadłyśmy. Pod przewodnictwem Atosy wykonałyśmy ostatnie Om, a potem ona powiedziała, że jeśli ktoś ma jakiekolwiek pytania, może porozmawiać z nią po zajęciach. Jak kretynka wzięłam ją za słowo.

– Tak? – spytała Atosa, unosząc idealnie wyregulowaną brew.

– No, zastanawiałam się, czy mogłabyś pomóc mi z Trójkątem.

– Ach, masz na myśli Trikonasanę? – spytała.

– Tak, Trikonasanę.

– Cóż, musisz się tylko bardziej wyciągnąć. Popatrz na mnie. – Jednym ruchem osiągnęła piękną pozycję, nogi szeroko, tułów skręcony z gracją, oczy skierowane do góry, jakby poza dźwiękoszczelnymi płytkami sufitu dostrzegała nieskończoność. Potem jednym skokiem stanęła na powrót prosto. – Widzisz? – spytała radośnie. Przypomniało mi się, jak w pierwszej klasie Julie Paterson popisywała się gwiazdą.

Spróbowałam.

– Nie – powiedziała Atosa. – Postaraj się wyciągnąć nieco bardziej tułów. Za bardzo się garbisz.

Uśmiechnęłam się do niej przepraszająco i powiedziałam:

– Popracuję nad tym.

I wyszłam.

Nigdy więcej nie chciałam widzieć Atosy. W sprawiedliwym świecie zostałaby deportowana, może na wyspę zamieszkaną przez w pełni wyciągnięte istoty ludzkie.

Mimo to, nie wiadomo dlaczego, nadal chciałam próbować. W następnym tygodniu zauważyłam małą szkółkę jogi w pobliżu domu. Nie wyglądała zachęcająco. Jako logo miała stylizowany kaligraficzny rysunek postaci jogina – a może był to Budda? Niemniej było to tylko pięć minut piechotą i prowadzili tam zajęcia dla początkujących o siódmej wieczorem, czyli w porze, kiedy zazwyczaj staję się bardziej przytomna, rozglądam się dookoła i w końcu zwracam uwagę na to, co się wokół mnie dzieje. Pomyślałam, że spróbuję.

Zanim dotarłam na miejsce, było już ciemno, a przedsionek szkoły stanowił plamę ciepłego, żółtego światła.

Podeszłam do biurka, za którym siedział poważnie wyglądający facet z idiotyczną fryzurą. Serce we mnie zamarło. Po Atosie nie zniosłabym więcej lodowatej elegancji. Przedstawiłam się i dałam mu dziesięć dolarów.

– Witamy – powiedział złowieszczo, niczym Vincent Price w koszulce bez rękawów.

Weszłam do sali. Była pełna niedziewczyn! Mam na myśli, że znajdowali się w niej ludzie wszelkiego rodzaju. Paru młodych chłopaków w sportowych strojach, dwie starsze panie w fioletowych kostiumach z lycry, kilka niezgrabnych kobiet w moim wieku, wyraźnie karmiących matek, niemal ociekających mlekiem przez trykoty, i jeszcze jeden starszy facet w dżinsach ze skórzanym paskiem. Skórzany pasek! Nawet ja wiedziałam, że to nie przejdzie. Przez jakąś nanosekundę rozkoszowałam się poczuciem wyższości, lecz nagle pozostali uczniowie odwrócili się i zaczęli mówić „dzień dobry”, co mnie rozproszyło. Przez wszystkie dni – no, przez ten jeden dzień – kiedy chodziłam na jogę, nigdy nie widziałam czegoś podobnego.

Do sali wszedł Kretyńska Fryzurka. Usiadł w milczeniu, a ja przygotowałam się na kolejną porcję niezrozumiałego, nadętego bełkotu. Zamiast tego rozejrzał się dokoła i uśmiechnął. Coś w jego wnętrzu się zapaliło, jakby miał na plecach wielki przełącznik i właśnie go przekręcił. Zanim cokolwiek powiedział, wybuchnął śmiechem.

– Cześć, jestem Jonathan – zaczął. – Początki są trudne. Ale są też wspaniałe. Bo macie szansę zbudować coś pięknego od samych podstaw, żadnych dawnych błędów, żadnych złych nawyków.

Wiem już, że to typowa jogiczna gadka na wstęp, ale rzecz w tym, że on naprawdę w to wierzył. Dokończył przemowę i znowu się roześmiał, jakby chciał powiedzieć: dacie wiarę, że będziemy tu wyprawiać takie rzeczy? Rozejrzałam się. Wszyscy się uśmiechali.

Przez chwilę siedzieliśmy i oddychaliśmy głęboko. Potem Jonathan podskoczył i powiedział:

– Dzisiaj popracujemy nad Trójkątem!

Przygotowałam się na rozkazy: najpierw podskokiem rozstawimy nogi, potem będziemy się wyciągać, cokolwiek to znaczy, potem zacznę wyglądać jak „To Pat!”, a potem instruktor zacznie gromić mnie wzrokiem. Super.

Jonathan rzeczywiście kazał rozstawić nam nogi, ale nie musieliśmy podskakiwać. Po prostu powoli je postawiliśmy. Kiedy już wszyscy to zrobili, powiedział:

– Popracujemy nad rotacją bioder. Tak naprawdę cały Trójkąt sprowadza się właśnie do tego. To pozycja „biodrowa”.

Jego prawa stopa znajdowała się z przodu. Odkręcił lewe biodro w lewo i powiedział podekscytowany:

– Patrzcie! Widzicie, jak tworzy się załamanie między górą prawego uda a biodrem? O to nam chodzi. Trójkąt zaczyna się właśnie stąd.

Wszyscy poodkręcaliśmy biodra. Jak jeden mąż spojrzeliśmy na swoje prawe uda. Coś takiego! Zobaczyliśmy załamania. Wszyscy się rozpromieniliśmy.

– Patrzcie, to właśnie Trójkąt – powiedział Jonathan. Wyglądał, jakby szczerze się z nami cieszył. – Właśnie go robicie. Możecie dodać więcej. Możecie wyciągnąć prawe ramię nad prawą nogę, położyć dłoń i podnieść lewą rękę do sufitu. Ale to wszystko dodatki. Już w tej chwili wykonujecie Trójkąt.

Raz za razem ustawiałam biodra i patrzyłam, jak pojawia się ta linia. Żyłam w swoim ciele od ponad trzydziestu lat i nagle pokazywało mi kształt, którego nigdy wcześniej nie widziałam.

Po chwili dodaliśmy ten ruch prawą ręką. To było wspaniałe, jakby gest wyrastał z tego biodra i linii. Potem położyliśmy prawą rękę na nodze.

– Gdziekolwiek – powiedział Jonathan. – Tam, gdzie wam odpowiada.

Moja dłoń wylądowała na kolanie. Delikatnie odkręciliśmy ciała. A potem w miarę możliwości podnieśliśmy lewą rękę. Moja właściwie nie celowała prosto w górę. Raczej zwracała się mniej więcej w tym kierunku. Były to zaczątki celowania do góry.

Jonathan chodził po sali i przyglądał się nam. Przystanął obok mnie i powiedział:

– Spróbuj docisnąć mały palec tylnej stopy.

Spróbowałam to zrobić i nagle pozycja nabrała dla mnie więcej sensu. Byłam w stanie zrozumieć – albo przynajmniej ogarnąć – to, co robię, i nie miałam już wrażenia, jakbym toczyła wojnę z własnym ciałem. Zdumiała mnie ta odmiana. Czułam się tak, jakby ktoś mi pokazał, że można naprawić wał korbowy samochodu, poprawiając boczne lusterko.

Znalazłam miejsce, gdzie ktoś powie mi, co mam robić – i widziałam rezultaty. W przeciwieństwie do macierzyństwa, gdzie reguły zdawały się nieustannie zmieniać, a standardy sięgały Księżyca.

Oczywiście nie różniło się to niczym od tego, co dzieje się na każdych zajęciach sportowych – na przykład na aeorobiku na stepach instruktorzy aż nadto chętnie mówią, co masz robić, i na dodatek mają słuchawki z mikrofonem. Wyczuwałam jednak, a raczej domyślałam się, czy też – bądźmy szczerzy – gorliwie ufałam, że z jogą będzie inaczej. Będę robić to, co mi każą, i dzięki temu stanę się lepsza. Joga uśmierzy moje niepokoje poprzez naukę oddychania i relaksowania się. Uśmierzy je także, wynosząc mnie do wyższego, bardziej rozwiniętego stanu, gdzie nie będę już musiała zamartwiać się, czy wszystko robię tak jak trzeba.

Jonathan mówił dalej:

– Wyobraźcie sobie, że wasze ciało wciśnięte jest między dwie wielkie szklane szyby. Oczywiście bardzo delikatnie.

Spróbowałam to sobie wyobrazić. Wydawało się trochę głupie.

Jonathan kontynuował:

– Ta płaszczyzna, ta przestrzeń między dwiema wyobrażonymi szybami, nazywa się płaszczyzną wieńcową. W pozycji Trójkąta chodzi o to, żeby utrzymać ciało w tej właśnie płaszczyźnie. Nie pochylajcie tułowia do przodu i nie pozwólcie, żeby wystawał wam tył. Trzymajcie się płaszczyzny.

Miałam wrażenie, że była to najbardziej bezcelowa rada, jaką kiedykolwiek otrzymałam. Właściwie cały ten Trójkąt był ćwiczeniem w bezcelowości. Kto mógłby za pomocą wyobraźni skłonić się do stania się Trójkątem? Przywiodło mi to na myśl tę starą piosenkę They Might Be Giants o „trójkątnym człowieku”, który chodzi i bije ludzi. Może tak naprawdę była to piosenka o jodze.

Te właśnie myśli przepływały mi przez głowę, kiedy starałam się przybrać pozycję Trójkąta. Jonathan mówił jednak z takim przekonaniem, jakby płaszczyzna wieńcowa i wpasowanie się w nią były sprawą kluczową. Może miał rację. Tak czy inaczej nie mogłam teraz zrezygnować. Stałam tam więc i zwyczajnie trwałam w pozycji. To małe ustępstwo miało zaowocować ogromnymi i niezwykłymi rezultatami, których efekty odczuwać miałam przez następnych kilka lat. Joga wkroczyła w moje życie wraz ze swoją dziwną, niezrozumiałą, a nawet zabawną logiką. Na dobre czy na złe, była teraz przy mnie. A co mi tam, myślałam, wyciągając rękę ku niebu, ustawiając biodra i usiłując wpasować się w płaszczyznę wieńcową.

Pod koniec zajęć położyliśmy się w Savasanie. Byłam zmęczona i zadowolona. Bezruch miał w sobie coś sielankowego, jakby nad nami kołysały się drzewa.

Głos Jonathana był teraz cichy.

– Dziękuję, że spędziliście ze mną ten wieczór. W jodze mówimy „Namaste”, co znaczy „kłaniam się temu, co w tobie boskie”. – Pochylił swoją idiotycznie ostrzyżoną głowę i powiedział: – Namaste.

My także ukłoniliśmy się w jego stronę i wymamrotaliśmy:

– Namaste.

To nowe słowo smakowało na moim języku tak, jakby zawierało swoją własną, nieznaną mi przyprawę.

ORZEŁ

Byłyśmy pokoleniem goniących za ideałem kobiet o podkrążonych oczach. My, matki północnego Seattle, poświęcałyśmy wszelkie siły, by wszystko robić tak, jak trzeba. Karmienie piersią było jedynie pierwszym punktem na długiej, zawiłej liście wymagań: gotuj z produktów organicznych, kupuj kosztowne drewniane zabawki, stwórz w domu atmosferę sprzyjającą rozwojowi, uczęszczaj na wykłady o wychowaniu, pozwalaj dziecku sypiać ze sobą w łóżku, pilnuj, by dom był wolny od toksyn, używaj tetrowych pieluszek, noś dziecko w nosidełku, sama rób dla niego pokarmy, ubieraj je w naturalne tkaniny, przyłącz się do grupy dziecięcej, aby mogło nawiązać relacje z rówieśnikami. I nie rezygnuj z pracy. Tylko nie zapominaj, że masz z tego powodu cierpieć. I ciesz się aktywnym życiem seksualnym. Ale tylko ze swoim mężem! Do tego pamiętaj o recyklingu.

Bruce i ja opiekowaliśmy się dzieckiem najlepiej, jak potrafiliśmy. Właściwie wszystko robiliśmy w ten sposób. Zasady brzmiały następująco: pisz swoje tysiąc słów dziennie, gotuj organiczne obiady, dzwoń do rodziców, dobra, dobra, masz być zawsze dobra. Usiłowaliśmy wszystko robić właściwie, podobnie jak nasi znajomi. Plastikowe zabawki obchodzono szerokim łukiem, ponieważ mogły „wydzielać szkodliwe substancje” – straszliwy, siejący postrach zwrot. Matka i dziecko miały spożywać wyłącznie organiczne mleko: dotarły bowiem do nas pogłoski o produktach mlecznych zawierających hormony, które powodowały, że dziewięciolatki dostawały okresu. Mięso stało się problematyczne. Nie można już było zwyczajnie pobiec do mięsnego i złapać byle ochłap. Należało powlec się do ekologicznego marketu i wykosztować na zabójczo drogi drób karmiony trawą.

Rządziła mną potrzeba bycia dobrą. Miałam trzydzieści jeden lat. Wszystkie mamy, które znałam, przynajmniej te w moim wieku i okolicy, żyły wedle tych samych reguł. Był to wariant starego przeboju, perfekcjonizmu, tyle że bez kompleksów na punkcie wyglądu. Nie chciałyśmy wyglądać dobrze. Chciałyśmy być dobre. Chciałyśmy, by w naszym życiu panowała swego rodzaju moralna nieskazitelność. Jej symbolem była czystość, której pragnęłyśmy w świecie zewnętrznym: chciałyśmy, by oceany zostały oczyszczone z rtęci, gleba z arszeniku, a nawet żeby kominy w kopalniach węgla były utrzymywane w czystości. Odżegnywałyśmy się od chemicznych środków czyszczących i odkrywałyśmy cudowne właściwości octu. Unikałyśmy konserwantów i kupowałyśmy organiczną oranżadę. Pragnęłyśmy być czyste zarówno od środka, jak i z zewnątrz, by stać się godnymi naszych dzieci. One były przecież bez skazy. Nie chciałyśmy być tymi, które zbrukają ich nieskalaność.

Naszą dobroć napędzała ukryta trwoga: co będzie, jeśli choć na chwilę przystaniemy? Nie chciałyśmy znać odpowiedzi na to pytanie. Nigdy więc nie przystawałyśmy.

A może to tylko ja żyłam w tym strachu. Może tylko ja czułam, że mielenie gotowanych na parze organicznych marchewek w specjalnym mikserze było aktem, który powstrzymywał jakąś straszną katastrofę. Pod powierzchnią moich wysiłków czaiły się kłopoty; by im zapobiec, mogłam jedynie robić wszystko, co tylko byłam w stanie, i robić to dobrze. Jako świeżo upieczoną matkę zdumiewał mnie ogromny strach, który przepełniał mnie niemal w każdym momencie. Od czasu do czasu zdarzały się chwile przyjemności, ale często polegały one po prostu na ustaniu niepokoju. Miałam wrażenie, jakbym, stawszy się matką, została jednocześnie Albertem Camusem.

Oczywiście pokpiwałam sobie z tych niedorzecznych dyktatów macierzyństwa; niemniej ulegałam im, i to całkowicie. Joga była częścią pomysłu mającego zmienić mnie w kogoś nowego. Może jeśli stworzę pozór osoby pełnej spokoju, przestanie mnie ogarniać ten egzystencjalny lęk, jakiego nie czułam od czasów, kiedy w okresie pokwitania przechodziłam fazę na wielkie płaszcze à la egzystencjaliści.

Tamtej jesieni żywiłam się jogą, oddychałam nią i marzyłam o niej. Byłam jak trzynastolatka, która dostała kucyka. Ćwiczyłam w domu, robiąc skłony do przodu podczas wykonywania domowych obowiązków. Nauczyłam Bruce’a pozycji Psa z głową w gół. Wychwalałam cnoty Jonathana i nieustannie go cytowałam. Fantazjowałam o podróży do Indii, by uczyć się u jego guru. Nocą kołysałam się do snu, odtwarzając w głowie dokładną sekwencję pozycji, których się tego dnia nauczyłam. Zazwyczaj pamiętałam całkiem nieźle pierwsze dwadzieścia minut lekcji, a potem wszystko stapiało się w nieokreślony gulasz z jogi i odpływałam w sen. Dni robiły się chłodniejsze, a wśród drzew hulał zimny wiatr; liście poczerwieniały i pożółkły, a potem – zbyt szybko – zbrązowiały; ja zaś nieustannie rozmyślałam o jodze. Joga i Lucy były moimi bliźniaczymi gwiazdami polarnymi. Dla Bruce’a właściwie nie było w tym wszystkim miejsca. Wtedy jeszcze nie zdawałam sobie sprawy, że taka sytuacja jest niebezpieczna.

Moje życie zaczęło obracać się wokół wtorkowych i czwartkowych wieczorów; były to wielbłądzie garby na plecach tygodnia pracy. W przerwach nad asanami i oddechem pracowałam sama.

Nie całkiem miałam pojęcie, co robię. Dosłownie. Czy był to trening? Medytacja? Czy co? Jonathan wyjaśnił, że hathajoga oznacza zwyczajnie wykonywanie asan i obecnie istnieje wiele stylów: była Joga Iyengara, polegająca na precyzyjnych ustawieniach; energiczna Asztanga; Joga Regeneracyjna; a także wiele innych.

– Na tych zajęciach nie uprawiamy konkretnego stylu. Czerpiemy ze wszystkich tradycji. Więc nazywamy to zwyczajnie hathajogą. „Ha” odnosi się do prawej strony ciała, do słonecznej energii, do wigoru. „Tha” odnosi się do lewej strony, do księżyca, do pasywności. „Joga” oznacza dosłownie jarzmo. Zaprzęgamy te dwie energie razem by osiągnąć Absolut.

Brzmiało to raczej nieprawdopodobnie. Niezbyt ufałam tym definicjom. Jednocześnie miałam dziwne wrażenie, że uprawiam coś więcej niż zwykłe ćwiczenia. Kiedy kończyliśmy w Savasanie, nie czułam się jak po treningu. Bardziej jak po kościele. Nie wierzyłam w absolut ani w energię Słońca i Księżyca. Nie wierzyłam, że mówienie „Om” łączyło mnie z czymś transcendentnym. Co więcej: wcale mnie to nie obchodziło. Ta niewiara nie była pełna ferworu ateisty: przepełniała mnie bardziej obojętność agnostyka.

A jednak. Gdzieś we mnie tkwiła uparta myśl, że joga uczyni mnie lepszą. Może już czyniła, choć odrobinkę. Byłam spokojniejsza. Bardziej zrównoważona. Mniej strachliwa. Intonowałam więc, wykonywałam pozycje i medytowałam. Brnęłam dalej z tym samym nastawieniem, co na początku: a co mi tam. Może coś z tego zadziała.

W halloweenowe popołudnie Lucy drzemała w kołysce. Dom udekorowany był ręcznie wycinanymi ozdobami w kształcie dyni i duchów. Gotowałam ziemniaki na sałatkę na przyjęcie, które tego dnia wydawaliśmy. Wkrótce miał zapaść zmrok. Nasi rodzice mieli przyjść i zachwycać się Lucy ubraną w kostium misia, z malutkim noskiem pomalowanym na czarno oraz wąsikami narysowanymi na policzkach ołówkiem do brwi. Przyjaciele mieli przyprowadzić swoje dzieci, usiąść dokoła i zajadać słodycze. Zapowiadało się wspaniale.

Poczułam napływ nieczęsto doświadczanej emocji: rodzinnego szczęścia. Wydawało się ono statyczne i trwałe. Składało się z tak wielu elementów: poskładanych i ułożonych w stosik ścierek w czerwoną kratę, miski cytryn, narcyzów w doniczce na parapecie.

Było jednak równie ulotne jak każdy sen. Opierało się na pracy, pieniądzach i łucie szczęścia – wszystkich tych rzeczach, które podlegają nieustannym zmianom. Ale przede wszystkim zależało od porządnego wypełniania obowiązków.

W filmie Niebo nad Berlinem pada pewne tajemnicze zdanie. Właściwie cały film jest świadomie i absurdalnie tajemniczy, ale ten jeden tekst po prostu zachwyca: „Sen o domu w domu”. Mieliśmy dom, w którym mieszkaliśmy, ale mieliśmy też jakby sen o domu, sen o porządku, zadowoleniu i pięknie. Ten sen to marzenie dla dorosłych, pełnych dumy, ambicji i starań. Marzenie o świecie odmienionym przez wysiłek, dobry gust i odrobinę miłości. Jest ono jednak podszyte strachem: a co, jeśli mu nie sprostam?

Tego wieczoru w mojej kuchni raz po raz pojawiali się inni ludzie: Bruce, moje dziecko, moja matka, jej chłopak, mój ojciec, moi przyjaciele, ich rodzice. Ale nieważne, ile osób się tam zebrało – nadal była to moja kuchnia. Wielka maszyna produkująca domowe szczęście, a ja byłam silnikiem, który ją napędzał.

Bruce wrócił z gabinetu i zaczął rozglądać się za kolejną kawą. Gabinetem był mały garaż na podwórku, który zaadaptowaliśmy na biuro. Kiedy rozmawialiśmy z wydawcami na Wschodnim Wybrzeżu, staraliśmy się, żeby brzmiało to romantycznie i sielsko. Nazywaliśmy go ogrodową komórką albo zakątkiem do pisania. Ponieważ nie byliśmy w stanie spotykać się z naszymi redaktorami na wieczornych coctail party, które z pewnością codziennie odbywały się w Nowym Jorku, staraliśmy się wykorzystywać nasz status prowincjuszy, prezentując uroki surowego Zachodu.

Bruce pocałował mnie i powiedział, że dostałam mejla; ktoś chciał, żebym do końca tygodnia napisała coś od nowa. Taki mieliśmy zwyczaj: założyliśmy sobie wspólne konto i przeglądaliśmy wzajemnie swoje mejle. Dzięki temu pisanie przestawało być tak samotnym zajęciem; bardziej jak mała, wesoła wiejska spółka, mniej jak siedzenie sam na sam z własnym niedorobionym mózgiem.

– Przepisywanie artykułów! Kto to w ogóle wymyślił? – spytałam.

– Doskonale cię rozumiem. – Bruce, również dziennikarz, pracował dla magazynu, w którym nasyłano redaktorów na teksty niczym wściekłe psy rozdzierające wszystko na strzępy dla czystej przyjemności.

Nalał sobie kawy i patrzył na mnie, opierając się o blat. Był wysoki, chudy, o wspaniale wyrazistej twarzy ze zrośniętymi brwiami. Wyglądał niczym ożywiony rysunek Egona Schielego, od czasu do czasu ogarniany nastoletnią namiętnością. W jego przypadku rysy dobitnie świadczyły o pochodzeniu. Jego rodzina, podobnie jak moja, miała długą historię, a przynajmniej długą jak na standardy stanu Waszyngton. Wśród jego przodków byli norwescy farmerzy z doliny Snohomish oraz chorwaccy rybacy z Everett. Sam Bruce był po większej części norweskim farmerem, nieśmiałym i o surowych upodobaniach, ale kiedy zostawaliśmy sami, do głosu dochodziła jego chorwacka krew.

– Halloween! – powiedział. – Najlepsze święto w roku. Święto słodyczy i napędzania strachu. Czy istnieje coś lepszego? To o której przychodzą goście? – Wyciągnął z durszlaka kawałek kartofla i natychmiast go wypuścił: za gorący.

– Ćśśś! – powiedziałam. – Lucy jeszcze śpi. – Wygłosiłam to zdanie z pewną dozą zrzędliwości. Miałam fanatyczne podejście do godzin snu naszej córki. Zawsze szokowało mnie, gdy słyszałam o matkach, które zażywały drzemki razem ze swoimi dziećmi. Jak one mogły zasnąć? Ja musiałam czuwać, żeby móc się zamartwiać o to, kiedy dziecko się obudzi.

Bruce przybrał przepraszającą minę kogoś, kto przypadkiem za głośno się odezwał. W naszym domu nietrudno było obudzić dziecko: był to mały, jednopiętrowy domek przy biegnącej pod górkę ulicy, idealnie nadającej się na Halloween: budynki stały ciasno jeden przy drugim i pełne były miłych, szczodrych ludzi, zaopatrzonych w mnóstwo łakoci (choć zazwyczaj unikali cukru).

– No dobra, muszę wracać – powiedział Bruce. Pracował właśnie nad dużym artykułem o odwołaniu zleceń na budowę.

Podczas gdy wychodził tylnymi drzwiami, frontowymi wchodziła moja mama, jakbyśmy znajdowali się w odcinku Benny Hilla. Tyle że bez kostiumów francuskich pokojówek.

– Cześć, kochanie! Lucy już wstała?

– Chodźmy sprawdzić, śpi już dość długo.

Zakradłyśmy się na schody i zajrzałyśmy do pokoiku Lucy na facjatce. Oczy nadal miała zamknięte. Trochę wierciła pupką, ale może coś jej się śniło. Zeszłyśmy z powrotem na dół i mama zajęła się szynką.

– Ooo, kupiłaś tę opiekaną w miodzie! Świetnie! – Wyciągnęła ją z lodówki. – Na którym półmisku chcesz podać?

Nadal rozmyślałam nad tym artykułem do poprawki, ale wzięłam się w garść. Dałam mamie zwyczajny duży biały półmisek i patrzyłam, jak po prostu przekładając ją na talerz zamienia szynkę z połyskliwej grudy tłustego mięcha w Danie Główne. Jak ona to robi?

Dziecko zamarudziło lekko i mama w mgnieniu oka pomknęła na górę.

– Och, moje kochanie! – Wzięła Lucy na ręce, prosto z kołyski: wcale niełatwy wyczyn.

Mama była szczupła, miała długie włosy, wyglądała jak artystka, zwodniczą delikatnością przypominała Vanessę Redgrave. Ale kryła się w niej moc. W jej drobnym ciele czaiła się utajona siła. Wydawało się, że może ona nosić dziecko na rękach całymi godzinami; jej dom był idealnie czysty; ogród, którym sama się zajmowała, zawsze wyglądał, jakby właśnie spędziła w nim dzień ekipa mięśniaków pod nadzorem architekta krajobrazu. Miała też stalową wolę: czasem schodziła pod powierzchnię, ale zawsze tam była, twarda, żylasta i podszywająca każdą wykonywaną przez mamę czynność.

Mama kręciła się po domu swoim energicznym krokiem, nosząc gigantycznego różowiutkiego bobasa na szczupłym biodrze.

– Myślisz, że ten stół w jadalni stoi teraz w najlepszym miejscu? – spytała. – Może by tak przesunąć go pod ścianę?

Mama cierpiała na swego rodzaju manię przestawiania stołów. Był to jeden z etapów szykowania przyjęcia. Żaden stół nie znajdował się nigdy na właściwym miejscu. I oczywiście zawsze miała rację, co doprowadzało mnie do szału. Na przyjęciach u niej stoły, które pozamieniały swoje miejsca, sprawiały, że goście wiedzieli, co mają robić i dokąd iść. Uwolnieni od niepokoju dzięki maminej aranżacji wnętrza, poruszali się swobodniej i łatwiej nawiązywali rozmowy. Cała mama. Jedynym rozwiązaniem było po prostu położyć się na podłodze i pozwolić, żeby przetoczyła się po tobie niczym walec, przesuwając przy okazji jakiś stół.

Westchnęłam.

– No to przesuńmy. Tylko zabierz na chwilę Lucy.

Mama zabrała dziecko do drugiego pokoju, posadziła je na podłodze i położyła obok kilka zabawek.

– A gdzie Larry? – spytałam, kiedy przepychałyśmy mój ogromny stół na drugą stronę pomieszczenia.

– Musiał dziś pójść do pracy. Niedługo przyjdzie.

Larry to chłopak mojej mamy. Był nim od dwudziestu pięciu lat. Mimo iż mama nadal była żoną mojego taty. Pozwólcie, że naszkicuję sytuację.

Mama i tata pobrali się we wczesnych latach sześćdziesiątych. Rozstali się, kiedy mama poznała Larry’ego, który był wtedy młodym hipisem. Od tamtej pory obydwoje cały czas są razem. Mama i tata postanowili się nie rozwodzić, sądząc, że dzięki temu mnie i mojemu bratu Dave’owi będzie łatwiej.

I tak już zostało. Oficjalnie rodzice wciąż byli małżeństwem. Poczta taty wciąż przychodziła na adres mamy. Dzwonili do siebie niemal codziennie. Nadal łączyły ich sprawy finansowe. Kiedyś opowiedziałam koleżance o tym układzie, a ona stwierdziła:

– Cóż, istnieją różne rodzaje małżeństwa.

– Ależ oni wcale nie są małżeństwem! – zaprotestowałam.

Na co moja koleżanka rzekła:

– Owszem, są.

Wyglądało to jak jakiś fałszywy sylogizm: mama i Larry są parą, mama i tata są małżeństwem. A zatem… co? Kusi mnie, żeby powiedzieć: „Sami to rozpracujcie”, tyle że nie ma tu nic do rozpracowania. Hmm – zastanawiacie się może. Wygląda na to, że ta kobieta ma dwóch mężów. Mogę na to odrzec tylko tyle, że mama miała tylu mężów, ilu potrzebowała. Czy wspominałam już o jej stalowej woli? Z drugiej strony być może tata potrzebował tylko ułamka żony.

– No! – powiedziała mama. Zwykłe przesunięcie stołu sprawiło, że pokój nagle przestał wyglądać jak moja jadalnia. Teraz wyglądał jak centrala imprezy. – Jeszcze tylko obrus i gotowe!

Zajrzałyśmy do salonu i znalazłyśmy Lucy przed ogromnym regałem z powieściami. Przed sobą miała stertę na „M” (nasza biblioteczka nadal ułożona była w kolejności alfabetycznej – pozostałość dni sprzed jej urodzenia): Maupin, Mitford i Munro. Kiedy mama zgarnęła ją z podłogi, przeżuwała właśnie róg Opowieści o dwóch miastach.

Przyjęcia stanowiły skomplikowane zagadnienie. Powikłania te były czymś zwyczajnym dla mnie i dla mojej rodziny, tak jak dla wielu moich rówieśników. Mama, tata i Larry zadekowali się w kuchni, zachwycając się dzieckiem, podczas gdy rodzice Bruce’a kręcili się po domu. Widać było, że uważali moją sytuację rodzinną za dziwną, ale zwyczajem Norwegów zachowywali swoją opinię dla siebie i wszyscy jakoś się dogadywaliśmy.

Mój tata, z rozwianymi włosami, bystrymi oczami i szczupłą budową, oscylował między majestatem a luzem. W firmie zajmującej się public relations, której był współzałożycielem, znany był jako Wielki, ale po przejściu na emeryturę przerzucił się na luźny styl. Teraz opierał się o ścianę kuchni z rękami złożonymi na piersiach, rozmawiając żywo z Larrym o jakimś wczesnym śniegu w górach. Tata stworzony był do nart.

Larry, młodszy od niego o szesnaście lat, był kapitanem holownika. Nie żartuję. I tak też wyglądał. Wyobraźcie sobie przystojnego włoskiego kapitana, z brodą i eleganckim nosem. A teraz wyobraźcie sobie, że popala cichaczem trawę. I macie Larry’ego. Tego wieczoru ubrany był w klapki – zwykle nie rezygnował z nich aż do grudnia – dżinsy oraz koszulę w szkocką kratę.

Tata i Larry byli grzeczni, mama zaś stanowiła wcielenie uroku. Wszystko chodziło jak w zegarku. Tylko że chyba nie do końca. Ostatnio zaczęłam bywać w stosunku do nich niecierpliwa, nawet opryskliwa. Coś mnie w nich drażniło. Od kiedy sama zostałam rodzicem, niemal ciągle załazili mi za skórę. Rozstawiałam ich po kątach i wzdychałam, kiedy się do nich zwracałam.

Choćby teraz: gdy wyjmowałam z lodówki białe wino, żeby postawić je na stole, podszedł do mnie tata.

– Czy dostanę szklankę wody? – spytał.

– Jasne. Weź sobie – odparłam zwięźle, pokazując szafkę, gdzie trzymaliśmy szklanki.

Tata zrobił minę, którą ostatnio coraz częściej widywałam na jego twarzy – minę osoby, która czuje się nieco urażona, ale stara się to ukryć.

Mój brat zupełnie spasował. Nie przychodził już na rodzinne imprezy. Zaczęło się to lata temu, kiedy przystał do zespołu Prezydenci Stanów Zjednoczonych Ameryki, który nieustannie był w trasie. Myśleliśmy, że kiedyś wróci na łono rodziny. Ale nigdy nie wrócił, nawet kiedy rozstał się z zespołem i zaczął się zajmować public relations, jak tata, a potem został dyrektorem do spraw nowych mediów. Trzymał się z daleka. W środku nocy wysyłał do rodziców mejlowe apele, które forwardował do mnie (jak na byłą gwiazdę rocka był z niego niezły biurokrata). „Najwyższy czas na rozwód” – pisał. Albo: „Zbliżają się moje urodziny. W prezencie chciałbym dostać rozwód!”.

Innym powodem jego odseparowania było to, że całkowicie poświęcił się żonie i córkom. Wtłoczył się mocno w swoją rodzinę, jakby mościł się w łóżku. Tak, jakby nie było tam miejsca dla nikogo więcej. Porozumiewaliśmy się za pomocą mejli, które przesyłaliśmy w tę i z powrotem ponad jeziorem Washington jak małe sygnały semaforowe. Pisaliśmy głównie na temat muzyki i rodziców. Zazwyczaj brałam ochoczo to, co mi dawał.

Ale kiedy byliśmy wszyscy razem, jak tego wieczoru, brakowało mi go.

Larry trzymał Lucy na rękach, a ona chichotała i wtykała ręce w jego wielką, hipisowską brodę.

– Daj mi to dziecko! – powiedziałam.

Larry roześmiał się i podał mi.

On ze wszystkiego się śmiał: na tym polegał jego ogromny urok. Od kiedy urodziła się Lucy, on i ja staliśmy się bliżej spokrewnieni. Lucy z całą pewnością była jego wnuczką, z czego wniosek, że on i ja musimy być złączeni więzami krwi. Kolejny wadliwy sylogizm, ale tkwiła w nim niezaprzeczalna, zabarwiona uczuciem prawda.

Usiedliśmy z rodzicami Bruce’a na kanapie przy kominku. Uwielbiałam kominek jesienią. Zimą jest to coś zwyczajnego, ale ogień jesienią, kiedy jeszcze nie całkiem się go potrzebuje, ma w sobie coś wspaniale rozpustnego. Zaczęłam manewrować nogami Lucy, żeby włożyć je w kostium misia. Podniosła na mnie oczka z uwielbieniem, jakbym była gwiazdą rocka.

Kiedy malowałam eylinerem malutki niedźwiedzi nosek na jej twarzy, zaczęli przybywać znajomi i sąsiedzi. Bruce wziął Lucy na ręce i zabrał dzieci na krótki obchód okolicy, połączony z wymuszaniem słodyczy.

Goście przynieśli jedzenie. Szynka połyskiwała tłusto. Woskowy, słodki zapach halloweenowych cukierków wypełnił powietrze i przez następne trzy godziny wszyscy kręcili się dokoła, rozlewając na dywan wino i wybierając garściami minibatoniki Milky Way.

Usłyszałam, jak mama rozmawia z moją wieloletnią przyjaciółką, Isabel.

– Słyszałaś, że ten dom na tyłach jest na sprzedaż? – spytała.

– Który?

– Ten po drugiej stronie ogrodu.

Isabel zaczęła się śmiać.

– Zamierza pani go kupić?

– Chyba powinnam! – powiedziała mama. Kiedy to mówiła, jej wygłodniałe oczy skierowały się na Lucy.

– To wcale nie jest śmieszne – stwierdziłam.

– Bo i nie miało być. Czy nie byłoby miło? Moglibyśmy zrobić małą ścieżkę między naszymi domami.

– To nie jest zabawne, mamo. Przestań już.

– Kiedy ja naprawdę nie żartuję. Chyba zadzwonię do agenta od nieruchomości.

– Przeprowadzacie się? – spytał tata, przechodząc obok nas. Miałby w tym ukryty interes. W końcu wciąż był mężem mamy. Dom nadal należał do nich obojga, mimo iż on mieszkał po drugiej stronie miasta na drewnianej barce na jeziorze Union.

– No cóż, wiedziałeś, że ten dom z tyłu jest na sprzedaż?

– Mhm! – powiedział tata i odszedł wolnym krokiem w stronę kanapek z szynką. Ich związek był przyjazny i jakby pozbawiony ciekawości, jak między wieloletnimi sąsiadami, którzy podtrzymują ten maleńki emocjonalny dystans.

– Ja go kupię! – powiedziała Isabel. – Dzwonię do agenta.

– Nie ma mowy – zaprotestowała mama. – Jest mój.

Wiedziałam, że nikt go nie kupi. Był to tylko sposób na okazanie, że podoba im się u mnie. Claire, z domem! I z mężem, i dzieckiem. Było w tym coś absurdalnego. Ale mama. Mama mogła kupić ten dom. Nigdy nie wiadomo. I ona, i mama Bruce’a, jak wszystkie babcie, były niczym barbarzyńcy u bram. Miały ogromną potrzebę bliskości z dzieckiem: dla mojej mamy było ono najważniejsze w życiu.

Wszedł Larry i otworzył nową butelkę wina. Mój dawny chłopak, który przyszedł z żoną i piękną córeczką o sarnich oczach, poprosił o kolejny kieliszek. Otaczała mnie gęsta sieć relacji.

Wymknęłam się z Lucy na górę i położyłam przy niej na łóżku, kiedy odpływała w sen. Z dołu dobiegały stłumione dźwięki przyjęcia, komplikacji, życia.

Następnego dnia Lucy i ja miałyśmy iść do spółdzielni. Były to bardzo popularne zajęcia, prowadzone przez miejscowy dom kultury. Zapisałam nas na listę zaraz po narodzinach Lucy. W tym kooperatywnym żłobku dzieci wspólnie się bawiły, podczas gdy mamy zgłaszały się na ochotnika do opieki. Nie potrafiłam wygnać z głowy myśli o dzieciakach wylegujących się z martini oraz cygarami w fotelach i podnoszących stopy z podłogi, żeby ich zapracowane matki mogły odkurzyć.

Mimo to prawa północnego Seattle stanowiły, że twoje dziecko musiało „zaliczyć” spółdzielnię. Zawsze mówiło się o tym właśnie w ten sposób: „zaliczanie” spółdzielni, tak jak zaliczało się zajęcia – albo panienkę.

Za namową innych mam wkrótce po narodzinach Lucy zadzwoniłam na linię kontaktową grupy, gdzie trafiłam na jakąś matkę o udręczonym głosie – sprawiała wrażenie, jakby całe jej życie, wraz z dziećmi, pracą na pół etatu i niespecjalnie pomocnym mężem, ustawicznie znajdowało się na krawędzi totalnego chaosu i powstrzymywały go jedynie jej zdolności organizacyjne. Chwila rozmowy wystarczała, by zorientować się, że była to osoba usiłująca utrzymać kłębowisko węży za pomocą taśmy klejącej. W tle słychać było jakieś wrzaski. Kobieta zapisała nas na listę, ale ostrzegła, że czekanie może potrwać całe miesiące – „albo lata”.

Teraz, po dziewięciu miesiącach, Lucy i ja dowiedziałyśmy się, że zostałyśmy przyjęte. Dzień po Halloween poszłyśmy do ogromnego szarego budynku, w którym mieściło się Sąsiedzkie Stowarzyszenie Phinney. Na ogrodzeniu z siatki podskakiwał i opadał ciężko winylowy znak z napisem ZAPRASZAMY DO DZIECIĘCEJ GRUPY W PHINNEY!

Ubrałam się starannie w swój jedyny naprawdę markowy T-shirt w paski, najlepsze dżinsy oraz parę chodaków firmy Dansko – oficjalne obuwie nadmiernie wykształconych liberalnych mam. Lucy wystrojona była w koszulkę farbowaną w hipisowskie wzory („spółdzielnia” brzmi podobnie do „komuny”, więc chciałyśmy być ubrane, jak należy), spodnie ogrodniczki i ręcznie dziergany beret – było to nakrycie głowy, które tworzyło odpowiedni wizerunek. Nie zamierzałam nikomu mówić, że nie zrobiłam go sama – że była to spuścizna po koleżance, która rzeczywiście robiła swojemu dziecku ubranka na drutach. Jednak beret, wyraźnie ręczna robota, sugerować miał, że jestem typem artysty. Na tej różowej wełnianej czapeczce opierał się bardzo skomplikowany domek z kart.

Powiedziano nam, byśmy udały się do Pokoju Smoczego. Mając na uwadze długą listę oczekujących i opowieści innych mam, weszłam do środka, spodziewając się przytulnego, wypełnionego drewnianymi zabawkami raju w orientalnym stylu. A zamiast tego znalazłam piwnicę pełną kobiet w chodakach Dansko.

Rozejrzałam się nerwowo: kobiety nieustannie krążyły po pokoju niczym elektrony wokół jądra atomu; byłam niemal pewna, że zaczną wykonywać ten ruch, który ciągle robią współcześni tancerze – ten z gwałtownym wypychaniem mostka w przód. Niektóre z nich nosiły swoje pociechy na biodrach. Niektóre chodziły za raczkującymi niemowlakami. Niektóre trzymały za ręce dzieci zaczynające chodzić, przez co same dzieciaczki, z ramionami radośnie wyrzuconymi w górę, wyglądały, jakby miały dawać świadectwo na spotkaniu religijnym.

Był to dziwny widok, ukryty przed oczami niczego niepodejrzewających przechodniów na Phinney Avenue. Posadziłam Lucy w koszu pełnym drewnianych owoców i przywitałam się z nauczycielką.

Przez głowę przemknął mi obraz kobiet ze studia jogi w północnym Seattle. Zastanawiałam się wtedy, czy zdołają znaleźć oświecenie w pasażu handlowym. Tutaj doznałam tego samego uczucia. W pokoju panowała ta sama atmosfera gorliwości, ta sama intensywność dążeń oraz – jak odkryłam przez następne tygodnie – ta sama trudność w określeniu, na czym właściwie polegają te dążenia. Może inne panie nie musiały już się nad tym zastanawiać. Ich wygląd z pewnością wskazywał na to, że ze swoimi sprytnymi nosidełkami, dobrze zapakowanym jedzeniem dla dzieci i zawsze, zawsze w chodakach na nogach doskonale wiedziały, w czym rzecz. Wszechobecność chodaków była niczym komentarz na temat naszej niezdolności do zadbania o siebie: potrafiłyśmy obsługiwać skomplikowane urządzenia do robienia papek oraz pompki do piersi, prać tetrowe pieluszki i żonglować tym wszystkim na przemian z pracą na niepełnym etacie, lecz nie umiałyśmy i nie chciałyśmy wiązać sobie butów. Tego pierwszego dnia szybko dałam się wciągnąć do grupy i stałam się jedną z kobiet chodzących po pokoju za raczkującymi dziećmi. Nikt właściwie nie rozmawiał. Cała scena pełna była niemal medytacyjnej zadumy.

Po jakimś czasie usiadłyśmy i zaśpiewałyśmy Koła autobusu. Głęboko to mną wstrząsnęło. Nikt mi nie mówił, że trzeba tu będzie śpiewać. Kiedy Lucy była jeszcze malutka, od czasu do czasu nuciłam jej, gdy cierpiała na kolkę i wyraźnie nic nie mogło jej pocieszyć. Śpiew był ostatnią deską ratunku, gdy zawiodły już negocjacje i sankcje. Ostatnią piosenką, jaką zaśpiewałam publicznie, było God Save the Queen Sex Pistolsów. Miało to miejsce na oczach grupy niezwykle zaskoczonych Japończyków w klubie karaoke w Kioto, jakoś we wczesnych latach dziewięćdziesiątych. Teraz natomiast odkrywałam, że śpiew stanowił ważną część życia towarzyskiego dobrej matki z północnego Seattle. Byłyśmy niczym stadko bardzo dużych, niezsynchronizowanych ptaków, ćwierkających ile wlezie i wyrażających tym… co właściwie? Miłość, troskę, oddanie.

Po Kołach autobusu zajęcia dobiegły końca. Pozostałe mamy umawiały się na kawę. Poczułam się niezręcznie, więc wymknęłyśmy się z Lucy i poszłyśmy do domu wśród rozbryzgujących się kropli deszczu.

Kiedy wróciłyśmy, Bruce siedział przy naszym wielkim, pełnym zadrapań, drewnianym stole jadalnym. Po imprezie halloweenowej przesunął go z powrotem na zwyczajne miejsce pośrodku pokoju. Stół był zawalony gazetami.

Miałam wrażenie, że mój mąż nieustannie pracuje. Trudno było stwierdzić, ile właściwie czasu powinniśmy na to przeznaczać. Byliśmy niezależnymi dziennikarzami; nie mieliśmy biura, szefa ani stałych dochodów – mieliśmy za to hipotekę. Skąd ona się w ogóle wzięła? W naszym życiu nie było dla niej miejsca.

Bruce obrzucił nas krótkowzrocznym spojrzeniem. Nie chodzi o to, że miał problemy z oczami, po prostu był całkowicie pochłonięty tym, co robił. Wyraźnie musiał się zmusić, by oderwać uwagę od pracy nad artykułem o tamach.

– Cześć! – powiedział. – Jak było?

– Było… dziwnie – stwierdziłam z elokwencją dziecka przed pokwitaniem. – Nie całkiem łapię klimat.

– A co robiłyście? Na czym to polega?

– To samo, co w domu. Lucy bawiła się i raczkowała. Podobał jej się stolik do gotowania, ale chyba tylko dlatego, że miał odpowiednią wysokość, żeby mogła się na nim podciągać. Aha, i śpiewałyśmy piosenki.

– Śpiewałaś? Ty?

– Nie musisz tego mówić z takim przerażeniem. Skoro już chcesz wiedzieć, śpiewałyśmy Koła autobusu.

– Przypomnij mi, jak to szło – poprosił, szczerząc zęby.

Zerknął na swój laptop. Posadziłam Lucy na stole, żeby pomogła mi na powrót pozyskać jego uwagę. Miała na nogach ciężkie brązowe skórzane botki, którymi kopała po wierzchu kopii artykułu z „Dziennika Amerykańskiego Towarzystwa Zasobów Wodnych”. Oczka jej lśniły. Nigdy nie widziałam, żeby ktoś miał aż tak błyszczące oczy.

– No więc? – spytał Bruce, zmuszając się, by powrócić do rozmowy. – Narada wojenna z innymi matkami? A nauczycielka pilnowała dzieciaków, kiedy wy sobie gadałyście?

– Nie, nie, to wcale nie tak. Bawiłam się z Lucy i chodziłam z nią po pokoju, potem miałyśmy małe spotkanie, żeby zaplanować, kto będzie szykował przekąski, a potem wróciłam do domu. Aha, i musiałam się zapisać do jakiejś pracy – każdy ma tam swoje zadanie. Moim jest opieka nad dziećmi członkiń rady podczas ich comiesięcznego spotkania.

– Co? To ile dzieciaków będziesz musiała pilnować?

– Zdaje mi się, że w skład rady wchodzi osiem pań, więc jest co najmniej ośmioro dzieci. Choć wiem, że jedna z nich ma bliźniaki.

Bruce zaczął się śmiać.

– No dobra, zreasumujmy. Musiałaś zapisać się na listę oczekujących, żeby w ogóle tam wejść. Teraz będziesz im płacić… ile? Siedemdziesiąt pięć dolarów za miesiąc? I nie ma żadnej opieki do dzieci? I jeszcze masz pracować? Jesteś pewna, że tego chcesz?

Byłam naprawdę pewna. To właśnie należało robić. Należało zabierać dziecko do grupy spółdzielczej, żeby nauczyło się nawiązywać stabilne relacje i nie cierpiało bólu rozstania, kiedy zajęcia dla niemowlaków zmienią się w zajęcia dla dzieci raczkujących, a potem w żłobek. Tak było najlepiej. Wszyscy tak mówili.

Uwaga Bruce’a odpłynęła i wiedziałam, że tym razem nieodwracalnie. Od kiedy na świecie pojawiła się Lucy, zaczął jeszcze bardziej skupiać się na pracy; tak jakby te same nakazy, które rządziły mną i zmuszały mnie do zwijania serwetek, trzęsienia się nad jedzeniem i karmienia dziecka piersią tak długo, jak mogłam, u niego przejawiały się w zupełnie innej formie: zarabiaj, zarabiaj, zarabiaj (co brzmi dziwnie w przypadku dziennikarza zajmującego się ekologią, ale tak to już bywa). Pracował teraz z niemal maniakalnym błyskiem w oku, jak wiewiórka zbierająca orzechy na zimę.

Nasze niepokoje zmieniały nas w innych ludzi – on stał się Zarabiaczem, a ja Matką, niczym postaci z jakiejś niesamowicie nudnej sztuki Ionesco. Oboje nieustannie się zamartwialiśmy i często zapominaliśmy o śmiechu. Ja znajdowałam wytchnienie w gaworzeniu dziecka, w towarzystwie przyjaciółek, a teraz jeszcze w jodze. Nie dostrzegałam, że Bruce zmierzał do miejsca, gdzie żadnego wytchnienia nie było.

Tego wieczoru poszłam na jogę. Zawsze chodziłam wieczorami. Dzień był przeznaczony na pracę i obowiązki. Tym razem zajmowaliśmy się ćwiczeniami pozwalającymi utrzymać równowagę. Wyglądało na to, że równowaga stanowiła sedno całej sprawy. Zaczęliśmy od Drzewa. Przeniosłam ciężar na lewą stopę, jak kazał nauczyciel, i oparłam prawą o wnętrze uda, tuż nad kolanem. Stabilna jak pień. Był to pierwszy moment prawdziwej kompetencji w jodze. Naprawdę nie stanowiło to dla mnie żadnego problemu. Mogłabym stać na jednej nodze przez cały dzień. Pewnie byłabym w stanie skakać w tej pozycji na zakupy. Zobaczyłam swoje odbicie w lustrze. By posłużyć się slangiem: wymiatałam. Oczywiście gdy tylko ta myśl zjawiła się w mojej głowie, natychmiast wypadłam z pozycji. Podniosłam stopę z powrotem na udo, spojrzałam na podłogę i przestałam myśleć. Znowu stabilna.

– Nieźle! – powiedział Jonathan. – Umiecie trzymać równowagę.

Wszyscy uśmiechnęliśmy się do niego szeroko.

– No dobra – powiedział. – Normalnie bym tego nie robił, ale myślę, że powinniśmy spróbować Orła. To trochę wyższy poziom.

Moje oczy natychmiast zaczęły krążyć nerwowo po sali. Co to u licha było, ten Orzeł? A co, jeśli wszyscy dadzą radę go zrobić, a ja nie?

Orzeł. Przenieśliśmy ciężar ciała na prawą nogę. Ugięliśmy odrobinę prawe kolana. Zahaczyliśmy lewe nogi o prawe, jakbyśmy zamierzali usiąść na krześle ze nogą założoną na nogę. Już samo to wydawało nam się dostatecznie trudne. Ale było i więcej: należało jeszcze zahaczyć lewą stopę za prawą łydkę. Niespodziewanie moja stopa wślizgnęła się tam leciutko, jakby całe życie czekała, by odnaleźć to przytulne miejsce.

W liceum przyjaźniłam się z pewnym chłopcem. Nie łączył nas żaden seks, nigdy się nawet nie pocałowaliśmy. On lubił modne dziewczyny o prostych, lśniących włosach. Ja lubiłam niegrzecznych chłopców. Kiedy leżeliśmy na kanapie i oglądaliśmy telewizję albo słuchaliśmy Specjalnej audycji beatowej, wypracowaliśmy sobie pewien zwyczaj: nazywaliśmy to „idealnym dopasowaniem”. Jego broda w zagięciu mojego łokcia; moje ramię pod jego pachą; jego stopa między moimi stopami. Fakt, że nigdy nie spróbowaliśmy ostatecznego idealnego dopasowania mężczyzny i kobiety, czynił to jeszcze słodszym i bardziej relaksującym.