Pożegnanie z diabłem i czarownicą. Wierzenia ludowe - Bohdan Baranowski - ebook

Pożegnanie z diabłem i czarownicą. Wierzenia ludowe ebook

Bohdan Baranowski

4,2

10 osób interesuje się tą książką

Opis

Rozpalający wyobraźnię świat słowiańskich wierzeń

Diabły, szatany, biesy… Czarownice, wiedźmy, strzygi… Jak by ich nie nazwać - zawsze wzbudzały emocje i przerażały ludzi, towarzysząc im od wieków.

Autor, dzięki próbie racjonalnego wyjaśnienia przyczyn przypisywania tym postaciom piekielnych i upiornych mocy, sprawia, że Pożegnanie z diabłem i czarownicą to opowieść nie tylko o zabobonach i wierzeniach, ale zarazem bogate źródło cennych informacji na temat kultury ludowej.

W książce Bohdana Baranowskiego nie brakuje barwnych powiedzeń, przyśpiewek, przesądów oraz autentycznych historii, w które uwikłane były czarownice i diabły. Te z kolei nie zniknęły wraz z postępem techniki, a przeniknęły do otaczającego nas świata za pomocą książek, filmów, seriali i gier komputerowych.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 331

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




 

 

 

 

Copyright © Bohdan Baranowski

 

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Replika, 2020

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

 

 

Korekta

Lidia Ryś

 

Skład i łamanie

Dariusz Nowacki

 

Projekt okładki

Mikołaj Piotrowicz

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Dariusz Nowacki

 

 

Wydanie elektroniczne 2020

 

eISBN 978-83-66481-38-1

 

 

Wydawnictwo Replika

ul. Szarotkowa 134, 60–175 Poznań

[email protected]

www.replika.eu

 

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ I. OFIARY CIEMNOTY

 

 

 

 

 

Tytuł informacji dziennikarskiej był pasjonujący – Reportaż niesamowity.[1] Sprawa dotyczyła wsi, w której „od wielu lat grasuje szatan, a czarownice uprawiają bezkarnie swój proceder.” Gdzie szukać tej wsi ogarniętej histerią lęku przed siłami nieczystymi? Może gdzieś w Ameryce Południowej, w dolinie odizolowanej od reszty świata niebotycznymi szczytami Andów, czy też w dżunglach Środkowej Afryki lub Nowej Gwinei? A może chodzi tu o film sensacyjny, którego akcja toczy się przed kilkuset laty? Podtytuł w dzienniku wyjaśniał jednak, że jest to reportaż ze „wsi położonej 74 km od Warszawy”.

Byłem w tej wsi. Jeden z moich informatorów, dobroduszny, flegmatyczny rolnik w średnim wieku, dygotał po prostu z wściekłości, gdy rozmawialiśmy na ten drażliwy temat:

– Cała wieś zatłuc powinna kłonicami cholerę! Utopić ją! Ludzie zdrowie i życie potracili przez jej czary. Milicja zamiast zastrzelić lub zgnoić w więzieniu, jeszcze ją ochrania. Gdzie ta sprawiedliwość!

„Gdzie ta sprawiedliwość!” – Istotnie, minęły te dawne dobre czasy, gdy na mocy prawomocnego wyroku, w obecności sędziów płonął stos z czarownicą, a jęki męczonej kobiety zagłuszane były pobożnymi pieśniami tłumu cieszącego się, że ramię sprawiedliwości dosięgło jeszcze jedną wspólniczkę szatana.

I oto dziś człowiek, który głęboko wierzy w działalność złych mocy i ich wspólniczek, staje bezradny wobec faktu, że czarownice, które spowodowały tyle nieszczęść w jego otoczeniu, bezkarnie uprawiają swoje praktyki, a żadne czynniki administracyjne nie stają w jego obronie. Żaden sąd nie wyda dziś wyroku na czarownicę. Jej ofiary mogą więc odwoływać się tylko do aktów samosądu.

„Usłyszałam krzyki i poszłam zobaczyć, co na drodze się dzieje. Szłam jakiś czas z gromadą ludzi, którzy prowadzili czarownicę. Bili ją jakimiś przedmiotami, a kiedy krzyczała – zatykali jej usta.” To nie relacja naocznego świadka z tak częstych w XVII czy pierwszej połowie XVIII wieku sądów czy samosądów nad czarownicami. Nie! To fragment zeznań związanych z pobiciem domniemanej czarownicy Leokadii Adaś w... 1955 r.

A oto zeznanie jednego z oskarżonych, nie jakiegoś wioskowego analfabety, wychowanego w dusznej atmosferze przesądów, lecz młodego, 28-letniego radiomechanika: „Mojej siostrze dała Adaś jako prezent weselny poduszkę. Jak stwierdzono, w pierzu była brudna szmata, na której były naszyte różne włosy ludzkie, włożony kamień marmurowy, porobione były wianuszki z różnego rodzaju piór, a poza tym sznurek długości trumny, na którym był zrobiony węzeł. Niejaka Z. dostała od niej poduszkę dla dziecka. Również w tej poduszce była lalka z brudnych szmat, porobione wianuszki z piór, a poza tym zgniłe jakieś drewna. Takie prezenty dała Adaś wielu osobom ze wsi. Poza tym sama Adaś chwaliła się, że odebrała krowie Pawła O. mleko.”[2]

Jeszcze dziś samosądy nad czarownicami prowadzą niekiedy do ciężkich zbrodni. Oto notatka prasowa pod znamiennym tytułem: Niewiarogodne, a jednak prawdziwe – zamordowali czarownicę. „Mordercami byli: 35-letni Józef i 37-letni Franciszek Głowniowie z zawodu cieśle. Jak wykazało dotychczasowe śledztwo, przeprowadzone przez funkcjonariuszy MO, motywem zbrodni były urojenia i nieprawdopodobna wprost ciemnota sprawców. Otóż jeden z morderców, Józef Głownia, był przekonany, że Barbara Waindlich rzuciła nań «czary» i spowodowała u niego chorobę umysłową. Pragnąc zlikwidować urojoną w jego umyśle «czarownicę», wespół z bratem w nocy z 3 na 4 b.m. zamordowali Barbarę Waindlich. Obaj bracia zadali swej ofierze około 40 ran kłutych, a następnie zwłoki zakopali w piwnicy. Jak stwierdzono, Józef Głownia przebywał przez pewien okres w zakładzie psychiatrycznym, zwolniony z zakładu utrzymywał, że przyczyną jego choroby są «czary» rzucone przez Barbarę Waindlich i często odgrażał się, że musi pozbyć się swej prześladowczyni.”[3]

Ponure wierzenia związane ze złymi siłami piekielnymi i czarownicami zanikają. Jednak jeszcze dziś w pewnych środowiskach, na szczęście coraz mniej licznych, są one żywe. I otóż niniejsza książka chce wyjaśnić zagadnienie powstania, rozkwitu i zanikania tej zabobonnej atmosfery na ziemiach polskich, a szczególnie na obszarze województwa łódzkiego i terenów przyległych.

Zjawiskiem powszechnie znanym niemal u wszystkich ludów na różnych kontynentach była, a niekiedy jest jeszcze dziś, wiara w możliwość wyrządzania zła przy pomocy czarów. W zależności od stopnia rozwoju kultury, religii, tradycji, zwyczajów, a także specyfiki geograficznej, gospodarczej i społecznej, wierzenia te przybierają odmienny charakter.

Dość powszechną była zasada, że osoby szkodzące innym przy pomocy czarów należy karać. W krajach starożytnego Wschodu, jak również w Grecji i Rzymie, ludzie posądzeni o to, że swymi czarami działali na szkodę jednostki czy też całego społeczeństwa, karani byli surowo. Pierwsi chrześcijanie, którym stawiano zarzut uprawiania czarów, padali z tego powodu ofiarą krwawych prześladowań. I oto, gdy nowa religia stała się panującą, dawne przepisy prawne, dające przedtem podstawę do prześladowania chrześcijan, posłużyły teraz do poskramiania ich przeciwników. Zwolenników kultów pogańskich, jak i domniemanych czarowników, karano męczarniami i śmiercią. Ludy germańskie, które przyjęły chrystianizm, połączyły w swych wierzeniach rodzime wątki z różnymi zabobonami rzymskimi, czy nawet tajemnymi praktykami pochodzenia wschodniego, i stworzyły pojęcie wspólniczki szatana – czarownicy. Na terenie frankońskiego państwa Merowingów rozpoczęły się procesy czarownic, którym zarzucano stosunki z największym wrogiem świata chrześcijańskiego – szatanem. W tym też czasie (VI–VIII wiek) ustalił się, tak bardzo później rozpowszechniony, typ procesów czarownic.

Procesy o czary rozpowszechniły się szczególnie w XV–XVII wieku na terenie Niemiec[4], a także na obszarach politycznie lub kulturalnie z nimi związanych[5]. Ponury zabobon krzewił się zarówno wśród ludności katolickiej, jak i protestanckiej. Także na terenie Francji i w innych krajach Zachodniej Europy[6], a nawet w posiadłościach kolonialnych (np. w Ameryce), palono na stosach wspólniczki szatana. Jednak zjawisko to nie występowało tam z taką siłą, jak na terenie Niemiec i obszarów sąsiednich. Stosunkowo rzadko dochodziło do procesów o czary w krajach prawosławnych[7], które ze względu na pewną izolację kulturalną uniknęły atmosfery procesów czarownic.

W XV wieku, gdy w zachodniej Europie płonęły stosy z nieszczęśliwymi ofiarami zabobonu, w Polsce było jeszcze o tym głucho. Wprawdzie ustawodawstwo kościelne już od dawna występowało przeciwko czarownicom, ale nie traktowało ono czarów jako przestępstwa, za które należało karać śmiercią. W XV i w początkach XVI wieku czary najczęściej nie miały jeszcze nic wspólnego z diabłem. Mimo to zajmowanie się czarami ścigane było przez władze duchowne – traktowane jako przestępstwo przeciwko wierze. W większości wypadków oskarżenie okazywało się nieuzasadnione i obwinioną uwalniano, domagając się tylko złożenia przysięgi, że czarami się nie zajmowała i nie będzie się zajmować. Gdy uważano, że oskarżonej udowodnione zostało zajmowanie się czarami, domagano się od niej publicznego odwołania błędów i złożenia uroczystej przysięgi, że nie będzie się zajmować niedozwolonymi praktykami. Niekiedy stosowano jeszcze pokutę kościelną, najczęściej niezbyt surową. Wypadki, gdy sąd groził oskarżonym o czary karą śmierci, zdarzały się rzadko.

Dopiero na przełomie XVI i XVII wieku pojawił się w Polsce nowy rodzaj procesu o czary, ściśle według niemieckich wzorów. Procesy związane z osobą diabła odbywały się już nie przed sądami kościelnymi, lecz świeckimi, najczęściej miejskimi. Prawdopodobnie pierwszy wypadek kary śmierci za czary z wyroku sądu miejskiego miał miejsce w 1511 r. w Chwaliszewie koło Poznania. Domniemanej czarownicy zarzucano, że swymi praktykami zniszczyła kilka browarów i naraziła ich właścicieli na wielkie szkody materialne.[8]

Jeszcze w pierwszej połowie XVI wieku sprawy o czary przed sądami miejskimi należały do rzadkości. Powoli jednak przedostawać się poczęła z Niemiec atmosfera polowań na czarownice. Procesy o czary rozpowszechniły się najpierw w tych rejonach Polski, gdzie istniały większe skupiska ludności niemieckiej lub w poważniejszym stopniu występowały wpływy kultury niemieckiej, szczególnie zaś na zachodnich ziemiach polskich, które nie wchodziły w skład dawnej Rzeczypospolitej, a więc na Śląsku, Pomorzu Zachodnim i Ziemi Lubuskiej. W pierwszej połowie XVII wieku procesy czarownic rozprzestrzeniły się w całej Wielkopolsce i w Prusach Królewskich. Atmosferę panującą w Wielkopolsce doskonale malują słowa współczesnego bezimiennego autora: „a iż tymi czasy nasza Wielkopolska nie zwyczajnie zagęściła się na kształt pożarów czarownicami, lubo prawdziwymi, lubo mniemanymi, tak iż na posiedzeniu i schadzkach zwyczajnych o żadnej materiej nie usłyszysz jako o czarownicach”.[9] Powoli również i na innych ziemiach dawnej Rzeczypospolitej coraz częściej płonęły stosy. Pod koniec XVII i na początku XVIII wieku procesy czarownic były bardzo częste na Mazowszu, natomiast znacznie słabiej występowały w Małopolsce.

Na ziemiach wchodzących w skład obecnego województwa łódzkiego procesy o czary pojawiły się dość późno. W Kaliszu pierwszy większy proces czarownic miał miejsce już w 1580 r.[10], ale w mniejszych miastach dawnego województwa łęczyckiego, sieradzkiego i ziemi wieluńskiej procesy czarownic rozpoczęły się dopiero w XVII wieku.

Rozpowszechnienie manii polowań na czarownice przypisać należy specjalnym warunkom gospodarczym i kulturalnym. Wojny toczące się na ziemiach polskich w drugiej połowie XVII wieku doprowadziły kraj do ruiny gospodarczej i zarazem stworzyły warunki sprzyjające upowszechnieniu zabobonów. Zabiedzeni, głodni ludzie o wiele łatwiej poddawali się złudzeniom, że wszystkie klęski, jakie na nich spadły, należy przypisać złym siłom. Atmosfera podniecenia wywołanego walką z czartem doszła do punktu szczytowego w pierwszym ćwierćwieczu XVIII stulecia. Był to zresztą okres największego upadku gospodarczego i kulturalnego Polski.

W drugim ćwierćwieczu XVIII stulecia procesy czarownic są jeszcze nadal częste, ale widać już było pewne symptomy zachodzących zmian. Szczególnie większe miasta przestają palić czarownice, a sędziowie o wiele krytyczniej podchodzą do spraw tego rodzaju. Natomiast w małych miasteczkach i wsiach stosy płonęły w dalszym ciągu, choć już nie tak często, jak w latach poprzednich. Zmniejszenie ilości procesów o czary było następstwem pewnych przeobrażeń kulturalnych zachodzących na terytorium Rzeczypospolitej. Coraz częstsza krytyka groźnego zabobonu, wychodząca z różnych kół postępowych, musiała dać pewne wyniki.

W trzecim ćwierćwieczu XVIII stulecia groźny zabobon powoli wygasał. Dość istotne zmiany gospodarcze i kulturalne wywarły zbawienny wpływ. Akcja sfer oświeconych poczęła wydawać rezultaty. Sądy większych miast z zasady odmawiały rozpatrywania spraw o czary. Sędziowie w małych miasteczkach wykazywali na tym polu znacznie mniejszą aktywność.[11]

Żniwo ponurego zabobonu było niemałe. Od XVI do XVIII wieku na terenie obecnego państwa polskiego około 20-40 tysięcy kobiet, posądzonych o spółkę z szatanem, poniosło śmierć na stosie lub straciło życie w wyniku samosądów.

Duże zniszczenie źródeł archiwalnych, a nade wszystko ksiąg miejskich, powoduje, że trudno jest ustalić nasilenie tego zjawiska w XVII i XVIII wieku. Co najwyżej można wysuwać pewne przypuszczenia, że na terenie obecnego województwa łódzkiego było ono trochę słabsze niż we właściwej Wielkopolsce, natomiast znacznie silniejsze niż w Małopolsce. Również ze względu na olbrzymie luki w źródłach można jedynie wysuwać pewne przypuszczenia na temat rozpowszechniania ponurego zabobonu w różnych częściach omawianego terenu. Można jednak zaryzykować twierdzenie, że procesy czarownic były znacznie silniejsze w jego części zachodniej, na obszarach nad Wartą i Prosną, niż w południowo-wschodniej, nad Pilicą.

Przyczyny procesów o czary były dość różne. Prawie zawsze zaczynało się od prywatnych oskarżeń osób poszkodowanych, które jakoby na skutek czarów straciły zdrowie, poniosły straty w dobytku itp. Bardzo często procesy o czary brały początek z antagonizmów klasowych, jakie istniały wewnątrz wsi czy małego miasteczka. Niekiedy wiązały się one ze sporami między gospodarzem a jego komornikami. I wreszcie wzajemna nienawiść skłóconych z sobą sąsiadek mogła być przyczyną wysłania jednej z nich na stos.

Dość często procesy czarownic wywołane były lękiem, jaki przedstawiciele szlachty żywili przed swymi uciskanymi poddanymi, którzy nie mogąc się zemścić w inny sposób, mogli chwytać się magicznej broni. Spora ilość procesów czarownic wiązała się z obawą, że wyzyskiwani chłopi mogą się mścić przy pomocy czarów. Niekiedy dochodziło do procesów czarownic na tle niesnasek rodzinnych, a nawet prób pozbycia się przez męża niewygodnej żony. Zdarzały się wypadki, że przyczyną procesu czarownic stawały się niewinne czary miłosne, mające na celu zachowanie uczuć niewiernego kochanka. Najczęściej jednak wiązały się one z zawodową działalnością wiejskich znachorek, które szczególnie łatwo mogły być posądzone o spółkę z diabłem.

Zgodnie z panującymi wówczas poglądami prawnymi tylko kobiety z ludu, a więc chłopki lub mieszczanki, mogły być posądzone o czary. Szlachcianki już przez swoje urodzenie wolne były od tego rodzaju podejrzeń. Inna rzecz, że niekiedy próbowano wplątać w sprawę o czary biedną szlachciankę, ale zasadniczo było to sprzeczne z obowiązującymi przepisami prawnymi.

W XVII i XVIII wieku sądy nie zawsze przyjmowały bez zastrzeżeń wszystkie oskarżenia o czary. Niekiedy sąd pobieżnie rozpatrzywszy sprawę, odrzucał oskarżenie, a niefortunnego oskarżyciela skazywał na cielesną lub pieniężną karę. Z pewnością najważniejszą rolę odgrywało tu stanowisko społeczne i opinia oskarżonego. Jeśli oskarżenie wniesione było przez człowieka nieposiadającego wpływów ani odpowiedniego stanowiska społecznego, a skierowane było przeciwko osobie cieszącej się ogólnym szacunkiem, wtedy łatwo było całą sprawę zbagatelizować i przejść nad nią do porządku dziennego. Czasami sąd, chcąc się upewnić o niewinności oskarżonej, a nie mając zamiaru brać jej na tortury, domagał się przedstawienia świadków, którzy by wydali o niej odpowiednią opinię. Oskarżona zjawiała się wtedy w sądzie w asyście sześciu świadków, którzy stwierdzali jej niewinność.

Jeśli w mniemaniu sędziów wina oskarżonej nie była zbyt jasna, sąd udzielał jej tylko napomnienia i przestrzegał, że w razie powtórnej skargi oddana zostanie w ręce kata. Miało to miejsce przeważnie w małych miasteczkach, które nie posiadały własnego „mistrza sprawiedliwości”. Musimy bowiem pamiętać, że wypożyczenie kata z drugiego miasta nastręczało nieraz pewne trudności i narażało na znaczne wydatki.

Jednak w olbrzymiej większości wypadków oskarżenie o czary znajdowało uznanie u sędziów, a po uwięzieniu domniemanej sojuszniczki diabła sąd mógł przystąpić do dalszych badań. Zgodnie z praktyką prawną przyjętą w zachodniej Europie, pierwszą czynnością związaną z badaniem posądzonych o czary kobiet było przeprowadzenie tzw. prób, które miały wykazać ich niewinność lub słuszność oskarżenia. Próby te wywodziły się ze średniowiecznych sądów bożych. W zachodniej Europie stosowano wiele rodzajów tych prób. W procesach o czary najbardziej rozpowszechnioną była próba wody. Czasami stosowano i inne próby, a więc próbę ognia, łez, ważenia, nakłuwania itp.

Rozpowszechniona w Polsce próba wody mogła być stosowana w dwojaki sposób: jako pławienie lub rzadziej spotykana tzw. kąpiel. Ów drugi sposób stosowano najczęściej wobec opętanych przez diabła. Niekiedy brano też do kąpieli kobiety posądzone o spółkę z diabłem. Do tego rodzaju zabiegu używano przeważnie dużej kadzi. Woda powinna być przecedzona przez prześcieradło, które służyło jako swego rodzaju filtr przed diabelskimi siłami. Można zresztą spotkać różne lokalne sposoby przeprowadzania kąpieli, jak: święcenie wody, puszczanie na nią zboża, spróchniałych kości, kamyków itd. Niekiedy poświęconą wodę przepuszczano przez prześcieradło i na tym filtrze badano, co pozostało po kąpieli. Zabieg taki posiadał podwójne znaczenie: mógł służyć jako dowód stosunków z szatanem, bądź stosowano go w tym celu, aby przedstawiciel piekieł opuścił ciało oskarżonej i nie udzielał jej żadnej pomocy. Na naszym terenie kąpiel była stosowana dość rzadko. W 1700 r. sąd miejski ze Szczercowa rozpatrywał sprawę domniemanych czarownic ze wsi Osiny. W protokole tego procesu jest wzmianka: „będąc w kąpieli w wodzie święconej, aby się przyznała, taż Ewa Burska żadnym sposobem nie przyznała się do żadnej rzeczy, mówiąc, że nic nie wiem, nie umiem”[12]. Odnosi się więc wrażenie, że ową kąpiel w wodzie święconej sąd traktował jako sposób odpędzenia diabła, aby nie przeszkadzał czarownicy w składaniu zeznań.

Powszechnie stosowano pławienie, choć było ono kwestionowane przez wielu pisarzy prawniczych i teologicznych. Niekiedy dziedzic, chcąc wykryć czarownicę, nakazywał pławić po kolei wszystkie kobiety ze swojej wsi. Najczęściej jednak pławiono kobiety już podejrzane o czary. Związane sznurami spuszczano ostrożnie na wodę – jeśli szły do dna, były niewinne, jeśli utrzymywały się na powierzchni, było to dowodem, że woda nie chce przyjąć diabelskich wspólniczek. Powszechnie zresztą uważano, że czarownice po ślubie z szatanem stają się bardzo lekkie i na skutek tego nie mogą tonąć. Podczas pławienia większość delikwentek szła na dno. Na skutek jednak specjalnego układu związanego ciała, wełnianych spódnic i fartuchów, niektóre kobiety utrzymywały się przez pewien czas na powierzchni. Stanowić to mogło dość istotny argument dla poddania oskarżonej torturom.

Aż do rozpoczęcia właściwych badań oskarżona osadzona była w tzw. kłodzie (dybach) lub w specjalnej beczce w wyjątkowo niewygodnej pozycji. Kilkudniowy pobyt w kłodzie lub beczce mógł złamać najsilniejszy organizm. Nic więc dziwnego, że oskarżoną wyjmowano prawie półprzytomną. Zgodnie z wierzeniami przejętymi z zachodniej Europy, czarownice osadzone w kłodzie lub beczce nie miały kontaktu z ziemią, która mogła być źródłem ich siły. Od chwili więc uwięzienia, aż do wykonania wyroku, nie powinny one dotykać ziemi. Owe beczki pokrapiane były wodą święconą, a do ziemi przytwierdzano kartki z pobożnymi wezwaniami, aby odstraszyć przedstawicieli piekieł.

Stosowane tortury potrafiły rozwiązać język najbardziej wytrzymałego na ból człowieka. Na naszym terenie spotyka się w procesach o czary najczęściej tzw. rozciąganie na drabinie, bloku lub ławie. Rozciągniętym kobietom przypalano świecą, rozpaloną blachą lub siarką boki i pachy. Niekiedy stosowano buty hiszpańskie – żelazne formy z wystającymi do środka ostrymi zębami. Zasadniczo torturowanie nie powinno było trwać dłużej niż godzinę, ale sądy zbytnio tego nie przestrzegały. W protokołach procesów czarownic spotykamy wzmianki, że np. „taż Katarzyna przez dobrą godzinę będąc na torturach”[13]. Nikt nie korzystał wtedy z zegarka, a pojęcie „dobrej godziny” mogło dotyczyć znacznie dłuższego czasu.

Jeśli w trakcie tortur oskarżona przyznała się do zarzucanych jej zbrodni, musiała jeszcze po spuszczeniu z bloku potwierdzić swoje zeznania. Nazywało się to zeznaniami... dobrowolnymi. Przeważnie umęczone kobiety potwierdzały wszystko, co podczas tortur powiedziały. Należy przypuszczać, że strach przed torturami był większy niż przed śmiercią na stosie. Gdy bowiem oskarżona odwołała swe zeznania, sędziowie orzekali następne tortury.

Zgodnie z obowiązującym w sądach miejskich zwyczajem, tortury można było powtarzać trzykrotnie. Przeważnie wystarczyły dwukrotne tortury. W niektórych jednak wypadkach sądy małomiasteczkowe nakazywały czterokrotne stosowanie tortur. Oto np. wyjątek z protokołu: „będąc trzykrotnie torturowana i świecami palona, i czwarty raz mimo prawa, do najmniejszych rzeczy nie chciała się przyznać, ani do żadnych czarów, mówiąc, żem nigdy nic złego nie czyniła”[14].

Od oskarżonych starano się wydobyć na torturach wiadomości o ich wspólniczkach, które wraz z nimi bywały na czartowskich bankietach na Łysej Górze. Bardzo często się to udawało i męczone kobiety wymieniały podpowiadane im imiona domniemanych wspólniczek. Niekiedy same oskarżały którąś ze znienawidzonych sąsiadek. Nazywało się to „powołaniem”. W następstwie takiego „powołania” można było wszcząć proces nowej wspólniczki szatana. Nieraz taka „powołana czarownica” powoływała na torturach dalsze wspólniczki, a te z kolei jeszcze inne. Tragiczny łańcuszek mógł pociągnąć za sobą śmierć na stosie kilkunastu osób.

W praktyce sądowej bardzo dużą uwagę zwracano na przyznanie się oskarżonego, choćby pod wpływem tortur, do zarzucanych mu zbrodni. W pewnych jednak wypadkach sąd stosował się nie do przepisów prawnych, ale do nastrojów miejscowej ludności. Oto w 1715 r. sąd miejski ze Szczercowa zjechał do wsi Strobin. Jedna z kobiet oskarżonych o czary dzielnie wytrzymała trzykrotne tortury i nie przyznała się do spółki z diabłem. Sąd postanowił więc uwolnić nieszczęśliwą. Wówczas energicznie zaprotestowała miejscowa ludność. Pod presją opinii wiejskiej sąd szczercowski zmienił swe stanowisko i wydał wyrok śmierci[15].

W procesach o czary oskarżone skazywane były najczęściej na spalenie żywcem na stosie. W niektórych wypadkach łagodzono wyrok w ten sposób, że najpierw delikwentka miała być ścięta przez kata, a dopiero jej ciało spalone na stosie. Niekiedy jednak karę śmierci jeszcze zaostrzano, np. gdy czarownica przyznała się do świętokradztwa. Wtedy skazywano ją najpierw na upalenie ręki lub rąk, którymi miała się dopuścić świętokradztwa, a następnie dopiero na spalenie na stosie.

Niekiedy córki lub siostry skazanych kobiet, od których mogły nauczyć się sztuki czarowania, bywały wysmagane chłostkami przez kata i wypędzane ze wsi. Zabraniano im powrotu pod groźbą stosu.

Dość rzadko zdarzały się wypadki, by sąd uniewinnił oskarżoną. Miało to miejsce przeważnie wtedy, gdy domniemana czarownica stanęła przed sądem na skutek „powołania”, a oskarżenie było w mniemaniu sędziów słabo umotywowane. Gdy na pierwszych torturach oskarżona do niczego się nie przyznała, sąd rezygnował niekiedy z dalszego badania. W sprawie uwolnienia oskarżonej decydujący głos miał przeważnie dziedzic. Mógł on, będąc przekonanym o winie oskarżonej, zgodzić się na oddanie sprawy w ręce sądu, ale później wycofać ją, jeśli nabrał przekonania, że oskarżenie jest niesłuszne. Wreszcie opinia i poręczenie gromady również mogły spowodować uwolnienie oskarżonej. Tak np. w 1693 r. w toczącej się przed sądem z Uniejowa sprawie o czary, dzierżawca klucza uniejowskiego wzywał po kolei chłopów z tej wsi, z której pochodziła dziewczyna, aby wydali o niej odpowiednią opinię. „Wszyscy zeznali, od starszych aż do młodszych, że żadnej noty, ani nijakich pogwarków nie słyszeli przez te czasy.” Wypytywano się również o rodzinę dziewczyny. „Którą to dziewczynę, nie rozumiejąc ani nie wiedząc nic na nią złego, coby miało szkodzić, wzięli na porękę swoją, co jeżeliby na potym miała komu szkodzić, tedy obiecują ją na każde prawo, kiedy tego będzie potrzeba, stawić”[16]. Poręka gromady uwolniła więc dziewczynę od tortur, a prawdopodobnie i od śmierci.

Zgodnie z powszechnie praktykowaną w tamtych czasach zasadą, wykonanie wyroku odbywało się publicznie. Stanowiło to prawdziwe widowisko dla całej okolicy. Zbierały się niekiedy tysiące widzów, by obejrzeć egzekucję. Z satysfakcją patrzono na ukaranie wspólniczek szatana.

Rzadko natomiast spotykamy w źródłach wiadomości o samosądach nad domniemanymi czarownicami. Ale miały one miejsce, choć samosądy uważane były za bezprawie. Prawdopodobnie jednak nikt nie pociągał do odpowiedzialności uczestników samosądów, którzy topili, zabijali kijami lub nawet palili na stosie kobiety uważane powszechnie za wspólniczki szatana.

Ostatni wielki proces czarownic w dawnej Rzeczypospolitej odbył się w 1775 r. we wsi Doruchów, w ziemi wieluńskiej. Ukarano wtedy śmiercią 14 domniemanych wspólniczek szatana. Rozprawa odbyła się przed sądem miejskim z Grabowa, małego miasteczka ziemi wieluńskiej, leżącego na zachód od Prosny[17]. Już wcześniej w wielu krajach Europy Środkowej władze państwowe zakazały procesów o czary. W Polsce sferom oświeconym udało się w 1776 r. przeprowadzić na sejmie uchwałę, która zabroniła sądom rozpatrywać sprawy o czary i zakazała stosowania tortur. Można to uważać za wielkie osiągnięcie w dziejach naszego sądownictwa. Wprawdzie Polska należała do krajów, gdzie stosunkowo najdłużej utrzymywały się procesy czarownic, ale ustawa znosząca tortury wyprzedziła szereg krajów zachodnioeuropejskich, które znacznie później zrezygnowały z tego rodzaju metod śledczych. Po roku 1776 nie można było w Polsce karać na drodze sądowej domniemanych wspólniczek szatana, tych tzw. przez lud „ciot”. Wiemy jednak, że po cichu przeprowadzano różnego rodzaju samosądy, które często kończyły się śmiercią osób posądzonych o czary. Po drugim rozbiorze urzędnicy pruscy znaleźli w pobliżu pewnego miasteczka ślady po stosie, a od jednego z mieszkańców dowiedzieli się, że spalono na nim dwie czarownice.

W XIX wieku, w miarę podnoszenia się poziomu kulturalnego ludności, samosądy nad czarownicami stawały się coraz rzadsze. W dalszych rozdziałach tej pracy zobaczymy jednak, że relikty ponurych zabobonów przetrwały jeszcze do naszych czasów.

 

 

 

[1] „Kurier Polski”30 XI 1957.

[2] J. Ambroziewicz i A. Rowiński, Posłuchajże wierny ludu, Warszawa 1962, s. 171–185. (Wszystkie cytowane w utworze fragmenty tekstu zachowują oryginalną pisownię i interpunkcję – przyp. red.)

[3] „Dziennik Łódzki” 8 VIII 1957.

[4] W. Soldan, Geschichte der Hexenprozesse, Stuttgart-Tübingen 1843; G. Längin, Religion und Hexenprozess, Leipzig 1888; S. Riezler, Geschichte der Hexenprozesse in Bayern, Stuttgart 1896; B. Duhr, Die Stellung der Jesuiten in den deutschen Hexenprozessen, Köln 1900; R. Quanter, Die Folter in den deutschen Rechtspflege, Dresden 1900; J. Hansen, Zauberwahn und Hexenprozess im Mittelalter, München-Leipzig 1900; tenże, Quellen und Untersuchungen zur Geschichte des Hexenwahn und die Hexenverfolgung im Mittelalter, Bonn 1901; C. Beyer, Kulturgeschichtliche Bilder aus Mecklenburg. Zauberei und Hexenprozesse in ewangelischen Mecklenburg, Bd I, Berlin 1903; H. Laven, Die Hexenprozesse in Trier und Umgegend, Trier 1908; W. Beemelmans, Hexenwesen und Hexenprozesse, Mülhausen 1909; N. Paulus, Hexenwahn und Hexenprozess, Freiburg 1910; S. Freud, Eine Teufelneurose in 17 Jahrhundert, Leipzig-Wien-Zurich 1924; B. E. König, Hexenprozesse, Berlin 1930; E. Ermetinger, Hexenglaube und Massenwahn, Berlin 1933; F. Byloff, Hexenglaube und Hexenverfolgung in den österreichischen Alpenländern, Berlin 1934; E. Schmidt, Inquisitionprozess und Rezeption, Leipzig 1940; H. v. Weber, Benedict Carpzow, Bonn 1944; H. Zwetzloot, Friedrich Spee und die Hexenprozesse, Trier 1954; F. W. Siebei, Die Hexenverfolgung in Köln, Bonn 1959.

[5] J. Svatek, Kulturhistorische Bilder aus Böhmen, Wien 1879; M. Hörna, Zwei Hexenprozesse in Pressburg zu Beginn des XVII Jahrhunderts, Bratislava 1933; tenże, Monsterproces s čarodějnicemi v Šamorině koncem XVII stoleti, Bratislava 1934; tenże, Marie Terezie a procesy s čarodějnicemi, Bratislava 1936; Z. Kulcsár, Inkvizició és boszorkányüldozèsek, Budapest 1962; tejże, A tömeges boszorkányüldozèsek magyarazatai es okai, „Századok” 1964, nr 1–2.

[6] F. Delacroix, Les procès de sorcellerie au XVIII-e siècle, Paris 1896; W. Andrews, Les châtiments de jadis. Histoire de la torture et des punitions corporelles en Angleterre, Paris 1902; L. Febvre, Sorcellerie, sottise ou révolution mentale, „Annales-Éoonomies-Sociétés-Çivilisations” 1948; F. Joüon des Longrais, Droit criminel anglais, Paris 1958; J. Michelet, Czarownica (tłum. z franc.), Warszawa 1961.

[7] J. Kantorowicz, Srjedowiekowyje processy o wiedmach, S. Petersburg 1899; M. A. Orłow, Istorija snoszenij czełowieka s diabołom, S. Petersburg 1902; W. Nowombiergskij, Kołdowstwo w Moskowskoj Rusi XVII st., „Materiały po Istorii Miediciny w Rossii” III (1906), cz. 1; W. Hantiuk, Kupam i palene widm u Hałyczynji, „Materijały do Ukrajinskoji Etnołohiji” XV (1912).

[8] K. Koranyi, Czary i gusła przed sądami kościelnymi w Polsce w XV i w pierwszej połowie XVI w., „Lud” XXVI (1927, s. 20).

[9] Czarownica powołana, Poznań 1639, s. 1.

[10] Archiwum Państwowe m. Poznania i Woj. Poznańskiego (APP), Księgi miejskie Kalisza 132, k. 9–15.

[11] J. Łukaszewicz, Obraz historyczno-statystyczny miasta Poznania, t. II, Poznań 1838; F. O [lszewski], Prześladowanie czarów w dawnej Polsce, w: Album uczącej się młodzieży, poświęcone J. I. Kraszewskiemu, Lwów 1879; J. Rosenblatt, Czarownica powołana, Warszawa 1883; J. Karłowicz, Czary i czarownice w Polsce, „Wisła” I (1887); A. Rothe, Rys dziejów psychiatrii w Polsce, Warszawa 1893; J. Tuwim, Czary i czarty polskie, Warszawa 1923 (II wyd. Warszawa 1960); T. Łopalewski, Czarownice litewskie, Warszawa [ok. 1925]; K. Sochaniewicz, O potrzebie systematycznego wydawania materiałów do historii procesów o czary w Polsce, „Lud” XXIV (1925); K. Koranyi, Czary i gusła przed sądami kościelnymi w Polsce, w XV i w pierwszej połowie XVI w., „Lud” XXVI (1927); tenże, Łysa Góra, „Lud” XXVII (1928); L. Przybyszewski, Czary i czarownice, Poznań 1932; Z. Lasocki, Szlachta płońska w walce z czartem, „Miesięcznik Heraldyczny” 1933, nr 12; J. Putek, Mroki średniowiecza, Warszawa 1947; M. Dąbrowska-Zakrzewska, Procesy o czary w Lublinie w XVII i XVIII w., „Prace i Materiały Etnograficzne” VI (1947); B. Baranowski, Najdawniejsze procesy o czary w Kaliszu, Lublin-Łódź 1951; tenże, Procesy czarownic w Polsce w XVII i XVIII w., Łódź 1952; tenże, O hultajach, wiedźmach i wszetecznicach, Łódź 1963; W. Korcz, Procesy czarownic w Zielonej Gorze w XVII w., „Rocznik Lubuski” I (1959); G. Adamczewska, Magiczna broń i jej rola w walce między wsią a dworem w Sieradzkiem w XVII i XVIII w., „Łódzkie Studia Etnograficzne” V (1963).

[12] Archiwum Główne Akt Dawnych w Warszawie (AGAD), Księgi miejskie Szczercowa 2, k. 173 v.

[13] AGAD, Księgi miejskie Dobrej 12, k. 291–292.

[14] Tamże, k. 293.

[15] AGAD, Księgi miejskie Szczercowa 2, k. 130–131.

[16] AGAD, Księgi miejskie Uniejowa 3, k. 161.

[17] Relacja naocznego świadka o straceniu razem 14-tu mniemanych czarownic, „Przyjaciel Ludu” 1835, s. 126 –127.

 

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ II. ŹRÓDŁA ZABOBONU

 

 

 

 

 

Do dziś dnia pokutuje błędny pogląd, że polskie wierzenia ludowe są wiernym odbiciem prastarej kultury słowiańskiej. Opinię tę głosili pierwsi ludoznawcy, którzy na początku XIX wieku z zapałem zabrali się do zbierania pomników tej kultury. Już jednak w połowie XIX wieku ta uproszczona opinia spotkała się z ostrą krytyką, m. in. ze strony Ryszarda Berwińskiego. Dzisiejsi badacze stoją na stanowisku, że polskie wierzenia ludowe tylko w pewnym stopniu wywodzą się z czasów przedchrześcijańskich. Dotyczy to również wiary w diabły i czarownice.

Bezsprzecznie wiara w piekło i diabły pojawiła się na naszych ziemiach dopiero w okresie przyjęcia chrześcijaństwa. Nie można jednak zaprzeczyć, że wiara ta w pewnym stopniu wywodziła się z przedchrześcijańskich wierzeń religijnych. Pewien uproszczony schemat, którym często przez kilka stuleci posługiwali się duchowni katoliccy, polegał na tym, że różnego rodzaju bóstwa słowiańskie czy duchy domowe traktowane były jako złe moce piekielne. W miarę utrwalania się wpływów kościoła na wsi polskiej, traciły siłę dawne wierzenia pogańskie. Coraz częściej wiązały się one z wiarą w piekło i diabły. Różnego rodzaju demony leśne lub łąkowe, owe Boruty i Rokity, nadal straszyły mieszkańców wsi, ale pod inną, ustaloną przez kościół, firmą mocy piekielnych. Nie można też pominąć wpływu oficjalnej nauki kościoła o złych siłach. Wraz z chrześcijaństwem importowane zostały na ziemie polskie różne wierzenia związane z piekłem i diabłami, a wywodzące się nieraz z religii starożytnego Wschodu, Italii, czy nawet ludów celtyckich i germańskich.

W średniowieczu lęk przed siłami piekielnymi nie był jeszcze daleko posunięty. Odnosi się nawet wrażenie, że diabeł traktowany był nieraz jako pewnego rodzaju rekwizyt kościelny, wywołujący mniejszy lęk, niż różne istoty demoniczne miejscowego, słowiańskiego pochodzenia. Powoli jednak obydwa nurty zespalały się dość ściśle w jeden kompleks wierzeń.

Zjawiskiem typowym dla wszystkich ludów stojących na niskim stopniu rozwoju kulturalnego jest prymitywna wiara w skuteczność różnego rodzaju zabiegów magicznych[18]. Polska wieś średniowieczna również tkwiła głęboko w tego rodzaju zabobonach, które początkowo w małym stopniu wiązały się z osobą diabła i czarownicy. Doskonałym obrazem zabobonów, z jakimi można się było spotkać w trzynastowiecznej wsi polskiej, jest tzw. katalog magii brata Rudolfa z klasztoru w Rudach Raciborskich na Śląsku. Był to pewnego rodzaju podręcznik dla spowiedników, wyliczający zabobony, z jakimi ksiądz mógł się zetknąć w trakcie wykonywania swych duszpasterskich obowiązków. Ze źródła tego wynika dość jasno, że polskie gusła średniowieczne miały jeszcze niewiele wspólnego z zachodnioeuropejskim schematem wiary w diabłów i czarownice.[19] Również czary, o których mówią akta sądów kościelnych z XV wieku, wskazują na małą jeszcze popularność wśród ludu postaci przedstawiających świat piekielny[20].

Poważniejsze zmiany nastąpiły dopiero w XVI wieku. Czasy Odrodzenia były w Polsce, podobnie jak w wielu krajach Europy Zachodniej, okresem wielkiego rozkwitu wszelkich nauk tajemnych, wiary w siły nadprzyrodzone itp[21]. Najwybitniejsze umysły tej epoki przepojone były wiarą w zabobony i gusła, a magia cieszyła się olbrzymim powodzeniem. Monarchowie, jak np. Zygmunt August i Stefan Batory, chętnie korzystali z pomocy astrologów i różnych przedstawicieli nauk tajemnych. Nauki te niewiele miały wspólnego z zabobonami, jakim oddawały się warstwy niższe, ale podtrzymywały specyficzną atmosferę lęku przed siłami nadprzyrodzonymi. Gdy w dużych miastach najwybitniejsze umysły pracowały nad wynalezieniem recept na fabrykowanie złota lub eliksiru wiecznej młodości, w małych miasteczkach, wsiach i dworkach szlacheckich tym samym powodzeniem cieszył się uczony astrolog krakowski, co i zwykła „wieszcza baba”. W 1600 r. okradziony został ratusz w Bieczu, a ojcowie miasta postanowili wykryć sprawcę włamania przy pomocy czarów i zwrócili się zarówno do krakowskiego astrologa, uczonego doktora Fontana, jak również do astrologa amatora spod Jarosławia i do pewnej ludowej wróżki czy też wróżbity „mater diabolica Zachariaszek”[22].

Pozornie daleka była droga od nauk tajemnych i nieszkodliwych czarów do ponurych procesów domniemanych wspólniczek diabła. Powoli jednak zagęszczała się odpowiednia dla tych procesów atmosfera. Zresztą nie wszędzie była ona jednakowa. W bardziej narażonym na wpływy niemieckie Poznaniu już w 1544 r. zginęła na stosie mieszczka Gnieczkowa, która przy pomocy czarów chciała wyszukać sprawców kradzieży[23].

Olbrzymie znaczenie miała popularna literatura, poświęcona walce z siłami piekielnymi i czarownicami. Literatura ta w większym stopniu, niż poważne dzieła teologiczne, spopularyzowała wśród szerokich rzesz ludności naukę o diable i innych mocach piekielnych. Nadmieniał coś niecoś o tych sprawach Mikołaj Rej, ale czynił to z pewnym umiarem i w odpowiedniej formie literackiej. Sprawami piekielnymi zajmował się już szerzej utwór wywodzący się z typowo niemieckich „teatrów diabelskich” czy też „procesów szatana”, wydany w 1570 r. pod tytułem Postępek prawa czartowskiego przeciwko narodowi ludzkiemu. Treść dydaktyczna tego utworu (przegrany proces piekła z niebem) zepchnięta została na plan dalszy, natomiast wyeksponowane zostały różne opisy demonologiczne, znane od dawna na zachodzie, ale jeszcze zupełnie obce w Polsce. Dość dowcipnie spolszczone zostały niemieckie nazwy diabłów, których niemało występowało w tym utworze. Nawiązana została wreszcie pewna nić między polską demonologią ludową a piekłem nauki chrześcijańskiej. Chociaż w Postępku prawa czartowskiego nie ma zbyt licznych zwrotów skierowanych przeciwko wspólniczkom diabelskim – czarownicom, to jednak utwór ten, przeznaczony dla najszerszych rzesz czytelników, musiał stworzyć odpowiednią atmosferę lęku przed docierającymi wszędzie siłami piekielnymi, które na każdym kroku czyhały na zgubę człowieka.

Już w drugiej połowie XVI wieku o sprawach czartowskich rozpisywało się wielu autorów. Szczególnie sporo miejsca poświęcił tej problematyce Paweł Gilowski, autor książek teologicznych. Dopiero jednak wydany w Krakowie w 1595 r. Pogrom czarnoksięskie błędy, latawcow zdrady i alchimickie fałsze księdza Stanisława z Gór Poklateckiego uderzał wyraźnie we wspólniczki szatana, czarowników a nawet alchemików. Książka Poklateckiego domagała się najsurowszych kar dla zbrodni dokonywanych przez diabłów przy pomocy ludzkich wspólników.

Od początku XVII wieku tego typu literatura rozprzestrzenia się coraz bardziej. Ukazują się różne wydawnictwa popularne poświęcone sprawom diabelskim. Rola mocy piekielnych przedstawiona została w sposób tak jaskrawy, że obawa przed nimi musiała napełnić serca najbardziej odważnych czytelników. Za pośrednictwem plebanii, dworu lub małego miasteczka echa różnego rodzaju Sejmów piekielnych dochodziły do niepiśmiennych chłopów. Wiara w moce piekielne rozrastała się do rozmiarów poprzednio niespotykanych.

Największy rozgłos zyskała polska przeróbka sławnego Młota na czarownice, która ukazała się drukiem w Krakowie w 1614 r. Sławny na zachodzie Malleus maleficarum był wyrazem poglądów z końca XV wieku. Przekład polski był więc spóźniony prawie o półtora stulecia, ale to zdecydowało może o jego poczytności. Po raz pierwszy ta praca niemieckich dominikanów, Jakuba Sprengera i Henryka Institora, wzmocniona autorytetem uniwersytetu w Kolonii i bulli papieża Innocentego VIII, wydana została drukiem w 1489 roku. Dzieło to, pełne różnych legend ludowych i opowiadań „z dreszczykiem” o diabłach i czarownicach, utrzymane było na bardzo niskim poziomie. Poparte jednak frazesami z Pisma Świętego, pism ojców kościoła, przepisów kanonicznych i różnych traktatów scholastycznych, cieszyło się na zachodzie olbrzymią poczytnością.

Młot na czarownice przełożył z łaciny na język polski Stanisław Ząbkowic, podobno zdolny i uczony prawnik, pełniący funkcję sekretarza jednego z najpotężniejszych magnatów kresowych, księcia Ostrogskiego. We wstępie tłumacz jasno wyłożył cel swojej pracy: ,,Com wziął z rozmaitych doktorów, teologów i w niemieckiej ziemi na te bezbożności inkwizytorów w język polski przetłumaczywszy, mając nadzieję, że za tą pracą moją ludziom się oczy na te zbrodnie otworzą i wszędy do odprawowania powinności swojej się pobudzą i wiele ludzi czarów albo ochroną, albo leczeniem uchodzić będzie.[24]” Polski tłumacz nie przełożył jednak całego dzieła niemieckich inkwizytorów, a jedynie pewną część, opuszczając partie dotyczące procedury procesów czarownic. Dołączył natomiast tłumaczenie dzieła o czarownicach, napisanego w połowie XV wieku przez niemieckiego dominikanina Jana Nidera i traktat o czarownicach pióra niemieckiego prawnika Ulryka Molitora. Połączenie tych trzech różnych dzieł było o tyle nieudane, że traktat Molitora, choć pochodzący z tego samego środowiska, co dwa poprzednie, z pewnym sceptycyzmem odnosił się do wiary w czary.

Młot na czarownice cieszył się w Polsce dużą poczytnością i w niemałym stopniu przyczynił się do rozpowszechnienia ponurego zabobonu. Wprawdzie pominięcie przez tłumacza części dotyczących procedury sądowej odebrało temu dziełu charakter prawniczego komentarza w sprawach o czary, ale wpływ dzieła na rozszerzenie w Polsce wiary we współdziałanie diabłów i czarownic był olbrzymi. Polscy badacze kultury ludowej już dawno zwrócili uwagę na wpływ owego Młota na wierzenia ludowe[25]. Można mieć tylko pewne wątpliwości, czy oddziaływał on tak bezpośrednio na wieś. Niepiśmienny chłop nie mógł czytać tego znakomitego zbioru bzdur. Ale z pewnością czytał go wiejski proboszcz, ekonom, nauczyciel lub organista, a nawet właściciel wsi. Poziom i tematyka tego dzieła doskonale odpowiadały mentalności ludzi z okresu kontrreformacji. Różnego rodzaju opowiadania o diabłach i czarownicach, zebrane na zupełnie innym terenie etnicznym, stanowić mogły na ziemiach polskich znakomity temat do kazań kościelnych i pouczeń lub wieczornych opowiadań w karczmie i czeladnej izbie. Jak zaznaczyłem, temat był „z dreszczykiem” i zainteresowanie słuchaczy było z pewnością olbrzymie.

Szereg opowiadań z Młota na czarownice zakorzeniło się na gruncie polskim w ludowej tradycji. Dziś jeszcze można na wsi polskiej spotkać ślady tych opowieści w pamięci najstarszych mieszkańców. Wprawdzie w ostatnich latach zacierają się one w tradycji ludowej bardzo szybko, ale nie łudźmy się, że wiara w działanie sił demonicznych i w magiczne zabiegi zupełnie już zniknęła. Wśród starszego pokolenia jest jeszcze dość silna. Ale opowieści uczonych pisarzy nadreńskich z XV wieku wydają się dziś zbyt naiwne nawet dla starej, wierzącej jeszcze w zabobony kobiety wiejskiej. Dlatego jeśli nawet zna ona te opowiadania, to nie stara się ich powtarzać w obawie narażenia się na śmieszność.

Motywy wywodzące się z Młota na czarownice nie występują obecnie zbyt często w opowiadaniach ludowych. Można jednak je odnaleźć, przy czym zjawiskiem dość charakterystycznym jest, że nie występują one wszędzie. W swoich badaniach terenowych spotkałem się z nimi na obszarach dość od siebie oddalonych, a mianowicie w powiecie wieluńskim i na północnym Mazowszu (w powiatach pułtuskim i makowskim). Zjawisko to da się wytłumaczyć chyba tym, że w pewnej okolicy jakiś proboszcz posiadał egzemplarz Młota i odpowiednie ustępy wykorzystywał w swoich kazaniach, ewentualnie przy innej okazji przekazywał swym parafianom. Talent narratorski takiego proboszcza mógł spowodować, że owe „opowieści z dreszczykiem” rozchodziły się po okolicy i utwierdzały w miejscowej tradycji. W innych przypadkach pośrednikiem mógł być miejscowy organista lub bakałarz, względnie klasztor, w którego bibliotece znalazł się egzemplarz Młota.

W literaturze polskiej XVII wieku tematyka diabelska była reprezentowana coraz częściej. Wyliczyć można szereg pozycji, jak np. Sejm piekielny z 1622 r. i wiele popularnych utworów antyprotestanckich, w których innowiercy polscy przedstawieni zostali jako zaprzedani słudzy piekieł. O tematykę diabelską zahaczały utwory z zakresu literatury pięknej, dewocyjnej a nawet teologicznej.

Z książek tego okresu poruszających problem diabłów i czarownic, wyróżniają się dwie pozycje, wydane w 1639 r. przez poznańską oficynę Wojciecha Regulusa. Autorzy ich nie próbując podważać powszechnie utartych poglądów o istnieniu diabłów i ich wspólniczek, odważyli się, choć nieśmiało, wystąpić w obronie domniemanych czarownic, od których wymuszano torturami zeznania, stanowiące podstawę palenia ich na stosie. Jedna z tych książek napisana została przez niejakiego Daniela Wisnera i nosi tytuł Tractatus brevis de extramagiis, lamiis, veneficis, alliisque malefactoribus. Druga, znacznie obszerniejsza, to Czarownica powołana, pióra nieznanego autora.

Daniel Wisner znał dość dobrze prawo i oczytany był w fachowej literaturze zagranicznej. Zapowiadał wydanie specjalnej pracy z zakresu prawa magdeburskiego, ale dzieło to nigdy nie wyszło drukiem. Jego Tractatus brevis nie atakował usankcjonowanej przez kościół zasady przykładnego karania czarownic śmiercią na stosie, ale potępiał jaskrawe nadużycia w postępowaniu sądowym wobec osób obwinionych o czary. Autor już we wstępie zaznaczył, że chodzi mu o pouczenie sędziów, słabo zorientowanych w prawie. Stwierdził, że poziom osób zasiadających w sądach miejskich jest najzupełniej nieodpowiedni i w związku z tym dochodzi do licznych nadużyć. Specjalny nacisk kładł Wisner na to, by sędziowie nie pociągali do odpowiedzialności osób, co do których nie mają odpowiednich poszlak. W kwestii badania oskarżonych za pomocą tortur, tak często nadużywanych przez sądy miejskie, Wisner zalecał sędziom jak największą ostrożność i skrupulatne trzymanie się przepisów prawnych.

Dla szerszych warstw czytelniczych przeznaczona była Czarownica powołana. O autorze wydawca zaznaczył, że jest to jego przyjaciel, „biegły w prawie duchownym i świeckim”. Kto wie, może autorem był sam wydawca, Wojciech Regulus, notariusz konsystorski, ongiś profesor w kolegium Lubrańskiego, a także nauczyciel młodych Opalińskich. Wydane przez niego dzieło dotyczyło sprawy dość delikatnej. Na kilka lat przed wydaniem Czarownicy powołanej, w 1632 r. spalono we Francji na stosie proboszcza, który zaprzeczał istnieniu czarów. Wypowiadanie się w tych sprawach było więc niebezpieczne i ewentualnie Regulus ukrył fakt, że sam jest autorem.

Autor Czarownicy powołanej wypowiedział się wyraźnie, że „Bóg i prawo rozkazuje czary karać, ale nie zawsze, ani każdego pomówionego, chyba kiedy są dowody tego prawne i dostateczne”[26]. Celem jego książki nie była walka z potwornym zabobonem, lecz rażącymi nadużyciami w postępowaniu sądowym. Autor nie ograniczył się do suchych kwestii prawniczych, ale poruszał wszystkie zagadnienia z dziedziny czarów i czarownic, mogące zainteresować przeciętnie wykształconego czytelnika. Pisał lekko i ciekawie, przeplatając swą narrację interesującymi przykładami. Książka nie podważała zasady walki z czarownicami, gdyż byłoby to herezją, co dla autora mogło oznaczać śmierć na stosie lub biskupie więzienie. Poruszała jednak wiele ważnych i aktualnych zagadnień i w pewnej mierze stworzyła, choć tylko na małym odcinku, tamę przeciwko straszliwej powodzi ponurego zabobonu. W związku z tym nasuwa się jednak pytanie, czy tego rodzaju dzieło, dość jak na owe czasy postępowe, mogło wpłynąć na utrwalenie w społeczeństwie wiary w diabły i czarownice? Z pewnością tak! Bo chociaż autor tej poczytnej książki dość stanowczo zwalczał „nieprawidłowości” w procesach o czary, to jednak głosił takie np. poglądy, że czarownice „mogą ciała ludzkie i bydlęce tajemnych chorób nabawiać, którym żadną miarą lekarze zabieżeć nie mogą”, i przeprowadzał rozważania nad takim np. problemem: „czemu więcej białychgłów aniżeli mężczyzn czarownic”[27]. Nic więc dziwnego, że już Kolberg zwrócił uwagę na Czarownicę powołaną, jako na ewentualne źródło ludowych zabobonów[28]. Temat procesów o czary poruszył także Krzysztof Opaliński, późniejszy zdrajca z okresu Potopu, ale zarazem doskonały satyryk. W wydanych w 1650 r. Satyrach pisał:

 

Kiedy wiosna nastąpi, a deszcz ustał w maju

Czarownice przyczyną! Zdechł wół jeden, drugi,

Abo tam co z przychówków – czarownice winą!

Każą tedy niewinną babę wziąć i męczyć,

Aż ich piętnaście wyda! Ciągnie kat i pali,

Aż powie i powoła wszystkie co ich we wsi.

A baba, dziw, że pana i panią nie powoła;

Którychby raczej spalić za to, że niewinnie

Męczyć i tracić każą swoich bez przyczyny[29].

 

Władze kościelne wiedziały, że w imię walki z diabłem dochodzi do licznych nadużyć, wołających wprost o pomstę do nieba. Umiarkowana część kleru starała się temu zapobiec. W 1688 r. wydana została Instrukcyja rzymska, albo postępek prawny o sądach i procesach jako mają być formowane i wydawane przeciw czarownicom i rożnymi zabobonami bawiącym się abo podejrzanym. Niewielka ta broszurka składała się z tekstu łacińskiego i polskiego oraz specjalnego listu biskupiego. Doczekała się kilku wydań i w sferach kościelnych cieszyła się znaczną poczytnością. Instrukcyja stała na stanowisku, że „prawdziwe czarownice” muszą być przykładnie ukarane, czyli spalone na stosie, należy tylko nie dopuścić do nadużyć. Dlatego sądy świeckie powinny zajmować się sprawami o czary dopiero po rozpatrzeniu ich przez sąd duchowny. Instrukcyja godziła się również na stosowanie tortur, ale niezbyt uciążliwych i przewlekłych (do 1 godziny). Można jeszcze dodać, że w Instrukcyi było sporo dość sugestywnie przedstawionego materiału dotyczącego czarownic. Za pośrednictwem plebanii materiał ten mógł dostać się do kultury ludowej.

Jeśli chodzi o literaturę z drugiej połowy XVII wieku, to nieco dłużej wypada zatrzymać się nad poczytnymi dziełami Jakuba Haura z zakresu gospodarstwa wiejskiego. Szczególnie jego książka wydana w 1689 i 1693 r. pod tytułem Skład abo skarbiec znakomitych sekretow ekonomiej ziemiańskiej jeszcze kilkakrotnie ukazywała się drukiem w przeróbkach i skróceniach. Haur uważał, że podstawowe wiadomości o diabłach, czarownicach, lekarstwach na czary itp., podane w sposób jak najbardziej przystępny, mogą się przydać każdemu ziemianinowi. W różnych częściach swego podręcznika nawiązywał do tych spraw, najczęściej w ustępach poświęconych hodowli bydła i sądownictwu dziedziców nad poddanymi. Dołączył wreszcie cały rozdział, oparty na niemieckiej literaturze fachowej, a dotyczący leczenia „oczarowanych” (Na czary i gusła straszne relacyja kuracyj pewnego medyka w Altenburku oraz osobliwa nauka i inszych inwentorów).

Głęboką wiarę Haura w opętanych i czarownice charakteryzować może następujący ustęp: „Dla złości i zazdrości niepohamowanej, dla lubieżności i rozkoszy mizernej, dla łakomstwa nienasyconego nieszczęśni ludzie i zapamiętali, którzy jeszcze za żywota – spółkują się z przeklętymi czartami i dobrowolnie sobie na wieczne potępienie torując gościniec, nie uważają tylko co do czasu służy i zużywa się, a co wieczną utratą i zgubą grozi, na co nie dbając grążną mizernie na wieki w mękach piekielnych. Jest także w tej materyjej wiele niedowiarków, że w czary i opętanych nie wierzą. Trzebaby na dowód i uznanie tej prawdy posłać takich na residencyję w głębokie ruskie kraje, nie tylkoby się o tym nasłuchali, aleby się przypatrzyli strasznym i dziwnym dziejom, co się w takich razach z ludźmi dzieje, bodajbyś wierzył niżeli przymierzył”[30].

Poczytność podręcznika Haura powodowała, że poglądy przez niego głoszone docierały do najszerszych rzesz szlacheckich i szerzyły wiarę w ów zabobon. Jak w Młocie, nie brak było w Skarbcu opowiadań mrożących krew w żyłach, które doskonale nadawały się do dalszego powtarzania w długie jesienne wieczory.

Specjalną uwagę zwrócić trzeba na dość liczne druki dewocyjne związane z tzw. cudownymi miejscami. Miały one na celu reklamowanie miejsc odpustowych i opisywały różnego rodzaju cudowne wydarzenia. W drugiej połowie XVII i w XVIII wieku druki te dość szczegółowo rozpisywały się o diabłach, czarownicach i opętanych. Dla terenu, którym zajmuje się niniejsza książka, największe znaczenie posiadają druki dotyczące Łagiewnik, Studzianny, Uniejowa i Gidel.

Na pierwszym miejscu, jeśli chodzi o problematykę złych sił, wymienić trzeba książkę gwardiana klasztoru łagiewnickiego Marcina Kałowskiego Injormacyja o początkach i dalszym progresie cudownego miejsca łagiewnickiego, wydaną w Kaliszu w 1723 roku. Autor bardzo dużo miejsca poświęcił opisom dotyczącym wypędzania diabłów z opętanych. Podał też szereg opowiadań o pozyskiwaniu przez szatana nowych adeptek czarowniczego fachu. Żywo napisana książeczka z łatwością mogła trafić do najszerszych kół czytelników. Różnymi drogami niektóre opowiadania mogły trafić nawet do nieumiejących czytać mas ludowych. Echa pewnych opowiadań z książki Katowskiego udało mi się zanotować na terenie północnej części województwa łódzkiego.

O opętanych i diabelskich sprawkach pisały również specjalne druki dotyczące Studzianny, a szczególnie broszura wydana w Warszawie w 1729 r. Źrzódło cudów i łask. Ta książeczka, również żywo napisana, opowiadająca o cudach związanych ze Studzianną, docierała różnymi drogami do szerokich rzesz czytelników, szczególnie z terenu Nadpilicza. Echa wypadków związanych z uwolnieniem opętanych od diabłów, wywodzące się prawdopodobnie z tej książeczki, udało mi się odnaleźć na obszarze powiatu rawskiego.

Na wytworzenie tradycji ludowej o piekle i diabłach wpłynęły w pewnym stopniu także innego typu druki dewocyjne, a mianowicie zbiory pobożnych pieśni i różnego rodzaju pouczeń, podawanych nieraz w formie opisów lub opowiadań. Badania nad tą literaturą jarmarczno-odpustową z XVII i XVIII wieku prawie jeszcze nie istnieją. A szkoda, gdyż różne grafomańskie utwory, docierając do licznych odbiorców ze środowiska wiejskiego a nawet mieszczańskiego, wpłynęły w znacznym stopniu na ukształtowanie wierzeń ludowych.

Wspomnieć wreszcie trzeba o poczytnych w XVIII wieku kalendarzach. I w nich rozpisywano się nieraz o sprawach diabelskich. Tak np. czytelnik wydanego przez Jezuitów w Sandomierzu w 1750 r. Kalendarza uniwersalnego znajdował pouczenia, w jaki sposób należy wypędzać złe duchy z opętanego, jakie lekarstwo trzeba stosować na czary itp. Takie przepisy profilaktyczne, przeważnie zaczerpnięte z dawniejszej literatury zachodnioeuropejskiej, mogły stać się źródłem wiedzy ludowej z tego zakresu.

Nawet w dziełach pozornie naukowych, pisanych przez autorów posiadających dość poważne, jak na owe czasy, wykształcenie, znaleźć można mniej lub więcej krytyczne wiadomości o diabłach, upiorach i innych zjawiskach nadprzyrodzonych. Problemami tymi zajmowali się np. cenieni w końcu XVII i w początku XVIII wieku autorzy łacińskich traktatów: Tylkowski, Gengell, Rzączyński, Szczurowski.[31] Łacińskie teksty nie były łatwo dostępne szerokim rzeszom czytelników. Ale znający dobrze łacinę wiejski proboszcz lub nauczyciel mógł przekazywać nieznającym tego języka „niesamowitości” z owych traktatów i w ten sposób traktaty te mogły oddziaływać na powstanie wiedzy ludowej o złych mocach.

Największe znaczenie dla upowszechnienia erudycyjnej wiedzy o piekle, diabłach, czarownicach i upiorach miała encyklopedia księdza Benedykta Chmielowskiego, wydana w połowie XVIII wieku pod tytułem Nowe Ateny. Encyklopedia ta była zbiorem wszelkich wiadomości potrzebnych dla wiejskiego proboszcza. Nie pominął Chmielowski tak bardzo interesującej każdego czytelnika sprawy diabłów i czarownic. Rozdział poświęcony temu zagadnieniu nosił typowy dla tamtych czasów tytuł: Jadów i czartowskich zdrad matka Thessalia. Puszka Pandory pod pokrywką dobroci nieszczęść, chorób i śmierci pełna. Albo o czarcie, opętanych, czarnoksięstwie, czarach i upiorach scienda.

Powołując się zwykle na liczne autorytety teologiczne, rozpisywał się ksiądz Chmielowski szeroko o „czartowskich sprawach” i zastanawiał nad właściwościami „czartowskiej natury”. Można znaleźć w jego encyklopedii czystą pornografię, przybraną w szaty naukowej powagi, a mianowicie dość długie ustępy opisujące, jakimi to sposobami diabeł „ludzi lubieżnych, niepowściągliwych amoratów” wprowadzić może na drogę „niecnoty”. Sporo miejsca poświęcił ksiądz Chmielowski osobom opętanym przez diabła, by wreszcie przejść do rozdziału O magii albo czarnoksięstwie. Poziom całego wykładu, jak i argumenty, którymi Chmielowski operował, nie odbiegały daleko od poziomu i argumentów wydanego sto kilkadziesiąt lat wcześniej Młota na czarownice. Czytającym stawać mogły włosy na głowie z przerażenia, gdy dowiadywali się o zbrodniach popełnianych przez wspólników szatana.

Mimo wielkich rozmiarów (cztery grube tomy) encyklopedia księdza Chmielowskiego była dziełem bardzo poczytnym. Wydana została w dużym, jak na tamte czasy, nakładzie, a pierwsze tomy doczekały się nawet powtórnej edycji. Co ważniejsze, dzieło to cieszyło się doskonałą opinią. Dla nas jest to sprawa tym bardziej przykra, że niewiele później pojawiać się poczęły we Francji pierwsze tomy sławnej Encyklopedii, na której szpaltach najprzedniejsze umysły epoki Oświecenia prezentowały najnowszy stan wiedzy o wszystkich dziedzinach życia.

 

 

Ciąg dalszy w wersji pełnej

 

 

 

[18] T. W. Danzel, Magie und Geheimwissenschaft, Stuttgart 1924, s. 11–38; J. G. Frazer, Złota gałąź (tłum. z ang.), Warszawa 1962, s. 426–427.

[19] E. Karwot, Katalog magii Rudolfa, Wrocław 1955, s. 19–30. Wartość tego źródła bywa niekiedy kwestionowana, przypuszcza się bowiem, że zakonnik ten podawał tylko wzory z terenu etnicznie niemieckiego. Osobiście jestem przekonany, że podawane przez niego przykłady odnoszą się w olbrzymiej większości do polskiej ludności Śląska.

[20] K. Koranyi, Czary i gusła przed sądami kościelnymi w Polsce w XV i w pierwszej połowie XVI wieku, „Lud” XXVI (1927), s. 1–24.

[21] L. Thorndike, A history of magic and experimental science, vol. V, New York 1951; F. Ribadeau Dumas, Histoire de la magie, Paris [ok. I960]; A. Kraushar, Czary na dworze Batorego, Kraków 1888; J. Kuchta, Nauki tajemne w Polsce w XV i XVI w., „Lud” XXVII (1928); A. Nowicki, O renesansowej magii, „Euhemer” IV (1960), nr 2.

[22] F. Bujak, Siedzenie złoczyńcow za pomocą czarów, „Lud” XVI (1910), s. 54.

[23] J. Łukaszewicz, Obraz historyczno-statystyczny miasta Poznania, t. II, Poznań 1838, s. 275–276.

[24] Młot na czarownice, Kraków 1614, Wstęp.

[25] R. Berwiński, Studia o literaturze ludowej, t. I, Poznań 1854, s. 75 i 77; O. Kolberg, Krakowskie, cz. III, Kraków 1874, s. 256–260; G. B. [M. Wawrzyniecki], Młot na czarownice, „Wisła” XX (1918–1922), s. 29 –32.

[26] Czarownica powołana, Poznań 1639, Pytanie I.

[27] Tamże, Pytanie III.

[28] K. Koranyi, Danielis Visneri „Tractatus brevis de extramagiis, lamiis, veneficis” a „Czarownica powołana”, w: Pamiętnik trzydziestolecia pracy naukowej prof. dr P. Dąbkowskiego, Lwów 1927, s. 129–147.

[29] K. Opaliński, Satyry, Wrocław 1953, s. 25–26.

[30] J.K. Haur, Skład abo skarbiec znakomitych sekretów oekonomiej ziemiańskiej, Krakow 1693, s. 449.

[31] 31 W. Tylkowski, Tribunal sacrum, Warszawa 1960, pars V, caput VI § 2 (Examen sagarum); J. Gengell, Eversio atheismi, Braniewo 1716, s. 122–123. G. Rzączyński, Historia naturalis curiosa, Sandomierz 1721, s. 361–368; T. Szczurowski, Prawo kanoniczne, Supraśl 1792, s. 352–356.