Wydawca: Świat Książki Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 224 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Pożegnanie dla początkujących - Anne Tyler

Długo oczekiwana nowa powieść Anne Tyler, zdobywczyni Nagrody Pulitzera

Mądra, zapadająca w pamięć i głęboko poruszająca opowieść o stracie, bólu i pogodzeniu się z losem, okraszona typowym dla autorki humorem, inteligencją oraz przenikliwym spojrzeniem na ludzkie słabości i osobliwości.

Niepełnosprawny Aaron przez całe życie toczył batalie z siostrą, nieustannie dążącą do tego, by kierować jego losem. Dlatego Dorothy, szczera do bólu i niezależna młoda kobieta, którą pewnego dnia spotyka, jest dla niego niczym powiew świeżego powietrza. Para szybko staje na ślubnym kobiercu i zaczyna wieść spokojne, szczęśliwe życie. Aaron pracuje w rodzinnym wydawnictwie, specjalizującym się w poradnikach "dla początkujących". Kiedy na dom małżeństwa spada drzewo i śmiertelnie przygniata Dorothy, dla Aarona kończy się świat. Dopiero nieoczekiwany powrót żony z zaświatów i spotkania z nią w domu, na ulicy, w sklepie, pomagają mu przeżyć trudne chwile i odnaleźć spokój. Aaron odkrywa, że Pożegnanie dla początkujących nie musi być aż tak trudne.

Urzekająca powieść. W swej błyskotliwej prozie Tyler dociera do sedna straty i do istoty pożegnania

- "The Boston Globe"

Współczesna Jane Austen. Tyler tworzy mikroświaty, opisuje delikatne więzi rodzinne i towarzyskie

 - "USA Today"

Klasyczna powieść Anne Tyler. Największą zaletą autorki jest to, że zawsze kiedy opowiada o naturze rodziny, a zwłaszcza małżeństwa, robi to w sposób szczery, prawdziwy i przenikliwy.

- "Los Angeles Times"

Cudownie misterna opowieść

- "Entertainment Weekly"

Opinie o ebooku Pożegnanie dla początkujących - Anne Tyler

Fragment ebooka Pożegnanie dla początkujących - Anne Tyler

Tytuł oryginału THE BEGINNER’S GOODBYE

WydawcaGrażyna Smosna

Redaktor prowadzącyBeata Kołodziejska

RedakcjaJoanna Popiołek

KorektaMarzenna Kłos Jadwiga Przeczek

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych ­– żyjących czy zmarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Copyright © 2012 by Anne Tyler Copyright © for the Polish translation by Jacek Żuławnik, Warszawa 2014

Świat Książki Warszawa 2014

Świat Książki Sp. z o.o. 02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Księgarnia internetowa: Fabryka.pl

Skład i łamanie Akces, Warszawa

Dystrybucja Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o., sp. k.a. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 email: hurt@olesiejuk.pl tel. 22 721 30 00www.olesiejuk.pl

ISBN 9788379437795

Skład wersji elektronicznej

1

Najbardziej osobliwą rzeczą w powstaniu mojej żony z martwych była reakcja ludzi.

Zdarzyło się na przykład, że kiedy pewnego wczesnowiosennego popołudnia spacerowaliśmy po placu Belvedere, spotkaliśmy naszego sąsiada Jima Rusta.

– No, myślałby kto! – powiedział do mnie. – Aaron! – A potem zauważył Dorothy u mego boku. Przyglądała mu się badawczo, dłonią osłaniając wzrok przed słońcem. Jim otworzył szeroko oczy i przeniósł spojrzenie na mnie.

– Co tam słychać, Jim? – zapytałem.

Widać było, że stara się zapanować nad sobą.

– Och… wszystko dobrze – odparł. – Znaczy się… ten tego… naturalnie tęsknimy za tobą. Bez ciebie to już nie to samo!

Skupiał się wyłącznie na mnie, a konkretnie na moich ustach, jak gdybym to ja mówił, nie on. Na Dorothy nawet nie spojrzał. Obrócił się nieco tak, żeby znalazła się poza zasięgiem jego wzroku.

Postanowiłem się nad nim zlitować.

– Pozdrów więc wszystkich – powiedziałem i poszliśmy dalej. Dorothy wydała z siebie typowy dla niej stłumiony chichot.

Inni udawali, że nas nie poznają – ani mnie, ani jej. Dostrzegali nas już z daleka i szok sprawiał, że zmieniał im się wyraz twarzy i błyskawicznie skręcali w jakąś boczną uliczkę, tacy strasznie zajęci, zapracowani, ach, tyle jest do zrobienia, tak dużo ważnych spraw na głowie. Nie miałem do nich żalu. Wiedziałem, że niełatwo do czegoś takiego przywyknąć. Gdybym znalazł się na ich miejscu, zachowałbym się tak samo. Lubię myśleć, że postąpiłbym inaczej, ale zapewne zrobiłbym to, co oni.

Najbardziej bawili mnie ci, którzy zapomnieli, że Dorothy umarła. Wprawdzie było ich tylko kilkoro, dwie lub trzy osoby, które dość słabo nas znały. Gdy staliśmy raz w banku w kolejce do okienka, wypatrzył nas pan von Sant, który kilka lat wcześniej prowadził nasz kredyt. Przemierzał właśnie korytarz, zatrzymał się i spytał:

– No jak, nadal obojgu podoba się dom?

– Ależ tak – odparłem.

Po co utrudniać pewne sprawy?

Wyobraziłem sobie, jak kilka chwil później wreszcie do niego dotarło. „Zaraz! – powie do siebie, siadając przy biurku. – Czy ja przypadkiem nie słyszałem, że…?”.

No, chyba że zapomniał o nas, gdy tylko opuściliśmy budynek banku. Albo w ogóle nie słyszał o śmierci mojej żony. W takim razie niech nadal będzie przekonany, że dom wciąż stoi nienaruszony, Dorothy żyje, a my jesteśmy zwyczajnym szczęśliwym małżeństwem.

*

Wcześniej przeprowadziłem się do siostry, która mieszkała w dawnym domu naszych rodziców w północnej części Baltimore. Czy to dlatego Dorothy wróciła akurat wtedy? Nigdy nie przepadała za Nandiną, bo uważała ją za zbyt apodyktyczną. Cóż, nie mogę zaprzeczyć, Nandina była apodyktyczna. Jest. Zwłaszcza w stosunku do mnie, ponieważ jestem lekko upośledzony. Całkiem możliwe, że zapomniałem o tym wspomnieć. Otóż mam niesprawną prawą rękę i nogę. Nieszczególnie mi to przeszkadza, ale sami wiecie, jakie bywają starsze siostry.

Mam też małą wadę wymowy, jąkam się, ale tylko sporadycznie. Sam już nawet tego nie zauważam.

Często się zastanawiałem, dlaczego Dorothy wybrała na powrót akurat ten, a nie inny moment. Nie stało się to zaraz po jej śmierci, choć chyba tego należałoby się spodziewać. Wróciła dopiero po wielu miesiącach, prawie po roku. Naturalnie, że mógłbym ją po prostu zapytać, ale to pytanie wydawało mi się, sam nie wiem… niestosowne. Nie potrafię tego wyjaśnić.

Pewnego dnia wpadliśmy na Irene Lance, moją koleżankę z pracy. Była naszym grafikiem. Właśnie wracaliśmy z Dorothy z lunchu – znaczy się, tylko ja zjadłem lunch – Dorothy dostosowała się do mojego kroku i szliśmy tak ramię w ramię. Nagle zobaczyliśmy Irene idącą od strony kościoła św. Pawła. Trudno jej nie dostrzec, skoro zawsze była najelegantszą kobietą w całym Baltimore (nie to, żeby była tam jakaś powalająca konkurencja). Irene, wysoka blondynka, miała na sobie długi, powłóczysty płaszcz z postawionym kołnierzem; wiatr, rześki i wiosenny, przyklejał rąbek płaszcza do jej łydek. Ciekawiło mnie, w jaki sposób osoba taka jak Irene poradzi sobie z powrotem mojej żony. Zwolniłem i Dorothy też zwolniła. Kiedy Irene nas w końcu zauważyła, zdążyliśmy się już prawie zatrzymać i czekaliśmy, co ona zrobi.

Stanęła jak wryta metr od nas.

– O… mój… Boże – powiedziała.

Uśmiechnęliśmy się.

– UPS – dodała.

– Słucham? – zapytałem.

– Zamówiłam kuriera z UPS, a w biurze nikogo nie ma.

– Nie przejmuj się. Właśnie wracaliśmy do biura.

Celowo użyłem zaimka „my”, choć wiedziałem, że Dorothy zapewne zniknie, zanim wejdziemy do budynku. Ale Irene powiedziała tylko:

– Dzięki, Aaronie. Chyba mam alzheimera. – I poszła sobie.

Gdyby wiedziała, na co przed chwilą przymknęła oko, wówczas naprawdę zaczęłaby się martwić, czy nie ma alzheimera.

Zerknąłem na Dorothy, oczekując, że sytuacja rozbawiła ją tak samo jak mnie, ale moja żona najwyraźniej myślała o czymś innym.

– Tam, gdzie rosną poziomki – oznajmiła w zamyśleniu.

– Słucham?

– Tak mi się kojarzy Irene. Z tą kobietą ze starego filmu Bergmana, synową uczesaną w kok. Pamiętasz ją?

– Ingrid Thulin – oświadczyłem.

Dorothy lekko uniosła brwi, aby pokazać, że jest pod wrażeniem, ale dla mnie skojarzenie osoby aktorki było łatwe, bo tak się składa, że już od czasów studiów uwielbiałem Ingrid Thulin. Podobało mi się to jej opanowanie.

– Jak myślisz, jak bardzo Irene ma spóźniony refleks? – zapytałem Dorothy.

Wzruszyła ramionami.

Traktowała naszą sytuację chyba dużo bardziej rzeczowo niż ja.

*

Nie zapytałem Dorothy, czemu wróciła akurat wtedy, kiedy wróciła, być może dlatego, że wówczas mogłaby zadać to samo pytanie sobie. Gdyby przez to moje dopytywanie okazało się, że niejako zabłąkała się tu przez roztargnienie, że z przyzwyczajenia wróciła pod stary adres, wtedy mogłaby powiedzieć: „O, mój Boże! Muszę już lecieć!”.

Albo też pomyślałaby, że chcę wiedzieć, co tu robi. Innymi słowy, po co właściwie wróciła? Tak jak wtedy, gdy pytasz swojego gościa, jak długo zamierza zostać, a jemu się wtedy wydaje, że tak naprawdę mówisz: „Kiedy, mam nadzieję, pozbędę się ciebie?”. Być może właśnie dlatego uznałem, że byłoby to niegrzeczne.

Chybabym umarł, gdyby odeszła. Już raz przez to przeszedłem. Drugi raz nie dałbym rady.

*

Była niska i pulchna, wyglądała poważnie. Miała szeroką, płaską twarz o oliwkowej cerze i tchnące spokojem czarne oczy, osadzone w doskonałej symetrii, tak pociągającej dla patrzącego. Włosy, które, nie zważając na nic, sama sobie obcinała tępymi nożyczkami, miały głęboki czarny kolor. (W jej żyłach płynęła meksykańska krew sprzed dwóch pokoleń). Wydaje mi się, że ludzie nie dostrzegali w niej atrakcyjnej kobiety, ponieważ starała się tę swoją atrakcyjność ukryć. Chociaż nie – była zbyt nieświadoma swojej atrakcyjności, by ją ukrywać. Miała wielkie okulary w okrągłych oprawkach, które naśladowały kształt jej twarzy. Ubranie, które nosiła, sprawiało, że wydawała się jeszcze bardziej przysadzista: szerokie spodnie o prostych nogawkach, męskie koszule, grube buty na gumowych podeszwach, takie jakie lubią kelnerki. Tylko ja widziałem zmarszczki, drobne jak jedwabna nić, opasujące jej nadgarstki i szyję. Tylko ja znałem jej urocze pełne stopy z palcami zwieńczonymi paznokciami niczym maleńkie muszelki.

Moja siostra twierdziła, że Dorothy jest dla mnie za stara, ale to tylko dlatego, że zapytany, głupio odpowiedziałem zgodnie z prawdą, ile ma lat. Wprawdzie Dorothy była ode mnie o osiem lat starsza – kiedy umarła, miała czterdzieści trzy lata – ale sprawiała wrażenie młodszej dzięki mocnej, solidnej latynoskiej skórze. Poza tym miała wystarczająco dużo „wyściółki”, by wygładziła wszelkie zmarszczki. Przy Dorothy naprawdę nie myślało się o jej wieku.

Siostra powtarzała też, że moja żona jest dla mnie za niska, i tu rzeczywiście trudno zaprzeczyć, że kiedy się z Dorothy obejmowaliśmy, stykaliśmy się niewłaściwymi częściami ciała. Ja mam metr dziewięćdziesiąt dwa, Dorothy miała raptem metr pięćdziesiąt cztery. Siostra mówiła, że gdy się nas widzi razem na ulicy, można pomyśleć, że to ojciec odprowadzający córkę do podstawówki.

I jeszcze to, że była dla mnie zbyt „profesjonalną” osobą. Ha! To coś nowego. Dorothy była lekarką. Ja pracuję jako redaktor w rodzinnej oficynie wydawniczej. Chyba niezbyt duża dysproporcja, co? Nandinie chodziło o to, że Dorothy była zbyt skupiona na swoim zawodzie. Że miała obsesję na punkcie pracy. Szła do gabinetu wcześnie rano, a wracała dość późno. Nie witała mnie wieczorem kolacją, bo chyba nawet nie wiedziała, jak ugotować jajko. Nie przeszkadzało mi to.

Ale najwyraźniej przeszkadzało Nandinie.

*

Może taki powrót to po prostu długa, naprawdę długa podróż i dlatego zajął Dorothy tyle czasu.

Albo może z początku próbowała dać sobie radę beze mnie, tak jak ja starałem się żyć bez niej – „przeboleć stratę”, „zamknąć pewien rozdział”, „pójść naprzód”, robić wszystko, do czego zmuszają nas inni, byśmy znieśli to, co jest nie do zniesienia. W końcu jednak zrozumiała, że po prostu za bardzo za sobą tęsknimy. Poddała się więc i wróciła.

To wersja, w którą lubiłem wierzyć.

*

Zrobiłem z mojej siostry tyrana, ale wcale taka nie była. Chciała dla mnie jak najlepiej, dlatego miała krytyczny stosunek do wszystkiego. Dostrzegała we mnie to, co najlepsze. Kiedy dzieciak sąsiadów nazwał mnie Frankensteinem, bo byłem wysoki jak brzoza, Nandina powiedziała, że przypominam Abrahama Lincolna. (Pocieszałem się tym, aczkolwiek wizerunek Abrahama Lincolna nie był tym, do którego dążyłem). Kiedy zapragnąłem zaprosić Tiffy Preveau na bal pierwszoroczniaków i przyznałem się siostrze, jak potwornie mnie to stresuje, Nandina zrobiła ze mną próbę generalną, wcieliwszy się w rolę Tiffy tak przekonująco, że dosłownie zapomniałem języka w gębie.

– Mo-mo-mo… – dukałem.

– Zacznij od słowa na „c” – doradziła Nandina, na moment wychodząc z roli.

– Czy… czy chciałabyś… pójść ze mną na bal? – zapytałem.

– Ależ z wielką chęcią, Aaronie! – odparła bełkotliwym, sztucznym głosem. – Powiedz tylko: czy umiesz tańczyć?

– Och, tak.

– Bo wiesz, ja uwielbiam tańczyć. Mam na myśli naprawdę szybki taniec. Lubię zaszaleć!

– Potrafię szybko tańczyć – zapewniłem ją.

Rzeczywiście potrafiłem. Nandina mnie nauczyła. Nie mogę powiedzieć, żeby sama cieszyła się jakimś ogromnym powodzeniem jako nastolatka (miała prawie metr osiemdziesiąt – i to po zdjęciu szpilek – i dotrwała do ostatniej klasy, ani razu nie poszedłszy na bal swojego rocznika), ale pokazała mi kilka niezbyt trudnych kroków, które jako tako opanowałem. Nauczyła mnie zagryzać dolną wargę, co miało oznaczać, że czuję się porwany dźwiękami piosenki Pump Up the Volume. Poinstruowała mnie, jak mam układać prawą rękę, żeby ze złamanego skrzydła przeistoczyła się w sztandar, triumfalnie wzniesiony tak wysoko, jak się tylko da. Na moją korzyść podziałało to, że nikt już nie tańczył do „wolnych” kawałków, klejąc się do siebie i drepcząc w miejscu, więc przynajmniej nie musiałem obejmować mojej partnerki obiema rękami.

Nandina powiedziała, że nie powinienem tak się skupiać na słowach na „m”. Chyba myślała, że celowo nadużywam tych wszystkich „może”, „mogłabyś” i tak dalej.

– Może to nie przypadek – odparłem. (Wypowiedziałem te słowa bez zająknięcia, bo znowu była po prostu moją siostrą).

– O, widzisz? Przecież mogłeś powiedzieć: „niewykluczone”.

Tiffy, jak się okazało, odrzuciła moje zaproszenie. Powiedziała, że ma już swoje plany. A jednak to miło ze strony Nandiny, że chciała mi pomóc.

*

Pomyliłem się, nazywając siebie „upośledzonym”. Myślę, że trafniejsze byłoby określenie „inny”. Bo tak naprawdę nie jestem upośledzony.

Jestem inny niż większość ludzi, ale wcale nie mam większego pecha od nich. Jestem o tym przekonany. Albo może: mam większego pecha, ale nie jestem bardziej nieszczęśliwy od nich. To jest chyba bliższe prawdy.

Czasem nawet myślę, że wprawdzie mam większego pecha niż inni, lecz jestem od nich dużo, dużo szczęśliwszy.

Ale być może sam siebie oszukuję, bo zapewne każdy sądzi, że należy mu się własny kawałek szczęścia.

Najdziwniejsze jest to, że choć jestem, jaki jestem, od kiedy sięgam pamięcią, to jednak czuję się, jakbym był taki sam jak wszyscy inni. Patrząc przez okna swoich oczu, widzę moje wyprostowane plecy, niezgięty kark i ręce mniej więcej równej grubości. W rzeczywistości zaś, ponieważ moja prawa stopa i łydka to w gruncie rzeczy zbędny balast, powłóczę prawą nogą i muszę odchylać się dla przeciwwagi w drugą stronę, co z kolei przekrzywia mi kręgosłup. Kiedy siedzę, to wcale tego nie widać, lecz gdy wstanę, moje ciało od razu się pochyla.

Mam laskę, żeby łatwiej mi się chodziło, ale wiecznie ją gdzieś zostawiam.

Staram się nauczyć, jak to zrobić, żeby prawe ramię zwisało bezwładnie; ręka wiecznie się wygina, dłoń składa się w nadgarstku i przekrzywia do środka, przez co wyglądam jak po udarze. Może jestem po udarze, nie wiem. Byłem zupełnie normalnym dwulatkiem. Potem zachorowałem na grypę. I już przestałem być normalny.

Założę się, że normalny czy nienormalny, i tak byłbym mańkutem, bo szybko nauczyłem się pisać i mam piękny charakter pisma. A zatem pod tym względem nie mam aż takiego pecha, prawda? Wyśmienicie gram w racquetball, pływam na tyle dobrze, by się nie utopić, i śmiem twierdzić, że jestem lepszym kierowcą niż większość ludzi. Jedyne, czym różni się moje auto od zwykłego, to układ pedałów, ponieważ jeśli chodzi o prowadzenie auta i zmianę biegów, doskonale sobie radzę z kierownicą i standardowymi przełącznikami. Osoby, które jadą ze mną po raz pierwszy, zwykle na początku czują się niepewnie, jednak już po paru kilometrach zupełnie zapominają o niepokoju.

Wolałbym co prawda przerzucić się na zwykłe pedały, ale przepisy to przepisy, choćby najbardziej absurdalne.

*

Z początku przyszło mi na myśl, że Dorothy wróciła, ponieważ ma do wykonania jakieś szczególne zadanie. Pozwolono jej powrócić i pozostać na tyle długo, by mogła mi coś powiedzieć, a potem odejdzie i ruszy w swoją stronę. (Muszę od razu zaznaczyć, że nie zastanawiałem się i nie obchodziło mnie to, kto jej pozwolił. Jestem ateistą. Już samo to, że zjawiła się tutaj, u mego boku, wstrząsnęło mną i moimi poglądami bardziej, niż byłem w stanie ogarnąć).

Wydawałoby się, że powinienem za wszelką cenę chcieć się dowiedzieć, cóż to za zadanie. Nie zapominajmy jednak o następstwach: gdy wypełni zadanie, odejdzie. Byłem przekonany, że tego nie zniosę.

Przyjąłem więc postawę zen – w pewnym sensie. Żyłem chwilą. Dorothy wróciła, w porządku. Nie zadawałem pytań, nie dociekałem, nie oczekiwałem wyjaśnień. Po prostu cieszyłem się jej towarzystwem. Gdyby zaczęła wspominać o czymś, co mogło być jakąś, nie wiem, wiadomością dla mnie, przerwałbym jej, postarał się, by zamilkła, ale nic takiego nie nastąpiło. Miałem wrażenie, jak gdyby ona również żyła chwilą. Znikała, ale wiedziałem, że nie odeszła na dobre. Po prostu wiedziałem, nie wiem skąd. Czekałem, nieruchomy jak głaz, aż znów się pojawi.

Któregoś razu mnie zapytała:

– Co u Nandiny? Opiekuje się tobą i cmoka z niezadowoleniem?

– No tak, przecież wiesz, jaka jest – powiedziałem.

Zapadło milczenie. Po chwili dodałem:

– Musiałaś o to pytać? Wydawało mi się, że takie rzeczy po prostu… wiesz.

– Ależ nie. Ja w ogóle nic nie wiem – odparła Dorothy.

Odniosłem wrażenie, że w jej głosie czaił się smutek, ale posłała mi uśmiech, więc chyba się przesłyszałem.

*

Moja matka pod koniec życia była przekonana, że to ona odpowiada za inność syna. Wypominała sobie, że za późno poszła ze mną do pediatry, że w ogóle powinna była dać sobie spokój z pediatrą i od razu pojechać ze mną na pogotowie.

– Odesłaliby nas z powrotem do domu – powiedziałem jej. – Stwierdziliby, że krąży jakiś wirus. I że mam dużo pić i leżeć w łóżku.

– No to usiadłabym na podłodze i powiedziała, że nigdzie się nie ruszę – odparła.

– Och, po co robić z tego takie wielkie halo? Przecież doskonale daję sobie radę.

– Dajesz sobie radę. Tak, chyba masz rację – powiedziała. – W ogóle bym się nie przejmowała, gdybyś był kaleką od urodzenia. Ale nie byłeś. Nie tak to miało wyglądać. Nie taki miałeś być.

– A może jednak właśnie taki miałem być – odparłem.

Tylko westchnęła. Pomyślałem, że nigdy tego nie zrozumie.

– Zresztą – zacząłem – przecież zadzwoniłaś po pediatrę. Sama mówiłaś. I to zaraz, jak tylko gorączka poszła w górę.

– Ten człowiek był kretynem – oznajmiła, znalazłszy nowy temat. – Twierdził, że gorączka jest naturalnym cudownym lekiem. Twierdził, że mniej szkodzi dziecku niż histeryczne matki zanurzające swoje chore pociechy w lodowatej wodzie.

– Mamo, daj już spokój – poprosiłem.

Nie dała.

Była gospodynią domową (sama tak o sobie mówiła) i przedstawicielką ostatniego pokolenia kobiet, które wychodziły za mąż zaraz po opuszczeniu college’u. Naukę skończyła w czerwcu 1958 roku, a ślub wzięła w lipcu. Potem, biedactwo, na pierwsze dziecko musiała czekać dziesięć lat, ale i tak nie poszła do pracy. Ciekawe więc, czym wypełniała sobie czas? Nandina i ja, kiedy przyszliśmy na świat, staliśmy się dla niej jedynym zajęciem. Pomagała nam z projektami do szkoły, razem z nami robiła dioramy. Prasowała nam bieliznę. Dekorowała nam pokoje – jeden w stylu dla dziewczynek (w różyczki), drugi w stylu dla chłopców (akcenty sportowe). Nieważne, że Nandina nie była dziewczynką, która zachwycałaby się pąkami róż, a kiedy ja uprawiałem dowolny sport, matka dostawała apopleksji.

Byłem prostym, zwyczajnym dzieckiem – pomimo swojej odmienności. Byłem niezdarny, ale miałem w sobie mnóstwo entuzjazmu, zawsze garnąłem się do gier i zabaw kumpli z naszej ulicy. Matka dosłownie załamywała ręce, przez okno przyglądając się moim poczynaniom, lecz ojciec powtarzał, że powinna pozwolić mi robić wszystko, do czego będę zdolny. Nie zamartwiał się z byle powodu. Ale tata – nawiasem mówiąc, wówczas już mężczyzna w średnim wieku – oczywiście większość dnia spędzał w biurze. Nie był typem ojca, z którym w weekend mógłbym porzucać piłkę albo poprosić, by został trenerem naszej podwórkowej drużyny baseballowej.

Tak więc większa część dzieciństwa upłynęła mi pod znakiem odpierania ataków dwóch kobiet mojego życia: matki i siostry, obie pragnęły bowiem zagłaskać mnie na śmierć. Nawet jako młody chłopiec wyczuwałem zagrożenie. Dajesz się wciągnąć. Miękniesz. I już jesteś ich.

Nic zatem dziwnego, że Dorothy była dla mnie niczym powiew świeżego powietrza.

Gdy zobaczyła mnie po raz pierwszy, spytała:

– Co się panu stało w rękę?

Miała na sobie biały kitel, a pytanie zadała szorstkim, rzeczowym – pielęgniarskim – tonem. Moje wyjaśnienie skwitowała krótkim: „Hm” i zmieniła temat.

Kiedy za pierwszym razem zaprosiłem ją do swojego auta, nawet nie spojrzała, jak prowadzę, nawet nie rzuciła okiem. Była zajęta chuchaniem na okulary i czyszczeniem ich rękawem bluzki.

A jak pierwszy raz usłyszała, że się jąkam (było to już po tym, jak się w niej zakochałem, i w jej obecności traciłem głowę i zachowywałem się niezdarnie), nadstawiła ucha i powiedziała:

– Co to jest? Uszkodzenie mózgu czy tylko nerwy?

– Och, tylko ne-nerwy – odparłem.

– Naprawdę? Tak się zastanawiam – powiedziała. – Bo widzisz, jeśli chodzi o lewą półkulę… Cholera.

– Słucham?

– Chyba zostawiłam klucze w pracy.

*

Dorothy była wyjątkową kobietą. Jedyną w swoim rodzaju. Boże, pozostawiła po sobie ogromną pustkę. Czułem się, jakby ktoś wymazał moje istnienie, jakby rozdarto mnie na pół.

A potem któregoś dnia wyjrzałem na ulicę i zobaczyłem ją stojącą na chodniku.

2

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

3

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

4

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

5

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

6

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

7

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

8

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

9

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

O autorce

Anne Tyler urodziła się w 1941 roku w Minneapolis w stanie Minnesota, dorastała zaś w Raleigh w stanie Karolina Północna. W wieku dziewiętnastu lat ukończyła Duke University, po czym podjęła studia rusycystyczne na Columbia University. Pożegnanie dla początkujących to dziewiętnasta książka Anne Tyler; jedenasta, Lekcje oddychania, zdobyła w 1988 roku nagrodę Pulitzera. Anne Tyler jest członkiem American Academy of Arts and Letters. Obecnie mieszka w Baltimore w stanie Maryland.