Wydawca: Nowy Świat Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2009

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 242 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Pożegnałem demona, anioła nie będzie - Ewa Klepacka-Gryz, Maciej Kiełbasiński

Pożegnałem demona, anioła nie będzie” jest książką o przezwyciężaniu choroby alkoholowej. Jest również opowieścią o trudnej przyjaźni między kobietą i mężczyzną, Ewą i Maćkiem, dwojgu ludzi uprawiających na kartach książki odważną autowiwisekcję. Ewa Klepacka-Gryz to terapeutka, autorka wielu książek z zakresu psychologii życia rodzinnego, zaś Maciej Kiełbasiński jest biznesmenem, który wszystko stracił wskutek picia, lecz podniósł się z upadku i zdecydowanie zerwał z nałogiem. W „Pożegnałem demona…” znajdziemy wiele pożytecznych szczegółów dotyczących wspólnot Anonimowych Alkoholików, przebiegu typowego uzależnienia i procedur umożliwiających powrót do normalnego życia. Przed laty nieco podobne dzieło stworzył prof. Wiktor Osiatyński, dając mu tytuł „Alkoholizm. Grzech czy choroba?” Ewa Klepacka i Maciej Kiełbasiński, odpowiadając niejako na pytanie Osiatyńskiego stwierdzają, że pijaństwo jest i grzechem, i chorobą. Nie można uleczyć się z alkoholizmu bez pomocy Siły Wyższej (tak ją nazywają). Tylko ona jest w stanie dać nam nowe siły. Dokładnie to samo zapisano w „Dwunastu krokach” Anonimowych Alkoholików.

Opinie o ebooku Pożegnałem demona, anioła nie będzie - Ewa Klepacka-Gryz, Maciej Kiełbasiński

Fragment ebooka Pożegnałem demona, anioła nie będzie - Ewa Klepacka-Gryz, Maciej Kiełbasiński

Maciej Kiełbasiński Ewa Klepacka-Gryz

Pożegnałem demona, anioła nie będzie

ŁATWA KSIĄŻKA O TRUDNYM ŻYCIU

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

Motto:

„Rzucić picie? To nic trudnego. Trzeba tylko zmienić całe swoje życie.”

Dedykacja

Dla każdego, kto pogrążony w chorobie alkoholowej, ogarnięty lękiem i samotnością, odnajdzie siłę i wyzwoli się z cierpień uzależnienia. Każdemu, kto poprosi mnie o pomoc, będę towarzyszył przy każdym kroku stawianym na trudnej drodze do trzeźwego życia.

MACIEJ KIEŁBASIŃSKI

WSTĘP

Drogi Czytelniku! Ta książka jest efektem eksperymentu. Bardzo ryzykownego eksperymentu. Tak przynajmniej twierdzi moja terapeutka. Pomysł na napisanie tej książki zrodził się przypadkiem. Jeśli wierzysz, że w życiu nic nie dzieje się przypadkiem i wszystko, co nam się przydarza, ma jakiś sens to… No właśnie. Najpierw było spotkanie, niespodziewane, po ponad 30 latach. Potem długie rozmowy, próba streszczenia swojego życia, zaspokajanie wzajemnej ciekawości i wreszcie pomysł: „Może napiszemy razem książkę?”. Dziś nawet nie jesteśmy w stanie przypomnieć sobie, które z nas pierwsze na ten pomysł wpadło. Uprzedzając pytanie „Dla kogo jest nasza książka?” odpowiadamy, że dla każdego. Dla „pechowców”, którzy przed laty, niczego nieświadomi, sięgnęli po pierwszy kieliszek alkoholu, a dziś nie potrafią wyzwolić się z obsesji nałogowego picia. Dla „początkujących”, którzy stawiają pierwsze kroki na drodze trzeźwienia, ale też tych, którzy na tej drodze są już od kilku, albo kilkunastu lat i od czasu do czasu zadają sobie pytanie: „Co dalej?”. Dla ich rodzin, przyjaciół, znajomych i współpracowników. A także dla tych wszystkich, którzy mają ochotę razem z nami wędrować po labiryncie emocji. Bo książka jest właśnie o emocjach. Wiele w niej radości, poczucia sukcesu, szczęścia, zachwytów, ale też lęku, cierpienia, niepokoju i wściekłości. Zupełnie jak w życiu. Miejscami bywa chaotyczna, wiele wątków się powtarza, trudno znaleźć w niej konsekwentną chronologię. Bo tak właśnie działają emocje.

Czy zdarzyło Ci się śmiać do łez, a za chwilę płakać z bezsilności i poczucia braku sensu? Jeśli tak, to zrozumiesz nasz zamysł. My zrobiliśmy swoje. Bywało trudno. Zdarzały nam się chwile zwątpienia, kryzysy i pytania „co dalej?”. Teraz Twoja kolej. Możesz otworzyć tę książkę w dowolnym miejscu, przeczytać fragment, poczuć, dopiero potem zrozumieć i… podjąć decyzję, czy chcesz towarzyszyć nam od początku do końca, strona po stronie.

Maciek:Siedem lat temu urodziłem się na nowo. Trudno zrozumieć, ile radości może nieść trzeźwe życie, bez doświadczenia koszmarów uzależnienia. Zdrowieję ja, moja rodzina i całe moje otoczenie. Czuję, że jestem wśród ludzi i jestem im potrzebny. Ale zawsze może zdarzyć się coś, co…

Ewa:Moje życie wydawało się być we względnej równowadze. Stabilna sytuacja zawodowa, rodzina, dom, ci sami od lat przyjaciele. I tylko czasami czułam lekki niepokój pomieszany z zaciekawieniem. Takie przeczucie, że za chwile wydarzy się coś, co…

***

Siedzimy w warszawskiej knajpie o radosnej nazwie „Pędzący Królik”. Jest sobotni wieczór. Prawie wszystkie stoliki zajęte. Obok nas pary flirtujące przy kieliszkach wina, przyjaciółki, które wyskoczyły na kawę, żeby poplotkować, kumple z pracy, którym udało się wyrwać z domu na piwo. Wszyscy zajęci rozmową. Kelnerka bezszelestnie pojawia się przy naszym stoliku. Zamawiam colę, bez lodu, z cytryną. Maciek prosi o kawę ze słodzikiem, zamiast cukru, colę bez cytryny i…

– Może lody, ale bez alkoholu.

Bez alkoholu? Ile alkoholu może znajdować się w pucharku lodów? Właściwie to mam ochotę na kieliszek białego wina, półsłodkiego. Nic z tego, jestem samochodem. Kiedyś piłam tylko czerwone. Nie lubię słodkich alkoholi, żadnych likierów, „ajerkoniaków” i tych wszystkich babskich trunków. Nie muszę pić, spokojnie mogę się obejść bez alkoholu. Za to bez papierosów nie bardzo. Obydwoje palimy jak smoki. Może to zdenerwowanie? Podobno papieros „robi atmosferę”. Obłoczek dymu pozwala ukryć się, kiedy kontakt z drugim człowiekiem staje się zbyt intensywny. A nasz jest, aż za bardzo. Choć Maciek podczas rozmowy rzadko patrzy prosto w oczy, raczej ucieka wzrokiem, błądzi po sali, to mówi w taki sposób, że nie da się odwrócić uwagi ani na chwilę. W pewnym momencie jest tak intensywnie, że muszę wstać od stolika.

– Przepraszam cię, zaraz wrócę.

– Jasne.

Uff! Taki rozmówca to ekscytujące przeżycie, ale też trudne. No cóż, nie widzieliśmy się od… 30 lat. Kiedyś… Zresztą nieważne. Umówmy się, że to takie mniej lub bardziej zaplanowane spotkanie po latach dwojga znajomych, którzy kiedyś… Może dlatego jest tak intensywnie. Trudno w ciągu jednego wieczora streścić wydarzenia z tylu lat. Najważniejsze, że jest ciekawie. I to bardzo. Bałam się, że w pewnej chwili zabraknie nam tematów. Właściwie nawet umówiłam się sama ze sobą, że kiedy przejdziemy do rozmów o pogodzie: „zimno dzisiaj”, „dobrze, że nie pada, zapowiadali deszcze” itp., to wymknę się „po angielsku”. Skoro przez tyle lat żadne z nas nie czuło potrzeby nawiązania kontaktu, moglibyśmy zakończyć na jednym spotkaniu. „Miło było cię zobaczyć” i takie tam okrągłe zdanka, a potem każde z nas wróci do swojego życia.

Póki co, tematów nam jednak nie brakuje. Rozmawiamy o naszych rodzinach, dzieciach, pracy. Obydwojgu nam nie było łatwo. Obydwoje jesteśmy w drugich związkach, obydwoje mamy po troje dzieci, Maciek — córki, ja — trzech synów. Od czasu do czasu próbujemy nawiązywać do przeszłości. Właściwie to on nawiązuje. Ja niewiele pamiętam.

– Pamiętasz tego S., z którym byłem na tej imprezie zimą?

– Nie pamiętam.

– Już nie żyje, zapił się na śmierć.

Niezbyt dobrze pamiętam imprezę, siebie sprzed 30 lat ani S., który zapił się na śmierć. Po co o tym rozmawiamy? Nie lubię alkoholików. Uważam, że alkoholizm to choroba ludzi o słabej woli.

Kiedy na drugim roku studiów koleżanki wybierały specjalizację „z uzależnień”, ja wolałam psychologię kliniczną dorosłego. Mogłam pracować z psychicznie chorymi, ale nie z alkoholikami. Sama nigdy nie miałam problemu z alkoholem, ani mój ojciec, ani żaden z moich facetów… Bo trzy piwa do kolacji, to chyba nic groźnego? Przecież w tak niewinny sposób piją wszyscy.

Temat alkoholu powraca w naszej rozmowie jak bumerang. Dlaczego? Nie mam pojęcia. Bo alkohol chyba trudno nazwać tematem zastępczym, jak rozmowę o pogodzie? Chyba, że…

Po pierwszym spotkaniu były następne. Jestem ciekawa ludzi, a mój znajomy sprzed lat to fascynujący mężczyzna. Obydwoje nie mamy zbyt dużo wolnego czasu. Praca, dom, obowiązki. Ale mamy telefony komórkowe i internet. Krążą maile na każdy temat, rozmowy przez telefon i sms-y; kiedy w ciągu dnia wydarzyło się coś ważnego, któreś z nas przeczytało jakiś ciekawy artykuł, zobaczyło jakiś interesujący film. Szybko okazało się, że mamy wiele wspólnych tematów…

Temat alkoholu pojawiał się niemal przy każdym kontakcie. Najpierw tak ostrożnie. Kiedy na przykład kolejny raz siedzieliśmy w „naszym” „Króliku” i jakaś para przy stoliku obok zamówiła wino do kolacji.

– To taka polska tradycja. Wino do kolacji, przy tradycyjnym obiedzie, a na święta obowiązkowo.

– No wiesz. Ludzie chcą się odprężyć, zrelaksować po ciężkim dniu.

– Alkohol odpręża na chwilę, a potem…

Pewnego dnia, w ostatniej chwili odwołałam nasze spotkanie. Sąsiadka, którą znam właściwie z widzenia poprosiła, żebym zajęła się jej siedmioletnim synkiem, „Bo widzi pani, mąż znowu wrócił po jednym głębszym. Tak prosiłam, błagałam, obiecywał mi, że już nigdy więcej… Teraz śpi i pewnie nie obudzi się do rana, ale mały boi się z nim zostać, a ja muszę do pracy.”

Całe osiedle wiedziało, że sąsiad „za kołnierz nie wylewa”. Sąsiadka z synem nieraz w środku nocy uciekała na klatkę schodową. Inne życzliwe osoby z osiedla radziły, żeby „pogoniła drania”, wystawiła walizki za drzwi, zmieniła zamki. A ona tłumaczyła, że w gruncie rzeczy to dobry człowiek. Kiedy nie pije jest kochającym mężem, czułym ojcem i… ma go wyrzucić na ulicę, jak psa? Daleka byłam od dawania rad, zwłaszcza, że z racji zawodu nieraz byłam zaczepiana na podwórku i pytana: „A co by pani, jako psycholog, zrobiła na moim miejscu?”. Ludziom trudno zrozumieć, że psycholog nie jest od tego, by być „na czyimś miejscu”, a takie „podwórkowe porady” niewiele mają wspólnego z psychologią. Syna sąsiadki wzięłam do siebie, z Maćkiem umówiłam się na następny dzień.

Byłam zdziwiona, że zapytał o sąsiadkę. Powiedział: „W takim przypadku pomóc może jedynie twarda miłość. Sam przez to przeszedłem”. (???)

Nie wiem jak to się stało, że zaczęliśmy na ten temat rozmawiać…

I tak, od słowa do słowa okazało się, że mój dawny znajomy jest alkoholikiem, niepijącym od ponad siedmiu lat. Jak się wtedy poczułam? A jak Ty byś się poczuł, Czytelniku? Spróbuj to sobie wyobrazić.

Na początku oczywiście zbagatelizowałam problem. Nie byłam w stanie doszukać się analogii pomiędzy „trunkowym” sąsiadem, który po pijaku nieraz rozstawiał rodzinę po kątach, i tym mężczyzną w eleganckim garniturze, o wypielęgnowanych dłoniach, błyskotliwym dowcipie i oczach koloru morza po burzy. A może nie chciałam poznać bolesnej prawdy? Usłyszałam jedynie, że mówił o tym w czasie przeszłym. „Byłem…, miałem…, skończyłem z tym… ”. W porządku. Historia z przeszłości. Podobnie jak była żona, kolejne kobiety, błędy młodości i cała reszta. Chciałam być „tu i teraz”. Cieszyć się z relacji z dojrzałym mężczyzną, z którym cudownie mi się rozmawiało.

Dziś, po blisko roku naszej „odnowionej” znajomości już wiem, że tamtego dnia życie napisało pierwszy rozdział naszej historii. Ja — pełna ciekawości, zupełnie nieświadoma tego, jaki scenariusz tym razem los nam przygotował, on — na pewno bardziej świadomy, ale chyba też nie do końca. Jeśli wierzysz, że w życiu nie ma przypadków i każde spotkanie z drugim człowiekiem jest w jakimś celu, spróbuj wyobrazić sobie tę relację: mężczyzna, który przede wszystkim koncentruje się na życiu w trzeźwości i kobieta, która mimo, że psycholog, na temat alkoholizmu wie tyle, co przeciętny zjadacz chleba, czyli nic.

Uzależnienie od alkoholu jest chorobą niezawinioną, nieuleczalną, przewlekłą, postępującą i śmiertelną. Na dzisiejszym poziomie wiedzy medycznej i psychologicznej nie można się z niej w pełni wyleczyć. Człowiek uzależniony od alkoholu nigdy nie wróci do picia kontrolowanego. To choroba duszy, ciała i umysłu.

***

Nasza znajomość rozwijała się intensywnie. Zupełnie, jakbyśmy w ekspresowym tempie próbowali nadrobić stracony czas. Na dodatek połączył nas wspólny temat. Podobno nie da się uciec przed przeznaczeniem, scenariuszem jaki napisał dla nas los. Czy to spotkanie po latach było naszym przeznaczeniem? Moja niechęć do problemu uzależnienia od alkoholu, zaczęła się przeplatać z ciekawością psychologicznego zgłębienia, a może raczej próbą zrozumienia tematu.

Starałam się przypomnieć sobie Maćka z „tamtych czasów”. Czy już wtedy pił? Nie wiem, wydaje mi się, że nie. Na imprezie, którą wspominaliśmy na pierwszym spotkaniu po latach, pił tyle, co wszyscy. Dziś na moje pytanie: „Kiedy to się zaczęło?”, uśmiechał się smutno i odpowiadał: „Zawsze zaczyna się niewinnie. Gdyby każda osoba sięgająca po swój pierwszy kieliszek była w stanie przewidzieć, że ma pecha i nie będzie mogła pić bezkarnie, nie byłoby alkoholików”.

Maciek rozbudził moją ciekawość, ale nie zawsze chętnie chciał mówić o sobie. Chyba nie chodziło o wstyd. Często powtarzał, że nie ma się czym chwalić. Ale ja chciałam zrozumieć i, mniej lub bardziej napastliwie, pytałam. Czasami drażniłam się z nim, mówiłam, że przesadza, przedstawia się w gorszym świetle niż jest w rzeczywistości. Kiedy indziej celowo nie dawałam się wciągnąć w rozmowę o alkoholizmie. A on przyglądał mi się uważnie, jakby zastanawiał się, czy można mi zaufać i…

Pewnego dnia przysłał mi mailem swój „piciorys”, czyli historię picia. Każdy alkoholik leczący się z uzależnienia, na pewnym etapie terapii ma za zadanie napisać swój „piciorys” i przeczytać go na głos, w obecności innych uzależnionych.

Zaczęło się niewinnie– pisał Maciek —w miejscu, które doskonale znałem z dzieciństwa. Kiedy miałem dwa, może trzy lata, właśnie tutaj babcia przyprowadzała mnie na spacery. Piaskownica, drzewa z rajskimi jabłuszkami, sklep zoologiczny z rybkami i kino, do którego chodziłem na poranki. Gdybym wtedy wiedział, że za 12 lat właśnie w tym miejscu wypiję swoją pierwszą butelkę taniego wina, to…

Byłem nastolatkiem i szybko spostrzegłem, że alkohol ma jakieś magiczne działanie, pozwala opanować lęk, zapewnić lepszy kontakt z kolegami, z którymi wypicie piwa lub wina było wspólnym mianownikiem do zawarcia „cennej”, męskiej znajomości. W szkole średniej piłem już systematycznie, co sobotę. Alkohol dodawał mi odwagi, zapewniał rangę „duszy towarzystwa”, po kieliszku mijało poczucie wstydu, a zmiana nastroju nie wymagała jakichś szczególnych zabiegów. Wystarczyło napić się wódki i napięcie emocjonalne mijało. Jakie to było proste. To rewelacyjne odkrycie towarzyszyło mi przez wiele lat.

Dzięki wódce nie doznałem bolesnych skutków dojrzewania. Moi koledzy z podwórka, czy szkolnej ławy uczyli się odpowiedzialności, przeżywali swoje nastoletnie stresy, młodzieńcze dramaty i próbowali sobie z nimi jakoś radzić. Ja po każdym niepowodzeniu piłem. Piłem także z radości. Wszystkie zdarzenia w moim życiu, którym towarzyszyły jakiekolwiek emocje, zalewałem alkoholem. Piłem w najmniej oczekiwanych momentach i wbrew logice. Przed trudną klasówką, a potem egzaminem czy ważnym spotkaniem, w czasie podejmowania istotnych decyzji życiowych, w obliczu lęku i zdenerwowania. Szukając ucieczki przed jakąkolwiek odpowiedzialnością, manipulowałem sobą i światem, aby zapewnić sobie komfort picia. Niechętnie wyznaczałem sobie dalekosiężne cele, bo wymagały poświęcenia czasu i wytrwałości, a moje kilkutygodniowe ciągi alkoholowe przekreślały możliwość ich realizacji.

W miarę upływu czasu było coraz gorzej. „Pijackie jazdy” stawały się dłuższe, a wychodzenie z nich coraz boleśniejsze. Odstawienie alkoholu powodowało okropnego kaca, delirium i bezsenność. Drżenie rąk, nóg było nie do opanowania. Nie spałem po kilka dni i nocy. Leżałem patrząc w sufit i błagałem o bliżej nieokreśloną pomoc, obiecując sobie, że to ostatni raz. Chodzenie po domu bez celu, za to z potwornymi wyrzutami sumienia i moralnym kacem, raz kończyło się powodzeniem i dochodziłem do siebie na kilka dni, tygodni, czasem nawet miesięcy, a innym razem porażką. Bywało, że wychodziłem z domu w środku nocy po wódkę, świadomy tego, że ulga będzie tylko chwilowa, a jutro zacznie się wszystko od początku. I ten potworny lęk, który towarzyszył mi dosłownie przed wszystkim: niespodziewanym telefonem, nagłym dzwonkiem do drzwi, listonoszem, powrotem do pracy i koniecznością tłumaczenia się z przedłużenia zaplanowanego urlopu, wziętego wyłącznie po to, żeby pić do dna…

Jak każdy alkoholik, powoli traciłem kontrolę nad ilością wypijanego alkoholu, a nawet nad tym, kiedy i z kim będę pił.

Czasami ciągi alkoholowe rozpoczynałem niespodziewanie, bez żadnej przyczyny. Innym razem do „pójścia w tango” układałem cały scenariusz. Brałem urlop, odkładałem gotówkę, szukałem racjonalnego powodu, żeby się napić. Nazywałem to próbą kontrolowania niekontrolowanego picia.

Awantury domowe dopieszczałem do perfekcji, żeby w efekcie trzasnąć drzwiami i iść na wódkę bez poczucia winy. Moje relacje z żoną pogarszały się z dnia na dzień. Kochałem ją, widziałem jej bezradność i codzienny lęk, kiedy wracała z pracy do domu, zastanawiając się, co tym razem w nim zastanie. Może już nie żyję, może spaliłem dom, zasypiając pijany z palącym się papierosem? Zastając mnie pijanego, reagowała wybuchami złości i płaczu.

Jedną z awantur pamiętam, jakby to było dziś. Żona krzyczała, a ja byłem niewzruszony, nawet mnie to nie denerwowało, chyba nie czułem nic. Nie zareagowałem również, kiedy rzuciła się na mnie z pięściami. W końcu, z bezradności, wylała mi butelkę wódki na głowę. A potem zaniemówiła ze strachu. Może bała się, że ją uderzę? Ale ja nie biłem, nie awanturowałem się nawet wtedy, kiedy świat wydawał mi się beznadziejny i okrutny. Wiedziałem, że żona za chwilę pójdzie spać, a ja będę pił do rana. A rano uwierzy mi, że to było tylko jedno piwo, no, może dwa. I była jeszcze córka, 10-letnia dziewczynka, którą matka, wychodząc do pracy, prosiła: „Córeczko, przypilnuj tatusia, żeby się nie napił”.

W „dobrych” okresach potrafiłem nie pić przez osiem miesięcy. Najdłużej nie piłem rok.

W okresach mojej abstynencji panowała idylla. W domu był spokój, a ja „odrabiałem” straty spowodowane pijaństwem. Przerwy w piciu umacniały mnie w przekonaniu, że nic się nie dzieje, że mogę pić, skoro wytrzymuję bez alkoholu całe miesiące. Skąd ten pomysł, że jestem alkoholikiem? Niestety po jakimś czasie wracała obsesja i nadzieja na „kontrolowane picie”. Kolejny raz podejmowałem próbę picia bez zagrożenia „alkoholowym ciągiem”. Ponownie nieudaną.

Żona prosiła, żebym coś ze sobą zrobił, poszedł się leczyć…. Leczyć? Na co? Uspokajałem ją, że cały świat pije, jedni mniej, drudzy więcej, a ja nie należę do wyjątków. Owszem, czasami faktycznie przesadzam z ilością wypijanego alkoholu, ale sam sobie z tym poradzę. Ile razy obiecywałem, że to ostatni raz! Nie bardzo wierzyłem w to, co mówię, ale ciągle nie dopuszczałem do siebie myśli, że jestem alkoholikiem. Choć w głębi duszy coraz częściej bałem się, że już nie da się wysiąść z tej karuzeli.

Moje własne odbicie w lustrze, rano, tuż po obudzeniu, przyprawiało mnie o mdłości. Miałem dosyć własnego widoku, picia, a także pracy i otaczających mnie ludzi. Miałem 41 lat i straciłem poczucie sensu życia. Było mi wszystko jedno co się stanie, czy będę miał pracę, pieniądze. Dziś myślę, że w głębi duszy przygotowywałem się na najgorsze. Ta wizja najgorszego powracała jak bumerang. Ale wystarczył pierwszy kieliszek i w pijackich marzeniach znów stawałem się silnym facetem z wyrobioną pozycją życiową. Wmawiałem sobie, że jestem jak kot, który zawsze spada na cztery łapy i upajałem się własną pychą, podlewając ją alkoholem.

A potem nagle coś się zmieniło. Nie we mnie, tylko w rodzinie. Żona z dnia na dzień przestała się mną zajmować. W pierwszej chwili nawet się ucieszyłem, bo cieszyło mnie wszystko, co dawało komfort picia bez awantur i konieczności tłumaczenia, ile piw dzisiaj wypiłem. Ale zniknęły też obiady, ciuchy musiałem prać sam, a sterta niezapłaconych rachunków rosła w zastraszającym tempie. Żona wychodziła z domu nie mówiąc gdzie idzie, ani o której godzinie wróci. Lodówka świeciła pustkami. Gdzie jadały, ona i córka? Może u teściowej? Po kilku dniach zacząłem odczuwać samotność. W szufladach biurka coraz częściej znajdowałem ulotki poradni leczenia uzależnień, jakieś poradniki dla żon alkoholików. Czytałem z lekkim zaciekawieniem, ale na koniec, jak zwykle, kwitowałem to uśmieszkiem i głośnym, cynicznym komentarzem, wygłaszanym do czterech ścian ciągle pustego domu.

Zauważyłem również, że naszą „wspólną tajemnicę” żona zaczęła, wręcz w sposób demonstracyjny, ujawniać. Jeszcze do niedawna, kiedy dzwonili moi, wiekowi już rodzice, a ja byłem w pijackim cugu, mówiła, że mnie nie ma w domu, albo wymyślała jakąś inną bajeczkę, żeby ich nie denerwować. Teraz mówiła prawdę: „Jest pijany i trudno z nim rozmawiać, ale oczywiście mogę oddać mu słuchawkę”. A ja zdemaskowany, bełkocząc przepraszałem, że znowu się upiłem i składałem kolejne fałszywe obietnice, że to ostatni raz. Ostatni raz! To było zdanie- – klucz, w które sam coraz mniej wierzyłem.

Pewnego poranka w przedpokoju pojawiły się spakowane walizki. Szybko domyśliłem się, że tym razem przeholowałem z piciem i żona wyprowadza się z domu. Przystąpiłem więc do ofensywy. Grzecznie poprosiłem o rozmowę. Byłem pewny, że i tym razem wyciszę problem. Przecież byłem mistrzem świata wagi ciężkiej w oszustwie i manipulowaniu otoczeniem. Sprawa wymagała delikatności i dyplomacji. Kilka mocnych słów, takich od serca do serca, kilka obietnic, magiczne słówko „wybacz”, albo „przepraszam” i ciuchy wrócą do szafy, ale… Niestety, tym razem się nie udało. Nie było krzyków, szantażu, ani łez. Chyba po raz pierwszy od dawna popatrzyłem żonie prosto w twarz i… zrozumiałem, że żarty się skończyły. Wynegocjowałem tyle, że walizki pozostaną w przedpokoju, spakowane, a ona pójdzie do pracy. Jeżeli po powrocie nie przekona się, że naprawdę chcę się leczyć, odejdzie. Tuż przed wyjściem dała mi adresy poradni dla uzależnionych od alkoholu i przyznała, że od dłuższego czasu chodzi na spotkania grup terapeutycznych dla żon alkoholików. Wtedy zrozumiałem skąd w domu pojawiły się te wszystkie ulotki, które jeszcze kilka dni temu tak mnie bawiły.

Po chwili usłyszałem warkot odjeżdżającego samochodu. Miałem 10 godzin na przemyślenie tego, co się stało i podjęcie decyzji, co dalej. Chyba po raz pierwszy od wielu lat, w obliczu trudnego problemu, nie sięgnąłem po moje niezawodne lekarstwo na zmartwienia. Nie napiłem się. Siedziałem i myślałem. O sobie, o tym jak doprowadziłem się do takiej ruiny, o krzywdzie jaką wyrządzam żonie, córkom, rodzicom…

Wyraźnie, jak na kinowym ekranie, pojawiały się migawki z mojego życia. Obraz matki, błagającej żebym nie pił, sceny z detoksu, kiedy leżałem pod kroplówką i marzyłem o tym, by zobaczyć córki z pierwszego małżeństwa, których, z powodu pijaństwa, nie widziałem od dwóch lat. Tej projekcji w wyobraźni towarzyszyło dziwne uczucie bólu, ale nie fizycznego. Coś ściskało mnie w gardle. Pojawiła się chęć płaczu. Wyłem patrząc w sufit, a obraz przesranego życia był coraz jaskrawszy. Nie napiłem się, ale ciągle jeszcze nie wiedziałem, co teraz. Co mam robić?

Cokolwiek: bo bezradność równała się sięgnięciu po kieliszek. Przecież to był dobrze znany mi scenariusz. Może jedyny?

Wziąłem do ręki słuchawkę, wykręciłem numer kolegi, który kiedyś leczył się w ośrodku terapeutycznym. Wiedziałem, że od kilku lat nie pije. Przez łzy poprosiłem, żeby coś poradził, bo dość mam już wódy i samego siebie. Opisałem domową sytuację, opowiedziałem o spakowanych walizkach, postawionym ultimatum i… chyba w tym momencie podjąłem decyzję: „Idę się leczyć!”. O dziwo, Krzyśka nie zaskoczył ani mój stan psychiczny, ani to, że proszę o pomoc.

– Piłeś? Bo jeśli tak, to nasza rozmowa nie ma sensu — powiedział.

Zapewniłem, że jestem trzeźwy. Wtedy opowiedział mi swoją historię: osobne sypialnie, groźba rozwodu i wyjazd żony w rodzinne strony, jak najdalej od wiecznie pijanego męża. Ulżyło mi. Krzysiek nie pił od czterech lat. Powiedział, że w miarę upływu czasu sytuacja w domu wróciła do normy. Polecił mi terapię w ośrodku stacjonarnym, w którym sam się leczył, dał numer telefonu i życzył powodzenia. Obudził we mnie nadzieję, że może i mnie się uda… W sumie od czterech lat był trzeźwy. To chyba namacalny dowód, że można odbić się od tego dna. Może uda się ocalić siebie, rodzinę, miłość przykrytą alkoholem, pychą, egoizmem i kłamstwem? Zerwać z twarzy maskę kogoś, kim nigdy nie byłem? A jaki jestem? Nie wiedziałem o sobie nic.

Żona uwierzyła w moje starania, ale walizki stały spakowane jeszcze przez wiele dni.

Na przyjęcie do ośrodka czekałem trzy tygodnie. Wcześniej miałem iść na 10 mityngów Anonimowych Alkoholików. Tam pierwszy raz na głos przyznałem, że jestem alkoholikiem. Nie czułem wstydu, tylko ulgę i wewnętrzny spokój. Po raz pierwszy od wielu lat byłem uczciwy wobec samego siebie. Po schodach ośrodka wchodziłem czując strach przed terapią i przerażającą wizją, że już nigdy nie wezmę do ust alkoholu. Wydawało mi się to nierealne.

Kiedy przeczytałam ostatnie zdanie „piciorysu”, miałam mętlik w głowie. Czułam żal, że tak się Maćkowi w życiu „porobiło”, czułam też trochę złości, dlaczego to przytrafiło się właśnie jemu. Snułam fantazje, że może gdyby wtedy do mnie zadzwonił, to… przynajmniej byłabym obok. I przede wszystkim poczułam ulgę, że to wszystko ma już za sobą, ale…

– Alkoholizm to choroba śmiertelna i nieuleczalna. To skaza na całe życie — tłumaczył Maciek.

Nie mogłam tego zrozumieć. Całą sobą buntowałam się przeciwko etykietce: „Jestem alkoholikiem, nie piję od… lat”. Po co to? Dlaczego człowiek, który od tylu lat żyje w trzeźwości, do końca swoich dni nie może zapomnieć o tym, że kiedyś butelka wódki była sensem jego życia? Jak, nie pozwalając sobie skończyć z przeszłością, można żyć i cieszyć się życiem? Robić plany, odnosić sukcesy, czerpać radość z seksu, wiosny za oknem, sukcesów dzieci? To jakiś koszmar.

Pomyślałam, że może błąd leży w nieskutecznym sposobie leczenia alkoholików. Statystyki są bezlitosne. Tylu ludzi, pomimo wielu lat abstynencji, wraca do nałogu. Dlaczego? — pytałam tak w każdym zdaniu, a Maciek uparcie powtarzał, że w przypadku alkoholizmu to pytanie nie ma żadnego sensu.

– Od pierwszego dnia trzeźwości, nigdy nie pytam: „Dlaczego piłem?”, albo: „Po co?”. Natomiast każdego dnia zadaję sobie pytanie: „Jak żyć, żeby nie sięgnąć po kieliszek?”.

Boże, jak bardzo go rozumiałam. Czasami, kiedy patrzyłam na tego silnego mężczyznę, który tłumaczył mi: „Jestem bezsilny wobec alkoholu”, miałam ochotę… — wiem, że to dziecinne, ale kiedyś napisałam mu w sms-ie, że chciałabym schować go do kieszeni, żeby już nigdy nic złego mu się nie stało. Bywały też dni, kiedy obiecywałam sobie, że już żadnych więcej rozmów na temat alkoholu, że przecież to było i minęło, że teraz jest inaczej, że to chore tak ciągle wracać do tamtych dni, że ja się do tego nie nadaję, nie rozumiem, nie potrafię pomóc, choć bardzo bym chciała…

Pewnego dnia Maciek powiedział:

– Groźbę wódki odsunąłem daleko. Ale nadal idziemy równoległymi ścieżkami, ona i ja, i mogę dbać tylko o to, żeby te drogi już nigdy się nie przecięły.

A ja nadal uparcie wierzyłam, że to minie, że Maciek jest po terapii, że chodzi na mityngi, że tyle dobrego zrobił dla innych trzeźwiejących, że przecież najważniejsze jest to, że od tylu lat żyje w trzeźwości. Byłam naiwna jak nastolatka, uparta w swojej niewiedzy jak grecki osioł, pełna wiary w siły drzemiące w każdym człowieku, ale… czasami, kiedy Maciek nie odzywał się przez kilka dni, gdzieś z tyłu głowy świtała mi myśl, że… może sięgnął po kieliszek?

Pamiętam, kiedyś dostałam od niego sms, że bardzo źle się czuje, wezwał karetkę, chyba będzie miał zawał… Akurat byłam w gabinecie u lekarza. Złapałam jakąś infekcję, bałam się, że to może zapalenie oskrzeli. Był wieczór. Padałam ze zmęczenia po całym dniu pracy. W poczekalni czekał mój najmłodszy synek. Wiedziałam, że jest śpiący. I tu nagle ten sms. Przeprosiłam lekarza:

– Dostałam ważną informację, muszę zadzwonić.

– Ależ oczywiście, poczekam.

Maciek nie odebrał mojego telefonu. Jak we śnie słuchałam słów lekarza. W myślach gorączkowo zastanawiałam się, co mogę zrobić. Nie wiedziałam, czy jest sam w domu. Nie mogłam tego sprawdzić, bo jego telefon domowy zapisałam w notesie, którego nie miałam przy sobie. Kiedy wyszłam z gabinetu, zastanawiałam się, co teraz? Z kim zostawić synka, jeśli okaże się, że będę musiała jechać na drugi koniec Warszawy? A jeśli on się nie odezwie, do kogo mogę zadzwonić…?

Wtedy zadzwonił. Powiedział, że to był żart, że gdybym dokładnie przeczytała jego wiadomość, wiedziałabym, że to nieprawda…

Chyba wtedy po raz pierwszy zrozumiałam, że zdrowienie alkoholika, to proces trwający do końca życia. I jeszcze to, że alkoholizm to choroba, która niszczy nie tylko alkoholika, ale też ludzi, dla których jest ważny.

Następnego dnia po naszym pierwszym spotkaniu po latach, Maciek napisał mi w sms-ie, że źle się czuje, boli go serce, nie rozumie co się z nim dzieje. Mnie bolał brzuch. Brzuch to u kobiet siedlisko emocji. U mężczyzn lęk, radość, wściekłość, bezradność i pozostałe uczucia odzwierciedlają się w sercu. Chyba wtedy po raz pierwszy zrozumiałam sens zdania, że alkoholizm to choroba emocji. Kiedy przestajesz pić, twoje emocje nie znikają.

***

„Trzeźwienie jest jak wchodzenie po ruchomych schodach, które jadą w dół” — to jeden z ulubionych cytatów Maćka.

Pamiętam, kiedyś moja najlepsza przyjaciółka była w toksycznym związku z mężczyzną. Moje tłumaczenia, że ten facet ją niszczy, że powinna z nim zerwać, nie odnosiły żadnego skutku. Czułam się tak, jakby najbliższa mi osoba miała zamiar skoczyć na główkę do basenu bez wody, a ja nie mogłam nic zrobić. Czy tym razem mogłam?

Z poczuciem totalnego braku wiedzy na temat choroby alkoholowej, za to z zaciętością podróżnika mającego zamiar odkryć nowy ląd, zaczęłam czytać wszystko, co się da o trzeźwieniu. Miałam pełną świadomość, że nie jestem terapeutą uzależnień i prawdopodobnie nigdy nie będę. Przez chwilę nawet miałam pomysł, żeby porozmawiać z kimś, kto jest w tej kwestii profesjonalistą, ale… wyznam ci w sekrecie, że nie bardzo wierzyłam w skuteczność terapii uzależnień. Bo jeśli działa, to dlaczego tylu trzeźwiejących alkoholików wraca do nałogu? Co jest nie tak, że osoba, która od dwóch, trzech, pięciu lat nie pije, nagle pewnego dnia sięga po butelkę? Z całych sił chciałam zrozumieć, czym jest ta podstępna choroba, dlaczego tylu wartościowych ludzi upija się do nieprzytomności, tracąc rodzinę, pracę, pieniądze, własną godność, a czasami nawet życie? Szukałam w pamięci, ilu ważnych dla mnie osób dotyka problem alkoholizmu? Ich, albo ich bliskich.

Było ich sporo. Facet koleżanki z pracy — mądry, czuły, opiekuńczy, ale tylko kiedy nie pije. Gdy wpada w ciąg alkoholowy, znika na całe tygodnie, a ona umiera ze strachu, że tym razem zapije się na śmierć.

Sąsiad, który zaoferował pomoc, gdy szukałam opiekunki do dziecka. Zaproponował, że zawiezie mnie do znajomej, której córka pracuje jako babysiterka. Zapukałam do jego drzwi, tak jak się umawialiśmy, a on otworzył mi w stroju Adama i bełkocząc dopytywał, czy jestem panią z agencji towarzyskiej.

Szef z dawnej pracy. Był surowy, wymagający, ale też perfekcyjny w tym, co robił. Pewnego piątkowego wieczora wpadłam do firmy po jakieś ważne dokumenty. Zastałam go z butelką whisky. Był tak pijany, że nawet mnie nie zauważył.

Bardzo bliski mi mężczyzna, który obowiązkowo wypija trzy piwa, co wieczór…

Zawsze wydawało mi się, że w chorobie alkoholowej najważniejsze jest podjęcie decyzji: „Kończę z tym. Od dziś nie piję”, a potem to już „bułka z masłem”. Bo przecież dojrzały i inteligentny człowiek potrafi dotrzymać obietnicy, zwłaszcza tej, danej sobie samemu. Maciek przekonywał mnie jednak, że właśnie intelekt wyjątkowo przeszkadza w skończeniu z piciem, a decyzja o abstynencji to dopiero początek trudnej drogi.

Oto dalszy ciąg „piciorysu” Maćka:

Przed rozpoczęciem leczenia zrezygnowałem z pracy, w której częste wyjazdy, delegacje zagraniczne kończyły się mocno zakrapianymi kolacjami. Nie byłem na tyle silny, żeby umieć odmawiać. Nieważne było z czego będę żyć, najważniejsze było, żeby przestać pić.

Lęk to uczucie, które zawsze towarzyszy alkoholikowi, zarówno w trakcie picia, jak i w trakcie leczenia i jeszcze długo w trzeźwym życiu. Lęk towarzyszył mi podczas opuszczania ośrodka terapeutycznego. Bałem się spotkania z pijącym towarzystwem, pokus alkoholowych i nawrotu obsesji picia. Chodziłem na mityngi Anonimowych Alkoholików, pięć, czasami sześć razy w tygodniu. To właśnie wspólnota AA była siłą napędową mojego trzeźwienia. Poznałem tam ludzi, którzy bezinteresownie pomagali mi wytrwać w trzeźwości. Czasami miałem wrażenie, że to oni lepiej wiedzą, co się ze mną dzieje i jak mi pomóc. W pierwszym roku trzeźwienia uczyłem się, jak panować nad szkodliwymi zachowaniami i emocjami, z którymi wcześniej nie umiałem sobie poradzić. W AA uczyłem się, jak opanowywać towarzyszącą mi jak cień złość, największą przeszkodę w trzeźwieniu.

W drugiej części terapii, zwanej „dziennikarką”, gdy miałem już prawo korzystać z telefonu i po zajęciach jeździłem do domu, dostawałem różne oferty pracy. Niektóre bardzo kuszące. Jednak postanowiłem rzucić się na głęboką wodę i sprawdzić, czy będę na tyle silny, by udźwignąć ciężar swojej własnej firmy. Musiałem przekonać się, czy będę umiał wywiązać się z zaciągniętych zobowiązań w stosunku do klientów, kontrahentów, urzędów. Dla alkoholika to duże wyzwanie. Kiedy piłem, wszystkie plany, cele i marzenia odpływały rzeką wódki, a zaciągnięte zobowiązania powodowały wstyd, bo nie potrafiłem ich dotrzymać.

Początki były trudne. Pracowałem po 12 godzin na dobę, z różnym skutkiem, a z wszystkimi niepowodzeniami biegłem natychmiast na mityng. Zamiast, jak przez tyle lat, szykować oręż i walczyć z rzeczywistością, uczyłem się jak się z nią pogodzić i zaakceptować. Przede wszystkim musiałem uwierzyć, że wszystko co robię doprowadzi mnie szczęśliwie do zamierzonego celu.

Po dwóch latach firma się rozrosła, zatrudniłem pracowników, moja sytuacja finansowa zaczęła się poprawiać. Przeniosłem firmę z domu do wynajętych pawilonów, które w następnym roku kupiłem już jako spółka z ograniczoną odpowiedzialnością. Dla mnie to był ogromny sukces. Nie tylko zawodowy i finansowy, ale także, a może przede wszystkim, sukces na drodze trzeźwego życia. Powoli przekonywałem się, że można załatwiać interesy, uczestniczyć w biznesowych kolacjach i nie pić. Odmowa wspólnego wypicia alkoholu nikogo nie dziwi i wcale nie trzeba się tłumaczyć ze swojej abstynencji. Mało tego, okazało się, że rzadko kto o to pyta. Powoli docierało do mnie, że właśnie to mylne pojęcie o konieczności picia „dla sprawy” przez wiele lat pogrążało mnie w chorobie. Było coraz lepiej. Dzięki mityngom zaczynałem zmieniać swój sposób myślenia. Odkrywałem wartości według których chciałbym żyć, a tym samym powracał sens życia, który pod wpływem wódki gdzieś zgubiłem. Odnowiłem kontakty z córkami, staliśmy się sobie bliżsi, powoli odzyskiwałem u nich autorytet ojca, człowieka któremu można się zwierzyć ze swoich problemów, poprosić o pomoc.

„Tata, jak my się cieszymy, że nie pijesz, podziwiamy twoją wytrwałość” — tego zdania, wypowiedzianego przez jedną z córek, nie zapomnę do końca życia.

Było pierwszą i największą nagrodą, jaka mnie spotkała w pierwszych latach trzeźwości. Nagle odkryłem, że jest we mnie miłość rodzicielska, która przez lata topiona była w alkoholu. Poczułem, że ja w ogóle mam jakieś uczucia i, z ciekawością dziecka, miałem apetyt, by je poznawać, nazywać, wyrażać.

Z czasem odzyskałem zaufanie żony, która przestała drżeć, że każde moje wyjście z domu, czy służbowy wyjazd skończą się alkoholowym ciągiem. Zrozumiała, że trzeźwienie jest wyłącznie moją sprawą, i że to mnie powinno najbardziej na tym zależeć. Nie wyganiała mnie na mityngi AA, nie wracała do przeszłości, bo wiedziała, że jest we mnie ogrom poczucia winy i potrzebuję czasu, by się go pozbyć. Widziała moje zaangażowanie w leczenie, pracę i życie rodzinne. Obserwowała, jak każdego dnia biorę coraz większą odpowiedzialność za siebie i swoich bliskich.

Poprawiłem stosunki