Wydawca: Sonia Draga Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 448

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Pożegnaj się - Lisa Gardner

"Agentka FBI, Kimberly Quincy, kocha swoją pracę. Jest jednak w piątym miesiącu ciąży i powinna zacząć już myśleć nie tylko o sobie. Pewnego dnia zgłasza się do niej młoda prostytutka, informując o zaginięciu koleżanki. Okoliczności, które przedstawia, są tak przerażające, że aż niewiarygodne. Kimberly, nie zważając na swój stan, daje się wciągnąć w niebezpieczną i wyrafinowaną grę z sadystycznym mordercą zafascynowanym pająkami.  Liczba zaginionych kobiet rośnie, wszystko wskazuje na to, że psychopata konsekwentnie realizuje swój plan, lecz poza garścią domysłów  i pokrętnymi zeznaniami dziewczyny Kimberly nie dysponuje żadnym dowodem popełnienia zbrodni, ciał bowiem nie odnaleziono. Nie może więc liczyć na pomoc miejscowej policji. Nie zdaje też sobie sprawy, że stąpa po cienkim lodzie. Zabójca, który urzeczywistnia najgorsze kobiece koszmary, jest naprawdę blisko... Lisa Gardner zdążyła już przyzwyczaić polskich czytelników do mistrzowsko budowanego napięcia, do niezliczonych zwrotów akcji, do grozy towarzyszącej czytelnikowi od pierwszej do ostatniej strony. Krytycy są zgodni – to jej najlepsza powieść. "

Opinie o ebooku Pożegnaj się - Lisa Gardner

Fragment ebooka Pożegnaj się - Lisa Gardner

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Tytuł oryginału:

SAY GOODBYE

Copyright © 2008 by Lisa Gardner, Inc.

Copyright © 2009 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2009 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt okładki: Wydawnictwo Sonia Draga

Zdjęcie na okładce: © iStockphoto / Lewis Wright

Redakcja: Mariusz Kulan

Korekta: Iwona Wyrwisz, Magdalena Bargłowska

ISBN: 978-83-7508-563-1

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o. o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax. 32 253 77 28

e-mail:info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

E-wydanie 2012.

Konwersja do formatu EPUB: iFormat

PROLOG

PROLOG

„Wśród gatunków niebezpiecznych na terenie USA występują między innymi pająki z rodziny wdów oraz pustelników”.

(Herbert W. i Lorna R. Levi, Spiders and Their Kin, A Golden Guide, St. Martin’s Press, 2002)

Jęczał chrapliwie, coraz mocniej ciągnąc ją za włosy. Rozchyliła wargi i silniej przywarła do jego ust. On naparł na nią biodrami i zaczął mamrotać typowe bzdury, jak to chłopcy w takich sytuacjach.

— O Jezu, Jezu... Nie przestawaj. Jesteś taka śliczna. Cudowna. Och, Ginny, Ginny. Słodka Ginny...

Zastanawiała się, czy sam siebie słyszy, czy w ogóle zdaje sobie sprawę, co mówi. Czy wie, że czasem przyrównuje ją do świętych, że mówi o niej boska, miss Georgii. A raz nawet wypalił, że ją kocha.

Facet w takich chwilach potrafi powiedzieć wszystko.

Drążek zmiany biegów boleśnie się wbijał w jej biodro. Prawą ręką sięgnęła do rozporka chłopaka i zręcznym ruchem oswobodziła go z dżinsów. Odnalazła, co trzeba, a on wydał z siebie rzężący odgłos, jakby umierał.

— O matko! Ginny. Moja... słodka... kochana... Ty mnie normalnie wykończysz, WYKOŃCZYSZ!

„Zamknij się, na litość boską, i miejmy to za sobą” — pomyślała.

Jeszcze parę ruchów; trochę mocniej przywrzeć ustami, trochę mocniej popracować ręką i...

Tommy sapał ze szczęścia.

A mała Ginny będzie mogła w końcu odebrać swoją nagrodę.

Opadła z powrotem na siedzenie i nieznacznie odwróciła głowę, żeby nie zauważył, jak ociera usta. Butelka Jim Beama leżała tam, gdzie ją zostawili: walała się pod nogami na podłodze. Ginny ją podniosła, pociągnęła spory łyk i podsunęła Tommy’emu.

Kapitan szkolnej drużyny futbolowej wciąż miał spuszczone spodnie i nieprzytomny wyraz twarzy.

— Ginny, ty naprawdę chcesz mnie wykończyć.

Zaśmiała się, napiła się jeszcze raz sama, aż oczy ją zapiekły, ale wmówiła sobie, że to tylko whisky, nic więcej.

Tommy zaczął się ubierać. Naciągnął slipki, potem dżinsy i na koniec zapiął pasek. Robił to zupełnie naturalnie, bez tego skrępowania, które zwykle czują dziewczęta w takich sytuacjach. Dlatego Ginny woli robić facetom laskę na przednim siedzeniu, niż uprawiać seks na tylnym. Seks zajmuje więcej czasu i wymaga bardziej skomplikowanych zabiegów logistycznych. Z obciąganiem sprawa jest prostsza i przeważnie trwa to krótko.

Teraz Tommy mógł już się napić. Ginny podała mu butelkę i obserwowała, jak podskakuje mu jabłko Adama wystające znad stójki sportowej kurtki. Przetarł ręką usta i oddał jej butelkę.

— Seks i whisky. Czego chcieć więcej! — Uśmiechnął się szeroko.

— Nieźle jak na czwartek wieczór — przyznała.

Wsunął rękę pod jej bluzkę i dłonią objął pierś. Wyczuł palcami lewy sutek i zaczął się nim bawić.

— Na pewno nie chcesz...?

Odsunęła jego rękę.

— Nie mogę, muszę wracać. Matka zagroziła, że jak się jeszcze raz spóźnię, nie wpuści mnie do chaty.

— Twoja matka? Przyganiał kocioł garnkowi...

Ginny zignorowała tę uwagę.

— Poza tym nie byłeś czasem umówiony z kumplami? Albo z Darlene? Biedaczka pewnie nie zaśnie, jak nie zobaczy swojego kochasia.

Zaczęła pogodnie, lecz skończyła z lekkim sarkazmem. To, że ktoś zna swoje miejsce w szeregu, nie znaczy, że ma być z tego powodu szczęśliwy.

Tommy tymczasem przycichł. Pogładził ją kciukiem po policzku. To był zaskakujący gest z jego strony. Niemal czuły.

— Mam coś dla ciebie — cofnął dłoń i poszperał w kieszeni.

Ginny zmarszczyła brwi. Spróbowałby nie mieć. Przecież na tym to polega. Dziewczyna z nizin pieprzy się z bogatym, przystojnym gwiazdorem szkolnej reprezentacji, a on w zamian obdarowuje ją błyskotkami. Bo wszyscy chłopcy mają swoje potrzeby, ale nie wszyscy mogą dostać to, czego chcą od swych cnotliwych panien.

Tommy spojrzał na Ginny. Gdy po chwili opuściła wzrok na jego wyciągniętą dłoń, ze zdumieniem zobaczyła tam szkolny sygnet.

— Co to ma być?

Tommy gwałtownie się odsunął.

— Wiem, nie spodziewałaś się...

— Darlene wydrapie ci oczy, jak go u mnie zobaczy.

— Darlene już się nie liczy.

— Od kiedy?

— Od soboty, kiedy z nią zerwałem.

— Popieprzyło cię?

Wyraźnie zrzedła mu mina. Widać nie spodziewał się takiej reakcji.

— Ginny, skarbie, ty chyba nie rozumiesz...

— Och, nie bój się, rozumiem. Darlene jest śliczna. Darlene ma superciuchy, pieniądze tatusia i idealnie umalowane usteczka, które nie daj Boże, mogłyby się rozmazać, gdyby zrobiła dobrze swojemu przystojnemu chłoptasiowi.

— Nie musisz się tak o niej wyrażać — odparł sztywno Tommy.

— Jak? Że śliczna mała Darlene nie chce połykać? No to wmówiłeś sobie, że się zakochałeś w pospolitej dziwce Ginny?

— Nie mów tak...

— Czemu, boisz się prawdy? Wiem, kim jestem. Tyle że z nas dwojga to ty masz trociny zamiast mózgu. Poza tym obiecałeś mi złoty łańcuszek!

— A więc tylko o to ci chodziło? O łańcuszek?

— No pewnie.

Przyglądał się jej z zaciśniętymi zębami.

— Wiesz co, Trace mnie przed tobą ostrzegał. Mówił, że potrafisz być podła, masz duszę węża. Przekonywałem go, że się myli. Ginny, nie jesteś swoją matką. Mogłabyś... jesteś kimś wyjątkowym. Przynajmniej... — wyprostował się — ...dla mnie.

„Co ci, kurwa, odbiło, człowieku!”. Nie mogła już dłużej wytrzymać. Pchnęła drzwi i wyskoczyła z samochodu. Usłyszała, jak Tommy gramoli się z drugiej strony, myśląc pewnie, że lepiej będzie, jak ją powstrzyma przez zrobieniem czegoś głupiego.

Parkowali na poboczu leśnej drogi używanej do transportu drewna. Wokół ani żywego ducha, ziemia pod stopami twarda, nierówna. Na początku Ginny odruchowo chciała uciekać. Puścić się pędem w granatową czeluść między wysokimi sosnami.

Jest młoda i silna. Takie dziewczyny potrafią długo biec. A ona ma w tym wprawę.

— Ginny, porozmawiajmy.

Głos Tommy’ego za plecami. Wciąż żarliwy, ale pozostawiający jej nieco więcej przestrzeni. Litości! Chłopak pewnie się zapisał na kółko poetyckie albo zaczął słuchać Sary McLachlan czy podobnego gówna. Wszyscy teraz oczekują po innych głębi. Nie rozumieją, że banał upraszcza życie?

Nabrała powietrza w płuca i spojrzała na gwiazdy. „Gdy życie podsuwa ci cytryny, rób lemoniadę” — przemknęło jej przez głowę. Absurdalność tej myśli sprawiła, że zachciało jej się śmiać. Czy może płakać? Zrobiła więc to, co umiała najlepiej. Zacisnęła pięści i zaczęła kombinować. Wbrew temu, co ludzie myślą, dziewczyna taka jak ona musi znać swoją wartość.

— Słuchaj, Tommy — powiedziała. — Będę szczera: totalnie mnie zaskoczyłeś.

— Wiem. Sam siebie też. Nie planowałem tego.

— Będziesz miał nieprzyjemności. Jak zobaczą mnie w szkole z tym sygnetem, zaczną o tobie gadać okropne rzeczy.

— Niech sobie gadają.

— Jeszcze cztery miesiące i skończysz szkołę, wyjedziesz. Tommy, po cholerę ci to?

— Ginny... — zaczął znowu.

Zasłoniła mu usta palcem.

— Wezmę go.

— Serio? — ucieszył się. Odzyskał nadzieję. Cholerna Sarah McLachlan.

— A przyniosłeś łańcuszek?

— Tak. Na wszelki wypadek wziąłem, ale...

— Daj mi go. Zawieszę na nim sygnet i będę nosiła schowany pod bluzką. To będzie nasza tajemnica, przynajmniej do zakończenia szkoły. Nie muszę się chwalić całemu światu, że ci na mnie zależy. Dzisiejszy wieczór już i tak... To, co zrobiłeś... — Jej głos znów zaczął zdradzać irytację. Zmusiła się, żeby zakończyć pogodniej: — Ten gest wiele dla mnie znaczy.

Tommy się rozpromienił. Sięgnął do kieszeni i wyjął foliową torebkę z łańcuszkiem. Pewnie kupił w pierwszym lepszym supermarkecie. Czternaście karatów: zzielenieje jej od tego skóra na szyi.

Szlag by to trafił. I to wszystko za coś takiego?

Wzięła łańcuszek, zawiesiła na nim sygnet i uśmiechnęła się do Tommy’ego.

Przyciągnął ją do siebie i mocno pocałował. Nie broniła się. Potem jednak znów zaczął się do niej dobierać, najwyraźniej chcąc scementować ich nowy związek szybkim numerkiem w krzakach.

Boże, ależ była zmęczona.

Odepchnęła go z wysiłkiem. Musiała się zmierzyć z osiemdziesięcioma kilogramami chodzącego testosteronu.

— Tommy — wysapała. — Nie mogę się spóźnić, zapomniałeś? Dostanę szlaban i co, od tego mamy zacząć nasz nowy związek?

Na rumianej twarzy wykwitł szeroki uśmiech.

— No tak, masz rację. Ale, Chryste, Ginny...

— Dobra, dobra. Wskakuj do auta, przystojniaku. Zobaczymy, jak szybko umiesz jeździć.

Tommy umiał jeździć bardzo szybko, ale nim dotarli pod dom Ginny, i tak było już po jedenastej. Na ganku paliło się światło, ale firanki nawet nie drgnęły.

Może matka wyszła i nie dowie się o spóźnieniu? Ginny miała ciężki dzień i wolałaby uniknąć kłótni.

Tommy chciał zaczekać, aż Ginny znajdzie się bezpiecznie w środku. Przekonała go, że to tylko pogorszy sprawę; mama może wyjść i zrobić awanturę. Nalegał. Zabrawszy jej cenne pięć minut, w końcu zrezygnował.

Mój bohater, pomyślała z ironią i odwróciła się w stronę domu.

Szary i skromny, nie miał nawet trawnika. Nijaki na zewnątrz, jeszcze bardziej nijaki w środku. Ale co tam, przynajmniej prawdziwy dom, a nie jakaś przyczepa. Bo kiedyś Ginny miała tatę. To był wysoki i przystojny mężczyzna o donośnym, tubalnym śmiechu, który codziennie po powrocie z pracy brał ją na ręce i podrzucał do góry.

Pewnego dnia zginął. Wracał autem od klienta, któremu remontował mieszkanie i wpadł w poślizg na oblodzonej drodze. Ten dom został kupiony za pieniądze z ubezpieczenia.

Matka musiała się imać różnych zajęć, żeby utrzymać rodzinę.

Ginny szarpnęła za klamkę. Frontowe drzwi były zamknięte. Wzruszyła ramionami i poszła sprawdzić tylne. Te też były zamknięte. Spróbowała uchylić okna, choć z góry wiedziała, że się nie otworzą. Matka lubiła szczelnie się zamykać. Ta dzielnica może kiedyś należała do porządnych, ale to było dziesięć lat i jedną warstwę społeczną temu.

Zapukała do drzwi. Nacisnęła dzwonek. Nawet nie zadrżała firanka.

A więc mama dotrzymała słowa. Mama, która była przekonana, że gdyby Ginny tylko wzięła się za siebie, mogłaby coś osiągnąć, zamknęła przed nią drzwi na noc.

Chrzanić to. Pójdzie się przejść. Może za godzinę lub dwie matka stwierdzi, że córka już dostała wystarczającą nauczkę.

Szła pogrążoną w mroku ulicą, mijając następne tak samo ciasne domy. Ci ludzie kiedyś mieli pracę. Teraz wielu z nich nie ma z czego żyć.

Kiedy mijała skrzyżowanie z wiejską szosą, minął ją duży czarny SUV. Dwadzieścia metrów dalej rozbłysły czerwone tylne światła i auto zatrzymało się z piskiem opon. Z okna wychyliła się głowa. Było ciemno, więc widziała tylko zarys czapki z daszkiem. Głęboki baryton spytał:

— Może podwieźć?

Ginny nie zastanawiała się długo. Auto wyglądało na drogie, głos budził zaufanie. Może wieczór nie jest jeszcze stracony.

Zrozumiała swój błąd pięć minut później. Najpierw wsiadła do przestronnego wozu i dotknęła ręką miękkiego skórzanego siedzenia. Chichocząc zalotnie, powiedziała kierowcy, szczupłemu mężczyźnie w średnim wieku, że zabrakło jej benzyny w aucie i czy w związku z tym nie mógłby jej podrzucić kilka ulic dalej.

Kierowca niewiele mówił. Skręcił tylko w lewo, w prawo, a potem nagle się zatrzymał na zapleczu ogromnego magazynu samoobsługowego i wyłączył silnik.

Wtedy Ginny poczuła ciarki na plecach. Kiedy jesteś pierwszy raz z obcym facetem, zawsze pojawia się ten moment strachu. Szybko się jednak reflektujesz, że nie ma czego się bać, bo taki dupek nie odbierze ci przecież nic, czego byś dawno nie straciła.

Ale on nagle się odwrócił i Ginny ujrzała przed sobą ponurą twarz bez wyrazu. Mocna, kwadratowa szczęka, zaciśnięte usta, czarne czeluście oczu.

I wtedy, zupełnie jakby przewidywał jej reakcję, jakby chciał się nasycić widokiem jej miny, powolutku odchylił daszek czapki i pokazał czoło.

Ginny zacisnęła w kieszeni dłoń na sygnecie Tommy’ego. Jedno spojrzenie na to, co ten człowiek sobie zrobił, uświadomiło jej kilka rzeczy naraz: matka już nie będzie musiała wymyślać dla niej kar, a napalony Tommy oszczędzi sobie wstydu przed kolegami.

Ponieważ nie było mowy, żeby ten mężczyzna kiedykolwiek pozwolił jej wrócić do domu.

Niektóre dziewczyny mają spryt, inne krzepę, jeszcze inne są szybkie. A Ginny, biedna Ginny, już cztery lata temu, gdy narzeczony jej matki po raz pierwszy wszedł do jej sypialni, nauczyła się, że może ocalić skórę tylko w jeden sposób.

— No dobra — rzuciła. — Przejdźmy do rzeczy: ty mi powiesz dokładnie, co mam ci zrobić, a ja tymczasem zacznę się rozbierać.

1

1

O tym nikt ci nie opowie, poznasz to dopiero wtedy, gdy tego doświadczysz na własnej skórze:

Boli tylko kilka pierwszych razów. Krzyczysz. Nie możesz przestać, aż zaczyna cię drapać w gardle, puchną oczy, a w ustach czujesz dziwny smak, jakby żółć, wymioty i łzy wymieszane ze sobą. Wołasz mamę. Modlisz się do Boga. Nie rozumiesz, co się dzieje. Nie możesz w to uwierzyć.

Ale to się dzieje naprawdę.

Więc po jakimś czasie milkniesz.

Groza nie trwa wiecznie. Nie można cały czas się bać. Nie da się. To wymaga za dużo energii. Strach tak naprawdę pojawia się tylko w obliczu nieznanego, ale kiedy coś się dzieje dostatecznie często, systematycznie jesteś bity, gwałcony, zastraszany, to już nie jest dla ciebie nieznane, prawda? Zachowania, które kiedyś cię szokowały, krzywdziły, zawstydzały, stają się normą. Tak teraz wygląda twoja codzienność. To jest twoje nowe życie.

Stałeś się okazem w kolekcji.

2

2

„Pająki stale się rozglądają za ofiarą, ale same też są celem drapieżników. Sprytne kryjówki i sposoby maskowania się pozwalają im unikać kłopotów”.

(Herbert W. i Lorna R. Levi, Spiders and Their Kin, A Golden Guide, St. Martin’s Press, 2002)

— Mamy problem.

— Co ty powiesz. Masowa produkcja metamfetaminy, dalsze ubożenie klasy średniej, że nie wspomnę o całej awanturze wokół globalnego ocieplenia...

— Nie, nie, nie. Mówię serio.

Kimberly westchnęła. Od trzech dni prowadzili oględziny miejsca katastrofy samolotu. Zdążyła się już znieczulić na smród paliwa lotniczego i swąd zwęglonych ciał. Była przemarznięta, odwodniona, a do tego złapała ją kolka. W tej sytuacji musiałoby się zdarzyć coś naprawdę ważnego, żeby uznała to za problem.

Dopiła resztę wody z butelki, odwróciła się tyłem do miasteczka namiotowego, mieszczącego obecnie centrum dowodzenia, i spojrzała na kolegę z ekipy.

— Dobra, Harold. Mów, co się stało.

— Musisz to zobaczyć na własne oczy.

Nie czekając na jej odpowiedź, ruszył truchcikiem przed siebie. Kimberly nie miała wyboru — pobiegła za nim. Poruszali się po zewnętrznym obwodzie ogrodzonego taśmą terenu, który kiedyś był sielską łąką otoczoną gęstym lasem. Teraz połowa drzew miała pościnane czubki, a w ziemi widniała długa i głęboka wyrwa zakończona kupą złomu składającą się z nadpalonego kadłuba samolotu, pogiętego prawego skrzydła i zgniecionego traktora.

Zbieranie śladów na miejscach wypadków lotniczych to szczególnie brudna robota. Obszar oględzin jest zwykle rozległy, najeżony pułapkami w postaci sterczących kawałków metalu i rozbitego szkła. Istnieje też zagrożenie biologiczne. To może przytłoczyć nawet najwytrawniejszego detektywa. Trzeciego dnia po południu ekipa Kimberly mogła już zakończyć pierwszy, najgorszy etap, kiedy to nie wiadomo, w co włożyć ręce, i rozpocząć proces dokumentowania zabezpieczonych śladów, ciesząc się perspektywą zjedzenia nazajutrz kolacji we własnym domu. Zużywano mniej tabletek od bólu głowy, a przerwy na lunch były coraz dłuższe.

Tym bardziej nie wiadomo, po co Harold odciągał teraz Kimberly od centrum dowodzenia, szumu generatora, gwaru dziesiątków techników pracujących na rumowisku.

Cały czas biegł prosto przed siebie. Pięćdziesiąt, sto, trzysta metrów...

— Harold, co jest grane?

— Jeszcze z pięć minut. Wytrzymaj.

Przyśpieszył kroku. Kimberly, która nigdy się nie poddawała, zacisnęła tylko zęby i dzielnie podążała za nim. Dotarli na skraj zagrodzonego terenu i Harold skręcił prosto w mały zagajnik, gdzie wszystko się zaczęło. Zbielałe kikuty drzew wbijały się w pochmurne zimowe niebo.

— Mam nadzieję, że to coś ważnego, bo...

— Uhm.

— Bo jeśli chcesz mi pokazać jakiś wyjątkowo rzadki mech albo zagrożony gatunek trawy, to cię zabiję.

— Nie wątpię.

Wskoczył między połamane drzewa i zaczął kluczyć w gęstych zaroślach. Gdy się wreszcie zatrzymał, Kimberly o mało na niego nie wpadła.

— Spójrz w górę — powiedział.

Kimberly zadarła głowę.

— O cholera. Mamy problem.

Agentka specjalna FBI Kimberly Quincy miała wszystko: urodę, inteligencję i dobre geny — była córką legendarnego specjalisty od sporządzania portretów psychologicznych zbrodniarzy, człowieka, którego w Akademii w Quantico stawiano na równi z takimi sławami jak Douglas i Ressler. Miała włosy do ramion w kolorze ciemnoblond, niebieskie oczy i szlachetne rysy twarzy — spadek po zmarłej matce, stanowiącej źródło plotek, od których nie uwolni się do końca swej kariery.

Szczupła, wysportowana, wysoka na metr siedemdziesiąt Kimberly była znana ze swej wytrzymałości fizycznej, biegłości w posługiwaniu się bronią oraz silnej niechęci do bezpośredniego kontaktu fizycznego. Nie należała do osób, które lubi się od pierwszej chwili, ale z pewnością wzbudzała szacunek.

Rozpoczynała właśnie czwarty rok służby w biurze terenowym FBI w Atlancie. Nareszcie przydzielono ją do Wydziału Kryminalnego i mianowano szefową jednego z trzech miejscowych zespołów ERT1. Kariera Kimberly rozwijała się więc pomyślnie, przynajmniej do momentu, kiedy pięć miesięcy temu musiała nieco zwolnić. Właściwie dalej pracowała normalnie, tylko przestała chodzić na treningi strzeleckie. Dzisiejsze FBI chce być postrzegane jako nowoczesna instytucja, stąd duży nacisk na kwestie związane z równouprawnieniem, wyrównywaniem szans i tak dalej. Koledzy Kimberly ujmowali to inaczej: to już nie jest Biuro jej ojca. Tamto przeszło do historii.

Teraz jednak Kimberly miała na głowie większe problemy. Choćby ludzką nogę zwisającą z olbrzymiego krzewu rododendrona, prawie cztery metry poza granicą obszaru oględzin.

— Jak żeś to w ogóle zauważył? — spytała Harolda Fostera, kiedy pośpiesznie wracali do centrum dowodzenia.

— Dzięki ptakom — odparł. — Widziałem co chwila, jak całe stado podrywa się znad tego zagajnika. Pomyślałem, że w pobliżu musi być jakiś drapieżnik. Ale co mogło przyciągnąć drapieżnika w takie miejsce? No i wtedy... — Wzruszył ramionami. — Wiesz, jak to jest...

Kimberly pokiwała głową, choć jako dziewczyna dorastająca w mieście, nie bardzo wiedziała. Harold wychowywał się w górskiej chacie i przez jakiś czas był pracownikiem służby leśnej. Potrafił wytropić rysia, zdjąć skórę z jelenia i przewidzieć pogodę na podstawie obserwacji mchu na drzewach. Ze wzrostem metr osiemdziesiąt pięć i wagą siedemdziesięciu paru kilogramów przypominał bardziej słup telegraficzny niż drwala, ale trzydzieści kilometrów to dla niego spacerek. Podczas obławy na Erica Rudolpha, zamachowca z wioski olimpijskiej w Atlancie, pierwszy dotarł do jego kryjówki — reszta ekipy jeszcze przez godzinę wdrapywała się po gęsto zalesionym zboczu o nachyleniu czterdziestu pięciu stopniu.

— Powiesz Rachel — spytał — czy ja mam to zrobić?

— Śmiało, przecież to twoja zasługa.

— Nie, nie, ty tu dowodzisz. Poza tym tobie się nie oberwie.

Niepotrzebnie zaakcentował ostatnie zdanie. Kimberly zrozumiała, o co chodzi. Oczywiście miał rację.

Pomasowała sobie bok i udała, że jej to nie uraziło.

Wszystko się zaczęło w sobotę, kiedy o 6.05 z lotniska w Charlotte w Karolinie Północnej wystartował boeing 727 z trzyosobową załogą i ładunkiem poczty na pokładzie. Miał wylądować w Atlancie o 7.20. Było wilgotno i mgliście, występowało ryzyko oblodzenia.

Co dokładnie się wydarzyło, ustali NTSB2, na razie wiadomo, że tuż po 7.15 podczas podchodzenia do lądowania samolot obniżył pułap, zahaczył prawym skrzydłem o drzewa, przechylił się na bok i spadł na pole jakiegoś farmera, przygniatając kombajn, dwie ciężarówki i traktor. Na wszystkie strony poleciały metalowe odłamki — maszyna sunęła jeszcze sto metrów, po czym stanęła w płomieniach.

Zanim przyjechała straż i pogotowie, załoga już nie żyła. Na półtorakilometrowym rumowisku leżały szczątki ciał trzech osób, jeden roztrzaskany samolot, cztery wraki maszyn rolniczych oraz mnóstwo przesyłek US Mail. Na miejscu katastrofy zjawili się eksperci z NTSB. W ramach porozumienia między tą organizacją a FBI, do pomocy przy zabezpieczaniu śladów zmobilizowano wszystkie trzy ekipy ERT z Atlanty.

Pierwszą czynnością, jaką wykonała agentka-koordynatorka akcji, Rachel Childs, było wyznaczenie obszaru miejsca katastrofy. W przypadku zamachów bombowych i katastrof lotniczych z reguły granice takiego terenu wytycza się w odległości około pięćdziesięciu procent większej, niż wynosi odległość od miejsca głównej eksplozji do najdalej ujawnionego śladu. Jeżeli więc jakiś ślad odnaleziono w odległości stu metrów, granicę wyznaczano na sto pięćdziesiątym metrze. Tutaj obszar do zbadania miał cztery kilometry długości i jeden kilometr szerokości. Zdecydowanie nie było to typowe miejsce zbrodni z filmów kryminalnych, z obrysem zwłok na podłodze.

Do jego zbadania idealnie się nadawała najnowsza zabawka FBI: tachimetr.

Ten nieco zmodyfikowany przyrząd geodezyjny, używany między innymi przez drogowców, to coś w rodzaju pistoletu z laserowym celownikiem i specjalnym oprogramowaniem. Gromadzenie danych rozpoczyna naciśnięcie spustu — urządzenie generuje trójwymiarowe modele, które śledczy mogą obejrzeć pod koniec każdej zmiany.

Cała procedura była względnie prosta, choć pracochłonna. Najpierw dziesiątki techników wkraczało na wyznaczony obszar i dokonywało oględzin. Oznaczali i klasyfikowali każdy znaleziony ślad (części samolotu, ludzkie szczątki, rzeczy osobiste). Potem jedna wyznaczona osoba wbijała przy każdym przedmiocie tyczkę ze szklanym odbłyśnikiem. Na koniec operator przyrządu namierzał cel i naciskał spust, wprowadzając tym samym do bazy dane o położeniu śladów odkrytych w odległości nawet pięciu kilometrów od miejsca zdarzenia. Operację nadzorował obserwator-rejestrator, który równocześnie wszystkie znaleziska opisywał i numerował.

Ciężka praca przyniosła efekty i wkrótce chaotyczne rumowisko odwzorowano w czytelnym modelu komputerowym, który mógł zadowolić największego pedanta i służbistę — Kimberly bez wątpienia do takich należała. Z reguły wolała wbijać tyczki, lecz tym razem musiała się zadowolić funkcją archiwistki.

Kimberly dostrzegła grupkę osób w białych koszulach i granatowych garniturach (oficjele z NTSB pochyleni nad planami boeinga 727), potem morze turkusu (pół tuzina techników kryminalistycznych ubranych w kombinezony ochronne) i wreszcie kasztanową czuprynę nadzorującej całą akcję chorobliwej perfekcjonistki Rachel Childs.

Kimberly i Harold schylili się i przeszli pod żółtą taśmą.

— Powodzenia — szepnął Harold.

Agentka specjalna Childs miała zostać słynną chicagowską architektką. W ostatniej chwili postanowiła jednak wstąpić do FBI. Trafiła do pracy jako asystentka jednego z najlepszych w Chicago ekspertów kryminalistycznych i odkryła swoje życiowe powołanie. Jej dokładność, umiejętność rysowania w skali i zamiłowanie do pracy papierkowej okazały się bardziej przydatne w zabezpieczaniu i dokumentowaniu śladów niż w przygotowywaniu planów upiększania krajobrazu Chicago.

To było piętnaście lat temu — Rachel nigdy nie żałowała swojej decyzji. Przy wzroście niewiele ponad metr pięćdziesiąt i wadze czterdziestu siedmiu kilogramów wyglądała teraz jak mała, wściekła Nancy Drew. Która za chwilę popełni pierwsze w życiu morderstwo.

— Jak żeś, do ciężkiej cholery, mógł przeoczyć coś tak dużego jak ludzka noga? — wrzeszczała.

Odeszli na bok, we względnie ustronne miejsce obok szumiącego generatora. Rachel nigdy nie sztorcowała podwładnych publicznie. Ci ludzie byli dla niej jak rodzina. Mogła uważać, że są partaczami, i nawet im to powiedzieć prosto w oczy, ale nikomu nic do tego.

— No wiesz, wisi na krzaku, pod drzewem — odezwał się w końcu Harold. — Nie tak łatwo ją dostrzec.

— Jest luty, liście z drzew dawno opadły. Powinna być widoczna.

— To las sosnowy — wtrąciła Kimberly. — Harold zaprowadził mnie prosto w to miejsce i gdyby nie pokazał palcem, nic bym nie dostrzegła. Szczerze mówiąc, podziwiam go, że cokolwiek zauważył.

Obdarzył ją wdzięcznym spojrzeniem. Wzruszyła ramionami. Miał rację, Rachel nic jej nie zrobi.

— Cholera — mruknęła Rachel. — Jesteśmy tu trzeci dzień, powinniśmy zwijać manatki, a nie zaczynać wszystko od nowa. Żeby taki głupi błąd.

— Zdarza się — przerwała jej Kimberly. — Pamiętasz zamach w Oklahoma City albo katastrofę w Nashville? Aż dziw, że w ogóle udaje nam się to jakoś ogarnąć.

— Jednak...

— Poszerzymy obszar. Skupimy się na zachodnim sektorze. Zajmie to dodatkowy dzień, ale może się okaże, że ta noga to wszystko, co przeoczyliśmy.

Rachel nagle zmarszczyła brwi.

— Czekaj. Jesteście pewni, że to ludzka noga?

— Widziałem już parę w życiu — odparł Harold.

— Ja też — dodała Kimberly.

Rachel złapała się za głowę.

— Jasny gwint! Przecież mamy ciała wszystkich ofiar, nic nie brakuje! Rano z nienaruszonego kokpitu wyciągnęliśmy kompletne szczątki trzech osób. Nadzorowałam tę operację, więc wiem na pewno, że było sześć nóg.

Harold łypnął na Kimberly.

— Mówiłem ci, że mamy problem.

Zabrali ze sobą aparat cyfrowy, latarki, rękawiczki, grabie i płachtę na zwłoki. Rachel chciała obejrzeć znalezisko. A nuż się okaże, że to tylko strzęp tkaniny albo część naturalnej wielkości manekina. Albo jeszcze lepiej: tylna noga jelenia, którą jakiś myśliwy dla żartu ubrał w ciuchy. To Georgia, tu się zdarzały dziwniejsze rzeczy.

Do zapadnięcia zmroku zostały tylko dwie godziny, więc musieli się spieszyć.

Najpierw przeczesali podłoże, aby się upewnić, że nie depczą po czymś ważnym. Potem Harold i Kimberly skierowali światła latarek na wiszącą w gąszczu nogę. Rachel obfotografowała ją ze wszystkich stron. Następnie w ruch poszły taśma miernicza i kompas. Zanotowali przybliżone wymiary krzewu, jego położenie względem najbliższego punktu odniesienia oraz odległość od granicy obszaru oględzin.

Na koniec, kiedy udokumentowali już wszystko prócz pohukiwania sowy i zimnego powiewu wiatru, który jeżył im włoski na karku, Harold za pomocą grabi ostrożnie zdjął znalezisko i ułożył je na kwadracie niebieskiego plastiku, który rozpostarła Rachel. Pochylili się nad nim.

— Niech to szlag — mruknęła Rachel.

Z pewnością była to ludzka noga, odcięta powyżej kolana. Stercząca kość udowa lśniła bielą na tle płachty. Sądząc po wielkości, prawdopodobnie należała do mężczyzny, ubranego w niebieskie dżinsy.

— Jesteś pewna, że wszystkie trzy ciała były nienaruszone? — spytała Kimberly. Tym razem nie brała udziału w zbieraniu śladów. Próbowała sobie wmówić, że jej to nie zirytowało, ale nie było to prawdą. Zwłaszcza kiedy się okazało, że przeoczono coś tak ważnego. — Kokpit spłonął prawie doszczętnie, stan zwłok chyba nie był najlepszy.

— Kokpit się oderwał od kadłuba. Był nadpalony, ale nie zniszczony. Nie wylało się na niego aż tyle paliwa.

— Ten gość to nie pilot — stwierdził Harold. — Oni nie chodzą w dżinsach.

— Farmer? Pracownik rolny? — zastanawiała się Kimberly. — Może kiedy samolot spadł na traktor... — Ale zaraz sobie przypomniała, że właściciel pola już się zgłosił, żeby zidentyfikować wraki maszyn i pożalić się nad stratą. Gdyby zginął jego pracownik, coś by o tym wiedzieli.

— Ja tego nie łapię. — Rachel cofnęła się kilka kroków i rozejrzała po lesie. — Jesteśmy teraz w miejscu, gdzie samolot pierwszy raz zahaczył o drzewa. Spójrzcie. — Wskazała na ostre białe wierzchołki ściętych sosen dwadzieścia metrów na południe. — Prawe skrzydło zostaje ściągnięte w dół, samolot się przechyla, pilot koryguje położenie, ale widocznie przeciąga, bo sto metrów stąd — obróciła się, pokazując na jakiś odległy, niewidoczny cel — mamy głęboką wyrwę na skraju pola, tak jakby lewe skrzydło zaryło w ziemię...

— Ostatecznie obracając samolotem... — dokończyła Kimberly. — A to znaczy, że w tym momencie, w tym miejscu...

— Samolot jeszcze się nie obrócił, więc nikt z niego nie mógł wypaść. No bo pomyślcie: kokpit jest półtora kilometra stąd. Nawet gdyby ten cholerny samolot wybuchł, a wiemy, że tak się nie stało, skąd niby wzięłaby się tutaj ludzka noga bez śladów oparzeń?

Harold zaczął chodzić wkoło, wpatrując się w ziemię. Kimberly cofnęła się, zadarła głowę i spojrzała między drzewa.

Traf chciał, że to ona pierwsza je zauważyła. Zaledwie pięć metrów dalej, niemal na wysokości oczu. Aż dziw, że nie krzyknęła. Zaalarmował ją zapach. Ostry, drażniący. Zobaczyła błyśnięcie pomarańczowego odblasku. Potem następne, i jeszcze jedno. Aż w końcu...

Brakowało głowy. I lewej ręki, i nogi. Został tylko dziwaczny, zgięty wpół kształt zwisający z gałęzi.

— Coś czuję, że nie wrócimy jutro do domu — powiedziała Kimberly.

Harold i Rachel podeszli do niej.

— Myśliwy? — spytała z powątpiewaniem Rachel. — Przecież sezon na jelenie skończył się parę miesięcy temu...

— Dopiero w styczniu — sprostował Harold. — Ale na drobną zwierzynę można polować do końca lutego. Poza tym są dziki, aligatory. To Georgia, tutaj zawsze coś można ustrzelić.

— Biedaczek — mruknęła Kimberly. — Czujecie to? Siedzisz sobie na drzewie, wypatrujesz jakiegoś...

— Oposa, głuszca, przepiórki, wiewiórki, królika — dokończył Harold.

— I nagle wielki boeing urywa ci głowę. Spodziewałbyś się?

— Na każdego przychodzi jego czas.

Rachel ciągle była wściekła, ale westchnęła po raz ostatni i wzięła się w garść.

— No dobra. Za godzinę zrobi się ciemno. Nie traćmy czasu.

Jak się okazało, NTSB nie była zainteresowana jakąś nogą znalezioną w lesie. W lotniczym świecie martwy myśliwy zalicza się do przypadkowych ofiar; FBI może go sobie wziąć.

Rachel wykonała parę telefonów, zamawiając nowy samochód ze sprzętem i dostatecznie dużą liczbę doświadczonych agentów i ochotników z policji potrzebnych do przeczesania terenu. Po kwadransie w lesie zgromadziła się spora grupa funkcjonariuszy z lokalnych posterunków oraz agentów federalnych. Harold wręczył każdemu cienką sondę i poinstruował o konieczności patrzenia zarówno w dół, jak i w górę. Sam zajął się pilnowaniem, by grupa posuwała się naprzód w jednym szeregu, co jest niełatwe w takim terenie.

Miejscowy szeryf poinformował, że rano zgłoszono zaginięcie niejakiego Ronalda „Ronniego” Danversa. Dwudziestoletni Ronnie trzy dni temu wybrał się na polowanie. Kiedy nie wrócił do domu, jego dziewczyna pomyślała, że pewnie nocuje u znajomych. Dzisiaj, kiedy tam zadzwoniła, żeby mu zrobić awanturę, zrozumiała swój błąd.

— Dopiero po trzech dniach się zorientowała, że zaginął?

— odezwał się agent Tony Coble. — Wielka mi miłość.

— Chyba mieli jakieś problemy — powiedział Harold.

— Dziewczyna jest w ciąży i najwyraźniej miewa humory.

Mówiąc to, specjalnie starał się nie patrzeć na Kimberly, ale oczywiście wszyscy pozostali spojrzeli.

— No co? Ja nie mam humorów — powiedziała. — Zawsze byłam wredna. — Ucisk w lewym boku wreszcie ustąpił, pozostawiając inne, wciąż jeszcze nowe i niezwykłe dla niej uczucie, jakby delikatną czkawkę wyczuwalną pod żebrami. Odruchowo położyła dłoń na brzuchu — wybitnie matczyny gest — ale nie mogła się powstrzymać.

Koledzy z ekipy patrzyli na nią z szerokimi uśmiechami. W biurze przypięli jej na ścianie bociana, a w zeszłym tygodniu zostawili na biurku tackę na dokumenty wypełnioną smoczkami — znalazła ją, kiedy wróciła z lunchu. Agenci podobno są twardzielami, ale od jakiegoś czasu wystarczyło, że głośniej westchnęła, a już któryś leciał po wodę, krzesło, kiszonego ogórka. Banda mięczaków. Uwielbiała ich, każdego bez wyjątku. Nawet tego mądralę Harolda.

— Słuchajcie — odezwała się Rachel. — Myśleliśmy, że dziś wieczorem uda nam się zwinąć ten bajzel i wrócić do domu, a tym, którzy rzadko tam docierają, przynajmniej wpaść do biura, żeby odrobić zaległości. Niestety, nic z tego. Mamy tylko godzinę, najwyżej dwie. Zrobimy mapkę, pozbieramy ślady, a dokumentację dokończymy w centrum dowodzenia. Innymi słowy, możecie mi podziękować, że znów zapewniłam wam wieczór pełen rozrywek.

Rozległ się zbiorowy jęk.

Rachel tylko się uśmiechnęła.

— Dobra, dobra, panowie. Znajdźcie mi głowę Ronniego.

3

3

„Pustelnik brunatny buduje średniej wielkości nieregularną pajęczynę, której nici rozchodzą się w różnych kierunkach bez określonego wzoru”.

(Julia Maxine Hite, William J. Gladney, J. L. Lancaster Jr., W. H. Whitcomb, Biology of the Recluse Spider, Zakład Entomologii Wydziału Rolniczego Uniwersytetu Arkansas, Fayetteville, maj 1966)

Kimberly dotarła do domu tuż po północy. Poruszała się po spowitych półmrokiem pomieszczeniach z łatwością osoby nawykłej do pracy po nocach w przyćmionym świetle. Torbę, płaszcz i buty zostawiła na ławie w przedpokoju. Krótki przystanek w kuchni, żeby napić się wody i zerknąć na wyświetlacz automatycznej sekretarki.

Na biurku we wnęce Mac zostawił włączoną lampkę. W małym kręgu światła leżała sterta korespondencji, a na niej kolorowa karteczka z rysunkiem uśmiechniętej buzi.

Puste pudełko po pizzy świadczyło o tym, że zdążył wrócić na kolację. Zajrzała do lodówki: zostało jeszcze pół. Zimna pizza z serem czy niskotłuszczowy jogurt waniliowy — wybór był łatwy.

Pierwszą ćwiartkę pizzy zjadła na stojąco, wertując pocztę. Znalazła wśród niej najnowszy katalog Pottery Barn Kids, więc drugą ćwiartkę spożywała, oglądając wszystkie artykuły w różową krateczkę, jakie mieli w ofercie.

Była przekonana, że urodzi dziewczynkę. Tak byłoby lepiej, choćby dlatego, że nie miała pojęcia, jak się wychowuje chłopca. Poza tym dziesięć lat temu psychopatyczny morderca zabił jej matkę i starszą siostrę. Uważała, że Bóg jest jej coś winien.

Mac oczywiście oczekiwał chłopca, którego chciał ochrzcić na cześć Dale’a Murphy’ego z Atlanta Braves i ubierać od stóp do głów w stroje drużyn z pierwszej ligi bejsbolu.

Kimberly twierdziła, że nie ma problemu, jej córeczka (Abigail, Eva, Ella???) może być o wiele lepszą miotaczką niż synek. Przekomarzali się bez przerwy. Kto wygra, miało się okazać około 22 czerwca.

Kimberly poznała Maca prawie pięć lat temu w Akademii FBI. Ona była kandydatką na agentkę, a on uczestniczył w szkoleniach jako agent specjalny z ramienia GBI — Biura Śledczego stanu Georgia. Pierwszy raz na siebie wpadli, gdy ona goniła go z nożem. Mac w odpowiedzi próbował jej skraść pocałunek. Tak mniej więcej wyglądał ich związek od tamtego czasu.

Małżeństwem byli od roku. Dość długo, żeby wypracować podstawowe zasady przebywania pod jednym dachem (kto robi zakupy, kto wynosi śmieci, kto kosi trawę), lecz wciąż na tyle krótko, żeby wybaczać sobie nawzajem drobne słabości i nieuniknione potknięcia.

Z ich dwojga to Mac był romantykiem. Przynosił jej kwiaty, pamiętał, jakie piosenki lubi, całował w szyję tak po prostu, bez powodu. Ona była klasyczną pracoholiczką. Każdy dzień i godzinę miała zaplanowaną. Pracowała za ciężko, nie potrafiła oddzielić różnych sfer życia i pewnie przed czterdziestką przeżyłaby załamanie nerwowe, gdyby nie Mac. On był jej opoką, ona zaś — jego przepustką do świętości.

Nie da się ukryć: Mac byłby idealną matką.

Westchnęła, nalała sobie jeszcze jedną szklankę wody. Pierwszy trymestr ciąży zniosła dobrze. Czasem bywała zmęczona, ale nie aż tak, żeby to przeszkadzało w pracy. Mdłości też się zdarzały, ale nie takie, żeby sobie z nimi nie poradziła, zjadając kubeczek waniliowego puddingu. Inna kobieta na jej miejscu szybko zyskałaby piętnaście kilogramów. Na szczęście Kimberly dzięki swej budowie i szybkiej przemianie materii przytyła zaledwie pięć kilo i dopiero teraz, w dwudziestym drugim tygodniu, ciąża zaczynała być widoczna.

Była zdrowa, dziecko też, a jej przystojny, ciemnowłosy mąż był w siódmym niebie.

Pewnie dlatego w noce takie jak ta dopadały ją wątpliwości: w co oni się pakują?

Trudno ich nazwać tradycyjnym małżeństwem. Poznali się na miejscu zbrodni, a na randki umawiali się w trakcie rozpracowywania seryjnego mordercy. W ciągu ostatnich kilku lat najdłużej nieprzerwanie przebywali ze sobą w Oregonie, prowadząc śledztwo w sprawie porwania macochy Kimberly.

Nie mogli wyskakiwać na miasto w piątkowe wieczory. Nawet w niedziele rzadko mieli okazję poleniuchować w łóżku do południa. Zwykle odzywał się któryś pager. Jedno musiało wyjść, a drugie po prostu rozumiało, że następnym razem będzie odwrotna sytuacja. Oboje kochali swoją pracę i dawali sobie nawzajem dużo swobody. Dzięki temu wszystko nieźle funkcjonowało.

Ale z tego co Kimberly wiadomo, dzieci wymagają opieki w piątkowe wieczory, porannych czułości w niedzielne poranki oraz poświęcania im mnóstwa czasu przez cały tydzień.

Co na tym ucierpi? Jej praca? Jego praca? Może poproszą o pomoc matkę Maca? Z drugiej strony po co mieć dziecko, skoro od razu oddaje się je na wychowanie komuś innemu?

Ostatnio zaczęła miewać nocne koszmary, potwornie realistyczne sny, w których Mac ginie w wypadku samochodowym, zostaje zastrzelony na służbie albo w drodze na lunch trafia w sam środek strzelaniny. Kończyły się zawsze tak samo: Kimberly trzyma w dłoni słuchawkę telefonu, z której słychać głos mówiący: „Z przykrością zawiadamiamy, że pani mąż nie żyje”, a z głębi korytarza dobiega przeraźliwy krzyk noworodka.

Budziła się wtedy zlana potem i roztrzęsiona. Ona, kobieta, której kiedyś w pokoju hotelowym morderca przystawił do skroni pistolet.

Była silna, inteligentna i odporna. I doskonale wiedziała, że sama sobie nie poradzi.

W takie noce odsuwała się od ciepłego ciała męża i z dłonią na brzuchu zwijała się w kłębek. Wpatrywała się w ścianę i tęskniła za matką.

Kimberly przejrzała do końca katalog, odstawiła szklankę i wślizgnęła się do gościnnej łazienki, gdzie po cichu umyła zęby. Jej włosy wciąż śmierdziały paliwem lotniczym, a ciało i ciuchy — zapachem smażonego tłuszczu z grilla. Wepchnęła ubranie do kosza i poszła do sypialni.

Mac zostawił włączoną lampkę. Przywykły do jej powrotów o różnych godzinach, nawet nie drgnął, kiedy odkręcała prysznic, a potem stukała szufladami, szukając piżamy.

Kiedy wreszcie czysta i odświeżona wsunęła się pod kołdrę, odwrócił się do niej i zaspany uniósł ramię.

— Jak tam? — szepnął.

— Znaleźliśmy głowę Ronniego.

— Super.

Wtuliła się w niego, kładąc sobie jego rękę na boku, gdzie dało się wyczuć ruchy dziecka przypominające trzepotanie skrzydeł motyla, które wypełniało jej serce.

Usłyszała czyjeś głosy:

— Chyba żartujesz, Sal. Na litość boską, jest trzecia nad ranem. Ta gówniara pewnie nigdy nie widziała Kimberly na oczy. Chce ratować skórę i tyle. Wiesz, jakie one są.

Na dźwięk swego imienia Kimberly nieco oprzytomniała. Otworzyła oczy i na środku pokoju zobaczyła Maca rozmawiającego przez komórkę. Gdy tylko zauważył, że na niego patrzy, spłoszył się i zaczerwienił.

Odwrócił się plecami i kontynuował rozmowę:

— A cóż to za informacja, że aż wymaga osobistej wizyty agenta FBI? Jasne. Bo uwierzę. Poza tym to i tak nasza działka, nie federalnych.

Kimberly była już w pełni przebudzona. I coraz bardziej zła.

Mac ręką przeczesywał włosy.

— A tak między nami, myślisz, że ona mówi serio, czy tylko chce ratować tyłek? Wiem, wiem, to nie ty podejmujesz decyzje. Ale co ci zależy?

Sal najwyraźniej jednak nie miał ochoty ustąpić. Mac westchnął, znów przejechał ręką po włosach, przytknął telefon do piersi i ze zrezygnowaną miną odwrócił się do żony. Nie czekając, aż rozpocznie swoją tyradę, powiedział:

— Dzwoni agent Martignetti z GBI. Patrol policji w Sandy Springs aresztował prostytutkę, która twierdzi, że jest twoją informatorką. Nie ma przy sobie twojej wizytówki, niewiele też potrafi o tobie powiedzieć, ale twardo się upiera. Ci gliniarze współpracują z Salem w ramach VICMO, więc dali mu cynk, a on zadzwonił do mnie.

VICMO (Violent Crimes and Major Offenders) to program ścigania najcięższych zbrodni i przestępczości zorganizowanej. W jego ramach przy rozpracowywaniu poważnych przestępstw współpracują funkcjonariusze z całego stanu. Tak naprawdę to wymysł jakiegoś biurokraty, którego celem było zakończenie kłótni o kompetencje pomiędzy policjantami a agentami FBI.

— Hej, skoro Sal ma interes do mnie, czemu nie rozmawia bezpośrednio ze mną? Nie o to chodziło w tej całej współpracy? Mamy być jedną wielką, szczęśliwą rodziną, która może do siebie dzwonić w dzień i w nocy.

Mac skarcił ją wzrokiem.

— Nie zaczynaj. Dziewczyna twierdzi, że nazywa się Delilah Rose. Mówi ci to coś?

— Marna ksywa.

— Nie musisz jechać. Daj spokój, dopiero trzy godziny temu wróciłaś, a jak znam życie, jeszcze przed szóstą znowu będziesz na miejscu katastrofy.

— Co im powiedziała?

— Odmówiła podania szczegółów. Chce gadać tylko z tobą.

— Ale Sal coś zasugerował.

Mac wzruszył ramionami.

— Ona chyba twierdzi, że ma informacje o następnej zaginionej prostytutce.

Kimberly uniosła brwi.

— I to niby ma być „działka” GBI, jak to ująłeś? — powiedziała oschle.

— O ile dobrze pamiętam regulamin, tak właśnie jest.

— Chyba że w grę wchodzi przekroczenie granic stanu. — Kimberly odrzuciła kołdrę i wstała z łóżka.

— Kimberly...

— Mac, ja tylko porozmawiam z tą dziewczyną, nie idę orać pola. Uwierz mi, to jest w stanie zrobić nawet baba w ciąży.

Po tylu latach wspólnego życia Mac potrafił rozpoznać, kiedy przegrywa. Przyłożył telefon do ucha.

— Sal? Słyszałeś? Tak, spotka się z nią. Zrób coś dla mnie, dobra? Dopilnuj, żeby na posterunku mieli zapas wody mineralnej.

— O Boże — rzuciła przez ramię Kimberly. — Powiedz jeszcze, żeby od razu kupili beczkę ogórków.

Sal widocznie i to usłyszał, bo Mac zaczął protestować do słuchawki:

— Nie, nie, nie! Ale jeśli wam zależy na poufnych informacjach, odda wszystko za kubek puddingu waniliowego. Ja zawsze mam w aucie zapas słodyczy. Może dzięki temu jeszcze żyję. Aha, i nie zapomnij o plastikowych łyżeczkach, bo zrobi piekło. Dobra, dzięki, stary. Cześć.

Kimberly ochlapała twarz zimną wodą — z łazienki wyszła już całkowicie obudzona. Mac wrócił do łóżka, ale się nie położył, tylko siedział oparty o zagłówek i przyglądał się jej ze smutkiem. Wyjęła z szafy czyste spodnie. Mac milczał.

Ten konflikt trwał już od trzech miesięcy i nie zanosiło się na jego szybkie zakończenie. Kimberly była zaangażowana w wyjątkowo dużo śledztw, nawet jak na standardy FBI. Po jedenastym września dwa tysiące pierwszego roku Wydział Kryminalny Biura został zredukowany — rozbudowano za to sekcje działające w systemie bezpieczeństwa narodowego. W filii w Atlancie liczbę agentów zmniejszono z szesnastu do zaledwie dziewięciu, przy czym pięćdziesięciogodzinny tydzień pracy zamienił się w siedemdziesięciogodzinny maraton. Dniówki rozpoczynały się zwykle o dziewiątej, a kończyły nad ranem.

Jakby tego było mało, Kimberly zgłosiła się na ochotnika do ERT, co się wiązało z kolejnymi czterdziestoma, pięćdziesięcioma wezwaniami rocznie. I to do zdarzeń tak wyczerpujących emocjonalnie, jak katastrofy lotnicze, morderstwa, porwania, napady na banki czy od czasu do czasu ostateczna rozgrywka z przywódcą jakiejś sekty. Członkom jednostek nieetatowych przysługiwało bezpłatne szkolenie, lecz dodatkowe wynagrodzenie już nie. W końcu ich praca to służba, do tego zostali powołani. Sama w sobie ma być nagrodą.

Kimberly była w czwartym tygodniu ciąży, kiedy Mac zaczął jej suszyć głowę o to, że za dużo pracuje. Może powinna wrócić do Wydziału Przestępstw Gospodarczych albo, jeszcze lepiej, przenieść się do Wydziału do spraw Nadużyć w Służbie Zdrowia, gdzie na stałe pracuje Rachel Childs. Ona ma na głowie tylko pięć spraw rocznie. Owszem, wymagają przekopywania się przez tony papierów, ale też ciągną się dłużej, co daje większą swobodę w dysponowaniu czasem. Rachel pozwoliło to zaangażować się w kierowanie ERT, Kimberly dzięki temu mogłaby spokojnie urodzić dziecko.

Rozpracowywanie nadużyć w służbie zdrowia to bardzo pożyteczna działalność. Ten wydział jest wręcz duszą i sercem Biura, jak mawiał Mac, kiedy się rozpędził.

Kimberly odpowiadała, że może się też przenieść do Wydziału Antyterrorystycznego i wyjechać na pół roku do Afganistanu. To zamykało mu usta na kilka dni.

W FBI wszystko jest podporządkowane interesom Biura. Dlaczego nowi agenci sami nie mogą wybierać, w którym oddziale terenowym podejmą pierwszą pracę, dlaczego z reguły agent z Chicago zostaje wysłany na placówkę do Arkansas, chociaż w oddziale chicagowskim są największe braki kadrowe? Dzieje się tak, ponieważ góra od samego początku chce nowemu wbić do głowy jedną prostą zasadę: interes Biura jest najważniejszy. Służysz przecież rządowi Stanów Zjednoczonych, chronisz amerykańskie społeczeństwo. Chyba w żadnej gałęzi sił zbrojnych nie traktuje się tego tak serio i honorowo jak w FBI.

Kimberly była potrzebna w Wydziale Kryminalnym. Świetnie się sprawdzała, miała spore doświadczenie. Poza tym prosić teraz o przeniesienie byłoby nie w porządku wobec kolegów, którzy w większości też mieli dzieci.

Założyła koszulę, a na wierzch prosty czarny żakiet, który już się nie dopinał, ale rozpięty też wyglądał dobrze. Przejrzała się w lustrze. En face nikt by nie poznał, że jest w ciąży, ale wystarczy, że stanie bokiem...

Znów trzepotanie pod sercem. Dotknęła brzucha i uśmiechnęła się smutno. Bez wątpienia kochała swą pracę, ale dziecko też już zdążyła pokochać.

Podeszła do łóżka i cmoknęła Maca w policzek.

— To ja mam rację, nie ty — powiedziała.

— W ogóle mnie nie słuchałaś.

— Ależ owszem.

Objął jej głowę, przyciągnął do siebie i pocałował w usta. Oboje wiedzieli, że nigdy nie wolno się rozstawać w gniewie.

— Wszystko się zmieniło — powiedział cicho.

— Wiem, Mac. To ja noszę spodnie na gumce.

— Martwię się.

— Nie ma czym. Ostatnie badania wykazały, że matka i dziecko czują się doskonale. — Westchnęła. — Proszę cię, Mac, daj mi jeszcze dwa, trzy miesiące. Zanim zrobię się wielka jak szafa i całkowicie zdam na ciebie. Będę we wszystkim od ciebie zależna, bo nawet butów sama sobie nie zawiążę.

Pocałowała go na pożegnanie, wyczuwając jednak lekki opór z jego strony. Wstała i skierowała się do drzwi.

Usłyszała też jego ostatnie słowa. Zdanie, którego nigdy nie wypowiedział i pewnie nigdy nie wypowie, lecz które zawisło między nimi w powietrzu.

Jej ojciec również na pierwszym miejscu stawiał interesy Biura. I to zniszczyło jej rodzinę.

4

4

„Pierwsze ugryzienie zwykle jest bezbolesne”.

(Michael F. Potter, entomolog, Brown Recluse Spider, Wydział Rolniczy Uniwersytetu Kentucky)

Sandy Springs leży 25 kilometrów na północ od Atlanty, w miejscu gdzie droga stanowa numer 285 przecina drogę numer 400. Kiedyś, wchodząc w skład obszaru metropolitarnego Atlanty, szczyciło się posiadaniem czterech szpitali, kilku firm z listy Fortune 500, no i oczywiście źródeł słodkiej wody. Choć zawsze starało się zyskać opinię miejsca przyjaznego rodzinie, najbardziej słynęło z nocnego życia i barów otwartych do czwartej nad ranem oraz obfitości tak zwanych salonów masażu stale polujących na nowych klientów. Młody czy stary, kobieta czy mężczyzna, pijany czy trzeźwy — w Sandy Springs każdy mógł znaleźć odpowiednią dla siebie rozrywkę.

To w końcu zaczęło irytować mieszkańców, więc w czerwcu dwa tysiące piątego roku przytłaczającą większością głosów opowiedzieli się za secesją. Sandy Springs z dnia na dzień stało się siódmym największym miastem stanu. Pierwsze zadanie nowo powołanej rady miejskiej: stworzyć własny wydział policji, który się rozprawi z tymi mniej pożądanymi elementami otoczenia. Sandy Springs zaczęło rozkwitać i nawet się dorobiło kilku bardzo modnych restauracji.

Kimberly jeszcze nie miała okazji współpracować z tamtejszą policją. Przypuszczała, że na miejscu spotka albo żółtodzioby prosto po szkole, albo pięćdziesięcioletnich emerytów z policji stanowej, którzy znaleźli ciepłe posadki w spokojnej okolicy zamieszkanej przez klasę średnią. Zastała i tych, i tych.

Młodzieniec, który ją przywitał w drzwiach, miał jeszcze mleko pod nosem, ale oficer dyżurny, łysiejący facet z brzuszkiem, wyglądał na doświadczonego glinę. Serdecznie uścisnął jej dłoń i skinął znacząco na chłopaka, jakby mówiąc: „Widzi pani, z jakim szczylem muszę pracować?”. Gdyby nie zrozumiała, na wszelki wypadek jeszcze się uśmiechnął i mrugnął.

Kimberly nie odwzajemniła ani uśmiechu, ani mrugnięcia, więc po chwili sierżant Trevor dał za wygraną.

— Zatrzymaliśmy ją tuż po pierwszej — poinformował. — Kręciła się po stacji kolejki miejskiej na...

— Pracuje na dworcu? — przerwała mu Kimberly. Nie wiadomo dlaczego była przekonana, że dziewczynę zgarnięto podczas obławy na któryś z salonów masażu. Prostytutki uliczne kręcą się w dzielnicach czerwonych latarni, takich jak Fulton Industrial Boulevard. Sandy Springs wydawało jej się zbyt eleganckie na tego typu działalność.

— Zdarza się — powiedział Trevor. — Zwłaszcza odkąd zaczęliśmy robić częstsze naloty na burdele. Niektóre z nich myślą, że jak wejdą do klubu, to się wtopią w tłum, tyle że droższe dziwki pokazują trochę mniej ciała. Inne są zbyt naćpane, żeby się czymkolwiek przejmować albo działają na zlecenie, werbując kolejne chętne. Trzeba uzupełniać towar, rozumie pani...

Trevor wypiął pierś — najwyraźniej chciał zaimponować agentce federalnej. Kimberly pomyślała, że wcześniej pewnie pracował jako ochroniarz. Zawsze musiał nosić mundur.

Chłopak tymczasem gdzieś zniknął. Kimberly podejrzewała, że na polecenie Trevora. To miał być jego solowy występ. Potarła nos, żałując, że nie jest teraz na miejscu katastrofy samolotu.

Poprosiła o protokół aresztowania. Trevor go wydrukował, a ona przejrzała podstawowe dane: miejsce, godzina, podjęte czynności. Nie było tam nic szczególnego. Przy dziewczynie znaleziono uncję metamfetaminy, za co grozi więzienie, więc dlatego nakłamała, że jest informatorką FBI.

— Pogadam z nią — powiedziała Kimberly.

— Czy chodzi o narkotyki? — nie wytrzymał Trevor. — Wystawi nam jakiegoś dealera albo może całą siatkę? Metamfetamina... Boże, to świństwo zalało już cały stan. Niech ją pani przyciśnie, żeby wystawiła jakąś grubą rybę. Żadne tam płotki. Przydałaby się spektakularna akcja.

— Wezmę to pod uwagę — zapewniła oschle Kimberly. — Gdzie ona jest?

Trevor zaprowadził ją do pokoju przesłuchań. Jedna z korzyści bycia kapusiem: zamiast w celi Delilah została umieszczona w malutkim pokoiku i dostała puszkę dietetycznej coli. Niezły wynik za jedną noc pracy.

Kimberly przystanęła przed drzwiami. Przez lustro weneckie pierwszy raz zobaczyła swoją „informatorkę”. Z kamienną twarzą dokładnie się jej przyjrzała.

Delilah Rose była biała, co dość zaskakujące w stanie, gdzie większość prostytutek to Murzynki albo Azjatki — te ostatnie obsługiwały głównie salony masażu. Miała niewiele ponad dwadzieścia lat, zmęczoną twarz i tlenione blond włosy kobiety, która żyje za szybko i się nie oszczędza.

Kiedy Kimberly na nią patrzyła, dziewczyna zadziornie uniosła głowę i spojrzała w szybę. Przenikliwe niebieskie oczy, zaciśnięte usta. Zimna i opanowana.

Dobrze.

— Od tej chwili ja ją przejmuję — powiedziała Kimberly do Trevora. — Dziękuję za telefon.

— Nie ma sprawy. Proszę nam dać znać, gdyby...

— Dziękuję za telefon — powtórzyła i ominąwszy grubego sierżanta, weszła do pokoju.

Nie śpieszyła się. Zamknęła drzwi. Przysunęła plastikowe krzesło. Usiadła.

Z kieszeni żakietu wyjęła dyktafon. Z torby mały notes i dwa długopisy. W końcu spojrzała na zegarek i zapisała u góry strony godzinę.

Następnie odłożyła długopis, oparła się na krześle i splótłszy dłonie na brzuchu, przyglądała się dziewczynie. Minęła minuta, potem druga i trzecia. Była ciekawa, czy sierżant Trevor je obserwuje. Na pewno już zaczął się niecierpliwić, że nic się nie dzieje.

Dziewczyna była cwana, ale nie doceniała Kimberly. Pierwsza nie wytrzymała. Chwyciła puszkę coli i zorientowawszy się, że jest pusta, nerwowo odłożyła ją na stół.

— Chcesz jeszcze jedną? — zapytała spokojnie Kimberly.

— Nie, dziękuję.

O, cóż za maniery. Większość zatrzymanych robi się wyjątkowo grzeczna w obecności stróżów prawa. Przynajmniej na początku. Może ciągle mają w głowie tę dziecięcą wiarę, że wystarczy jedno magiczne słowo...

Kimberly znów zamilkła. Dziewczyna chrząknęła, a potem zaczęła obracać w dłoni pustą puszkę.

— Chce pani, żebym się jeszcze bardziej denerwowała — mruknęła w końcu z lekką pretensją w głosie.

— Brałaś coś, Delilo?

— Nie!

— Podobno policja znalazła przy tobie metę.

— Nie biorę narkotyków! Koleżanka dała mi torebkę do potrzymania. Skąd miałam wiedzieć, że to meta?

— Pijesz?

— Czasami. Ale wczoraj nie.

— Rozumiem. A co robiłaś wczoraj wieczorem?

— O Boże, nic nie robiłam. Poszłam sobie poskakać do klubu. Potem chciałam wrócić pociągiem do domu. Od kiedy to korzystanie z komunikacji miejskiej jest przestępstwem? — Zaczynał z niej wyłazić charakterek.

Kimberly zerknęła na jej strój. Pod granatową marynarką, o wiele za cienką jak na tę porę roku, miała na sobie obcisłą lycrę: błyszczącą minispódniczkę w kolorze oberżyny i czarną koszulkę na ramiączkach, tak kusą, że biust prawie się z niej wylewał. Całości dopełniały dziesięciocentymetrowe szpilki.

Zanim dziewczyna odruchowo obciągnęła koszulkę, Kimberly zdążyła dostrzec wytatuowaną wokół pępka malutką pajęczynę. Drugi tatuaż, przedstawiający wspinającego się pająka, miała z tyłu na szyi.

— Kto ci to robił? — spytała Kimberly.

— Nie pamiętam.

— Ta pajęczyna na brzuchu też ładna. A kolczyk to niby pająk? Sprytne.

Delilah nic nie odpowiedziała, tylko wyzywająco wysunęła podbródek.

Kimberly odczekała kolejną minutę, po czym uznała, że wystarczy. Wyprostowała się i zaczęła zbierać ze stołu swoje rzeczy: dyktafon, notes, pierwszy długopis...

— Co jest, kurwa? — zawołała Delilah.

— Słucham? — Kimberly spokojnie wsuwała dyktafon do kieszeni.

— Gdzie pani idzie? Nie zadała mi pani ani jednego pytania. To ma być FBI?

Kimberly wzruszyła ramionami.

— Powiedziałaś, że nic nie zrobiłaś, twierdzisz, że narkotyki nie były twoje, a więc wszystko w porządku. Jesteś czysta jak łza, a ja wracam spać.

Sięgnęła po drugi długopis. Dziewczyna złapała ją za rękę. Jak na chudą, anorektyczną istotę, Delilah Rose miała dużo siły. Kimberly wiedziała, co to jest: nosi nazwę desperacja.

Powoli odwróciła głowę i spojrzała jej w oczy.

— Nie znam cię. Widzę cię pierwszy raz w życiu. A to znaczy, że nie jesteś moją informatorką i jeśli o mnie chodzi, policja Sandy Springs może z tobą zrobić, co zechce. A teraz puść mnie, bo tego pożałujesz.

— Musimy porozmawiać.

— Siedzę tu od sześciu minut. Jak na razie niewiele miałaś mi do powiedzenia.

— Nie chcę, żeby ten palant słuchał. — Dziewczyna zwolniła uścisk. Rzuciła okiem w stronę szyby w drzwiach.

— Co cię obchodzi sierżant Trevor, rozmawiasz ze mną, a na razie wciąż nie dałaś mi powodu, żebym została.

— On mnie zabije.

— Sierżant Trevor?

— Nie, nie, ten facet... nie znam jego nazwiska. To znaczy prawdziwego, bo sam o sobie mówi, że się nazywa Dinchara.

— Dinchara?

— To jest ten, no, anagram od arachnid3.

— Błagam... — nie wytrzymała Kimberly. Uniosła sceptycznie brew i jeszcze raz zmierzyła wzrokiem dziewczynę.

— On jest inny.

— Uhm, jasne — Kim już się podnosiła z krzesła.

— Nie płaci za seks. Przynajmniej nie na początku. — Głos Delili robił się coraz bardziej natarczywy. — Daje dziewczynom forsę, żeby się bawiły z jego... zwierzątkami. Na przykład dziesięć dolców za dotknięcie ptasznika. Trzydzieści, jeśli weźmiesz go na rękę. Takie tam odjechane pomysły.

— Zabawy z pająkami?

— Wiedziała pani, że jad ptasznika wcale nie jest taki groźny? Za słaby dla człowieka. — Mówiła to z pewnym zafascynowaniem. — One są w gruncie rzeczy bardzo nieśmiałe i... delikatne. Trzeba je ostrożnie brać do ręki, bo można im zrobić krzywdę.

Kimberly nie odezwała się, głównie dlatego, że nie wiedziała, co powiedzieć.

Delilah za to wreszcie się rozkręciła:

— No więc na początku chodziło mu tylko o te pająki. Ale potem przestało mu wystarczać patrzenie, jak łażą po ręce, chciał, żeby łaziły po całym ciele. Strasznie go to podniecało i wtedy życzył sobie innych rzeczy. Może było trochę dziwnie i nie wszystkim dziewczynom to odpowiadało, ale z drugiej strony nieźle płacił.

— Ile to jest: „nieźle”?

— Za ręczną robotę stówa, za loda sto pięćdziesiąt. Dwie stówy, jeżeli pozwolisz, żeby pająk się przyglądał.

— Co?

— Zza szyby, oczywiście. Ptasznika nie można tak luzem puszczać po domu. Niechcący można go zdeptać.

— Tego się właśnie obawiałam — mruknęła Kimberly. Człowiek sądzi, że słyszał już wszystko, a tu jakiś zboczeniec znowu przesuwa granice. — Rozumiem. Czyli spotykacie się z panem Dincharą. — Jeszcze raz przyjrzała się tatuażom dziewczyny. — Będę szczera: moim zdaniem świetnie pasujecie do siebie, a poza tym, jak mówiłaś, nieźle płaci. Wobec tego co tu robisz?

Delilah odwróciła wzrok. Nagle przestała być rozmowna. Znów zapadła cisza.

— Coś się stało — bąknęła w końcu.

— Nie może być. Słuchaj, jest późno. Po co chciałaś się ze mną spotkać?

Dziewczynie zadrżały wargi.

— Chodzi o Ginny. Ginny Jones. Pojechała z nim i od tamtej pory nikt jej nie widział.

Kimberly z powrotem usiadła. Wyjęła notes i długopis, włączyła dyktafon. Delilah nerwowo zerkała na urządzenie, ale nie protestowała.

— Chcę dostać ochronę — wypaliła.

— Co? Jaką ochronę?

— Bezpieczne lokum i ochronę policyjną. Tak jak na filmach.

— Delilah, to tylko fikcja. W prawdziwym życiu to tak nie działa. Nic za darmo.

— Nie rozumiem.

Kimberly spoważniała.

— To znaczy, że musisz dostarczyć prawdziwe informacje o rzeczywistym przestępstwie. Konkretne i szczegółowe. Jeśli zdołam je potwierdzić, wtedy możemy pogadać.

— Jak bardzo szczegółowe?

— Zacznijmy od nazwiska. Ginny Jones. Prawdziwe czy pseudonim?

— Virginia — szepnęła Delilah. — Naprawdę nazywa się Virginia Jones, ale wszyscy wołali na nią Ginny. Fajna dziewczyna. Nie kręciły jej narkotyki ani żadne takie. Szanowała się. Tylko że... sama nie wiem. Coś się stało po drodze. — Uśmiechnęła się blado. — Tak to zwykle bywa, nie?

— Kiedy ją ostatnio widziałaś?

— Trzy miesiące temu. To była środa. Albo może wtorek, już nie pamiętam. Spotykała się wcześniej z tym facetem. Właściwie to ona mi o nim powiedziała. Wie pani, kiedy zobaczyła mój tatuaż. Mówiła, że jest taki gość, ma trochę dziwne upodobania, ale nic takiego, z czym bym sobie nie poradziła. No i dobrze płaci.

— A więc Ginny znała się z Dincharą?

— No, tak.

— I nie miała nic przeciwko włochatej publiczności?

Delilah wzruszyła ramionami.

— Pająki jej nie przeszkadzały. Mówiła, że niczego się nie boi. W każdym razie już nie.

— To kiedy ją ostatnio widziałaś?

— Dawno.

— Delilo...

— Parę miesięcy temu. Około wpół do drugiej w nocy Dinchara podjechał swoim SUV-em.

— Opisz mi go.

— Czarny z chromowanymi dodatkami. Jakaś toyota, ale wypasiony model, z bajerami typu ozdobne felgi, skórzane siedzenia. Wersja limitowana.

— Numer rejestracyjny?

— Nie pamiętam — odparła błyskawicznie.

Kimberly znowu jej się przyjrzała. Odpowiedź była zbyt pośpieszna, zwłaszcza w dzisiejszych czasach, kiedy nawet prostytutki oglądają Kryminalne zagadki Las Vegas i znają wartość informacji.

— Tablice były z Georgii?

— Tak.

— Może pamiętasz choć pierwsze litery?

— Nie, naprawdę. — Tym razem zabrzmiało to szczerze. — Staram się wiedzieć jak najmniej. Dziewczyny, którego tego nie robią, źle kończą. To proszenie się o kłopoty.

— Rysopis tego człowieka.

Delilah spuściła wzrok. Poskubała dolną wargę.

— Biały, w średnim wieku, szatyn. Niewysoki, ale umięśniony, jak drwal albo ktoś, kto pracuje fizycznie. Dziwnie pachniał, jakąś chemiczną substancją. Wydawało mi się, że zajmuje się jakimś dziwnym rzemiosłem, ale nigdy nie pytałam.

— Znaki szczególne?

— Co na przykład?

— Blizny, tatuaże, znamiona.

— Pani myśli, że oni się fatygują, żeby zdjąć ubranie?

— A na twarzy?

Wzruszyła ramionami.

— Bo ja wiem, dla mnie oni wszyscy wyglądają tak samo.

— Oni?

— Faceci, klienci, zboki. Jak ich tam pani nazwie. Wszyscy są tacy sami.

Kimberly spojrzała na nią z powątpiewaniem.

Delilah nagle się ożywiła.