Wydawca: Goneta Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2009

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 90 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Pozdrowienia z Kuala Lumpur - Daria Saj

Pozdrowienia z Kuala Lumpur” — to jej debiut literacki. Formą tej książki jest  komplet listów pisanych z Kuala Lumpur do siostry w Polsce. Listy dotykają sfery  emocjonalnej kobiety, opisujące swoje stany przechodzące od euforii po lęki, a także  tęsknotę do siostry, której może już nigdy nie będzie miała okazji zobaczyć. Całość  jest bardzo dojrzałym — zwłaszcza, jeśli weźmie się pod uwagę wiek Autorki — studium postrzegania psychologicznej strony tematu.

Daria Saj — urodzona 27 września 1990 roku w Oławie (woj. dolnośląskie). Tegoroczna  maturzystka. Swoją przyszłość wiąże z pisaniem opowiadań i powieści. Planuje  studiować filologię polską.

Opinie o ebooku Pozdrowienia z Kuala Lumpur - Daria Saj

Fragment ebooka Pozdrowienia z Kuala Lumpur - Daria Saj

Pozdrowienia z Kuala Lumpur

Daria Saj

Copyrights to:

Wirtualne Wydawnictwo „Goneta” Aneta Gonera

www.goneta.net

ul. Archiwalna 9 m 45

02-103 Warszawa

 

 

 

Okładka: Agnieszka Korfanty

info@korfanoart.eu

 

 

 

 

 

 

 

ISBN: 978-83-928108-6-5

 

 

 

 

 

 

Wydanie I

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Warszawa, czerwiec 2009

 

Tekst w całości ani we fragmentach nie może być powielany ani rozpowszechniany za pomocą urządzeń elektronicznych, mechanicznych, kopiujących, nagrywających i innych, w tym również nie może być umieszczany ani rozpowszechniany w postaci cyfrowej zarówno w Internecie, jak i w sieciach lokalnych bez pisemnej zgody wydawnictwa „Goneta” Aneta Gonera.

Konwersja do epub A3M Agencja Internetowa

 

 

 

4, i nie tylko, maj Tego Roku, malutki pokoik, Malezja

 

Kochana!

W Kuala Lumpur jest 4:39, ale następnego dnia. Nawet w takim miejscu i o takiej porze mogą człowieka dorwać w swoje szpony wieczne jak Biblia wyrzuty sumienia. Po latach, po wzlotach na szczyty elokwencji i upadkach na niziny wypaczone przez głupotę, po miesiącach walki o własne człowieczeństwo oraz upojnych chwilach bezwymiarowego, osobistego szczęścia — szczęścia ponad wszystko — możliwym jest, że docierają w końcu do mózgu nerwowe podrygi bólu ukrytego w czeluściach serca. Mądrzy mówią, że taka jest kolej rzeczy, bo w życiu niczego nie można się wystrzec, a co odrzucimy jako zbyteczne ochłapy dnia codziennego lub kartki zapełnione zbyt trafnymi słowami, powróci. Odrzucamy je, a później nie potrafimy odeprzeć ich ataku, bo to nic innego, jak tylko nasze uczucia.

W tym miejscu nie ma już nikogo, kto mógłby malować Twój obraz na nowo. Jest to pewnie jeden z powodów, dla których piszę, bo można zajmować się tutaj milionem innych, pozornie ciekawszych rzeczy. Tłum otaczający moje ciało, bo nigdy nie duszę, przychylnie spogląda w stronę moich oczu, ale ma jedną wadę — nie ma tam oczu Twoich.

Jest tu względnie miło, gdyby nie liczyć dzielnic ubóstwa. Są one jednak czymś, co sprawia, że bez rodziny czuję się jak w domu. Istnieją identyczne miejsca we Wrocławiu, Krakowie, Warszawie — brudne zakątki biedy. Biedy, która krzyczy. Pozy bez wyrazu, zbyt dosłowne, aby ubrać je w słowa, język sprzed zburzenia wieży Babel, wszyscy mówią nim tak samo i rozumieją jednakowo. Skądś to znam. Przecież też miałyśmy swój unikalny system min, kiwnięć głową czy gestów, pamiętasz? Rozmawiałyśmy częściej, niż Ci się wydaje, Księżniczko.

Ja pamiętam, że kiedyś musiałaś wstać bardzo wcześnie, żeby jechać ze mną w jednym autobusie, i że zdecydowałaś się wybrać w podróż, bo ja też się w nią wybrałam. Atakowałaś swoim widokiem. To było jednocześnie słodkie i okrutne, przyjemne i gorzkie. Radosne i bolesne. Nie chciałaś mnie ranić? — A zraniłaś nas obie.

Nie wypada inteligencji Twojego rozmiaru wstępować na taką ścieżkę, na ścieżkę wojenną. Jednak Ty to zrobiłaś. Wiem, że dlatego nie mogłam wyciągnąć ręki w Twoją stronę (a pewnie od razu byś jej nie zauważyła i byłoby to kolejne przykre doświadczenie, którego nie mogłabym wyrzucić z pamięci), ale jednocześnie osnuwało to moją głowę mgiełką nadziei, że nie byłam dla Ciebie kimś mało ważnym, ponieważ mściłaś się. Jeśli by Ci na mnie nie zależało, to nie zrobiłabyś nic. Mam świadomość, Słońce.

Powodów mogło być sto tysięcy, lecz ja wybrałam sobie ten. Byłam ważna sekundami, nie liczyłam się wcale w dobowych bilansach dni, nie pamiętałaś o mnie robiąc rachunki sumienia, ale wybrałam sobie go, on jest tylko mój, jest moim powodem. Każdy inny może dokonać rozsądniejszego wyboru, nie ważne. I tego zawsze chciałam Cię nauczyć — ważne są rzeczy, które dzieją się w Twojej głowie, które masz w sercu. Reszta głów i reszta serc to zwykle źli doradcy.

Jestem pewna, że gdyby nie było ludzi powciskanych pomiędzy kartki naszej wspólnej historii, łatwiej odnalazłybyśmy constans tej przyjaźni. Wrogie spojrzenia Twoich i moich nigdy nie pomagały (szczególnie, że znaleźli się tacy, co to chcieli być po obu stronach barykady). Rozwiązaniem tego równania stać się mogły wyłącznie rozmowy w Twojej kuchni usianej magią weekendowego wieczoru, lecz sobota jest tylko jedna, a przeszkód tysiące. Leciałyśmy ryzykownie nad liniami wysokiego napięcia, Serduszko. W końcu któreś z serc musiało pęknąć z nadmiaru niezdrowej adrenaliny. Zbierałam miliony kawałeczków z pól i łąk wspólnych chwil. Skleiłam je pogodą ducha. Ono nigdy już nie będzie tak sprawne, jak kiedyś. Pomyślałaś o tym? Czy kiedykolwiek zastanowiło Cię, dlaczego wracało do Ciebie jak bumerang?!

Już nigdy więcej nic nowego się nie stanie.

Jednak mam wrażenie, że to nie mogło się udać mimo wszystko. Nie pamiętam, kiedy Cię poznałam, kiedy zobaczyłam Cię po raz pierwszy. W żadnym z moich pamiętników nie ma Twojego imienia. Mam jedno Twoje zdjęcie, radośnie spoglądasz na nim na małpkę z pluszu. Kiedy Twój tato regulował ostrość, ja pewnie płakałam tęskniąc za moim. Czasami wychodził, nie sypiał w domu, wracał po tygodniu. Jesteśmy z innej bajki... Muszę zapalić. Tak, nadal palę. Ty też?

Nieważne. Na ten list i tak nigdy, przenigdy nie odpowiesz, bo wyślę go do wszystkich ludzi na świecie oprócz Ciebie. Dlaczego? Dlatego, że cały świat boryka się z problemem pseudoprometeizmu. Chciałabym Ci uświadomić w tym miejscu, że przyjaźń ze mną to nie było poświęcenie. Wiem, trudno Ci w to uwierzyć, więc listu nie otrzymasz. Nie jest Pani w stanie go zrozumieć, Proszę Pani.

Dostałam od jednego z tych malezyjskich lekarzy-magów skierowanie na prześwietlenie płuc, ale wątpię, aby było to związane z fizycznością. Trudności z oddychaniem dopadały mnie tylko wtedy, kiedy zawodziłaś. Wtedy, gdy bolał Cię brzuch albo gdy Tobie samej ciężko się oddychało. Uczucie nie było głębokie, nigdy nie odważyłam się marzyć, że zamieszkamy razem po liceum i, studiując, będziemy nadal się przyjaźnić. Jednak było we mnie, gdzieś głęboko, ziarnko nadziei kiełkujące mocno, mocniej, ogromnie. Kiedy padał deszcz łez, piło bez pamięci.

Zawsze byłam wystawiana przez życie w pierwszym składzie. Dla Ciebie przeznaczono ławkę rezerwowych, Ty nigdy nie wygrywałaś, nie przegrywałaś naprawdę. Mogłaś cieszyć się ze mną lub płakać ze mną, ale wolałaś mi zazdrościć albo śmiać się z moich porażek. Nurtuje mnie rzeka nie wypowiedzianych słów, która płynie meandrowym korytem. Ciekawe, czy po latach dotarło do Ciebie którekolwiek z nich, i czy już wiesz, że to Ty byłaś największą porażką tamtych smutnych, jesiennych dni września. Śmiałaś się sama z siebie, Najdroższa Kretynko.

Przypomina mi się czasami okres szkoły, kiedy to chodziłyśmy razem do klasy. Dobry czas. Jednak finał tej historii jest smutny jak „Casablanka” i śmieszny jak Chaplin — myślę — któż inny, jeśli nie Bóg, mógł wpaść na pomysł, aby pomieszać benzynę z mojej krwi z fluidem z Twojej twarzy?! Łatwopalność nitki, która nas łączyła była widoczna dla wszystkich, ale po każdym malutkim pożarze wiązałam na niej supełki — aż stała się tak krótka, że strawiła ją iskra. Iskra z Twojego wnętrza. Zawsze chciałaś być w oku cyklonu, a okazało się, że to Ty powodujesz mobilizację mechanizmów obronnych u innych i niszczysz wszystko, co ma dla nich wartość. Wciągnęłaś w tę grę wiele serc, wypluwając je o całe kilometry uczuć od domu. Zabijałaś. Zabijasz jeszcze, czy ktoś dał Ci już znak, kierując swoją dłoń na Twój szacowny policzek, deklamując przy tym: „Tego już za wiele?”. Proszę Boga o to, żebyś była bryzą, żebyś miała łatwiej w życiu. Wiesz, że jeśli Ty nie modlisz się za mnie, to moje prośby nigdy nie dotrą do Pana? Zagryzą je Twoje wilki sapiące coś na kształt: „Chcę więcej pieniędzy, Ojcze!” — nieładnie, Siostro.

Jesteś ode mnie starsza. Tego jednak nie skomentuję, bo to Ty, ten typ, stylizujesz się na kobietę, którą mamy przed oczami, wymieniając stereotypy o nas. O Twoim wieku nie można więc mówić, a kiedy trzeba udajesz idiotkę. Wiesz, ja też jestem kobietą i sądzę, że to wyłącznie sposób na nawiązanie kontaktu z facetami — idiotami. Tymi samymi, którzy stworzyli owe stereotypy: zasiali ziarnka, pielęgnowali je, a dziś zbierają plony dzięki takim jak Ty kobietom, Kobieto.

Na każde pytanie miałaś tysiąc odpowiedzi i na każdy zarzut miliony wymówek. Już wtedy byłaś adwokatem szatańskim (może tylko swoim? — nie wiem), więc dziś pewnie zajmujesz się tym samym. Pocięłam swoją psychikę na kawałki, a mimo to nie znajduję wytłumaczeń. Czy byłaś przyczyną, przebiegiem czy skutkiem? Po co zaczynałaś tę reakcję, wiedząc, że w naturze nie zachodzi? Patrzyłaś tęsknym wzrokiem w moją stronę. Prowokowałaś. Do diabła! Dalej noszę w sercu ten żal...

Czy można być wesołym, gdy ktoś zrobił nam krzywdę, i czy można się smucić, nie będąc pokrzywdzonym? Pytam o moralne usprawiedliwienie człowieka. O sens bólu, jego przeżywanie. Mam dużo czasu na przemyślenia — zbyt dużo. Wciąż się zastanawiam, co było powodem tego listu. Kojarzysz mi się z wieloma rzeczami, zdarzeniami, uczuciami. W pewnym momencie coś jednak chwyciło mnie za ramię i sprawiło, że musiałam cofnąć się do tych wszystkich dni, które nie były najprzyjemniejsze. Zakopane w wielkiej skrzyni wspomnienia nie umarły. Bez powietrza duchowego też można żyć. I wszystko można zrobić. Cierpieć, nie będąc teoretycznie skrzywdzonym. Śmiać się, mając otwartą ranę na sercu. Kochać, nienawidzić, pragnąć i odrzucać. I wszystko można przeżyć — miłość, śmierć, odrodzenie, zagubienie. Wyobcowanie, wyrzucenie poza nawias. Bycie w samym środku, bycie sednem sprawy. I wszystko można usłyszeć, ale nie we wszystko trzeba wierzyć.

Byłaś pewnikiem. Moja wiara w Twoją siłę była zbyt głęboka. Tak ciemna, że pozbawiona pierwiastków krytyki. Bez granic. A Ty powiedziałaś mi: „Nie mam ochoty wciąż słyszeć, że wszystko robię źle” — nie moje słowa przytoczyłaś. Być może, ciążyła Ci po prostu świadomość, że tak jest, tak jak to określiłaś, dokładnie tak. Należało trzymać Cię za ryj od samego początku. Rozpieściłam Cię. Spowodowałam deformację Twojej osobowości — lawina ruszyła. Po kilku miesiącach miałam za to zapłacić, gdy głazy żalu zaczęły obijać się o mnie.

Nienawidziłam minut, godzin, dni ciszy pomiędzy nami. Modyfikowałam wtedy Twój obraz na własne podobieństwo, okłamywałam rzeczywistość. Mówisz, że trzeba się przyznać? Więc przyznaję się: strasznie mi Ciebie zabrakło pewnego razu. Wiem jednocześnie, że to Tobie mnie zabrakło pierwszej. Nie mogę się pogodzić z własną głupotą. Żyjemy koło siebie tak wiele lat, a mimo to ona wciąż robi mi na złość. Gra mi na nosie. Pewnie, przez jakiś czas, robiłyście to razem.

Życie tutaj wygląda inaczej i ja też powoli ulegam przekształceniom w kogoś, kogo jeszcze nie znam. Moi tutejsi znajomi opowiadają czasami w szerszym gronie o tym, co robiłam. Słucham tych historii tak, jak słucha się bajek o ludziach, których nigdy nie ujrzały nasze oczy i pewnie nigdy tego nie dokonają, bo ktoś już nie żyje lub mieszka gdzieś daleko. Jedna „ja” została w Polsce. Druga umarła wraz z ostatnim trzaskiem trzecich drzwi, Twoich drzwi. To ja je zatrzasnęłam, pamiętasz? Teraz szukam stylu.

Wielość miejsc, które można odwiedzić i zwiedzić, pewnie przeraża turystów. Nie chadzam w nie już. Szukam prawdziwego obrazu tego kraju, ale w stolicy trudno o coś takiego. Wszystko, co tworzy tutejszy klimat, ma sztuczne kolory i zapach, przypomina naszą przyjaźń. Wyhodowałyśmy — ja w sercu, a Ty w głowie — sztuczną więź. Niestety, ta róża nie tylko miała kwiat najpiękniejszy ze wszystkich, miała też największe kolce. Skaleczyłam się boleśnie. Tak, to ja siebie skaleczyłam. Powinnam wiedzieć, że tego, czego w rodzinnym domu się nie ma, nie trzeba szukać w świecie otaczającym nas, a powoli budować w sobie. Nie śmiej się! Mam jeszcze całą masę innych tłumaczeń oszraniających Twoją osobę ledwo dostrzegalnymi kryształkami prawości, które w mojej głowie lśnią.

Sama siebie nie rozumiem ani Ciebie. Tak, Ciebie też nie. Pamiętam, jak na boisku w którąś tam środę popatrzyłaś mi prosto w oczy. I nie byłaś szczęśliwa, Robaczku.

Lecz