Pozdrowienia z Gdańska - Charles Berg - ebook
Opis

Charles Berg kolejny raz zaprasza nas na wycieczkę do Wolnego Miasta Gdańska. Podobnie jak w przypadku „Śmierci w Oliwie” naszym przewodnikiem jest prywatny detektyw Gregor Steppe, wraz z którym przemierzamy ulicę i zaułki przedwojennego Gdańska i Sopotu. Dwa opowiadania, podobna tematyka, jednak inne czasy, miejsca i bohaterowie.
W „Pocztówce” przenosimy się do lipca 1936 roku. Zaniepokojeni rodzice zlecają detektywowi zadanie odnalezienia ich nastoletniej córki - Kamile, która wraz z koleżanką pojechała na wycieczkę do Sopotu. Letnia sielanka, spacery, zabawa, w dniu powrotu do rodziców trafia jednak telegram z Gdańska. Pobyt miał przedłużyć się jeszcze o jeden dzień, ale czy na pewno?
Kolejna sprawa, kolejne zaginięcie. Wiosna 1938 roku. Tym razem zamiast gimnazjalistki z Kołobrzegu, Gregor ma za zadanie odszukać pracownika Deutsche Bank Karla Rettera. Wszystko zdaje się, a właściwie zdawałoby się wskazywać na zwyczajny, wcześniej przygotowany wyjazd, gdyby tylko wiedziała o nim narzeczona. Detektyw podejmuje się śledztwa zupełnie nieświadomy dokąd zaprowadzi go sprawa, którą rozpoczął zalany tuszem „list”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 205

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Charles Berg

Pozdrowienia z Gdańska

© Copyright by Charles Berg & e-bookowo

Ilustracja na okładce: Designed by kjpargeter / Freepik

Skład: Ilona Dobijańska

ISBN 978-83-7859-922-7

Wydawca: Wydawnictwo internetowe e-bookowo

www.e-bookowo.pl

Kontakt: wydawnictwo@e-bookowo.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości

bez zgody wydawcy zabronione

Wydanie I 2018

Konwersja do epub

Sprawa pierwsza – Pocztówka

Mittwoch, 22sten Juli 1936 – Cosel Weg 4, Langfuhr, Freie Stadt Danzig

„Liebe Mutti”

Wczoraj wraz z Charlotte byłyśmy w ogrodzie zoologicznym. Słonie są przeurocze, a te małpki, Charlotte stroiła do nich miny, a one robiły dokładnie to samo, prawie się popłakałam ze śmiechu. Dzisiaj jedziemy do Gdingen, Charlotte mówi, że nie warto, bo to polskie miasto i pełno tam tych aroganckich i brzydkich Polaków, ale ponoć jest tam piękna plaża, ładniejsza nawet niż ta w Zoppot. Potem mamy jeszcze pojechać do Adlershorst. Nie mogę się doczekać, żeby to wszystko zobaczyć. Wracamy w czwartek pociągiem o 15.

Kamile

Montag 13-07-1936

Tylko tyle. Nie było żadnych innych dowodów ani poszlak, tylko jeden list i pocztówka z widokiem na hotel przy dworcu w Zoppot, wysłana zaraz po przyjeździe do uzdrowiska.

– Musi pan ją znaleźć – rozhisteryzowana kobieta – Irene Landmann – niczym katarynka powtarzała wciąż tą samą melodie. – Moja malutka Kamile, ona ma dopiero siedemnaście lat, to miała być jej pierwsza samodzielna wycieczka, nagroda za doskonałe wyniki w nauce, w przyszłym roku miała zdać maturę i... – Kobieta nie powiedziała co Kamile miała zrobić po maturze, zanosząc się po raz kolejny łzami i załamując ręce.

– Proszę się uspokoić i powtórzyć wszystko jeszcze raz od początku.

– Od początku? – zapytała niepewnie, podnosząc zapłakaną twarz.

Skinąłem głową.

– W czerwcu po zdaniu przez córkę siódmej klasy gimnazjum zapytaliśmy się co chciałaby w nagrodę za bardzo dobre oceny na świadectwie. Kamile od razu powiedziała, że chciałaby pojechać wraz z koleżankami do Freie Stadt. Najpierw odmówiliśmy, ale po tygodniu próśb i błagań przeplatanych łzami, zgodziliśmy się na ten wyjazd. Nie miała przecież jechać sama, miały być z nią dwie przyjaciółki Charlotte Brock i Martha Zimmerling. Obie chodzą do tego samego gimnazjum i mieszkają niedaleko siebie. To miłe, dobrze wychowane dziewczynki, zawsze mówią „dzień dobry” i nigdy nie było z nimi problemów...

– Rozumiem, ale może pomińmy ten fragment i przejdźmy do właściwej opowieści. Kiedy córka miała wyjechać?

– Kamile, Charlotte i Martha miały jechać w piątek 10 lipca porannym pociągiem z Kollbergu do Königsbergu przez Danzig. Niestety dzień wcześniej zachorowała Martha i cała wycieczka stanęła pod znakiem zapytania, nie chciałam, żeby jechały jedynie we dwie. Mama Charlotte też miała wątpliwości, ale ostatecznie dziewczynki nas przekonały. „To przecież tylko tydzień i ani się obejrzysz a już będziemy z powrotem. Poza tym będę codziennie pisać i wyślę ci pocztówkę z miejsca, gdzie się zatrzymałyśmy” – powiedziała Kamile, a ja uwierzyłam.

W piątek rano dziewczynki wsiadły do pociągu i machając na pożegnanie zapewniały, że wrócą w czwartek popołudniowym pociągiem z Danzig. Kiedy pociąg odjeżdżał rozpłakałam się... – Kobieta ponownie zaniosła się łzami, ale na szczęście szybko się uspokoiła i kontynuowała swoją opowieść. – Z początku było tak jak mówiła Kamile, otrzymaliśmy pocztówkę z adresem i numerem telefonu hotelu, w którym się zatrzymały – Bahnhof’s Hotel w Zoppot, a w środę przyszedł list. Podobną pocztówkę i list dostała matka Charlotte, nie miałyśmy więc powodu do obaw i w czwartek wieczorem siedziałyśmy razem na ławce na peronie czekając na pociąg, którym miały przyjechać dziewczynki. Pociąg przyjechał, ale ani Kamile, ani Charlotte z niego nie wysiadły. Pomyślałyśmy, że może zmęczone śpią w środku, zaczęłyśmy więc je wołać, nikt jednak nie odpowiedział i po krótkim postoju pociąg odjechał. Byłyśmy załamane. A co jeśli ktoś je porwał, a może zostały obrabowane i nie mają teraz za co wrócić, może wysiadły na złej stacji... Te i inne myśli przelatywały mi przez głowę, nie wiedziałam co robić. Na szczęście nie byłam sama. Matka Charlotte wzięła sprawy w swoje ręce, najpierw poszła na dworzec i zatelefonował do hotelu, gdzie zatrzymały się dziewczynki i dowiedziała się, że obydwie panienki rano opuściły hotel. Potem zadzwoniła po męża, z chęcią zrobiłabym to samo, ale mój Henrik był wtedy służbowo w Berlinie i miał przyjechać dopiero następnego dnia.

Gdy tylko zjawił się ojciec Charlotte, pojechaliśmy razem na posterunek policji, niestety było jeszcze zbyt wcześnie, żeby mogli przyjąć zgłoszenie. Powiedzieli, że dziewczynki zapewne spóźniły się na jeden pociąg i wrócą następnym. Zalecali cierpliwość, zapewniali, że pewnie w domu czeka na nas telegram z przeprosinami. Gdyby jednak miało być inaczej prosili, żebyśmy przyszli jutro.

Policjanci mieli rację, kiedy wróciłam do domu gospodarz wręczył mi wiadomość: „Przepraszamy – STOP – Wracamy jutro rano – STOP – Nie martwcie się – STOP – Kamile i Charlotte – STOP”.

– Ma może Pani ten telegram? – zapytałem.

– Proszę poczekać – powiedziała i zaczęła przeszukiwać zawartość swojej torebki, by po chwili wręczyć mi pożółkły kawałek papieru. – Proszę, to ten telegram.

Wiadomość była krótka, ale nie o treść mi chodziło, tylko o miejsce nadania.

– Skąd dziewczynki miały odjechać? – zapytałem, uważnie wpatrując się w blankiet.

– Z Hauptbahnhof w Danzig, ich pociąg odchodził o 15, a w Zoppot miał być o 15:20.

– Telegram nadano z urzędu pocztowego przy dworcu głównym o 17, czy tego dnia odjeżdżały inne pociągi do Kollbergu?

– Tak, od razu to sprawdziłam, były jeszcze dwa, jeden o 19:30 do Stettina i nocny ekspres o 23. Następnego dnia ponownie czekałyśmy na dworcu i, ku naszej rozpaczy, powtórzył się ten sam scenariusz. Nie traciliśmy jednak nadziei, telegram nie wspominał czy rano dziewczynki wyjadą, czy przyjadą. Założyliśmy, że chodzi o przyjazd, ale one mogły pomyśleć inaczej, sprawdziliśmy więc o której powinna być następna lokomotywa z Freie Stadt...

– Tym razem Kamile i Charlotte również się nie pojawiły.

– Niestety, nie wysiadły też z żadnego pociągu, który tego dnia zatrzymał się w Kollbergu.

– A telegram?

– Żaden kolejny nie przyszedł. Tak więc w sobotę zgłosiliśmy sprawę policji. Złożyliśmy zeznania i przedstawiliśmy dowody – listy, pocztówki i telegram. Zapewnili nas, że od razu zajmą się tą sprawę i skontaktują się z odpowiednimi służbami we Freie Stadt. My ze swej strony mieliśmy jedynie uzbroić się w cierpliwość i czekać na kolejne wiadomości albo postępy w śledztwie. Czy wie Pan jak trudno czekać z założonymi rękami mając świadomość, że Pana dziecku grozi jakieś niebezpieczeństwo?

Nie miałem dziecka, skąd miałem więc wiedzieć jakie to uczucie? Mogłem co prawda wyobrazić sobie rozpacz, zdenerwowanie i ciągłe napięcie. To wyczekiwanie na jakąkolwiek wiadomość, która przedłuży nadzieję. Mogłem to sobie wyobrazić, ale nie musiałem, miałem przed sobą żywy przykład, nie wdając się w dywagację, postanowiłem przejść do bardziej konkretnych rzeczy:

– Frau Landmann, zdaje sobie Pani sprawę, że usługi detektywa nie są tanie?

Kobieta zrobiła zaskoczoną minę:

– Jak mogłabym myśleć o pieniądzach? Tu chodzi o moje dziecko, o moją kochaną Kamile!

– Rozumie Pani. – Przerwałem, widząc jej zniesmaczoną minę.

– Ile?

– Na początek pięćdziesiąt guldenów zaliczki, plus dwadzieścia za każdy dzień śledztwa, oczywiście dochodzą jeszcze dodatkowe koszty, zakładając, że śledztwo zakończy się szybko, powiedzmy w ciągu tygodnia, nie powinna Pani zapłacić więcej niż trzysta, trzysta pięćdziesiąt guldenów.

Po usłyszeniu ostatecznej ceny Irene Landmann wyszła z mojego biura rzucając na do widzenia, że musi przemyśleć tą ofertę. Może rzeczywiście trochę przesadziłem z tymi kosztami, wątpiłem jednak, żeby którykolwiek ze znanych detektywów za tą sumę chciałby chociaż kiwnąć palcem. Gdyby chodziło o śledzenie niewiernej żony, trzysta guldenów za tydzień pracy było łakomym kąskiem, prawie zerowe koszty własne i podobny wysiłek. Zaginięcia były gorsze, podobnie jak morderstwa wymagały zbierania dowodów, częstych podróży, spotkań z informatorami, wszystko to było nie tylko męczące, ale i sporo kosztowało. Co gorsza odnalezienie zaginionej osoby rzadko kiedy było nagłaśniane przez prasę, detektyw nie mógł więc liczyć na darmową reklamę. Tymczasem schwytanie zabójcy zawsze wiązało się z mniejszym lub większym splendorem. Gazety uwielbiały krwawe historie... a tego zaginięciom często brakowało.

Donnerstag, 23sten Juli

Następnego dnia dwadzieścia minut po jedenastej, gdy zasiadałem do swojego biurka, rozległo się pukanie do drzwi i do środka weszła Irene Landmann.

– Zapraszam, niech Pani usiądzie – zaproponowałem, wskazując jej krzesło naprzeciw biurka. Kobieta nic nie mówiąc podeszła i zajęła miejsce.

– Zgadzam się, oto pańska zaliczka – powiedziała, wręczając dwa szarozielone banknoty z obrazkiem Marienkirche1. – Nie jesteśmy bogaci... – zaczęła.

– Rozumiem – przerwałem kobiecie. – Zajmę się tą sprawą natychmiast. Proszę mi powiedzieć w jaki sposób mam się z Panią w przyszłości kontaktować, zostaje Pani we Freie Stadt, czy może wraca do Kollbergu?

– Przez najbliższe dwa dni będę wraz z mężem w hotelu „Reichsadler” na Bahnhofstraβe2 15, pokój 34 potem wracamy do domu. Zapisałam Panu swój adres i numer telefonu, jeżeli coś Pan znajdzie, proszę natychmiast dać nam znać.

– Dobrze, jak tylko będę coś wiedział o losie Państwa córki natychmiast się z Państwem skontaktuje. Prosiłbym jeszcze, żeby zapisała mi Pani adresy dwóch pozostałych dziewczynek – Charlotte Brock i Marthy Zimmerling.

– Proszę poczekać, miałam je gdzieś tutaj – powiedziała, wysypując zawartość torebki na moje biurko. – Przepraszam, musiałam zostawić swój notes w hotelu, jak tylko wrócę, natychmiast do Pana zadzwonię.

– To może zaczekać, najpierw chciałbym pomówić z Panią oraz mężem. Z Pani słów wynika, że oboje Państwo są teraz w Danzig, nie byłoby chyba problemem spotkać się dziś wieczorem i porozmawiać.

– Owszem mąż jest obecnie w Danzig, ale służbowo i często pracuje do późnych godzin wieczornych. Jutro jednak ma wolne przedpołudnie. Może więc, o dziesiątej rano w hotelowej restauracji?

– Oczywiście – odparłem, notując czas i miejsce spotkania.

– Dziękuję Panu, detektywie – powiedziała, wstając z krzesła i szykując się do wyjścia.

– Jest jeszcze coś – powiedziałem, zatrzymując Frau Landmann przed samymi drzwiami. – Wypadałoby, żebym wiedział, jak wygląda osoba, którą mam znaleźć. Ma może Pani przy sobie zdjęcie córki?

– Oczywiście – powiedziała, wyjmując z torebki kilka fotografii przedstawiających jasnowłosą dziewczynę w prostej sukience. Jasna cera, kilka piegów na twarzy, długie blond włosy, sięgające nieco za ramiona. Ładna, choć na pewno nie w moim typie. Zapewne wśród rówieśników miała sporo wielbicieli. Schowałem zdjęcie Kamile do notesu i pożegnałem matkę zapewniając ją, że zrobię co w mojej mocy, żeby odnaleźć jej ukochaną córkę.

Były to jedynie puste słowa, właściwie byłem niemal pewien, że Kamile nie żyje i było jedynie kwestią czasu znalezienie jej zwłok na plażach w Zoppot, Glettkau czy Brösen. Jednak to nie ja płaciłem. Co więcej za te marne pieniądze mogłem przynajmniej uspokoić serce matki, tak żeby ta później nie wyrzucała sobie, że nie zrobiła wszystkiego co możliwe, aby odnaleźć córkę.

Postanowiłem zacząć tradycyjnie od początku, czyli od momentu przyjazdu obydwu dziewczynek do Freie Stadt.

Według relacji matki Kamile obydwie uczennice miały wyjechać z Kollbergu porannym pociągiem o 8:20, który według rozkładu zatrzymywał się w Zoppot chwilę po 13. Następnie Kamile i Charlotte udały się do Bahnhof’s Hotel, gdzie miały nocować w czasie swojej wycieczki. Po rozpakowaniu swoich rzeczy, udały się na pocztę i tak jak obiecały – wysłały pocztówki do rodziny. Pocztówka Kamile nosiła datę 10 lipca, czyli odpowiadałoby to przekazanej przez Frau Landmann wersji wydarzeń. To była jednak jej wersja wydarzeń i chociaż nie miała powodów, żeby kłamać, nie musiała to być cała prawda.

Wyszedłem z mieszkania i pojechałem pociągiem do Zoppot. Po krótkiej podróży byłem na miejscu. Hotel, jak wskazywała nazwa był niedaleko dworca, prosty dwupiętrowy budynek tuż przy dawnym rynku. Niedaleko znajdowały się dom handlowy, Erlöserkirche3 i poczta.

Wszedłem do środka. W foyer było niemal pusto. Dwa rzędy ustawionych naprzeciw siebie drewnianych ławek stały przy ścianach całkowicie wolne, a jedyną osobą w polu widzenia był stojący za kontuarem recepcjonista. Podszedłem do niego i przedstawiając się, pokazałem zdjęcie Kamile pytając, czy może zatrzymała się tutaj. Szpakowaty mężczyzna po czterdzieste zmierzył mnie wzrokiem, po czym odpowiedział:

– Nikogo takiego nie widziałem.

– Może jednak, Kamile Landmann, była razem z koleżanką w podobnym wieku... – dodałem, kładąc na ladzie banknot 20 guldenowy. Zachęta podziałała.

– A kiedy ta panna miałaby przebywać w naszym hotelu?

– Od 10 do 16 lipca.

– Proszę poczekać, sprawdzę księgę gości – powiedział mężczyzna i zaczął przeglądać leżący przed nim gruby tom w czerwonej skórzanej oprawie. – Mówi pan 10 lipca?

– Tak, dwie dziewczyny lat około 17, jedna imieniem Kamile, druga Charlotte.

– Chyba znalazłem – odparł, wskazując mi dwie rubryczki zapisane 10 lipca. – Kamile Landmann i Charlotte Brock pokój 214, przyjechały 10 lipca o 13.14, wymeldowane 16 lipca o 10 rano.

– Pamięta je Pan?

– Nie, nie miałem wtedy zmiany, proszę przyjść jutro i zapytać o Heinricha, on pracował zarówno 10, jak i 16, może będzie coś wiedział.

Podziękowałem i wyszedłem z hotelu zachodząc na sąsiednią pocztę. Tam też nie pamiętano o dwóch nastolatkach z Kollbergu, kupujących pocztówki ze zdjęciem hotelu i piszących do rodziców.

– Jest ich tak wiele, że nikt ich nie liczy, zresztą wszystkie wyglądają podobnie, młode, ładne, długie włosy, najczęściej blond, zawsze roześmiane i w towarzystwie koleżanek. Opis pasował do Kamile, jej przyjaciółki oraz do tysiąca innych dziewczyn i młodych kobiet odwiedzających Zoppot. Pierwsze rozeznanie nie przyniosło właściwie żadnych efektów. Pozostawało liczyć na jutrzejsze spotkanie z rodzicami Kamile oraz portierem Heinrichem, który może dostrzegł coś interesującego w obydwu wczasowiczkach, przynajmniej na tyle by skojarzyć, że były one gośćmi Bahnhof’s Hotel i udzielić jakiś informacji.

Tymczasem znalazłem się w kropce. Mogłem co prawda pojechać do Danzig i zapytać na poczcie, czy ktoś pamięta jak dziewczyna podobna do Kamile wysyłała telegraf do Kollbergu, podejrzewałem jednak, że skutek byłby podobny jak z pocztą w Zoppot. Wizyta w oliwskim Tiergarten4 też nie była najlepszym pomysłem. Zbyt dużo twarzy i małe prawdopodobieństwo zdobycia jakichkolwiek informacji – były w ZOO i co z tego, same przecież o tym napisały w liście. Podobnie wycieczka do Gdingen i Adlerhorst mogła okazać się daremna, Kamile i Charlotte na pewno nie były jedynymi siedemnastolatkami mówiącymi po niemiecku, jakie tam przebywały. Po raz kolejny pojawiało się też pytanie co informacja o pobycie w Gdingen mogłaby przynieść – była i co? I nic, skoro wróciła bez problemu i opuściła hotel 16 lipca. Naprawdę ważne było właśnie to, co wydarzyło się tego dnia. Skoro obydwie dziewczyny opuściły hotel o 10... To dlaczego nie wróciły do Kollbergu jakimś wcześniejszym pociągiem? Dlaczego dopiero o 17 wysłano telegram o późniejszym przyjeździe, i co najważniejsze dlaczego nadano go z Danzig, a nie z Zoppot, gdzie obie dotychczas mieszkały? Pytania zdawały się mnożyć, a ja nie miałem pomysłu co dalej robić.

Wszedłem do hotelowej restauracji na łyk chłodnego piwa i jakiś lekki obiad. Gdy kelnerka przynosiła butelkę jasnego Artusa, pokazałem jej zdjęcie Kamile pytając, czy może nie bywała tutaj, sama albo z koleżanką.

– Będzie prawie tydzień jak je widziałam, codziennie tu przychodziły, ta ze zdjęcia i druga. Na śniadanie przychodziły, raz tylko wieczorem przyszły – kolację zjadły trochę posiedziały i wyszły, później już ich nie widziałam.

Kolejna bezużyteczna informacja. Dziewczynki musiały przecież gdzieś jeść, nic więc dziwnego, że wybrały miejsce położone najbliżej. Sam pewnie postąpiłby tak samo. Wypiłem piwo, zjadłem obiad i zapłaciłem rachunek, zostawiając skromny napiwek dla kelnerki.

Freitag, 24sten Juli

Punktualnie o 10 zjawiłem się przed hotelem Reichsadler. Secesyjna zadbana fasada nie wyróżniała się ani kolorem, ani wyglądem spośród sąsiednich budynków. Gdyby nie znajdujący się nad wejściem napis z nazwą, można by pomyśleć, że wchodzi się do kolejnej kamienicy.

Nie widząc nigdzie odźwiernego, otworzyłem przeszklone drewniane drzwi i ruszyłem korytarzem wyłożonym czerwonym dywanem, kierując się w stronę znajdującej się kilka metrów na lewo od wejścia recepcji. Za solidną drewnianą ladą stał ubrany w elegancki garnitur mężczyzna, lat około trzydziestu z wykrochmaloną białą koszulą zapiętą pod samą szyję.

– Serdecznie witamy w Hotelu Reichsadler, czym możemy służyć?

– Witam, nazywam się Gregor Steppe. Jestem umówiony z Irene Landmann i jej mężem.

– Oczywiście. Państwo Landmann już czekają. Znajdzie ich Pan w restauracji, proszę zaczekać, boy zaraz Pana zaprowadzi.

– Dziękuję, ale znam drogę.

– Jak Pan sobie życzy – odparł recepcjonista, przytakując z uśmiechem.

Restauracja nie była daleko. Właściwie wystarczyło się odwrócić, by zobaczyć znajdujący się kilka metrów po lewej stronie, na końcu hallu napis Restaurant. Nie czekając, skierowałem się w tamtą stronę i wszedłem do środka. Wewnątrz było niemal pusto, z kilkunastu stolików tylko trzy były zajęte, przy dwóch siedziały pojedyncze osoby, przy jednym kilku osobowa rodzina. Szybko odnalazłem wzrokiem Irene Landmann i ruszyłem w jej kierunku, siedziała sama, jednak na stole leżały dwa nakrycia.

– Witam, Frau Landmann – powiedziałem, zatrzymując się przed jej stolikiem.

– Witam, detektywie, Henrik zaraz przyjdzie.

– Oczywiście – odparłem, dosiadając się. – Mam nadzieję, że przekazała Pani szanownemu małżonkowi moje warunki?

– Naturalnie, ale oto i on – powiedziała, wskazując na powoli zbliżającego się mężczyznę w szarej prążkowanej marynarce. Wstałem i wyciągając dłoń przedstawiłem się:

– Dzień dobry, Herr Landmann, nazywam się Gregor Steppe.

– Witam panie Steppe, proszę usiąść – powiedział zajmując samemu miejsce naprzeciw Frau Landmann. Żona zapoznała mnie z wysokością pańskiego honorarium. Szczerzę mówiąc muszę przyznać, że nie są to małe pieniądze, ale gdy chodzi o rodzinę, cena nie powinna być przeszkodą. Martwi mnie tylko pańska osoba.

– Moja osoba? – zapytałem, nie do końca rozumiejąc o co chodzi.

– Proszę mi powiedzieć, od jak dawna jest Pan detektywem i mieszka we Freie Stadt?

Uśmiechnąłem się krzywo. – A więc o to im chodziło – pomyślałem.

– Niech zgadnę, zdziwiła Pana niska, w porównaniu do konkurencji cena i postanowił Pan sprawdzić, czy przez przypadek nie jestem jakimś oszustem, chcącym wyłudzić pieniądze w zamian za przedłużenie nadziei na odnalezienie córki? Proszę nie odpowiadać, jak najbardziej rozumiem pańskie zachowanie. Gdyby chodziło o moje dziecko też chciałbym mieć pewność, że detektyw dołoży wszelkich starań, żeby je odnaleźć. Co zaś do pytania to w mieście bawię od stycznia tego roku, a detektywem jestem od jakiś dwóch lat.

– Skoro jest pan profesjonalistą, to dlaczego zażądał Pan o połowę mniej niż inni?

– To już moja sprawa, powiedzmy, że uważam tę sprawę za ciekawą, czy taka odpowiedź Pana satysfakcjonuje, czy też mam zwrócić zaliczkę, a następnie podamy sobie ręce i pożegnamy się?

Może zareagowałem nieco nerwowo, ale nie miałem ochoty tłumaczyć kolejnym klientom, że będąc nowym detektywem w mieście nie zdążyłem jeszcze wyrobić sobie renomy oraz, że obniżenie ceny to najlepsza zachęta. Klienci myśleli „tani znaczy kiepski”, ale często tylko na takiego detektywa było ich stać. Pamiętałem to doskonale. Inne miasto, nieco inne czasy, ale mentalność ta sama.

Henrik Landmann najwyraźniej wziął moje słowa na poważnie, bo szybko zrezygnował z dalszych pytań, zamiast tego przepraszającym głosem powiedział:

– Proszę się nie denerwować. Już dawno podjęliśmy z żoną decyzję o zatrudnieniu Pana.

– A pytanie? Opinia konkurencji?

– Jak sam Pan powiedział, chodziło o nabranie pewności, ale przechodząc do meritum... Ze słów żony zrozumiałem, że chciał Pan z nami porozmawiać i zadać kilka pytań?

– Tak, po pierwsze chciałbym otrzymać parę zdjęć, fotografię państwa córki już mam, ale zdjęcie drugiej dziewczynki również byłoby pomocne, tak samo jak adres jej rodziców oraz rodziców tej trzeciej, która miała jechać, ale zachorowała.

Frau Landmann wyjęła z torebki kartkę papieru, notatnik i zaczęła przepisywać potrzebne informacje. Po chwili wręczyła mi zapisany świstek papieru oraz zdjęcie Charlotte.

– Czy od momentu wyjazdu kontaktowali się państwo z innymi rodzicami?

– Codziennie rozmawiam z mamą Charlotte, jednak ani ona, ani jej mąż nic nie znaleźli – obydwie dziewczynki zniknęły i nie dają znaku życia. Policja uspokaja nas mówiąc, że robi wszystko co w ich mocy, żeby je odnaleźć, ale jeszcze nie natrafili na ich ślad...

Zapytałem jeszcze o parę szczegółów, ale Frau i Herr Landmann nie dopatrzyli się dziwnych zachowań u córki, z ich słów wynikało, że Kamile nie miała „sympatii”, sami zaś nie posiadali wrogów i nie byli bogaci. Kończąc rozmowę, poprosiłem o ich wspólną fotografię, najlepiej z córką. Nieco zaskoczeni prośbą, po chwili wręczyli mi błyszczące zdjęcie:

– To nasze ostatnie zdjęcie, zrobiono je dwa dni przed wyjazdem.

Podziękowałem, pożegnałem się i wyszedłem z hotelu. Miałem przed sobą sporo pracy. Najpierw jednak korzystając z bliskości dworca kolejowego zakupiłem bilet i pojechałem do Zoppot, gdzie miałem nadzieję spotkać Heinricha, który, chociaż sam w to wątpiłem, może zapamiętał Kamile i Charlotte. Jak się okazało moje wątpliwości były bezpodstawne. Recepcjonista po pokazaniu mu fotografii od razu rozpoznał obydwie dziewczyny:

– Pamiętam, przyjechały dwa tygodnie temu, zajęły pokój i jakoś tak przed dwudziestą wychodziły. Obydwie wystrojone jak na jakieś tańce.

– Wychodziły same, czy może ktoś na nie czekał, albo szedł za nimi? – zapytałem.

– Czy ktoś szedł nie wiem, za dużo ludzi, chociaż – Heinrich zawahał się na moment – tak właściwie, to w hallu zagadała do nich dwójka młodych mężczyzn i chyba nawet razem wychodzili. Nie jestem pewien. To było dwa tygodnie temu i gdyby nie to, że ta blondynka była naprawdę ładna, no sam pan wie, to chyba nawet bym nie zwrócił na nie uwagi.

– Rozumiem. Może widział Pan ich tutaj wcześniej, albo później?

– Nie wiem, raczej nie, a przynajmniej nie przypominam sobie, żeby w ostatnim czasie byli gośćmi naszego hotelu.

– Mam jeszcze jedno pytanie. Czy kiedy obie dziewczyny wymeldowywały się, ci mężczyźni również byli w pobliżu?

– Przykro mi, ale na prawdę nie pamiętam. Dziewczyny zostawiły klucze, uregulowały rachunek i wyszły, tak po prostu zwyczajnie opuściły nasz hotel. Chyba nikt ich nie odbierał i nikt im nie towarzyszył, to wszystko co wiem detektywie.

Podziękowałem za informację i zostawiając dziesięć guldenów poszedłem do hotelowej restauracji. Wiedziałem już, że Kamile była tutaj, postanowiłem ponownie pokazać zdjęcie i zapytać o dwóch mężczyzn, którzy mogli towarzyszyć jej i Charlotte. Kelnerka, ta sama co ostatnio, nie pamiętała jednak żadnych mężczyzn, jedynie dwie niepełnoletnie dziewczyny:

– To było w piątek, sobotę, niedzielę?

– W weekend nie, to był wtorek lub środa. W piątek wieczorem na sali była Hilda. Jak Pan chce, mogę ją poprosić.

– O ile to nie kłopot, chciałbym z nią zamienić kilka słów.

Po kilkunastu minutach i kilkudziesięciu guldenach wydanych na obiad i informacje, dowiedziałem się dwóch rzeczy. Po pierwsze, Zoppot jest zbyt drogi dla osób chcących codziennie jadać w restauracjach, albo ja po prostu byłem na to zbyt biedny, po drugie – i chyba nawet ważniejsze – przez trzy pierwsze dni obydwie dziewczyny wieczorami przychodziły do restauracji w towarzystwie dwóch mężczyzn. Zawsze tych samych, chyba nawet w podobnym wieku co one, z tego co powiedziała Hilda, cała czwórka wyglądała na dobrych znajomych. Do restauracji razem przychodzili i razem z niej wychodzili. Nasuwało to pewne skojarzenia, nie należało jednak niczego zakładać z góry, taką maksymę przekazano nam na przyśpieszonym kursie dla detektywów amatorów.

– Pamiętajcie, każda nawet najmniejsza poszlaka może mieć znaczenie, to że znaleźliście zakrwawiony nóż przy trupie nie oznacza, że to on był narzędziem zbrodni. Równie dobrze mogła nim być wisząca w szopie zakurzona siekiera, którą ktoś nagle wyczyścił, albo spoczywający w zardzewiałej pochwie miecz przodka. To, że jakiś fakt zdaję się na coś lub kogoś bezpośrednio wskazywać nie oznacza, że tak jest. Nam detektywom nie wolno niczego zakładać z góry. My nie mamy znaleźć sprawcy, mimo iż tego właśnie oczekuje od nas klient, dobry detektyw stara się wyjaśnić sprawę, znaleźć odpowiedź na pytanie „dlaczego?” a nie „kto?”. Szukanie sprawcy to droga na skróty, podążając nią dopasowujemy dowody do teorii, a powinniśmy robić na odwrót. Najpierw trzeba zebrać możliwie najwięcej informacji, a następnie na ich podstawie wysnuć własną teorię.

Postanowiłem w pełni zastosować się do rady mojego nauczyciela i zakupiłem bilet do Kollbergu. Trasa, zwłaszcza latem, była dość oblegana, udało mi się jednak znaleźć wolne miejsce w wagonie wspólnym. Niedługo po odjeździe z dworca w Zoppot zjawili się celnicy, w towarzystwie strażników granicznych, jak zwykle sprawdzający, czy pasażerowie nie wywożą z Freie Stadt cennych dóbr kultury, waluty, kilkunastu butelek Goldwassera itd. Po odejściu celników nie mając specjalnie ochoty na rozmowę z współpodróżnymi, wyjąłem najnowsze wydanie Neueste Nachrichten i zacząłem czytać. Najwięcej wiadomości dotyczyło zbliżających się igrzysk olimpijskich w Berlinie5. Pisano również o załogach żeglarskich z Freie Stadt, startujących w regatach przedolimpijskich na trasie z Zoppot do Köln. „Nic ciekawego” – pomyślałem, przerzucając kolejną stronę i odkładając na moment gazetę, wyjrzałem przez okno. Jeszcze byliśmy w Polsce, na pewno minęliśmy Neustadt i chyba zbliżaliśmy się do Stolpu lub Lambergu. Powróciłem do lektury, przelatując wzrokiem po nagłówkach artykułów, gdy w bocznej kolumnie zobaczyłem krótką notatkę: „We wtorek 21 lipca w późnych godzinach wieczornych zaginęła mieszkanka Marienburga, Annete Stahm, lat 16, przebywająca we Freie Stadt na wakacjach wraz z rodziną. Zaginiona miała na sobie ciemnoniebieski płaszcz, białą koszulę i żółtą sukienkę. Włosy jasne, oczy niebiesko-szare...”.

Kolejna młoda dziewczyna zaginęła, było to co najmniej zastanawiające, ale chyba nie miało związku. Rozpoczynając swoją pracę jako detektyw we Freie Stadt zacząłem od przejrzenia gazet z poprzedniego roku, szukałem informacji o kradzieżach, rabunkach, zabójstwach i oczywiście innych detektywach. Wertując zeszłoroczne dzienniki wielokrotnie napotykałem przestępstwa, które zdawało się coś łączyć, tu nastąpiła kradzież klejnotów rodowych i tu nastąpiła kradzież klejnotów, obydwa przestępstwa były dokonane nocą, złodziej działał w pojedynkę, a właściciel był ubezpieczony. Tylko w pierwszym przypadku to były mąż włamał się, chcąc zdobyć w ten sposób pieniądze na spłatę długów hazardowych, a w drugim to sam właściciel upozorował kradzież, licząc na odszkodowanie.

Po raz kolejny powtórzyłem sobie w myślach, żeby dostosowywać teorię do dowodów, a nie dowody do teorii i przewróciłem stronę zaczynając kolejny artykuł.

****

Kwadrans po 17 pociąg zatrzymał się w Kollbergu. Opuszczając wagon, skierowałem się do dworcowego kiosku i zaopatrzyłem się w Kollberger Zeitung6 oraz plan miasta.

Kollberg, jak na nadbałtycki kurort przystało, powitał mnie morską bryzą i zapachem soli. Było ciepło, ale nie upalnie. Zaopatrzony w mapę oraz notes z zapisanymi adresami spacerowałem ulicami uzdrowiska szukając Fischerstrasse 15.

Na szczęście nie było to trudne zadanie, miasto było małe, na domach wisiały numery, a na skrzyżowaniach nazwy dróg.

W ciągu dwudziestu, dwudziestu pięciu minut od momentu opuszczenia dworca, stanąłem przed prostą dwupiętrową kamienicą oznaczoną numerem 15. Zgodnie z informacją otrzymaną od Frau Landmann w tym budynku mieszkała Martha Zimmerling, szkolna koleżanka Charlotte i Kamile. Wszedłem do środka i pewnym krokiem skierowałem się na drugie piętro. Po chwili dotarłem na miejsce i zapukałem w pomalowane ciemnobrązową emalią drzwi z żelazną tabliczką, na której znajdował się napis ZIMMERLING. Niemal natychmiast drzwi otworzyła mała dziewczynka, najwyżej sześcioletnia i jeszcze lekko piskliwym głosikiem powiedziała:

– Dzień dobry.

– Dzień dobry, zastałem może rodziców albo twoją starszą siostrę Marthe? – zapytałem, ale dziewczynka zamiast odpowiedzieć zostawiła otwarte drzwi i uciekła do środka, krzycząc – Martha, Martha, jakiś stary pan do ciebie.

Minęła kolejna chwila i w wejściu pojawiła się kolejna twarz, tym razem znacznie starsza. Widocznie przyzwyczajona do otwierania drzwi przez dziewczynkę, zanim spojrzała w moją stronę machinalnie powiedziała:

– Proszę wybaczyć mojej córce, jest jeszcze mała i nie wie jak się zachować, jak tylko słyszy dzwonek natychmiast biegnie i... – przerwała. Na pewno to nie mnie spodziewała się zobaczyć, mimo wszystko dokończyła poprzednie zdanie – otwiera drzwi. Przepraszam, ale kim pan jest? Nie wygląda pan na nauczyciela, ojcem koleżanek Marthy chyba pan też nie jest?

– Natürlich, Frau Zimmerling. Nazywam się Gregor Steppe, jestem detektywem i, o ile nie jest to problem, chciałbym pomówić ze starszą z Pani córek – Marthą.

– Detektywem? Rozmawiać z Marthą? – powtórzyła za mną, dodając na końcu znak zapytania – Chyba nie chodzi o zaginięcie Kamile i Charlotte?

Nie musiałem odpowiadać, Frau Zimmerling tylko rozejrzała się po korytarzu i zaprosiła mnie do środka.

– Martha jest w kuchni, proszę jej nie męczyć, to były jej najlepsze przyjaciółki.

– Rozumiem, postaram się zbytnio nie naciskać – powiedziałem i poszedłem za kobietą krótkim korytarzem do małej kuchni, w której siedziała siedemnastoletnia brunetka o średniej długości prostych włosach oraz mała dziewczynka – miłośniczka otwierania drzwi. Matka zawołała młodszą córkę do siebie i przedstawiła mnie Marthcie.

– Detektyw? – zapytała, patrząc na mnie. – Strata pieniędzy.

– Skąd wiesz, młoda damo, może pracuję za darmo?

– Nikt nie pracuje za darmo, a już na pewno nie detektyw, ale jak już pan pofatygował się z Freie Stadt to śmiało, proszę pytać.

Już otwierałem usta, żeby zapytać jak się domyśliła skąd przyjechałem... ale czy rzeczywiście było to trudne. To właśnie we Freie Stadt zaginęły obie dziewczynki i to tam pojechała Frau Landmann, a wkrótce po niej jej mąż, łatwo się domyślić, że chcieli dowiedzieć się jak przebiega śledztwo, a zapewne także wynająć kogoś do odszukania zaginionej córki. Cóż dziewczyna była bystra i umiała kojarzyć fakty.

– Kiedy... – rozpocząłem pierwsze z serii tradycyjnych pytań, ale Martha była szybsza.

– W czwartek 9 lipca wieczorem, Kamile i Charlotte przyszły pożegnać się ze mną, wyszły przed dziesiątą wieczorem.

– Czy... – drugiego pytania też nie zdążyłem rozpocząć, a już usłyszałem odpowiedź.

– Nie, wydawały się szczęśliwe i nie planowały ucieczki, obydwie miały dobre stosunki z rodzicami.

Uśmiechnąłem się pod nosem. Te same pytania, dokładnie w takiej samej kolejności zadawali jej policjanci, rodzice, a kto wie, może i inni detektywi. Było jednak jedno pytanie, którego Martha się nie spodziewał.

– Długo byłaś chora i kiedy ustaliłyście, że to akurat ty zachorujesz?

Dziewczyna osłupiała, miałem rację – wszyscy pytali według wzoru i zadowalali się ogólnymi odpowiedziami.

Powtórzyłem pytanie:

– Skąd pan wie? – wykrzyknęła Martha.

Zaalarmowana głośniejszym tonem matka niemal natychmiast przybiegła do kuchni:

– Miał pan zadać tylko kilka pytań, czy wyobraża pan sobie co ona teraz przeżywa?

– Mamo, już dobrze, nic się nie stało...

– Ależ stało się – powiedziała do córki. – A pan, detektywie – dodała, zwracając się do mnie – niech w tej chwili opuści mój dom.

Nie oponując skierowałem się w stronę wyjścia, mówiąc:

– Do widzenia, gdyby jednak zmieniły Panie zdanie, do jutra do godziny 13 będę w Hotelu Strandschloss. – Po czym dodałem, patrząc na starszą córkę – kto wie, może pozostałe dwie rodziny będą bardziej rozmowne.

Nie myliłem się, groźba podzielenia się informacją dotyczącą rzekomej choroby Marthy podziałała. Tuż po wieczornej toalecie, gdy już miałem zamiar położyć się do łóżka, ktoś zapukał do drzwi. Narzuciłem na siebie szlafrok i otworzyłem. Za drzwiami stał boy hotelowy z kopertą:

– Wiadomość dla pana, Herr Steppe.

Otworzyłem kopertę, nie była zaklejona, a w jej środku znajdowała się kartką papieru w kratkę z kilkoma pośpiesznie zapisanymi słowami:

„Jutro o wschodzie słońca na molo”.

Nie było podpisu, ale nie było on potrzebny, charakter pisma wyraźnie wskazywał na kobietę, a tylko dwie osoby wiedziały w jakim hotelu się zatrzymałem.

– Czy szanowny pan życzy sobie odpowiedzieć na wiadomość?

– Nie, dziękuję – odparłem, zamykając drzwi boyowi tuż przed nosem.

Samstag, 25sten Juli

Wstałem prawie godzinę przed świtem, by móc w spokoju przygotować się do zbliżającego się spotkania. W głowie miałem przygotowane pytania, a gdyby coś poszło nie tak, do płaszcza włożyłem drobne zabezpieczenie. Wyjrzałem za okno, było szaro i mgliście, właściwie to poprzez opary szarej mgły niewiele było widać. Idealna pogoda na tego typu spotkanie.

Martha weszła na molo wraz z pierwszym brzaskiem, zanim zdołałem ją zobaczyć poprzez kłęby mgły, usłyszałem jej kroki i ciche wołanie:

– Herr Steppe! Detektywie!

– Tu jestem – odparłem, wstając z ławki, na której siedziałem, i ruszyłem w kierunku wejścia na molo, ale zamiast, jak się spodziewałem, jednej osoby zobaczyłem przed sobą trzy. – Obok Marthy stało dwóch młodych mężczyzn. Odruchowo włożyłem rękę do wewnętrznej kieszeni marynarki, w której trzymałem pistolet – Waltera PP.

– Spodziewałem się, że będziemy mogli w samotności dokończyć wczorajszą rozmowę – powiedziałem, nie spuszczając oczu z towarzyszy gimnazjalistki.

– To właśnie o nich mieliśmy porozmawiać. Arthur i Stephan – powiedziała Martha, najpierw wskazując na wysokiego blondyna, a następnie na niższego, ale bardziej masywnego szatyna – wyjechali 10 lipca razem z Kamile i Charoltte do Freie Stadt...

– Pojechaliśmy tym samym pociągiem – zaczął blondyn.

– A w Zoppot mieszkaliśmy niedaleko siebie. Kamile i Charlotte zatrzymały się w Bahnhof’s Hotel, a my w Hotelu Continental na SeeStrasse – dodał szatyn.

– Rodzice nic nie podejrzewali? – zapytałem.

– A co mieli podejrzewać? Dwie niemal dorosłe gimnazjalistki, pilne uczennice, pojechały razem na wycieczkę – odparła Martha.

Rzeczywiście, rodzice wielu rzeczy zdają się nie dostrzegać, a jak już je zauważają, z reguły jest za późno. Nie o rodziców jednak tu chodziło, oni mogli nic nie wiedzieć o sympatiach swoich córek, ważniejsi byli Arthur i Stephan, którzy stali przede mną, podczas gdy ich dziewczyny zaginęły.

– Pojechaliście razem, ale wracacie osobno, taki był plan?

– Nie – zaczął Arthur – plan był inny...

W zasadzie mogłem się tego spodziewać. Do poniedziałku 13 lipca wszystko zdawało się być w jak najlepszym porządku. Wspólne spacery, rozmowy, trzymanie się za ręce. To jednak nie wystarczało Stephanowi i Arthurowi. Liczyli oni, że wycieczka przyniesie im coś więcej niż parę buziaków. Kamile i Charlotte nie były jednak gotowe. Jak zwykle w takich sytuacjach doszło do gwałtownej wymiany zdań i cała sielankowa atmosfera prysła jak bańka mydlana. Następnego dnia rano, kiedy ponownie się zobaczyli wybuchła kolejna kłótnia i obaj mężczyźni uznali, że dłuższy pobyt we Freie Stadt nie ma sensu. Wrócili popołudniowym pociągiem.

– Ostatni raz widzieliśmy je we wtorek około godziny 15, na dworcu w Zoppot. Odprowadziły nas na pociąg, uściskały i życzyły przyjemnej podróży. Chcąc uniknąć pytań ze strony rodziców o powód wcześniejszego powrotu Charlotte i Kamile miały wrócić w piątek.

– Czy od tamtej pory dostaliście od nich jakąś wiadomość – list, telefon, telegram, cokolwiek?

– Stephan dostał kartkę od Charlotte – odpowiedział blondyn.

– Zwykła pocztówka z molem, kilka słów i podpis – dodał szatyn, wręczając mi kartkę.

Wiadomość wysłano w środę 15 lipca i rzeczywiście była bardzo krótka:

Pozdrowienia znad słonecznego Bałtyku

Charlotte

Kolejny element układanki, który nie przybliżał mnie do rozwiązania zagadki. Wysłanie wiadomości w środę oznaczało tylko tyle, że obie dziewczyny wtedy żyły, co i tak wiedziałem – potwierdzał to zapis w księdze hotelowej. Oddałem pocztówkę Stephanowi. Miałem nadzieję, że dowiem się czegoś jeszcze, niestety nie wiedzieli nic więcej. Pożegnałem się i wróciłem do hotelu.

Najbliższy pociąg do Freie Stadt miałem dopiero za pięć godzin, a przed powrotem chciałem jeszcze coś sprawdzić. Dotychczas opierałem się jedynie na informacjach otrzymanych od matki Kamile, nie było w tym nic dziwnego, w końcu to ona zleciła mi tą sprawę. Zaginęły jednak dwie dziewczyny. Byłem niezmiernie ciekaw cóż takiego powie mi Frau Brock.

Wracając pociągiem z Kollbergu, patrzyłem przez okno na szybko zmieniający się krajobraz. Widok nie był zbytnio zróżnicowany, z uwagi na ukształtowanie terenu. Jak okiem sięgnąć rozciągały się pola, na których kołysały się kłosy zboża. Jedynie sporadycznie można było dostrzec większe fragmenty lasów lub zielone plamy łąk, na których suszyło się siano albo pasły krowy. Zwyczajny, charakterystyczny dla środkowego Pomorza widok, na który niemal nie zwracałem uwagi. Zastanawiałem się nad informacjami, jakie przekazali mi Martha, Stephan i Arthur oraz rodzice, a konkretnie matka Charlotte.

*****

Na dworzec w Langfuhrze przyjechałem chwilę przed 18. Byłem zmęczony. Długa podróż i wczesna pobudka dawały o sobie znać, ale zamiast skręcić w Kastanienweg, kierując się do swojego mieszkania, po wyjściu z dworca ruszyłem Bahnhofs – iSchlegeterStrasse. Następnie przeszedłem kilka przecznic wzdłuż Adolf HitlerStrasse zatrzymując się na skrzyżowaniu z Am Johannisberg. Czekała mnie jeszcze krótka wspinaczka. Spojrzałem na rysujące się powyżej zabudowania i ruszyłem w ich kierunku.

Przed powrotem do siebie chciałem odwiedzić przyjaciela, a zarazem jedną z pierwszych poznanych we Freie Stadt osób – Fridricha Schwartza. Emerytowanego dyrektora biblioteki miejskiej, a prywatnie pasjonata historii miasta i jego okolic.

Po krótkiej podróży znalazłem się przed ciemnobrązowymi drzwiami domu przy Am Johannisberg 14. Zapukałem. Nikt nie odpowiedział, ale przez małe szybki obok drzwi sączyło się lekkie pomarańczowo-żółte światło, wyraźnie było też słychać Edith Piaf śpiewającą, że niczego nie żałuje oraz charakterystyczny dźwięk uderzanych klawiszy. Profesorek zapewne pisał. Zapukałem ponownie, tym razem głośniej. Stukot maszyny umilkł i w środku rozległy się kroki. Po chwili drzwi się otworzyły i stanął w nich mężczyzna około pięćdziesiątki.

– Było otwarte, mogłeś wejść.

– Kulturalniej było najpierw zapukać – powiedziałem, wchodząc do środka i zamykając drzwi, po czym dodałem – mam nadzieję, że nie przeszkadzam.

– Niezbyt – odparł Friedrich. – Próbowałem coś napisać, ale to może poczekać. Podejrzewam jednak, że nie przyszedłeś dyskutować o literaturze.

– Literaturze? Nie. Chociaż podejrzewam, że mogłeś coś o tym przeczytać.

– Zapraszam, rozgość się, a ja tymczasem przyniosę coś do picia.

Skorzystałem z zaproszenia i przeszedłem do małego saloniku. Na stole stała maszyna, w której tkwiła zapisana do połowy kartka papieru. Dookoła piętrzyły się bezładne stosy książek i zapisanych zeszytów. Znalazłem sobie wolne krzesło i usiadłem czekając na Friedricha. Wątpiłem, czy będzie w stanie mi pomóc, ale musiałem spróbować.

– Zazwyczaj nie jesteś skłonny do rozmów o swojej pracy – powiedział, pojawiając się w pokoju z butelką gdańskiej jałowcówki i dwoma kieliszkami.

– Zazwyczaj nie, ale utknąłem w martwym punkcie i potrzebuje świeżego spojrzenia – odparłem i dostawiłem krzesło do częściowo już uprzątniętego stołu.

Profesorek nalał Machandel do kieliszków.

– Mam nadzieję, że nie gniewasz się o brak śliwek i wykałaczek, właściwie to nigdy się nie nauczyłem jak należy to pić.

– To całkiem proste, bierzesz śliwkę, nabijasz na wykałaczkę, maczasz w kieliszku z alkoholem i... – przerwałem, a następnie podniosłem i wypiłem swój kieliszek, Machandel jak zwykle był okropny. Profesorek szybko poszedł w moje ślady, po czym zapytał:

– I co dalej po zanurzeniu śliwki?

– Dowiesz się jak kupisz wykałaczki, no i rzecz jasna śliwki. Nie wpadłem jednak rozmawiać o alkoholu. Ostatnio zgłosiła się do mnie pewna kobieta, chciała, żebym odnalazł jej zaginioną córkę. Niby zwyczajna sprawa, zniknięcie dziecka, jednak przeglądając wczoraj Neueste Nachrichten natknąłem się na wzmiankę, o kolejnym takim przypadku.

– Pamiętam, w gazetach ostatnio pisali o kilku zaginionych dziewczynach, ale co ja mam z tym wspólnego? – zapytał.

– Mam nadzieję, że nic – zażartowałem, po czym dodałem – Chciałbym spotkać się z kimś z policji, ale ostatnimi czasy nie jestem tam specjalnie lubiany. Niecały miesiąc temu poprosili mnie o przekazanie im szczegółów dotyczącym jednego z moich klientów i zleconego mi zadania, a ja odmówiłem.

– Rozumiem, czego dokładnie potrzebujesz?

– Spotkać się z kimś, kto prowadzi śledztwo w sprawie tych zaginionych dziewczynek.

– Dobrze zobaczę co się da zrobić, ale niczego nie mogę obiecać – powiedział profesorek i ponownie napełnił kieliszki jałowcówką.

– O nic więcej nie proszę – powiedziałem i dodałem, wznosząc toast – twoje zdrowie.