Wydawca: E-bookowo Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 304

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Pożądanie na żądanie - Rafał Wałęka

O czym ta opowieść?
To nie jest typowa komedia romantyczna, to czarna komedia o miłości!
Miłość. Jedna z większych zagadek ludzkości. Nieosiągalna dla wielu, choć jest dla każdego. Nienamacalna, a tak dotkliwa. Nie ma czegoś takiego jak jedna miłość, bo jej rodzajów znamy miliony. Miłość do matki, miłość do syna, miłość do kobiety, miłość do bogactwa, miłość szczęśliwa czy nieszczęśliwa. Nieważne. Miłość to skłonność, a w naturze mamy uleganie im. Np. do grzechu.
Grzesznikiem właśnie jest Bekas, Marcin Bekas. Czerpiący z życia pełnymi garściami mężczyzna, który nigdy nie bał się ulegać pokusom. Singiel, król życia, nie tylko swojego. Nie chcąc ulec bezrobociu w Polsce, trudni się zabójstwami na zlecenie. Nie uważa się za dybiącego na czyjeś żywoty psychopatę. Mniema iż po prostu jest kimś, kto zajmującą się czymś w czym jest dobry.
Leo Messi gra w piłkę, Micheal Jordan grał w koszykówkę, Dostojewski pisał, a Bekas zabija...
Życie Bekasa przewróci nowe zlecenie. Pozbawi życia samego Kupidyna. Zostanie zmuszony do zajęcia jego miejsca. Początkowo niechętny do łączenia ludzi w pary, dostrzega w nowej mocy potencjał do... własnej frajdy. Wykorzystuje dar do sprowadzania chaosu. Cóż, z wielką mocą przychodzi wielka... frajda!
Kim jest autor?
Strona FB:
https://www.facebook.com/RafalWalekaPismak?fref=ts
Strona autorska:
http://walek07.wix.com/pismak
Rafał Wałęka - pismak z pasją.

Wersja papierowa do kupienia w e-bookowo

Opinie o ebooku Pożądanie na żądanie - Rafał Wałęka

Fragment ebooka Pożądanie na żądanie - Rafał Wałęka

Rafał Wałęka

Pożądanie na żądanie

© Copyright by Rafał Wałęka & e-bookowo

Korekta: Urszula Krupa – autorka książki „Koliber”

Projekt okładki: e-bookowo

Zdjęcie na okładce: stock.chroma

ISBN ebook: 978-83-7859-417-8

ISBN książka papierowa: 978-83-7859-419-2

Wydawca: Wydawnictwo internetowe e-bookowo

www.e-bookowo.pl

Kontakt: wydawnictwo@e-bookowo.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości

bez zgody wydawcy zabronione

Wydanie II 2014

„Nie istnieje miłość od pierwszego wejrzenia, od pierwszego wejrzenia może się obudzić tylko pożądanie”

Pierre La Mure

Od autora, dlaczego wydanie DRUGIE?

Pierwsza wersja tej książki została wydana w 2013 roku, a pisana była z przerwami od 2012 roku. Przez ten czas miałem więc różne doświadczenia, różne myśli, a jak wiadomo człowiek całe życie się uczy. Dziś mamy już schyłek 2014 roku, skończyłem studia, cóż, trochę dorosłem.

Wiele osób opisywało „Pożądanie na żądanie” jako fajny pomysł, ciekawą fabułę, beczkę śmiechu, ale był też zarzut.

Literówki i inne błędy. Okazało się, że jest tego masa.

Skoro więc wierzę, że robię postępy w pisaniu, postanowiłem wrócić do tej powieści. Aby poprawić te literówki. Biję się w pierś, to moja wina, ale nie ma takich błędów, których nie da się naprawić. Co z tego wynikło?

– ciekawsza, bardziej pasująca okładka.

– zamiast 220 stron jest ponad 250.

– poprawione literówki, zmiany w dialogach, postaciach.

– nowe zakończenie, nowe sceny, nowe wątki.

– mniej wulgaryzmów, a bardziej rozbudowane postacie.

Nie chciałbym nazywać tego poprawkami.

Wolę, aby to były po prostu zmiany fabularne i techniczne na lepsze. To nie jest odgrzewany kotlet. To samo mięso, ale inaczej upieczone, smaczniej przyprawione.

Dołożyłem sporo ziemniaków i dobrej surówki, jeśli miałbym używać metafory kucharskiej, choć w kuchni lepiej wychodzi jedzenie niż gotowanie. Jak smakuje przyrządzona na nowo powieść „Pożądanie na żądanie”?

Odwróciłem role i tym razem to ja gotuję dla ciebie, a Ty, drogi czytelniku, pochłaniasz słowo po słowie...

Smacznego, życzy autor

Rozdział 1 „Przedstawiam wam… Mnie!”

Kim jestem? To dobre pytanie, choć na pewno nie najważniejsze w historii ludzkości. Jeszcze niedawno spokojnie wyrecytowałbym odpowiedź. Dziś sam się nad tym zastanawiam i dzielę się moimi przemyśleniami niczym dziadek cukierkami firmy... Zaraz, zaraz, bez lokowania produktu. Lokować to może kobieta włosy.

Lokowanie produktu, z bzdur, bzdurduktu! Was też to prześladuje, jak nie przymierzając, klątwa faraona nieostrożnych turystów w Egipcie? Cóż, tu i tam skutek ten sam. Mamy tego dość, po prostu już tym sramy…

Często gubię wątek skacząc myślami po różnych zakątkach tego co chciałbym powiedzieć. Nieraz mam tyle do powiedzenia, że przydałaby mi się druga para ust. Co ja bym wtedy umiał… Dobra! Abym mógł odpowiedzieć kim jestem, najpierw muszę wam pokazać kim byłem.

Jak co rano, niemal tradycyjnie, obudziłem się kilka minut przed sygnałem budzika. Dokładnie o 7:55, gdy ten nastawiony był na 8:00. Skąd taki nawyk? Otóż mając nienormowany czas pracy mogłem sobie wybierać porę wstawania. Pasowało mi to. Nie pamiętam już tylko, skąd akurat taki nawyk uprzedzania budzika. Może zwyciężała we mnie chęć bycia krok przed kimś innym? Tak czy siak przyzwyczaiłem się do tego, że otwieram oczy kilka minut przed budziorem i patrzę jak wskazówka leniwie, acz nieubłaganie posuwa się zgodnie ze swym zwyczajnym ruchem. Uparcie idzie po swoje, zawsze tak samo, nie zważając na resztą. Egoistycznie, ale robię tak samo. Oczekuję na dzwonek, na nowy dzień. Taki mój mały, dziwny obrzęd, których zresztą mam mnóstwo.

W końcu usłyszałem oczekiwaną melodyjkę. Niezbyt ją lubiłem, ale jak już zdążyliście zauważyć, jestem niewolnikiem przyzwyczajeń. Nie jestem dewiantem dziwnych zachowań jak taki Sheldon Cooper w serialu Teoria wielkiego podrywu, czy tytułowy bohater serii Detektyw Monk, ja mam własne schematy działań.

Nie pierwszy raz, w moim kawalerskim bycie, z łóżka zwlekałem się nieśpiesznie, jakbym chciał zatrzymać czas. Moje łoże jest duże, co najmniej dwuosobowe, ale zdarzało się, że gościło w nim więcej osób. Nie mówię o nim małżeńskie, choć tak przedstawiał je sprzedawca. Po pierwsze nie jestem małżem, a i żeństwo nie jest mi w smak. W końcu małże to mięczaki, ja jestem twardzielem w całym pozytywnym tego słowa znaczeniu. Zresztą nazywajmy rzeczy po imieniu, było po prostu duże, takie lubię. Wierzę, że lepiej by łóżko było duże, a nie kobieta w nim. Nie wiem zresztą, czemu mianowano je łożami małżeńskimi? Duża kobieta zawsze musi być małżonką? Logiczne jest też to, że jeśli w łóżku leży para, to przeważnie są tak do siebie przytuleni, że zajmują połowę tego miejsca, a jeśli się tak nie przytulają to chyba nie powinni już być małżeństwem. Gdzie tu sens? Nigdy nie rozumiałem też par na siłę trzymających się przy sobie.

„Tego kwiatu jest pół światu”, więc po co marnować czas przy chwaście? Po co więdnąć?

Tak, miewam natłok dziwnych myśli. Czasami zastanawiam się czy nie zwariowałem przez to życie w pojedynkę. Ile normalnych osób na świecie rozmawia z samym sobą? Uznajmy mnie za narratora. Jestem jedyną osobą na świecie, której ufam. Sorry. Czas ruszyć w dzień.

Odsuwam więc z okna czerwone zasłony, które dzięki promieniom słońca lub księżyca ciekawie oświetlają mój nieduży, lecz całkiem dobrze wyposażony pokój. Unosił się tu dziwny zapach. Mieszanka damskich perfum i męskiego potu. Chyba się działo. Mądrzej będzie otworzyć okno.

Spojrzałem na horyzont i zmrużyłem mimowolnie oczy.

Słońce wzeszło dziś normalnie, niczym nie zapowiadało niezwykłości nadchodzącego dnia. Pora na moją rutynę. Najpierw trochę ćwiczeń. Pompki, brzuszki, podciągnięcia. Trzeba jakoś wyglądać i trzymać formę. Czas należy okłamywać tak by połapał się w oszustwie dopiero po naszej śmierci.

Nie mam w zwyczaju śmierdzieć więc trzeba zmyć z siebie pot.

Uwielbiam ten regenerujący prysznic. Następnie spoglądam w lustro. Jest okej, nie za gruby, nie za chudy. Zadbany, dobrze zbudowany, trzymający formę dzięki ruchowi, a nie magii Photoshopa, gość.

– Ogolić się czy nie? – zastanawiałem się co kilka dni, podczas mycia swojej często zmęczonej, ponad trzydziestoletniej już niestety gęby. Nie, dziś zostawię tak jak jest. Kobiety lubią zarost zadbany, a nie krzaki jak na opuszczonej działce. Zdarza się, że irytuje je tarcie, ale tarcie powoduje energię, energia to działanie, a one lubią jak wszystko działa.

Przestań, dziś robota, spotkań z kobietą nie planuję. Dziś nie muszę być pięknym.

Śniadanie, koniecznie tosty i jajko sadzone. Białko to podstawa. Nużące? Ponoć dobre rzeczy nigdy się nie nudzą. Trzymając w dłoni tosta otwieram laptop. Znów okruszki na klawiaturze.

– Właśnie, gdzie jest laptop? – Rozglądam się po całym mieszkaniu na szóstym piętrze bloku śródmiejskiego osiedla.

– Taki burdel, a dziwek brak – pomyślałem wertując porozrzucane wszędzie ciuchy. Kiedyś to posprzątam, wizyt póki co nie przewiduję. Na co trafiam? Jest laptop! W środku znajduję niespodziankę.

Damskie, czarne majtki. Koronka? Kiedyś to się na głowie korony nosiło. Cóż, jakie czasy, takie księżniczki. Karteczka? Co one robią w laptopie? E-majt?

Na pamiątkę wieczornych igraszek, twoja Wiktoria – przeczytałem. Phi, moja?

Z jednej strony zaniepokoiły mnie luki w pamięci, a z drugiej ucieszyła świadomość miło spędzonej nocy. To, że zmieniam kobiety tak często jak człowiek przestrzegający higieny majtki, nie uprawnia mnie do bycia egoistą. Pewnie teraz zastanawiasz się jak często zmieniasz majtki, co?

Przez podryw nie jestem egoistą. Wszak też daję przyjemność. Co za baba! Myśli tylko o sobie! Nie dołączyła zdjęcia! Skąd mam wiedzieć jak wygląda?

Dobra, koniec z tymi dumaniami, czas na robotę.

Jak co rano przy śniadaniu musiałem sprawdzić skrzynkę mailową. Nie nawyk, obowiązek. Ogłoszenia o pracę serwisu „Zarób z nami fachowcami”.

Odpalam stronę www, działa bez zarzutu. Jak i ja.

Tak w ogóle mam na imię Marcin, Bekas Marcin. Sorry za brak kultury, ale... W tym momencie Marcin donośnie beknął i podrapał się po kroczu, przerywając na pewien czas narrację z perspektywy pierwszej osoby. Kończąc jego zdanie chciałem napisać, że kultura nie jest jego najmocniejszą stroną. Choć oczywiście potrafi zachowywać się odpowiednio, jeśli wymaga tego sytuacja. Był dziwną mieszanką pedanta i flei. O dziwo istnieją takie okazy i radzą sobie w dżungli zwanej życiem. Siedząc tylko w kolorowych bokserkach w Mikołaje przeglądał otrzymane wiadomości w skrzynce mailowej. W końcu trafił na to, czego szukał. Dzięki specjalnemu programowi odkodował wiadomości i zabrał się za zaznajamianie ze szczegółami nowego zlecenia.

„Pilne. Potrzebne zdjęcie, dobrze płatne, szybkie, bez udziwnień. Spotkanie o 12:00 w kawiarni ‘Niebko’. Miej najnowszy numer dziennika „Mirax” tuż przy prawym łokciu i okulary przeciwsłoneczne na twarzy. Zamów colę z lodem i cytryną. Dosiądę się, jeśli uznam, że jesteś okej i spełniłeś moje wymagania. Koniec wiadomości”.

– No dobra, z czegoś żyć trzeba – stwierdził Bekas, nie przeszkadzała mu niewiedza na temat tożsamości zleceniodawcy. Ostatnio bardzo zaniedbał kilka zleceń i miał przez to nóż na gardle. Nie lubił tego. Wolał, gdy ostrze było na szyi jego ofiar.

– Ważne, by się cyferki zgadzały na koncie – to jego dewiza. – Mniej wiesz, dłużej pożyjesz? Wiesz więcej, pożyjesz lepiej.

Wtedy jeszcze nie zdawał sobie sprawy jak brzemienny w skutkach będzie kontakt z tymże najnowszym klientem…

Rozdział 2 „Papa racji mieć nie musi”

Godzina 12:00

Zawsze lubiłem punktualność, ceniłem ją niezwykle, szczególnie w czasie pracy. Pilnowałem jej również w swoim przypadku, więc oczekiwałem podobnego ustosunkowania wobec mnie. Postąpiłem zgodnie z wytycznymi zleceniodawcy. Można mnie wręcz uznać za tak zwanego paparazzi, w końcu w moim zawodzie ludzie płacili dużo za zdjęcia innych. Dla ścisłości, tak, zdejmowałem ludzi z tego świata i zdejmę jeszcze wielu.

Atrakcyjna kelnerka z uśmiechem przylepionym do twarzy przybyła po zamówienie, ale dziwnie ściśnięte gardło nie wydusiło nic mądrzejszego poza jęczącym:

– Yyy… nie, ja czekam na kogoś i… Jeszcze nie.

– W takim razie będę w pobliżu – odparła pięknie melodyjnym głosem. Nie wiedziałem, że tak można pieścić czyjeś uszy. Co mi jest? Wracam do trzeźwości umysłu. Nie pozwolę jej odejść. Musi mnie zapamiętać, bo ja na pewno będę pamiętał ją ciepło.

– Mam nadzieję. – Puszczam oczko i myślę, że urok wrócił. Nic to. Nie widziała tego i wróciła do pracy. Do pracy. Do pracy Bekas!

Kobiety nieczęsto wprowadzają u mnie taki brak elokwencji. Płeć przeciwna. To zawsze była moja słabość i jednocześnie cel dający siłę.

W wyobraźni już widziałem nas razem. Błysk i już.

Wydawało mi się, że w jej oczach dostrzegam podobny obraz, co w mej głowie. Po chwili niemal czułem dotyk jej zainteresowania. Na chemię niema reguły, są tylko wzory. Raz występuje od razu, a innym razem wcale. Mam nosa do takich spraw. Można mnie nazwać snajperem damskich serc. Cel i pal.

– Praca, teraz praca. Skupienie – zganiłem się, ale nie mogłem oderwać oczu od jej pięknych nóg i tych wspaniale kołyszących się bioder w czarnej mini spódniczce. Te wzniesienia widoczne pod białą bluzką, góry, które chce się zwiedzać do upadłego. Spodobała mi się, jakoś inaczej, dziwne uczucie. Taki aniołek z wyglądu, a diabełek w środku? Obiecuję, że wrócę do tematu „kelnerka”.

Skąd taki wniosek o diabełku w niej? Zaśmiała się, gdy później poprosiłem colę z lodem. Tak przełamałem lody.

Co za egoistyczna, zbereźna, zapatrzona w siebie świnia – pomyślało zapewne wiele z was. Nie pomyliliście się. Życie bywa niczym chlew, więc czyż nie świni żyje się prościej?

Zapatrzony Bekas uparcie wyrzucał narratora próbując opisywać tę historię własnymi słowami.

Zbereźna – pomyślałem. Lubię takie otwarte kobiety. W otwarte drzwi łatwiej wejść, prawda? Gdybym mógł to w te drzwi niemal bym wbiegł! Kelnerka nie miała więcej niż 30 lat, może 27. Jeśli ma mniej, to też się nie obrażę. Nieważne, wrócę do tego, ale najpierw robota.

Gdzie on jest? Gdzie mój kontakt? – zastanawiałem się. Gorsi od spóźniających się są tylko przedwcześni. Dobre, muszę to zanotować. Ale za chwilę. Cholernie dobry ten koktajl. Umila mi czekanie, ale osłabia czujność.

Minęło już 15 minut i 40 sekund, od kiedy wszedłem do kawiarni „Niebko”, a zleceniodawcy jak nie było tak nie ma. Obserwuje mnie? Może już się gdzieś czai? Nagle do mojego stolika podeszła kobieta, choć określenie to mogło być z mojej strony nadużyciem. Dość otyła, rzekłbym gruba. Jakaś taka odpychająca, duża planeta bez grawitacji przyciągającej. Może nie lubiłem patrzeć na coś brzydkiego. Jeśli miałaby między nami zaistnieć chemia to tylko w postaci jej tanich perfum. Boże, ile ona na siebie tego wylała? Chmura pierwiastków zdawała się wyciągać po mnie łapska. Zapalę? Nie, to jakby zajarać na stacji benzynowej. Co za baba, jedno, wielkie, z naciskiem na wielkie, przeciwieństwo mojej ujmującej blond kelnerki. Właśnie, a ta gdzie zniknęła? Ta gruba na nią usiadła?!

– Witaj. Ja w sprawie zdjęć. Jak już się pewnie domyślasz.

– Nie spieszyłaś się.

– Nie jesteś pępkiem świata – odparła spokojnie.

– Twój strój.

– Co z nim?

– Rzucasz się w oczy.

– Lepiej niż do gardła. Ale ty mnie nie zauważyłeś, prawda? Więc to chyba nie był tak straszny kamuflaż.

– W tej kiecce i kapeluszu widać cię na kilometr.

– A pod nim mam afro. Wy, faceci, tak latacie wzrokiem za ładnymi, zgrabnymi paniami, że na te inne...

– Na te brzydkie – pomyślał Bekas.

– ...na te inne nie zwracacie już uwagi. Więc mi tu gówniarzu braku kompetencji nie zarzucaj.

– Dobra, dobra. Mieliśmy gadać o pracy.

– Tu są szczegóły. Skoro przyszedłeś to się podejmujesz, tak? – zapytała gruba kobieta w sukience w kwiaty i słomianym kapeluszu na głowie. Marcin zajrzał dyskretnie do podsuniętej gazety. Była w niej mała aktówka.

– Najpierw poznam szczegóły, potem dam odpowiedź – odparłem udając trudnego do zdobycia, ale potrzebna mi kasa.

–To pilna akcja, nie mam czasu na pierdoły. Zapewniam, że tak dobrze jeszcze płacone nie miałeś, a w CV masz trudniejsze akcje.

– Moje CV?

– Tak jak mówiłam, sporo wiem. Teraz chcę wiedzieć czy jesteś moim człowiekiem. Śpieszy mi się.

– Jak się człowiek śpieszy, to się diabeł cieszy. Najpierw pogadajmy. Skąd tyle o mnie wiesz? Dlaczego akurat ja?

– Powiedzmy, że w branży dobrze się o tobie mówi – odparła dość zagadkowo zleceniodawczyni w sukience w kwiaty.

Wielkie żółte słoneczniki. Gdyby pojawiła się pszczoła może przebiłaby ten balon? Oglądanie jej nie sprawiało mi żadnej przyjemności, siedziałem za karę w kozie z nielubianą nauczycielką. Może to świństwo, ale przywykłem do tego, że nie robię nic wbrew sobie. Gdzie ta blondynka? Praca, skup się!

Kelnerka wróciła z zaplecza, by pobrać zamówienie od mojej nowej towarzyszki, tej wielkiej, która spoczęła ze mną przy stoliku na uboczu lokalu.

– Zdecydował się Pan już na coś? – zapytała urodziwa dziewczyna spoglądając na mnie z serdecznym uśmiechem. Magia. Byłem oczarowany. Nie pierwszy i nie ostatni raz, ale krew zawsze krążyła mi szybciej i płynęła tam gdzie trzeba.

–Tak, zdecydowałem się na Ciebie – pomyślałem i miałem już powiedzieć coś miłego, ale do rozmowy wtrąciła się gruba towarzyszka. Nie miałem wyrzutów sumienia, po prostu gruba, bo zwykłem nazywać rzeczy takimi, jakimi je widzę.

– Jabłecznik dla mnie i dla mojego męża. Dwa widelce, jeden talerzyk. Lubimy być blisko jak wisienki na drzewie – stwierdziła bez chwili zawahania. Magia prysła, a moja szczęka, słowo daję, wylądowała na podłodze. Nie wydobyłem z siebie ani słowa. W ciągu kilku krótkich chwil dwukrotnie zaniemówiłem przy kobietach, co się ze mną dzieje? Womenopauza?

Uśmiech zniknął z twarzy uroczej kelnerki, ustąpił miejsca wyrazowi obrzydzenia. Nie wiedziałem, czy spowodowała to facjata mojej zleceniodawczyni czy może skrzywiła się na myśl o mnie. W jej mniemaniu byłem teraz flirtującym z inną kobietą, żonatym mężczyzną, który nie wzbudza innego uczucia niż obrzydzenie. Inteligentna dziewczyna, jestem u niej spalony. Nie pierwsza, nie ostatnia.

– Dlaczego tak powiedziałaś?! Przecież Ty... Ja?! My się... – rzuciłem zirytowanym półszeptem do kobiety, ekhm, zleceniodawcy.

– Uspokój się. Widziałam jak na siebie patrzycie, byłam tu dobre kilkanaście minut. Odrywałaby cię myślami od zadania, a tak masz spokój – wytłumaczyła mi moja gruba „sztuczna żona” poprawiając słomiany kapelusz. Choćbym nie wiem jak bardzo chciał, to nie mogłem odmówić jej racji. Skubana. Przecież sam to sobie obiecałem: wrócę tu. Nie mogę dołożyć kolejnego więźnia do mojego pokaźnego ogrodu przyzwyczajeń. Nie ma zobowiązań, nie ma konsekwencji. Mniejsza szansa na wpadkę. Po co komplikować sobie życie? Nie byłem przekonany do tej roboty. Ostatnio trochę przegrałem w karty i przydałaby się forsa, ale może inne zlecenie? Postanowiłem nieco się z grubą podroczyć.

– A skąd pomysł, że się tego podejmę? – wróciłem do interesów.

– Nie zadawaj durnych pytań. Podejmiesz się, jestem pewna. Być może znam cię lepiej niż ty sam.

Wziąłem do rąk gazetę z kopertą, którą podsunęła mi potencjalna szefowa i ostrożnie wyjąłem zawartość.

Szefowa Szafowa, i to trzydrzwiowa. Powstrzymuję śmiech.

Akcja nie wyglądała na specjalnie trudną, za to ilość zer na propozycji przedstawiała się nadzwyczaj atrakcyjnie.

– Dlaczego aż tyle? – zapytałem, nie zauważając, że otyła kobieta łapczywie jadła dopiero co przyniesiony jabłecznik.

– Możemy dać ci mniej jak coś nie pasuje. – z ust wyleciały jej kawałki ciasta.

– Jest okej – odparłem. Zawsze warto pytać. Więc kurde... Po co ci były dwie łyżeczki? Będziesz żreć dwoma naraz!?

Aż tak ci się śpieszy?

– Uwielbiam jabłka – wypaliła nagle z pełnymi ustami, a kolejne kawałki owoców wypadały jej na sukienkę z kwiatami. Teraz była to czerwona suknia w słoneczniki i jabłka. Ledwo rozumiałem tę kobietę.

– A ja lubię zaruchać, obchodzi cię to tak jak mnie twoje owocowe gusta? – wypaliłem twardo, ta baba zaczynała mnie drażnić coraz mocniej. Czułem, że czerpie z tego satysfakcję.

– Więc oboje lubimy owoce zakazane.

– Nie mam czasu na metafory. Co ty bredzisz?

– Jestem wybredna, co nie znaczy, że bredzę. Bierzesz to zadanie czy nie?

– Po prostu pytam, ciekawski ze mnie człowiek.

– Oby nie zbyt ciekawski, w twoim fachu milczenie też jest ważne, nie sądzisz?

– A jeśli się nie zgodzę?

– Ze mną czy na zlecenie?

– Praca.

– Znajdziemy kogoś innego. Pamiętaj, że dla takich jak ty nie ma pośredniaków i składki zdrowotnej.

– Bujda, sama mówiłaś, że jestem ceniony w branży. Skoro mnie wybrałaś zależy ci na moich umiejętnościach.

– Ceniony to tylko cztery litery od przeceniony. Cztery litery to też dupa, chcesz być uznany za dupę?

– Wygadana jesteś jak na kogoś komu wyłazi słoma z butów. Co ja mówię, ona wręcz wybiega – wskazałem na jej sandały. Wystające tu i ówdzie włosy na stopach wyglądały dokładnie jak słoma. Zaczynałem tracić nad sobą panowanie. Co mi jest?

– Zawsze obrażasz pracodawców?

– Jestem na tyle dobry, że to ja wybieram dla kogo pracuję. Nie zatrudnia mnie przedszkole lub call center. Tutaj nie trzeba być miłym. Nie jestem tu by lizać ci tyłek.

– Możesz pomarzyć, chłoptasiu – odparła i zarechotała głośno. Mnie robiło się niedobrze przez te jej insynuacje seksualne.

– Nie wyparłeś się, gdy nazwałam się twoim pracodawcą, więc cię zatrudniłam. Zgodziłeś się i…

– To niema nic do…

– Takie pyszne ciasto – stwierdziła ignorując mnie. Zmieniła temat, czuła, że mnie to drażni. Rzeczywiście nieźle mnie zna. Ktoś ma za długi język.

– Wracając do słomy z butów, może to symbol twojego zapału? – Stwierdziła Szafowa grzebiąc w jabłeczniku.

– Coraz mniej rozumiem.

– No to kto ma gorzej. Ta co wychodzi jej słoma z butów czy ten, któremu wychodzi ona z głowy? Przylazłeś tutaj, bo byłeś zainteresowany robotą, czyli potrzebujesz kasy. To nie pośredniak. Nie jedziesz zbierać kwiatków w Holandii. Więc mi tu nie pierdziel, tylko bierz tę robotę albo zlecę to komuś innemu. Nie mam czasu na pierdzenie w stołek. Gdy zjem jabłecznik, wychodzę. Czas start – przemawiała do mnie moja, hm, nowa szefowa? Znów musiałem przyznać jej rację, choć oczywiście z oporami. Wredna, ohydna, ale konkretna kobieta z mylącym, niechlujnym wyglądem. Myśli jednak bardzo schludnie. Cenię szefów nie za ujmującą aparycję, a za kompetencje. Szef ma rządzić, nie wyglądać. Szczególnie nie w moim zawodzie. Dziwność jest tutaj na porządku dziennym.

Ważne są dotrzymywane obietnice. To złota, nie do złamania zasada. Byle jaki pracodawca to byle jaka praca, zawsze i wszędzie tak było, jest i będzie. Robota ma być dobra, a nie wyglądać na dobrą. To drugie to tylko dodatek uatrakcyjniający.

– Dobra. Masz fachowca. Teraz się pożegnamy.

– Nie zjesz ciasta?

– Straciłem apetyt – odparłem i odsunąłem się od stołu. Moja Szafowa postanowiła zemścić się na sam koniec.

– Pa, kochanie, widzimy się w domu – rzuciła na pożegnanie, gdy byłem już przy drzwiach. Głośno, tak aby wszyscy słyszeli. Personel i goście. Nieprędko mnie zapomną. Tak jak i ja tego upokorzenia.

Zrobiła to z wyraźną satysfakcją. Widziałem miny klientów, a w tych spojrzeniach malowała się litość i żal wobec mojej osoby. Zainteresowana mną kelnerka nie zwróciła na to uwagi. Zajęta pracą?

Nienawidzę być ignorowany, ale w tej chwili chciałbym zniknąć. Wstyd. Widziałem twarze pozostałych gości kawiarni i personelu gdy odchodziłem. Kilkoro zaśmiało się z mojego pecha, ale większość patrzyła ze skrzywieniem to na Szafową, to na mnie, dziwiąc się zapewne, co taki przystojny gość robi z tym kaszalotem. Takie miałem wrażenie.

Za pracownika Greenpeace raczej mnie nie wzięli, wielorybów ratować nie będę. Pewnie zostałem uznany za żigolaka czy innego utrzymanka.

Fuj, co za babsko!

Powtarzałem całą drogę do domu. Sięgnąłem po piwo by wypłukać z głowy ohydny obraz grubej baby w kwiatowej sukience. Obrzydziła mi jabłka i słonecznik do końca życia. Musiałem też zastanowić się jak dobrze wykonać swoje nowe zadanie, odpowiednie zdjęcie.

Paparazzi rusza w miasto.

Przez następne trzy dni śledziłem i obserwowałem swój cel. Był to mężczyzna mający może 25 lat, nie więcej. Raczej dobrze zbudowany blondyn o kręconych włosach do ramion. Wiele kobiet z pewnością mogłoby go uznać za modela. Choć w moich oczach sprawiał wrażenie dość zniewieściałego. Gdzie mu tam do mnie. Narcyz. Przyganiał kocioł garnkowi.

Podobnie jak ja był niewolnikiem przyzwyczajeń. Codziennie ta sama kawiarnia przed południem. Podobne ciuchy, gdybym się dokładniej nie przyglądał to mógłbym założyć, że w ogóle ich nie zmienia. Podejrzane wydawało mi się to, że niemal ciągle jest szczęśliwym. Z nikim się nie umawiał, ale zawsze kogoś spotykał. Tajemniczy facet trzymający ludzi blisko, a jednocześnie na dystans. Trochę przypominał mnie, ale kurde, czy ja jestem takim wkurzającym lalusiem?

Oczywiście, że nie, gdybym zaczepiał ludzi na ulicy, zwracałbym zbyt dużo uwagi na siebie. Na imprezie to co innego. Tam tylko niebawiący się ludzie są podejrzani. A tak serio to mój obiekt ma coś ze mnie. Podejrzany, dziwny typ, w pętli przyzwyczajeń.

Nie będzie trudnym celem.

Miewałem gorsze. Na każdą moją wyprawę zabierałem aparat i pstrykałem tyle zdjęć, ile tylko się da. Każdy materiał będzie cenny, nie wierzę w zbędne fotografie czy informacje.

Zawsze prowadziłem obserwacje obiektów, ale nigdy nie zagłębiałem się w powód, dla którego dana osoba miała stać się dla mnie celem. Tak właśnie tych ludzi nazywałem. Cele lub obiekty. Ktoś potrzebuje „zdjęcia” i ja to zlecenie wykonuję. Dawno wyleczyłem się z rozterek moralnych. W innym wypadku już lata temu postradałbym rozum i skończył jak świry w Tożsamości szaleństwa Wałęki czy innego pismaka, co mu się chyba za dużo wydaje.

Napisałbym to lepiej!

Nie mam zamiaru robić tego co robię przez całe życie, ale ponoć powinniśmy oddawać się czemuś, w czym jesteśmy dobrzy. Więc czy ja postępuję niesłusznie? Przecież nawet sam Bóg uważa marnowanie talentu za grzech. Nie wiem czy On istnieje, ale w tym akurat się zgadzamy. Dogadamy się?

Może nie powinienem o tym mówić, bo nigdy nie zgłębiałem powodów „zdjęcia” kogoś. Morderczy ze mnie fotograf, ale nie odnajduję przyjemności w zabijaniu. Śmieciarz nie musi kochać śmieci, ale ktoś sprzątać musi. Usuwam ludzi za pieniądze. Patrząc na to religijnie, można uznać mnie za człowieka z misją. Skoro ofiara wierzy w Boga, to się z nim spotka, jeśli jest zła pójdzie do piekła i tam dostanie to na co zasłużyła. Ateiści, hm, Ateiści dostaną odpowiedź lub będą mieli święty spokój.

Starałem się nie spoufala z przyszłymi ofiarami, ale ktoś i tak by je zabijał. Jak nie ja to ktoś inny. Używałem możliwie bezbolesnych środków. Wszystko zależało od celu.

Nie wiem komu mój najnowszy obiekt nadepnął na odcisk, ale jak już wspominałem, nigdy nie warto znać powodu. To wprowadziłoby wahanie. Poznaj teraźniejszość ofiary, nie znaj przeszłości, by skutecznie, bez zahamowań pozbawić ją przyszłości. Mój sposób działania. Modus operandi.

Według mnie mój blond cel był idiotą, któremu ktoś chce skrócić cierpienie. Kiedyś już miałem zlecenie od śmiertelnie chorego staruszka. Były wojskowy wolał zginąć nagle, zaskoczony przez kulę w głowie, niż nieoperacyjnego raka, który powoli trawił jego ciało.

Mój cel nie był zgorzkniałym dziadkiem. Czasami szedł ulicą podskakując. Nucił dziwną melodię, a w innych chwilach, gdy nikt nie patrzył, wydawał się smutny i zamyślony. To były tylko chwile. Facet był uzależniony od uśmiechu i pozytywnej energii. Nie wiem co brał, ale zabije go coś innego niż dragi. Obserwował ludzi, każdego. Gapił się na nich jakby zakochał się w ludzkości. Nieważne czy było to dziecko, atrakcyjna kobieta czy staruszka z dziadkiem trzymająca się za dłonie. Obserwował też mężczyzn. Zbyt długo jak na faceta... Ble!

Wszystko skrupulatnie notował i sprawiało mu to nieukrywaną przyjemność. Cholerny, szczęśliwy podglądacz. Może zboczeniec. Ćpun i pozbawiony własnego życia pasjonat zagadywania obcych ludzi. Muszę go dorwać, gdy będzie sam. Niestety, ktoś zauważy jego zniknięcie. Może. Ludzie go widzieli, ale szybko o nim zapominali. Uśmiechali się przy nim, cieszyli się, lecz za chwilę wracali do swoich spraw.

Co on bierze? Nikt nie jest 23 godziny na dobę szczęśliwy. Godzina smutku dziennie? Żeby inni ludzie tak mieli. Przespać łzy i uznawać je tylko za przemijający koszmar.

I ta fryzura. Opadające na ramiona loki też musiały być zrobione na zamówienie. Przysięgam, tak rażący jasny blond może świecić w ciemnościach.

Jak można jednocześnie izolować się od ludzi i zaprzyjaźniać z nimi w kilka chwil? On to potrafił, ale cóż... Urok dziwaka i smak nowości. Jak dziecko dostające nową zabawkę. Pobawi się, pocieszy, a potem w kąt.

Opowiadam wam tę historię i mówię co widziałem, więc dzielcie ze mną ból zastanawiania się.

Najdziwniejszy moment w mojej obserwacji wciąż na mnie czekał. Mówię wam, niejedną dewiację widziałem, ale to było przegięcie. Pewnej nocy, podczas obserwacji obiektu w jego mieszkaniu, zobaczyłem coś co wstrząsnęłoby nawet wyobraźnią Stephena Kinga. Obiekt nie zaciągnął do końca zasłony w oknie, jakby chciał aby ktoś go obserwował. Może ta samotność jednak go ruszała? Stop. To tylko obiekt, wór mięsa do eksterminacji. Za długo mu towarzyszyłem, ale nie zawaham się. Nie po tym co zobaczyłem.

Z budynku naprzeciwko widziałem mój blond cel. Stoł przed lustrem, prężył na swój sposób umięśnione , opalone ciało i podziwiał siebie. Okej, może od tego są lustra by się w nich przeglądać, ale cholera, dorosły facet ubrany tylko w pieluchę i z przyczepionymi skrzydłami? Mało wam? Miał przy sobie łuk i strzały.

Po kilku minutach dołączyła do niego naga, atrakcyjna kobieta i zabrali się za ogniste figle...

Dobra, żart, po prostu chciałem jakoś usprawiedliwić wygibasy tego gołego świra przed lustrem. Ble! Poza tym chyba miałem już dość materiałów, czas skończyć robotę. Potem wyruszę na jakieś panienki i też coś ustrzelę. Muszę odreagować.

Trzeba zapomnieć. Reset działa niczym najlepsze lekarstwo. Kilkanaście godzin później byłem już gotów do akcji.

Myśleliście, że kim ja jestem, amatorem fotografii?

Rozdział 3 „Cel uświęca środki, ale sierotki nie uświęcą celu”

Nastał już przyjemnie ciepły wieczór. Cel Marcina wychodził ze swojej ulubionej księgarni z książką w jednej dłoni i futerałem na gitarę w drugiej. Ciepła noc nie wymagała dużej ilości ubrań, ale publicznie chodzić prawie nago nie wypada. Ten zakaz bardzo wkurzał Arkadiusza, tak nazwijmy obiekt Marcina Bekasa.

Jego przyszła ofiara wyglądała jakby odzież go drapała. Jakby chciałby ją jak najszybciej zrzucić.

– Lokaty ekshibicjonista – tak nazywał go Bekas.

Arkadiusz rozejrzał się ostrożnie, to na prawo, to na lewo, po czym ruszył w tę pierwszą stronę.

Po kilkunastu minutach wesołego marszu, dotarł do przejścia dla pieszych. Światła sygnalizacji nie działały, a słaby blask latarni ulicznych potęgował uczucie niepokoju dość licznych przechodniów. Nic jednak nie naruszało pogody ducha Arkadiusza. Ciągle się uśmiechał i nucił coś pod nosem. Już miał przejść na drugą stronę ulicy, gdy nagle nie wiadomo skąd pojawił się pędzący z zawrotną szybkością samochód. Arek nie zdążył zareagować, a pędzące auto uderzyło z impetem w... przechodzącego tuż przed nim szarego kota.

– Biedna kicia – westchnął z żalem na widok rozjechanego zwierzaka, a po chwili ruszył dalej, idąc po tak zwanej zebrze.

– Zebra zabiła tygrysa – pomyślał i sam zaśmiał się z własnego żartu.

– Trzeba „zebrać” zdechłego kota – ponowił dowcip Arkadiusz i zaśmiewał się głośno krocząc po pasach. Gdy znalazł się już szczęśliwie po drugiej stronie, skręcił w lewo, obok zamykanego właśnie kantoru. Właścicielem był chuderlawy, rudowłosy mężczyzna z sumiastym wąsem. Poprawił swoją czerwoną, flanelową koszulę i zaczął zamykać kolejne zamki w drzwiach. Nagle został zaskoczony przez dwóch rzezimieszków w kominiarkach. Jeden uderzył właściciela w tył głowy, drugi zabrał mu klucze i zaczął otwierać dopiero co zamknięte zamki.

Z pewnością ich celem była napaść na kantor, sterroryzowanie tamtejszego pracownika. Liczyli na szybki i pokaźny łup.

– Mariusz, pomóż mu z tym zamkiem – powiedział mężczyzna w kominiarce, po tym jak będąc w środku nie umiał poradzić sobie z drzwiami zamykanymi na kod.

– Zapytaj właściciela – dorzucił po chwili.

– Nieprzytomny, cholera, za mocno przywaliłeś!

– To był twój plan! Co teraz?

– Pomóż mi to rozwalić – nakazał. Przy użyciu łomów próbowali dostać się do środka. Gdy coś chrupnęło obaj złodzieje wymienili między sobą triumfalne uśmieszki.

– Udało się! Bierzemy kasę i dupa w troki!

Świadkiem wszystkiego był zszokowany Arkadiusz.

– O bosze… – westchnął. Bandyci zaczęli się śmiać, gdy zobaczyli Arkadiusza. Rozsiewa szczęście czy zaraża idiotyzmem? Po chwili doniosłego rechotania jeden z bandytów oparł się o czerwony przycisk wewnątrz kantoru. Złodziejom zrzedły miny, gdy całe pomieszczenie zostało odizolowane, a wyjście zagrodziły stalowe kraty. Przez własną nieuwagę i rozproszeni obecnością Arka, jeden z idiotów wcisnął alarm. Unieruchomieni jak myszy w pułapce.

– To twoja wina, idioto! – wołał jeden z bandytów do wspólnika.

Nie pozostało im nic innego jak tylko czekać na przyjazd policji. Arkadiusza kusiło otwarcie futerału, by pogodzić kłócących się osobników, ale sam śmiał się z dwójki pechowych złodziei.

Po jakichś dziesięciu minutach zjawiły się dwa radiowozy i karetka. Dwójka funkcjonariuszy odprowadziła skutych napastników do radiowozu, a lekarz opatrywał głowę właściciela kantoru.

Jeden z policjantów przesłuchiwał dwoje świadków, a inny mundurowy zbliżył się do stojącego nieco na uboczu uśmiechniętego Arkadiusza.