Wydawca: WAB Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 105 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Poza światłem - Wojciech Kuczok

Globtroter, alpinista i taternik, grotołaz, turysta, bywalec oraz mieszkaniec różnych miast. Skazany na wieczną wędrówkę. To najnowsze wcielenie Wojciecha Kuczoka, który przemierzył świat nie tylko wzdłuż i wszerz, lecz także… z góry na dół. Wspiął się na dach Europy, zszedł głęboko pod powierzchnię Ziemi, penetrując najbardziej niedostępne jaskinie (odkrywając kilka z nich).

W swojej książce zdaje sprawę z licznych wypraw, niejednokrotnie odbiegając przy tym od prostej relacji i anegdoty, przeplatając opowieść dygresjami na temat współczesnego podróżowania, momentami zadumy nad cudem natury czy antropologiczną refleksją o czasie, pamięci, pozostawaniu w ruchu. Wciąż wkracza przy tym na szlaki literackie, rekonstruuje kulturową mapę Europy, wkomponowuje w swoją opowieść aluzje, cytaty i kryptocytaty. Odwiedziny kolejnych miejsc i muzeów są bodźcem do przemyśleń nad sztuką i architekturą, do sporządzania notatek z lektur, wystaw, galerii. Ostateczny wymiar tytułowej włóczęgi ma związek z własną artystyczną drogą autora, bo Poza światłem to nie tylko dziennik podróży, ale także świadectwo zmagań z pisarskim rzemiosłem, z twórczą mocą i niemocą.

Jaskinia daje też komfort przebywania w przestrzeni asymetrycznej. Neurotyk w nieskazitelnie geometrycznym koszmarze metropolii odczuwa głód nieporządku. W naturze jaskini leży nieporządek, nieprzewidywalność kształtów. Gaudí zyskał popularność dzięki temu, że intuicyjnie wywołał w kamieniu negatyw w jaskini. No i ta metafora narodzin: wysiłek całego ciała po to, by wydostać się do światła. To naprawdę poprawia samopoczucie: regularnie rodzić się na nowo. Lecz przecież nade wszystko chodzi o tę niedostępną gdzie indziej dziewiczość. Globalna wioska nam się zacieśnia, wszystkie peryferia już poznaliśmy, nawet jeśli pozostały niezdobyte szczyty, wiemy z fotografii, jak wyglądają, a w ostateczności możemy na nie napluć ze śmigłowców. Tylko pod ziemią kryją się wciąż setki kilometrów terra incognita. W świeżo odkrytych partiach powtarzam gest Neila Armstronga. Tu nigdy nie było człowieka, nienaruszona przez miliony lat glina przyjmuje ślad mojej stopy.

(fragment)

Tyle razy zamęczano mnie pytaniem o to, ile jest autobiografizmu w moich fikcjach. Choć raz chciałem móc szczerze odpowiedzieć: „Tak, to ja”. W wypisach z dzienników podróżnych i raptularzy włóczęgowskich przyłapuję się na gorących uczynkach. Ta książka opowiada o tym, co robię, kiedy nie mogę się skupić na pisaniu książek. Wszystkie postacie i wydarzenia pojawiające się na jej kartach są prawdziwe.

Wojciech Kuczok

Opinie o ebooku Poza światłem - Wojciech Kuczok

Fragment ebooka Poza światłem - Wojciech Kuczok

Wojciech Kuczok

POZA ŚWIATŁEM

Copyright © by Wydawnictwo W.A.B., 2012

Wydanie I

Warszawa 2012

I

niewesołe miasteczka

*

Idę główną ulicą. Szukam twarzy, widzę tylko gnęby przygębione.

Charakterystyczny, metaliczny dźwięk gdzieś w oddali: coś komuś szczęka na złomowisku niemożliwości.

Pomyśleć, że Witkacy mówił o przedwojennym Chorzowie: Królewska Chuć.

*

Śnieg sypie, dzień za dniem. Mam z okna widok na perony, pociągi, tramwaje, ludzi mrowiących się, tuptających na mrozie.

Wystarczy zwykły Vivaldi i zaraz robi się z tego studium ruchu, ba, traktat o tajemnicy istnienia.

*

Rano, w drodze na tramwaj, widziałem kobietę leżącą twarzą do ziemi przed kościołem. Nie doszła na mszę, padła w stroju niedzielnym, eleganckim, w rajstopach, płaszczu, berecie. Czyli parę chwil wcześniej ubierała się jak zwykle, malowała, a potem ktoś wyjął wtyczkę z kontaktu. Nagłość, przeraźliwa nagłość śmierci. Oszczędza cierpień choremu, ale przysparza ich żałobnikom.

*

Kopią pod domem, wiercą, warczą agregatami. Czytam o góralach, oglądam stare fotografie Tatr, ale to mało – nie oddycham górami, oddycham smrodem i zgnilizną miasta. Do tego na korytarzu rozpoczął się remont – robociarze rozstawili na schodach rusztowanie, nie bacząc na to, że ktoś może chcieć wyjść z domu (czy tylko ja wychodzę?!). Dziś musiałem przeleźć na czworakach pod tą konstrukcją, co ich najwyraźniej bawiło.

*

W nocy burza szalała, Rawa wylała; w Świętochłowicach ludzie łódkami pływali po blokowisku, zrobił im się aquaparking.

*

Rozwiośniło się aż po zdjęcia wierzchnie. Spacerowałem wokół zrekultywowanych amelungów, spoglądając na wolną sobotę ludu pracującego: wędkarze, dzieci na placach zabaw, panie z pieskami, zdechłe szczury na brzegach stawów porośniętych rozczochraną pałką.

Miałem banię proletariacką, więc próbowałem zaczepić dziewczęta z ławeczki, ale po piwie zawsze ten sam problem z językiem: składnia mi się rozkłada, fleksja zanika i język plącze. Powiedziałem: „Chciałbym zaznać podróży z pańmi”.

*

Słoneczność rozpraszająca; nie pisałem, pojechaliśmy oglądać Śląsk: osiedla na Bobrku, stara huta, elektrownia Szombierki – te wszystkie plątaniny rur i monumentalnych ruin, którymi zachwycają się fotograficy z Krakowa i innych Warszaw. Ale ten wielki mechaniczny smok wciąż jeszcze tu i ówdzie zieje ogniem, wciąż żyje, choć osiedla już raczej bezrobotnicze, z reklamą wypisaną farbą na murze: WPIERDOL CAŁODOBOWO.

*

W hipermarkecie wózek pułapka: koła pocierające o metal działały jak dynamo – co tylko kawałek przejechałem, prąd mnie kopał.

*

Oczyszczalnia na Klimzowcu nie daje żyć. Mimo upałów musimy spać przy zamkniętych oknach, bo taki smród czułem chyba tylko raz w życiu, w Pradze, kiedy na Malej Stranie rąbnęła chmura (może ją rozpruł jakiś mrakodrap?) i zewsząd zaczęły spływać ścieki.

*

Chmurne upały, późna jasność czerwcowa, przeczucie lata, coraz mniej odzieży na kobietach. Wziąłem rower. Chcąc dojechać gdziekolwiek, muszę się przedrzeć przez strefy ruder i blokowisk, lombardów i sklepów monopolowych. Na chodnikach mnóstwo potłuczonego szkła. Ówdzie festyn jakiś, orkiestra górnicza, tłumek kiełbas i piw, tu dziewczyna z królikiem na smyczy, wierzgającym wokół drzewa, tam babcie podrygujące w rytm szlagierów sprzed stu lat. I graffiti na murach (nie umiem rozczytywać tych hieroglifów, nikt z moich znajomych też nie umie, R. powiedział: „Może to jakaś obca cywilizacja do nas pisze, a my tak sobie tę próbę kontaktu ważymy lekce”), ruiny fabryk, ruiny domów, ruiny biografii ludzkich na ławkach nieprzytomnie zalegające.

*

Bielsko jak Łódź – wille, kamienice i stare fabryki: architektoniczne ślady dawnych fortun. W jednej z nich muzeum techniki: rozmaitość krosien w najpotworniejszych, najbardziej abstrakcyjnych formach. Jak wielka wystawa narzędzi tortur. W dziale kapelusznictwa znaleźliśmy „rozciągarkę główek”.

*

We Frydmanie narzeka tubylec: „Panie, tu są piwnice olbrzymie, jeszcze z dziewiętnastego wieku, panie, piękne, długie, tych korytarzy tam jest, ho, ho, tam wino trzymali kiedyś, wisz pan. No i to by była atrakcja dla turystów, jakby tak pociągnąć światło, wysprzątać to, jakąś wystawę urządzić. Zysk byłby łatwy i szybki, panie, gdzie indziej już by dawno ludzie pieniądze z tego mieli, ale u nos to niemożliwe. Bo czterech właścicieli jest, tych działek nad piwnicami. I oni musieliby się ze sobą dogadać, a że się nienawidzą, jeden drugiemu woli nie pozwolić zarobić niż samemu się wzbogacić, tak to u nos jest, wisz pan, taki to kraj”.

*

W Jędrzejowie wściekli kierowcy o wyżętych spojrzeniach ludożerców przejeżdżają rynek z ręką na klaksonie. Wokół kloaczne bary pełne śmierdzącego języka Polski Fe. Złej, sfrustrowanej, rozdrażnionej. Nieco tylko tę nieuprzejmość małego miasteczka wprost z dupy Bursy łagodzi opactwo, na którego murach znalazłem graffiti przed wiekami wydrapane. I muzeum zegarów słonecznych, na których się nie znam, więc zadałem beztrosko pytanie: „Jak mierzono czas w dni pochmurne?”.

Im bardziej zapyziała mieścina, tym bardziej dziwaczne ma zbiory w muzeum. W Śremie natknąłem się na największą w Polsce kolekcję kusz, w Gwizdałach na muzeum gwizdków. Kiedy zwiedzałem z synkiem muzeum chleba w Radzionkowie, usłyszał, że patronem górników jest święty Klemens (ten, co zakotwiczył w Morzu Czarnym). Wymyślił więc, że patronem piekarzy powinien być święty Kredens. Tak mu się dopasowało kuchennie.

*

W Lublinie, w Teatrze NN w Bramie Grodzkiej para natchnionych filosemitów z uporem godnym podziwu przywraca pamięć o żydowskiej historii miasta. Zbierają wspomnienia tych, co ocaleli, stare fotografie, dokumenty i eksponują na kilku piętrach kamienicy, która stała się już czymś w rodzaju lubelskiego Yad Vashem. Wiedzą, jak poruszać czułe struny moralnie upośledzonej ludzkości – a to chłopczyk żydowski patrzy nam w oczy nieświadom, że za parę dni zginie w komorze gazowej, a to dziewczynka przed śmiercią pisze wiersz, znaleziony potem w buciku: „Jestem Elżunia, umieram tu sama, tata na Majdanku, w Oświęcimiu mama”. I to jest sztych w samo serce – te wersy dziecięce, z tego nie sposób się obmyć.

*

Starałem się pokazać córce Warszawę. Na trasie do Łazienek wszędzie porozrzucane reklamy i wizytówki domów publicznych. Zośka zbierała je i nazwała „karteczkami z modą”.

Jedyna szczera uciecha podczas pawich godów w parku Łazienkowskim. Wachlarze samców i ich walka w amfiteatrze o zdobycie najwyższego punktu w okolicy. To miasto pawi. Ludzkie pawie w niebieskich koszulach pod krawatami wracają z pracy o trzeciej w nocy z okularami słonecznymi Prady na czole.

*

Nocny spacer po gdańskiej Starówce, rosłej, wyremontowanej, podświetlonej, amsterdamsko się prezentującej kamienicami zaszczyconymi i oknami bez firan, z życiem wystawionym na pokaz. Miasto zdaje się trzymać fason, póki się nie stanie przed swojskim neonem: CINEMA CITY KREWETKA.

*

Na plaży w Sopocie zdechłe meduzy, małże, mewy dziobate, suche wodorosty, panowie z pieskami, panie z kijkami.

Wróciłem do hotelu i znalazłem na szybie napis: „Prosimy nie otwierać okna w celu uniknięcia przedostawania się owadów”.

*

Po festiwalowej nocy w hotelu Gdynia obudziło mnie o świcie sakramenckie chrapanie spod drzwi pokoju. Sprawdziłem – na korytarzu leżał goły facet z pyskiem wpasowanym idealnie w szparę między drzwiami i podłogą. Kiedy zadzwoniłem na recepcję, przyszedł boy, z trudem dobudził gościa i dowiedział się, że on w ogóle tu nie mieszka i nic nie pamięta. Przestrzegano mnie, że filmowcy lubią czasem podłożyć komuś świnię.

*

Na spotkanie autorskie w Kołobrzegu postanowiłem dopłynąć łódką, rzeką Parsętą. Im bliżej miasta, tym brudniej, w wodzie więcej śmieci. Zośka jako niepoprawna optymistka co chwila chciała wyławiać „butelkę z listem rozbitka”.

Jest jednakowoż w tym zestawieniu kolorów (ciemnoniebieska toń rzeczna i prześwietlona zieleń trzcin) jakieś metafizyczne rozmigotanie, poza czas i mapę wykraczające rozwodnienie rzeczywistochy. Taka śródletnia bujność bezczynności w pełnym słońcu, kiedy się pagaje wciągnie na pokład i podda nurtowi.

*

W mieście Chodzież widziałem młodzież, z której zdarłbym odzież.

Na spotkanie przybył też jednak pierwszorzędowy radiomaryjec, którego musiałem pokonać podstępem – najpierw przyznawałem mu rację i go głaskałem, a potem zdekonstruowałem jego wywód. To trochę jak podanie złemu psu kiełbasy, zawsze skuteczne.

Panie dyrektorki próbowały mnie zaherbatkować, a nazajutrz, kiedy uciekałem na pociąg, goniły z mandarynkami na drogę.

*

Poszedłem na spacer w pola. Widzę, że krowa się pasie jakaś dziwnie ubrana: w biustonoszu zmontowanym z taśm parcianych i wielkiej siatki. Gospodyni podeszła, wytłumaczyła, że tak trzeba, bo to krowa, która sama się doi.

*

Kraj ojczysty w wersji B: nigdy niedobudowane rudery obok sajdingowych klocków; pustaki na pustkowiach; wąskie szosy bez poboczy, gdzie nocami ludzie giną w ciemnościach; niby-nowoczesne kościoły w stylu sacro-polo; stacje benzynowe, na których nie prowadzi się prasy; miejscowości, w których zasięg zanika wraz z asfaltem; ostinato eklektyczno-kiczowatych dworków bogatych parweniuszy.

Dawne sztetle – ryneczki pośrodku niczego; synagogi przerobione na magazyny kurników aluminiowych albo remizy strażackie; stare kirkuty – dziś w postaci płotów ogradzających trawniki zasłane rozbitymi butelkami po wódce i z pomnikiem-płytą pośrodku, w którą wbudowano resztki znalezionych macew.

*

Pod płaszczem zimy kraj ładnieje: na brzydkich domach organy sopli zwisają z okapów, na podwórkach kocice szukają mrożonych myszy, pod lasami bieleją pola sarenkowate. Zima przegląda się w lodowym lustrze i zachwyca sama sobą, za nic mając jęki zgnębionych mieszczuchów i bujdy o efekcie cieplarnianym.

*

Pociągi w Polsce dzielą się na osobowe i niespieszne, oba rodzaje jeżdżą tak samo, tylko pasażerowie w niespiesznych mają więcej pretensji; kiedy niespieszne zwalniają, pasażerowie domagają się zwolnień, ci w osobowych są bardziej pogodzeni.

Zimą w wagonach sauna, bo grzejniki w PKP nie są regulowane, w myśl zasady „albo albo” – grill w przedziale albo lodówka w kiblu, bo sraczyk działa jak armatka śnieżna. Zimą wsiadam do pociągu i czuję, że wirusy na mój widok merdają ogonami.

*

W drodze do Piły siedziałem z kilkoma studentkami. Ładnawe; zaczepiali je wzrokiem przechodni podchmieleni, zwłaszcza jeden: na nie patrzył, na mnie łypał („Co mi zrobi, jak mnie złypie?”, myślałem trwożliwie). W końcu, wracając z toalety do swojej kompanii, zatoczył się na wysokości naszego przedziału i dopinając zamek w spodniach, ogarnięty nagłą inwencją zagadnął: „Przeaszszam, czy widziałyście już oczy ważki?”. Dziewczyny zbyły go milczeniem. „No to wam pokażę”, powiedział,i spuścił spodnie, i pokazał jądra wystające po obu stronach majciorów naciągniętych w cienki pasek.

*

Pijani w sztok rodacy lubią się przemieszczać. Rzyganie pod wiatr przez okno pociągu to polski typ action painting.

*

Spałem w Pile. W Gromadzie, skansenie peerelowskiego hotelarstwa, jeździłem windą w pionie awaryjnym i mijałem tajemnicze, puste piętro techniczne. Jakaś siła czarna ziała stamtąd i przyciągała na zatracenie. Horror-zone – tak kiedyś chciano przetłumaczyć na angielski mój Widmokrąg.

*

Po spotkaniu niewidoma dziewczyna podeszła do stolika, przy którym podpisywałem książki. Spytała, czy może mnie dotknąć. Z wrażenia strzeliłem trzy samobóje pod rząd. Zapytałem, czy już się gdzieś widzieliśmy. Potem zaproponowałem, że podpiszę jej książkę. Żegnając się, powiedziałem: „Do zobaczenia”.

*

Kościoły w Polsce są przepełnione każdej niedzieli, lud tłoczy się także przed ich fasadami, głośniki porozwieszane wokół na drzewach umożliwiają uczestnictwo w liturgii wszystkim, dla których zabrakło miejsca. W dni powszednie msze, nieszpory, różańce i inne rytuały ściągają do nawy głównej przynajmniej stałe kółko różańcowe oraz przewlekle niepokalane panienki w podeszłym wieku, które omdlałe od samotności pod byle pretekstem wymykają się z domu. Poza czasem nabożeństw kościoły w Polsce są zamknięte na cztery spusty, w przeciwnym razie ubyłoby monstrancji, a i wyposażenie wnętrz zubożałoby błyskawicznie (wierzę, że polski złodziej najpierw klęka przed ołtarzem i się żegna, dopiero potem przystępuje do ogołocenia prezbiterium).

*

W państwie o rekordowej większości aktywnych wyznawców katolicyzmu nie sposób jawnie wierzyć w Boga i nie wierzyć w Kościół; wieść gminna subtelności tego paradoksu nie pojmuje i mianuje nas antychrystami, w najlepszym zaś razie ateuszami za samo nieotwieranie drzwi księżom chodzącym po kolędzie. Cóż mogę na to, że modlitwa jest dla mnie czynnością intymną. Łatwiej mi zadumać się nad swoją marnością, przysiadając na drzewie zwalonym niż zwalając się do drewnianej ławy na stadne modły.

Pewnie jest gdzieś w Kościele katolickim możliwość doznania uczuć religijnych wyższego rzędu; być może mógłbym uwolnić gdzieś tego ducha, co ugina mi nogi – tak jak go znalazłem w zapachu drewna kościółka w Sękowej, w bogobojnej muzyce średniowiecza, w koncercie klawesynowym Góreckiego widzianym z grani Tatr.

*

Lubię wchodzić do kościołów w Austrii, są zawsze otwarte i puste, także w dni święte, chłodne i ciche jak komory jaskiniowe; niema modlitwa unosi się w powietrzu.

Lubię wychodzić z kościołów w Austrii, bo wiem, że nawet ateista, którego wzrok napotkam, powie mi „Szczęść Boże” (Grüß Gott!).

*

W Muzeum Karykatury w Krems jest stała ekspozycja papieża antyklerykalizmu – Manfreda Deixa. Na najłagodniejszym obrazku księżątka siedzą naprzeciw siebie, podnoszą sutanny i studiują swoje szczegóły anatomiczne.

Księża katoliccy w miażdżącej większości są podszyci seksualnym niedosytem, dobrze, jeśli homoerotycznym, znacznie gorzej, jeśli jest to niedosyt pedofilski. Heteryków w Kościele jest mniej niż heretyków.

*

Kilonia w deszczu, mdława, jak buła ze śledziem, tutejszy przysmak. W fiordzie pływające mrówkowce, lasy masztów, pod wodą srebrno-słone ławice i piaskowe oczy turbotów. Tu się kończy Bałtyk; czuwają na jego rubieżach ponure burty Kriegsmarine.

*

Za granicą czasem zbiera mi się na wierzby, wtedy za całą Polskę wystarcza mi Chopin w słuchawkach. A jeśli już mi się przyśni, że znów jestem w kraju, po przebudzeniu zamiast tęsknoty czuję ulgę.

*

Kijów przeludniony, cała Ukraina chce tu mieszkać. Nieprzebrane tłumy, wiecznie zakorkowane ulice; niedostatek przejść dla pieszych stwarza okazję do wolnej amerykanki – wszyscy przechodzą kiedy i gdzie im się zachce; kierowcy nie jadą, tylko trąbią.

W Niedzielę Palmową pod Ławrą Peczerską dreptałem gęsiego za tłumem pątników przybyłych święcić wierzbowe witki w pieczarach. I ten jeden raz w życiu miałem jakieś klaustrofobiczne lęki, bo tam duszno, a pielgrzymi szli wolniutko, zatrzymując się przy każdej szklanej trumnie monacha, żeby ucałować.

Na górze widziałem rodzinkę jakiegoś mafiosa, która kornie czekała, aż ksiądz machnie kropidłem i pobłogosławi nowe auto za dwieście tysiaków.

*

W Stradczu przypadkiem trafiłem na biesnowatych. Na pozór zwykły tłumek pielgrzymów przeobrażał się, gdy tylko egzorcysta w cywilu rozpoczynał modlitwę. Kobiety skowyczały w konwulsjach, wymiotowały w religijnym transie, ale potem, podczas zarządzanych przerw, ocierały usta i dowcipkowały. Im dalej na wschód, tym bardziej duch staje się ciałem.

*

W Santiago de Chile przez kilka dni po przylocie nie mogłem się przystosować do roli gościa z Europy, wciąż dopadało mnie durnowate zdziwienie: skąd tu tyle wycieczek indiańskich?

*

Wnętrza katolickich kościołów wszędzie takie same, takie same szopki i dekoracje bożonarodzeniowe, tyle że w Chile mają święta w środku lata. Do pełni surrealnego smaczku brakowało mi tylko weihnachtsmarktów obleganych przez roznegliżowany tłum.

*

Idiotyzm – na końcu świata poszedłem do zoo, by w klatkach ze zwierzętami egzotycznymi oglądać europejskie pospolitości w rodzaju saren czy dzików.

*

W sercu Rzymu tysiące szpaków na drzewach nad Tybrem, hałaśliwa magma sejmikowa. Wieczorami zaczynają się loty dywanowe. Mimo bezchmurnego nieba młode rzymianki na tę okoliczność chodzą pod parasolkami. Szpacze stado potrafi zasrać szczelnie kilometr kwadratowy w ciągu kwadransa. Na parkingach łatwo odróżnić zafajdane samochody przyjezdnych od aut tubylców, którzy wiedzą, gdzie nie należy stawiać pojazdu.

*

Rzym