Poza kontrolą - Kathryn Croft - ebook

70 osób właśnie czyta

Opis

Będę tutaj cały czas. Nic nie możesz na to poradzić.

Gdy Callie wychodzi za mąż za Jamesa, wdowca z dwójką dzieci, jest przekonana, że jej marzenie o założeniu rodziny wreszcie się spełniło. Nawet nie podejrzewa, że za kilka miesięcy zostanie aresztowana pod zarzutem morderstwa…

Kobieta z nadzieją patrzy w przyszłość, jednak w domu Harwellów nie układa się dobrze. Synowie Jamesa nie akceptują macochy i robią wszystko, by zamienić jej życie w piekło, a sama Callie ukrywa przed mężem coraz więcej sekretów, które zagrażają ich małżeństwu.

Gdy sytuacja wymyka się spod kontroli, uruchamiając ciąg niepokojących wydarzeń, Callie zaczyna się zastanawiać, czy aby na pewno jest tą samą osobą, za jaką się uważa…

Blogerzy i recenzenci polecają:

Przeczytałam tę książkę za jednym zamachem. Wstrzymywałam oddech i mrużyłam oczy ze strachu przed tym, co kryje się na kolejnych stronach. Fenomenalny thriller. Zakończenie kompletnie mnie zaszokowało, zbierałam szczękę z podłogi!

Goodreads

Jeśli zamierzacie przeczytać tylko jedną książkę w tym roku, niech to będzie ta. Jest znakomita! Myślałam, że zakończenie łatwo przewidzieć… jakże się myliłam.

Goodreads

W tej historii jest tyle zwrotów akcji, że serce dosłownie biło mi jak oszalałe. Nie nadążałam z przewracaniem kartek, żeby jak najszybciej się dowiedzieć, co naprawdę się stało. I warto było czekać! Błyskotliwy psychologiczny thriller.

blog By the Letter Book Reviews

Tak intensywna, że przyprawia o zawroty głowy.

blog Clues and Reviews

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 397

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Dla Steve’a i Sharon

Prolog

Teraz

Jestem żoną. Matką. Przyjaciółką. A teraz również morderczynią.

Siedzący naprzeciwko sierżant Connolly kręci głową. Pochyla się ku mnie z rękami skrzyżowanymi na piersi. To przystojny mężczyzna, ale gdy na niego patrzę, widzę tylko policjanta, który ma dopilnować, bym zapłaciła za to, co zrobiłam.

Czy w jego oczach czai się smutek? Z pewnością nie sprawia wrażenia ucieszonego. Czy mi współczuje, bo nie wyglądam i nie zachowuję się jak ktoś, kto odebrał życie drugiemu człowiekowi? A zresztą jak wygląda morderca? Kiedyś odpowiedziałabym na to pytanie bez wahania. Opisałabym kogoś o dzikim lub pustym spojrzeniu, nie do końca normalnego. Teraz wiem, że jest inaczej.

– Czy rozumiesz, co się dzieje? – pyta sierżant Connolly. – Rozumiesz, że zostałaś oskarżona o morderstwo?

Morderstwo. To dziwne słowo. Zapewne padło setki razy w tym zimnym, sterylnym pomieszczeniu, a jednak wydaje się tutaj nie na miejscu. Podobnie jak ja. Kiwam głową, ale sierżant Connolly nie wygląda na przekonanego. Być może sądzi, że jestem stuknięta, że powołam się na chwilową niepoczytalność. Ale się myli. Jeszcze nigdy nie myślałam tak trzeźwo jak teraz.

Jego koleżanka, której nazwisko już zdążyłam zapomnieć, gapi się na mnie w milczeniu. Odwracam wzrok, żeby nie widzieć jej krytycznej miny, i przenoszę spojrzenie z powrotem na mężczyznę.

– Jesteś pewna, że nie chcesz, aby przy przesłuchaniu był obecny adwokat? – pyta.

Znowu potakuję, ale on wciąż marszczy brwi. Jest dla mnie miły, bo widzi, że chcę współpracować. Nie robię zamieszania i nie narzekam. Obejrzałam wystarczająco dużo filmów w telewizji, aby wiedzieć, że powinnam zażądać adwokata, ale właściwie po co miałabym to robić? Przecież jestem dla nich idealną podejrzaną. Czy to właściwe określenie? Cóż, tak czy inaczej to kolejna etykietka, którą będę musiała nosić.

W końcu sierżant Connolly wzrusza ramionami i przesuwa w moją stronę styropianowy kubeczek, który wcześniej dla mnie przyniósł. Herbata już pewnie wystygła, ale zmuszam się, żeby wziąć łyk. Płyn jest nijaki, jakby moje kubki smakowe ogarnęło odrętwienie. Całe ciało mam sparaliżowane przez świadomość tego, co zrobiłam.

Gapię się w kubek, unikając badawczego wzroku policjanta. Jeśli na niego spojrzę, stracę panowanie nad sobą. Pewnie byłoby dobrze, gdybym się rozpłakała, okazała skruchę. Ale nie uronię ani jednej łzy, dopóki nie zostanę sama. Mam krew na rękach i muszę ponieść konsekwencje.

Kobieta przegląda jakieś papiery i w końcu zerka na kolegę.

– W porządku – zaczyna sierżant Connolly. – Jesteś gotowa? Opowiesz nam wszystko? Będziemy to nagrywać. – Wskazuje na magnetofon leżący na stole.

Urządzenie zawiera trzy taśmy i wygląda, jakby pochodziło z minionej epoki, ale staram się to zignorować i skupiam wzrok na policjancie.

Odsuwam na bok kubek z herbatą i kiwam głową.

– Jestem gotowa.

1

Trzy miesiące wcześniej

Szeroko otwieram drzwi wejściowe, z idiotycznym uśmiechem przyklejonym do twarzy. Biorę głęboki wdech i przygotowuję się psychicznie na kolejne starcie. Ile razy już to robiłam? Powinno być coraz łatwiej, prawda? A jednak serce zaczyna walić mi w piersi, a wnętrza dłoni pokrywają się lepką warstewką potu.

– Gdzie jest tata? Mówił, że dzisiaj wróci wcześniej. – Dillon przepycha się obok mnie i rzuca plecak na ziemię.

– Podnieś go, Dillon. Wiesz, gdzie jest jego miejsce. – I tak zaczyna się nasza dzisiejsza kłótnia.

Ja próbuję utwierdzić swój autorytet, a on go podważa, jak zwykle krzycząc: „Nie możesz mi mówić, co mam robić, nie jesteś moją mamą!”. Ale znoszę to w nadziei, że jeśli będę postępować konsekwentnie i z determinacją, sytuacja się poprawi.

Dillon jest wyższy ode mnie i bez butów na obcasie czuję się przy nim niepewnie, ale nie dam się zastraszyć. Będę go dyscyplinować, nawet jeśli stoję na niepewnym gruncie, bo ten dom należy bardziej do niego niż do mnie. Chcę być dla niego matką, ale w jego oczach jestem tylko uzurpatorką.

Pociesza mnie jedynie to, że w ogóle się do mnie odezwał. Zazwyczaj pod nieobecność Jamesa tylko coś mi odburkuje, a najczęściej spotykam się z lodowatym milczeniem. Chciałabym móc złożyć to na karb nastoletniej burzy hormonów, ale przy innych Dillon stanowi uosobienie grzeczności. Jest miły nawet dla brata, chociaż piętnastolatkowie zazwyczaj uważają młodsze rodzeństwo za utrapienie.

W końcu podnosi plecak i wiesza go na kołku. Obrażony, mamrocze coś pod moim adresem. Ignoruję to i wyjaśniam:

– Twój tata musiał pojechać na sesję zdjęciową. Chyba do Surrey. – Dalej się uśmiecham, chociaż to niełatwe.

Powtarzam sobie, że moja konsekwencja zostanie wynagrodzona.

Ale Dillon już biegnie do kuchni, gdzie czeka na niego Luke, i zatrzaskuje za sobą drzwi. Ja zamykam drzwi wejściowe, biorę głęboki wdech, po czym ruszam za nim. Mam wrażenie, jakbym wkraczała do strefy wojennej.

Chłopcy przycupnęli na wysokich stołkach przy kuchennym blacie i milkną na mój widok. Zerkają na mnie nieufnie. Nie wiem, o co mnie podejrzewają, ale mieli osiem miesięcy, żeby przyzwyczaić się do mojej obecności. To chyba wystarczająco dużo czasu?

Przerabiam z nimi zwyczajowy scenariusz. „Chcecie coś do picia?” „Już sobie wzięliśmy”. „Jesteście głodni?” „Nie”. „Potrzebujecie pomocy podczas odrabiania pracy domowej?” „Przestań zrzędzić”. Właściwie nic się nie zmieniło, od kiedy się tu wprowadziłam. Od kiedy zostałam ich matką.

Luke ciągnie brata za rękaw.

– Ale przecież tata obiecał, że przyjdzie dzisiaj na mój mecz. – Dillon musiał mu już przekazać nowinę, że James będzie pracował do późna.

Chłopcy są tak samo rozczarowani jak ja.

– Ja przyjdę ci pokibicować. – Mimo że zaproponowałam coś spoza zwyczajowego repertuaru, potrafię przewidzieć rezultat.

Luke tylko mierzy mnie wzrokiem, po czym ostentacyjnie odwraca się do mnie plecami.

– Nie przejmuj się, ja z tobą pójdę – pociesza go Dillon.

Pochylają się ku sobie i szepczą konspiracyjnie. Nie mogę mieć pewności, że mnie obgadują – mogą przecież rozmawiać o szkole albo o jakimś programie telewizyjnym – ale świetnie wiedzą, jak wpływa na mnie takie zachowanie.

Nastawiam wodę na herbatę. Czy powinnam dalej próbować? W niektóre dni nie mam na to energii, ale dziś nie zamierzam się poddać.

– Podwiozę cię do ośrodka sportowego – mówię do Luke’a. Nie mogę przegapić okazji do spędzenia z nim odrobiny czasu. – Dillon musi zostać w domu, żeby powtarzać materiał. Niedługo ma egzaminy.

Luke milknie i wbija we mnie wzrok. Już mi się wydaje, że zrobiliśmy jakieś postępy, ale wtedy on krzyczy:

– Nie!

Jego reakcja nie stanowi dla mnie zaskoczenia, a jednak czuję się zraniona.

– Przykro mi, ale to nie podlega dyskusji. Dillon, wiesz, że twój tata chce, abyś wieczorami się uczył. – Przygotowuję się na następną batalię, ale chłopcy tylko zerkają na siebie w milczeniu.

Czyżby naprawdę udało mi się uniknąć kolejnej kłótni? Wrzucam do kubka torebkę z herbatą i uśmiecham się do nich.

– Okej. Kolacja będzie gotowa o szóstej. – Staram się zachować radosny ton; w przeciwnym razie wyczują mój strach i zaczną na nim żerować jak małe szczury.

Luke się krzywi.

– Znowu spaghetti? – pyta.

Sięgam po ścierkę i zwilżam ją pod kranem.

– Owszem, spaghetti. – Nie zamierzam z nimi dyskutować o jedzeniu.

Szybko się nauczyłam, że to nie ma sensu. Zaledwie w zeszłym tygodniu Luke prosił o spaghetti, więc widzę, co próbuje teraz zrobić.

– Nieważne – mówią równocześnie.

Te same słowa, te same myśli. Byłoby łatwiej, gdyby chociaż jeden z nich mnie lubił. Potrafię zrozumieć opór Luke’a; jak dwunastolatek miałby z otwartymi ramionami powitać nową żonę ojca? Ale nastawienie Dillona mnie zaskakuje. Jego życie wypełniają przyjaciele, nauka i hobby, pewnie ma nawet dziewczynę, więc trudno pojąć, czemu traci tyle energii na walkę ze mną. I wiem, że nie chodzi o tamten wypadek.

Podczas gdy chłopcy znowu zaczynają szeptać, ja wycieram blaty. Każda czynność przypomina mi dotkliwie, że to nie jest moja kuchnia. Owszem, czarne granitowe blaty są piękne, ale ja bym takich nie wybrała. Być może są zbyt luksusowe i ekstrawaganckie jak na mój gust? W każdym razie tylko potwierdzają, że tutaj nie pasuję. Jestem w domu innej kobiety i próbuję matkować jej dzieciom.

Gdy kończę sprzątać, orientuję się, że chłopcy zniknęli. Nagle słyszę trzask drzwi frontowych i pędzę do okna salonu, wciąż ściskając w dłoni wilgotną szmatkę.

Widzę, jak uciekają. Nie mają odwagi obejrzeć się za siebie, żeby sprawdzić, czy udało im się mnie przechytrzyć. Wybiegam na dwór, boso, wykrzykując ich imiona, ale jest za późno. Tę rundę wygrali.

James powtarza, bym dała im trochę czasu. Twierdzi, że się do mnie przyzwyczają. Za każdym razem, gdy to słyszę, gryzę się w język, bo kusi mnie, żeby mu powiedzieć, że nie chcę, by chłopcy się do mnie przyzwyczaili. Ja chcę, żeby mnie polubili. James twierdzi, że przez większość czasu oni nie lubią nawet jego, ale oboje wiemy, że mówi tak tylko przez grzeczność.

Przygotowanie kolacji nie zajmie mi dużo czasu, więc mam teraz półtorej godziny dla siebie. Zanoszę herbatę do salonu i padam na sofę. Na sofę Lauren. Na stoliku kawowym leży czasopismo, które kupiłam w sklepie na rogu kilka dni temu, ale wciąż nie udało mi się go przejrzeć. Nie z braku czasu. Po prostu nie potrafię się zrelaksować, gdy w domu panuje taka atmosfera.

Powinnam się pouczyć, ale jestem zbyt zmęczona po porannym seminarium, a starcie z chłopcami jeszcze bardziej mnie wyczerpało. Sadowię się wygodniej i zamykam oczy. Przytulam kubek do piersi i próbuję podładować baterie. Muszę się przygotować na następną rundę. Uderza mnie myśl, że po części to ja jestem wszystkiemu winna. Tak bardzo chciałam zostać matką, że nawet nie mrugnęłam okiem, gdy James przyznał, że ma dwoje dzieci.

Dzwoni moja komórka. Sięgam po nią tak gwałtownie, że niemal rozlewam herbatę. Nie mogę się doczekać, aż usłyszę przyjazny głos po drugiej stronie linii. To na pewno James. Może okazało się, że jednak wróci wcześniej? Gdy on tu jest, wszystko wygląda lepiej; chłopcy zachowują się przy nim przyzwoicie. Normalnie. Ale to nie imię Jamesa widzę na wyświetlaczu; dzwoni moja przyjaciółka, Bridgette. Nie jestem rozczarowana; rozmowa z nią z pewnością doda mi energii.

– Callie? Jesteś zajęta? Możesz rozmawiać? – Jak zwykle mówi za głośno i muszę ściszyć dźwięk.

Zapewniam ją, że mi nie przeszkadza, a ona z ekscytacją zaczyna o czymś opowiadać. Tak się cieszę, że ją słyszę, iż nie dociera do mnie, co właściwie mówi. Ale pozwalam, by jej głos otulił mnie jak ciepły koc i dodał mi otuchy.

– Coś jest nie tak, prawda? – pyta nagle.

– Nic mi nie jest. Serio.

Słyszę jej ochrypłe kaszlnięcie, rezultat dziesięciu lat palenia papierosów.

– Potrafię wyczuć, gdy źle się czujesz, Callie. Przyznaj, nie dotarło do ciebie ani słowo z tego, co właśnie powiedziałam. Nie mam ci za złe, że się wyłączasz, gdy zaczynam tak trajkotać, ale to znak, że coś jest nie w porządku, więc przestań udawać.

Nasze rozmowy zawsze kończą się tym, że ona z niepokojem pyta, w jakim jestem stanie.

– Naprawdę, wszystko w porządku.

– I w domu też?

– James jest wspaniały. Studia dobrze mi idą. Ja…

– Callie, wiesz, co mam na myśli. Czy chłopcy wciąż ci dokuczają?

Milknę. Nie chcę znowu o tym dyskutować. Za każdym razem, gdy rozmawiamy, schodzimy na temat chłopców. Rzadko mi się zdarza o nich nie myśleć, niezależnie od tego, czy są w domu, czy nie.

– Jak zwykle. Ale nie mówmy teraz o tym. Proszę. Próbuję się zrelaksować.

Bridgette się poddaje i zapala kolejnego papierosa. Słyszę, jak zaciąga się dymem.

– Umówmy się na drinka dziś wieczorem – proponuje. – Mogę wyjść z pracy wcześniej i dojechać na Wimbledon o siódmej. Zadzwonię też do Debbie. Kiedy ostatnio spotkałyśmy się we trzy? – Nigdy by mi tego nie wypomniała, ale na pewno uważa, że to przeze mnie tak rzadko się widujemy.

Od kiedy wyszłam za Jamesa, trudno mi znaleźć czas na cokolwiek innego poza nauką i byciem żoną. I nieudolnymi próbami bycia matką.

Gdy mówię, że nie dam rady, cmoka z niezadowoleniem. 

– Co tym razem?

– James pracuje do późna, a ja muszę zostać z chłopcami. Przykro mi.

– Cóż, nic na to nie poradzimy. Ale wkrótce musimy się spotkać, dość wymówek. Masz dwadzieścia osiem lat, powinnaś się bawić i spotykać z przyjaciółkami, a nie cały czas tkwić w domu.

– Siedzę w domu tylko dlatego, że studiuję przez internet, Bridgette. W przeciwnym razie rzadko bym tu bywała.

Tłumaczyłam jej to wielokrotnie, ale ten argument najwyraźniej do niej nie przemawia. Najczęściej zaczynamy debatować o dziesięcioletniej różnicy wieku między mną a Jamesem oraz o tym, że podjęłam się wychowania jego dzieci. Wiem, że Bridgette lubi mojego męża; po prostu się o mnie martwi.

– Dobrze już, dobrze – wzdycha i proponuje, żebyśmy umówiły się we trzy na następny piątek. – Zjedzmy razem lunch. Chłopcy będą wtedy w szkole, prawda?

Mówię jej, że już nie mogę się doczekać, chociaż tak naprawdę boję się, że zaczną roztrząsać moje problemy. A przecież nic mi nie jest. Mam nad wszystkim kontrolę.

Mija wpół do siódmej, a chłopcy wciąż nie dają znaku życia. Nawet biorąc pod uwagę, że Luke musiał się przebrać po meczu i zapewne postanowili wracać do domu żółwim tempem, powinni tu być najpóźniej o szóstej.

Spaghetti stygnie w rondlu, a mielone mięso wysycha na patelni. Koczuję przy oknie salonu od niemal pół godziny i zaczynam się martwić. A co, jeśli tym razem nie próbują mnie zirytować, tylko naprawdę coś im się stało?

Zdejmuję kurtkę z kołka w przedpokoju i wychodzę na dwór, żeby zobaczyć, czy nie nadchodzą, ale ulica jest wyludniona. Nasza sąsiadka, pani Simmons, staje w drzwiach swojego domu i z trudem zaczyna wywlekać na zewnątrz kosz na odpady segregowane.

– Proszę pozwolić, że pani pomogę – wołam i szybkim krokiem wychodzę na ulicę, żeby wejść do jej ogródka. Nasze trawniki oddziela tylko rabata kwiatowa i mogłabym z łatwością nad nią przestąpić, ale staruszka nakrzyczała na mnie ostatnim razem, gdy to zrobiłam. Wyjmuję kosz z jej kościstych, kruchych dłoni. – Wie pani, że odpady segregowane są odbierane pojutrze, a nie jutro, pani Simmons?

Kobieta rzuca mi gniewne spojrzenie.

– Wiem o tym. Lubię mieć wszystko przygotowane. Lubię być zorganizowana. – Mierzy mnie wzrokiem od stóp do głów i przewraca oczami.

Nie mam pojęcia dlaczego; jestem ubrana wystarczająco przyzwoicie, w dżinsy i luźną koszulkę, więc nie ma się do czego przyczepić. No chyba że chodzi jej o tamten wypadek.

Wystawiam kosz na chodnik i pytam ją, czy widziała Dillona i Luke’a. Jeśli są w pobliżu, na pewno ich zauważyła. Jej fotel stoi w strategicznym miejscu przy niskim wykuszowym oknie i staruszka obserwuje stamtąd całą okolicę. Nic jej nie umyka.

Cmoka z niezadowoleniem i znowu przewraca oczami.

– Widziałam, jak wychodzili jakiś czas temu. Zgubiłaś ich? – Unosi brwi. – Uroczy chłopcy, prawda? Taka smutna historia z tą ich matką…

Kiwam głową i wyjaśniam, że chłopcy spóźniają się na kolację. Pani Simmons marszczy brwi; pewnie zamierzała wygłosić monolog na temat doskonałości Lauren.

– To nie w ich stylu. To tacy uprzejmi, dobrze wychowani chłopcy. Ale… – znowu mierzy mnie wzrokiem – …podejrzewam, że mogą ulegać złym wpływom. Skontaktuj się z ich ojcem. On będzie wiedział, gdzie są.

Jej komentarze jak zwykle odbierają mi mowę. Kobieta odwraca się i rusza z powrotem do środka, powłócząc nogami. Dopiero za trzecim razem udaje jej się zamknąć za sobą drzwi.

Ja też wracam do siebie i łapię za telefon. Najpierw wybieram numer Dillona. Włącza się poczta głosowa, a mnie ogłuszają jego wrzaski na tle jakiegoś utworu z gatunku dance. Znowu biegnę do okna, żeby wyjrzeć na ulicę, po czym dzwonię do Luke’a. Nawet nie słychać sygnału.

Coś jest nie tak.

Sprawdzam, czy mam klucze, zatrzaskuję za sobą drzwi i ruszam w stronę ośrodka sportowego. Zaczęło mżyć, ale ignoruję krople padające mi na twarz. Z każdym krokiem utwierdzam się w przekonaniu, że wydarzyło się coś okropnego.

Gdy docieram na miejsce, nogi się pode mną uginają. Chociaż recepcja jest ogromna, obsługuje ją tylko jedna osoba: młoda dziewczyna, która wygląda na niewiele starszą od Dillona. Pytam ją, czy mecz już się skończył, a ona przerywa stukanie w klawiaturę i posyła mi szeroki uśmiech. Mimowolnie gapię się na przerwę między jej jedynkami.

– Mecz skończył się ponad godzinę temu – wyjaśnia i przenosi wzrok z powrotem na ekran komputera.

– Szukam moich synów. Jeden z nich dziś grał i jeszcze nie wrócili do domu. A mieszkamy tylko dziesięć minut stąd.

Dziewczyna marszczy brwi.

– Może poszli z innymi do kawiarni? – Wraca do stukania w klawiaturę.

Już o mnie zapomniała. To nie jej zmartwienie; w jej oczach jestem tylko przewrażliwioną matką, która niepotrzebnie się martwi.

W kawiarni panuje zgiełk. Jest wypełniona po brzegi dzieciakami w strojach sportowych. Przyglądam się każdej twarzy, ale nie dostrzegam Dillona ani Luke’a. Wiem, że nie zwlekają z powrotem do domu z obawy, że usłyszą ode mnie kazanie; karcę ich wystarczająco często i jeszcze nigdy tak nie zniknęli. Ogarnia mnie coraz większa panika. Wybiegam na zewnątrz, zastanawiając się, jak powiem Jamesowi, że zgubiłam jego dzieci. Że ich nie dopilnowałam i przydarzyło im się coś okropnego.

Podążam za strzałkami i docieram na boisko na tyłach budynku, ale tam też ich nie ma.

Nie mogę dłużej zwlekać z telefonem do Jamesa. Jeśli pomyśli, że bałam mu się przyznać, to tylko pogorszy sprawę. Ale zostawiłam komórkę w domu, więc i tak muszę najpierw tam wrócić. Zaczynam biec. Całe szczęście, że mam na nogach wygodne baleriny. Jestem przekonana, że na progu zastanę policję.

Dopiero gdy skręcam za róg i docieram do naszej ulicy, zauważam ich w oddali. Nie mam wątpliwości, że to oni, rozpoznaję ich po chodzie. A ponieważ wyraźnie im się nie spieszy, raczej nie stała im się żadna krzywda. Panikę szybko zastępuje gniew.

W końcu ich doganiam. Wykrzykuję ich imiona, a oni obracają się i chichoczą, wpychając sobie frytki do buzi.

– Co wy wyprawiacie, do cholery? – Wiem, że nie powinnam przy nich przeklinać, ale mam to gdzieś. – Nie wolno wam więcej tego robić, słyszycie?

Patrzą na siebie i parskają śmiechem.

– Wasz tata o wszystkim się dowie, jak tylko wróci do domu. Jak myślicie, co na to powie?

Na te słowa Dillon staje jak wryty i odwraca się w moją stronę.

– Proszę, nic mu nie mów. Przepraszam. Po prostu chciałem się trochę przewietrzyć, żeby mi się lepiej uczyło. Proszę.

Luke patrzy na brata ze zdziwieniem. A ja mam wybór. Wiem, że Dillon kłamie, ale czy naprawdę chcę obarczać Jamesa kolejnym problemem? Nie. I tak ma już za dużo na głowie. Nie mogę liczyć na to, że mój mąż będzie interweniował za każdym razem, gdy chłopcy źle się zachowają. Muszę poradzić sobie sama.

– Zastanowię się nad tym – mówię. – A teraz migiem wracajcie do domu. Kolacja wam wystygła.

Przyspieszają kroku, ale ja wlokę się za nimi. Zastanawiam się, czy to dobry znak, że Dillon o coś mnie poprosił. Nigdy wcześniej tego nie robił i zazwyczaj niczym się nie przejmuje. Ale potem zauważam pustą torebkę po rybie z frytkami wystającą z tylnej kieszeni jego spodni i nabieram pewności, że nic się nie zmieniło.

2

Niepokój ogarnia mnie, jeszcze zanim uniosę powieki. Otrzeźwia mnie, chociaż marzę o jeszcze pięciu minutach spokoju. Słońce sączy się przez cienkie zasłony, więc z jękiem przekręcam się na bok. James już wstał, ale zostawił na swojej poduszce żółtą samoprzylepną karteczkę z wiadomością dla mnie. Pocieram oczy i czytam. To podwójne przeprosiny: za to, że wczoraj wrócił tak późno, i za to, że dzisiaj musiał wyjść tak wcześnie. Pociesza mnie widok trzech buziaków, które nagryzmolił pod spodem. Pracuje tak ciężko, żeby nas utrzymać. Byłabym niewdzięczną żoną, gdybym narzekała na jego nieobecności.

W końcu zerkam na zegarek i z przerażeniem stwierdzam, że zaspałam. Powinnam była obudzić chłopców pół godziny temu. Teraz spóźnią się do szkoły i będą mieli kolejny argument przeciwko mojej obecności tutaj. „To przez nią się spóźniliśmy, tato. To jej wina. To wszystko jej wina. Co ty z nią w ogóle robisz? Ona wcale nie przypomina mamy”. Właśnie takie słowa krążą mi po głowie, gdy narzucam szlafrok i spieszę do pokoju Dillona.

Pukam i czekam, ale nie odpowiada. Powoli otwieram drzwi, przekonana, że po prostu mnie ignoruje, ale widzę, że go tam nie ma. Kołdra leży skotłowana w nogach łóżka, a pidżama na ziemi.

To samo zastaję w pokoju Luke’a, chociaż tam jest czyściej. Zastanawiam się, czy to James ich obudził, ale przecież gdyby tutaj był jeszcze pół godziny temu, obudziłby również mnie, prawda?

Wkrótce zagadka sama się rozwiązuje. Słyszę trzask drzwi frontowych i pędzę do okna na piętrze. Widzę, jak chłopcy maszerują w stronę przystanku autobusowego, z wypchanymi plecakami przewieszonymi przez ramiona.

Powinno mnie to cieszyć, że sami się wyszykowali. Chciałabym wierzyć, że zrobili to, bym mogła dłużej pospać. Ale to nie takie proste. Właśnie odnieśli małe zwycięstwo i wszyscy o tym wiemy.

Przynajmniej czeka mnie kilka godzin spokoju, nim wrócą ze szkoły. Powinnam wykorzystać ten dzień najlepiej, jak potrafię. Rzadko robię sobie przerwę od nauki i zamartwiania się.

Postanawiam, że zajrzę do studia fotograficznego Jamesa. Moja spontaniczność go ucieszy; zapewne myśli, że ją straciłam, gdy się pobraliśmy.

Biorę szybki prysznic i myję włosy. Są już za długie, sięgają mi za ramiona, a w takiej fryzurze nie jest mi do twarzy, ale wkrótce je zetnę. Bridgette zażartowałaby, że staczam się po równi pochyłej, skoro aż tak się zapuściłam. A przecież nie mam nawet trzydziestki. Uśmiecham się, gdy wyobrażam sobie, jak by się przeraziła na widok moich rozdwojonych końcówek. Osuszam włosy ręcznikiem, przeczesuję splątane kosmyki grzebieniem i schodzę na dół.

Z głodu burczy mi w brzuchu, ale jest już za pięć dziesiąta i nie chcę tracić więcej czasu. Mogłabym pójść do studia piechotą, ale znowu mży, więc wybieram autobus.

Nawet przy najbardziej ponurej pogodzie Wimbledon Village kipi kolorami i możliwościami. Gdy tylko wysiadam z autobusu, odzyskuję pewność siebie i znowu czuję się młodo, jak wtedy gdy poznałam Jamesa. Miłość nas zmienia, prawda? Mam na myśli prawdziwą miłość, która uświadamia nam, że bez tej drugiej osoby byśmy zginęli. Po prostu zniknęli bez śladu.

Docieram do kawiarni The Coffee Bean i wchodzę do środka, zastanawiając się, czy zobaczę jakieś znajome twarze. Minęło zaledwie osiem miesięcy, od kiedy przestałam tu pracować, i wiem, że Carlo wciąż jest właścicielem. Spowija mnie aromat kawy, a gdy podchodzę do kasy, słyszę znajomy głos.

– Callie?

Odwracam się i widzę Anthony’ego. Z ekscytacją macha rękami – ku rozbawieniu klienta, którego właśnie skończył obsługiwać.

– Skarbie, jak się masz? Wracasz do nas?

– Nie, przykro mi. – Uśmiecham się. – Przyszłam tylko po kawę i śniadanie.

Wygląda na rozczarowanego. A ja znowu czuję wyrzuty sumienia, chociaż wszyscy od początku wiedzieli, że nie zamierzam tu zostać na stałe.

– Och, no cóż. Pomarzyć zawsze można. Co ci podać?

Zamawiam dwa cappuccino i dwie bułki z bekonem i jajkiem. James na pewno jest już po śniadaniu, ale nigdy nie odmawia jedzenia. Nie wiem, gdzie on to wszystko mieści, bo wciąż ma smukłe ciało sportowca. Za to on przysięga, że to skutek stresu związanego z posiadaniem młodszej żony. Zastanawiam się, ile w tym prawdy.

Żegnam się z Anthonym i opuszczam kawiarnię z jedzeniem zapakowanym w brązową papierową torbę i napojami na tekturowej tacce. Przechodzę przez ulicę do studia Jamesa, które znajduje się dokładnie naprzeciwko. Vision Photography. Zawsze się uśmiecham, gdy widzę tę nazwę, bo to ja mu ją podsunęłam, kiedy pracował nad zmianą wizerunku swojej działalności.

Gdy zaczęliśmy się spotykać, zżerały mnie nerwy. Nie miałam odwagi liczyć na to, że ten człowiek sukcesu mający własną firmę zainteresuje się na dłużej kimś takim jak ja.

Ale nawet teraz, jako jego żona, czuję znajome ukłucie niepewności, gdy zbliżam się do drzwi studia. To uczucie tylko się pogłębia, kiedy widzę, jak Tabitha pochyla się nad nim i wskazuje na jakiś przedmiot leżący w witrynie. Jak zwykle jest nienagannie ubrana, w obcisłą ołówkową spódnicę i żakiet. Ma idealną fryzurę, a perfekcyjny makijaż widać nawet przez szybę. Zerkam na swoje legginsy i dżinsową kurtkę i żałuję, że nie włożyłam czegoś innego. Czegoś, w czym mogłabym konkurować z kobietą, która nieustannie nadskakuje mojemu mężowi.

Raz popełniłam błąd i skomentowałam jej wygląd. Powiedziałam Jamesowi, że Tabitha mogłaby chodzić w dżinsach i rozciągniętych koszulkach, a klienci i tak waliliby drzwiami i oknami do jego studia. Ale on tylko się uśmiechnął i powiedział, że wizerunek jest najważniejszy. Zrozumiałam, co tak naprawdę chciał mi przekazać. Żebym nie była zazdrosna.

Właśnie przygotowują nową ekspozycję zdjęć. Piękny zbiór uśmiechniętych twarzy, które mają pokazać potencjalnym klientom, kim mogliby się stać, nawet jeśli tylko na jeden moment zamrożony w czasie. Przez kilka chwil obserwuję męża z recepcjonistką. Chociaż James twierdzi, że Tabitha jest kimś więcej. Nazywa ją kierowniczką biura. Ale ja nie zamierzam jej pokazać, że doceniam jej wkład w rozwój studia. Ta kobieta i tak jest już zbyt arogancka. Najwyraźniej dobrze im się razem pracuje, a James zawsze wypowiada się o niej w samych superlatywach, więc powinnam się cieszyć, że może liczyć na jej wsparcie. Dlaczego zatem czuję się tak nieswojo?

– Niespodzianka! – wołam, wchodząc do środka i machając torebką z jedzeniem.

Ten wymuszony pokaz pewności siebie wymaga ode mnie wiele wysiłku, ale nie mam wyboru. Kątem oka zauważam, że uśmiech Tabithy blednie.

– Callie! Jak miło! Co tam masz? – James bierze mnie w ramiona.

Nie wstydzi się publicznego okazywania uczuć. Chociaż jesteśmy razem już niemal trzy lata, wciąż czuję motylki w brzuchu, gdy mnie dotyka. Nadal chcę, żeby widział mnie tylko z najlepszej strony.

– Przyniosłam dla nas śniadanie. To pewnie będzie twoje drugie?

James się śmieje, a gdy to robi, na jego twarzy pojawiają się głębokie bruzdy i widzę przebłysk tego, jak będzie wyglądał za dziesięć lat. Za dwadzieścia. Z wiekiem stanie się tylko przystojniejszy.

– Tak, zjadłem rano smażone jajka. Aż się dziwiłem, że się nie obudziłaś, gdy rozbijałem się po kuchni. Musiałaś być wykończona.

Żałuję, że mnie nie obudził. Byłoby miło zrobić to dziś rano, poczuć ciężar jego ciała na swoim. Dzięki temu przestałabym roztrząsać swoje problemy.

Przenoszę wzrok na Tabithę i po raz pierwszy zauważam siateczkę zmarszczek w kącikach jej oczu. Wiem, że to wredne z mojej strony, ale sprawia mi to przyjemność.

– Witaj, Callie. – Tabitha wymawia moje imię, jakby zjadła coś zepsutego i musiała to wypluć. A potem szybko zwraca się do Jamesa: – Nie zapomnij, że masz spotkanie za dziesięć minut. – Klepie go po ramieniu, po czym odchodzi w głąb studia, zostawiając nas samych.

– Dlaczego mnie nie obudziłeś? – pytam, opadając na miękkie skórzane siedzisko w oknie.

Jest niemal tak wygodne jak nasza domowa sofa. Tabitha dobrze je wybrała, gdy pomagała mu urządzać studio.

James drapie się po podbródku.

– Cóż, mógłbym skłamać i powiedzieć, że wyglądałaś tak pięknie i spokojnie, że nie chciałem ci przeszkadzać – śmieje się. – Ale prawda jest taka, że po prostu wyglądałaś na okropnie zmęczoną. – Zawsze mogę liczyć na to, że James powie mi prawdę; nie wierzy w owijanie w bawełnę. – Dobrze się czujesz? Zazwyczaj nie potrzebujesz aż tyle snu. Wróciłem wczoraj o dziesiątej, a ty już spałaś jak zabita.

Posyłam mu blady uśmiech, ale nie wspominam, że wcale nie czuję się dobrze. Że prawdopodobnie istnieje fizyczna przyczyna, która sprawia, że nie jestem do końca sobą. Odsuwam na bok myśl o tacie. Nie mam teraz do tego głowy.

– W każdym razie – ciągnie James – wiedziałem, że i tak ustawiłaś budzik, żeby wyprawić chłopców do szkoły. – Właśnie tak mnie postrzega. Stara, dobra Callie, na którą zawsze może liczyć. – Mają szczęście, że tak o nich dbasz. Wciąż im to powtarzam.

Dillon i Luke jeszcze nie mieli okazji mu się poskarżyć, że sami wyszykowali się do szkoły, a ja to wszystko przespałam. Ale może zachowają to w tajemnicy w zamian za moje milczenie na temat ich wczorajszego zniknięcia.

Zastanawiam się, czy mu jednak o tym nie powiedzieć, ale gryzę się w język. James musi odpocząć od tych ciągłych kłótni.

– Daliśmy sobie jakoś radę – zapewniam.

James kiwa głową z zadowoleniem. Na pewno czuje ulgę, że nie doszło do kolejnego konfliktu.

– Widzisz, to już jakiś postęp, prawda? – Ale oczy zachodzą mu mgłą i wiem, że myśli o Lauren.

Sięga po moją dłoń, a ja przyjmuję jego milczące przeprosiny. „Wybacz, że o niej myślę. Mówią, że czas leczy rany, ale ja nie jestem tego taki pewien”.

Już mam zmienić temat, ale on robi to wcześniej.

– A więc co będziesz dziś porabiać?

Zanim zdążę odpowiedzieć, Tabitha wraca z zaplecza i siada przy swoim biurku. Rozprasza mnie stukanie jej paznokci o klawiaturę.

– Pewnie masz dużo nauki? – dodaje James.

Odwija bułkę, którą mu przyniosłam, zgniata papierek w kulkę i wrzuca ją do kosza przy biurku Tabithy.

– Ale masz cela! – woła ona i uśmiecha się do niego szeroko ustami umalowanymi jaskrawoczerwoną szminką.

Przechyla głowę na bok i patrzy na niego z uwielbieniem.

Jeśli tak flirtuje z moim mężem w mojej obecności, to… Nawet nie chcę kończyć tej myśli.

Przenoszę wzrok z powrotem na Jamesa.

– Zamierzałam zrobić sobie dziś wolne od nauki, ale właściwie muszę napisać pracę na następny czwartek i naprawdę powinnam się wreszcie do tego zabrać.

– A na jaki temat? – dopytuje James, sącząc cappuccino przez otwór w pokrywie kubka.

Nigdy nie zdejmuje wieczka, gdy pije kawę na wynos. Nawet gdy jest w studiu i tak naprawdę go nie potrzebuje.

– Będę pisać o strachu i smutku.

– Że co? – wtrąca Tabitha.

Nawet nie zauważyłam, kiedy przestała stukać w klawiaturę i zaczęła się przysłuchiwać naszej rozmowie.

Kusi mnie, żeby odburknąć, że to nie jej sprawa, ale gryzę się w język. James odpowiada za mnie:

– Callie studiuje na Uniwersytecie Otwartym. Będzie terapeutką. Jesteśmy z niej tacy dumni. Wkrótce zacznie przyjmować pacjentów. Tylko pomyśl, dwa biznesy w rodzinie.

Ale ja nie cieszę się jego pochwałami. Skupiam się tylko na liczbie mnogiej, której użył. „Jesteśmy”.

– To świetnie. – Tabitha uśmiecha się fałszywie i szybko wraca do swoich zajęć.

Komplementy Jamesa pod moim adresem sprawiły, że straciła nastrój do flirtowania.

Wstaję i mówię mężowi, że muszę już iść. Mam jeszcze mnóstwo czasu, nim będę musiała wrócić do domu, i nie wiem, co zrobić z tyloma godzinami wolności. Nagle wpadam na pewien pomysł.

– A może pójdziemy dziś wieczorem na kolację? Tylko we dwoje? Moglibyśmy poprosić panią Simmons, żeby popilnowała chłopców. Minęły wieki, od kiedy…

Jamesa nie trzeba długo przekonywać.

– Świetny plan. Ale nie prośmy o pomoc pani Simmons. Nie wydaje ci się, że ona jest odrobinę… Sam nie wiem… Mam wrażenie, że to raczej chłopcy musieliby pilnować jej. Wiecznie tylko jęczy i narzeka albo sama nie wie, co się wokół niej dzieje. Jestem pewien, że Emma zgodzi się przyjechać. Wyjdę dziś wcześniej i…

– Tak mi przykro, ale chyba nie dasz rady – woła Tabitha. – Dosłownie w tej sekundzie przyjęłam dla ciebie zlecenie w Docklands na dziewiętnastą. Jakaś para chce, żebyś zrobił zdjęcia na ich przyjęciu zaręczynowym. Impreza może się skończyć późno. Przykro mi, James.

– Och. – James bierze mnie za rękę. – Przepraszam, Callie, może jutro?

Wtulam twarz w jego pierś, żeby ukryć rozczarowanie, i mamroczę:

– W porządku. Jutro. To do zobaczenia później.

Żegnam się szorstko z Tabithą i wychodzę, nie czekając na odpowiedź. Przestało mżyć, a słońce próbuje się przebić przez chmury. Ruszam w stronę przystanku, a gdy ostatni raz zerkam na witrynę studia, widzę, że Tabitha już znowu pochyla się nad Jamesem. Macham mu na pożegnanie, ale tego nie zauważa. Wyrzucam swoją kanapkę do pobliskiego kosza na śmieci. Myśl o Tabicie sam na sam z moim mężem odbiera mi apetyt.

Wracam do domu i zatrzymuję się w przedpokoju. Od ośmiu miesięcy wchodzę do domu innej kobiety. Codziennie staję na jej dywanie w kolorze mokki, otoczona przez jej meble i ściany w kolorach, które ona wybrała. Dlaczego rozwiązanie tego problemu przyszło mi do głowy dopiero teraz?

Idę do salonu i przesuwam sofę pod okno. Na jej miejscu ustawiam obok siebie dwa fotele, a potem przenoszę telewizor na drugą stronę pokoju. Fortepian i komoda są zbyt ciężkie, żebym dała radę sama je przesunąć, ale i tak nie znalazłabym dla nich lepszego miejsca. Postanawiam, że w zamian kupię jakieś ozdoby i dodatki w moim guście i zamówię nowy dywan.

Oddycham z ulgą. Taka zmiana dobrze zrobi nam wszystkim. To będzie nowy początek.

Staję pośrodku salonu i rozglądam się wokół, studiując nowy układ mebli. Od razu czuję się lepiej. Przynajmniej pozostawiłam w tym pomieszczeniu swój ślad i to będzie musiało mi wystarczyć, dopóki wszystkiego nie wymienię.

Ale to wciąż za mało.

Pędzę do samochodu, zaparkowanego byle jak przed domem pani Simmons, i macham w stronę wykuszowego okna, bo wiem, że na pewno mnie obserwuje. Odjeżdżam z piskiem opon, podekscytowana tym, że wreszcie wzięłam sprawy w swoje ręce. Robię coś pozytywnego, żeby nam wszystkim było lepiej.

Dotarcie do marketu budowlanego B&Q nie zajmuje mi dużo czasu i wracam do domu w ciągu godziny, uginając się pod ciężarem puszek z cytrusową farbą. Bladożółty kolor będzie bardziej pogodny niż sterylna biel, którą wybrała Lauren, i z pewnością podniesie nas wszystkich na duchu. Eksperci od feng shui bez wątpienia znają się na rzeczy, prawda? Podczas gdy kursuję między domem a samochodem, znosząc do przedpokoju kolejne pakunki, wmawiam sobie, że postępuję słusznie. Dopasuję wygląd domu do tego, jak powinniśmy się czuć.

Przebieram się w starą koszulkę Jamesa i przykrywam wykładzinę płachtą malarską. Nigdy wcześniej nie malowałam ścian, ale to nie może być trudne. Wedle informacji na puszce jedna warstwa wystarczy, więc wzruszam ramionami i zaczynam. Na razie pomaluję tylko przedpokój. Chcę zrobić niespodziankę chłopcom. Chcę im pokazać, że będzie lepiej.

Mam słuchawki w uszach i słucham letnich przebojów z iPoda, więc nie zauważam, jak szybko mija czas. Dopiero gdy lewa słuchawka wypada mi z ucha, słyszę oddechy za plecami. Odwracam się ostrożnie na drabinie i widzę Dillona i Luke’a. Gapią się na mnie szeroko otwartymi oczami, przyciskając plecaki do piersi.

– Czy tata wie, że to robisz? – pyta Dillon, kręcąc głową.

– Właściwie to nie. Chciałam wam zrobić niespodziankę. Rozweselić trochę to miejsce. – Schodzę z drabiny, ale teraz to Dillon góruje nade mną i czuję się mała jak robak.

Luke też kręci głową, ale nie wygląda na rozgniewanego. Za to łzy stają mu w oczach, gdy zaczyna się jąkać:

– Ale… ale… ale to mama wybrała ten kolor. Chciała, żeby cały dom był pomalowany na biało, bo obaj lubiliśmy śnieg, gdy byliśmy malutcy.

Czuję, jakbym tonęła. Popełniłam okropny błąd.

3

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Spis treści:
Okładka
Karta tytułowa
Prolog
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
Rozdział 10
Rozdział 11
Rozdział 12
Rozdział 13
Rozdział 14
Rozdział 15
Rozdział 16
Rozdział 17
Rozdział 18
Rozdział 19
Rozdział 20
Rozdział 21
Rozdział 22
Rozdział 23
Rozdział 24
Rozdział 25
Rozdział 26
Rozdział 27
Rozdział 28
Rozdział 29

Tytuł oryginału: The Stranger Within

Copyright © by Kathryn Croft, 2014

Copyright © by Burda Media Polska Sp. z o.o., 2019

02-674 Warszawa, ul. Marynarska 15

Dział handlowy: tel. 22 360 38 42

Sprzedaż wysyłkowa: tel. 22 360 37 77

Redaktor prowadzący: Marcin Kicki

Tłumaczenie: Ewa Kleszcz

Redakcja: Olga Gorczyca-Popławska

Korekta: Malwina Łozińska, Marzena Kłos

Redakcja techniczna: Mariusz Teler

Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Zdjęcia na okładce: Kostsov/Shutterstock, violetblue/Shutterstock

ISBN 978-83-8053-669-2

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

www.kultowy.pl

www.burdaksiazki.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek