Powstanie Warszawskie - Marcin Ciszewski - ebook
Opis

Po 70 latach taśmy filmowe z kronikami nagranymi podczas Powstania Warszawskiego przez operatorów Biura Informacji
i Propagandy Armii Krajowej ujrzały światło dzienne. Stało się tak za sprawą Muzeum Powstania Warszawskiego, które na ich
podstawie postanowiło stworzyć pierwszy na świecie film fabularny zmontowany w całości z materiałów dokumentalnych.
Tak oto narodziło się „Powstanie Warszawskie”, czyli opracowany w nowoczesnych technologiach dramat wojenny non-fiction
mówiący o wydarzeniach sierpnia 1944 roku. Film był polskim kandydatem do Oscara w kategorii „Najlepszy pełnometrażowy
film dokumentalny”. Na festiwalu filmowym w Gdyni zdobył nagrodę Orły dla najlepszego obrazu dokumentalnego i najlepszego
dźwięku, a Stowarzyszenie Filmowych Reżyserów Dźwięku przyznało mu Złotą Szpulę. 

Sukces projektu zainspirował twórców do dalszych działań. Muzeum Powstania Warszawskiego zwróciło się więc do pisarzaMarcina Ciszewskiego 
z prośbą o zbeletryzowanie filmu. Celem było przekucie poruszających kronik powstańczych w fascynującą książkę.
Efektem tej pracy jest niniejszy tom. Powstało dzieło daleko wykraczające poza interpretację – to oryginalna, autorska opowieść o jednym
z najważniejszych momentów w dziejach Polski. I kolejny dowód na to, że historia wciąż jest żywa i pełna wzbudzających emocje narracji. 
Zapraszamy na literacką wędrówkę po walczącej Warszawie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 169

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


MARCIN CISZEWSKI

POWSTANIE WARSZAWSKIE

WĘDRÓWKA PO WALCZĄCYM MIEŚCIE

 

 

Książka inspirowana filmem „Powstanie Warszawskie”

 

 

© 2016 WARBOOK Sp. z o.o.

© 2016 Marcin Ciszewski

 

 

Seria: WAR REPORT

 

Redaktor serii: Sławomir Brudny

Redakcja i korekta: Zespół redakcyjny

Projekt graficzny, skład, eBook: Atelier Du Châteaux, atelier@duchateaux.pl

Ilustracja na okładce: Grafiki z plakatu autorstwa Tomasza Opasińskiego do filmu „Powstanie Warszawskie”

 

Książka inspirowana filmem „Powstanie Warszawskie”. Kadry wykorzystane w książce pochodzą z filmu „Powstanie Warszawskie”.

 

ISBN 978-83-645-2354-0

Ustroń 2016

 

Wydawca: Warbook Sp. z o.o.

ul. Bładnicka 65

43-450 Ustroń, www.warbook.pl

Powstanie Warszawskie

Sie­dzę w dziś już nie­ist­nie­ją­cym ki­nie „Fe­mi­na” i oglą­dam „Po­wsta­nie War­szaw­skie”, „pierw­szy na świe­cie dra­mat wo­jen­ny non-fic­tion”, jak re­kla­mu­ją go pla­ka­ty. Film zło­żo­ny z frag­men­tów sta­rych po­wstań­czych kro­nik, tak nie­kie­dy znisz­czo­nych wsku­tek nie­wła­ści­we­go prze­cho­wy­wa­nia i nad­mier­nej eks­plo­ata­cji, że czę­sto wy­da­rzeń uka­za­nych na po­szcze­gól­nych klat­kach moż­na się tyl­ko do­my­ślać. Na ekra­nie zna­ne uję­cia: wy­buch, któ­ry wstrzą­sa gó­ru­ją­cym nad War­sza­wą wie­żow­cem Pru­den­tia­lu, chłop­cy w krót­kich spoden­kach i wiel­kich cza­pach pocz­tow­ców, z tor­ba­mi prze­wie­szo­ny­mi przez ra­mię, spie­szą­cy, by od­dać lu­dziom li­sty pi­sa­ne przez krew­nych i zna­jo­mych znaj­du­ją­cych się w in­nych czę­ściach mia­sta, gru­pa po­wstań­ców sko­ka­mi zmie­rza­ją­ca na po­zy­cje obron­ne, strzał z mio­ta­cza ognia...

Wszyst­ko to każ­dy z nas wi­dział po wie­lo­kroć.

A jed­nak sie­dzę w ciem­nej sali ki­no­wej i nie mogę ode­rwać wzro­ku od ekra­nu. Zna­ne ka­dry nie­mal biją po oczach, ich wy­mo­wa wci­ska w fo­tel. Uszy ata­ku­je huk wy­bu­chów bomb i po­ci­sków ar­ty­le­ryj­skich, gwizd prze­la­tu­ją­cych kul, grze­chot se­rii ka­ra­bi­nów ma­szy­no­wych, krzyk lu­dzi. Brzmi su­ge­styw­na mu­zy­ka, z hip­no­tycz­nym, pod­no­szą­cym dra­ma­tur­gię fil­mu mo­ty­wem prze­wod­nim.

Cóż ta­kie­go się sta­ło, że po­sze­dłem do kina, po­dob­nie jak sześć­set ty­się­cy mo­ich ro­da­ków, by obej­rzeć bli­sko pół­to­ra­go­dzin­ny ob­raz zło­żo­ny wy­łącz­nie z po­wstań­czych kro­nik? Że lu­dzie, nie­za­leż­nie od wie­ku, wy­cho­dzą z kina wzru­sze­ni, wy­ci­sze­ni, po­ra­że­ni re­ali­zmem oglą­da­nych ka­drów?

U pod­staw nie­zwy­kłe­go suk­ce­su ar­ty­stycz­ne­go przed­się­wzię­cia w pierw­szym rzę­dzie sta­ła de­cy­zja o po­ko­lo­ro­wa­niu fil­mu. Nie­je­dy­na oczy­wi­ście, choć klu­czo­wa. Ty­ta­nicz­na, mrów­cza pra­ca wie­lu lu­dzi, skła­da­ją­ca się na set­ki go­dzin spę­dzo­nych nad po­szcze­gól­ny­mi klat­ka­mi fil­mu, by nadać im ostro­ści, ko­lo­rów i głę­bi. Wła­śnie ten za­bieg w naj­więk­szej mie­rze zde­cy­do­wał o suk­ce­sie pro­jek­tu. Sta­re po­wstań­cze kro­ni­ki oglą­da­ne w ory­gi­na­le bu­dzi­ły za­cie­ka­wie­nie, ale wła­ści­wie nic poza tym. Były da­le­kie, ar­cha­icz­ne. Lu­dzie, mia­sto i wy­da­rze­nia sta­no­wi­li z każ­dym ro­kiem co­raz bar­dziej od­le­głą hi­sto­rię. Po­ko­lo­ro­wa­nie i cy­fro­we „pod­ostrze­nie” kla­tek, a co za tym idzie, ra­dy­kal­ne uwspół­cze­śnie­nie ob­ra­zu spo­wo­do­wa­ło re­wo­lu­cję: prze­kaz „przy­bli­żył się” do wi­dza i od­krył przed nim nie­spo­ty­ka­ne do­tąd po­kła­dy emo­cji. To, co od­le­głe, za­czę­ło nas ob­cho­dzić, wy­stę­pu­ją­cy w fil­mie lu­dzie, po­wstań­cy i cy­wi­le, sta­li się zwy­kli, a przez to bli­scy – to po pro­stu byli nasi dziad­ko­wie i bab­cie, nasi krew­ni, bra­cia i sio­stry. Do­ło­że­nie dźwię­ko­wych efek­tów spe­cjal­nych, dia­lo­gów, mu­zy­ki i spa­ja­ją­cej wszyst­ko nar­ra­cji dwóch głów­nych bo­ha­te­rów spo­wo­do­wa­ło, że mamy do czy­nie­nia z dzie­łem bar­dzo ory­gi­nal­nym, świe­żym i no­wa­tor­skim.

„Two­rząc film »Po­wsta­nie War­szaw­skie«, chcie­li­śmy za­dbać o każ­dy de­tal: wła­ści­wy ko­lor chle­ba wy­pie­ka­ne­go w po­wstań­czej pie­kar­ni, od­po­wied­ni dźwięk wy­strza­łu z ka­ra­bi­nu czy od­cień ce­gły sprzed sie­dem­dzie­się­ciu lat. Dba­łość o szcze­gó­ły oży­wi­ła mia­sto”, na­pi­sał we wstę­pie do książ­ki „Po­wsta­nie War­szaw­skie. Roz­po­zna­ni” dy­rek­tor Mu­zeum Po­wsta­nia War­szaw­skie­go Jan Oł­da­kow­ski1).

1) Iza Michalewicz, Maciej Piwowarczuk, Po­sta­nie War­szaw­skie. Roz­po­zna­ni, War­sza­wa 2014, s. 5.

Wła­śnie: po­ko­lo­ro­wa­nie kla­tek fil­mu po­sta­wi­ło mia­sto w rzę­dzie rów­no­praw­nych bo­ha­te­rów tej nie­zwy­kłej opo­wie­ści. War­sza­wa w fil­mie żyje, po raz ostat­ni uka­zu­je praw­dzi­we ob­li­cze, tak nie­wie­le ma­ją­ce wspól­ne­go ze współ­cze­snym ob­ra­zem za­ga­nia­ne­go, cha­otycz­ne­go mia­sta. W dniu ka­pi­tu­la­cji, po sześć­dzie­się­ciu trzech dniach walk, przed­wo­jen­na War­sza­wa ode­szła na za­wsze, i nie mó­wię tyl­ko o sub­stan­cji ma­te­rial­nej. De­fi­ni­tyw­nie roz­sy­pa­ła się jej struk­tu­ra spo­łecz­na, a ostat­nie prze­ja­wy wol­nej Pol­ski osta­tecz­nie za­koń­czy­ły ży­wot. Dni po­wstań­cze­go zry­wu, nie­za­leż­nie od wszyst­kich uwa­run­ko­wań po­li­tycz­nych i mi­li­tar­nych, były prze­cież ostat­nim okre­sem, w któ­rym war­sza­wia­cy nie tyl­ko mie­li na­dzie­ję na od­zy­ska­nie nie­pod­le­gło­ści; w re­jo­nach opa­no­wa­nych przez woj­sko pod­le­głe le­gal­ne­mu pol­skie­mu rzą­do­wi miesz­kań­cy sto­li­cy rze­czy­wi­ście czu­li się wol­ni.

Te­ma­tem fil­mu i za­ra­zem jego naj­więk­szą siłą jest uka­za­nie co­dzien­ne­go ży­cia w wal­czą­cym, ob­lę­żo­nym, ostrze­li­wa­nym mie­ście: po­cząt­ko­wej ra­do­ści wy­ni­kłej z na­dziei na wol­ność, po­tem krzą­ta­nia się wo­kół włas­nych lub pu­blicz­nych spraw. I w koń­cu ago­nii: po­wol­ne­go, roz­pi­sa­ne­go na ty­sią­ce epi­zo­dów ko­na­nia idei po­wsta­nia oraz – w sen­sie nie­kie­dy bru­tal­nie do­słow­nym – jej re­ali­za­to­rów i uczest­ni­ków.

Jed­no z pierw­szych ujęć fil­mu przed­sta­wia Ste­fa­na Ba­giń­skie­go fil­mu­ją­ce­go pło­ną­cą śród­miej­ską ka­mie­ni­cę Ba­chra­nów. To wła­śnie lu­dziom ta­kim jak on, ope­ra­to­rom Biu­ra In­for­ma­cji i Pro­pa­gan­dy Ko­men­dy Głów­nej AK, będę to­wa­rzy­szył w wę­drów­ce. Będę wszę­dzie tam, gdzie oni.

Za­nu­rzam się w at­mos­fe­rę tam­tych dni. ■

Akt pierwszy: Ży­cie

Stoję po­środ­ku uli­cy gdzieś w Śród­mie­ściu, może na Mo­niusz­ki, może na Świę­to­krzy­skiej, Ma­zo­wiec­kiej albo Ja­snej. Błę­kit­ne nie­bo tyl­ko gdzie­nie­gdzie za­snu­te jest nie­wiel­ki­mi, bia­ły­mi chmu­ra­mi. Spo­kój.

Po­zor­ny: dwie­ście me­trów po­nad da­cha­mi bu­dyn­ków su­nie Sztu­kas. Wi­dzę go wy­raź­nie. Nie­miec­kie­mu pi­lo­to­wi nie spie­szy się, wie, że w grun­cie rze­czy nic mu nie gro­zi. Nie bie­gną w jego stro­nę ko­lo­ro­we po­ci­ski ze­ni­tó­wek, nie go­nią se­rie cięż­kich ka­ra­bi­nów ma­szy­no­wych, nie strze­la żad­ne cięż­sze dzia­ło. Pi­lot jest bez­kar­ny, może po­zwo­lić so­bie na po­wol­ny lot po li­nii pro­stej. Nie musi wy­ko­ny­wać uni­ków. Ze spo­ko­jem wy­pa­tru­je naj­bar­dziej atrak­cyj­nych, z jego punk­tu wi­dze­nia, ce­lów dla za­wie­szo­nych pod ka­dłu­bem bomb.

Lu­dzie na dole do­sko­na­le wie­dzą, co zwia­stu­je po­ja­wie­nie się na nie­bie skrzy­dla­te­go sza­ka­la. Sły­sząc war­kot sil­ni­ka, zry­wa­ją się do bie­gu, sku­le­ni, przy­gię­ci do zie­mi, by jak naj­szyb­ciej zna­leźć schro­nie­nie da­ją­ce choć ilu­zję bez­pie­czeń­stwa: bra­mę ka­mie­ni­cy, po­dwór­ko, piw­ni­cę czy choć­by ścia­nę naj­bliż­sze­go bu­dyn­ku. Wzdłuż za­my­ka­ją­cej uli­cę ba­ry­ka­dy, gru­be­go muru zbu­do­wa­ne­go z wor­ków z pia­skiem, płyt chod­ni­ko­wych i czę­ści me­bli, bie­gnie ko­bie­ta z pu­stym ku­błem w ręku. Pod ścia­na­mi ka­mie­nic prze­my­ka­ją żoł­nie­rze, wy­stra­szo­ne dzie­ci kur­czo­wo przy­tu­la­ją się do ma­tek.

Co ta­kie­go jest w tym zwy­kłym na pierw­szy rzut oka sa­mo­lo­cie, że sa­mym swym po­ja­wie­niem się za­ga­nia lu­dzi do piw­nic i bram? 

Ju 87 Stu­ka (skrót od Sturz­kampf­flug­zeug, sztur­mo­wy sa­mo­lot bo­jo­wy) był kon­struk­cją li­czą­cą so­bie w dniach po­wsta­nia nie­mal co do mie­sią­ca dzie­więć lat. Stwo­rzo­ny przez Her­man­na Po­hl­man­na sa­mo­lot zo­stał za­pro­jek­to­wa­ny jako lek­ki bom­bo­wiec nur­ku­ją­cy i ob­la­ta­ny 17 wrze­śnia 1935 roku. Nie im­po­no­wał osią­ga­mi ani uzbro­je­niem. W za­leż­no­ści od wer­sji roz­wi­jał pręd­ko­ści od 380 do 410 km/h, miał za­sięg za­le­d­wie 800 ki­lo­me­trów, jego uzbro­je­nie sta­no­wi­ły trzy ka­ra­bi­ny ma­szy­no­we (dwa w ka­dłu­bie i je­den ob­słu­gi­wa­ny przez strzel­ca do ochro­ny tyl­nej pół­s­fe­ry), prze­no­sił od 700 do 900 ki­lo­gra­mów bomb. Mimo nie­na­dzwy­czaj­nych pa­ra­me­trów sa­mo­lot ten, o cha­rak­te­ry­stycz­nej syl­wet­ce ze „zła­ma­ny­mi” skrzy­dła­mi, był jed­nym z sym­bo­li Blitz­krie­gu i nie­miec­kich suk­ce­sów z pierw­sze­go okre­su woj­ny. Bra­ki mocy sil­ni­ka, za­się­gu i uzbro­je­nia nad­ra­biał nie­za­wod­no­ścią, ła­two­ścią ob­słu­gi oraz nie­by­wa­łą jak na owe cza­sy cel­no­ścią bom­bar­do­wa­nia. Do­brze wy­szko­le­ni pi­lo­ci po­tra­fi­li, sto­su­jąc tak­ty­kę lotu nur­ko­we­go, osiąg­nąć im­po­nu­ją­cą pre­cy­zję, da­le­ko więk­szą od „ho­ry­zon­tal­nych” bom­bow­ców. To wła­śnie sku­tecz­ność Sztu­ka­sa, po­łą­czo­na z cha­rak­te­ry­stycz­nym wy­ciem wy­da­wa­nym przez za­mon­to­wa­ne przy pod­wo­ziu ha­mul­ce po­wietrz­ne, bu­dzi­ła w lu­dziach prze­ra­że­nie. Miesz­kań­cy War­sza­wy, któ­rzy mie­li oka­zję zo­ba­czyć ów bom­bo­wiec w ak­cji pod­czas woj­ny obron­nej 1939 roku (zwłasz­cza w cza­sie pie­kiel­ne­go bom­bar­do­wa­nia War­sza­wy 25 wrze­śnia, zwa­ne­go „la­nym” albo „czar­nym po­nie­dział­kiem”), do­sko­na­le zda­wa­li so­bie spra­wę, do cze­go jest zdol­ny.

Po­ża­ry na tym eta­pie po­wsta­nia są już co­dzien­no­ścią Bra­ku­je rąk do ga­sze­nia, bra­ku­je wody.

Na­gle Sztu­kas za­czy­na pi­ko­wać. Gdzieś obok jego kur­su, nie­co ni­żej, roz­bły­sku­je eks­plo­zja. Nie jest to jed­nak wy­nik pol­skie­go ostrza­łu, po­wstań­cy nie dys­po­nu­ją ani jed­nym dzia­łem prze­ciw­lot­ni­czym. To ra­kiet­ni­ca nie­miec­kich od­dzia­łów lą­do­wych, sy­gna­li­zu­ją­cych w ten spo­sób lot­ni­kom Luft­waf­fe swe po­zy­cje – dzia­ła­nie ko­niecz­ne, spo­wo­do­wa­ne nie­zwy­kłą „cia­sno­tą” pola wal­ki. Li­nia fron­tu nie­jed­no­krot­nie nie prze­bie­ga wzdłuż po­szcze­gól­nych ulic, a po­przez mury są­sia­du­ją­cych ze sobą ka­mie­nic. W tej sy­tu­acji nie­trud­no o po­mył­kę. Niem­cy wolą pre­cy­zyj­nie wska­zać zaj­mo­wa­ne przez sie­bie sta­no­wi­ska, zda­jąc się na kon­takt wi­zu­al­ny, za­miast po­le­gać na za­wod­nej i po­dat­nej na pod­słuch łącz­no­ści ra­dio­wej.

Bom­ba tra­fia gdzieś nie­da­le­ko. Dym za­snu­wa uli­cę.

Sa­mo­lot od­da­la się. War­kot mo­to­ru cich­nie. Gro­za po­wo­li ustę­pu­je.

Wy­cho­dzę z bra­my.

Za­pa­da zmrok.

Wszech­obec­ny dym.

Od­by­wam krót­ki marsz. Na rogu Ja­snej i Świę­to­krzy­skiej wi­dzę pło­ną­cą ka­mie­ni­cę bra­ci Ba­chra­nów. Przed I woj­ną świa­to­wą w tym wiel­kim i luk­su­so­wym bu­dyn­ku mie­ścił się kon­su­lat Ce­sar­stwa Nie­miec­kie­go. W la­tach mię­dzy­wo­jen­nych nie­mal całe pierw­sze pię­tro zaj­mo­wał z ko­lei kon­su­lat ge­ne­ral­ny Sta­nów Zjed­no­czo­nych, co w pe­wien spo­sób uchro­ni­ło ka­mie­ni­cę przed znisz­cze­nia­mi we wrze­śniu ’39. W do­brym sta­nie prze­trwa­ła pięć lat oku­pa­cji. Te­raz umie­ra. Po­żar ogar­nia wszyst­kie pię­tra, wy­su­wa z okien ję­zo­ry pło­mie­ni. Ogień krzy­czy trium­fal­nie. Noc pod­kre­śla żar­łocz­ność ży­wio­łu. Je­stem świad­kiem praw­dzi­wej sym­fo­nii znisz­cze­nia, fa­scy­nu­ją­ce­go w swej gro­zie spek­ta­klu, któ­re­go nie chciał­bym oglą­dać ni­g­dy wię­cej.

Na rogu Ja­snej i Świę­to­krzy­skiej wi­dzę pło­ną­cą ka­mie­ni­cę bra­ci Ba­chra­nów.

Od­cho­dzę.

Moja tra­sa bie­gnie uli­cą Mo­niusz­ki, Świę­to­krzy­ską, No­wym Świa­tem, Wa­rec­ką. Pa­trzę na domy, za­mknię­te na głu­cho wi­try­ny skle­pów czy ka­wiar­ni i nie mogę uwol­nić się od re­flek­sji: War­sza­wa jesz­cze wte­dy, w pierw­szym mie­sią­cu po­wsta­nia, była pięk­nym mia­stem.

Ogień krzy­czy trium­fal­nie. Noc pod­kre­śla żar­łocz­ność ży­wio­łu.

***

Tuż przed wy­bu­chem woj­ny sto­li­ca li­czy­ła oko­ło mi­lion trzy­sta ty­się­cy miesz­kań­ców i roz­wi­ja­ła się w dy­na­micz­nym tem­pie, za­rzą­dza­na przez spraw­ne­go i ob­da­rzo­ne­go wi­zją go­spo­da­rza, pre­zy­den­ta Ste­fa­na Sta­rzyń­skie­go. Już w pierw­szych la­tach po od­zy­ska­niu nie­pod­le­gło­ści prze­kro­czy­ła po­cho­dzą­ce z car­skich cza­sów wały for­tecz­ne, któ­re wcze­śniej, wsku­tek świa­do­mej po­li­ty­ki urba­ni­stycz­nej ro­syj­skie­go za­bor­cy, ogra­ni­cza­ły jej roz­wój te­ry­to­rial­ny. Po­wsta­ły nowe dziel­ni­ce, pro­jek­to­wa­ne i bu­do­wa­ne we­dług spój­nych za­ło­żeń. Bu­do­wę Żo­li­bo­rza Ofi­cer­skie­go, swym „dwor­ko­wym” cha­rak­te­rem sil­nie na­wią­zu­ją­ce­go do ro­dzi­mej tra­dy­cji szla­chec­kiej, roz­po­czę­to w 1922 roku z prze­zna­cze­niem na sie­dzi­by ofi­ce­rów Woj­ska Pol­skie­go. Żo­li­borz Dzien­ni­kar­ski zbu­do­wa­no w la­tach 1928-1930 (wil­le i domy wie­lo­ro­dzin­ne), zaś Żo­li­borz Urzęd­ni­czy, któ­ry przy­jął for­mę ma­łych ka­mie­ni­czek, po­mię­dzy 1923 a 1926 ro­kiem. Po dru­giej stro­nie mia­sta, na Ocho­cie, w po­ło­wie lat dwu­dzie­stych po­wsta­ła Ko­lo­nia Sta­szi­ca zło­żo­na z trzy­pię­tro­wych ka­mie­nic o ja­snych ele­wa­cjach. Bank Go­spo­dar­stwa Kra­jo­we­go zo­stał in­we­sto­rem wy­bu­do­wa­ne­go na Kole osie­dla nie­wiel­kich blo­ków miesz­kal­nych dla swo­ich pra­cow­ni­ków: jed­no­pię­tro­wych, bia­łych, mo­der­ni­stycz­nych bu­dyn­ków z pła­ski­mi da­cha­mi i du­ży­mi bal­ko­na­mi, na któ­rych w sło­necz­ne po­po­łu­dnie mo­gła za­siąść cała ro­dzi­na. Ja­kość i styl ar­chi­tek­tu­ry ro­bią wra­że­nie rów­nież dziś.

Na wie­lu skrzy­żo­wa­niach, zwłasz­cza w Śród­mie­ściu, po­ja­wi­ła się sy­gna­li­za­cja świetl­na, po­rząd­ku­jąc ro­sną­cy z każ­dym ro­kiem ruch sa­mo­cho­dów, do­ro­żek, au­to­bu­sów i pie­szych. Wie­le ulic po­kry­to as­fal­tem. Po wy­re­mon­to­wa­nych lub świe­żo po­ło­żo­nych to­rach su­nę­ły set­ki no­wo­cze­snych wa­go­nów tram­wa­jo­wych. „Na lata 1936-1938 za­pla­no­wa­no za­kup no­wych wa­go­nów sil­ni­ko­wych, owo­cem cze­go były wa­go­ny ty­pów H i J (31 szt.). Tak­że w ko­lej­nych la­tach prze­wi­dy­wa­no dy­na­micz­ny roz­wój sie­ci tram­wa­jo­wej i co za tym idzie, za­kup ko­lej­nych wa­go­nów. Po­trze­by usta­lo­no na 100 wa­go­nów – 60 sil­ni­ko­wych i 40 do­czep­nych. Ogło­szo­ny w 1939 r. prze­targ wy­gra­ły 2 fir­my: Zjed­no­czo­ne Huty Kró­lew­ska i Lau­ra w Ka­to­wi­cach (40 szt.) oraz Gdań­ska Fa­bry­ka Wa­go­nów (Dan­zi­ger Wag­gon­fa­brik; 20 szt.) ”2). Część li­nii au­to­bu­so­wych ob­słu­gi­wa­na była przez nie­mal jesz­cze pach­ną­ce świe­żym la­kie­rem ogrom­ne Mer­ce­de­sy z au­to­ma­tycz­ny­mi drzwia­mi.

2)Tram­wa­je war­szaw­skie, wa­go­ny typu K, pu­bli­ka­cja on­li­ne pod ad­re­sem: http://mkm101.re­pu­bli­ka.pl/twk.html (do­stęp: 2.07.2015).

Księ­gar­nia Ge­be­th­ne­ra i Wolf­fa na Kra­kow­skim Przed­mie­ściu. „Książ­ki, nuty. Tani Ty­dzień” – za­chę­ca na­pis na ogrom­nej szy­bie wy­sta­wo­wej. „My­dło Schicht” – krzy­czy ko­lo­ro­wy je­leń z da­chu pię­cio­pię­tro­wej ka­mie­ni­cy usa­do­wio­nej na rogu Alei Je­ro­zo­lim­skich i No­we­go Świa­tu. „Ga­stro­no­mia”, do­da­je neon na par­te­rze tej sa­mej ka­mie­ni­cy, umiesz­czo­ny tuż nad wej­ściem do słyn­nej przed woj­ną re­stau­ra­cji, miej­sca spo­tkań war­szaw­skiej śmie­tan­ki to­wa­rzy­skiej. „Ha­ber­busch i Schie­le”, gło­si na­pis wy­ma­lo­wa­ny na bur­cie du­żej cię­ża­rów­ki mkną­cej Mar­szał­kow­ską. „Or­bis”: Bu­re­au de Voy­ages.Re­ise­büro.To­urist Of­fi­ce – tłu­ma­czy w trzech ję­zy­kach re­kla­ma naj­słyn­niej­sze­go pol­skie­go biu­ra po­dró­ży zlo­ka­li­zo­wa­ne­go na par­te­rze bu­dyn­ku w jed­nym z naj­bar­dziej ru­chli­wych miejsc sto­li­cy: na rogu Mar­szał­kow­skiej i Alei Je­ro­zo­lim­skich. „We­del. Cze­ko­la­da” – za­pra­sza ogrom­ny neon na da­chu ka­mie­ni­cy przy Pu­ław­skiej. „Po­dró­żuj LO­TEM”, prze­ko­nu­je świetl­ny na­pis na da­chu Ban­ku Go­spo­dar­stwa Kra­jo­we­go przy No­wym Świe­cie – róg Alei Je­ro­zo­lim­skich.

War­sza­wa sta­wa­ła się praw­dzi­wym Pa­ry­żem pół­no­cy: mia­stem ko­lo­ro­wych neo­nów i krzy­kli­wej (choć jak­że upo­rząd­ko­wa­nej i no­bli­wej w po­rów­na­niu z dzi­siej­szy­mi stan­dar­da­mi) re­kla­my.

Ro­sły gma­chy wzno­szo­ne przez pań­stwo. Tuż przed woj­ną ukoń­czo­no bu­dy­nek Cen­tral­nej Szko­ły Po­żar­nic­twa przy Sło­wac­kie­go na Żo­li­bo­rzu. Grun­tow­ną mo­der­ni­za­cję prze­szły ka­mie­ni­ce Sta­re­go Mia­sta i Za­mek Kró­lew­ski. Ele­wa­cje od­zy­ska­ły żywe, się­ga­ją­ce re­ne­san­so­wej tra­dy­cji ko­lo­ry.

Wy­bu­do­wa­ny w la­tach 1931-1933 w mod­nym pod­ów­czas sty­lu art deco wie­żo­wiec to­wa­rzy­stwa ubez­pie­cze­nio­we­go Pru­den­tial był naj­wyż­szym bu­dyn­kiem przed­wo­jen­nej War­sza­wy i jej słusz­nym po­wo­dem do dumy. Sta­no­wił sym­bol no­wo­cze­sno­ści oraz im­po­nu­ją­ce­go tem­pem i roz­ma­chem wi­zji urba­ni­stycz­nej roz­wo­ju mia­sta. Li­czył szes­na­ście kon­dy­gna­cji, wzno­sił się na wy­so­kość nie­mal sie­dem­dzie­się­ciu me­trów i sta­no­wił praw­dzi­wą do­mi­nan­tę nie tyl­ko pla­cu Na­po­le­ona (obec­nie Po­wstań­ców War­sza­wy), ale tak­że spo­rej czę­ści Śród­mie­ścia. Prze­trwał woj­nę i już daw­no stra­cił pal­mę pierw­szeń­stwa w wy­so­ko­ścio­wym wy­ści­gu. Nie­mniej po­zo­stał jed­nym z nie­licz­nych au­ten­tycz­nych łącz­ni­ków z hi­sto­rią. Dziś jest re­mon­to­wa­ny. Nowi wła­ści­cie­le za­mie­rza­ją przy­wró­cić mu daw­ną świet­ność.

Przed­wo­jen­na War­sza­wa była mia­stem no­wo­czes­nym nie tyl­ko pod wzglę­dem ar­chi­tek­tu­ry czy trans­por­tu miej­skie­go.

Na da­chu wie­żow­ca Pru­den­tial wzno­si­ła się pięt­na­sto­me­tro­wa an­te­na te­le­wi­zyj­na: w 1937 roku na ostat­nim pię­trze bu­dyn­ku za­czę­ło dzia­łać eks­pe­ry­men­tal­ne stu­dio re­wo­lu­cyj­ne­go na owe cza­sy me­dium. Sy­gnał wi­zyj­ny miał za­sięg 20 ki­lo­me­trów. W 1932 roku roz­po­czął dzia­łal­ność otwar­ty oso­bi­ście przez Ma­rię Skło­dow­ską-Cu­rie In­sty­tut Ra­do­wy. Mia­sto szczy­ci­ło się naj­więk­szą w Eu­ro­pie sce­ną ope­ro­wą. W 1927 roku za­in­au­gu­ro­wa­no słyn­ny na cały świat for­te­pia­no­wy Kon­kurs Cho­pi­now­ski. Pręż­nie dzia­ła­ły te­atry, fil­har­mo­nia, sce­ny ka­ba­re­to­we, re­wie. Roz­wi­ja­ła się pro­duk­cja fil­mo­wa. Co ty­dzień od­by­wa­ły się wer­ni­sa­że sztu­ki. Pi­sa­rze i po­eci wy­da­wa­li swe dzie­ła w ro­sną­cych na­kła­dach. W 1923 roku roz­po­czął dzia­łal­ność pierw­szy pol­ski jazz-band.

War­sza­wa była w za­sa­dzie mia­stem dwu­kul­tu­ro­wym. Miesz­ka­ło w niej bli­sko czte­ry­sta ty­się­cy Ży­dów, naj­wię­cej w Eu­ro­pie. Sto­li­ca Pol­ski sta­no­wi­ła pod pew­ny­mi wzglę­da­mi naj­waż­niej­szy ośro­dek ży­dow­skie­go ży­cia spo­łecz­ne­go i kul­tu­ral­ne­go na świe­cie.

„War­sza­wa to »małe ży­dow­skie mia­stecz­ko bli­sko gra­ni­cy nie­miec­kiej« – twier­dził Sta­ni­sław Cat-Mac­kie­wicz. (...) Tu­taj każ­da uli­ca – pi­sał Ic­chok Ba­sze­wis Sin­ger – »mia­ła za­wsze wła­sny cha­rak­ter, wła­sne ob­li­cze«”3).

3) Za: Wi­ta­my w ży­dow­skiej War­sza­wie!, pu­bli­ka­cja on­li­ne pod ad­re­sem: http://www.var­she.org.pl/ (do­stęp: 2.07.2015).

Dziel­ni­ce ży­dow­skie: za­gi­nio­ny świat, któ­ry już ni­g­dy nie wró­ci. Ob­szar po­mię­dzy uli­ca­mi Pro­stą, Ziel­ną, Pań­ską aż po re­jon cmen­ta­rzy na Po­wąz­kach, zwa­ny dziel­ni­cą pół­noc­ną lub Na­lew­ka­mi. To nie wszyst­ko: Ży­dzi za­miesz­ki­wa­li rów­nież inne dziel­ni­ce, do­mi­no­wa­li w wie­lu re­jo­nach Po­wi­śla, Pra­gi, Pel­co­wi­zny.

Bied­ne uli­ce i bo­ga­te ale­je. Skrom­ne czyn­szów­ki i za­moż­ne ka­mie­ni­ce. Ży­dzi or­to­dok­si, któ­rzy do koń­ca ży­cia nie na­uczy­li się mó­wić po pol­sku, ży­ją­cy w swo­im świe­cie i nie­ma­ją­cy nic wspól­ne­go z pol­sko­ścią, oraz Ży­dzi za­sy­mi­lo­wa­ni, w peł­ni czu­ją­cy się Po­la­ka­mi. Ży­dzi nie­zrze­sze­ni i Ży­dzi – człon­ko­wie Bun­du (so­cja­li­ści), Ha­szo­mer Ha­ca­ir (sy­jo­ni­ści), Ży­dow­skiej Par­tii Lu­do­wej (zwo­len­ni­cy utrzy­ma­nia dia­spo­ry), Agu­das Isro­el (or­to­dok­si). Praw­dzi­wy ty­giel wy­kształ­ce­nia, za­moż­no­ści, po­glą­dów i po­staw ży­cio­wych.

Kwi­tło ży­dow­skie ży­cie kul­tu­ral­ne. Do czy­tel­ni­ków do­cie­ra­ło po­nad sto cza­so­pism, dzia­łal­ność pro­wa­dzi­ły licz­ne wy­daw­nic­twa, wy­da­ją­ce li­te­ra­tu­rę za­rów­no w ję­zy­ku pol­skim, jak i w ji­dysz. Au­to­rzy pi­szą­cy w ji­dysz, na cze­le z no­bli­stą Isa­akiem Ba­she­vi­sem Sin­ge­rem, zy­ska­li uzna­nie mię­dzy­na­ro­do­we. Wie­lu twór­ców, ta­kich jak Bru­no Schulz, Ju­lian Tu­wim, Jan Brze­chwa czy Bo­le­sław Le­śmian, cie­szy­ło się po­pu­lar­no­ścią w kra­ju i wnio­sło ogrom­ny wkład w roz­wój pol­skiej li­te­ra­tu­ry. Le­karz i pe­da­gog Ja­nusz Kor­czak na­pi­sał – mię­dzy in­ny­mi – pio­nier­skie dzie­ło z za­kre­su pe­da­go­gi­ki „Pra­wo dziec­ka od sza­cun­ku” oraz zna­ną książ­kę dla mło­dzie­ży „Król Ma­ciuś Pierw­szy”. Mie­czy­sław Gry­dzew­ski stwo­rzył „Wia­do­mo­ści Li­te­rac­kie”, naj­waż­niej­szy pe­rio­dyk mię­dzy­wo­jen­nej kry­ty­ki li­te­rac­kiej. W War­sza­wie dzia­ła­ła Tru­pa Wi­leń­ska, jed­na z naj­waż­niej­szych i naj­bar­dziej zna­nych ży­dow­skich grup te­atral­nych. Wie­lu ży­dow­skich fil­mow­ców, mię­dzy in­ny­mi Alek­san­der Ford i Jó­zef Lej­tes, krę­ci­ło fil­my w ję­zy­ku pol­skim. Te­atry wie­le za­wdzię­cza­ją tek­stom Ju­lia­na Tu­wi­ma i Ma­ria­na He­ma­ra. Kon­rad Tom stwo­rzył nie­śmier­tel­ny szmon­ces „Sęk”, spo­pu­la­ry­zo­wa­ny po woj­nie przez ge­nial­ną in­ter­pre­ta­cję Wie­sła­wa Mich­ni­kow­skie­go i Edwar­da Dzie­woń­skie­go z Ka­ba­re­tu Du­dek.

War­sza­wia­cy byli dum­ni ze swe­go mia­sta. Zor­ga­ni­zo­wa­ną w 1938 roku w Mu­zeum Na­ro­do­wym wy­sta­wę „War­sza­wa – wczo­raj, dziś i ju­tro” od­wie­dzi­ło bli­sko pół mi­lio­na wi­dzów.

Byli dum­ni i z opty­mi­zmem pa­trzy­li w przy­szłość. Oso­bi­ście cał­ko­wi­cie po­dzie­lam ich emo­cje; w cią­gu jed­ne­go po­ko­le­nia za­py­zia­łe, pro­win­cjo­nal­ne mia­sto znaj­du­ją­ce się na an­ty­po­dach car­skie­go im­pe­rium uda­ło się prze­kształ­cić w eu­ro­pej­ską me­tro­po­lię z praw­dzi­we­go zda­rze­nia, ja­ko­ścią roz­wią­zań urba­ni­stycz­nych i uro­dą wie­lu dziel­nic nie­odbie­ga­ją­cą od miast Eu­ro­py Za­chod­niej.

Sen zo­stał prze­rwa­ny 1 wrze­śnia 1939 roku. Za­padł mrok oku­pa­cji. Pró­bę jego prze­rwa­nia pod­ję­to nie­mal rów­no po pię­ciu la­tach, w póź­ne wtor­ko­we po­po­łu­dnie 1 sierp­nia 1944 roku.

Życie codzienne

Stoję obok sie­dzi­by Wy­twór­ni Fil­mo­wej „Fa­lan­ga” na Po­wi­ślu. Na­prze­ciw mnie kil­ku po­wstań­ców pro­wa­dzi ko­nie. Huk nie­da­le­kiej eks­plo­zji: z gór­nych pię­ter bu­dyn­ku spa­da ka­wa­łek gru­zu. Zwie­rzę­ta pło­szą się, na szczę­ście męż­czyź­ni moc­no trzy­ma­ją wo­dze. Ko­nie w cen­trum mia­sta: te­raz naj­pew­niej słu­żą jesz­cze jako śro­dek trans­por­tu, póź­niej praw­do­po­dob­nie zo­sta­ną zje­dzo­ne.

Ko­nie w cen­trum mia­sta te­raz naj­pew­niej słu­żą jesz­cze jako śro­dek trans­por­tu, póź­niej praw­do­po­dob­nie zo­sta­ną zje­dzo­ne.

Ru­szam w stro­nę Śród­mie­ścia, by w koń­cu po­now­nie sta­nąć na uli­cy Mo­niusz­ki.

Dwóch męż­czyzn nie­sie w pro­wi­zo­rycz­nej lek­ty­ce (wy­ko­na­nej z krze­sła oraz dwóch dłu­gich ty­czek) star­szą pa­nią w czar­nej suk­ni. Ko­bie­ta wy­glą­da na bar­dzo zmę­czo­ną, być może jest cho­ra. Męż­czy­zna, idą­cy jako dru­gi, ma na so­bie gar­ni­tur, dłu­gi płaszcz i ka­pe­lusz. Jego ele­gan­cja kon­tra­stu­je za­rów­no z nie­ty­po­wym „po­jaz­dem”, jak i za­le­ga­ją­cy­mi wo­kół gru­za­mi oraz ba­ry­ka­dą, osła­nia­ją­cą ten nie­wiel­ki kon­wój przed ostrza­łem. Chciał­bym się do­wie­dzieć, do­kąd zmie­rza­ją ci wę­drow­cy, mi­ja­ją mnie jed­nak bez sło­wa. Sta­ro­świec­ki męż­czy­zna i sta­ro­świec­ki śro­dek trans­por­tu w mie­ście ogar­nię­tym sza­leń­stwem znisz­cze­nia.

Wcho­dzę na ostat­nie, szes­na­ste pię­tro wie­żow­ca Pru­den­tial przy pla­cu Na­po­le­ona. Chcę przyj­rzeć się War­sza­wie z wy­so­ko­ści. Nade mną, na szczy­cie masz­tu te­le­wi­zyj­ne­go, po­wie­wa od pierw­sze­go dnia po­wsta­nia bia­ło-czer­wo­ny sztan­dar, na­pa­wa­jąc miesz­kań­ców mia­sta dumą, a Niem­ców do­pro­wa­dza­jąc do wście­kło­ści. Będą wie­lo­krot­nie pró­bo­wa­li ze­strze­lić ten bez­czel­ny sym­bol pol­sko­ści, a w koń­cu za­ła­twią spra­wę de­fi­ni­tyw­nie, po­ci­skiem z cięż­kie­go moź­dzie­rza ob­lęż­ni­cze­go. Po­dob­nie za­cho­wy­wa­li się nie­co po­nad rok wcze­śniej, pod­czas po­wsta­nia w get­cie. Po­wie­wa­ją­ce nad te­re­nem walk dwie fla­gi, pol­ską i ży­dow­ską, sta­ra­li się zdjąć za wszel­ką cenę, nie zwa­ża­jąc na stra­ty. Spra­wą in­te­re­so­wał się oso­bi­ście Re­ichs­füh­rer He­in­rich Him­m­ler. Niem­cy byli prag­ma­ty­ka­mi, li­de­ra­mi w za­kre­sie roz­wo­ju tech­ni­ki wo­jen­nej, ale przy­wią­zy­wa­li też ogrom­ną wagę do sym­bo­li.