Powstanie warszawskie. Historie mówione - Opracowanie zbiorowe - ebook
NOWOŚĆ

Powstanie warszawskie. Historie mówione ebook

Yuko Tsushima

0,0

Opis

Powstanie warszawskie opowiedziane przez jego uczestniczki i uczestników, którzy o codzienności walki mówią otwarcie i bez autocenzury. Podstawę źródłową książki stanowią relacje biograficzne nagrane przez zespół Archiwum Historii Mówionej Domu Spotkań z Historią i Fundacji Ośrodka KARTA – to największy tego typu zbiór w Polsce. Dzięki kodom QR umieszczonym w tekście można też posłuchać głosu bohaterek i bohaterów tej książki. 

Autorzy wspomnień:
Witold Bartnicki „Wiktor”, „Kadłubek”
Jerzy Chlistunoff „Jurek”
Halina Cieszkowska „Alika”
Janina Jasiak-Gruszczyńska „Janka”, „Porzęcka”
Jerzy Sienkiewicz „Rudy”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 355

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



© Copyright by Fundacja Ośrodka KARTA, 2026

WYBÓR, OPRACOWANIE, PRZYPISY, REDAKCJA: Dominik Czapigo

WSPÓŁPRACA REDAKCYJNA, KOREKTA I INDEKS: Hanna Antos

POSŁOWIE I KONSULTACJA HISTORYCZNA: dr Jarosław Pałka

WSPÓŁPRACA RECENZENCKA: dr Grzegorz Jasiński

IKONOGRAFIA: Ewa Kwiecińska

PROJEKT GRAFICZNY:

NA OKŁADCE: Warszawa, 22 sierpnia 1944. Powstańcy na stanowisku w bramie kamienicy w Alejach Jerozolimskich 22. Siedzą od lewej: Tadeusz Zapałowski „Michał”, Mieczysław Danis „Olgierd” i Ryszard Szymczak „Czarny”. Fot. Sylwester Braun „Kris” / Muzeum Warszawy

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury

WYDAWCA:

ul. Narbutta 29, 02-536 Warszawatel. (48) 22 848-07-12kontakt do wydawnictwa: [email protected]: [email protected]ęgarnia internetowa: ksiegarnia.karta.org.plkarta.org.pl

Wydanie I, Warszawa 2026ISBN 978-83-67820-62-2

WPROWADZENIE

Wspomnienia z powstania warszawskiego zebrane w niniejszej antologii zostały wybrane z wielogodzinnych relacji biograficznych – najdłuższa z nich trwała ponad osiemnaście godzin – nagranych w ramach prac Archiwum Historii Mówionej Domu Spotkań z Historią i Fundacji Ośrodka KARTA (AHM DSH i KARTY) w ciągu ostatnich blisko dwudziestu lat. Chronologiczne granice przedstawionych tu historii wyznaczają: wybuch powstania 1 sierpnia 1944 oraz dni następujące tuż po jego zakończeniu na początku października tego samego roku.

Są to opowieści osób, które wzięły czynny udział w walce z niemieckim okupantem. Z racji swojego wieku – wszyscy urodzili się w latach 20., najstarsza w tym gronie Halina Cieszkowska w 1921 roku – nie reprezentują oni perspektywy dowódców, którzy decydowali o przebiegu zdarzeń. Nie umniejsza to wagi ich doświadczeń, stanowi jednak o ich specyfice.

Książka nie pokazuje całej złożoności historii powszechnego zrywu stolicy w sierpniu i wrześniu 1944 widzianego przez jego uczestników. Mimo to przy wyborze tekstów staraliśmy się oddać różnorodność doświadczeń, zależnych od dzielnic, oddziałów, zadań pełnionych przez bohaterów książki, a także ich płci.

Wybrane do druku relacje powstały w różnych projektach dokumentacyjnych historii mówionej, w których starano się zarejestrować możliwie pełne opowieści biograficzne. Udział w powstaniu warszawskim był tylko fragmentem biografii bohaterów książki, ale wraz z innymi doświadczeniami okresu wojny został po latach uznany przez nich samych za punkt centralny – wybrzmiewa to wprost w części opowieści.

Nagrywający relacje dla Archiwum Historii Mówionej DSH i KARTY od początku doceniali wagę doświadczeń jednostkowych swoich rozmówców. Nawet jeśli ci ostatni nie wszystko mogli zapamiętać, bo też nikt nie ma dostępu do całości przeszłych zdarzeń, w których uczestniczył – z upływem czasu niektóre z nich zacierają się w pamięci, nakłada się również na nie zdobyta później wiedza. Fakty są ważne, ale ich drobiazgowa rekonstrukcja często jest niemożliwa i nie stanowi głównego celu historii mówionej. Nie mniej ważne jest, by zapisane opowieści oddały atmosferę przeszłych zdarzeń, ukazując rzeczy znaczące i błahe, które tworzyły codzienność nagrywanych osób, w tym rzeczywistość powstańczej stolicy.

W przygotowaniu książki korzystaliśmy ze wspomnień nagranych dla archiwum DSH i KARTY, ale już przy ich opracowaniu na potrzeby publikacji sięgaliśmy także po relacje zapisane w innej formie (jak na przykład wspomnienia spisane przez Witolda Bartnickiego w 1946 roku, z powodów politycznych opublikowane wraz z relacjami innych żołnierzy Baonu „Zośka” dopiero jedenaście lat później) oraz przez inne instytucje (jak Archiwum Historii Mówionej Muzeum Powstania Warszawskiego). Rozbieżności między relacjami nie traktujemy jako podważenia ich wartości, lecz jako cenny materiał dla porównań i ustalania kolejnych szczegółów. W historii mówionej ważne jest nie tylko to, co zostało opowiedziane, ale również to, w jaki sposób.

W tekstach, w momentach chronologicznie i narracyjnie odpowiadających treści wspomnień, umieszczono kody QR (po dwa dla każdej z bohaterek i bohaterów książki), którym towarzyszą opisy. Po ich zeskanowaniu Czytelnik trafi na podstronę przygotowaną na potrzeby antologii w serwisie relacjebiograficzne.pl prowadzonym przez DSH, gdzie wysłuchać można danego fragmentu w postaci powstałego przed laty nagrania.

*

Wspomnienia opublikowane w książce poddaliśmy redakcji, której celem było uczynienie zapisów czytelnymi, przy jednoczesnym zachowaniu specyfiki języka rozmówców i ich stylu. Staraliśmy się trzymać możliwie blisko żywej mowy, świadomi, że tekst nigdy nie odzwierciedla w pełni tego, co usłyszeć można w nagraniu, i stanowi inną – pod pewnymi względami uboższą – jego formę. W przypadku nagrań audio i wideo podstawę źródłową stanowi bowiem dźwięk i obraz, a nie transkrypcja – nawet najwierniejsza.

W tekstach nie zaznaczaliśmy skrótów znakami opuszczeń, jedynie w nawiasach kwadratowych wskazywaliśmy znaczące dopowiedzenia od redakcji, czasami korygowaliśmy omyłki dotyczące topografii lub dat. Z powodu specyfiki samego procesu wspominania i opowiadania zaburzona bywa nieznacznie chronologia niektórych zdarzeń – nie zawsze dążyliśmy do jej przywrócenia. Wspominając, bohaterki i bohaterzy książki wprost odnoszą się do nabytej później wiedzy, co zostawiamy w tekście jako swoiste wtrącenia po latach.

Teksty opatrzyliśmy niezbędnymi przypisami rzeczowymi. Przy pierwszym pojawieniu się nowej osoby w nawiasie kwadratowym podaliśmy brakujące dane – tak, by Czytelnik mógł poznać jej imię, nazwisko i pseudonim. Korzystaliśmy z literatury przedmiotu, w tym informacji zebranych na stronach Muzeum Powstania Warszawskiego.

Opracowując relacje do druku, sięgaliśmy do opracowań, które opisują historie niektórych oddziałów. Bywało, że w szczegółach relacje zamieszczone w niniejszej publikacji różniły się od opisów zawartych w literaturze przedmiotu – w przypisach nie komentowaliśmy każdej rozbieżności, bo – jak się wydaje – nie zawsze można orzec, który z opisów daje najbardziej wiarygodny obraz przeszłych zdarzeń. Warto przy tej okazji zauważyć, że dzieje wielu powstańczych oddziałów i ich walki opisane w literaturze rekonstruowane były również na podstawie spisanych po latach świadectw i wysłuchanych relacji, których wtedy nie określano jeszcze mianem historii mówionej.

Na końcu książki zamieszczono indeks osób, którym objęto wspomnienia wraz z przypisami, podpisy kodów QR, archiwalne zdjęcia i dokumenty oraz posłowie (pominięto informacje z adresów bibliograficznych w przypisach do posłowia).

Mamy nadzieję, że lektura książki zachęci do korzystania z Archiwum Historii Mówionej DSH i KARTY – właśnie poprzez słuchanie zgromadzonych w nim opowieści. Nie mamy wątpliwości, że nawet najlepiej przygotowany redakcyjnie tekst nie jest w stanie zastąpić głosu naszych rozmówców i rozmówczyń. Cały zbiór liczy ponad 6600 nagrań, w większości pełnych biografii. Stanowią one bezcenne źródło wiedzy o przeszłości, dając wgląd nie tylko w tak zwaną wielką historię, ale przede wszystkim codzienność, doświadczenia i emocje nagranych osób.

Wydawca pragnie podziękować zespołowi Archiwum Historii Mówionej Domu Spotkań z Historią za współpracę i przygotowanie strony internetowej, do której prowadzą umieszczone w książce kody QR, oraz Ryszardowi Mączewskiemu z Fundacji Warszawa1939.pl za konsultacje varsavianistyczne.

Na koniec dziękujemy naszym Rozmówczyniom i Rozmówcom, którzy przed laty zgodzili się podzielić swoimi historiami i bez których ta książka by nie powstała, oraz ich najbliższym za okazaną życzliwość i pomoc w procesie jej przygotowania.

Dominik Czapigo

Janina Gruszczyńska-Jasiak „Janka”, „Porzęcka”

Janina Gruszczyńska

Fot. ze zbiorów Joann Jasiak

Wiadomo było, że zbliża się moment przełomowy, wszyscy na to czekali. Przede wszystkim była ofensywa, więc oczekiwano, że musi dojść do spotkania armii niemieckiej i sowieckiej. Dopiero potem [Sowieci] wyhamowali na Wiśle.

Już wcześniej był moment takiego napięcia, że może w każdej chwili coś się stać. Potem godzina „W” – wszyscy dostaliśmy wiadomości gdzieś koło południa [1 sierpnia]. Łączniczki już roznosiły zawiadomienia – każda miała adresy, trzeba było pojechać i zawiadomić, żeby chłopak się tam stawił. Też dostałam adresy i ileś osób zawiadomiłam. Mieliśmy wyznaczone miejsca – dzielnice były podzielone i w każdej były punkty kontaktowe, gdzie należało się zgłosić.

Część naszych „Wigier” [batalionu harcerskiego] była w mieszkaniu profesora [Stanisława] Hempla na ulicy Kilińskiego 1. Znałam ten adres, bo chyba dwa dni wcześniej razem z koleżanką zawiozłyśmy tam dorożką dwa wielkie pakunki materiałów opatrunkowych – siedziałyśmy [w dorożce] tak, żeby to trochę osłonić. Zresztą wtedy już było widać ruch – młodych ludzi z przewieszonymi chlebakami, w wysokich butach, płaszczach, mimo że było gorąco, bo coś tam pod tym płaszczem było schowane. Niemcy siedzieli wtedy spokojnie.

Jeszcze przed godziną „W” w kilku miejscach w Warszawie wybuchła strzelanina – na Żoliborzu, w Śródmieściu, w kilku miejscach1. A oddziały [zaczęły powstanie] o godzinie piątej. Niektóre były bardzo słabo zaopatrzone w broń. Na przykład „Wigry” były w sytuacji fatalnej. W nocy z 1 na 2 sierpnia nasza doktór „Bella” [Izabela Namysłowska „Bella-Zawilska”] zwołała wszystkie sanitariuszki i powiedziała, że mamy wracać do domu, ale zostawić swoje torby sanitarne, bo będą zwracały uwagę, sytuacja jest taka, że nie ma broni i nasi chłopcy muszą iść do Kampinosu się dozbroić. Myśmy wtedy we trzy musiały się zabrać stamtąd – z Basią Piotrowską [„Pająkiem”] i „Isią” [„Dąbrowską” Marią] Sielużycką – i wyruszyłyśmy przed siebie. Ale zobaczyłyśmy, że nie jest tak źle, że w innych dzielnicach jednak powstanie działa, są oddziały, które pozajmowały określone części miasta, coś się dzieje.

Dotarłyśmy na ulicę Mariańską róg Pańskiej. Tam był gmach Ubezpieczalni Społecznej, gdzie zaczęto organizować szpital wojskowy i zgłosiłyśmy się do pomocy. Najpierw żeśmy z Basią chodziły z koszem i workiem po podwórzach, wygłaszałam mowę, żeby dawano coś na szpital. I mimo że to nie była dzielnica bogata, raczej tacy średnio zamożni ludzie mieszkali, to dawali pościel, żywność, a przecież była ona na wagę złota. Zwożono łóżka do tego szpitala, zaczęliśmy to wszystko ustawiać i organizować. W bardzo krótkim czasie szpital wyglądał właściwie jak prawdziwa lecznica.

Zgłosili się lekarze, przynoszono pierwszych rannych. Moje koleżanki, Basia i „Isia”, miały swoje pokoje, w których zaczęły opiekować się rannymi. A ja rejestrowałam przychodzących i załatwiałam robotę papierkową. Tam byłyśmy chyba pięć dni.

Przeżyłyśmy tam pierwsze bombardowanie. To było zaskoczenie, nikt się go nie spodziewał. Pierwsze bomby spadły bardzo blisko – tak że ranni i sanitariuszki w strasznej panice uciekali do piwnic. Myśmy we trzy zostały. Tam był hol duży i okna, to siadłyśmy pod nimi. Usiłowałyśmy [pomóc], bo było dużo rannych, którzy nie mogli sami zbiec, a nie było komu szybko ich wynieść do piwnic. To było pierwsze takie bombardowanie. Potem było już codziennie.

Nam ta praca nie odpowiadała, myśmy chciały być od tego, czego nas uczono – być po prostu z jakimś oddziałem wojskowym. Akurat przyszła Basi koleżanka ze Śródmieścia i powiedziała nam, że u nich bardzo potrzebne są sanitariuszki, żebyśmy tam poszły, na pewno z wielką chęcią nas przyjmą.

Wobec tego zadecydowałyśmy, że wrócimy na Kilińskiego na Stare Miasto, zabierzemy swoje torby sanitarne i zgłosimy się do tego oddziału w Śródmieściu. Tutaj nie bardzo nas chciano puścić, ale żeśmy wytłumaczyły, że jednak nie jesteśmy odpowiednio przyuczone, by pełnić obowiązki pielęgniarek.

Wyruszyłyśmy na Stare Miasto i udało nam się w jakiś cudowny sposób przejść, bo tam wtedy była sytuacja, szczególnie w pobliżu Żelaznej Bramy, bardzo niebezpieczna. Bardzo wcześnie rano dotarłyśmy na Kilińskiego 1. Wtedy okazało się, że część naszych sanitariuszek też wróciła, bo przecież powstanie trwa i na Starym Mieście też już się zorganizowało. Potem wróciły nasze oddziały, które miały iść do Kampinosu. Też nie dotarły, tylko walczyły na Powązkach, na cmentarzach na Woli.

Tymczasem została też zorganizowana pierwsza kompania [„Wigier”] – to byli ochotnicy. Jeden z oficerów, który został, zaczął ją formować, bo bardzo dużo chętnych zgłaszało się do wojska. Wtedy już zajęli opuszczony gmach Długa 7 – byłego Ministerstwa Sprawiedliwości.

Siódmego [sierpnia] Niemcy już tak otoczyli Stare Miasto, że nie było mowy, by stamtąd wyjść. Myśmy już miały odcięty powrót i nie mogłyśmy spełnić obietnicy, że przyjdziemy do Śródmieścia jako sanitariuszki. Zobaczyłyśmy, że tutaj się organizują „Wigry”, więc postanowiłyśmy zostać.

W tym czasie wrócili nasi z tych cmentarzy, z Woli, i zaczęła się normalna służba. Siódmego dowiedziałam się, że szuka mnie moja sympatia [Władysław Makuła „Rafał”]. Ponieważ zostawił naszej wspólnej koleżance adres, postanowiłam się skontaktować. Okazało się, kiedy do niego dotarłam, że został ranny na barykadzie przy ulicy Elektoralnej i przeniesiony do Szpitala Maltańskiego, który mieścił się w Pałacu Mniszchów na ulicy Senatorskiej, niedaleko Kościoła Świętego Antoniego. Jak weszłam do szpitala, to zaraz w holu zobaczyłam Władka, który leżał z podkurczonymi nogami – to znaczyło, że dostał w brzuch. Rzeczywiście był ciężko ranny, tego dnia miano go operować.

Kiedy wreszcie zabrano go na salę, stanęłam chyba na pierwszym piętrze – fronton tego pałacu miał kolumny, a prawie cała ściana była przeszklona. Stałam w tym wielkim oknie. I wtedy na elegancki podjazd – bo cały budynek był cofnięty od ulicy Senatorskiej – wjechał, z tym że tylko na kawałek, czołg. Obserwowałam go. W pewnym momencie zobaczyłam, że podnosi lufę – to była sekunda, właściwie nie zdążyłam nawet pomyśleć, to był instynkt, i cofnęłam się za ścianę. Za chwilę padł strzał i trafił częściowo w kolumnę (do tej pory jest na niej znak). Chmura okropnego dymu, pyłu…

A kolega właśnie był operowany. Okazało się, że miał dwanaście dziur w kiszkach. Właściwie to był wyrok śmierci. Cała terapia polegała na tym, że podawano mu roztwór soli fizjologicznej, parę zastrzyków, to wszystko. Momentalnie szpital zapełnił się rannymi. Chirurg może tylko raz do niego przyszedł.

Do tego szpitala Niemcy wdarli się chyba dwukrotnie – właśnie zaraz po tym [ostrzale]. Był taki moment, że zdobyłam leżak i siedziałam koło tego kolegi. Wpadła wtedy sanitariuszka i woła: „Niemcy, schowajcie niemieckie rzeczy!”. Bo wiadomo było, że jak znaleźli coś niemieckiego, to z miejsca rozstrzeliwali – czy to była panterka, czy jakiś pas, buty. Dostawało się „w czapę”, jak to się wtedy mówiło.

Miałam panterkę, więc wsadziłam ją do pieca i zamknęłam drzwiczki. Parę osób też tam szybko chowało różne rzeczy. Wkroczyli Niemcy i o dziwo zachowywali się bardzo przyzwoicie. Chodzili między łóżkami, przyglądali się rannym, ale w ogóle nie krzyczeli.

Okazało się, że jak ten czołg strzelił, to jeden z pocisków przeleciał parę metrów środkiem nad salą, gdzie leżeli jeńcy niemieccy – właściwie tuż nad nimi. Metr niżej i by ich wszystkich zabił. Więc jak Niemcy weszli, to przede wszystkim pytali, czy są ranni Niemcy. Lekarz naczelny powiedział, że owszem są. Potem jak oficer [niemiecki] poszedł do tych rannych [niemieckich żołnierzy], to go strasznie zwymyślali – jak mogą ostrzeliwać szpital, tym bardziej że była na nim wywieszona flaga z krzyżem maltańskim. Dlatego byli tacy uprzejmi i nie było żadnych awantur i restrykcji – potem przecież rozstrzeliwali rannych.

Mój kolega zmarł na czwarty dzień i nawet nie ma grobu. Niedaleko był w budowie jakiś potężny dom. To był stan surowy, całe piętra jeszcze niedokończone. Na dole był pierwszy strop, a pod nim zwykły żółty piasek. Chowali w nim zmarłych ze szpitala.

Jak Niemcy już potem wyrzucali ten szpital, to zawołali Polaków i kazali w ogrodzie – bo z tyłu pałacu był duży ogród – wykopać grób, ekshumować wszystkich i wrzucić do tego dołu-grobu. Po wojnie, jak tam pojechałam, to w ogrodzie był jeden wielki, wspólny grób. Dookoła, na drzewach, było pełno tabliczek, bo jak ktoś wiedział, to je umieszczał z nazwiskami. Też dałam taką tabliczkę – bo było wiadomo, że potem będą te groby ekshumować.

[Po śmierci kolegi] wróciłam do swojego oddziału. Posyłali nas tam, gdzie było bardzo źle – początkowo nie mieliśmy stałego obiektu, którego żeśmy bronili. Mój pluton był wtedy w szkole na Barokowej, dlatego że był tam generał [Tadeusz] Bór-Komorowski ze swoją świtą i myśmy stanowili oddział osłonowy. To było w sobotę 12 [sierpnia]. Tego samego wieczoru było zorganizowane ognisko, ksiądz [jezuita Tomasz] Rostworowski [„Ksiądz Marek”] siadł do pianina, grał piosenki wojskowe, były skecze – bardzo sympatycznie. W pewnym momencie na balkonie pojawiła się grupa jakichś panów, między innymi właśnie generał Komorowski, więc miałam możliwość zobaczyć go z dość bliska.

Następnego dnia postanowiono się przenieść. W szkole na Barokowej wcześniej Niemcy zrobili szpital. Jak myśmy to zajęli, szkoła była strasznie bombardowana – była blisko Ogrodu Krasińskich – tak że przenieśliśmy się na Długą 7. Ten gmach był wtedy cały zajęty przez „Wigry”. Już wcześniej wróciła tam nasza główna władza, kapitan [Eugeniusz Konopacki] „Trzaska” (chyba już potem był majorem) zajął główny pokój, właściwie gabinet, ministra. W innych salach na pierwszym piętrze rozmieścili się oficerowie. Padło na nas – nasz dowódca ustąpił swego gabinetu [śmiech] generałowi „Borowi” i przeniósł się na parter. A tam rozlokowali się „Bór” i cała jego świta.

Trzynastego był feralny dzień, jeden z najtragiczniejszych na Starym Mieście. To była słoneczna, dosyć spokojna niedziela. Gdzieś po pół do piątej godziny wróciłam na naszą kwaterę przy Kilińskiego 1. Byłam taka zmęczona, że położyłam się na podłodze, by odpocząć. Pokój był frontowy, z tyłu duże drzwi na balkon, który był obudowany murowaną balustradą, na wierzchu z taką jakby płytą. W pewnym momencie doszły mnie jakieś hałasy, radosne okrzyki, ale na to specjalnie nie zwracałam uwagi, bo byłam bardzo zmęczona.

Potem usłyszałam, że zdobyto czołg. No, jak zdobyto czołg, to zerwałam się na równe nogi i wybiegłam na balkon. Było już tam kilka moich koleżanek i kolegów. I rzeczywiście Podwalem zbliżała się… To nie był czołg, tylko taka tankietka – to wyglądało z daleka jak mały czołg, ale nie miało lufy2. Został zdobyty, kiedy Niemcy atakowali z Placu Zamkowego. Chcieli wejść na Podwale, tam były te barykady właśnie (ulice, które wychodziły ze Starego Miasta na Plac Zamkowy, miały bardzo silne barykady i Niemcy nie mogli tego sforsować), wobec tego wysłali pojazd do ich burzenia.

W pewnym momencie, jak podjechali pod tę barykadę, to nasi obrzucili pojazd butelkami płonącymi i zaczął się palić. Niemcy uciekli, pojazd został, więc powstańcy wyskoczyli, ugasili ogień, rozebrali barykadę i wprowadzili czołg do środka. Oczywiście szalona radość, byli przekonani, że zdobyli czołg. Chcieli się tym pochwalić… Trzeba jechać do dowództwa pokazać się.

Ale najpierw przyszedł ktoś rozsądny i powiedział, żeby tego nie dotykali, bo nie wiedzą, jak to się w ogóle prowadzi i tak dalej. Był zakaz. Miała przyjść komisja rzeczoznawców, która powie, co to za pojazd. Ale nie wytrzymali – po paru godzinach, kiedy się nikt nie pojawił, zjawili się chłopcy, którzy mieli jakieś przeszkolenie, jeżeli chodzi o pojazdy mechaniczne, i zdecydowali, że oni słuchać już nie będą, tylko pojadą tym czołgiem. I rzeczywiście uruchomili go i jechali Podwalem chyba, w każdym razie przez cały Rynek. W pewnym momencie dojechali do skrzyżowania Podwala z Kilińskiego, gdzie tworzył się taki placyk. Tam były barykady, więc jedną z nich rozebrali tak do wysokości metra. Czołg przez to przejechał i się zepsuł – po prostu stanął. I z przodu wysunęła się z niego taka szuflada.

Były tłumy wokół, zewsząd szalony entuzjazm, bo to była szósta godzina po południu – piękny, słoneczny dzień, Niemcy nie strzelali, było spokojnie. Ze wszystkich stron biegli ludzie, na czołgu było kilkunastu młodych harcerzy z flagą polską, w oknach wszędzie rozradowane twarze. Myśmy stali na tym balkonie i oparci o balustradę patrzyliśmy, co tam się dzieje, dlaczego coś się zepsuło. Ci młodzi ludzie zaczęli się krzątać koło czołgu. I w pewnym momencie… Widziałam tylko ogromny słup ognia, który uniósł się do góry. W ogóle nie słyszałam huku, a niby był bardzo silny, przecież potem był taki podmuch. Tego zupełnie nie czułam, bo straciłam przytomność.

Jak się ocknęłam, czułam, że jestem przywalona jakimś wielkim ciężarem. Nic nie widziałam, bo cała byłam zasypana. Zaczęłam ruszać palcami rąk, stwierdzam, że mam nogi i ręce, więc nie jest tak źle. Trzeba się jakoś wydostać. Byłam wtedy przekonana, że na pewno trafiła w nas „szafa” – to było tych sześć pocisków, jak jeden uderzył, to stare domy całe szły w gruzy. Pomyślałam, że zaraz następny spadnie gdzieś obok i cały dom się zawali, więc trzeba uciekać.

Zaczęłam się odgrzebywać, jakoś udało mi się wydostać. Okazało się, że na mnie leżał, właściwie to mnie ochronił, tors człowieka – bez głowy, nóg i rąk. Byłam cała zalana jego krwią. Włosy miałam jak hełm, bo ta krew stężała. Poza tym nie widziałam na prawe oko, miałam tutaj rozmiażdżone wszystko – i mam [dotąd] taką jeszcze kreskę między brwiami.

Wydostałam się spod tego trupa i [ruszyłam] w drzwi, ale futryna była wyrwana pod kątem może czterdziestu pięciu stopni, więc przewróciłam się przez nią. Wybiegłam na schody, za mną biegł jakiś chłopak, też się wywrócił, zbiegliśmy na półpiętra. Wtedy popatrzyłam na niego – był bardzo niekompletnie ubrany. A potem patrzę po sobie – z bluzki został mi kołnierzyk z guziczkami i zapięciem, a ze spódnicy wisiały dookoła frędzle. Poza tym nic. Pytałam tego chłopaka: „Czy ja mam oko?”. A on: „Nic nie widać, bo masz wszystko rozmiażdżone”. „A co to było?” „Nie wiem”. Pomalutku zeszłam na parter i usiadłam na pierwszym schodku. Czułam tylko straszny zawrót głowy i słyszałam ludzi.

13 sierpnia 1944. Skutki eksplozji ciężkiego transportera ładunków wybuchowych, który po nieudanym niemieckim ataku na barykadę na Podwalu znalazł się w rękach powstańców

Źródło: Fragment nagrania zrealizowanego w 2009 roku w Poznaniu przez Grzegorza Kaczorowskiego dla Archiwum Historii Mówionej Domu Spotkań z Historią i Fundacji Ośrodka KARTA

Wtedy właściwie dopiero doszły do mnie ich straszne wrzaski. Biegali tak okropnie okaleczeni. Te wycia, krzyki, to było straszne. Potem przybiegli koledzy z ministerstwa, przynieśli mi spodnie – panterki, okropnie wielkie, jakąś niemiecką koszulę, ubrali mnie w to i odprowadzili na punkt opatrunkowy.

Kiedy wyszłam z bramy, zobaczyłam, że narożny dom na Podwalu bardzo ucierpiał od wybuchu. A przede wszystkim jezdnia cała była zasłana taką mazią – to była krew zmieszana z popiołem. W ogóle było szaro, nie było normalnego powietrza, tylko straszny fetor spalonego mięsa i trotylu.

Kości z kręgosłupa leżały wypreparowane jak w laboratorium. Na ścianach były przylepione mózgi. U nas na pierwszym piętrze – myśmy przeciągnęły sobie sznurek, bo coś tam suszyłyśmy, to na nim wisiały ludzkie wnętrzności. Potem wydano rozkaz, żeby penetrować najbliższe domy, bo wszędzie leżały części ludzkiego mięsa – nogi, ręce, także na sąsiednich posesjach.

Na Kilińskiego, tu gdzie był dom Długa 7, oficyna, było takie zagłębienie: skwerek, trawka, parę drzew. Pokopano tam doły, mięso zgarniano do wiader i wrzucano do tych dołów. Tych, których można było jakoś rozpoznać, chowali na cmentarzyku przy Kilińskiego 3.

Potem przez długie dnie spisywano, kto zaginął – usiłowano ustalić, ile osób3. Bardzo dużo ludzi straciło wzrok, dużo ciężko rannych trafiło do szpitali – mimo że przeżyli ten wypadek, to jak Niemcy weszli 2 września, ich rozstrzelali. Nadwozie tego pojazdu przeleciało z 50 metrów. Potem je ściągnięto i leżało koło ministerstwa chyba do wiosny następnego roku.

„Isi” jakieś szkło przecięło twarz. Ja bardzo długo miałam białka zupełnie czerwone, bo mi popękały żyłki w oczach (na głowie mam jeszcze guza). Ale wszystko to jakoś dobrze się pogoiło.

Szpitale wszystkie się zapełniły. Nawet „Bór” został lekko ranny, bo i on wyszedł do okna popatrzeć i też dostał jakimś odłamkiem. Potem zaczęły się ciężkie bombardowania – tak że cały szpital i wszyscy ranni zostali przeniesieni do piwnic. Tam były warunki okropne – ciemno, duszno, ludzi było tyle, że nie można było przejść, żeby kogoś nie potrącić. Szczególnie okropne były noce. Myśmy chodziły na 24 godziny na barykadę, a potem luzowała nas jednostka 1112 [pluton z dywizjonu „Jeleń”]. Przychodziłyśmy do ministerstwa, niby na odpoczynek i sen, ale wiedziałyśmy, jakie są warunki w tych szpitalach, więc trochę człowiek odpoczął i szedł coś pomóc. Był straszny natłok rannych, bo do naszego szpitala zostali ewakuowani ranni od [Szpitala św.] Jana Bożego. Poza tym to był centralny szpital, gdzie było dużo specjalistów, lekarzy różnego rodzaju, więc wszystkie cięższe przypadki przynosili też do nas.

Sala operacyjna znajdowała się w narożniku. Główny dom był od Długiej, potem były dwa wielkie skrzydła, [całość] zamykał dom od ulicy Podwale. I w tym narożniku Podwala i Kilińskiego, w suterynie, był oddział zabiegowy – tam byli chirurdzy. Dwie sale piwniczne, parę krzeseł, do tego stół, na nim dwie świeczki, bo okna były zasłonięte. I to właściwie wszystko.

Przed wejściem na te zabiegi była kolejka, ranni siedzieli, niektórzy leżeli na noszach i czekali, kiedyś leżał tam Niemiec postrzelony w brzuch. W międzyczasie bywały naloty. Raz jak weszłam tam z rannym, to akurat był jeden, spadła gdzieś bomba, świeczki spadły i zgasły. Na szczęście na stole nikt się jeszcze wtedy nie znajdował, więc myśmy dopiero na czworaka, po podłodze, szukały tych świeczek, żeby je na nowo zapalić.

Trochę dalej leżała kupa bandaży z krwią, ropą, ze wszystkim. Nad tym wszystkim roje much. A jeszcze trochę dalej, po prawej, drugiej stronie tego podwórza, była kuchnia. I tak bliziutko niej układano trupy. Zawsze rano, jak się wychodziło, leżało pięć–sześć, a czasem i więcej, przykrytych gazetą, i czekało na pochówek. Zajmowali się nim Żydzi – jeżeli zmarły nie miał kogoś bliskiego, żeby go zabrał i pochował.

Żydzi byli odbici z getta4. Jak upadło powstanie żydowskie, na terenie getta Niemcy mieli ogromne składy wszystkiego, co potrzeba żołnierzowi: mundurów, obuwia, najrozmaitszego sprzętu. Ogromne magazyny, a oprócz tego warsztaty naprawcze, w których pracowali Żydzi – polskich specjalistów było już niedużo, ale dużo było Żydów węgierskich. Oni zostali potem przez Polaków odbici i stąd mieliśmy te panterki oraz różny sprzęt, poza tym bardzo dużo żywności. Potem Niemcy odbili te magazyny – częściowo spłonęły i skończyło się już to wszystko.

Ci Żydzi potem zostali, niektórzy sami się zgłaszali do pomocy. U nas w kuchni pracowali na przykład Żydzi węgierscy, po niemiecku [się dogadywaliśmy].

Jak opowiadam, to się denerwuję tym wszystkim. Wszystko do mnie wraca – tak to jest. Człowiek nie może się do końca życia uwolnić od wojny. Może są tacy ludzie, co potrafią zapomnieć. Są i tacy, co w ogóle nie chcą wspominać. Może oni zapominają prędzej. Ale ci, co mówią na ten temat, nie mogą się od tego długo uwolnić.

Nie było potem środków znieczulających, więc najlepiej, żeby ten ktoś [operowany] stracił przytomność. Albo dawali bardzo małe ilości [znieczulenia], tak że trzeba było rannego trzymać.Główne artykuły spożywcze to były wtedy niemieckie płatki kartoflane ze Stawek [z magazynu]. Z mąki robili [Żydzi] takie kluchy wielkie – była zupa albo te kluchy z kartoflami lub rozgotowana kasza. Było trochę konserw, więc czasem dodawali ich do zupy – nie bardzo było to jadalne. Ale jak nie miało się co jeść, to się jadło.

Był ser żółty, masło, mielonka też – wszystko w puszkach. Dostawaliśmy rano i na wieczór suchy prowiant – chleb i dodatki. Ale nie było tego za dużo. W dzień dostawaliśmy zupę – trzeba było po nią iść. Blisko, na tym samym podwórzu, przy katedrze, po drugiej stronie był kościół jezuitów i oni tam mieli swój klasztor. Mieli swoją kuchnię, więc dostawaliśmy od nich na przykład kawę. Potem zabito jednego z tych księży, trafiła tam bomba, i to wszystko się skomplikowało.

Myśmy wybudowali barykadę, która zamykała Kanonię – jak kończyła się ulica Jezuicka, wychodziła na placyk Kanonii. Pod takim kątem barykadę zbudowaliśmy i mieliśmy dostęp do katedry z boku przez zakrystię – z tej strony, gdzie jest cudowny Chrystus w kaplicy Baryczków.

Ta część katedry nie spłonęła, bo tu się wszystko wypaliło. Katedra parę razy się paliła, ale 16 [sierpnia] był największy pożar. Zresztą mnie wtedy nie było, dopiero przyszłam po pożarze. Widziałam jeszcze, jak to wszystko było gorące – te ściany poszczerbione, strasznie było patrzeć. Ile tam było wszystkiego – tych ołtarzy, różnych płyt, nagrobków. To wszystko zginęło – zostało obrócone w popiół.

Moja [przyjaciółka] Basia z drugą koleżanką, Teresą [Potulicką „Michalską”], pomogły księdzu [Wacławowi] Karłowiczowi [„Andrzejowi Boboli”] zdjąć tego cudownego Chrystusa. Wyniesiono go na dwór, odkręcono ręce i został potem piwnicami przeniesiony na Rynek Starego Miasta i dalej do kościoła dominikanów na Freta. Tam przetrwał i wrócił, gdy katedra została odbudowana.

Wkażdą niedzielę była odprawiana msza. Każdy batalion miał swojego kapelana. Naszym był ksiądz ojciec Tomasz Rostworowski, bohaterski ksiądz, bo nie bał się, wyciągał rannych spod obstrzału. Wspaniałe kazania mówił, ostatnie było 27 sierpnia (niedziela, msza była odprawiana na Długiej 7 w piwnicy, wśród rannych). Przyszło bardzo dużo żołnierzy. Powiedział: „Wzięliśmy do ręki miecz, a teraz musimy wziąć krzyż”.

Na Starym Mieście nie ocalał ani jeden dom. Mnie się wydaje, że to niemożliwe, a jednak nie można było normalnie iść ulicą. Raz, że był obstrzał, poza tym były doły, wyrwy, ze spalonych domów spadały blachy i różne rupiecie. Leżały na jezdni. Jak się szło, trzeba było to wszystko omijać. Wiele ulic było zagruzowanych, bo domy zostały zbombardowane i ten gruz zasypał część z nich. Dlatego ruch przeniósł się podwórkami. Na przykład jak była oficyna, to mieszkanie parterowe zostało opuszczone, a okna były otwarte po jednej i po drugiej jej stronie. Albo z jednej strony było mieszkanie, a tu dziura wybita, żeby można było przejść i były przystawione jakieś deski, stoły, stołki i po tym się przechodziło na następne podwórze. Dalej znowu były porobione jakieś przejścia. Poza tym wszystkie domy były połączone, w piwnicach dziury poprzebijane, żeby w razie zawalenia domu można było z jednej piwnicy przejść do drugiej – ewakuować się spod gruzów.

Myśmy mieli dwa własne szpitaliki. Jeden na ulicy Kilińskiego 1, a drugi na Podwalu 195. Potem, jak w ostatnich dniach było wiadomo, że się nie utrzyma [Starego Miasta], to z 30 na 31 [sierpnia] było tak zwane przebicie. Chodziło o to, żeby wojsko wyszło do Śródmieścia i żeby zabrać część rannych, przynajmniej tych lżej, oraz część cywilów. Ale nic z tego nie wyszło.

Na Bielańską i Plac Bankowy było główne uderzenie, dalej do Śródmieścia. A ze Śródmieścia oni mieli uderzyć w naszą stronę. To wszystko miało się zacząć wieczorem, a zaczęło dopiero o czwartej rano, kiedy już się rozwidniało, bo nie mogli nawiązać łączności. Tak że były ogromne straty atakujących od Starego Miasta.

Z naszych ludzi przeszedł tylko dowódca i kilku żołnierzy z naszego batalionu – dołączyli do małego oddziału pod kierunkiem „Morro” [Andrzeja Romockiego] z batalionu „Zośka”. Oni zdołali przejść Bielańską po drugiej stronie, potem przesiedzieli noc w ruinach blisko Senatorskiej i – ponieważ byli w panterkach – jak się zrobiło wieczorem ciemno, zaryzykowali, udając Niemców. Udało im się przejść na stronę polską przez Ogród Saski i Królewską.

Myśmy początkowo nie wiedzieli, co się stało z naszym dowódcą, jak się załamało to całe „przebicie”. Nikt z wyższych oficerów nie orientował się, jaka jest sytuacja. Przecież wtedy prawie nie było żadnej łączności. Myśmy miały iść [na przebicie] razem z koleżanką, wytypowały nas nasze władze sanitarne. A potem nasz dowódca, porucznik „Andrzej” [Jerzy Kowalczyk], powiedział, że nas nie zabierze, ponieważ nasz bezpośredni dowódca, porucznik „Prokop” [Roman Kaczorowski], musi dać zezwolenie. A on akurat przepadł – nie wiadomo, gdzie się podział. Myśmy go szukały, a oni już wyszli. Potem stwierdziłyśmy, że oni na ulicy Długiej siedzieli w jakiejś bramie i czekali na dalsze rozkazy.

1 Wybuch powstania, godzina „W”, wyznaczony był na 17.00, ale w niektórych dzielnicach walki rozpoczęły się wcześniej – na Żoliborzu już przed 14.00, na Woli i w Śródmieściu Północnym około 16.00.

2 Był to ciężki nosiciel ładunków wybuchowych Borgward B IV, w którego przedniej części znajdowało się około 500 kg materiału wybuchowego.

3 Zginęło ponad trzysta osób spośród powstańców i ludności cywilnej.

4 5 sierpnia żołnierze Batalionu „Zośka” opanowali obóz KL Warschau przy ulicy Gęsiej, z którego uwolniono 348 Żydów. Był to niemiecki obóz koncentracyjny utworzony na terenie byłego getta warszawskiego, który funkcjonował od lipca 1943 do sierpnia 1944. Przeszło przez niego ponad 7 tysięcy więźniów – Żydów z różnych państw, których zmuszano do pracy przy rozbiórce ruin getta. Teren obozu oraz ruiny w jego sąsiedztwie Niemcy wykorzystywali do egzekucji więźniów politycznych, aresztowanych w łapankach ulicznych oraz Żydów, którzy ukrywali się „po aryjskiej stronie”.

5 Przy Kilińskiego 1/3 działał Szpital Polowy nr 4, którego personel składał się głównie ze służb medycznych Batalionu „Gustaw”. Przy ulicy Podwale 19 działał punkt sanitarno-opatrunkowy pierwszego kontaktu dla walczących na pobliskich barykadach.