Powstanie i upadek III Rzeszy. Tom III: Hitler i koniec III Rzeszy - William L. Shirer - ebook

Powstanie i upadek III Rzeszy. Tom III: Hitler i koniec III Rzeszy ebook

William L. Shirer

0,0
69,99 zł

lub
Opis

Ta wyczerpująca kronika drogi Hitlera do władzy, nagrodzona National Book Award, jest nazywana „jednym z najważniejszych dzieł historycznych naszych czasów” (The New York Times). Hitler chełpił się, że III Rzesza przetrwa tysiąc lat. Upadła po zaledwie dwunastu. Lecz w tym krótkim okresie doszło do najbardziej katastrofalnych wydarzeń znanych zachodniej cywilizacji. Żadne inne imperium nie zostawiło po sobie takiego morza dokumentów, opisujących jego narodziny i zagładę. Gdy zaciekła wojna dobiegała końca, lecz zanim naziści zdążyli zniszczyć swoje akta, domagający się bezwarunkowej kapitulacji Alianci weszli w posiadanie wyczerpującej historii imperium koszmaru stworzonego przez Adolfa Hitlera. Zdobycz obejmowała świadectwa nazistowskich przywódców, ale także więźniów obozów koncentracyjnych, dzienniki urzędników, transkrypcje tajnych narad, rozkazy wojskowe, prywatne listy – kolosalną dokumentację, opisującą dążenie Hitlera do podboju świata. William L. Shirer, słynny korespondent zagraniczny i historyk, który od 1925 r. obserwował i opisywał nazistów, przesiewał te góry dokumentów przez pięć i pół roku. Owocem jego tytanicznej pracy jest monumentalne dzieło, powszechnie uznawane za wyczerpujący opis najstraszniejszych rozdziałów w dziejach ludzkości. Ten światowy bestseller został uznany za podstawową, klasyczną pracę na temat nazistowskich Niemiec.

RECENZJE „Monumentalne dzieło, przerażająca, ale zarazem porywająca opowieść”, Theodore H. White.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 1096




Ta wyczerpująca kronika drogi Hitlera do władzy, nagrodzona National Book Award, jest nazywana „jednym z najważniejszych dzieł historycznych naszych czasów” „The New York Times”.

Hitler chełpił się, że III Rzesza przetrwa tysiąc lat. Upadła po zaledwie dwunastu. Lecz w tym krótkim okresie doszło do najbardziej katastrofalnych wydarzeń znanych zachodniej cywilizacji.

Żadne inne imperium nie zostawiło po sobie takiego morza dokumentów, opisujących jego narodziny i zagładę. Gdy zaciekła wojna dobiegała końca, lecz zanim naziści zdążyli zniszczyć swoje akta, domagający się bezwarunkowej kapitulacji Alianci weszli w posiadanie wyczerpującej historii imperium koszmaru stworzonego przez Adolfa Hitlera. Zdobycz obejmowała świadectwa nazistowskich przywódców, ale także więźniów obozów koncentracyjnych, dzienniki urzędników, transkrypcje tajnych narad, rozkazy wojskowe, prywatne listy – kolosalną dokumentację, opisującą dążenie Hitlera do podboju świata.

William L. Shirer, słynny korespondent zagraniczny i historyk, który od 1925 r. obserwował i opisywał nazistów, przesiewał te góry dokumentów przez pięć i pół roku. Owocem jego tytanicznej pracy jest monumentalne dzieło, powszechnie uznawane za wyczerpujący opis najstraszniejszych rozdziałów w dziejach ludzkości.

Ten światowy bestseller został uznany za podstawową, klasyczną pracę na temat nazistowskich Niemiec.

Tytuł oryginału

The Rise and Fall of the Third Reich

© Copyright 2000 William L. Shirer

© All Rights Reserved

© Copyright for Polish Edition

Wydawnictwo NapoleonV

Oświęcim 2020

Wszelkie Prawa Zastrzeżone

Tłumaczenie:

Mateusz Grzywa

Redakcja:

Rafał Mazur

Redakcja techniczna:

Mateusz Bartel

Projekt okładki:

Paulina Klimek

Strona internetowa wydawnictwa:

www.napoleonv.pl

Kontakt:[email protected]

Numer ISBN:  978-83-8178-470-2

KSIĘGA CZWARTAWOJNA: PIERWSZE ZWYCIĘSTWA I PUNKT ZWROTNY

ROZDZIAŁ XVIIIUPADEK POLSKI

O godzinie dziesiątej, rankiem 5 września 1939 r., generał Halder odbył rozmowę z generałem von Brauchitschem, naczelnym dowódcą niemieckiej Armii, oraz generałem von Bockiem, który stał na czele Grupy Armii Północ. Oceniwszy sytuację na początku piątego dnia ataku Rzeszy na Polskę, zgodzili się, jak zanotował Halder w dzienniku, że „nieprzyjaciel został praktycznie pokonany”.

Bitwa o Korytarz zakończyła się wieczorem poprzedniego dnia, kiedy to doszło do spotkania nacierającej ze wschodu z Pomorza 4. Armii generała von Kluge i posuwającej się na zachód z Prus Wschodnich 3. Armii generała von Küchlera. To właśnie podczas niej generał Heinz Guderian po raz pierwszy wsławił się na czele swych czołgów. W pewnym momencie jego sunące na wschód przez Korytarz oddziały musiały zmierzyć się z kontratakiem Pomorskiej Brygady Kawalerii. Kilka dni później autor dotarł na miejsce walk i ujrzał przyprawiające o mdłości pozostałości po rzezi. Były one symbolem krótkiej kampanii w Polsce1.

Konie przeciwko czołgom! Lance kawalerzystów przeciwko lufom! Polacy byli odważni, mężni i brawurowi, lecz po prostu nie mieli szans z niemiecką nawałą. Podobnie jak cały świat, doświadczyli po raz pierwszy blitzkriegu: nagłego, zaskakującego uderzenia, ryku krążących nad głowami myśliwców i bombowców, które atakowały, siejąc pożogę i grozę, wycia nurkujących sztukasów; czołgów, całych dywizji czołgów, które przebijały się przez pozycje obronne i pokonywały po nawet pięćdziesiąt kilometrów dziennie; zmotoryzowanych, szybkostrzelnych ciężkich dział, które nawet po kiepskich polskich drogach pędziły z prędkością 60 km/h; i przede wszystkim niewiarygodnej szybkości – również w wykonaniu piechoty – potężnej półtoramilionowej armii, której działania były kierowane i koordynowane dzięki rozbudowanej sieci łączności, składającej się z radia, telefonów i telegrafów. Świat po raz pierwszy ujrzał tego przerażającego, zmechanizowanego potwora.

Polskie lotnictwo zostało zniszczone w ciągu czterdziestu ośmiu godzin. Większość z jego pięciuset liniowych maszyn uległa zagładzie w wyniku niemieckich bombardowań jeszcze na lotniskach, zanim w ogóle zdołały wzbić się w powietrze. Infrastruktura lotnicza została zrujnowana, większość obsługi naziemnej zginęła lub odniosła rany. Kraków, drugie najważniejsze polskie miasto, upadł 6 września. Tej samej nocy polski rząd uciekł z Warszawy do Lublina. Następnego dnia Halder był już pochłonięty planami przerzucania oddziałów na front zachodni, choć nie odnotowano na nim żadnej aktywności wroga. Po południu 8 września 4. Dywizja Pancerna dotarła na obrzeża polskiej stolicy, podczas gdy na południe od Warszawy podążająca ze Śląska i Słowacji 10. Armia Reichenaua opanowała Kielce, a 14. Armia Lista Sandomierz, gdzie Wisła łączy się z Sanem.

Polska armia została zwyciężona w tydzień. Większość z jej trzydziestu pięciu dywizji – bo tylko tyle Polacy zdążyli zmobilizować – została rozproszona lub ogarnięta manewrem oskrzydlającym, którego szpice zbiegały się pod Warszawą. Niemcom pozostało zrealizować „fazę drugą”: zacisnąć pętlę wokół oszołomionych, zdezorganizowanych i otoczonych polskich jednostek, zniszczyć je, a następnie przeprowadzić drugi manewr oskrzydlający, który miał zakończyć się ponad 150 km dalej na wschód, łapiąc w potrzask pozostałe jednostki na zachód od Brześcia Litewskiego i Bugu.

Ta faza rozpoczęła się 9, a zakończyła 17 września. Lewe skrzydło Grupy Armii Północ Bocka skierowało się na Brześć Litewski, do którego XIX Korpus Guderiana dotarł 14 września i opanował go dwa dni później. 17 września, około 80 km na południe od Brześcia, pod Włodawą, żołnierze Guderiana nawiązali kontakt z patrolami 14. Armii Lista, tym samym domykając drugie wielkie okrążenie. Guderian zauważył później, że 17 września „kontratak” został „definitywnie zakończony”. Całość polskich sił, nie licząc garstki oddziałów na radzieckiej granicy, znalazła się w okrążeniu. Punkty polskiego oporu w trójkącie warszawskim i dalej na zachód, pod Poznaniem, trzymały się dzielnie, lecz były skazane na klęskę. 15 września nieustannie nękany przez Luftwaffe polski rząd, czy też raczej to, co z niego pozostało, dotarł do pewnej wsi na rumuńskiej granicy. Nie licząc żołnierzy, którzy ginęli w szeregach nadal broniących się z niebywałym męstwem oddziałów, zarówno dla rządu, jak i całego tego dumnego narodu było już po wszystkim.

Nadszedł czas, aby do nieszczęsnej Polski wkroczyli Rosjanie i zagarnęli swoją część łupu.

INWAZJA ROSJI NA POLSKĘ

Tempo, z jakim niemieckie wojska parły przez Polskę, zaskoczyło Kreml nie mniej niż inne światowe rządy. 5 września, w formalnej pisemnej odpowiedzi na nazistowską propozycję, by ZSRR zaatakował Polskę od wschodu, Mołotow stwierdził, że mogłoby to nastąpić „w stosownym czasie”, lecz że „czas ten jeszcze nie nadszedł”. Uważał, że „nadmierny pośpiech” może zaszkodzić radzieckiej „sprawie”. Podkreślił przy tym jednak, że pomimo iż Niemcy dotrą do niej pierwsi, to muszą sumiennie przestrzegać „linii demarkacyjnej”, wytyczonej w tajnych punktach układu nazistowsko-radzieckiego2. Podejrzliwość Rosjan względem Niemiec już stawała się widoczna. Wtedy na Kremlu zakładano również, że niemiecki podbój Polski zajmie sporo czasu.

Jednakże 8 września, tuż po północy, gdy niemieckie czołgi stały już na obrzeżach Warszawy, Ribbentrop przesłał Schulenburgowi „pilną” i „ściśle tajną” depeszę, w której napisał, że postępy działań w Polsce „przewyższają oczekiwania” i że w tych okolicznościach Niemcy chciałyby poznać „wojskowe zamiary radzieckiego rządu”3. Nazajutrz o 14:10 Mołotow odpowiedział, że Rosja podejmie kroki militarne „w ciągu kilku najbliższych dni”. Kilka godzin wcześniej komisarz spraw zagranicznych pogratulował Berlinowi „wkroczenia niemieckich wojsk do Warszawy”4.

10 września pomiędzy Mołotowem a ambasadorem Schulenburgiem doszło do pewnych nieporozumień. Oświadczywszy, że radziecki rząd został „całkowicie zaskoczony nadspodziewanie szybkimi sukcesami wojskowymi Niemiec” oraz że w konsekwencji Związek Radziecki znalazł się w „trudnej sytuacji”, komisarz napomknął o wymówce, którą Kreml będzie musiał usprawiedliwić własną agresję na sąsiada. Jak przekazał Schulenburg w „pilnej” i „ściśle tajnej” depeszy, stwierdzała ona

(…) że Polska się rozpada i wskutek tego Związek Radziecki musi przyjść z pomocą Ukraińcom oraz Białorusinom „zagrożonym” przez Niemcy. Argument ten [stwierdził Mołotow] jest konieczny, żeby uwiarygodnić interwencję Związku Radzieckiego przed społeczeństwem i równocześnie sprawić, by Związek Radziecki nie wyglądał na agresora.

Ponadto Mołotow poskarżył się, że DNB przytoczyła słowa generała Brauchitscha, jakoby „działania wojskowe na wschodniej granicy Niemiec nie były dłużej potrzebne”. Skoro tak, skoro wojna dobiegła już końca, to „Rosja nie może rozpętać nowej”. Komisarz był wysoce niezadowolony z zaistniałej sytuacji5. 14 września jeszcze bardziej wszystko zagmatwał, wezwał bowiem na Kreml Schulenburga i powiadomiwszy go, że Armia Czerwona wymaszeruje wcześniej, niż zakładano, zażądał informacji na temat daty upadku Warszawy. Chcąc usprawiedliwić swój ruch, Rosjanie musieli czekać na kapitulację stolicy Polski6.

Komisarz zadał kilka niewygodnych pytań. Kiedy Warszawa upadnie? Co Niemcy sądzą o tym, że zostaną obwinieni o interwencję Rosji? Wieczorem 15 września Ribbentrop odpowiedział mu w „pilnej” i „ściśle tajnej” depeszy przekazanej przez Schulenburga. Napisał, że Warszawa zostanie zajęta „w ciągu kilku najbliższych dni”. Niemcy „ucieszyłyby się z rozpoczęcia radzieckiej operacji w tym momencie”. Co się zaś tyczy tego, że Rosjanie chcieli usprawiedliwić własną interwencję, zrzucając winę na Niemcy, „nie wchodziło to w grę (…) było sprzeczne z prawdziwymi zamiarami Niemiec (…) było sprzeczne z ustaleniami podjętymi w Moskwie i wreszcie (…) w oczach świata oba państwa wyglądałyby na wrogów”. Ribbentrop zakończył depeszę prośbą, by radziecki rząd „wyznaczył dzień i godzinę” ataku na Polskę7.

Nastąpiło to kolejnego wieczora. Dwie depesze Schulenburga, które znajdują się w zdobytych niemieckich dokumentach, bardzo wiele mówią o zakłamaniu Kremla.

Spotkałem się z Mołotowem o 18:00 [zadepeszował Schulenburg 16 września]. Oświadczył, że wojskowa interwencja Związku Radzieckiego jest bardzo bliska – być może nastąpi nawet jutro lub pojutrze. Stalin naradzał się właśnie z dowódcami wojskowymi (…).

Mołotow dodał, że (…) Związek Radziecki zamierza uzasadnić swoje postępowanie w poniższy sposób: Państwo Polskie uległo rozkładowi i przestało istnieć; przeto wszystkie układy zawarte z Polską przestały obowiązywać: jakaś strona trzecia może podjąć próbę wyciągnięcia korzyści z zaistniałego chaosu; rząd Związku Radzieckiego poczuwa się do obowiązku interwencji dla ochrony ukraińskich i białoruskich braci oraz zapewnienia pokoju tym nieszczęsnym narodom.

Jako że ową „stroną trzecią” mogły być tylko Niemcy, Schulenburg wyraził sprzeciw.

Mołotow przyznał, że proponowane wyjaśnienie radzieckiego rządu zawiera drażliwą dla Niemców nutę, poprosił jednak, by w obliczu trudnego położenia radzieckiego rządu przymknąć oko na taką błahostkę. Niestety, radziecki rząd nie widzi żadnego innego uzasadnienia, ponieważ do tej pory Związek Radziecki nie wyrażał zainteresowania losem swoich mniejszości w Polsce, a musi jakoś wyjaśnić interwencję przed zagranicą8.

17 września o 17:20 Schulenburg nadał do Berlina kolejną „pilną”, „ściśle tajną” depeszę.

Stalin przyjął mnie o 14:00 (…) oświadczył, że o 18:00 Armia Czerwona przekroczy granicę (…). Dzisiaj radzieckie samoloty zaczną bombardować rejon na wschód od Lwowa.

Gdy ambasador sprzeciwił się trzem punktom radzieckiego komunikatu, dyktator „z najwyższą gotowością” zmienił jego tekst9.

A zatem pod tak nikczemnym i grubymi nićmi szytym pretekstem – jakoby Polska przestała istnieć, a co za tym idzie polsko-radziecki układ o nieagresji przestał obowiązywać, i jakoby Kreml musiał bronić interesów własnych oraz ukraińskiej i białoruskiej mniejszości, rankiem 17 września ZSRR zaczął kopać leżącą Polskę. Jakby tego było mało, polski ambasador w Moskwie został poinformowany, że Rosja zachowa ścisłą neutralność w konflikcie! Dzień później, 18 września, rosyjskie wojska spotkały się z niemieckimi oddziałami pod Brześciem Litewskim, gdzie dokładnie dwadzieścia jeden lat wcześniej raczkujący rząd bolszewików zerwał więzi Rosji z zachodnimi Aliantami i przyjął podyktowane przez niemiecką armię, niezwykle surowe warunki odrębnego pokoju.

A jednak Rosjanie, choć teraz do spółki z nazistowskimi Niemcami wymazywali pradawną Polskę z mapy Europy, od samego początku wykazywali się brakiem zaufania wobec swych nowych towarzyszy. Podczas spotkania z niemieckim ambasadorem w przeddzień napaści na Polskę Stalin wyraził wątpliwości – o czym Schulenburg bezzwłocznie powiadomił Berlin – czy naczelne dowództwo Wehrmachtu dotrzyma ustalonych w Moskwie warunków i nie przekroczy wyznaczonej linii. Ambasador próbował uspokoić dyktatora, lecz najwyraźniej nieskutecznie. „W obliczu szeroko znanej nieufności Stalina”, zadepeszował Schulenburg, „byłbym wdzięczny za zgodę na udzielenie dalszych zapewnień, mogących rozwiać resztki jego wątpliwości”10. Następnego dnia, 19 września, Ribbentrop przekazał ambasadorowi zgodę: „proszę powiedzieć Stalinowi, że ustalenia, które poczyniłem w Moskwie, będą oczywiście dotrzymane i że są one przez nas uważane za podwalinę nowych, przyjacielskich stosunków Niemiec i Związku Radzieckiego”11.

Nie był to jednak koniec tarć pomiędzy tymi nienaturalnymi partnerami. 17 września doszło do nieporozumienia w kwestii tekstu wspólnego komunikatu, który miałby „uzasadnić” zniszczenie Polski przez Rosję i Niemcy. Stalin sprzeciwił się niemieckiej wersji, ponieważ „zdecydowanie zbyt szczerze przedstawiała fakty”. Następnie przygotował własną, prawdziwe arcydzieło mataczenia, i wymusił na Berlinie jej akceptację. Stwierdzała, że wspólnym celem Niemiec i Rosji jest „przywrócenie w Polsce pokoju i ładu, zniszczonych przez rozkład państwa polskiego, i pomoc narodowi polskiemu w ustanowieniu nowych warunków jego politycznego życia”. Jeżeli chodzi o cynizm, Hitler w końcu napotkał równego sobie.

Wydaje się, że początkowo obaj dyktatorzy rozważali stworzenie kadłubowego państwa polskiego na wzór napoleońskiego Księstwa Warszawskiego, co miałoby udobruchać światową opinię publiczną. Jednakże 19 września Mołotow ujawnił, że bolszewicy zmienili zdanie w tej sprawie. Po wściekłych zarzutach wyłożonych Schulenburgowi, jakoby niemieccy generałowie nie zważali na układ moskiewski i próbowali zagarniać tereny należne Rosji, przeszedł do sedna.

Mołotow zasygnalizował [zadepeszował Schulenburg do Berlina], że wyrażana pierwotnie przez radziecki rząd i osobiście przez Stalina skłonność do zachowania istnienia szczątkowej Polski ustąpiła chęci podziału Polski wzdłuż linii Pisy-Narwi-Wisły-Sanu. Radziecki rząd życzy sobie natychmiastowego zainicjowania negocjacji w tej kwestii12.

Tak więc inicjatywa dokonania całkowitego podziału Polski, pozbawienia Polaków wszelkiej samodzielnej egzystencji, wyszła od Rosjan. Natomiast Niemców nie trzeba było do tego szczególnie usilnie namawiać. 23 września Ribbentrop przesłał Schulenburgowi instrukcje. Ambasador miał powiedzieć Mołotowowi, że „rosyjski pomysł linii granicznej, przebiegającej wzdłuż dobrze znanych czterech rzek, jest zbieżny z poglądami rządu Rzeszy”. Ribbentrop zaproponował, że ponownie przyleci do Moskwy, aby wypracować szczegóły linii demarkacyjnej, a także „konkretnej struktury polskiego obszaru”13.

Stalin objął osobistą pieczę nad rokowaniami, a jego niemieccy sojusznicy mieli okazję się przekonać, jak później Brytyjczycy i Amerykanie, jak twardo, cynicznie i niezłomnie potrafi się targować. 25 września o 20:00 dyktator wezwał na Kreml Schulenburga. Późnym wieczorem ambasador ostrzegał w depeszy do Berlina przed twardymi realiami rozmów z Rosjanami; przestrzegał też, że pewne dawne posunięcia mogą przynieść gorzkie konsekwencje.

Stalin stwierdził (…) że zachowanie niezależnej, szczątkowej Polski uważa za błąd. Zaproponował, aby z terytoriów na wschód od linii demarkacyjnej dodać do naszej części całą prowincję warszawską, która sięga po Bug. W zamian my winniśmy zrezygnować z roszczeń względem Litwy.

Stalin (…) dodał, że jeśli się zgodzimy, to Związek Radziecki bezzwłocznie podejmie się rozwiązania kwestii państw bałtyckich w zgodzie z [tajnym] protokołem z 23 sierpnia, i że oczekuje w tej kwestii niezachwianego wsparcia rządu Niemiec. Wskazał jednoznacznie na Estonię, Łotwę i Litwę, lecz nie wspomniał o Finlandii14.

Dyktator prowadził twarde i cwane targi. Stalin proponował wymianę dwóch polskich prowincji, które Niemcy i tak już opanowali, za państwa bałtyckie. Wykorzystywał to, że oddał Hitlerowi ogromną przysługę – umożliwiając mu atak na Polskę – by w odpowiednim momencie wyrwać dla Rosji jak najwięcej. Co więcej, proponował, aby to Niemcy objęli kontrolą polski naród. Jako mieszkaniec Rosji, sam doskonale znał wniosek płynący z wieków historii – Polacy nigdy pokojowo nie wyrzekną się niepodległości. Niech więc będą niemieckim, a nie rosyjskim bólem głowy! Tymczasem on otrzymałby państwa bałtyckie, które odebrano Rosji po I wojnie światowej i których położenie geograficzne zapewniało ZSRR znakomitą obronę przed zaskakującą napaścią ze strony niemieckiego sojusznika.

28 września o 18:00 Ribbentrop ponownie przyleciał do Moskwy. Zanim udał się na Kreml, zdążył przeczytać dwa telegramy z Berlina z ostrzeżeniami, co kombinują Rosjanie. Nadesłał je niemiecki przedstawiciel w Tallinie, który donosił, że właśnie dowiedział się od estońskiego rządu, że ZSRR zażądał, „pod bardzo poważną groźbą natychmiastowego ataku”, baz wojskowych i lotniczych na terenie Estonii15. W nocy, po długich rozmowach ze Stalinem i Mołotowem, Ribbentrop zadepeszował do Hitlera, że „tego wieczoru” zawarty został układ, na mocy którego „na estońskim terytorium, jednakże tym razem bez likwidowania tamtejszego systemu władzy”, znajdą się dwie dywizje Armii Czerwonej oraz brygada radzieckich sił powietrznych. Doświadczony w tego rodzaju zagrywkach Führer doskonale wiedział, że to ostatnie chwile Estonii. Nazajutrz Ribbentrop dowiedział się, że Hitler nakazał ewakuację 86 000 volksdeutschów z Estonii orazŁotwy16.

Stalin wystawił Hitlerowi rachunek, a ten, przynajmniej na razie, musiał go spłacić. Natychmiast zrezygnował nie tylko z Estonii, ale też z Łotwy, które, jak zgodził się w układzie nazistowsko-radzieckim, należały do rosyjskiej strefy interesów. Nim dzień dobiegł końca, oddał też leżącą na północno-wschodniej granicy Rzeszy Litwę, która, według tajnego protokołu układu, znajdowała się w niemieckiej strefie wpływów.

Podczas spotkania z Ribbentropem, które rozpoczęło się 27 września o 22:00 i trwało do 1:00, Stalin przedstawił Niemcom dwie możliwości. Jak dwa dni wcześniej sugerował Schulenburgowi, brzmiały następująco: akceptacja pierwotnej linii demarkacyjnej na Pisie, Narwi, Wiśle i Sanie, przy czym Litwa przypadłaby Niemcom; lub też oddanie Litwy Rosji w zamian za terytoria Polski (prowincja lubelska i obszary na wschód od Warszawy), przez co Rzesza sprawowałaby władzę nad niemal całością narodu polskiego. Dyktator stanowczo namawiał na drugą opcję, o czym Ribbentrop powiadomił Hitlera w długim telegramie, nadanym 28 września o 4:00. Führer przyjął ofertę Stalina.

Podział Europy Wschodniej wymagał zawiłych zabiegów nad mapami. Po południu 28 września, po kolejnych ponad trzech godzinach rokowań (po których wyprawiono na Kremlu oficjalny bankiet), Stalin i Mołotow oddalili się, tłumacząc to koniecznością porozmawiania z łotewską delegacją, którą wezwali do Moskwy. Ribbentrop popędził do opery, by obejrzeć akt Jeziora łabędziego, a o północy wrócił na Kreml na dalsze konsultacje. O 5:00 Mołotow i Ribbentrop złożyli podpisy pod nowym paktem, nazwanym oficjalnie „Niemiecko-Radzieckim Traktatem o Granicach i Przyjaźni”. Jak informował później pewien niemiecki urzędnik, Stalin ponownie aż promieniał, „był ewidentnie zadowolony”17. I miał po temu powody18.

Sam traktat, który został upubliczniony, obwieszczał powstanie „na terenie dawnego państwa polskiego” granicy „respektującej interesy narodowe” obu krajów oraz że na uzyskanych terenach obie strony przywrócą „pokój i ład”, a także „zapewnią mieszkającej na nich ludności pokojowe życie zgodne z jej narodowym charakterem”.

Lecz, podobnie jak w przypadku poprzedniej umowy nazistów i Sowietów, istniały też „tajne protokoły” – trzy, z czego dwa wyrażały sedno całego układu. Jeden przesuwał Litwę do radzieckiej strefy interesów, a prowincje lubelską i wschodniowarszawską do niemieckiej. Drugi był krótki i zwięzły.

Żadna ze stron nie będzie tolerowała na swoim terytorium polskiej agitacji oddziałującej na terytorium strony drugiej. Obie strony będą tłumiły na swoich terytoriach zalążki takiejż agitacji i informowały się wzajemnie w kwestii stosownych środków podejmowanych w tym celu.

A zatem Polska, podobnie jak wcześniej Austria i Czechosłowacja, zniknęła z mapy kontynentu. Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich, który tak długo pozował na obrońcę uciskanych narodów, pomógł Hitlerowi, a nawet podżegał go do unicestwienia tego kraju. Był to czwarty rozbiór Polski przez Niemcy i Rosję19 (w poprzednich uczestniczyła również Austria). Miał okazać się najbardziej bezwzględnym i bezlitosnym. Hitler i Stalin ustalili w tajnym protokole z 28 września20, że zaprowadzą w Polsce reżimy terroru, mające na celu brutalne wykorzenienie polskiej wolności, kultury i życia narodowego.

Hitler wygrał wojnę w Polsce, lecz większym zwycięzcą okazał się Stalin, którego żołnierze nie musieli nawet oddać zbyt wielu strzałów21. Związek Radziecki dostał prawie połowę Polski i silną twierdzę nad Bałtykiem. Odciął Niemcy skuteczniej niż kiedykolwiek od ich dwóch głównych celów: ukraińskiej pszenicy i rumuńskiej ropy – chcąc przetrwać brytyjską blokadę, Niemcy rozpaczliwie potrzebowali obu. Stalin zdobył nawet upragniony przez Hitlera polski rejon naftowy Borysław-Drohobycz, a potem łaskawie zgodził się sprzedać Rzeszy roczny ekwiwalent tamtejszego wydobycia.

Dlaczego Hitler zapłacił Rosjanom tak wygórowaną cenę? To prawda, że zgodził się na to już w sierpniu, byle tylko utrzymać ZSRR z dala od obozu Aliantów i wojny. Niemniej nigdy nie był zbyt pedantyczny, jeżeli chodzi o przestrzeganie zawartych porozumień. Teraz zaś, po podboju Polski w wyniku bezprecedensowego wyczynu militarnego, można by oczekiwać, że – jak apelowała Armia – nie wypełni układu z 23 sierpnia. Gdyby Stalin się sprzeciwiał, Führer mógłby zagrozić mu uderzeniem najpotężniejszej armii na świecie, którego to statusu dowiodła właśnie kampania w Polsce. Ale czy na pewno? Nie, ponieważ na Zachodzie Francja i Wielka Brytania wyczekiwały pod bronią. Chcąc się z nimi rozprawić, musiał mieć spokój na tyłach. Jak pokażą jego późniejsze wypowiedzi, właśnie dlatego poszedł na tak niekorzystny układ ze Stalinem. Niemniej skupiając uwagę na froncie zachodnim, nie zapomniał o postawie radzieckiego dyktatora.

1 Od czasu, kiedy Autor naocznie badał przebieg walk w naszym kraju wiedza na ich temat znacznie posunęła się do przodu. Dlatego proponujemy porównać jego opisy z poświęconymi im pracami [przyp. red.].

2 Tekst rosyjskiej odpowiedzi w DGFP, VIII, s. 4. Wiele z tych wymian komunikatów pomiędzy nazistami a Rosjanami wydrukowano w NSR, leczDGFPprzedstawia pełniejszy obraz.

3Ibid., s. 33-34.

4 Gratulacje Mołotowa w ibid., s. 34. Obietnica podjęcia działań wojskowych na s. 35.

5 Depesza Schulenburga, 10 września, w ibid., s. 44-45.

6Ibid., s. 60-61.

7Ibid., s. 68-70.

8Ibid., s. 76-77.

9Ibid., s. 79-80.

10Ibid., s. 92.

11Ibid., s. 103.

12Ibid., s. 105.

13Ibid., s. 123-124.

14Ibid., s. 130.

15 Oba telegramy, ibid., s. 147-148.

16Ibid., s. 162.

17 Owym urzędnikiem był Andor Hencke, podsekretarz stanu w MSZ, który przez wiele lat pełnił służbę w ambasadzie w Moskwie i napisał szczegółową oraz wciągającą relację z rozmów. To jedyny niemiecki zapis drugiego dnia rokowań [ibid., Appendix 1].

18 Tekst traktatu, a także tajnych protokołów, oficjalna deklaracja oraz wymiana korespondencji pomiędzy Mołotowem a Ribbentropem w ibid., s. 164-168.

19 Arnold Toynbee, w różnych swoich tekstach, nazywa to piątym rozbiorem.

20 Choć podpisany o 5:00 29 września, dokument nosi oficjalną datę 28 września.

21 Według oficjalnych danych Niemcy stracili w Polsce 10 572 zabitych, 30 322 rannych i 3400 zaginionych.

ROZDZIAŁ XIXSITZKRIEG NA ZACHODZIE

Lecz tam działo się niewiele. Nad frontem panował spokój. Zwykli Niemcy zaczęli nazywać konflikt z Aliantami „wojną na siedząco” – sitzkriegiem. Na Zachodzie zostanie wkrótce ochrzczony mianem „dziwnej wojny”. Jak ujął to brytyjski generał J.F.C. Fuller, oto „najpotężniejsza armia świata [francuska] (…) tkwiła naprzeciwko nie więcej niż dwudziestu sześciu [niemieckich] dywizji, siedząc bezczynnie i chowając się za stalą i betonem, podczas gdy wręcz po donkiszotowsku mężny sojusznik był właśnie eksterminowany!”1.

Czy Niemców zaskoczył ten stan rzeczy? Nieszczególnie. W swoim pierwszym wpisie w dzienniku, tym z 14 sierpnia, generał Halder sformułował szczegółową ocenę sytuacji na Zachodzie w razie ataku Niemiec na Polskę. Uznał ofensywę Francji za „mało prawdopodobną”. Był pewien, że nie przeprowadzi ona swoich wojsk przez Belgię, przynajmniej nie „wbrew woli Belgów”. Doszedł do wniosku, że Francuzi pozostaną w defensywie. Jak zauważyliśmy, 7 września, gdy było już wiadomo, że polska armia jest skazana na klęskę, Haldera zajmowały plany przerzutu niemieckich dywizji na front zachodni.

Tamtego wieczoru spisał rezultaty narady, którą po południu generał Brauchitsch odbył z Führerem.

Operacja na Zachodzie jeszcze niejasna. Pewne sygnały, że nie istnieje prawdziwy zamiar toczenia wojny (…). Francuski gabinet pozbawiony heroicznego kalibru. Również z Wielkiej Brytanii pierwsze oznaki otrzeźwiającej refleksji.

Dwa dni później Hitler wydał dyrektywę wojenną nr 3. Nakazał w niej przygotowanie jednostek Armii i lotnictwa do przerzucenia z Polski na Zachód. Lecz niekoniecznie do walki. „Nawet po niezdecydowanym rozpoczęciu działań zbrojnych przez Wielką Brytanię (…) i Francję, we wszystkich poniższych przypadkach niezbędny jest mój wyraźny rozkaz: każdy przypadek, w którym nasze siły lądowe [lub] (…) jeden z naszych samolotów przekracza zachodnie granice; [a także] każdy atak lotniczy na Wielką Brytanię”2.

Do czego, w razie napaści na Polskę, zobowiązały się Wielka Brytania i Francja? Brytyjskie obietnice były ogólne, natomiast francuskie jak najbardziej konkretne. Zostały wyłożone we francusko-polskiej konwencji wojskowej z 19 maja 1939 r. Ustalono w niej, że Francuzi „do trzeciego dnia po dniu powszechnej mobilizacji stopniowo uruchomią działania ofensywne przeciwko ograniczonym celom”. Mobilizację powszechną ogłoszono 1 września. Niemniej dalej w dokumencie stwierdzono, że „gdy tylko rozwinie się główny wysiłek Niemiec przeciwko Polsce, Francja uruchomi działania ofensywne przeciwko Niemcom swymi głównymi siłami, począwszy od piętnastego dnia po pierwszym dniu francuskiej mobilizacji powszechnej”. Gdy zastępca szefa polskiego Sztabu Generalnego, pułkownik Jaklicz, zapytał, jakie siły będą dostępne na potrzeby tej ofensywy, generał Gamelin odparł, że około 35-38 dywizji3.

Lecz, jak widzieliśmy, 23 sierpnia, gdy niemiecka agresja na Polskę wydawała się rychła i nieuchronna, bojaźliwy francuski generalissimus tłumaczył swemu rządowi, że nie będzie w stanie przedsięwziąć większej ofensywy „szybciej niż za około dwa lata (…) w 1941-1942”. A i to zakładając, jak dodał, że Francja uzyska do tego czasu „pomoc brytyjskich żołnierzy i amerykański sprzęt”.

W pierwszych tygodniach wojny Wielka Brytania niewątpliwie dysponowała żałośnie niską liczbą żołnierzy, których mogłaby wysłać do Francji. 11 października, trzy tygodnie po zakończeniu walk w Polsce, posiadała we Francji cztery dywizje – 158 000 ludzi. Churchill nazwał to „symbolicznym wkładem”, a Fuller odnotował, że pierwszy brytyjski żołnierz – kapral zastrzelony podczas patrolu – poległ dopiero 9 grudnia. „Tak bezkrwawej wojny nie widziano od czasu bitew pod Molinellą i Zagonarą”, skwitował4.

W Norymberdze niemieccy generałowie przyznali z perspektywy czasu, że nie atakując na Zachodzie w toku kampanii polskiej, Alianci przegapili doskonałą szansę.

Sukces przeciwko Polsce był możliwy tylko dzięki niemal całkowitemu ogołoceniu zachodniej granicy [zeznał generał Halder]. Gdyby Francuzi dostrzegli logikę sytuacji i wykorzystali zaangażowanie niemieckich wojsk w Polsce, byliby w stanie przekroczyć Ren, a my nie moglibyśmy temu zapobiec, i zagroziliby regionowi Zagłębia Ruhry, które było najważniejszym czynnikiem umożliwiającym toczenie wojny przez Niemcy5.

(…) to, że nie załamaliśmy się w 1939 r. [stwierdził generał Jodl] wynikało jedynie z faktu, że podczas kampanii polskiej w przybliżeniu 110 francuskich i brytyjskich dywizji na Zachodzie trzymano w zupełnej bezczynności przeciwko 23 dywizjom niemieckim6.

Generał Keitel, szef OKW, dodał:

Podczas kampanii polskiej my, żołnierze, oczekiwaliśmy ataku Francji i byliśmy bardzo zaskoczeni, że nic się nie wydarzyło (…). Francuski atak natrafiłby jedynie na niemieckie siły osłonowe, nie na prawdziwą obronę7.

Dlaczego w takim razie francuska armia (dwie pierwsze brytyjskie dywizje pojawiły się na kontynencie dopiero w pierwszym tygodniu października), która dysponowała przytłaczającą przewagą nad siłami niemieckimi, nie zaatakowała, choć przecież generał Gamelin i francuski rząd zobowiązali się na piśmie, że to uczyni?

Powodów było wiele: defetyzm francuskiego naczelnego dowództwa, rządu i narodu; wspomnienie daniny krwi złożonej w I wojnie światowej i pragnienie uniknięcia powtórki tamtej rzezi; świadomość, która pojawiła się w połowie września, że wojska polskie zostały tak dotkliwie pobite, że Niemcy już wkrótce będą w stanie przesunąć na Zachód przeważające siły i prawdopodobnie zniweczą wszelkie wstępne sukcesy Francuzów; strach przed niemiecką przewagą w sprzęcie i w powietrzu. W rzeczy samej, francuski rząd od samego początku upierał się, by brytyjskie lotnictwo nie bombardowało celów w Niemczech, gdyż obawiał się odwetowych nalotów na francuskie fabryki, pomimo że zmasowane bombardowania Zagłębia Ruhry, przemysłowego serca Rzeszy, mogłyby mieć dla Niemców katastrofalne konsekwencje. We wrześniu 1939 r. wielu niemieckich generałów ogromnie się tego obawiało, co sami później przyznali.

Zasadniczo najlepszej odpowiedzi na pytanie, dlaczego we wrześniu 1939 r. Francja nie zaatakowała Niemiec, udzielił Winston Churchill. „Bitwa została przegrana kilka lat wcześniej”, napisał8. W Monachium w 1938 r.; podczas remilitaryzacji Nadrenii w 1936 r.; gdy Hitler, wbrew postanowieniom traktatu wersalskiego, ogłaszał przywrócenie powszechnego poboru w Niemczech. Teraz przyszło zapłacić cenę za pożałowania godną bierność Aliantów w tamtych sytuacjach, choć w Paryżu i Londynie nadal myślano, że może dzięki dalszej bezczynności uda się tego uniknąć.

Działania wojenne toczyły się natomiast na morzach.

Niemiecka marynarka nie była skrępowana takimi więzami jak siły lądowe na Zachodzie. W pierwszym tygodniu działań zbrojnych U-Booty posłały na dno jedenaście brytyjskich jednostek o łącznym tonażu 64 595 t, czyli mniej więcej połowę z tego, ile Niemcy zatapiali w apogeum wojny podwodnej w kwietniu 1917 r., gdy klęska zajrzała w oczy Wielkiej Brytanii. Później brytyjskie straty zaczęły się zmniejszać: 53 561 t w drugim tygodniu wojny, 12 750 w trzecim i jedynie 4646 w czwartym. Łącznie we wrześniu ofiarą U-Bootów padło dwadzieścia sześć jednostek o łącznym tonażu 135 552 t, a trzy o łącznej wyporności 16 488 t min morskich9.

Za gwałtownym obniżeniem strat stał powód, o którym Brytyjczycy wówczas nie wiedzieli. 7 września admirał Raeder odbył długą naradę z Hitlerem. Rozradowany sukcesami w Polsce i bezczynnością Francuzów Führer nakazał mu zwolnić tempo działań. Francja wykazywała „wojskową i polityczną powściągliwość”; Brytyjczycy pokazywali, że się „wahają”. W związku z tym postanowiono, że okręty podwodne będą oszczędzały statki pasażerskie na Atlantyku, bez wyjątków, i nie będą atakowały żadnych jednostek francuskich. Ponadto pancerniki kieszonkowe, czyli operujący na północnym Atlantyku Deutschland i na południowym Atlantyku Graf Spee, powinny jak na razie wycofać się na pozycje „wyczekiwania”. „Ogólne podejście”, zanotował w dzienniku Raeder, miało polegać na „powściągliwości do czasu wyjaśnienia sytuacji politycznej na Zachodzie, co zajmie mniej więcej tydzień”10.

ZATOPIENIE ATHENII

Podczas spotkania 7 września Hitler i Raeder podjęli jeszcze jedną decyzję. Admirał zanotował: „Nie należy podejmować żadnych prób rozwiązania sprawy Athenii, dopóki okręty podwodne nie wrócą do baz”.

Jak już widzieliśmy, działania na morzu rozpoczęły się dziesięć godzin po wypowiedzeniu wojny przez Londyn, kiedy to 3 września o 21:00 brytyjski liniowiec Athenia z aż 1400 pasażerami na pokładzie został bez ostrzeżenia storpedowany mniej więcej 200 mil morskich na zachód od Hebrydów. Zginęło 112 osób, w tym 28 Amerykanów. Niemieckie Ministerstwo Propagandy skonsultowało doniesienia z Londynu z naczelnym dowództwem marynarki. Ponieważ usłyszało, że w tamtej okolicy nie operował żaden U-Boot, natychmiast zdementowało, jakoby statek został zatopiony przez Niemców. Katastrofa była niezwykle niewygodna dla dowództwa Kriegsmarine i samego Hitlera, którzy początkowo nie uwierzyli w napływające ze stolicy Wielkiej Brytanii wiadomości. Wszystkim dowódcom okrętów podwodnych wydano wyraźny rozkaz przestrzegania konwencji haskiej, która zakazywała atakowania statków bez ostrzeżenia. Lecz jako że wszystkie U-Booty utrzymywały ciszę radiową, nie dało się od razu sprawdzić, co naprawdę się stało11. Nie przeszkodziło to kontrolowanej przez nazistów prasie zarzucić Brytyjczykom, że sami storpedowali własny statek, by sprowokować Stany Zjednoczone do przystąpienia do wojny.

Przy Wilhelmstrasse poważnie przejmowano się amerykańską reakcją na tragedię, w której straciło życie 28 obywateli USA. Nazajutrz po katastrofie Weizsäcker zaprosił amerykańskiego chargé d’affaires, Alexandra Kirka, i zaprzeczył, jakoby odpowiadał za nią niemiecki okręt podwodny. Podkreślił, że w okolicy nie było żadnej jednostki Kriegsmarine. Zgodnie z jego późniejszym zeznaniem w Norymberdze, wieczorem spotkał się z Raederem i przypomniał admirałowi, że zatopienie Lusitanii przyczyniło się do wciągnięcia Amerykanów w I wojnę światową. Podkreślił, że „należy uczynić wszystko”, by tym razem nie sprowokować USA. Admirał zapewnił go, że „żaden niemiecki U-Boot nie mógł być w to zamieszany”12.

Na nalegania Ribbentropa 16 września admirał Raeder zaprosił do siebie amerykańskiego attaché morskiego. Stwierdził, że otrzymał już raporty ze wszystkich okrętów podwodnych i „w rezultacie ponad wszelką wątpliwość ustalono, że Athenia nie została zatopiona przez niemieckiego U-Boota”. Poprosił amerykańskiego przedstawiciela, aby powiadomił o tym swój rząd, co ten wkrótce uczynił13.

Lecz wielki admirał mijał się z prawdą. Nie wszystkie okręty podwodne, które 3 września operowały na morzach, zdołały już wrócić do portów. Wśród nich był U-30 oberleutnanta Lempa, który powrócił na rodzime wody dopiero 27 września. W porcie czekał admirał Karl Dönitz, dowódca broni podwodnej, który kilka lat później w Norymberdze opisał to spotkanie i w końcu ujawnił całą prawdę na temat Athenii.

Spotkałem się z dowódcą, oberleutnantem Lempem, przy śluzie w Wilhelmshaven, gdy okręt wpływał do portu, poprosił mnie o zgodę na rozmowę na osobności. Od razu zauważyłem, że wyglądał na bardzo niezadowolonego i bez owijania w bawełnę powiedział mi, że uważa, iż jest odpowiedzialny za zatopienie Athenii w rejonie Kanału Północnego. Zgodnie z moimi poprzednimi instrukcjami wypatrywał krążowników pomocniczych14 zmierzających ku Wyspom Brytyjskim i storpedował statek, który później, dzięki komunikatom radiowym, zidentyfikował jako Athenię, wziąwszy ją za odbywający patrol krążownik pomocniczy (…).

Natychmiast wysłałem Lempa samolotem do Sztabu Wojennego Marynarki (SKL) do Berlina; w międzyczasie nakazałem zachowanie całkowitej tajemnicy. Później tego samego dnia, albo wczesnym rankiem następnego, otrzymałem rozkaz od komandora Fricke:

1. Sprawa ma pozostać całkowitą tajemnicą.

2. Naczelne Dowództwo Marynarki (OKM) uznało, że sąd wojenny nie będzie konieczny, gdyż są przekonani, że kapitan działał w dobrej wierze.

3. Wyjaśnieniami politycznymi zajmie się OKM15.

W żaden sposób nie uczestniczyłem w wydarzeniach politycznych, w ramach których Führer zapewniał, że Athenii nie zatopił żaden U-Boot16.

Lecz Dönitz, który przez cały czas musiał podejrzewać, co naprawdę się zdarzyło, bo inaczej przecież nie przyjechałby na nabrzeże na spotkanie z U-30, uczestniczył w korygowaniu dziennika pokładowego U-Boota i własnego dziennika, by wymazać wszelkie dowody prawdy. Jak sam przyznał w Norymberdze, to on wydał polecenie wykreślenia z dziennika U-30 wszystkich wzmianek o Athenii. Zobowiązał również załogę okrętu do całkowitej tajemnicy17.

Bez wątpienia naczelne dowództwa wszystkich państw podczas wojny trzymały w szafach wiele trupów. Jest zrozumiałe, choć mało chwalebne, że Hitler, jak zeznał w Norymberdze Raeder, nalegał, by sprawę Athenii zachowano w ścisłej tajemnicy – zwłaszcza że początkowo dowództwo Kriegsmarine szczerze zaprzeczało niemieckiemu udziałowi w tragedii i późniejsze przyznanie się do winy byłoby dlań bardzo wstydliwe. Lecz Hitler na tym nie poprzestał. W niedzielny wieczór 22 października minister propagandy Goebbels osobiście zabrał głos w radiu (autor dobrze pamięta tę audycję) i oskarżył Churchilla o zatopienie liniowca. Nazajutrz oficjalna nazistowska gazeta „Völkischer Beobachter” opublikowała na pierwszej stronie artykuł pod nagłówkiem: „CHURCHILL ZATOPIŁ ATHENIĘ” i głosiła, że umieścił on w luku bagażowym statku bombę zegarową. W Norymberdze udało się ustalić, że to Führer nakazał nadanie audycji i publikację artykułu – a także że Raeder, Dönitz i Weizsäcker, choć byli wysoce zniesmaczeni tak bezwstydnym kłamstwem, nie odważyli się zrobić nic, by mu zapobiec18.

Brak kręgosłupa admirałów oraz samozwańczego lidera ruchu antynazistowskiego w resorcie spraw zagranicznych, a także generałów Wehrmachtu doprowadził do zapisania jednych z najbardziej ponurych kart w dziejach Niemiec.

HITLER PROPONUJE POKÓJ

„Dziś wieczorem prasa mówi otwarcie o pokoju”, zanotowałem 20 września. „Wszyscy Niemcy, z którymi dzisiaj rozmawiałem, są absolutnie pewni, że w ciągu najbliższego miesiąca będziemy mieli pokój. Są bardzo dobrej myśli”.

Dzień wcześniej w ozdobnej Sali Gildii w Gdańsku słyszałem pierwszą mowę Hitlera od czasu przemówienia przed Reichstagiem z 1 września. Choć był wściekły, ponieważ nie mógł wygłosić jej w Warszawie, której garnizon nadal dzielnie się bronił, i pluł jadem przy każdym napomknięciu o Wielkiej Brytanii, wykonał nieznaczny gest w stronę pokoju. „Nie mam wojennych celów przeciwko Francji i Wielkiej Brytanii”, stwierdził. „Czuję sympatię do francuskiego żołnierza. On nie wie, o co ma się bić”. Następnie odwołał się do Wszechmogącego, „który pobłogosławił nas, byśmy pokazali innym narodom, jak bezcelowa będzie ta wojna (…) i zwrócili uwagę na błogosławieństwa pokoju”.

26 września, dzień przed upadkiem Warszawy, niemiecka prasa i radio przypuściły wielką ofensywę pokojową. Zanotowałem w dzienniku, że argumentacja mediów brzmiała następująco: „Dlaczego Francja i Wielka Brytania chcą walczyć? Nie ma już o co. Niemcy niczego nie chcą na Zachodzie”.

Kilka dni później do owej ofensywy włączyła się Rosja, która szybko pożerała swoją część Polski. Wraz z podpisaniem traktatu o granicy i przyjaźni z Niemcami, z tajnymi klauzulami dzielącymi Europę Wschodnią, 28 września Mołotow i Ribbentrop upichcili w Moskwie donośną deklarację pokojową.

Głosiła, że rządy ZSRR i Niemiec

(…) ostatecznie rozwiązawszy problemy wynikłe z rozkładu państwa polskiego i stworzywszy solidne podstawy dla trwałego pokoju w Europie Wschodniej, wspólnie wyrażają przekonanie, że zakończenie stanu wojny pomiędzy Niemcami a Anglią i Francją służyłoby prawdziwym interesom wszystkich narodów. Przeto oba rządy dołożą wspólnych starań (…) na rzecz jak najszybszego osiągnięcia tego celu.

Jeżeli jednak wysiłki obu rządów okażą się bezowocne, dowiedzie to faktu, że to Wielka Brytania i Francja są odpowiedzialne za kontynuowanie wojny (…).

Czy Hitler naprawdę chciał pokoju, czy też kontynuowania wojny i, przy rosyjskiej pomocy, zrzucenia odpowiedzialności na barki zachodnich Aliantów? Być może sam do końca nie wiedział, choć chyba jednak czuł, na czym bardziej mu zależy.

26 września odbył długą rozmowę z Dahlerusem, który bynajmniej nie zarzucił swej krucjaty na rzecz pokoju. Niezmordowany Szwed spotkał się wcześniej w Oslo ze swoim przyjacielem Ogilvie Forbesem, bo były radca ambasady w Berlinie przeniósł się na podobne stanowisko w brytyjskim przedstawicielstwie w stolicy Norwegii. Według tajnej notatki dr. Schmidta19, Dahlerus przekazał Hitlerowi, że usłyszał od Forbesa, iż brytyjski rząd chce pokoju. Jedyne pytanie brzmiało: w jaki sposób Brytyjczycy mogliby zachować twarz?

„Jeżeli rzeczywiście chcą pokoju”, odparł Hitler, „to mogą go mieć w ciągu dwóch tygodni – bez tracenia twarzy”.

Musieliby tylko pogodzić się z faktem, dodał, że „Polska nie może znów się odrodzić”. Zapewnił, że poza tym jest gotów zagwarantować status quo „w całej reszcie Europy”, w tym bezpieczeństwo Wielkiej Brytanii, Francji i Niderlandów. Następnie dyskutowali, jak zainicjować rokowania pokojowe. Hitler zasugerował, by z inicjatywą wyszedł Mussolini. Dahlerus uważał, że królowa Holandii byłaby „bardziej neutralna”. Obecny przy rozmowie Göring zaproponował, by najpierw przedstawiciele Wielkiej Brytanii i Niemiec spotkali się potajemnie w Holandii. Gdyby osiągnęli oczekiwane postępy, później królowa mogłaby zaprosić ich na oficjalne rozmowy w sprawie zawieszenia broni. Hitler, który kilkukrotnie wyrażał sceptycyzm odnośnie „do pokojowych chęci Brytyjczyków”, w końcu zgodził się na ofertę Szweda, który „zaraz nazajutrz miał wyruszyć do Anglii i wysondować wskazany kierunek”.

„Brytyjczycy mogą mieć pokój, jeżeli chcą”, powiedział mu na odchodnym Hitler, „ale muszą się pośpieszyć”.

Tak wyglądał jeden z kierunków rozumowania Hitlera. Drugi zaprezentował swoim generałom. Dzień wcześniej, 25 września, Halder wspomniał w dzienniku, że „doszły go słuchy, że Führer planuje zaatakować na Zachodzie”. 27 września, dzień po tym, jak zapewnił Dahlerusa, że jest gotów zawrzeć pokój z Wielką Brytanią, Hitler zwołał do Kancelarii Rzeszy naczelnych dowódców Wehrmachtu i powiadomił ich, że podjął decyzję „o jak najszybszym ataku na Zachodzie, ponieważ francusko-brytyjska armia nie jest jeszcze gotowa”. Według Brauchitscha wyznaczył nawet datę ataku – 12 listopada20. Tego dnia Hitler bez wątpienia był podekscytowany nowinami o upadku Warszawy. Prawdopodobnie zakładał, że przynajmniej Francję można by rzucić na kolana równie łatwo jak Polskę, choć dwa dni później Halder odnotował w dzienniku, że należy „wyjaśnić” Führerowi, iż „metoda prowadzenia kampanii polskiej będzie nieprzydatna na Zachodzie. Nie przyda się przeciwko dobrze zorganizowanej armii”.

Być może to Ciano, który 1 października rozmawiał z kanclerzem w Berlinie, najlepiej przeniknął umysł dyktatora. Młody włoski minister, który do tego czasu do cna znienawidził Niemców, lecz musiał zachowywać pozory, zastał Hitlera bardzo pewnego siebie. Kiedy przedstawiał swe plany, jego oczy „błyszczały złowrogo, gdy tylko opowiadał o swoich sposobach i środkach prowadzenia walki”, zauważył Ciano. Podsumowując swoje wrażenia ze spotkania, włoski gość napisał:

(…) Być może dzisiaj Hitlera nadal kusi zaoferowanie jego narodowi solidnego pokoju po wielkim zwycięstwie. Lecz gdyby dla jego osiągnięcia musiał poświęcić choć w minimalnym stopniu to, co uważa za należne mu owoce triumfu21, to po tysiąckroć wolałby dalszą walkę22.

Ja, gdy w południe 6 października siedziałem w Reichstagu i słuchałem Hitlera miotającego propozycjami pokojowymi, odniosłem wrażenie, jakby ktoś piąty albo szósty raz puszczał starą płytę gramofonową. Ile to już razy słyszałem, jak z tej samej mównicy, po kolejnym podboju, z tą samą pozorną szczerością, proponował – jeżeli tylko zapominałeś o jego ostatniej ofierze – przyzwoicie i rozsądnie brzmiące warunki pokoju. W tamten rześki, słoneczny jesienny dzień robił to ponownie, ze swoją zwyczajową elokwencją i hipokryzją. Było to długie przemówienie – jedno z jego najdłuższych wystąpień publicznych. Jednak pod koniec, po ponad godzinie przeinaczania historii i chełpienia się niemieckimi wyczynami w Polsce („w tym niedorzecznym kraju”), przeszedł do oferty pokojowej i stojących za nią przesłanek.

Moim naczelnym dążeniem jest oczyszczenie naszych relacji z Francją z wszelkich pozostałości złej woli i uczynienie ich przyzwoitymi dla obu państw (…). Niemcy nie mają żadnych dalszych roszczeń względem Francji (…). Nie chciałem nawet wspominać o problemie Alzacji i Lotaryngii (…). Zawsze wyrażałem wobec Francji pragnienie zakopania raz na zawsze naszej prastarej wrogości i pogodzenia tych dwóch narodów, które mają tak chwalebną przeszłość (…).

A co z Wielką Brytanią?

Nie mniej wysiłków dołożyłem, by doprowadzić do porozumienia angielsko-niemieckiego, nie, nawet więcej, do angielsko-niemieckiej przyjaźni. W żadnym czasie ani miejscu nie działałem wbrew brytyjskim interesom (…). Nawet dzisiaj uważam, że prawdziwy pokój w Europie i na świecie może nastać jedynie, jeżeli Niemcy i Anglia dojdą do porozumienia.

A pokój?

Po co toczyć tę wojnę na Zachodzie? Dla przywrócenia Polski? Polska z traktatu wersalskiego już nigdy się nie odrodzi (…). Kwestia ponownego ustanowienia państwa polskiego to nie jest problem, który rozwiąże wojna na Zachodzie, mogą rozwiązać go wyłącznie Niemcy i Rosja (…). Unicestwienie milionów ludzi i zniszczenie wartego miliony mienia dla odbudowy państwa, które już przy narodzinach było skazane na zagładę przez wszystkich poza ludźmi polskiego pochodzenia, byłoby szaleństwem.

Czy są więc inne powody?

Jeżeli ta wojna ma być prowadzona tylko po to, by dać Niemcom nową władzę (…) to miliony ludzkich istnień zostaną poświęcone na próżno (…). Nie, wojna na Zachodzie nie może rozwiązać żadnych problemów (…).

A istniały problemy, które należało rozwiązać. Hitler wymienił całą ich listę: „utworzenie państwa polskiego” (choć ustalił już z Rosjanami, że takowe nie powinno istnieć); „rozwiązanie i rozstrzygnięcie problemu żydowskiego”; kolonie dla Niemiec; odrodzenie międzynarodowego handlu; „bezwarunkowo gwarantowany pokój”; redukcja zbrojeń; „regulacje w sprawach wojny powietrznej, trujących gazów, okrętów podwodnych, etc.”; a także rozwiązanie problemów mniejszości w Europie.

By „osiągnąć te doniosłe cele” zaproponował zwołanie, „po gruntownych przygotowaniach”, konferencji czołowych narodów Europy.

Niemożliwe [kontynuował], by owa konferencja, która będzie miała określić los kontynentu na wiele lat, mogła obradować pod presją grzmiących dział lub zmobilizowanych armii.

Jednakże skoro problemy te prędzej czy później trzeba rozwikłać, to byłoby rozsądniej zmierzyć się z poszukiwaniem rozwiązań, zanim pośle się bez celu na śmierć miliony ludzi i zniszczy miliardowe bogactwa. Trwanie przy bieżącym stanie spraw na Zachodzie jest nie do pomyślenia. Wkrótce każdy dzień będzie wymagał coraz większych poświęceń (…). Narodowe bogactwo Europy zostanie roztrwonione na pociski, a energia wszystkich narodów wyciśnięta na polach bitew (…).

Jedno jest pewne. W historii świata nigdy nie było dwóch zwycięzców, lecz często bywali sami przegrani. Niech narody i ich przywódcy, którzy są tego samego zdania, udzielą odpowiedzi. A ci, którzy uważają, że wojna jest lepszym rozwiązaniem, niech odtrącą moją wyciągniętą rękę.

Miał na myśli Churchilla.

Jeżeli jednak zdanie pana Churchilla i jego zwolenników przeważy, będzie to moja ostatnia propozycja. Później będziemy walczyć (…). W historii Niemiec nie będzie już drugiego listopada 1918 roku.

Po powrocie z Reichstagu do domu napisałem, że to bardzo wątpliwe, by Brytyjczycy i Francuzi „choć przez pięć minut” słuchali tych mętnych propozycji. Natomiast Niemcy byli optymistycznie nastawieni. Wieczorem, w drodze do radia, kupiłem najświeższe wydanie „Völkischer Beobachter”. Krzykliwe nagłówki głosiły:

NIEMCY CHCĄ POKOJU – BRAK CELÓW WOJENNYCH PRZECIWKO FRANCJI I ANGLII – KONIEC Z ROSZCZENIAMI NIE LICZĄC KOLONII – REDUKCJA ZBROJEŃ – WSPÓŁPRACA ZE WSZYSTKIMI NARODAMI EUROPY – PROPOZYCJA KONFERENCJI.

Dzięki tajnym niemieckim dokumentom dziś już wiadomo, że z powodu wieści nadsyłanych z Paryża przez tamtejszych przedstawicieli Hiszpanii i Włoch, na Wilhelmstrasse wierzono, że Francuzi nie mają ochoty kontynuować wojny. Hiszpański ambasador już 8 września doniósł Niemcom, że Bonnet, „w obliczu ogromnej niepopularności wojny we Francji, zamierza doprowadzić do porozumienia, gdy tylko działania w Polsce dobiegną końca. Pojawiają się pewne sygnały, że nawiązał już w tym celu kontakt z Mussolinim”23.

2 października Attolico wręczył Weizsäckerowi tekst najnowszego komunikatu od włoskiego przedstawiciela w Paryżu. Stwierdzał on, że większość członków francuskiego gabinetu opowiada się za konferencją pokojową i że wszystko sprowadza się już tylko do „umożliwienia Francji i Anglii, aby zachowały twarz”24. Najwyraźniej jednak do owej większości nie zaliczał się premier Daladier25.

Były to solidne dane wywiadowcze. 7 października Daladier udzielił Hitlerowi odpowiedzi. Oświadczył, że Francja nie odłoży broni, dopóki nie uzyska gwarancji „prawdziwego pokoju i powszechnego bezpieczeństwa”. Lecz Hitlera bardziej interesowało, co ma do powiedzenia Chamberlain. 10 października, przy okazji krótkiego wystąpienia w Sportpalast z okazji inauguracji akcji pomocy zimowej, Führer ponownie zaakcentował „gotowość do zawarcia pokoju”. Dodał, że Niemcy „nie mają żadnych powodów, by walczyć z zachodnimi mocarstwami”.

Odpowiedź Chamberlaina nadeszła 12 października. Był to zimny prysznic dla narodu niemieckiego, a może i dla samego Hitlera26. W mowie przed Izbą Gmin premier nazwał propozycje kanclerza „mętnymi i niepewnymi”, zauważając, że „nie zawierają żadnych ofert naprawienia krzywd wyrządzonych Polsce i Czechosłowacji”. Orzekł, że na obietnicach „obecnego rządu Niemiec” nie można polegać. Jeżeli zaś Berlin naprawdę chce pokoju, to „musi przejść do czynów – słowa nie wystarczą”. Zaapelował o „przekonujący dowód”, że Hitler rzeczywiście tego pokoju pragnie.

Pamiętany z Monachium polityk nie dawał się już zwodzić obietnicom Hitlera. Nazajutrz, 13 października, oficjalny niemiecki komunikat stwierdził, że odrzucając ofertę Führera, Chamberlain rozmyślnie wybrał wojnę. Nazistowski dyktator dostał swoją wymówkę.

W rzeczywistości, o czym wiemy dzięki zdobytym niemieckim dokumentom, nie czekał z nakazaniem przygotowań do jak najszybszego uderzenia na Zachód na odpowiedź premiera. 10 października wezwał swoich dowódców, odczytał im długie memorandum na temat sytuacji wojennej i stanu spraw na świecie, po czym rzucił im dyrektywę wojenną nr 627.

Nalegania ze strony Hitlera pod koniec września, by uderzenie na Zachodzie rozpoczęło się jak najszybciej, wywołały w naczelnym dowództwie Armii prawdziwą gorączkę. Brauchitsch i Halder, przy pomocy kilku innych generałów, próbowali wykazać Wodzowi, że natychmiastowa ofensywa jest zupełnie niemożliwa. Przekonywali, że naprawa wykorzystanych w Polsce czołgów zajmie kilka miesięcy. Generał Thomas przygotował dane pokazujące, że miesięczny deficyt stali w Niemczech wynosi aż 600 000 t. Generał von Stülpnagel, kwatermistrz generalny, meldował, że obecnie amunicji wystarczyłoby „jedynie dla jednej trzeciej dywizji i to na czternaście dni walk” – na pewno nie byłoby jej więc dość na pokonanie Francji. Lecz gdy 7 października naczelny dowódca wojsk lądowych i szef Sztabu Generalnego prezentowali oficjalny raport na temat niedoborów Armii, Führer nie miał ochoty ich słuchać. Generał Jodl, obok Keitla czołowy potakiwacz w OKW, ostrzegł Haldera, iż sprzeciw Armii wobec ofensywy na Zachodzie „prowadzi do bardzo dotkliwego kryzysu” i że Führer jest „rozgoryczony tym, że żołnierze są mu nieposłuszni”.

Narada zwołana przez Hitlera na 11:00 10 października rozpoczynała się w takiej właśnie atmosferze. Wódz nie pytał generałów o rady. Datowana dzień wcześniej dyrektywa nr 6 wyraźnie wskazywała, co mają robić.

ŚCIŚLE TAJNE

Jeżeli w nieodległej przyszłości okaże się, że Anglia, a pod jej przewodnictwem także Francja, nie są skłonne zakończyć wojny, jestem zdeterminowany działać energicznie, agresywnie i bez większej zwłoki (…).

Wydaję przeto następujące rozkazy:

a. Należy poczynić przygotowania do operacji ofensywnej (…) przez obszary Luksemburga, Belgii i Holandii. Atak ten musi zostać przeprowadzony (…) w najwcześniejszym możliwym terminie.

b. Celem będzie pokonanie możliwie największej części francuskiej armii operacyjnej, a także sojuszników walczących u jej boku, i równoczesne opanowanie możliwie największych obszarów Holandii, Belgii i północnej Francji, jako podstawy do prowadzenia obiecującej wojny powietrznej i morskiej przeciwko Anglii (…).

Zwracam się do naczelnych dowódców o jak najszybsze przedłożenie mi szczegółowych raportów z ich planów opartych na niniejszej dyrektywie oraz informowanie mnie na bieżąco.

Tajne memorandum, również datowane na 9 października, które Hitler odczytał swoim dowódcom, zanim zaprezentował im dyrektywę, należy do najbardziej imponujących dokumentów napisanych przez byłego austriackiego kaprala. Dowodzi nie tylko zrozumienia historii, z niemieckiej perspektywy, oraz wojskowej strategii i taktyki, co już jest nadzwyczajne, ale również proroczego wyczucia, jak przebiegnie wojna na Zachodzie i jakie przyniesie rezultaty. Zmagania pomiędzy Niemcami a mocarstwami zachodnimi, które, jak stwierdził, trwały od rozkładu I Rzeszy Niemieckiej wraz z traktatem westfalskim z 1648 r., „tak czy inaczej trzeba rozstrzygnąć”. Jednakże, po wielkim zwycięstwie w Polsce, „nie istniałyby obiekcje wobec natychmiastowego zakończenia wojny”, zakładając, że korzyści osiągnięte w Polsce nie zostałyby „zagrożone”.

Celem niniejszego memorandum nie jest analizowanie możliwości w tym względzie ani nawet branie ich pod uwagę. Ograniczę się wyłącznie do innej kwestii: konieczności kontynuowania walki (…). Celem wojennym Niemiec jest militarne zgładzenie Zachodu, czyli zniszczenie potencjału i zdolności mocarstw zachodnich do ponownego przeciwstawienia się konsolidacji państwowej i dalszemu rozwojowi narodu niemieckiego w Europie.

Jeżeli chodzi o świat zewnętrzny, ten nieprzemijający cel będzie musiał przejść kilka propagandowych korekt (…). Nie zmienia to jednak celu wojny. Jest nim i będzie zniszczenie naszych zachodnich wrogów.

Generałowie sprzeciwili się pośpiechowi podejmowania wojny na Zachodzie. Hitler wyjaśnił im jednak, że czas gra na korzyść przeciwnika. Przypomniał, że zwycięstwa w Polsce były możliwe, bo tak naprawdę Niemcy walczyły tylko na jednym froncie. Nadal miały ten komfort – lecz jak długo?

Trwałej neutralności radzieckiej Rosji nie można zagwarantować z całą pewnością żadnym traktatem ani układem. W tej chwili wszystkie argumenty przemawiają za tym, że Rosja pozostanie neutralna. Za osiem miesięcy, rok, nawet za kilka lat, może się to zmienić. W ostatnich latach wszystkie strony udowodniły, że traktaty mają znikome znaczenie. Najlepszym zabezpieczeniem przed rosyjskim atakiem jest (…) rychła demonstracja niemieckiej siły.

Co się tyczy Włoch, „nadzieja, że wspomogą Niemcy” zależała w dużej mierze od tego, czy Mussolini będzie żył i od zachęcenia go dalszymi sukcesami. I w tym względzie czas był istotnym czynnikiem, podobnie jak w przypadku Belgii i Holandii, które Wielka Brytania i Francja mogły skłonić do wyrzeczenia się neutralności – Niemcy nie mogły sobie pozwolić, by bezczynnie na to czekać. Nawet w przypadku Stanów Zjednoczonych „należy zakładać, że czas działa na niekorzyść Niemiec”.

Hitler przyznał, że długa wojna niesie dla Rzeszy wielkie niebezpieczeństwa i wymienił kilka z nich. Przeciwnik, podobnie jak podczas I wojny światowej, może przyciągnąć przyjazne i nieprzyjazne państwa neutralne (wydaje się, że miał na myśli przede wszystkim Rosję, Włochy i USA). Ponadto, stwierdził, „ograniczona baza żywnościowo-surowcowa” Niemiec utrudni szukanie „środków kontynuowania wojny”. Największym zagrożeniem, orzekł, jest wrażliwość Zagłębia Ruhry. Cios zadany w serce niemieckiej produkcji przemysłowej doprowadziłby „do załamania niemieckiej gospodarki wojennej, a tym samym możliwości stawiania oporu”.

Należy przyznać, że były kapral dowiódł w owym memorandum zdumiewającego zrozumienia strategii oraz taktyki, któremu towarzyszyło typowe lekceważenie względów moralnych. Dokument zawierał kilka stron na temat nowej taktyki wykorzystania czołgów i lotnictwa, którą Niemcy rozwinęli w Polsce, a także szczegółową analizę, jak i gdzie należy zastosować ją na Zachodzie. Hitler ocenił, że najważniejsze będzie uniknięcie wojny pozycyjnej znanej z lat 1914-1918. Dywizje pancerne muszą zostać wykorzystane do rozstrzygającego przełamania.

Nie można ich stracić w labiryncie niekończących się rzędów domów w belgijskich miasteczkach. W ogóle nie ma potrzeby, by atakowały miasta, lecz (…) podtrzymywały prąd natarcia armii, zapobiegały stabilizacji frontu poprzez masowe natarcia przez wcześniej wskazane słabiej bronione pozycje.

Była to złowrogo celna prognoza przebiegu wojny, a czytając ją, można się zastanawiać, dlaczego na Zachodzie nikt nie doszedł do podobnych wniosków.

Dotyczy to również strategii Hitlera. Powiedział, że „jedyny możliwy obszar ataku” rozpościera się w Luksemburgu, Belgii i Holandii. Trzeba mieć na uwadze przede wszystkim dwa cele militarne: zniszczenie holenderskich, belgijskich, francuskich i brytyjskich armii i dzięki temu opanowanie pozycji nad Kanałem i Morzem Północnym, co z kolei umożliwi „brutalne zastosowanie” Luftwaffe przeciwko Wielkiej Brytanii.

Wracając do taktyki stwierdził, że przede wszystkim należy improwizować!

Osobliwy charakter tej kampanii może wymagać odwołania się do całkowitej improwizacji, do koncentrowania atakujących lub broniących się sił w pewnych punktach w znacznie wyższych niż normalnie proporcjach (na przykład czołgów lub broni przeciwpancernej) i do mniejszych niż normalnie koncentracji ich w innych punktach.

Jeżeli chodzi o termin ataku, Hitler wyjaśnił niechętnym generałom, że „nie może być mowy o tym, że start jest przedwczesny. Bez względu na okoliczności musi nastąpić (jeśli w ogóle będzie możliwy) tej jesieni”.

W przeciwieństwie do generałów, niemieckich admirałów nie trzeba było popędzać do podejmowania ofensywnych działań, choć brytyjska marynarka przewyższała ich własną. W rzeczy samej, w ostatnich dniach września i pierwszych dniach października Raeder wręcz błagał Führera, by uchylił narzucone Kriegsmarine ograniczenia. A ten stopniowo spełniał jego prośbę. 17 września u południowo-zachodnich brzegów Irlandii U-Boot storpedował brytyjski lotniskowiec Courageous. Dziesięć dni później Raeder rozkazał pancernikom kieszonkowym Deutschland i Graf Spee opuścić miejsca wyczekiwania i rozpocząć ataki na brytyjską żeglugę. Do połowy października zapisały na swoje konto siedem brytyjskich statków handlowych oraz pryz w postaci amerykańskiego statku City of Flint.

14 października U-47 dowodzony przez oberleutnanta Gunthera Priena przeniknął przez ponoć niemożliwą do przebycia obronę brytyjskiej bazy marynarki wojennej w Scapa Flow. Następnie storpedował i zatopił stojący na kotwicy pancernik Royal Oak, na którym zginęło 786 oficerów i marynarzy. Doktor Goebbels w pełni wykorzystał w swej propagandzie ten wybitny wyczyn, który wzmocnił pozycję Kriegsmarine w świadomości Wodza.

Jednakże generałowie nadal stwarzali problemy. Pomimo obszernego, przemyślanego, skierowanego do nich memorandum oraz dyrektywy nr 6, która nakazywała im przygotowanie się do rychłego uderzenia na Zachodzie, nadal się ociągali. Nie chodziło o to, że mieli jakieś moralne skrupuły przed pogwałceniem neutralności Belgii i Holandii – tym razem po prostu poważnie wątpili w sukces przedsięwzięcia. Tylko jeden z nich miał też inne obiekcje.

Generał Wilhelm Ritter von Leeb, dowódca stojącej naprzeciw Francuzów nad Renem i na Linii Maginota Grupy Armii C, był sceptyczny nie tylko względem perspektyw zwycięstwa na Zachodzie – jak pokazują dostępne materiały, jako jedyny sprzeciwiał się zaatakowaniu neutralnej Belgii i Holandii, i to przynajmniej częściowo również z przyczyn moralnych. 11 października, nazajutrz po spotkaniu Hitlera z dowódcami, Leeb sformułował własne, długie memorandum, które przesłał Brauchitschowi oraz innym generałom. Napisał, że cały świat zwróci się przeciwko Niemcom

(…) które po raz drugi w ciągu 25 lat napadną na neutralną Belgię! Niemcom, których rząd zaledwie kilka tygodni wcześniej uroczyście ręczył, przyrzekał przestrzegać i szanować ową neutralność!

Na koniec, po szczegółowym wyliczeniu argumentów wojskowych przeciwko atakowi na Zachodzie, zaapelował o pokój. „Cały naród tęskni za pokojem”, stwierdził28.

Lecz Hitler zdążył już stęsknić się za wojną, za walką, i miał po dziurki w nosie niewybaczalnej, jak uważał, bojaźliwości swoich generałów. 14 października Brauchitsch i Halder odbyli długą naradę. Szef Armii dostrzegał „trzy możliwości: atak. Wyczekiwanie. Fundamentalne zmiany”. Halder zapisał je w dzienniku, a po wojnie wyjaśnił, że owe „fundamentalne zmiany” oznaczały „usunięcie Hitlera”. Niemniej słaby Brauchitsch uważał, że tak drastyczny ruch byłby „zasadniczo negatywny i mógłby nas osłabić”. Obaj uznali, że żadna z trzech ewentualności nie oferowała „perspektyw decydującego sukcesu”. Pozostawało im nadal służyć Hitlerowi.

17 października Brauchitsch ponownie spotkał się z Führerem, lecz, jak opowiedział później Halderowi, jego argumenty nie przyniosły żadnych efektów. Sytuacja była „beznadziejna”. Hitler poinformował szorstko Brauchitscha, co wieczorem Halder odnotował w dzienniku, że „Brytyjczycy będą gotowi do rozmów dopiero, kiedy dostaną lanie. Musimy jak najszybciej ich dopaść. Najpóźniej pomiędzy 15 a 20 listopada”.

Odbyło się jeszcze kilka narad z nazistowskim wodzem, który 27 października wyłożył generałom swą ostateczną decyzję. Po uroczystości przyznania czternastu z nich Krzyży Rycerskich Krzyża Żelaznego, przeszedł do sedna, czyli ofensywy na Zachodzie. Kiedy Brauchitsch próbował przekonywać, że Armia nie zdąży przygotować się w ciągu miesiąca, na pewno nie przed 26 listopada, Hitler odparł, że „to zdecydowanie zbyt późno”. Rozkazał, że atak ma ruszyć 12 listopada. Brauchitsch i Halder wyszli ze spotkania z poczuciem klęski. Wieczorem próbowali pocieszyć się nawzajem. „Brauchitsch zmęczony i przybity”, napisał w dzienniku Halder.

„SPISEK” Z ZOSSEN

Nadszedł czas, aby konspiratorzy jeszcze raz ruszyli do akcji, a przynajmniej tak uważali. Niezadowoleni Brauchitsch i Halder stanęli przed trudnym wyborem: albo zrealizują trzecią z możliwości, które dostrzegli wspólnie 14 października, czyli obalą Hitlera, albo zorganizują ofensywę na Zachodzie, która ich zdaniem przyniesie Niemcom katastrofę. Zarówno wojskowi, jak i cywilni „spiskowcy”, którzy nagle jakby ożyli, usilnie namawiali do pierwszej opcji.

Od czasu wybuchu wojny przeciwnicy reżimu doznali już jednego niepowodzenia. Generał von Hammerstein, który w przeddzień napaści na Polskę został ściągnięty z emerytury, otrzymał dowodzenie na Zachodzie. W pierwszym tygodniu wojny zapraszał Hitlera do swojej kwatery głównej, by mu pokazać, że podczas gdy trwa podbój Polski, on nie zaniedbuje powierzonego mu odcinka. W rzeczywistości Hammerstein, nieubłagany wróg Führera, zamierzał go aresztować. W dniu, w którym Wielka Brytania wypowiedziała wojnę, podczas pośpiesznego spotkania w berlińskim hotelu Adlon, Fabian von Schlabrendorff doniósł o tym spisku Forbesowi. Jednakże Führer wyczuł pismo nosem, odmówił przyjazdu do byłego naczelnego dowódcy Armii, a niedługo później go zdymisjonował29.

Spiskowcy nadal utrzymywali kontakty z Brytyjczykami. Jako że nie udało im się przedsięwziąć żadnych działań, które powstrzymałyby Hitlera przed zniszczeniem Polski, skupili swe wysiłki na próbach uniemożliwienia mu rozszerzenia wojny na Zachód. Cywilni opozycjoniści zrozumieli, że Armia, w jeszcze większym stopniu niż wcześniej, jest jedyną organizacją w Rzeszy dysponującą możliwościami powstrzymania Hitlera: po powszechnej mobilizacji i błyskawicznym zwycięstwie w Polsce jej siła i znaczenie ogromnie wzrosły. Jednakże, co próbował wytłumaczyć im Halder, jej podwyższona liczebność była też słabością. Szeregi oficerów zasiliło mnóstwo rezerwistów, wśród których nie brakowało fanatycznych nazistów, a żołnierskie masy przeszły gruntowną nazistowską indoktrynację. Byłoby trudno, wskazywał Halder (był znakomity w uwypuklaniu przeciwności, zarówno przyjaciołom, jak i wrogom), znaleźć w Armii oddział na tyle zaufany, by zbuntował się przeciwko Führerowi.

Istniała jeszcze jedna, wskazana przez generałów kwestia, której znaczenie cywile z miejsca zrozumieli. Jeżeli przygotują rewoltę przeciwko Hitlerowi i w jej wyniku w Armii oraz całym państwie zapanuje chaos, to czy Brytyjczycy i Francuzi nie zechcą tego wykorzystać? Czy nie dokonają przełamania na zachodnim froncie i nie narzucą narodowi niemieckiemu surowego pokoju – pomimo że Niemcy sami pozbędą się swego zbrodniczego przywódcy? Należało więc utrzymywać stały kontakt z Brytyjczykami i wypracować jednoznaczne porozumienie, że Alianci nie wykorzystają antynazistowskiego przewrotu.

Użyto w tym celu kilku kanałów. Jeden z nich otworzył w Watykanie dr Josef Müller, czołowy monachijski prawnik, pobożny katolik i człowiek o takiej sile fizycznej i wigorze, że w młodości był nazywany Ochsensepp, czyli „Jaśko Wół”. Na początku października, przy współudziale pułkownika Ostera z Abwehry, Müller wybrał się do Rzymu i nawiązał kontakt z brytyjskim przedstawicielem przy Stolicy Apostolskiej. Według niemieckich źródeł udało mu się zdobyć nie tylko brytyjskie zapewnienia, ale też papieską propozycję pośrednictwa pomiędzy nowymi antynazistowskimi władzami w Niemczech a Wielką Brytanią30.

Kolejny kontakt nawiązano w szwajcarskim Bernie. Weizsäcker przeniósł tam Theodora Kordta, do niedawna niemieckiego chargé d’affaires w Londynie. Kordt objął funkcję attaché przy niemieckim przedstawicielstwie. To właśnie w stolicy Szwajcarii poznał Anglika dr. Phillipa Conwella-Evansa, który dzięki profesurze na Uniwersytecie w Królewcu stał się ekspertem od spraw nazizmu i w pewnej mierze sympatykiem tej ideologii. W drugiej połowie października Conwell-Evans przyszedł do Kordta z, jak ujął to później niemiecki dyplomata, solenną obietnicą Chamberlaina, że ten potraktuje antynazistowski rząd Niemiec uczciwie i wyrozumiale. W rzeczywistości Brytyjczyk zaprezentował po prostu fragmenty przemówienia premiera przed Izbą Gmin. W mowie tej Chamberlain, odrzucając propozycje pokojowe Hitlera, oświadczył, że Wielka Brytania nie pragnie „wykluczenia żyjących w zgodzie i zaufaniu z innymi narodami Niemiec z należnego im miejsca w Europie”. Zarówno ta, jak i inne przyjacielskie wypowiedzi pod adresem narodu niemieckiego były transmitowane z Londynu i można zakładać, że spiskowcy je słyszeli. Niemniej z jakiegoś powodu przypisywali „zobowiązaniu” przekazanemu przez nieoficjalnego brytyjskiego wysłannika w Bernie duże znaczenie. Zdobywszy je, a także zapewnienia napływające poprzez Watykan, z nadziejami zwrócili się do generałów. Z nadziejami, ale także z desperacją. 17 października Weizsäcker powiedział Hassellowi: „Naszą jedyną nadzieją na wybawienie jest przewrót wojskowy. Ale jak go dokonać?”.

Czas się kończył. Niemiecki atak przez Belgię i Holandię miał rozpocząć się już 12 listopada. Intrygę należało więc urzeczywistnić przed tą datą. Hassell ostrzegał pozostałych, że po pogwałceniu neutralności Belgii uzyskanie dla Niemiec „przyzwoitego pokoju” nie będzie już możliwe.

Uczestnicy konspiracji pozostawili po sobie kilka relacji z dalszych wydarzeń, a raczej wyjaśnień dlaczego tak naprawdę niewiele się wydarzyło. Są one sprzeczne i dezorientujące. Kluczową postacią sprzysiężenia ponownie był generał Halder, podobnie jak w okresie Monachium. Lecz nieustannie zmieniał zdanie, wahał się i nie wiedział, co robić. Podczas przesłuchania w Norymberdze wyjaśnił, że „armia polowa” nie mogła przeprowadzić przewrotu, ponieważ stała naprzeciwko „w pełni uzbrojonego wroga”. Powiedział, że zaapelował o działanie „armii wewnętrznej”, która nie musiała mierzyć się z nieprzyjacielem, lecz od jej dowódcy, generała Friedricha (Fritza) Fromma, uzyskał jedynie odpowiedź, że ten, „jako żołnierz”31, wykona każdy rozkaz Brauchitscha.

Ale Brauchitsch był jeszcze bardziej chwiejny niż jego szef sztabu. „Jeżeli Brauchitschowi brakuje charakteru, by podjąć decyzję, to pan musi to zrobić i postawić go przed faktami dokonanymi”, powiedział Halderowi generał Beck. Halder jednak upierał się, że skoro to Brauchitsch jest naczelnym dowódcą Armii, to na nim powinna spocząć ostateczna odpowiedzialność. I tak najwyżsi rangą generałowie zrzucali ciężar podjęcia decyzji jeden na drugiego. „Halder jest człowiekiem zbyt małego kalibru i ma za mały autorytet, by sprostać sytuacji”, ubolewał pod koniec października Hassell w swym dzienniku. Z kolei Brauchitsch był oficerem „szóstorzędnym”, jak powiedział o nim Beck. Niemniej spiskowcy, którym teraz przewodzili generał Thomas i pułkownik Oster, nadal urabiali Haldera i uznali, że ten w końcu zgodził się przeprowadzić pucz, gdy tylko Hitler wyda ostateczny rozkaz do ataku na Zachodzie. Sam Halder twierdzi, że nadal uzależniał to od decyzji Brauchitscha. W każdym razie, według pułkownika Hansa Groscurtha z OKW, zaufanego zarówno Haldera, jak i Ostera, 3 listopada szef sztabu przesłał generałowi Beckowi i Goerdelerowi informację, by od 5 listopada pozostawali w gotowości. Zossen, kwatera główna Dowództwa Armii i Sztabu Generalnego, stało się gniazdem konspiracyjnej aktywności.

5 listopada był dniem kluczowym. To właśnie wtedy miało rozpocząć się przesuwanie oddziałów na pozycje wyjściowe na pograniczu Holandii, Belgii i Luksemburga. Również tego dnia Brauchitsch miał spotkać się i zmierzyć z Hitlerem. 2 i 3 listopada Brauchitsch i Halder odwiedzili najważniejszych dowódców Armii na Zachodzie w ich kwaterach. Negatywne opinie dowódców polowych ich pokrzepiły. „Wszystkie wyższe dowództwa uważają, że ofensywa (…) nie ma szans powodzenia”, zwierzył się dziennikowi Halder. Tak więc 5 listopada naczelny dowódca niemieckiej Armii pojechał do Kancelarii Rzeszy, wyposażony w argumenty generałów z frontu zachodniego – własne, Haldera i Thomasa – które zostały zebrane w memorandum, a na dodatek zabierając też „kontrmemorandum”, jak nazwał je Halder – czyli odpowiedź na memorandum Hitlera z 9 października. Był zdeterminowany odwieść Führera od pomysłu ofensywy na Zachodzie. Gdyby mu się nie udało, zamierzał przystąpić do spisku mającego na celu obalenie dyktatora – a przynajmniej tak zrozumieli inni konspiratorzy. Opanowało ich podniecenie, optymizm. Według Giseviusa Goerdeler spisywał już listy przyszłych ministrów przejściowego rządu antynazistowskiego i trzeźwiej rozumujący Beck musiał go okiełznać. Sceptyczny był tylko Schacht. „Zobaczycie”, ostrzegał, „Hitler wyczuje podstęp i nie podejmie jutro żadnej decyzji”.

Wszyscy spiskowcy, jak zwykle, się mylili.

Zgodnie z oczekiwaniami, Brauchitsch nic nie osiągnął swoimi memorandami, raportami i argumentami dowódców liniowych ani własnymi. Gdy zwrócił uwagę, że o tej porze roku na zachodzie panuje kiepska pogoda, Hitler odparował, że wróg będzie walczył w takiej samej aurze, a poza tym wiosną można oczekiwać jeszcze gorszej. W końcu miękki naczelny dowódca Armii w desperacji powiedział Hitlerowi, że morale żołnierzy na froncie zachodnim przypomina to z lat 1917-1918, kiedy to szerzyły się defetyzm, niesubordynacja, a nawet bunty.

Halder (którego dziennik jest głównym źródłem do tego tajnego spotkania) napisał, że słysząc to Führer wpadł w furię. „W jakich przypadkach doszło do przejawów braku dyscypliny? Co się stało? Gdzie?”, żądał odpowiedzi. Zamierzał nazajutrz osobiście polecieć na front. Biedny Brauchitsch, jak zanotował Halder, rozmyślnie przesadzał, „żeby zniechęcić Hitlera”, i teraz odczuł pełnię siły jego niekontrolowanego gniewu. „Jakie działania podjęło w tej sprawie dowództwo Armii?”, wrzeszczał Führer. „Ile wyroków śmierci wykonano?”. Prawda wygląda tak, zagrzmiał w końcu, że „Armia nie chce walczyć”.

„Dalsza rozmowa była niemożliwa”, wyjaśnił Brauchitsch trybunałowi w Norymberdze, wspominając to przykre doświadczenie. „Więc wyszedłem”. Inni zapamiętali, że wtoczył się do kwatery w odległym o trzydzieści kilometrów Zossen tak zszokowany, że z początku nie potrafił nawet składnie opowiedzieć, co się stało.

Tak oto wyglądał koniec „spisku” z Zossen. Był równie żałosny jak fiasko „intrygi Haldera” z okresu Monachium. We wszystkich przypadkach warunki niezbędne do działania, jakie spiskowcy sami sobie zakładali, zostały spełnione. Tym razem Hitler nadal obstawał przy decyzji o ataku 12 listopada. Gdy sparaliżowany Brauchitsch opuścił jego gabinet, nawet zadzwonił do Zossen, żeby jeszcze raz potwierdzić rozkaz. Kiedy Halder poprosił o rozkaz na piśmie, niemal natychmiast go otrzymał. A zatem konspiratorzy mieli pisemny dowód, którego ponoć potrzebowali, by obalić Hitlera – rozkaz do uderzenia, które, jak uważali, przyniesie Niemcom katastrofę. Ale nie zrobili nic, poza tym, że spanikowali. Zaczęli się kotłować, palić obciążające dokumenty, zacierać ślady spisku. Wydaje się, że chłodną głowę zachował tylko pułkownik Oster. Przesłał przedstawicielstwom Belgii i Holandii w Berlinie ostrzeżenie, by rankiem 12 listopada spodziewały się napaści32. Następnie podjął bezowocną ekspedycję na front zachodni, żeby sprawdzić, czy przewrotem nie udałoby się ponownie zainteresować generała Witzlebena. Lecz generałowie – a Witzleben nie był wyjątkiem – wiedzieli, że zostali pokonani. Były kapral znowu zatriumfował nad nimi z ogromną łatwością. Kilka dni później dowódca Grupy Armii A, Rundstedt, wezwał dowódców swoich korpusów i dywizji, by omówić z nimi szczegóły ofensywy. Choć sam nadal wątpił w jej szanse, poradził oficerom, aby raz na zawsze pogrzebali swoje wątpliwości. „Armia otrzymała zadanie i je wypełni!”, zakomunikował.

Nazajutrz po doprowadzeniu Brauchitscha na skraj załamania nerwowego, Hitler zajął się formułowaniem proklamacji do narodów Belgii i Holandii, w której chciał usprawiedliwić atak na ich ojczyzny. Halder odnotował jego pretekst: „Wkroczenie Francuzów do Belgii”.

Lecz dzień później, 7 listopada, ku uldze generałów, Hitler przesunął datę uderzenia.

ŚCIŚLE TAJNE

Berlin, 7 listopada 1939 r.

(…) Führer i Naczelny Wódz Sił Zbrojnych, po wysłuchaniu raportów na temat pogody i sytuacji transportu kolejowego, rozkazał:

Przesunąć dzień A o trzy dni. Następna decyzja zostanie podjęta 9 listopada o godzinie 18:00.

KEITEL

To pierwsze z czternastu przesunięć ofensywy na Zachodzie, do których dojdzie jesienią i zimą; po wojnie ich kopie odnaleziono w archiwach OKW33. Dowodzą, że Hitler ani na chwilę nie porzucił myśli o ataku: po prostu przekładał datę z tygodnia na tydzień. 9 listopada przesunął uderzenie na 19 listopada, 13 na 22, i tak dalej, za każdym razem z pięcio- lub sześciodniowym wyprzedzeniem. Zazwyczaj jako powód podawał warunki atmosferyczne. Wydaje się, że w pewnej mierze szedł jednak za opiniami generałów. Prawdopodobnie dopuścił do świadomości myśl, że Armia nie jest gotowa. Plany strategiczne i taktyczne z całą pewnością nie zostały dopięte na ostatni guzik, ponieważ nieustannie je poprawiał.

Za pierwszym odroczeniem ofensywy mogły stać też inne przesłanki. 7 listopada, w dniu podjęcia decyzji, Niemcy zostali postawieni w bardzo niewygodnej sytuacji. Król Belgów i królowa Holandii wydali bowiem wspólną deklarację, w której oferowali mediację, „zanim wojna w Europie Zachodniej rozpęta się z pełną gwałtownością”. W tych okolicznościach trudno byłoby kogokolwiek przekonać – jak planował Hitler w powstających właśnie proklamacjach – że niemieckie wojska wkraczają do Niderlandów, bo dowiedziały się, że Francuzi lada chwila wejdą do Belgii.