Wydawca ebooka: WAB Wydawca audiobooka: Biblioteka Akustyczna Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2011

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 18 godz. 6 min Lektor: Leszek Filipoowicz

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 18 godz. 6 min Lektor: Leszek Filipoowicz

Opis ebooka Powrót nauczyciela tańca - Henning Mankell

Kolejna bezsenna noc Herberta Molina, emerytowanego oficera policji. Od pięćdziesięciu czterech lat nękają go cienie, które chcą, żeby odpokutował dawne winy. Molin przywykł do ich obecności i uczy się zajmować sobie czas po zmierzchu - układa puzzle lub tańczy tango z wykonaną na zamówienie lalką. W końcu nadchodzi moment zemsty - pewnego dnia o świcie Molin zostaje zachłostany na śmierć. Krwawe ślady na podłodze w jego domu układają się w kroki tanga. Do śledztwa, prowadzonego przez Giuseppego Larssona, włącza się doświadczony policjant Stefan Lindman, którego zastajemy w trudnym dla niego momencie życia - właśnie dowiaduje się, że ma raka. Tymczasem popełnione zostaje drugie morderstwo. Funkcjonariusze natrafiają na trop prowadzący do międzynarodowej siatki neonazistów i stopniowo odkrywają motywy dokonanych zbrodni, które swoje źródło mają w wydarzeniach z czasów II wojny światowej.

Opinie o ebooku Powrót nauczyciela tańca - Henning Mankell

Fragment ebooka Powrót nauczyciela tańca - Henning Mankell

Hen­ning Man­kell

POWRÓT NA­UCZY­CIE­LA TAŃCA

przełożyła Ewa Woj­cie­chow­ska

Tytuł ory­gi­nału: Danslära­rens åter­komst

Co­py­ri­ght © 2000 by Hen­ning Man­kell Pu­bli­shed by agre­ement with Le­opard Förlag AB, Stoc­kholm and Le­on­hardt & Høier Li­te­ra­ry Agen­cy A/S, Co­pen­ha­gen

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Wy­daw­nic­two W.A.B., 2011

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Wy­daw­nic­two W.A.B., 2011

Wy­da­nie I

War­sza­wa 2011

Hen­ning Man­kell (ur. 1948) – je­den z naj­po­pu­lar­niej­szych pi­sa­rzy szwedz­kich, dzien­ni­karz i człowiek te­atru; stał się sławny dzięki kry­mi­nałom, których bo­ha­te­rem jest ko­mi­sarz Kurt Wal­lan­der. Cykl miał wie­le ekra­ni­za­cji, w tym 26-od­cin­ko­wy szwedz­ki se­rial te­le­wi­zyj­ny oraz nowy se­rial pro­duk­cji bry­tyj­skiej.

Książki Man­kel­la pu­bli­ko­wa­ne są w trzy­dzie­stu dzie­więciu kra­jach i ro­zeszły się w mi­lio­nach eg­zem­pla­rzy. Nakładem W.A.B. uka­zało się do­tych­czas dwa­naście jego po­wieści dla do­rosłych, w tym tytuły spo­za se­rii o Wal­lan­de­rze – Comédia in­fan­til (2008), Chińczyk (2009) orazPowrót na­uczy­cie­la tańca (2011). W przy­go­to­wa­niu są ko­lej­ne książki kry­mi­nal­ne au­to­ra, m.in. Nim na­dej­dzie mróz.

Pi­sarz zdo­był wie­le wyróżnień li­te­rac­kich, m.in. Eu­ro­pejską Na­grodę Li­te­ra­tu­ry Kry­mi­nal­nej „Rip­per Award” (2008) oraz Erich-Ma­ria-Re­ma­rque Frie­den­spre­is za szczególne zasługi w obro­nie praw człowie­ka (2009). Man­kell od­no­si też suk­ce­sy jako twórca li­te­ra­tu­ry dzie­cięcej i młodzieżowej, za którą zo­stał uho­no­ro­wa­ny Na­grodą Astrid Lind­gren (1996). Wy­daw­nic­two W.A.B. opu­bli­ko­wało jego cykl książek o na­sto­let­nim Jo­elu.

Po­wieści z Kur­tem Wal­lan­de­rem:

Mor­der­ca bez twa­rzy 1991 (WAB. 2004)

Psy z Rygi 1992 (WA.B. 2006)

Biała lwi­ca 1993 (WAB. 2005)

Mężczy­zna, który się uśmie­chał 1994 (WAB. 2007)

Fałszy­wy trop 1995 (WAB. 2002)

Piąta ko­bie­ta 1996 (WAB. 2004)

O krok l997 (WAB. 2006)

Za­po­ra 1998 (WAB. 2008)

Nie­spo­koj­ny człowiek 2009 (WAB. 2010)

oraz zbiór opo­wia­dań

Pi­ra­mi­da 2000 (tom I: Cios, Szcze­li­na, tom II: Mężczy­zna na plaży, Śmierć fo­to­gra­fa, tom III: Pi­ra­mi­da, se­ria: Zima z Kry­mi­nałem, 2011)

Cykl o Jo­elu:

Pies, który biegł ku gwieździe 1990 (WAB. 2008)

Cie­nie rosną o zmierz­chu 1991 (WAB. 2009)

Chłopiec, który spał pod pie­rzyną ze śnie­gu 1996 (WA.B. 2009)

Podróż na ko­niec świa­ta 1998 (WAB. 2010)

PRO­LOG

Niem­cy

gru­dzień 1945

Sa­mo­lot wy­star­to­wał z woj­sko­we­go lot­ni­ska pod Lon­dy­nem tuż po dru­giej po południu, 12 grud­nia 1945 roku. Było chłodno i padał drob­ny deszcz. Co jakiś czas gwałtow­ne po­dmu­chy tar­gały ręka­wem wska­zującym kie­ru­nek wia­tru, a po­tem znów robiło się spo­koj­nie. Sa­mo­lot, dwu­sil­ni­ko­wy bri­stol blen­he­im, brał udział już w bi­twie o An­glię je­sie­nią 1940 roku. Zo­stał wówczas wie­lo­krot­nie tra­fio­ny przez nie­miec­kie myśliw­ce i był zmu­szo­ny do awa­ryj­ne­go lądo­wa­nia. Po­tem na­pra­wia­no go i wra­cał do służby. Obec­nie, gdy woj­na do­biegła końca, ma­szy­ny używa­no głównie do trans­por­tu za­opa­trze­nia dla bry­tyj­skich od­działów sta­cjo­nujących na te­re­nie po­ko­na­nych i spu­sto­szo­nych Nie­miec.

Właśnie tam­te­go dnia jej ka­pi­tan, Mike Gar­bett, otrzy­mał roz­kaz prze­trans­por­to­wa­nia kogoś w miej­sce o na­zwie Bücke­burg. Start za­pla­no­wa­no na popołudnie. Pasażera miał ktoś ode­brać na miej­scu, a Gar­bettowi po­le­co­no przy­le­cieć z nim z po­wro­tem do An­glii wie­czo­rem następne­go dnia. Od swo­je­go przełożone­go, ma­jo­ra Per­kin­sa, ka­pi­tan nie usłyszał, ani kim jest ów pasażer, ani w ja­kiej spra­wie uda­je się do Nie­miec. Gar­bett nie do­py­ty­wał się. Mimo że woj­na się skończyła, ka­pi­tan miał cza­sem wrażenie, że wciąż trwa. Ta­jem­ni­cze loty nie były rzad­kością.

Po otrzy­ma­niu roz­ka­zu Gar­bett spo­tkał się w jed­nym z lot­ni­sko­wych ba­raków z dru­gim pi­lo­tem Pe­te­rem Fo­ste­rem i na­wi­ga­to­rem Chri­sem Wif­fi­nem. Z map Nie­miec, które roz­winęli na sto­le, wy­ni­kało, że do­ce­lo­we lot­ni­sko znaj­du­je się kil­ka­dzie­siąt ki­lo­metrów od mia­sta Ha­meln. Gar­bett nig­dy wcześniej tam nie latał, ale miej­sce to znał Pe­ter Fo­ster. Po­nie­waż w po­bliżu lot­ni­ska nie było żad­nych wzgórz, lądo­wa­nie po­win­no odbyć się bez pro­blemów. Je­dyną prze­szkodę mogła sta­no­wić mgła. Wif­fin wy­szedł na chwilę, by po­roz­ma­wiać z me­te­oro­lo­ga­mi. Po chwi­li wrócił z in­for­macją, że tego popołudnia i wie­czo­rem nad te­ry­to­rium północ­nych i środ­ko­wych Nie­miec prze­wi­du­je się bez­chmur­ne nie­bo. Usta­liw­szy trasę lotu, Gar­bett, Fo­ster i Wif­fin ob­li­czy­li po­trzebną ilość pa­li­wa, po czym zwinęli mapy.

– Mamy za­wieźć tam jed­ne­go pasażera – wyjaśnił Gar­bett. – Nie wiem, kto to jest.

Jego załoga nie oka­zała za­in­te­re­so­wa­nia, co ka­pi­ta­na nie za­sko­czyło. Z Wif­fi­nem i Fo­ste­rem latał od trzech mie­sięcy. Łączyło ich to, że byli jed­ny­mi z nie­licz­nych, którym udało się przeżyć. Wie­lu pi­lotów Roy­al Air For­ces zginęło na woj­nie. Nikt tak na­prawdę nie wie­dział, ilu przy­ja­ciół już nie ma. Ten, komu udało się prze­trwać, od­czu­wał ulgę, ale za­ra­zem dręczyła go świa­do­mość, że dane mu było oca­lić życie, które inni stra­ci­li.

Tuż przed czter­nastą przez bramę pro­wadzącą na te­ren lot­ni­ska wje­chał sa­mochód. Fo­ster i Wif­fin sie­dzie­li już w sa­mo­lo­cie i zaj­mo­wa­li się ostat­ni­mi przy­go­to­wa­nia­mi do star­tu. Gar­bett stał na popęka­nej be­to­no­wej płycie i cze­kał. Zmarsz­czył czoło, za­uważyw­szy, że pasażerem jest cy­wil. Z tyl­nych drzwi sa­mochodu wy­szedł ni­ski mężczy­zna, w ustach trzy­mał nie­za­pa­lo­ne cy­ga­ro. Wyjął z bagażnika małą czarną torbę podróżną. W tej sa­mej chwi­li na lot­ni­sko za­je­chał jeep ma­jo­ra Per­kin­sa. Ta­jem­ni­czy pasażer miał ka­pe­lusz tak głęboko wciśnięty na czoło, że Gar­bett nie zdołał na­wet do­strzec jego oczu. Z ja­kie­goś nie­zro­zu­miałego po­wo­du ka­pi­tan po­czuł się nie­swo­jo. Ma­jor Per­kins przed­sta­wił Gar­bettowi mężczyznę w ka­pe­luszu, a ten nie­wy­raźnie wy­po­wie­dział swo­je na­zwi­sko. Gar­bett nie dosłyszał jego słów.

– Możecie star­to­wać – po­wie­dział Per­kins.

– Nie ma więcej bagażu? – za­py­tał Gar­bett.

Nie­zna­jo­my tyl­ko pokręcił głową.

– Bar­dzo proszę o nie­pa­le­nie pod­czas lotu – zwrócił się do nie­go ka­pi­tan. – To sta­ra ma­szy­na i gdzieś może być prze­ciek. Za­nim zdąży się wy­czuć opa­ry ben­zy­ny, zwy­kle jest już za późno.

Pasażer nie od­po­wie­dział. Gar­bett pomógł mu wejść na pokład. W sa­mo­lo­cie znaj­do­wały się trzy nie­wy­god­ne me­ta­lo­we fo­te­le, resz­ta ka­bi­ny była pu­sta. Mężczy­zna usiadł w jed­nym z nich i po­sta­wił torbę na podłodze między no­ga­mi. Cóż tak cen­ne­go może prze­wo­zić do Nie­miec, pomyślał Gar­bett.

Tuż po star­cie ka­pi­tan położył sa­mo­lot na lewe skrzydło, by po chwi­li obrać kurs wy­zna­czo­ny przez Wif­fi­na. Wy­pro­sto­wał ma­szynę i osiągnąwszy usta­loną wy­so­kość prze­lo­tową, prze­ka­zał ste­ry Po­ste­ro­wi. Spoj­rzał przez ramię, cie­kaw, co robi jego pasażer. Mężczy­zna po­sta­wił kołnierz płasz­cza i wcisnął ka­pe­lusz jesz­cze głębiej na czoło.

Gar­bett za­sta­na­wiał się, czy pasażer śpi. Coś mu jed­nak pod­po­wia­dało, że nie­zna­jo­my cały czas czu­wa.

Mimo zmro­ku i słabe­go oświe­tle­nia pasa lądo­wa­nie w Bücke­bur­gu prze­biegło bez przeszkód. Sa­mochód obsługi na­ziem­nej za­pro­wa­dził ma­szynę pod długi bu­dy­nek lot­ni­ska. Nie­opo­dal stało w go­to­wości kil­ka po­jazdów woj­sko­wych. Gar­bett pomógł pasażero­wi wysiąść. Gdy schy­lił się po jego bagaż, nie­zna­jo­my pokręcił głową i sam pod­niósł torbę. Po chwi­li wsiadł do jed­ne­go z cze­kających wozów i ko­lum­na na­tych­miast ru­szyła. Wif­fin i Fo­ster, którzy do­pie­ro opuścili pokład, zdążyli doj­rzeć tyl­ne światła od­da­lających się po­jazdów. Było chłodno i mężczyźni dy­go­ta­li z zim­na.

– Cie­ka­we – mruknął Wif­fin.

– Le­piej nie pytać – od­parł Gar­bett.

Następnie wska­zał ręką na pod­jeżdżającego je­epa.

– Mamy spać w tu­tej­szej ba­zie – wyjaśnił. – Zakładam, że za­wie­zie nas ten sa­mochód.

Kie­dy Gar­bett, Fo­ster i Wif­fin do­wie­dzie­li się już, gdzie są ich miej­sca do spa­nia i zje­dli ko­lację, kil­ku lot­ni­sko­wych me­cha­ników za­pro­po­no­wało im wyjście na piwo do jed­ne­go z oca­lałych w mieście barów. Wif­fin i Fo­ster przy­sta­li na pro­po­zycję, Gar­bett zaś czuł się zmęczo­ny i zo­stał w ba­zie. Długo nie mógł zasnąć, roz­myślając nad tym, kim jest jego ta­jem­ni­czy pasażer. Co ta­kie­go ma w tor­bie podróżnej, której ni­ko­mu nie po­zwo­lił do­tknąć.

Ka­pi­tan mam­ro­tał coś pod no­sem w ciem­ności. Jego pasażer bez wątpie­nia przy­był tu z jakąś tajną misją. Je­dy­nym za­da­niem Gar­bet­ta było za­brać go z po­wro­tem następne­go dnia. Nic więcej.

Zerknął na zapięty na nad­garst­ku ze­ga­rek. Do­cho­dziła północ. Po­pra­wił po­duszkę pod głową, a gdy Wif­fin i Fo­ster wrócili do bazy około pierw­szej, już spał.

Do­nald Da­ven­port opuścił bu­dy­nek więzie­nia dla nie­miec­kich jeńców wo­jen­nych tuż po je­de­na­stej wie­czo­rem. Ulo­ko­wa­no go w ho­te­lu, który oca­lał pod­czas woj­ny i obec­nie służył jako kwa­te­ra dla bry­tyj­skich ofi­cerów sta­cjo­nujących w Ha­meln. Da­ven­port był zmęczo­ny i wie­dział, że jeśli ma do­brze wypełnić cze­kające go na­za­jutrz obo­wiązki, musi się porządnie wy­spać. Trochę się oba­wiał bry­tyj­skie­go sierżanta o na­zwi­sku Mac­Ma­na­man, którego wy­zna­czo­no mu na asy­sten­ta. Da­ven­port nie lubił pra­co­wać z ludźmi nie­mającymi doświad­cze­nia. Wie­le rze­czy mogło się nie po­wieść, zwłasz­cza gdy za­da­nie jest za­kro­jo­ne na taką skalę jak to, które właśnie na nich cze­kało.

Odmówił filiżanki her­ba­ty i udał się pro­sto do swo­je­go po­ko­ju. Usiadł przy biur­ku i zaczął przeglądać no­tat­ki sporządzo­ne pod­czas spo­tka­nia, które roz­poczęło się pół go­dzi­ny po jego przy­by­ciu. Pierw­szym do­ku­men­tem, jaki prze­czy­tał, był na­pi­sa­ny na ma­szy­nie ra­port otrzy­ma­ny od młode­go ma­jo­ra o na­zwi­sku Stuck­ford, spra­wującego naj­wyższą władzę w więzie­niu.

Wygładził kartkę dłonią, po­pra­wił klosz lam­py i prze­czy­tał wid­niejące na pa­pie­rze na­zwi­ska. Kra­mer, Leh­mann, He­ider, Vol­ken­rath, Gre­se… W su­mie dwa­naścio­ro: trzy ko­bie­ty i dzie­więciu mężczyzn. Prze­stu­dio­wał dane o ich wzroście i wa­dze ciała, sporządził no­tat­ki. Pisał długo, po­nie­waż sza­cu­nek do za­wo­du wy­ma­gał od nie­go skru­pu­lat­ności. Odłożył pióro, do­pie­ro gdy na ze­ga­rze do­cho­dziło wpół do dru­giej. Wszyst­ko już wie­dział. Do­ko­nał ko­niecz­nych ob­li­czeń i chcąc mieć pew­ność, że nig­dzie się nie po­my­lił, spraw­dził wy­ni­ki trzy­krot­nie. Wstał z krzesła, usiadł na łóżku i otwo­rzył torbę podróżną. Choć nig­dy nie zda­rzyło mu się ni­cze­go za­po­mnieć, upew­nił się, czy wszyst­ko jest na swo­im miej­scu. Wyjął czystą ko­szulę i za­mknął torbę, po czym umył się w zim­nej wo­dzie, która sta­no­wiła je­dyną z wygód, ja­kie ho­tel miał do za­ofe­ro­wa­nia.

Da­ven­port nig­dy nie miał pro­blemów z za­sy­pia­niem. Tak było i tam­tej nocy.

Gdy tuż po piątej rano w po­ko­ju roz­legło się pu­ka­nie, Da­ven­port był już ubra­ny i go­to­wy do wyjścia. Po szyb­kim śnia­da­niu za­wie­zio­no go przez pogrążone w mro­ku po­nu­re mia­sto do bu­dyn­ku więzie­nia. Sierżant Mac­Ma­na­man był na miej­scu. Miał bladą twarz i Da­ven­port zwątpił na mo­ment, czy jego asy­stent podoła za­da­niu. Stuck­ford, który do nich dołączył, mu­siał do­strzec obawę Da­ven­porta i dla­te­go wziąwszy go na stronę, wyjaśnił, że Mac­Ma­na­man może i wygląda na bar­dzo przejętego, ale z pew­nością nie za­wie­dzie.

O je­de­na­stej zakończo­no wszyst­kie przy­go­to­wa­nia. Da­ven­port zde­cy­do­wał, że za­czną od ko­biet. Po­nie­waż ich cele znaj­do­wały się w ko­ry­ta­rzu leżącym naj­bliżej szu­bie­ni­cy, na pew­no słyszałyby otwie­rającą się za­pad­nię. Tego właśnie chciał im oszczędzić. Da­ven­port nie kie­ro­wał się wagą zbrod­ni, ja­kie popełnili ska­zańcy; zwy­czaj­na przy­zwo­itość na­ka­zy­wała mu zacząć od ko­biet.

Wszy­scy, którzy mie­li być obec­ni pod­czas eg­ze­ku­cji, zajęli swo­je miej­sca. Da­ven­port skinął na Stuck­for­da, ten z ko­lei dał znak jed­ne­mu ze strażników. W od­da­li słychać było ja­kieś roz­ka­zy, zabrzęczały klu­cze i otwar­to celę. Da­ven­port cze­kał.

Pierwszą przy­pro­wa­dzoną była Irma Gre­se. W chłodny umysł Da­ven­por­ta wkradła się na mo­ment wątpli­wość. Jak ta drob­na dwu­dzie­sto­dwu­let­nia blon­dyn­ka mogła zachłostać na śmierć wie­lu więźniów obo­zu kon­cen­tra­cyj­ne­go w Ber­gen-Bel­sen? Była nie­mal dziec­kiem. Gdy jed­nak ska­zy­wa­no ją na śmierć, nikt nie wahał się w spra­wie wy­ro­ku. Irma Gre­se była po­two­rem i zasługi­wała na eg­ze­kucję. Spoj­rzała w oczy Da­ven­por­to­wi i po chwi­li skie­ro­wała wzrok na szu­bie­nicę. Strażnicy wpro­wa­dzi­li dziew­czynę po scho­dach. Da­ven­port usta­wił ją na za­pad­ni i założył jej pętlę na szyję, zer­kając w dół, by spraw­dzić, czy Mac­Ma­na­man nie ociąga się z mo­co­wa­niem skórza­ne­go pa­ska wokół ko­stek ska­za­nej. Tuż przed włożeniem jej na głowę kap­tu­ra usłyszał jed­no ci­che słowo:

– Schnell!

Mac­Ma­na­man od­sunął się o krok do tyłu, a Da­ven­port sięgnął do dźwi­gni otwie­rającej za­pad­nię. Irma Gre­se spadła w dół i Da­ven­port stwier­dził bez cie­nia wątpli­wości, że do­brze ob­li­czył długość strycz­ka. Sznur był wy­star­czająco długi, by złamać rdzeń kręgowy, lecz nie na tyle, by ode­rwać głowę od tułowia. Wraz z Mac­Ma­na­manem wszedł pod szu­bie­nicę i prze­ciął stry­czek. Po chwi­li bry­tyj­ski le­karz woj­sko­wy stwier­dził zgon ska­za­nej i ciało zo­stało wy­nie­sio­ne. Da­ven­port wie­dział, że w twar­dym grun­cie więzien­ne­go dzie­dzińca wy­ko­pa­no gro­by. Wrócił na sza­fot i zerknął do swo­ich no­ta­tek, by spraw­dzić, jak długi stry­czek ma przy­go­to­wać dla następnej ko­bie­ty. Gdy wszyst­ko było go­to­we, znów skinął na Stuck­for­da i po chwi­li w drzwiach stanęła Eli­sa­beth Vol­ken­rath ze związa­ny­mi na ple­cach rękami. Ubra­na była tak samo jak Irma Gre­se – w szarą su­kienkę kończącą się tuż nad ko­la­na­mi.

Trzy mi­nu­ty później już nie żyła.

Eg­ze­ku­cje trwały dwie go­dzi­ny i sie­dem mi­nut. Da­ven­port prze­wi­dy­wał, że zakończą się po dwóch go­dzi­nach i piętna­stu mi­nutach. Mac­Ma­na­man spi­sał się do­brze, wszyst­ko poszło zgod­nie z pla­nem. Stra­co­no dwa­naścio­ro nie­miec­kich zbrod­nia­rzy wo­jen­nych. Da­ven­port scho­wał sznur i skórza­ne rze­mie­nie do czar­nej tor­by, po czym pożegnał się z sierżan­tem Mac­Ma­na­manem.

– Niech pan wy­pi­je lampkę ko­nia­ku – po­ra­dził Da­ven­port. – Do­bry z pana asy­stent.

– Zasługi­wa­li na to – od­parł krótko Mac­Ma­na­man. – Nie po­trze­buję ko­nia­ku.

Da­ven­port opuścił bu­dy­nek więzie­nia w to­wa­rzy­stwie ma­jo­ra Stuck­for­da, za­sta­na­wiając się, czy może uda mu się wrócić do An­glii wcześniej, niż pla­no­wa­no. Sam wy­zna­czył wie­czorną porę podróży, bo prze­cież coś mogło pójść nie tak. Na­wet dla nie­go, cieszącego się opi­nią naj­bar­dziej doświad­czo­ne­go kata w An­glii, dwa­naście eg­ze­ku­cji w je­den dzień to nie lada wysiłek. Tego typu sy­tu­acje należały do rzad­kości. W końcu zde­cy­do­wał, że będzie trzy­mał się pla­nu.

Stuck­ford za­brał Da­ven­por­ta do mieszczącej się w ho­te­lu stołówki i zamówił obiad. Usie­dli w pu­stej sali. Ma­jor od cza­su, gdy zo­stał ran­ny na woj­nie, uty­kał na lewą nogę. Da­ven­port czuł do nie­go sym­pa­tię głównie dla­te­go, że ten nie za­da­wał pytań. Nic nie drażniło go tak bar­dzo, jak do­py­ty­wa­nie się lu­dzi, ja­kie to uczu­cie prze­pro­wa­dzić eg­ze­kucję tego czy in­ne­go przestępcy, o którym było głośno w ga­ze­tach.

Jedząc, wy­mie­ni­li za­le­d­wie kil­ka obojętnych zdań na te­mat po­go­dy oraz tego, czy w An­glii można spo­dzie­wać się do­dat­ko­wych przy­działów her­ba­ty lub ty­to­niu z oka­zji zbliżających się świąt Bożego Na­ro­dze­nia.

Do­pie­ro później, gdy już pili her­batę, Stuck­ford sko­men­to­wał przed­południo­we wy­da­rze­nia.

– Jed­no mnie mar­twi – zaczął. – Lu­dzie za­po­mi­nają, że równie do­brze wszyst­ko mogło być na odwrót.

Da­ven­port nie był pe­wien, co Stuck­ford ma na myśli, lecz za­nim zdążył za­py­tać, ma­jor dodał:

– Nie­miec­ki kat mógłby po­je­chać do An­glii i stra­cić tam an­giel­skich zbrod­nia­rzy wo­jen­nych. Młode An­giel­ki, które za­ka­to­wały na śmierć wie­lu więźniów w obo­zach kon­cen­tra­cyj­nych. Zło pod po­sta­cią Hi­tle­ra i na­zi­zmu mogło dopaść tak samo nas jak Niemców.

Da­ven­port nie od­po­wie­dział. Cze­kał na ciąg dal­szy.

– Żaden naród nie jest zły z na­tu­ry. Tym ra­zem zda­rzyło się tak, że na­zi­sta­mi byli Niem­cy. Nikt mi jed­nak nie wmówi, że to, co stało się tu, nie mogło zda­rzyć się w An­glii. Albo we Fran­cji. Czy równie do­brze w USA.

– Ro­zu­miem, co ma pan na myśli – od­parł Da­ven­port. – Nie umiem jed­nak przesądzić czy ma pan rację, czy nie.

Stuck­ford dolał mu her­ba­ty.

– Ska­zu­je­my i posyłamy na tam­ten świat naj­gor­szych przestępców – ode­zwał się po chwi­li – naj­po­twor­niej­szych zbrod­nia­rzy wo­jen­nych, wiedząc za­ra­zem, że wie­lu in­nych uj­dzie cało. Tak jak brat Jo­se­fa Leh­man­na.

Leh­mann był ostat­nim po­wie­szo­nym tego dnia przez Da­ven­por­ta ska­zańcem, drob­nym mężczyzną, który po­szedł na spo­tka­nie ze śmier­cią spo­koj­ny, nie­mal obojętny.

– Miał bar­dzo bru­tal­ne­go bra­ta – ciągnął Stuck­ford – który zdołał stać się nie­wi­dzial­ny. Być może udało mu się na­wet sko­rzy­stać z jed­ne­go z kół ra­tun­ko­wych rzu­co­nych przez na­zistów i miesz­ka te­raz w Ar­gen­ty­nie lub Re­pu­bli­ce Południo­wej Afry­ki, gdzie nig­dy go nie dosięgnie­my.

Sie­dzie­li w mil­cze­niu. Za oknem padał deszcz.

– Wal­de­mar Leh­mann to po­twor­ny sa­dy­sta – po­wie­dział po chwi­li Stuck­ford. – I nie cho­dzi tyl­ko o to, że był bez­względny dla więźniów. Znaj­do­wał per­wer­syjną przy­jem­ność w ucze­niu swo­ich podwład­nych znęca­nia się nad ludźmi. Po­wi­nien za­wisnąć tak samo jak jego brat, ale nie zna­leźliśmy go. Na ra­zie.

O piątej Da­ven­port po­je­chał na lot­ni­sko. Zmarzł mimo gru­be­go zi­mo­we­go płasz­cza. Obok sa­mo­lo­tu stał pi­lot i cze­kał na nie­go. Co ten człowiek so­bie myśli, za­sta­na­wiał się Da­ven­port. Zajął miej­sce w lo­do­wa­tej ka­bi­nie i po­sta­wił kołnierz, jak gdy­by chciał się osłonić przed hałasem pod­czas lotu.

Gar­bett uru­cho­mił sil­ni­ki. Ma­szy­na na­brała prędkości i po chwi­li zniknęła w chmu­rach.

Da­ven­port wy­ko­nał wy­zna­czo­ne za­da­nie. Wszyst­ko poszło zgod­nie z pla­nem. Nie bez po­wo­du uzna­wa­no go za naj­lep­sze­go kata w An­glii.

Sa­mo­lot prze­chy­lił się i zakołysał, na­tra­fiw­szy na ru­cho­me masy po­wie­trza. Da­ven­port roz­myślał nad tym, co Stuck­ford po­wie­dział na te­mat tych, którym udało się uciec, oraz o Leh­man­nie, sadyście znaj­dującym przy­jem­ność w ucze­niu lu­dzi sto­so­wa­nia wy­szu­ka­nych form bru­tal­nej prze­mo­cy.

Owinął się ciaśniej swo­im płasz­czem. Tur­bu­len­cje mie­li już za sobą. Sa­mo­lot bez­piecz­nie podążał ku An­glii. To był uda­ny dzień. Da­ven­port nie na­po­tkał przeszkód, wy­ko­nując za­da­nie. Żaden ze ska­zańców nie próbował sta­wiać opo­ru, wal­czyć o życie w dro­dze na sza­fot. Żadna głowa nie zo­stała ode­rwa­na od tułowia.

Kat był za­do­wo­lo­ny. Miał przed sobą trzy wol­ne dni. Po­tem cze­kała go eg­ze­ku­cja ja­kie­goś mor­der­cy w Man­che­ste­rze.

Zasnął w nie­wy­god­nym fo­te­lu, mimo huku pra­cujących tuż obok jego głowy sil­ników.

Mike Gar­bett wciąż za­sta­na­wiał się, kim jest jego ta­jem­ni­czy pasażer.

CZĘŚĆ I

Härje­da­len

paździer­nik-li­sto­pad 1999

1

Bu­dził się w nocy, oto­czo­ny przez cie­nie. Zaczęło się to, kie­dy miał dwa­dzieścia dwa lata, obec­nie skończył już sie­dem­dzie­siąt sześć. Przez pięćdzie­siąt czte­ry lata nie mógł w nocy spać. Nie­ustan­nie ota­czały go cie­nie. Spał tyl­ko wówczas, gdy zażywał moc­ne środ­ki na­sen­ne w dużych daw­kach. Po prze­bu­dze­niu wie­dział jed­nak, że cie­nie i tak do nie­go przyszły, choć ich nie wi­dział.

Ta do­bie­gająca końca noc nie była wyjątkiem. Nie mu­siał wca­le cze­kać, aż cie­nie – lub goście, jak zwykł je cza­sem na­zy­wać – się po­ja­wią. Przy­cho­dziły kil­ka go­dzin po za­pad­nięciu zmro­ku. Po­ka­zy­wały się na­gle tuż przy nim, ze swo­imi milczącymi białymi twa­rza­mi. Przez lata przy­zwy­czaił się do ich obec­ności, zda­wał so­bie jed­nak sprawę, że nie może im ufać. Nie­wy­klu­czo­ne, że pew­ne­go dnia przerwą mil­cze­nie. Nie wie­dział, co mogłoby się wówczas wy­da­rzyć. Być może cie­nie na­padłyby na nie­go, a może by go wydały? Bywało, że na nie krzy­czał, wy­ma­chi­wał rękami, chcąc je przepędzić. Uda­wało mu się utrzy­mać je na dy­stans przez kil­ka mi­nut, lecz po­tem znów wra­cały i nie od­cho­dziły aż do świtu. Do­pie­ro gdy słońce za­czy­nało wsta­wać, na­resz­cie mógł zasnąć, ale za­le­d­wie na kil­ka go­dzin, po­nie­waż rano cze­kała na nie­go pra­ca.

Przez całe swo­je do­rosłe życie był zmęczo­ny. Nie poj­mo­wał, jak dawał so­bie radę. Kie­dy spoglądał wstecz, wi­dział nie­kończące się pa­smo dni, przez które prze­dzie­rał się z naj­większym wysiłkiem. Nie miał właści­wie żad­nych wspo­mnień, które nie łączyłyby się w jakiś sposób z dręczącym go zmęcze­niem. Cza­sem myślał o swo­jej twa­rzy uwiecz­nio­nej na fo­to­gra­fiach. Za­wsze wi­dział na nich wy­cieńczo­ne­go człowie­ka. Cie­nie zemściły się na nim, roz­bi­jając dwa jego małżeństwa – ko­bie­ty nie wy­trzy­mały ciągłego nie­po­ko­ju męża, nie od­po­wia­dało im też, że spał nie­mal w każdej chwi­li wol­nej od pra­cy. Męczyło je, że nie sy­pia po no­cach i nig­dy nie jest w sta­nie udzie­lić sen­sow­nej od­po­wie­dzi na py­ta­nie, dla­cze­go nie kładzie się wie­czo­rem spać jak każdy nor­mal­ny człowiek. W końcu od­cho­dziły, a on znów zo­sta­wał sam.

Spoj­rzał na ze­ga­rek na swo­jej ręce. Było piętnaście po czwar­tej nad ra­nem. Po­szedł do kuch­ni i nalał so­bie kawy z ter­mo­su. Wiszący za oknem ter­mo­metr wska­zy­wał dwa stop­nie poniżej zera. Przyszło mu na myśl, że jeśli nie wy­mie­ni trzy­mających ter­mo­metr śrub, ten lada dzień od­pad­nie. Gdy po­ru­szył zasłoną, na pogrążonym w mro­ku podwórzu roz­legło się szcze­ka­nie psa. Cza­ka był je­dyną istotą na świe­cie dającą mu po­czu­cie bez­pie­czeństwa. Imię dla psa rasy El­khund sza­ry za­czerpnął z książki opo­wia­dającej hi­sto­rię potężnego wo­dza Zu­lusów, tytułu już nie pamiętał. Uznał, że imię owe­go wo­dza do­sko­na­le na­da­je się dla psa, gdyż jest krótkie i łatwe do wymówie­nia. Wziął ku­bek z kawą, wrócił do sa­lo­nu i spoj­rzał na okna. Wie­dział, że gru­be zasłony są szczel­nie za­su­nięte, mimo to czuł po­trzebę, by ciągle je spraw­dzać.

Usiadł przy sto­le i wbił wzrok w roz­sy­pa­ne na bla­cie puz­zle. To była do­bra układan­ka. Miała wie­le ele­mentów, wy­ma­gała dużej wy­obraźni i cier­pli­wości. Każde ułożone puz­zle palił i od razu rozkładał na sto­le nowe. Za­wsze pil­no­wał, żeby mieć za­pas no­wych układa­nek. Często myślał, że trak­tu­je je po­dob­nie, jak pa­lacz pa­pie­ro­sy. Od wie­lu lat był człon­kiem świa­to­we­go sto­wa­rzy­sze­nia działającego na rzecz między­na­ro­do­wej kul­tu­ry puz­zli. Miało ono sie­dzibę w Rzy­mie, skąd co mie­siąc do­sta­wał ga­zetkę in­for­mującą o tym, którzy pro­du­cen­ci właśnie zakończy­li, a jacy roz­poczęli pro­dukcję układa­nek. Już w połowie lat sie­dem­dzie­siątych za­uważył, że co­raz trud­niej jest zdo­być na­prawdę do­bre, ręcznie wy­ko­na­ne puz­zle. Nie lubił tych pro­du­ko­wa­nych ma­szy­no­wo. Ich ele­mentom bra­ko­wało lo­gi­ki i ni­jak się miały do układa­ne­go mo­ty­wu. Cza­sem ciężko było je ułożyć, lecz trud­ność ta była jed­nak me­cha­nicz­na. Obec­nie zaj­mo­wał się układanką, której mo­ty­wem był ob­raz Rem­brand­ta Sprzy­siężenie Clau­diu­sa Ci­vi­li­sa.Puz­zle składały się z trzech tysięcy kawałków wy­ko­na­nych przez wytwórcę z Ro­uen, którego od­wie­dził kil­ka lat temu pod­czas podróży sa­mo­cho­dem. Roz­ma­wia­li wówczas o tym, że naj­lep­sze puz­zle to te, na których widać słabe załama­nia światła. Dla­te­go właśnie puz­zle z ob­ra­zem Rem­brand­ta wy­ma­gały od układającego wy­obraźni i wy­trwałości.

Trzy­mał w dłoni ele­ment sta­no­wiący część tła. Zna­le­zie­nie właści­we­go miej­sca zajęło mu pra­wie dzie­sięć mi­nut. Po­now­nie spoj­rzał na ze­ga­rek. Było tuż po wpół do piątej. Do świtu, chwi­li w której cie­nie odejdą i wresz­cie będzie mógł zasnąć, po­zo­stało jesz­cze kil­ka go­dzin.

Pomyślał, że jego życie mimo wszyst­ko stało się dużo prost­sze, odkąd skończył sześćdzie­siąt pięć lat i prze­szedł na eme­ry­turę. Nie mu­siał się już oba­wiać zmęcze­nia lub tego, że zaśnie pod­czas pra­cy.

Cie­nie daw­no po­win­ny były zo­sta­wić go w spo­ko­ju. Odbył już swoją karę i mogły prze­stać go pil­no­wać. Zruj­no­wały mi życie, roz­myślał. Dla­cze­go nie dadzą mi wresz­cie ode­tchnąć?

*

Wstał i pod­szedł do stojącego na półce z książkami od­twa­rza­cza CD. Kupił go przed kil­ko­ma mie­siącami, pod­czas jed­ne­go z nie­licz­nych wy­jazdów do Öster­sund. Włączył płytę, która była już w środ­ku. Ku swo­je­mu zdzi­wie­niu zna­lazł ją pośród wie­lu na­grań z mu­zyką pop, w tym sa­mym skle­pie w którym kupił od­twa­rzacz. Było to ar­gen­tyńskie tan­go. Praw­dzi­we tan­go. Pogłośnił. Śpiący na podwórzu pies miał do­bry słuch i za­re­ago­wał na dźwięki szczek­nięciem. Po chwi­li znów ucichł. Słuchając mu­zyki, mężczy­zna cho­dził po­wo­li wokół stołu i wpa­try­wał się w puz­zle. Było przy nich jesz­cze mnóstwo pra­cy. Układa­nie ob­raz­ka zaj­mie mi następne trzy noce, pomyślał. Do­pie­ro wówczas będzie mógł go spa­lić i roz­pa­ko­wać ko­lejną ze ster­ty no­wych układa­nek. Poza tym za kil­ka dni miał po­je­chać na pocztę do Sveg, by ode­brać ko­lejną prze­syłkę z puz­zla­mi od pro­du­cen­ta z Ro­uen.

Usiadł na ka­na­pie, słuchając w sku­pie­niu mu­zy­ki. Jed­nym z jego naj­większych ma­rzeń było choć raz w życiu po­je­chać do Ar­gen­ty­ny, spędzić kil­ka mie­sięcy w Bu­enos Aires i całymi no­ca­mi tańczyć tan­go. Ma­rze­nie to jed­nak nig­dy się nie ziściło, za­wsze po­ja­wiała się jakaś prze­szko­da. Kie­dy dzie­sięć lat temu opusz­czał re­gion Västergötland, by prze­nieść się na północ, do lasów w pro­win­cji Härje­da­len, obie­cał so­bie, że każdego roku odbędzie jakąś podróż. Żył skrom­nie i cho­ciaż jego eme­ry­tu­ra nie była wy­so­ka, mógłby so­bie na to po­zwo­lić. Jed­nak zdołał wy­brać się tyl­ko na kil­ka wy­praw sa­mo­cho­do­wych po Eu­ro­pie, w po­szu­ki­wa­niu no­wych układa­nek.

Po­go­dził się z tym, że nig­dy nie po­je­dzie do Ar­gen­ty­ny i nie zatańczy tan­ga w Bu­enos Aires.

Nikt jed­nak nie po­wstrzy­ma mnie przed tańcze­niem tu, pomyślał. Mam swoją mu­zykę i dobrą part­nerkę.

Wstał z ka­na­py. Ze­gar wska­zy­wał piątą, ale do świtu było jesz­cze da­le­ko. Nad­szedł czas na ta­niec. Po­szedł do sy­pial­ni i wyjął z sza­fy ciem­ny gar­ni­tur. Przyglądał mu się długo, za­nim go założył. Drażniła go mała plam­ka, która po­ja­wiła się na kla­pie ma­ry­nar­ki. Zwilżył więc chu­s­teczkę i wy­tarł ma­te­riał do czy­sta. Do­pie­ro po­tem włożył gar­ni­tur. Do białej ko­szu­li do­brał kra­wat w ko­lo­rze rdzy.

Naj­ważniej­sze było obu­wie. Miał do wy­bo­ru kil­ka par włoskich butów do tańca, wszyst­kie bar­dzo dro­gie. Ktoś, kto poważnie trak­tu­je ta­niec, musi mieć ide­al­ne obu­wie, po­wta­rzał.

Ubraw­szy się, stanął przed lu­strem umiesz­czo­nym po wewnętrznej stro­nie drzwi do gar­de­ro­by. Przyj­rzał się swo­jej twa­rzy. Miał siwe, krótko obcięte włosy. Patrząc na swe chu­de ciało, pomyślał, że po­wi­nien więcej jeść. Po chwi­li do­szedł jed­nak do wnio­sku, że po­do­ba mu się to, co wi­dzi. Wyglądał na dużo mniej niż sie­dem­dzie­siąt sześć lat.

Wrócił do sa­lo­nu i stanął na wprost drzwi pro­wadzących do po­ko­ju gościn­ne­go. Były za­mknięte. Za­pu­kał i wy­obra­ził so­bie, że ktoś za­pra­sza go do środ­ka. Wszedł i za­pa­lił światło. Na łóżku leżała jego part­ner­ka. Za każdym ra­zem dzi­wił się, że wygląda zupełnie jak żywa, mimo że jest tyl­ko lalką. Pod­niósł ją, od­sunąwszy kołdrę. Była ubra­na w białą bluzkę i czarną spódnicę. Dał jej na imię Esme­ral­da. Na sto­li­ku obok łóżka stało kil­ka fla­ko­ników z per­fu­ma­mi. Mężczy­zna po­sta­wił lalkę na podłodze, sięgnął po bu­te­leczkę sub­tel­nych per­fum Dio­ra i de­li­kat­nie spry­skał nimi szyję Esme­ral­dy. Wie­dział, że gdy przy­mknie oczy, nie będzie czuł różnicy między lalką a praw­dziwą part­nerką.

Ujął lalkę pod ramię i za­pro­wa­dził ją do sa­lo­nu. Wie­lo­krot­nie chciał już usunąć z po­ko­ju wszyst­kie me­ble, za­wie­sić lam­py rzu­cające przyćmio­ne światło i położyć w po­piel­nicz­ce za­pa­lo­ne, dymiące cy­ga­ro. Miałby wówczas własną ar­gen­tyńską salę do tańca. Nig­dy jed­nak tego nie zro­bił. Dys­po­no­wał je­dy­nie kawałkiem podłogi między stołem a regałem z książkami, na którym stał od­twa­rzacz. Wsunął sto­py w strze­mio­na za­mo­co­wa­ne na no­gach Esme­ral­dy.

Zaczął tańczyć. Wy­ko­nując ob­ro­ty z part­nerką w ra­mio­nach, czuł się tak, jak­by na chwilę uda­wało mu się rozpędzić ota­czające ich cie­nie. Tańczył nie­zwy­kle lek­ko. Spośród wszyst­kich tańców które opa­no­wał, naj­bar­dziej od­po­wia­dało mu właśnie tan­go. Z ni­kim też nie tańczyło mu się tak do­brze jak z Esme­raldą. Kie­dyś znał pewną ko­bietę w Borås, Ro­se­ma­rie, właści­cielkę skle­pi­ku z ka­pe­lu­sza­mi. Żadna inna part­nerka nie dała mu się wcześniej pro­wa­dzić tak jak ona. Pew­ne­go dnia, gdy przy­go­to­wy­wał się do spo­tka­nia z nią w klu­bie ta­necz­nym w Göte­bor­gu, otrzy­mał wia­do­mość, że Ro­se­ma­rie zginęła w wy­pad­ku sa­mo­cho­do­wym. Po jej śmier­ci próbował tańczyć z in­ny­mi ko­bietami, jed­nak uczu­cie, które to­wa­rzy­szyło mu w tańcu z Ro­se­ma­rie wróciło do­pie­ro wówczas, gdy po­ja­wiła się Esme­ralda.

Po­mysł z lalką wpadł mu do głowy wie­le lat temu, pod­czas jed­nej z bez­sen­nych nocy, kie­dy przez przy­pa­dek na­tra­fił w te­le­wi­zji na sta­ry mu­si­cal. Je­den z ak­torów, być może Gene Kel­ly, tańczył w nim z lalką. Mężczy­zna za­fa­scy­no­wa­ny przyglądał się tej sce­nie i na­tych­miast po­sta­no­wił, że będzie miał taką samą part­nerkę do tańca.

Naj­większym wy­zwa­niem oka­zało się wnętrze lal­ki. Eks­pe­ry­men­to­wał i wypełniał ją różnymi ma­te­riałami. Do­pie­ro gdy wy­pchał ją pianką, po­czuł się tak, jak­by trzy­mał w ra­mio­nach żywą part­nerkę. Zde­cy­do­wał, że ufor­mu­je jej ob­fi­ty biust i dużą pupę, obie jego żony były bo­wiem chu­de. Tym ra­zem stwo­rzył dla sie­bie ko­bietę, którą było za co chwy­cić. Bywało, że tańcząc z Esme­raldą i czując jej per­fu­my, do­zna­wał pod­nie­ce­nia. Obec­nie nie zda­rzało mu się to jed­nak tak często jak pięć, sześć lat temu. Jego popęd sek­su­al­ny zaczął jakiś czas temu słabnąć i ostat­ni­mi cza­sy, gdy właści­wie prze­stał go od­czu­wać, do­szedł do wnio­sku, że wca­le za nim nie tęskni.

Tańczył po­nad go­dzinę, a kie­dy zaniósł Esme­raldę do po­ko­ju i położył ją na łóżku, za­uważył, że jest spo­co­ny. Ro­ze­brał się, po­wie­sił gar­ni­tur w gar­de­ro­bie i wziął prysz­nic. Wkrótce na­dej­dzie świt, więc mężczy­zna będzie mógł położyć się spać. Udało mu się prze­trwać ko­lejną noc.

Włożył szla­frok, po czym dopił z kub­ka resztkę kawy. Ter­mo­metr za oknem wciąż wska­zy­wał mi­nus dwa stop­nie. Mężczy­zna po­ru­szył zasłoną i po chwi­li usłyszał kil­ka szczek­nięć Cza­ki. Pomyślał o ota­czającym go le­sie. Żył w miej­scu dokład­nie ta­kim, ja­kie kie­dyś dla sie­bie wy­ma­rzył – miesz­kał w no­wo­cześnie wy­po­sażonym domu na od­lu­dziu, nie mając żad­nych sąsiadów. Bu­dy­nek znaj­do­wał się na sa­mym końcu dro­gi. Tak, zdołał zna­leźć miej­sce, którego szu­kał. Wy­god­ny, so­lid­nie zbu­do­wa­ny dom z dużym sa­lo­nem, mogącym pełnić funkcję sali do tańca. Po­przed­nim właści­cie­lem był eme­ry­to­wa­ny myśliwy, który prze­niósł się do Hisz­pa­nii.

Mężczy­zna usiadł przy ku­chen­nym sto­le i dolał so­bie kawy. Cze­kał na po­wo­li wstający świt. Wkrótce będzie mógł wejść pod kołdrę i zasnąć. Cie­nie zo­sta­wią go w spo­ko­ju.

Na­gle usłyszał szczek­nięcie Cza­ki. Wytężył słuch. Pies znów zaczął szcze­kać, lecz po chwi­li umilkł. To mu­siało być ja­kieś zwierzę, pomyślał. Pew­nie zając. Cza­ka miał swo­je miej­sce w dużym wy­bie­gu. Strzegł swo­jego pana.

Mężczy­zna umył ku­bek i po­sta­wił go na bla­cie obok ku­chen­ki. Za sie­dem go­dzin znów go użyje. Nie lubił nie­po­trzeb­nie zmie­niać kubków, zwy­kle pił z tego sa­me­go przez kil­ka ty­go­dni. W końcu po­szedł do sy­pial­ni, zrzu­cił szla­frok i wsunął się pod kołdrę. Na zewnątrz wciąż było ciem­no.

Cze­kając na świt, zwy­kle leżał na łóżku i słuchał ra­dia. Wyłączał je, gdy tyl­ko do­strze­gał pierw­sze pro­mie­nie słońca. Wówczas gasił światło i za­sy­piał.

Nie­spo­dzie­wa­nie Cza­ka znów zaczął szcze­kać. Mężczy­zna zmarsz­czył czoło, wsłuchał się w dźwięki do­chodzące z zewnątrz i w myślach po­li­czył do trzy­dzie­stu. Pies umilkł. Jeśli ja­kieś zwierzę za­nie­po­koiło Czakę, mu­siało się już od­da­lić. Włączył ra­dio i przez jakiś czas, po­zwa­lając myślom odpłynąć, słuchał mu­zy­ki.

Na­gle Cza­ka znów za­szcze­kał. Tym ra­zem jed­nak in­a­czej. Mężczy­zna ze­rwał się gwałtow­nie i usiadł na łóżku. Pies szcze­kał jak osza­lały. To mogło ozna­czać, że w po­bliżu domu po­ja­wił się łoś lub niedźwiedź. Każdego roku w oko­licz­nych la­sach od­strze­li­wa­no ja­kie­goś niedźwie­dzia, ale nig­dy nie udało mu się żad­ne­go z nich zo­ba­czyć. Cza­ka nie prze­sta­wał uja­dać. Mężczy­zna wstał i włożył szla­frok. Szcze­ka­nie ucichło. Stał chwilę w miej­scu i nasłuchi­wał, nic się jed­nak nie wy­da­rzyło. Po­now­nie zdjął szla­frok i wsunął się pod kołdrę. Za­wsze spał nago. Za­pa­lił lampę stojącą obok ra­dia.

Rap­tem ze­rwał się i usiadł w poście­li. Coś się stało, coś było nie tak z psem. Wstrzy­mał od­dech i wsłuchał się w ciszę. Z zewnątrz nie do­bie­gał żaden dźwięk. Ogarnął go nie­pokój. Mężczy­zna miał wrażenie, że ota­czające go cie­nie zaczęły się zmie­niać. Wstał z łóżka. Było coś dziw­ne­go w ostat­nim szczek­nięciu Cza­ki. Pies nie za­milkł w na­tu­ral­ny sposób, za­brzmiało to tak, jak­by uja­da­nie się urwało. Mężczy­zna prze­szedł do sa­lo­nu, zbliżył się do okna wy­chodzącego wprost na psi wy­bieg i ostrożnie od­chy­lił zasłonę. Pies nie od­zy­wał się i mężczy­zna po­czuł na­gle, że ser­ce bije mu moc­niej. Wrócił do sy­pial­ni, wciągnął spodnie i swe­ter, po czym sięgnął pod łóżko po broń, którą za­wsze tam trzy­mał. Była to strzel­ba z ma­ga­zyn­kiem na sześć na­bojów. Po­szedł do holu i włożył wy­so­kie buty. Cały czas nasłuchi­wał. Cza­ka wciąż mil­czał. Mężczy­zna pomyślał, że pew­nie coś so­bie ubz­du­rał i wszyst­ko jest w porządku. Do świtu nie było da­le­ko. To cie­nie spra­wiły, że stał się nie­spo­koj­ny, nic in­ne­go. Otwo­rzył trzy zam­ki i stopą ostrożnie uchy­lił drzwi. Nadal ci­sza, żad­ne­go szczek­nięcia. Te­raz mężczy­zna nie miał już wątpli­wości, że coś jest nie tak. Sięgnął po leżącą na półce la­tarkę i skie­ro­wał stru­mień światła w ciem­ność. Nie mógł do­strzec Cza­ki w wy­biegu. Wołając go, omiótł sno­pem la­tarki skraj lasu. Żad­nej od­po­wie­dzi. Cofnął się do holu i gwałtow­nie za­trzasnął drzwi. Czuł, że spływa po nim pot. Od­bez­pie­czył broń i po­now­nie otwo­rzył. Ostrożnie wy­szedł na scho­dy. Wokół pa­no­wała zupełna ci­sza. Pod­szedł do koj­ca i stanął jak wry­ty. Cza­ka leżał na zie­mi. Miał otwar­te oczy, jego białosza­ra sierść była za­krwa­wio­na. Mężczy­zna błyska­wicz­nie się odwrócił, popędził do domu i za­trzasnął za sobą drzwi. Coś się działo, nie miał jed­nak pojęcia, co to mogło być. Ktoś zabił jego psa. Mężczy­zna za­pa­lił światło w całym domu i usiadł na łóżku w sy­pial­ni. Za­uważył, że cały dy­go­cze.

Cie­nie go oszu­kały. Nie spo­strzegł nad­ciągającego nie­bez­pie­czeństwa. Za­wsze dotąd myślał, że to one na­gle się zmie­nią i go za­ata­kują. Jego czuj­ność zo­stała jed­nak uśpio­na. Za­grożenie przyszło z zewnątrz. Cie­nie wy­pro­wa­dziły go w pole. Przez pięćdzie­siąt czte­ry lata dawał im się oszu­ki­wać, myślał już, że uszedł cało. Te­raz zro­zu­miał, jak bar­dzo się mylił. Przez głowę prze­ta­czały mu się ob­ra­zy sprzed wie­lu lat, z po­twor­ne­go roku 1945. Nie udało mu się. Nie uj­dzie cało.

Potrząsnął głową, po­sta­na­wiając, że nie pod­da się bez wal­ki. Nie miał pojęcia, kto jest tam, na zewnątrz, i kto zabił jego psa. Cza­ka zdążył jed­nak ostrzec go w porę. Nie odda się do­bro­wol­nie w ręce na­past­ni­ka. Szyb­ko zrzu­cił buty, założył skar­pe­ty i sięgnął po leżące pod łóżkiem adi­da­sy. Cały czas wytężał słuch, sta­rając się uchwy­cić naj­drob­niej­szy szmer. Co z tym świ­tem? Gdy­by już zro­biło się ja­sno, nie do­padną go. Mężczy­zna wy­tarł w kołdrę spo­co­ne dłonie. Dzięki strzel­bie czuł się bez­piecz­ny. Do­brze wie­dział, że jest niezłym strzel­cem i nie da się za­sko­czyć.

Na­gle runęły wszyst­kie ścia­ny. A przy­najm­niej tak mężczy­zna od­czuł to, co się stało. Padł na zie­mię, po­wa­lo­ny po­twor­nym hałasem. Po­nie­waż trzy­mał pa­lec na spuście, mimo woli oddał strzał. Po­cisk tra­fił w lu­stro na drzwiach gar­de­ro­by, roz­trza­skując je w drob­ny mak. Mężczy­zna pod­czołgał się do drzwi pro­wadzących do sa­lo­nu i spoj­rzał w głąb. Od razu zro­zu­miał, co się stało. Ktoś oddał strzał lub wrzu­cił do domu gra­nat przez duże okno wy­chodzące na południe. Cała podłoga była po­kry­ta odłam­ka­mi szkła.

Nie zdążył na­wet pomyśleć, gdy z hu­kiem roz­padło się północ­ne okno. Całym ciałem przy­warł do podłogi. Na­cie­rają ze wszyst­kich stron, pomyślał. Oto­czy­li dom i roz­bi­jają okna, żeby do­stać się do środ­ka. W pa­ni­ce zaczął rozglądać się za drogą uciecz­ki.

Świt, prze­ko­ny­wał sam sie­bie, tyl­ko świt może mnie ura­to­wać. Niech ta cho­ler­na noc wresz­cie się skończy.

Po chwi­li z brzękiem roz­sy­pało się okno w kuch­ni. Mężczy­zna wciąż leżał na brzu­chu, za­kry­wając rękami głowę. Gdy roz­legł się ko­lej­ny huk, wie­dział, że strzał roz­niósł okno w łazien­ce. Po­czuł nad­ciągający z zewnątrz chłód.

Wtem coś zawyło. Usłyszał, że jakiś przed­miot upadł na zie­mię, tuż obok nie­go. Uniósłszy głowę, spo­strzegł, że to po­cisk z ga­zem łzawiącym. Gwałtow­nie się odwrócił, ale było za późno. Gryzący dym już wdarł mu się do oczu i płuc. Nie mogąc nic do­strzec, słyszał, jak ko­lej­ne po­ciski z ga­zem wla­tują przez wy­bi­te okna. Ból oczu był tak wiel­ki, że mężczy­zna nie mógł go wy­trzy­mać. Moc­no przy­ci­skając strzelbę do ciała, zdał so­bie sprawę, że musi wyjść z domu. Być może to właśnie ciem­ność, a nie świt, przyj­dzie mu z po­mocą? Do­brnął po omac­ku do drzwi. Zda­wało mu się, że ka­szel ro­ze­rwie mu płuca. Otwo­rzył drzwi kop­nia­kiem i wy­padł na zewnątrz. Biegnąc, strze­lał na oślep. Był świa­dom, że od skra­ju lasu dzie­li go około trzy­dzie­stu metrów. Cho­ciaż nic nie wi­dział, biegł przed sie­bie naj­szyb­ciej, jak mógł. Sił do­da­wała mu świa­domość, że w każdej se­kun­dzie może go dosięgnąć śmier­tel­ny strzał. Pod­czas tego krótkie­go bie­gu zdał so­bie sprawę, że nie zo­ba­czy na­wet, z czy­jej ręki przyj­dzie mu zginąć. Wie­dział, dla­cze­go zo­sta­nie za­bi­ty, ale nie miał pojęcia przez kogo. Ta myśl bolała go tak samo jak piekące od gazu oczy.

Wpadł na pień drze­wa i o mało się nie przewrócił. Wciąż ośle­pio­ny gryzącym dy­mem, prze­dzie­rał się przez zarośla. Gałęzie ka­le­czyły mu twarz, ale wie­dział, że nie może się za­trzy­mać. Kto­kol­wiek go za­ata­ko­wał, do­pad­nie go, jeśli nie uda mu się scho­wać głęboko w le­sie.

Na­gle mężczy­zna po­tknął się i upadł. Już miał po­de­rwać się i biec da­lej, gdy po­czuł coś na kar­ku. Wie­dział, co się stało. Ktoś bu­tem przy­ci­skał mu głowę do zie­mi. Mężczy­zna zro­zu­miał, że to już ko­niec. Cie­nie go po­ko­nały. Zrzu­ciły ciem­ne sza­ty i po­ka­zały praw­dzi­we ob­li­cze.

Chciał zo­ba­czyć, kto od­bie­rze mu życie. Próbował obrócić głowę i spoj­rzeć do góry, lecz but na­past­ni­ka to unie­możli­wiał.

Po chwi­li ktoś go pod­niósł i po­sta­wił na nogi. Choć nadal był ośle­pio­ny, zawiązano mu na oczach opaskę. Przez krótką chwilę czuł od­dech człowie­ka zawiązującego mu ją na kar­ku. Mężczy­zna próbował coś po­wie­dzieć, kie­dy jed­nak otwo­rzył usta, nie zdołał wymówić ani słowa; zno­wu do­padł go atak kasz­lu.

W końcu czy­jeś dłonie oplotły mu gardło. Usiłował się bro­nić, ale nie miał już siły. Czuł, jak ucie­ka z nie­go życie.

Za­nim umarł, minęły jesz­cze nie­mal dwie go­dzi­ny. Zna­lazł się na dnie piekła, mio­tając się między nie­znośnym bólem, a pra­gnie­niem utrzy­ma­nia się przy życiu. Zaciągnięto go w przeszłość, do czasów, gdy na­po­tkał los, który na ko­niec wresz­cie do­padł jego sa­me­go. Po­wa­lo­no go na zie­mię, ktoś zdarł z nie­go spodnie i swe­ter. Mężczy­zna zdążył po­czuć do­tyk zim­nej zie­mi na na­giej skórze, nim dosięgły go ude­rze­nia pej­cza, za­mie­niając wszyst­ko w kosz­mar. Nie wie­dział, ile razy go ude­rzo­no. Co jakiś czas tra­cił przy­tom­ność, lecz stru­ga­mi lo­do­wa­tej wody wyciągano go z po­wro­tem na po­wierzch­nię świa­do­mości. Po­tem znów dosięgały go razy. Słyszał własny krzyk, w po­bliżu nie było jed­nak ni­ko­go, kto mógłby przyjść mu na ra­tu­nek. Cza­ka leżał mar­twy w swo­im wy­bie­gu.

Po­tem po­czuł, że ktoś ciągnie go w stronę domu, a później do środ­ka. Ostat­nim, co za­pa­miętał przed śmier­cią, były cio­sy pej­cza na po­de­szwach stóp. W końcu ogarnęła go ciem­ność. Był mar­twy.

Nie do­wie­dział się już, że po wszyst­kim za­wle­czo­no jego mar­twe na­gie ciało na skraj lasu i tam po­rzu­co­no, zwrócone twarzą ku zim­nej zie­mi.

Wówczas nad­szedł świt.

Był 19 paździer­ni­ka 1999 roku. Kil­ka go­dzin później zaczął padać deszcz, który po­wo­li, nie­mal nie­zau­ważal­nie, prze­szedł w mo­kry śnieg.

2

Ste­fan Lind­man był po­li­cjan­tem. Z ra­cji swo­je­go za­wo­du przy­najm­niej raz w roku pa­ko­wał się w sy­tu­acje, w których przeżywał chwi­le gro­zy. Kie­dyś zo­stał po­wa­lo­ny na zie­mię przez ważącego po­nad sto ki­lo­gramów psy­cho­patę. Mężczy­zna sie­dział na nim okra­kiem, a Lind­man z co­raz większą de­spe­racją bro­nił się przed wiel­ki­mi dłońmi na­past­ni­ka, próbującymi ode­rwać mu głowę. Gdy­by je­den z ko­legów nie zdzie­lił ban­dy­ty potężnym cio­sem w po­ty­licę, ten z pew­nością zdołałby dokończyć swe okrut­ne dzieło. In­nym ra­zem nie­wie­le bra­ko­wało, by zo­stał po­strze­lo­ny, gdy za­pu­kał do drzwi, za którymi roz­gry­wała się jakaś do­mo­wa awan­tu­ra. Strzały od­da­no z mau­ze­ra, a jed­na z kul otarła się o jego nogę. Jed­nak Ste­fan Lind­man nig­dy nie bał się tak bar­dzo jak ran­kiem 25 paździer­ni­ka 1999 roku, gdy leżąc w łóżku, tępo wpa­try­wał się w su­fit.

Nie zmrużył oka przez pra­wie całą noc. Co jakiś czas za­pa­dał w krótką drzemkę, ale już po chwi­li bu­dził się gwałtow­nie z kosz­ma­ru, który do­pa­dał go, gdy tyl­ko udało mu się zasnąć. W końcu wstał i na gra­ni­cy omdle­nia powlókł się na ka­napę przed te­le­wi­zo­rem. Od­ru­cho­wo zmie­niał kanały, aż w końcu tra­fił na film por­no­gra­ficz­ny. Po kil­ku mi­nu­tach z obrzy­dze­niem wyłączył te­le­wi­zor i wrócił do łóżka.

Wstał o siódmej. W nocy opra­co­wał plan, który miał być czymś w ro­dza­ju zaklęcia. Po­sta­no­wił, że nie pójdzie od razu do szpi­ta­la, ale tak obmyśli trasę, by mieć czas zarówno na spa­cer okrężną drogą, jak i dwu­krot­ne obejście bu­dyn­ku dokoła. Przez całą drogę będzie rozglądał się za ja­kimś zna­kiem, który da mu na­dzieję, że usłyszy od le­kar­ki do­bre wieści. Aby za­pew­nić so­bie ostat­ni za­strzyk ener­gii, za­mie­rzał wypić filiżankę kawy w szpi­tal­nej ka­wiar­ni i zmu­sić się do spo­koj­ne­go przej­rze­nia lo­kal­nej ga­ze­ty.

Choć nie pla­no­wał tego wcześniej, włożył swój naj­lep­szy gar­ni­tur, mimo że za­zwy­czaj, gdy aku­rat nie miał na so­bie mun­du­ru, nosił dżinsy i bluzę. Tego dnia jed­nak uznał, że naj­sto­sow­niej­szy będzie gar­ni­tur. Wiążąc kra­wat przed lu­strem w łazien­ce, uważnie oglądał swoją twarz. Widać było po niej wyraźnie, że nie jadł porządnie i nie wy­sy­piał się od wie­lu ty­go­dni. Miał za­pad­nięte po­licz­ki, a poza tym włosy nada­wały się już do strzyżenia, nie lubił, kie­dy za­kry­wały mu ucho.

W ogóle nie spodo­bała mu się twarz, której od­bi­cie zo­ba­czył tego po­ran­ka. Było to nie­co­dzien­ne uczu­cie, wro­dzo­na próżność bo­wiem kazała mu często zer­kać w lu­stro i za­zwy­czaj lubił swój wygląd, a wi­dok własnej twa­rzy po­pra­wiał mu hu­mor. Tym ra­zem jed­nak było in­a­czej.

Ubrał się, a po­tem wypił ku­bek kawy. Przy­go­to­wał so­bie ka­nap­ki, ale nie zdołał nic zjeść.

Był za­pi­sa­ny do le­ka­rza na kwa­drans przed dzie­wiątą. Ze­gar wska­zy­wał siódmą dwa­dzieścia sie­dem, miał więc go­dzinę i osiem­naście mi­nut na spa­cer do szpi­ta­la.

Gdy wy­szedł na ulicę, zo­rien­to­wał się, że pada drob­ny deszcz.

Ste­fan Lind­man miesz­kał w sa­mym cen­trum Borås, przy Alléga­tan. Jesz­cze przed trze­ma laty miesz­kał za mia­stem, w Sjömar­ken. Pew­ne­go dnia przez przy­pa­dek zna­lazł ofertę sprze­daży trzy­po­ko­jo­we­go miesz­kania w śródmieściu i bez wa­ha­nia pod­pi­sał umowę. Na­prze­ciw­ko stał ho­tel Väva­ren. Do ko­men­dy Lind­man cho­dził pie­szo. W ten sam sposób mógł na­wet dojść na sta­dion Ry­aval­len, gdy El­fs­borg1 grał mecz u sie­bie. Piłka nożna była jego wielką pasją, której poświęcał czas po pra­cy. Choć ni­ko­mu o tym nie mówił, ko­lek­cjo­no­wał zdjęcia i wy­cin­ki pra­so­we związane z drużyną El­fs­borg. Ma­rzył też często, że udało mu się zo­stać za­wo­do­wym piłka­rzem w li­dze włoskiej. A nie po­li­cjan­tem. Wsty­dził się swo­ich piłkar­skich fan­ta­zji, lecz nie umiał się z nimi roz­stać.

Wspiął się po scho­dach wiodących na Stengärds­ga­tan, po czym skie­ro­wał się w stronę Te­atru Miej­skie­go i gim­na­zjum. Tuż obok prze­je­chał ra­diowóz, lecz siedzący w nim po­li­cjan­ci nie za­uważyli go. Na­gle do­padł go strach. Po­czuł się tak, jak­by go nie było, jak gdy­by już nie żył. Otu­lił się moc­niej kurtką. Właści­wie nic nie prze­ma­wiało za tym, że w szpi­ta­lu cze­ka na nie­go zła wia­do­mość. Przy­spie­szył kro­ku. W głowie miał mętlik. Mu­skające jego twarz kro­ple desz­czu były przy­po­mnie­niem życia, jego życia, które właśnie mijało.

Miał trzy­dzieści sie­dem lat. Odkąd skończył Wyższą Szkołę Po­li­cyjną, pra­co­wał w Borås. Właśnie w tym mieście za­wsze chciał za­miesz­kać. Po­cho­dził z Kin­na, miał dwo­je ro­dzeństwa, jego oj­ciec zaj­mo­wał się sprze­dażą używa­nych sa­mo­chodów, a mat­ka pra­co­wała w pie­kar­ni. Ste­fan był najmłod­szym, bar­dzo późnym i nie­pla­no­wa­nym dziec­kiem Lind­manów, od sióstr dzie­liło go sie­dem i dzie­więć lat.

Kie­dy roz­myślał o swo­im dzie­ciństwie, wy­da­wało mu się ono za­ska­kująco nie­cie­ka­we, wręcz nud­ne. Jako dziec­ko wiódł bez­piecz­ne i spo­koj­ne życie. Ani mat­ka, ani oj­ciec nie lu­bi­li podróżować, a naj­od­le­glej­szy­mi miej­sca­mi, które skłonni byli od­wie­dzać, było właśnie Borås lub Var­berg. Göte­borg wy­da­wał im się już zbyt duży, za­nad­to od­da­lo­ny i zbyt prze­rażający. Sio­stry Ste­fa­na szyb­ko zbun­to­wały się prze­ciw­ko ta­kiej eg­zy­sten­cji i wcześnie opuściły dom. Jed­na za­miesz­kała w Sztok­hol­mie, dru­ga w Hel­sin­kach. Ro­dzi­ce uzna­li to za oso­bistą porażkę i Ste­fan szyb­ko zro­zu­miał, że ocze­kują od nie­go, by zo­stał w ro­dzin­nym mia­stecz­ku lub przy­najm­niej wrócił do nie­go, gdy już zde­cy­du­je, co zro­bić ze swo­im życiem. Jako na­sto­la­tek nie miał jed­nak żad­ne­go po­mysłu na sie­bie i nie wie­dział, co ze sobą począć.

Pew­ne­go dnia po­znał młode­go mężczyznę, którego pasją były wyścigi mo­to­cros­so­we. Zo­stał jego po­moc­ni­kiem i przez kil­ka lat jeździł z nim po środ­ko­wej Szwe­cji, od­wie­dzając ko­lej­ne tory wyści­go­we. W końcu ten sport go znu­dził i Ste­fan wrócił do domu, wi­ta­ny przez trium­fujących ro­dziców jak syn mar­no­traw­ny. Zro­zu­miał wówczas, że wciąż nie ma pojęcia, co chce da­lej robić. Do­pie­ro gdy po­znał pew­ne­go po­li­cjan­ta z Malmö, bawiącego z wi­zytą u wspólnych zna­jo­mych, w głowie zaczęła kiełkować mu pew­na myśl. Może mógłbym zo­stać po­li­cjan­tem, pomyślał. Za­sta­na­wiał się przez kil­ka dni, po czym po­sta­no­wił, że przy­najm­niej spróbuje.

Ro­dzi­ce przyjęli de­cyzję syna z lek­kim nie­po­ko­jem, lecz Ste­fan uspo­koił ich, wyjaśniając, że prze­cież w Kin­na też są po­li­cjan­ci, więc nie będzie mu­siał się wy­pro­wa­dzać.

Od razu przystąpił do działania. Pierwszą rzeczą, jaką zro­bił był powrót do szkoły śred­niej. By móc star­to­wać do Wyższej Szkoły Po­li­cyj­nej mu­siał za­li­czyć do­dat­ko­we kur­sy. Dzięki wiel­kiej mo­ty­wa­cji, poszło mu to łatwiej niż się spo­dzie­wał. Za­ra­biał na utrzy­ma­nie jako szkol­ny stróż.

Ku własne­mu zdzi­wie­niu zo­stał przyjęty na uczel­nię już za pierw­szym po­dejściem. Stu­dia nie przy­spo­rzyły mu większych pro­blemów i choć ni­czym spe­cjal­nie się nie wyróżniał i tak należał do lep­szych stu­dentów na roku. Na ko­niec mógł wresz­cie wrócić do Kin­na w mun­du­rze i za­ko­mu­ni­ko­wać ro­dzi­com, że od tej pory będzie pra­co­wał w Borås, za­le­d­wie czter­dzieści ki­lo­metrów od domu.

Przez pierw­sze lata dojeżdżał z ro­dzin­ne­go mia­stecz­ka, kie­dy jed­nak za­ko­chał się w urzędnicz­ce z ko­men­dy, prze­pro­wa­dził się do Borås. Miesz­ka­li ra­zem trzy lata, do dnia, w którym dziew­czy­na na­gle oznaj­miła mu, że za­ko­chała się w mężczyźnie z Tron­dhe­im i ma za­miar się tam prze­nieść.

Ste­fan przyjął tę wia­do­mość ze spo­ko­jem, po­nie­waż ich związek po­wo­li za­czy­nał go już nużyć. Czuł się w nim tak jak w swo­im sza­rym dzie­ciństwie. Naj­bar­dziej męczyło go, jak mógł się nie zo­rien­to­wać, że jego dziew­czy­na wdała się w ro­mans z kimś in­nym.

Skończył trzy­dzieści lat, nie­mal tego nie za­uważając. Po­tem nie­spo­dzie­wa­nie jego oj­ciec zmarł na atak ser­ca, a kil­ka mie­sięcy później odeszła też mat­ka. W dzień po jej po­grze­bie Ste­fan za­mieścił ogłosze­nie w ru­bry­ce to­wa­rzy­skiej ga­ze­ty „Borås Tid­ning”. Otrzy­mał od­po­wiedź od czte­rech ko­biet i spo­tkał się z każdą z nich. Jedną była Po­lka, od wie­lu lat miesz­kająca w Borås. Miała dwo­je do­rosłych dzie­ci i pra­co­wała w szkol­nej stołówce. Była od nie­go star­sza o pra­wie dzie­sięć lat, ale różnica wie­ku właści­wie nie dawała się za­uważyć. Z początku Ste­fan nie poj­mo­wał, czym tak bar­dzo go ujęła, że na­tych­miast się w niej za­ko­chał. Z cza­sem zro­zu­miał, że to dla­te­go, że była całkiem zwy­czaj­na. Poważnie trak­to­wała życie, ale ni­cze­go nie­po­trzeb­nie nie kom­pli­ko­wała. Zaczęli się spo­ty­kać i wkrótce Ste­fan po raz pierw­szy w życiu doświad­czył tego, że po­tra­fi czuć do ko­biety coś więcej niż tyl­ko pożąda­nie. Po­lka miała na imię He­le­na i miesz­kała w dziel­ni­cy Nor­r­by. Ste­fan spędzał u niej kil­ka nocy w ty­go­dniu.

To właśnie tam, w miesz­ka­niu He­le­ny, stojąc pew­ne­go ran­ka w łazien­ce, od­krył, że ma na języku jakiś dziw­ny gu­zek.

Prze­rwał roz­myśla­nia, zo­ba­czyw­szy przed sobą szpi­tal. Wciąż padał drob­ny deszcz. Ze­ga­rek wska­zy­wał siódmą pięćdzie­siąt sześć. Ste­fan ru­szył dokoła bu­dyn­ku szyb­szym kro­kiem. Po­sta­no­wił okrążyć go dwa razy i tak właśnie miał za­miar te­raz zro­bić.

O wpół do dzie­wiątej usiadł w szpi­tal­nej ka­wiar­ni z kub­kiem kawy i lo­kal­nym dzien­ni­kiem. Nie zaj­rzał jed­nak do ga­ze­ty i nie ru­szył kawy.

Kie­dy stanął przed drzwia­mi ga­bi­ne­tu, bar­dzo się bał. Wresz­cie odważył się za­pu­kać i wszedł do środ­ka. Za biur­kiem sie­działa le­kar­ka. Próbował wy­czy­tać z jej twa­rzy wia­do­mość, którą za­raz miała mu prze­ka­zać: wy­rok śmier­ci lub unie­win­nie­nie? Uśmiechnęła się, wpra­wiając go w ten sposób tyl­ko w jesz­cze większą kon­ster­nację. Czy jej uśmiech ozna­cza nie­pew­ność, współczu­cie czy ulgę wywołaną tym, że może prze­ka­zać pa­cjen­to­wi dobrą wia­do­mość?

Usiadł na­prze­ciw le­kar­ki, na stojącym przy biur­ku krześle. Ko­bie­ta wyrównała kil­ka leżących na bla­cie kar­tek.

Już później pomyślał so­bie, że to do­brze, że od razu przeszła do rze­czy.

– Nie­ste­ty, oka­zało się, że gu­zek na pana języku to no­wotwór – oznaj­miła.

Ste­fan kiwnął głową i przełknął ślinę. Wie­dział to przez cały czas, od tam­te­go po­ran­ka w miesz­ka­niu He­le­ny. Miał raka.

– Nie ma żad­nych śladów prze­rzutów, a po­nie­waż to wcze­sne sta­dium cho­ro­by, możemy od razu zacząć działać – wyjaśniła le­kar­ka.

– Co to zna­czy? Ode­tnie­cie mi język?

– Nie. Za­cznie­my od naświe­tlań. Po­tem będzie­my ope­ro­wać.

– Czy ja umrę?

Zadał to py­ta­nie bez na­mysłu, wy­po­wie­dział je, za­nim zdążył pomyśleć i się po­wstrzy­mać.

– Rak to poważna cho­ro­ba – od­parła ko­bie­ta. – Mamy jed­nak pew­ne me­to­dy. Już od daw­na dia­gno­za po­twier­dzająca obec­ność no­wo­two­ru nie jest równo­znacz­na z wy­ro­kiem śmier­ci.

Spędził u niej po­nad go­dzinę. Gdy wresz­cie wy­szedł, był cały spo­co­ny. Czuł, że gdzieś głęboko w brzu­chu ma jakąś lo­do­watą gulę. Ból, który nie do­ku­cza. Było tak, jak­by na jego szyi znów za­cisnęły się dłonie psy­cho­pa­ty. Zmu­sił się do za­cho­wa­nia spo­ko­ju. Te­raz na­piję się kawy i po­czy­tam ga­zetę, stwier­dził. Do­pie­ro po­tem zde­cy­duję czy je­stem umie­rający, czy nie.

Lo­kal­nej ga­ze­ty już jed­nak nie było. Sięgnął więc po jedną z wie­czorówek. Cały czas czuł obec­ność zim­ne­go guza w swo­im cie­le. Przeglądał ga­zetę, po­pi­jając kawę. Ob­ra­zy i słowa zni­kały, jak tyl­ko prze­wra­cał ko­lejną stronę.

Na­gle coś przy­kuło jego uwagę. Na­zwi­sko pod zdjęciem. Nagłówek krótkie­go ar­ty­kułu in­for­mo­wał o bru­tal­nym mor­der­stwie. Ste­fan na prze­mian wpa­try­wał się w na­zwi­sko i fo­to­gra­fię. Były funk­cjo­na­riusz po­li­cji, Her­bert Mo­lin, lat 76.

Ste­fan odłożył ga­zetę i po­szedł dolać so­bie kawy. Wie­dział, że do­lew­ka kosz­tu­je dwie ko­ro­ny, nie po­fa­ty­go­wał się jed­nak, by za nią zapłacić. Mam raka, więc coś mi się w za­mian należy, skon­sta­to­wał. Jakiś mężczy­zna przyczłapał do lady i też do­le­wał so­bie kawy. Ręce trzęsły mu się tak, że pa­rujący czar­ny płyn lądował poza filiżanką. Ste­fan pomógł mu. Mężczy­zna spoj­rzał z wdzięcznością.

Wróciw­szy do sto­li­ka, znów otwo­rzył wie­czorówkę. Prze­czy­tał krótki ar­ty­kuł, właści­wie nie ro­zu­miejąc jego treści.

Gdy Ste­fan jako aspi­rant przy­szedł do pra­cy w ko­men­dzie po­li­cji w Borås, zo­stał przed­sta­wio­ny naj­star­sze­mu i naj­bar­dziej doświad­czo­ne­mu ko­mi­sa­rzo­wi kry­mi­nal­ne­mu Her­ber­to­wi Mo­li­no­wi. Za­nim Mo­lin od­szedł na eme­ry­turę, przez kil­ka lat pra­co­wa­li w jed­nym wy­dzia­le. Ste­fan po­tem często o nim myślał, wspo­mi­nał sposób, w jaki star­szy ko­le­ga pra­co­wał. Wie­lu na­rze­kało na ko­mi­sa­rza za jego ple­ca­mi, lecz Lind­man wie­le się od nie­go uczył. Mo­lin twier­dził, że in­tu­icja jest naj­ważniej­szym i naj­mniej do­ce­nia­nym narzędziem w pra­cy po­li­cji. Ste­fan zaś, w miarę zdo­by­wa­nia za­wo­do­we­go doświad­cze­nia, wkrótce prze­ko­nał się, że sta­ry po­li­cjant ma rację.

Her­bert Mo­lin był od­lud­kiem. Nikt, kogo Ste­fan znał, nig­dy nie był w jego domu, położonym przy Brämhultsvägen, na­prze­ciw bu­dyn­ku sądu. Kil­ka lat po odejściu ko­mi­sa­rza na eme­ry­turę Ste­fan usłyszał gdzieś, że Mo­lin wy­pro­wa­dził się z mia­sta. Nikt nie wie­dział dokąd.

Ste­fan odłożył ga­zetę.

Więc Her­bert Mo­lin prze­niósł się do pro­win­cji Härje­da­len. Z no­tat­ki wy­ni­kało, że miesz­kał w domu położonym gdzieś głęboko w le­sie, na od­lu­dziu. Właśnie tam ktoś bru­tal­nie go za­mor­do­wał. Mo­tyw zabójstwa był nie­zna­ny, wyglądało na to, że spraw­ca nie zo­sta­wił żad­nych śladów, zbrod­ni do­ko­na­no kil­ka dni temu. Lęk przed wi­zytą w szpi­ta­lu spra­wił, że do Ste­fa­na nie do­cie­rały żadne wieści ze świa­ta. Dla­te­go o śmier­ci Mo­lina do­wie­dział się z opóźnie­niem, prze­czy­taw­szy o niej w sta­rej wie­czorówce.

Ener­gicz­nie wstał od stołu. W zupełności wy­star­czało mu wid­mo własnej śmier­ci. Wy­szedł ze szpi­ta­la. Wciąż siąpił drob­ny deszcz. Zapiął kurtkę i ru­szył w dół, w stronę cen­trum. Her­bert Mo­lin nie żyje. A Ste­fan właśnie usłyszał, że być może za­li­cza się do gru­py osób, których czas jest po­li­czo­ny. Miał trzy­dzieści sie­dem lat i właści­wie nig­dy nie myślał o sta­rości. Na­gle po­czuł się tak, jak­by nic go już w życiu nie cze­kało. Zupełnie jak­by płynął łódką na otwar­tej wo­dzie i na­gle zo­stał rzu­co­ny w cia­sny prze­smyk oto­czo­ny wy­so­ki­mi skal­ny­mi ścia­na­mi. Za­trzy­mał się na chod­ni­ku i kil­ka­krot­nie łap­czy­wie za­czerpnął po­wie­trza. Ste­fan nie tyl­ko się bał. Czuł też, że zo­stał oszu­ka­ny. Oszu­ka­ny przez coś nie­określo­ne­go, co wdarło się do jego wnętrza i uni­ce­stwia go od środ­ka.

Do­dat­ko­wo niezręczna była ko­niecz­ność tłuma­cze­nia wszyst­kim, skąd rak wziął się u nie­go aku­rat na języku.

Lu­dzie cho­rują na raka, o tym się słyszy. Ale żeby na języku?, roz­myślał.

Ru­szył przed sie­bie. Chcąc dać so­bie trochę cza­su, po­sta­no­wił, że nie będzie o ni­czym myślał, aż doj­dzie do bu­dyn­ku gim­na­zjum. Do­pie­ro wte­dy zde­cy­du­je, co robić. Le­kar­ka wy­zna­czyła mu ter­min ko­lej­nej wi­zy­ty na następny dzień. Chciała po­brać ma­te­riał do do­dat­ko­wych badań. Poza tym przedłużyła mu zwol­nie­nie o mie­siąc. Za nie­co po­nad trzy ty­go­dnie Ste­fan miał roz­począć ra­dio­te­ra­pię.

Przed wejściem do te­atru stała grup­ka ak­torów w ko­stiu­mach sce­nicz­nych i pe­ru­kach. Po­zo­wa­li do zdjęć. Byli młodzi i bar­dzo głośno się śmia­li. Ste­fan nig­dy nie był w te­atrze w Borås. Więcej: nig­dy nie był w żad­nym te­atrze. Słysząc śmiech ak­torów, przy­spie­szył kro­ku.

Wszedł do miej­skiej bi­blio­te­ki i usiadł w czy­tel­ni cza­so­pism. Jakiś star­szy mężczy­zna przeglądał ga­zetę z ro­syj­ski­mi li­te­ra­mi. Ste­fan sięgnął od­ru­cho­wo po ma­ga­zyn żużlowy. Wziął go tyl­ko po to, by się za nim ukryć. Wpa­try­wał się w zdjęcie mo­to­cy­kla, nie wiedząc, co da­lej.

Le­kar­ka po­wie­działa mu, że nie umrze. A przy­najm­niej nie od razu.

Ste­fan jed­nak zda­wał so­bie sprawę z ry­zy­ka. Nosił w so­bie rosnący guz i w każdej chwi­li mogły się po­ja­wić prze­rzu­ty. Czuł się jak przed po­je­dyn­kiem: albo oca­le­je, albo zgi­nie. Nie było możliwości, by wy­nik po­tycz­ki z cho­robą po­zo­stał nie­roz­strzy­gnięty.

Wciąż patrząc na mo­to­cykl, po raz pierw­szy od wie­lu lat po­czuł tęsknotę za matką. Z nią mógłby po­roz­ma­wiać o cho­ro­bie. W tej chwi­li nie miał ni­ko­go. Myśl, że miałby zwie­rzyć się He­le­nie, wy­da­wała mu się dziw­na. Niby dla­cze­go, pytał sam sie­bie. Nie mógł tego zro­zu­mieć. A prze­cież jeśli był ktoś, kto mógłby go wysłuchać i dać mu po­trzeb­ne wspar­cie, to właśnie ona. Mimo to nie za­dzwo­nił do niej, zupełnie jak­by wsty­dził się przy­znać, że za­cho­ro­wał na raka. Nie po­wie­dział jej na­wet, że wy­bie­ra się do szpi­ta­la.

Au­to­ma­tycz­nie prze­wra­cał kart­ki ze zdjęcia­mi mo­to­cy­kli, aż przej­rzał pi­smo od de­ski do de­ski.

Po półgo­dzi­nie wie­dział już, co zro­bi. Po­sta­no­wił, że po­roz­ma­wia z sze­fem kadr, Olaus­so­nem, który właśnie wrócił z urlo­pu, z po­lo­wa­nia na łosie. Po­wie mu, że do­stał zwol­nie­nie, ale nie przy­zna się z ja­kiej przy­czy­ny. Wspo­mni je­dy­nie, że musi przejść serię badań, bo od daw­na skarży się na ból gardła. To na pew­no nic poważnego. Sam pod­rzu­ci zwol­nie­nie do kadr. Za­nim Olaus­son do­wie się, co jest po­wo­dem urlo­pu Lind­ma­na, mi­nie co naj­mniej ty­dzień.

Ste­fan pla­no­wał da­lej: pójdę po­tem do domu, za­dzwo­nię do He­le­ny i po­wiem jej, że muszę wy­je­chać na kil­ka dni. Na przykład do Hel­si­nek, żeby spo­tkać się z siostrą. Już wcześniej tak robiłem, więc He­le­na nie na­bie­rze po­dej­rzeń. Następnie kupię ze dwie bu­tel­ki wina w skle­pie mo­no­po­lo­wym. Przez naj­bliższy wieczór i noc po­dejmę wszyst­kie po­zo­stałe de­cy­zje. W pierw­szej ko­lej­ności za­dam so­bie py­ta­nie, czy mam siłę na walkę z ra­kiem, który może oka­zać się bar­dzo groźny. Czy też po pro­stu się pod­dam.

Odłożył ma­ga­zyn żużlowy, po­szedł do wypożyczal­ni książek i od­na­lazł dział z li­te­ra­turą me­dyczną. Zdjął z półki książkę o raku. Po chwi­li od­sta­wił ją, na­wet jej nie otwo­rzyw­szy.

Szef kadr ko­men­dy w Borås, Olaus­son, był człowie­kiem idącym przez życie z uśmie­chem. Drzwi jego ga­bi­ne­tu za­wsze stały otwo­rem. Ste­fan Lind­man za­wi­tał u nie­go punk­tu­al­nie o dwu­na­stej. Mu­siał chwilę po­cze­kać, aż Olaus­son skończy roz­mowę przez te­le­fon. W końcu szef kadr z trza­skiem odłożył słuchawkę, sięgnął po chu­s­teczkę i wy­tarł nos.

– Chcą, żebym wygłosił wykład – po­wie­dział, śmiejąc się. – Ci z Ro­ta­ry. Zażyczy­li so­bie, żeby to było coś o ro­syj­skiej ma­fii. A my prze­cież nie mamy ru­skiej ma­fii w Borås. Żad­nej nie mamy. No to im odmówiłem.

Ski­nie­niem głowy wska­zał Ste­fa­no­wi krzesło.

– Chciałem tyl­ko po­wie­dzieć, że nadal je­stem na zwol­nie­niu – ob­wieścił Lind­man.

Olaus­son spoj­rzał na nie­go za­sko­czo­ny.

– Prze­cież ty nig­dy nie cho­ru­jesz.

– Te­raz tak. Mam bóle gardła. Nie będzie mnie jesz­cze przez mie­siąc. Co naj­mniej.

Olaus­son od­chy­lił się na krześle i splótł dłonie na brzu­chu.

– Mie­siąc to trochę długo jak na ból gardła.

– Zwol­nie­nie wy­sta­wił le­karz, nie ja.

Olaus­son kiwnął głową.

– Je­sie­nią po­li­cjan­ci się prze­ziębiają – mruknął w zamyśle­niu. – Równo­cześnie mam wrażenie, że ban­dziorów gry­pa się nie cze­pia. Jak myślisz, od cze­go to zależy?

– Może są od­por­niej­si?

– Bar­dzo możliwe. Po­win­niśmy o tym po­wia­do­mić sze­fa Ko­men­dy Kra­jo­wej.

Olaus­son nie lubił tego człowie­ka. Nie prze­pa­dał też za mi­ni­strem spra­wie­dli­wości. Właści­wie miał za­strzeżenia do wszyst­kich przełożonych. Wśród po­li­cji w Borås źródłem ogólnej ucie­chy była pew­na aneg­do­ta, według której wie­le lat temu w mieście bawił ówcze­sny związany z so­cjal­de­mo­kra­ta­mi mi­ni­ster spra­wie­dli­wości, mający uro­czyście otwo­rzyć nowy bu­dy­nek sądu. Po ce­re­mo­nii wy­da­no ko­lację, na której mi­ni­ster tak się spił, że Olaus­son mu­siał za­nieść go do ho­te­lu.

Ste­fan wstał i ru­szył do wyjścia, na­gle jed­nak przy­stanął w drzwiach.

– Prze­czy­tałem dziś rano, że kil­ka dni temu ktoś za­mor­do­wał Her­ber­ta Mo­li­na – po­wie­dział.

Olaus­son po­pa­trzył na nie­go ze zdzi­wie­niem.

– Mo­lin? Za­mor­do­wa­ny?

– W Härje­da­len – po­twier­dził Lind­man. – Naj­wy­raźniej tam miesz­kał. Pi­sa­li o tym w jed­nej z wie­czor­nych ga­zet.

– W której?

– Nie pamiętam.

Olaus­son wstał i wy­szedł ze Ste­fa­nem na ko­ry­tarz. W re­cep­cji leżała wie­czor­na pra­sa. Ka­dro­wy zaczął ją przeglądać.

– Cie­ka­we, co się tam wy­da­rzyło – ode­zwał się Ste­fan.

– Do­wiem się – od­parł Olaus­son. – Za­dzwo­nię do ko­legów w Öster­sund.

Gdy Ste­fan opuścił bu­dy­nek ko­men­dy, wciąż siąpił deszcz. Zda­wało się, że już nig­dy nie prze­sta­nie padać. Stanął w ko­lej­ce w skle­pie mo­no­po­lo­wym, a gdy na­deszła jego ko­lej, kupił dwie bu­tel­ki dro­gie­go włoskie­go wina, i w końcu ru­szył do domu. Pierwszą bu­telkę od­kor­ko­wał, jesz­cze za­nim zdjął kurtkę. Nalał pełny kie­li­szek i opróżnił go jed­nym hau­stem. Zrzu­cił buty, a kurtkę nie­dba­le po­wie­sił na opar­ciu ku­chen­ne­go krzesła. W znaj­dującym się w przed­po­ko­ju te­le­fo­nie migała lamp­ka, in­for­mując, że ktoś na­grał wia­do­mość. Po chwi­li Ste­fan usłyszał w słuchaw­ce głos He­le­ny, py­tającej, czy nie zjadłby z nią ko­la­cji. Wziął kie­li­szek, bu­telkę z wi­nem i po­szedł do sy­pial­ni. Z zewnątrz słychać było ci­chy po­mruk prze­jeżdżających pod okna­mi sa­mo­chodów. Lind­man położył się na ple­cach z bu­telką w dłoni. Na su­fi­cie wid­niała brud­na pla­ma. Wpa­try­wał się w nią po­przed­niej, bez­sen­nej nocy. W świe­tle dzien­nym wyglądała in­a­czej. Wy­piw­szy drugą lampkę, obrócił się na bok i pra­wie na­tych­miast zasnął.

Obu­dził się tuż przed dwu­nastą, prze­spaw­szy pra­wie je­de­naście go­dzin. Miał zupełnie prze­po­coną ko­szulę. Leżał przez chwilę, wpa­trując się w ciem­ność. Gru­be zasłony nie prze­pusz­czały światła z uli­cy.

Pierw­sze, co przyszło mu do głowy, to myśl o tym, że umrze.

Po­tem zde­cy­do­wał, że po­dej­mie walkę z cho­robą. Po pierw­szych ba­da­niach cze­kały go trzy ty­go­dnie wol­ne­go. Będzie mógł robić, co tyl­ko ze­chce. Po­sta­no­wił, że prze­zna­czy ten czas na zdo­by­cie wie­dzy i prze­czy­ta na te­mat raka tyle, ile się da. Przy­go­tu­je się do wal­ki.

Pod­niósł się, zdjął ko­szulę i wrzu­cił ją do ko­sza na bru­dy w łazien­ce. Stanął przy oknie wy­chodzącym na Al­le­ga­tan. Pod ho­te­lem Väva­ren kłóciło się kil­ku pod­pi­tych mężczyzn. Mo­kra od desz­czu uli­ca lśniła w świe­tle la­tar­ni.

Na­gle znów zaczął myśleć o Her­ber­cie Mo­li­nie. Od kie­dy do­wie­dział się z ga­ze­ty o jego śmier­ci, kołatała mu w głowie jakaś nie­ja­sna myśl, która na­raz stała się wyraźna.

Pew­ne­go dnia ści­ga­li we dwóch zbiegłego zabójcę w le­sie na północ od Borås. Była je­sień. Z ja­kie­goś po­wo­du roz­dzie­li­li się, a gdy po ja­kimś cza­sie Ste­fan od­na­lazł ko­legę, nie­chca­cy pod­szedł do nie­go tak ci­cho, że Mo­lin się wy­stra­szył i spoj­rzał prze­rażony.

– Nie chciałem cię prze­stra­szyć – uspra­wie­dli­wił się Lind­man.

Mo­lin skinął głową, po chwi­li zaś wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Pomyślałem, że to ktoś inny – po­wie­dział.

Nic więcej. Tyl­ko tyle. Pomyślałem, że to ktoś inny.

Ste­fan wciąż stał przy oknie. Pod­chmie­le­ni mężczyźni gdzieś po­szli. Prze­ciągnął języ­kiem po górnych zębach. W języku czaiła się śmierć. Był jed­nak jesz­cze Her­bert Mo­lin. Pomyślałem, że to ktoś inny.

Lind­man uświa­do­mił so­bie rap­tem coś, o czym właści­wie wie­dział od daw­na. Her­bert Mo­lin się bał. Przez wszyst­kie lata ich wspólnej pra­cy ciągle to­wa­rzy­szył mu strach. Za­zwy­czaj umiał go ukry­wać, cza­sem jed­nak zdra­dzał swój lęk.

Ste­fan zmarsz­czył czoło.

Her­bert Mo­lin zo­stał za­mor­do­wa­ny głęboko w le­sie, gdzieś na północ­nych pust­ko­wiach. Przed śmier­cią cały czas się bał.

Py­ta­nie kogo.

3

Giu­sep­pe Lars­son był człowie­kiem, który na­uczo­ny doświad­cze­niem, nig­dy nie uważał ni­cze­go za pew­ne. Obu­dził się ran­kiem 26 paździer­ni­ka, wy­rwa­ny ze snu przez za­pa­so­wy bu­dzik. Spoj­rzał na wciąż milczący ze­gar na szaf­ce przy łóżku. Wskazówki za­trzy­mały się na pięć po trze­ciej. Na­wet na ze­garku nie można po­le­gać, pomyślał. Dla­te­go za­wsze na­sta­wiał dwa. Wstał z łóżka i pociągnął za sznur­ki ro­let okien­nych, które zwinęły się z trza­skiem. Po­przed­nie­go wie­czo­ru w te­le­wi­zyj­nej pro­gno­zie po­go­dy za­po­wia­da­no w re­gio­nie Jämtland nie­wiel­kie opa­dy śnie­gu. Giu­sep­pe nie wi­dział jed­nak żad­ne­go śnie­gu. Nie­bo było ciem­ne, ale bez­chmur­ne i roz­gwieżdżone.

Zjadł szyb­kie śnia­da­nie, które przy­go­to­wała mu żona. Ich dzie­więtna­sto­let­nia córka jesz­cze spała. Do­ra­biała w szpi­ta­lu i od tego wie­czo­ru miała pra­co­wać na nocną zmianę przez cały ty­dzień. Tuż po siódmej Giu­sep­pe włożył buty, wcisnął czapkę głęboko na czoło, piesz­czo­tli­wie po­kle­pał żonę po po­licz­ku i wy­szedł z domu.

Miał do prze­je­cha­nia sto dzie­więćdzie­siąt ki­lo­metrów. W ciągu ostat­nie­go ty­go­dnia był zmu­szo­ny po­ko­nać ten od­ci­nek kil­ka razy tam i z po­wro­tem, poza jed­nym dniem, kie­dy uznał, że jest tak zmęczo­ny, że prze­no­cu­je w ho­te­lu w Sveg.

Tego ran­ka znów mu­siał się tam udać. Po dro­dze za­mie­rzał pod­su­mo­wać do­tych­cza­so­we wy­ni­ki śledz­twa w spra­wie zabójstwa, którym ak­tu­al­nie się zaj­mo­wał. Wie­dział też, że po­wi­nien uważać na wy­chodzące na szosę łosie. Wy­je­chał z Öster­sund, skie­ro­wał się na Sven­sta­vik, po czym usta­wił tem­po­mat na osiem­dzie­siąt pięć ki­lo­metrów na go­dzinę. Nie był pe­wien, czy sam zdołałby utrzy­mać prędkość poniżej dzie­więćdzie­siątki. Jeśli po­je­dzie osiem­dzie­siąt pięć, będzie na miej­scu o od­po­wied­niej po­rze, by spo­tkać się z tech­ni­ka­mi kry­mi­na­li­sty­ki, z którymi umówił się na dzie­siątą.

Był gęsty mrok. Nad­ciągała mroźna zima.

Giu­sep­pe uro­dził się przed czter­dzie­sto­ma trze­ma laty w Öster­sund i nie ro­zu­miał lu­dzi na­rze­kających na ciem­ność i chłód. Dla nie­go długa zima była okre­sem wiel­kie­go spo­ko­ju, który opa­no­wy­wał ota­czający go świat. Zda­rzało się, rzecz ja­sna, że ktoś sfru­stro­wa­ny bra­kiem światła tra­cił ro­zum i popełniał sa­mobójstwo lub za­bi­jał kogoś z ro­dzi­ny. Tak jed­nak było od za­wsze. Po­li­cja nie mogła temu za­ra­dzić.

Na­to­miast to, co wy­da­rzyło się pod Sveg, było czymś nie­co­dzien­nym. Giu­sep­pe prze­biegł w myślach wszyst­kie szczegóły związane ze sprawą.

Po­li­cja w Öster­sund zo­stała za­alar­mo­wa­na przed sied­mio­ma dnia­mi, późnym popołudniem 19 paździer­ni­ka. Giu­sep­pe miał właśnie opuścić ko­mendę i udać się do fry­zje­ra, gdy ktoś na­gle we­tknął mu do ręki te­le­fon. W słuchaw­ce usłyszał ko­bie­cy krzyk. Aby zro­zu­mieć słowa, mu­siał od­sunąć apa­rat od ucha. Na­tych­miast usta­lił dwie rze­czy: po pierw­sze, jego rozmówczy­ni była bar­dzo zde­ner­wo­wa­na, po dru­gie, była trzeźwa. Usiadł przy biur­ku i od­szu­kał wśród pa­pierów no­tes. Po kil­ku mi­nu­tach udało mu się sporządzić no­tatkę do­tyczącą zda­rze­nia, które próbowała mu opi­sać krzycząca ko­bie­ta. Na­zy­wała się Han­na Tun­berg i dwa razy w mie­siącu przy­cho­dziła sprzątać w domu nie­ja­kie­go Her­ber­ta Mo­li­na, miesz­kającego kil­ka­dzie­siąt ki­lo­metrów od Sveg, w go­spo­dar­stwie o na­zwie Rätmy­ren. Kie­dy tam­te­go dnia przyszła do pra­cy, zna­lazła za­bi­te­go psa. Po chwi­li od­kryła, że wszyst­kie okna w domu są po­wy­bi­ja­ne. Bała się wejść do środ­ka, myśląc, że go­spo­darz zwa­rio­wał. Wsiadła do sa­mo­cho­du i po­je­chała po męża, ren­cistę. Ra­zem wrócili do domu Mo­li­na. Było to około czwar­tej po południu. Już wte­dy chcie­li za­dzwo­nić na po­licję, zde­cy­do­wa­li jed­nak, że naj­pierw sprawdzą, co się stało. Mąż Han­ny Tun­berg wszedł do domu i za­raz z nie­go wy­biegł, krzycząc do cze­kającej przy sa­mo­cho­dzie żony, że w środ­ku jest pełno krwi. Po­tem za­uważył coś na skra­ju lasu. Ru­szył tam, stanął jak wry­ty, bie­giem wrócił do auta i zaczął strasz­nie wy­mio­to­wać. Gdy do­szedł do sie­bie, wrócili pro­sto do domu. Cho­ry na ser­ce mąż położył się na ka­na­pie, a żona za­dzwo­niła na po­licję do Sveg. Tam au­to­ma­tycz­na cen­tra­la przełączyła ją do ko­mendy w Öster­sund. Giu­sep­pe za­no­to­wał na­zwi­sko ko­bie­ty oraz jej nu­mer te­le­fonu. Kie­dy się rozłączyła, od razu od­dzwo­nił, by spraw­dzić, czy nu­mer się zga­dza. Za­py­tał ją jesz­cze raz, czy do­brze za­pi­sał na­zwi­sko za­bi­te­go mężczy­zny – Her­bert Mo­lin. Odkładając słuchawkę, nie pamiętał już, że miał pójść się ostrzyc.

Na­tych­miast udał się do swo­je­go przełożone­go Rundströma i wszyst­ko mu zre­la­cjo­no­wał. Dwa­dzieścia mi­nut później sie­dział w ra­dio­wo­zie jadącym na sy­gna­le w stronę Sveg. Do wy­jaz­du w te­ren przy­go­to­wy­wa­li się również tech­ni­cy kry­mi­na­li­sty­ki.

Do­tar­li na miej­sce tuż po wpół do siódmej. Na dro­dze cze­kała na nich Han­na Tun­berg, w to­wa­rzy­stwie urzędującego w Sveg ko­mi­sa­rza Ery­ka Jo­hans­so­na, który właśnie wrócił z in­nej ak­cji – pod Yt­ter­hog­dal wywróciła się ciężarówka wioząca drew­no. Zdążyło się zro­bić ciem­no. Giu­sep­pe spoj­rzał w oczy ko­bie­ty i zro­zu­miał, że to, co ich tam cze­ka, nie będzie przy­jem­ne. Naj­pierw uda­li się na skraj lasu, do miej­sca, które wska­zała Han­na Tun­berg. Wszy­scy gwałtow­nie wciągnęli po­wie­trze, zo­ba­czyw­szy w świe­tle la­ta­rek ciało. Giu­sep­pe pojął od razu, co tak zszo­ko­wało męża sprzątacz­ki. Sądził, że wi­dział już wszyst­ko. Wie­le razy mu­siał oglądać ciała sa­mobójców, którzy strze­li­li so­bie w twarz. Jed­nak wi­dok tego mar­twe­go mężczy­zny leżącego na zie­mi nie mógł się równać z ni­czym, co Giu­sep­pe do­tych­czas wi­dział. Właści­wie nie były to zwłoki, lecz krwa­wy ochłap. Na twa­rzy za­bi­te­go znaj­do­wały się głębo­kie za­dra­pa­nia, za­miast stóp ster­czały krwa­we ki­ku­ty, a ple­cy zo­stały tak roz­szar­pa­ne, że widać było kości.

Po chwi­li po­szli w kie­run­ku domu z od­bez­pie­czoną bro­nią, oświe­tlając so­bie drogę la­tar­ka­mi. Mi­jając wy­bieg dla psa, za­uważyli, że zwierzę również jest mar­twe. Kie­dy zaj­rze­li do bu­dyn­ku, od razu stwier­dzi­li, że Han­na Tun­berg i jej mąż nie prze­sa­dzi­li, opi­sując to, co przyszło im zo­ba­czyć. Podłoga była po­kry­ta krwią i odłam­ka­mi szkła. Nie chcąc za­trzeć śladów, zo­sta­li w drzwiach do przy­jaz­du tech­ników.

Ko­bie­ta przez cały ten czas sie­działa w sa­mo­cho­dzie, z dłońmi kur­czo­wo zaciśniętymi na kie­row­ni­cy. Giu­sep­pe­mu było jej żal. Wie­dział, że to, co tego dnia zo­ba­czyła, nig­dy jej nie opuści. Będzie jak sta­le obec­ny lęk lub po­wra­cający sen­ny kosz­mar.

Po­le­cił Ery­ko­wi wy­je­chać na­prze­ciw tech­ni­kom. Jo­hans­son miał też za za­da­nie dokład­nie spi­sać ze­zna­nia Han­ny Tun­berg. Szczególnie ważne były go­dzi­ny.