Powrót na wyspę - Marion Lennox - ebook
Opis

Ben pochodzi z biednej wyspiarskiej rodziny, bogaci rodzice Ginny mają tutaj letni dom. Ben zakochał się w niej nieszczęśliwie, gdy miał siedemnaście lat. Po skończeniu studiów Ben powrócił na Kaimotu jako lekarz, Ginny robiła karierę w Auckland. Pewnego dnia wróciła na wyspę i zajęła się uprawą winorośli. Ben, który nie przestał jej kochać, próbuje dociec, dlaczego Ginny zrezygnowała z medycyny i błyskotliwej kariery...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 157

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Marion Lennox

Powrót na wyspę

Tłumaczenie:

PROLOG

Nikt nie wiedział, ile lat ma Squid Davies. Mało który z mieszkańców wysepki Kaimotu pamiętał go jako dziecko.

Teraz Squid rezydował w szopie za beczkami po oleju, za zabudowaniami portowymi, w miejscu osłoniętym od wiatru, skąd mógł obserwować port i łodzie. Tam też gawędził z każdym, kto chciał go słuchać. A miał o czym opowiadać.

– Chłopcy, dzisiaj będzie spokojnie. – Wówczas rybacy wyprawiali się na najbardziej odległe łowiska. Albo: – Pod wieczór zacznie wiać.

Na co komu oficjalne prognozy? Tego dnia jeszcze przed zmierzchem wszystkie łodzie były z powrotem w porcie. Tym razem…

– Będzie źle, będzie trzęsło gorzej niż wtedy, kiedy mój ojciec był smarkaczem – wieszczył ponuro. – Pamiętam słowa dziadka i teraz jest tak samo. Pohutukawa zakwitła po raz drugi, burzyki ciągle wodzą młode, chociaż już powinny je zostawić, a fale zalewają plażę od północy. W kwietniu wiatr nie wieje z tego kierunku. To nienaturalne. Mówię wam, ziemia się przechyliła w 1886, a teraz będzie jeszcze gorzej.

Brednie, powtarzali sobie poirytowani mieszkańcy wyspy. Dwa tygodnie wcześniej ziemia rzeczywiście lekko zadrżała, ale sejsmolodzy uspokajali, że wstrząsy się nie powtórzą. Mimo to Squid wiedział swoje.

– Aureola wokół księżyca… Nawet ostrygojady trzymają się lądu – recytował. Miejscowi mieli ochotę popukać się w czoło, ale jakoś im to nie wychodziło. Ostatni turyści pod byle pretekstem skracali pobyt na wyspie, a nowa lekarka, bardzo przesądna, uznała, że jednak nie ma ochoty osiedlić się na Kaimotu.

– Przestań – powiedział Squidowi Ben McMahon, jedyny lekarz na wyspie. – Wypłoszyłeś z wyspy zacną lekarkę. Straszysz i swoich, i turystów. Już lepiej, żebyś przepowiadał pogodę.

– Mówię, co czuję – odparł z kamiennym spokojem staruszek, wpatrując się w horyzont. – Będzie katastrofa. Jak amen w pacierzu.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Przepowiednia trzęsienia ziemi. Histeria. Jeden lekarz na wyspie. Doktor McMahon miał pełne ręce roboty. Nie wystarczało mu dnia, by przyjąć wszystkich, którzy czekali pod gabinetem. W przychodni panował chaos.

Jednak na Kaimotu był jeszcze drugi lekarz, Guinevere Koestrel, ale już wcześniej go poinformowała, że zerwała z praktyką. Do tej pory szanował jej decyzję, ale w obliczu proroctwa Squida czuł, że będzie jej potrzebował.

Znowu? Po raz ostatni zwrócił się do niej z prośbą w wieku siedemnastu lat. Przykląkł przed nią na kolano, by uwielbianej kobiecie oddać serce.

Przyjaźnili się od dziecka, odkąd jej rodzice kupili tu winnicę. Wówczas jego matka była zatrudniana do opieki nad Ginny. Razem włóczyli się po wyspie, razem łowili ryby, pływali, surfowali, kłócili się, bronili przed innymi. Ale tamtego lata dały o sobie znać hormony. Ginny miała na sobie piękną suknię kupioną przez jej zamożnych rodziców na bal sylwestrowy, on zaś źle leżący garnitur pożyczony od kolegi z sąsiedztwa.

Na jej widok oniemiał.

Różnice społeczne są głupie, uznał siedemnastolatek, gdy nagle poczuł, że muszą być razem do grobowej deski. Przekonywał ją, że nie musi studiować medycyny w Sydney. On również zamierzał zostać lekarzem. W Auckland też jest wydział medycyny, który przyznał mu stypendium. Jak będzie pracował wieczorami, to sobie poradzi. I Ginny może z nim pojechać do Auckland.

Ale siedemnastoletnia Ginny tylko się uśmiechnęła i stwierdziła, że chyba zwariował. Jej miejsce jest w Sydney, a maleńka nowozelandzka wysepka Kaimotu to dla niej i rodziców jedynie miejsce wakacyjne. Poza tym nie zamierzała wychodzić za mąż za człowieka, który nazywał ją Marchewką.

To się wydarzyło dwanaście lat temu. Ben puścił w niepamięć upokorzenie, jakie go wtedy spotkało, a teraz musiał się do niej zwrócić ze znacznie bardziej istotną prośbą. Była na wyspie od pół roku i chociaż bez ogródek oznajmiła, że chce być sama, była lekarzem, a Kaimotu potrzebuje lekarza. To dlatego mimo emocji, jakie poruszył w nim jej widok, znowu musiał ją prosić.

– Ginny, jesteś mi potrzebna.

Nie spodziewał się pozytywnej reakcji. Ginny stała wśród krzewów winorośli uzbrojona w spryskiwacz, spoglądając na Bena jak na intruza.

– Ben, przykro mi, ale nie mam zamiaru wracać do zawodu. Nie pojawię się w przychodni. Poza tym jak nie zrobię tego oprysku, wda się mączniak, więc wybacz…

Spryskiwanie nie szło jej najlepiej, więc zdjął jej z pleców pojemnik i z wprawą skierował spryskiwacz tak, że mgiełka preparatu opadła prosto na liście.

– Szczepienia to moja specjalność – zauważył, czując, że i jego emocje opadają. – Dobry krzaczek – przemówił do winorośli. – Wcale nie bolało, prawda? Jak za rok dasz obfity plon, to ta dobra pani doktor da ci dużo smakowitego kompostu. – Uśmiechnął się do zaskoczonej Ginny. – Marchewko, tak trzeba się do nich zwracać. Nie uczono cię tego na twoich wypasionych studiach?

Ginny poczerwieniała.

– Ben, przestań! I nie nazywaj mnie Marchewką. Nie zauważyłeś, że to jest odcień tycjanowski? – Poprawiła frotkę na końskim ogonie.

– Niech będzie Ginny.

– Ginny też nie. I zapamiętaj, jestem farmerem, nie lekarzem.

– Gwiżdżę na to, kim jesteś. – Uznał, że jeśli ma być skuteczny, musi się postarać o rzeczowy ton. – Masz dyplom ukończenia medycyny, a mnie jest potrzebny właśnie lekarz. Przez rok szukałem lekarza rodzinnego na miejsce Rega. Doktor Catherine Bolt wydawała się sensowna, ale po pierwszym wstrząsie dała nogę do stolicy.

– Nie żartuj.

– Nie żartuję. – Przypomniała mu się ulga, z jaką witał Catherine, oraz przerażenie, gdy wyjechała. Został sam. – Ten archipelag trząsł się nie raz i nie dwa, ale Squid przyjął rolę zwiastuna końca świata. Bez żadnych naukowych dowodów opowiada o drzewach, które nie powinny teraz kwitnąć, o dziwnych zachowaniach ptaków, falach zalewających nie tę plażę… Jest w tym staruszku coś, co miejscowym każe wierzyć w jego słowa. Nie dość, że jego gadanie wystraszyło z wyspy lekarkę, to teraz połowa Kaimotu ściąga do przychodni po recepty, żeby zaopatrzyć się w leki, które pomogą im przetrwać apokalipsę.

Uśmiechnęła się nieznacznie.

– I chcesz mieć mnie pod ręką na okoliczność końca świata?

– Nie ma dowodów na to, że czeka nas poważne trzęsienie ziemi – ciągnął – ale ludzie są w histerii. Ginny, proszę, pomóż mi.

– Nie, Ben, przepraszam.

– To po co poszłaś na medycynę, jak nie chcesz praktykować?

– To moja sprawa.

To nie ta sama kobieta, której się oświadczył. Nic dziwnego. Matka opowiedziała mu w skrócie to, co wyciągnęła od powracającej Ginny. Tragiczny koniec związku, ale…

Nie wiadomo dlaczego jego wzrok padł na frotkę, którą ściągnęła włosy. Frotka? Panna Koestrel i frotka?!

Gdy widział ją po raz ostatni, była piękną dziewczyną, tryskającą energią. Nie mogła się doczekać, kiedy zacznie studiować medycynę. Taka pozostała w jego pamięci. Pani Koestrel bardzo dbała o wygląd, więc spodziewał się, że Ginny pójdzie w jej ślady.

Nic podobnego. Ginny związuje włosy gumką. Co gorsza, sprawia wrażenie… ponurej. Przygaszonej. Wygląda staro? Nie ma jeszcze trzydziestki. Zniszczyła ją śmierć kochanej osoby? Czy taka śmierć może zniszczyć komuś życie?

– Ginny…

– Nie! Przyjechałam tu, żeby uprawiać winorośl.

– Już dawno po winobraniu.

– Nie szkodzi. Spryskuję przeciwko… czemuś, o czym mówił Henry. Jak skończę, wezmę się za przycinanie. Henry uznał, że czas iść na emeryturę. Żeby go zastąpić, muszę się wszystkiego nauczyć. Wybacz, Ben, już nie jestem lekarzem. Zostałam producentem win. Życzę powodzenia w szukaniu kogoś, kto ci pomoże. – Zawahała się, bo na podjazd wjechał samochód.

Pewnie jej znajomi z Sydney, pomyślał Ben. Ale nie jest ubrana na przyjęcie gości.

– Kogo tu przyniosło? – wycedziła przez zęby, odbierając od niego pojemnik. – Sprowadziłeś posiłki? Nie widzisz, że mam co robić?

– Nie mam z tym nic wspólnego – zastrzegł się, obserwując, kto wysiada z auta. Facet wyglądał jak biznesmen. Rozejrzał się po zapuszczonej winnicy, po czym wyjął z bagażnika pokaźną walizkę, a następnie otworzył tylne drzwi i wyciągnął… dziecko.

Dziewczynka miała około czterech, pięciu lat.

– Guinevere Koestrel? – zawołał. – Richard Harris z kancelarii Harris, Styne i Wilkes z siedzibą w Sydney. Spodziewała się pani mnie? Albo dziecka?

Ginny osłupiała.

– T… tak… – wykrztusiła – ale jeszcze nie teraz.

Mężczyzna i dziecko podeszli bliżej. Zespół Downa, pomyślał Ben. Charakterystyczne rysy twarzy. Dziewczynka była bardzo ładnie ubrana, a na głowie miała śliczną różową kokardkę. Ale Ben widział tylko cechy zespołu Downa. Zerknął na Ginny. Widząc, że zrobiła się blada jak płótno, wziął ją za rękę, a ona ścisnęła ją mocno niczym tonący.

– Nie oczekiwałam pana – odezwała się. – Myślałam, że… to będzie się ciągnęło kilka miesięcy. Procedury prawne…

– Nasza klientka była gotowa pokryć wszystkie koszty, żeby wyjechać do Europy – wyjaśnił. – Wysyłaliśmy do pani e-maile, ale pani nie reagowała, a nie mieliśmy numeru telefonu. Nasza klientka w miniony piątek udała się do Europy, więc nie mieliśmy wyboru, jak tylko przywieźć małą do pani. – Przeniósł wzrok na dziewczynkę. Sądząc po wyrazie jego twarzy, Ben wyobraził sobie, ile musiało kosztować przekonanie go, by się podjął takiego zadania. Bez wątpienia krocie.

– Już nie sprawdzam e-maili – powiedziała cicho Ginny. Prawnik spojrzał na nią z pogardą. Kobieta, która nie sprawdza poczty? Chyba tak samo upośledzona na umyśle jak to dziecko.

– Nieważne – otrząsnął się. – Najbardziej się bałem, że pani nie odnajdę, ale skoro już pani jest, to oficjalnie ją pani przekazuję. Z dokumentów, które do pani wysłaliśmy miesiąc temu, wynika, że zgadza się pani zostać jej opiekunem. Jej matka jest już w Europie. Zgodnie z jej poleceniem przekazuję dziecko w pani ręce.

Pchnął dziewczynkę w stronę Ginny. Dziewczynkę w różowej sukience, różowych sandałkach i z obojętnym wyrazem twarzy. Gdyby nie zespół Downa, zalewałaby się łzami, pomyślał Ben, ale wiedział o tym schorzeniu wystarczająco dużo, by wiedzieć, że płacz to ostateczność.

– Ojej… – szepnęła Ginny, więc wzmocnił uścisk.

– Ginny, co jest grane? O co tu chodzi?

– Ja… To jest… – Bezradnie spojrzała na prawnika. – Niech pan mu powie. Proszę, niech pan powie Benowi.

Prawnik odetchnął z wyraźną ulgą.

– Mała nazywa się Barbara Carmody – zaczął, nawet nie spoglądając na dziewczynkę. – Jest owocem pozamałżeńskiego romansu mojej klientki ze świętej pamięci małżonkiem doktor Koestrel. Matka wychowywała ją razem z pozostałymi swoimi dziećmi, ale niestety, jej mąż zorientował się, że to nie jego dziecko. Odrzucił je, małżeństwo się rozpadło, a pani Carmody poleciała do Europy.

– Rodzice ją porzucili? – zapytał Ben zdumiony.

– Jest materialnie zabezpieczona. Świętej pamięci małżonek pani Koestrel zrobił na jej rzecz stosowny zapis w testamencie. Są też instytucje, które chętnie się nią zaopiekują. Z polecenia pani Carmody skontaktowaliśmy się z doktor Koestrel, żeby odpowiednio wydała te środki, ale zamiast tego doktor Koestrel zgodziła się zostać jej prawnym opiekunem. Wszystkie dokumenty są w tej walizce. Gdyby chciała się pani skontaktować z matką, może to pani zrobić za naszym pośrednictwem. Będę zobowiązany, jeśli podpisze pani te dokumenty i odeśle je na nasz adres. Państwo wybaczą, ale nie mogę spóźnić się na prom. Życzę miłego popołudnia. – Ruszył w stronę samochodu.

Facet chce odjechać, zostawiając dziecko. Nie. Ben podbiegł do auta i zatrzasnął drzwi, które prawnik już otworzył, zasłaniając je swoim ciałem.

– Porzucenie dziecka jest przestępstwem – oświadczył, spoglądając na Ginny i na dziewczynkę, które stały bez ruchu. – To musi przejść przez sąd…

– Spóźnię się na prom. Doktor Koestrel już podpisała najważniejsze dokumenty. Resztę załatwimy później.

– Nie może pan porzucać dziecka, bo się pan spóźni na prom. – Ben splótł ramiona na piersi. Nie mógł zrozumieć, co się stało, ale czuł, że musi usłyszeć wyjaśnienie.

– Doktor Koestrel zgodziła się ją wziąć. Nikogo nie porzucam.

– To… jak to było? Barbara jest dzieckiem z nieprawego łoża jakiejś kobiety i… męża Ginny? Ginny, możesz mi to wytłumaczyć?

– Zaczekaj. – Popatrzyła bezradnie na dziewczynkę, ale Ben wyczuł, że powoli otrząsa się z szoku. Odetchnęła głęboko, wzięła dziewczynkę za rękę i poprowadziła tam, gdzie rosły pomidory, a na ziemi leżał wąż ogrodniczy.

– Barbara, daj tym pomidorom pić, a my przez ten czas porozmawiamy.

Na widok węża i rozpryskującego się strumienia wody na twarzy dziewczynki pojawił się cień uśmiechu. Cokolwiek się z nią ostatnio działo, pomyślał Ben, mała powinna się odprężyć, a Ginny jej to umożliwiła.

– James zmarł pół roku temu na chłoniaka nieziarniczego. – Ginny przeniosła wzrok na dziewczynkę z wężem ogrodowym. Wyraźnie szukała słów.

– Co pan wie o tym dziecku? – dopytywał się Ben. Nie mógł patrzeć na tego bezdusznego faceta w eleganckim garniturze, ale wiedział, że musi się kontrolować. Potrzebował faktów. – Jak brzmi jej pełne nazwisko?

– Już mówiłem… Barbara Louise Carmody. Wszystko jest w jej walizce. Proszę mnie przepuścić – warknął.

– Ginny… – Ale ona nie patrzyła ani na niego, ani na prawnika.

– To… to dziecko doprowadziło mnie do rozpaczy – powiedziała cicho, a on doznał olśnienia.

Jej mąż spłodził dziecko z inną. Straciła go, a teraz zmaga się ze zdradą i stratą. Jak ktoś mógł oczekiwać, że zaakceptuje to dziecko? Jak ona może na nie patrzeć? Mimo to zareagowała na nie z instynktowną opiekuńczością. Tak małe dziecko z zespołem Downa, zajęte podlewaniem pomidorów, zapomni o okrutnych słowach. Ale… powiedziała, że ją weźmie. Na zawsze?

– W jej walizce są dokumenty medyczne? – zapytała bezbarwnym tonem.

– Oczywiście. Znajdzie tam pani wszystko.

– Wiedziałaś, że ona ma Downa? – Ben zwrócił się do Ginny.

– Tak. Przepraszam, powinnam być lepiej na to przygotowana – odrzekła. – Niech pan już jedzie. Ma pan rację, dokumenty mogą poczekać. Dziękuję, że ją pan przywiózł. Szkoda, że nie przeczytałam tych e-maili, ale mimo to wolę, żeby była ze mną niż w jakiejś placówce opiekuńczej.

Gdy przykucnęła, biorąc dziewczynkę za ręce, Ben ujrzał, jak wraca dawna Ginny. Jego odważna zabawna Ginny, która stawia czoło przeciwnościom losu.

– Byłam żoną twojego… taty. To znaczy, że jestem twoją macoszką. Teraz ja będę się tobą opiekować. Będziesz mieszkać ze mną. Bo ktoś musi mi pomagać w ogrodzie. Może nawet będziemy się bawić. Mnie to odpowiada i mam nadzieję, że i tobie się spodoba.

Tytuł oryginału: Miracle on Kaimotu Island

Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Limited, 2013

Redaktor serii: Ewa Godycka

Korekta: Roma Sachnowska

© 2013 by Marion Lennox

© for the Polish edition by Harlequin Polska sp. z o.o., Warszawa 2014

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Books S.A.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne.

Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Znak firmowy wydawnictwa Harlequin i znak serii Harlequin Medical są zastrzeżone.

Wyłącznym właścicielem nazwy i znaku firmowego wydawnictwa Harlequin jest Harlequin Enterprises Limited. Nazwa i znak firmowy nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone.

Harlequin Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B, lokal 24-25

www.harlequin.pl

ISBN: 978-83-276-0900-7

MEDICAL – 566

Konwersja do formatu EPUB: Legimi Sp. z o.o. | www.legimi.com