Wydawca: Wielka Litera Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 295 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Powrót na Majorkę - Anna Klara Majewska

Rok na Majorce szybko minął. Życie w Warszawie zaczyna Magdę przytłaczać. Zapracowany narzeczony jej nie zauważa, a niezmordowana w narzekaniu matka doprowadza ją na skraj załamania nerwowego. Wraca więc na ukochaną Majorkę, stęskniona za wolnością, jakiej tam zaznała parę lat wcześniej. Już pierwsze promienie słońca przywołują gorące wspomnienia, a za sprawą pewnego przystojnego blondyna Magda znowu poczuje się młoda i warta grzechu. 

Opinie o ebooku Powrót na Majorkę - Anna Klara Majewska

Fragment ebooka Powrót na Majorkę - Anna Klara Majewska

MARZEC
WIELKANOC

Stałam w oknie i nie wypatrywałam pierwszej gwiazdki, choć wszystko mogłoby na to wskazywać. Salon pachniał świętami, niebo było szare, a w ogródku topniały ostatnie łachy czarnego od warszawskiej sadzy śniegu. Pod płotem ujadał Docent, a na mokrym tarasie, zupełnie tym nieporuszone, siedziały trzy dachowce bezpłatnie uratowane przez moją matkę, doktor weterynarii Krystynę Dziubak-Kalińską. Były chore, stare i brzydkie, więc nikt ich nie chciał, ale matka urządziła im azyl w domu. „Ciekawe, kto się tak mną zaopiekuje na starość?” – pytała retorycznie z wyrzutem i coraz bardziej oddalała się do dobrego i bezpiecznego świata bezwarunkowo kochających ją psów i kotów. Pomału zaczynała wierzyć w wyższość zwierząt nad rodzajem ludzkim, czego wyrazem było odwoływanie się do odzwierzęcych mądrości, którymi na swój sposób komentowała świat. Gdy odnosiłam do kuchni prawie nietknięte potrawy ze świątecznego stołu, syczała: „Nosił wilk razy kilka!” – a Ewę, córkę sąsiadów, nazywała „podrzuconym do kukułczego gniazda szarym łabądkiem” mimo jej czterdziestu lat z dużym hakiem.

Psy szczekały, rzucały się na siatkę, szczerzyły zęby, jakby chciały się pozagryzać. Od lat ze sobą walczyły i żaden znany z telewizji zaklinacz zwierząt ani przeprowadzona przez matkę kastracja nie pomagały. Ucichły jak zwykle dopiero wtedy, gdy za płotem pojawiła się Ewa. Była ubrana w gruby, góralski sweter, ciemną spódnicę na gumę i pocierała zmarznięte ręce. Nie chciałam być grubą Ewą w grubym swetrze, nie chciałam marznąć, nie chciałam być tu i teraz. Nie chciałam takiej „wiosny”.

Wpuściłam Docenta do ciepłego salonu, gdzie pachniało nadziewanym indykiem, wodą kolońską Eau Sauvage i spalonym karmelem cukrowej owieczki, którą Michaś ukradkiem dołożył do świątecznej pieczeni, a ostatnie pół godziny klęczał przed piekarnikiem i obserwował, jak zmienia się ona w skwierczącą, brązową grudę cukru.

– Czy to normalne, żeby chłopak tak się kuchnią interesował? Ma już przecież piętnaście lat! Ja w jego wieku... – zaniepokoił się ojciec, inżynier Kaliński, emerytowany specjalista od budowy dróg i mostów, szczelnie osłonięty od kuchennych zapachów chmurą francuskich perfum. Jak zwykle przesadnie elegancki, w szarym garniturze z kamizelką, pod którą ukrywał brzuch, i w idealnie wypastowanych butach z miękkiej skóry – w domu nigdy nie nosił kapci, prędzej by umarł.

– Tylko zjarał baranka! – uspokoił go syn Piotr, lat czterdzieści i cztery, strzepując niewidzialny pyłek z aksamitnej marynarki w kolorze purpury, i szybko dopisał jeszcze jedno serduszko w SMS-ie do Adriana, w którym kochał się na zabój od Niedzieli Palmowej, czyli już cały tydzień.

Nikt oprócz mnie nie zwracał uwagi na jego miłostki, a matka już dawno straciła wszelką nadzieję na dorodną synową i mądre wnuki albo odwrotnie. Za to wciąż marzyła, bym chociaż ja „porządnie poukładała sobie życie”, ułożone jak dotąd w coś, co nosiło bolesną dla niej nazwę „konkubinat”, więc nazywała go „narzeczeństwem”. Nie przeszkadzał jej w tym brak pierścionka zaręczynowego, daty ślubu, dania na zapowiedzi czy chociażby oświadczyn Marka Hamptona, wymodlonego zięcia in spe. Co chwila pytała, czy coś z tego będzie, przy tym uroczyście wymawiane „coś” oznaczało małżeństwo, a pogardliwe „to” – nasze wspólne życie pod jego dachem, w sensie zresztą dosłownym, gdyż zajmowaliśmy całe ostatnie piętro eleganckiego apartamentowca z panoramicznym widokiem na miasto.

Zadowolony pudel przebiegł przez salon, zaraz za nim sunął ojciec łyżwiarskim krokiem na dwóch szmatkach, którymi ścierał ciemne ślady psich łap z dębowej posadzki, aż dotarł w ten sposób do nakrytego białym obrusem stołu. Pies zainteresował się ostatnim kawałkiem kabanosa w olbrzymiej święconce królującej na stole, a ojciec wielkanocnymi jajami, ugotowanymi w łupinach cebuli na rudy kolor. Tylko jedno z nich było czarne i z jednej strony zgniecione. Ojciec chwycił je w dwa palce i zdziwiony pokazał zebranym.

– A cóż to jest? Pidan?

– Pi... co? – Michaś, od niedawna zainteresowany kobietami, wyrósł przy nim jak spod ziemi.

– Pidan. Jajo tysiącletnie. Przysmak chiński.

– Twoje dzieło ten pipidan, co Michaś? – Piotr zaśmiał się serdecznie, aż zatrząsnął się jego wyżelowany czub z przyciemnianych włosów. Zapalczywie walczył z pierwszą siwizną, aż jego włosy przybrały jednolity kolor kasztanowej pasty do butów.

– Babcia mi kazała! A ty co, wujek? Nie farbowałeś nigdy jajek?

– Nie! Ja nie muszę! – Rechotał, na ile pozwalały mu spięte botoksem policzki.

– Jedni farbują, inni depilują! – Posłałam bratu szeroki uśmiech, fałszywy jak jego nowe jedynki.

Braciszek zmiażdżył mnie wzrokiem w odcieniu pacific blue, jednodniowych soczewek.

– Zazdrosna jesteś! – Zamachał telefonem, jakby chciał mnie rozzłościć buziakami od Adriana. – Trzeba sobie było życie lepiej zorganizować, to może charakter by ci się poprawił...

– Dzieci, proszę was! Są święta! I proszę, żebyście dziś nie denerwowali matki! Indyka chyba zjecie? – jęknął ojciec, przez co od razu poczułam się bezpiecznie jak w domu.

Święta w naszej rodzinie zawsze kończyły się tragedią. Wielkanoc – banalnym zasłabnięciem, co tylko czasem wymagało interwencji doktora Biernata, który mieszkał po sąsiedzku, ledwie trzy segmenty dalej. Od lat leczył matkę wyłącznie gruzińskim koniakiem i ciepłym spojrzeniem zza grubych jak denko butelki po mleku okularów.

Pogotowie przyjeżdżało do nas raczej w Wigilię (co stanowiło o jej wyższości nad Wielkanocą), zwykle między pierogami a smażonym karpiem, będącym bezpośrednią przyczyną jej niedomagań, bo przecież „przez trzy dni nie wychodziła z kuchni” (szybką wizytę u osiedlowego fryzjera wyłączając).

Nie pomagały nasze czy nawet doktorskie perswazje, by ograniczyła rozmach przedsięwzięcia, „które ją zabijało”, albo co może ważniejsze, zrezygnowała z przygotowywania potraw, które, delikatnie mówiąc, nie znajdowały wielu entuzjastów przy ulicy Truskawieckiej 68. Matczyny dramat nietkniętego śledzia, karpia z panierką, lądującego w psiej misce, i smażonych grzybów wypełniających kubeł na śmieci, stał się świątecznym imperatywem i żaden zawał nie był w stanie tego zmienić. Na nic też były pogadanki ojca, apelujące, a to do jej rozsądku, by nie gotowała, a to do naszych sumień, byśmy jednak coś zjedli, najlepiej z udawanym apetytem. Toksykologia rodzinnych świąt pączkowała jak wielka trująca grzybnia, wybuchająca dwa razy w roku, zawsze punktualnie z pierwszą i ostatnią pluchą sezonu.

Na schodach rozległ się tupot czółenek na półsłupku. Matka odświeżona po porannym gotowaniu i przebrana w garsonkę z szantungu w kolorze treści jelitowej stanęła w rozsuwanych drzwiach do salonu. W ogóle nie wyglądała, jakby za godzinę miała zemdleć.

– O, babcia jest! – ożywił się Michaś. – Jaka dziś zupa, bo i tak nie zjem?

– Pyszny barszczyk na wędzonce! No to możemy siadać! A gdzie Mareczek? – zaszczebiotała, pełna wiary w cudowną moc wielkanocnego stołu.

W romansach, którymi zaczytywała się po pracy, to zwykle w okresie świątecznym następowały uroczyste oświadczyny bohatera, najlepiej w obecności całej rodziny i lokalnego proboszcza. Kandydat winien zjawić się z bukietem dla „pani matki”, a ojca poprosić o rękę wybranki. Z uwagi na mój dramatyczny wiek sprawa była pilna – zbliżałam się milowymi krokami na czerwonych podeszwach wyjściowych louboutinów do czterdziestki, a po niej, wiadomo, nie ma już nic.

– Maaaareeeek! Wychodźże z tej lisiej nooory! – zaśpiewała pełną piersią. – No, gdzież on się podziewa?

– Jest w samochodzie.

– W samochodzie? Michaś, natychmiast po niego biegnij! Jak mogłaś na to pozwolić? W Wielkanoc! W niedzielę?

– Rozmawia z kontrahentem z Dubaju. Dla nich niedziela to jakby wtorek. Zaraz przyjdzie.

– Wtorek w niedzielę? Wielkanocną? Ach, te Arabusy! Niczego nie uszanują! – zasyczała. – A jak tam Michasiu na katechezie?

– Mamy teraz zajęcia z pantomimy i szamaństwa! Patrz! – Zamachał babci przed nosem dłonią złożoną w satanistyczne rogi: – Co, kurde blaszka, grzeje się czaszka? Bo ja to bestia, to nie jest kwestia! – zarapował nad święconką.

– Michaś! – Złapałam go za rękę i wykręciłam ją do tyłu, choć prawdę mówiąc, nie mogłam się nie zgodzić z wymową tego poematu. Nie ulegało żadnej kwestii, że mój syn był bestią, a mnie z tego powodu już dawno dymiła czaszka. – Święta są, potworze ty jeden!

– Przecież babcia wie, że nie chodzę na religię, to po co mnie prowokuje? Jestem ateistą oraz satanistą! Sikam pod kościołem, Luc jest mym aniołem!

– Dosyć tego! Uspokój się i przeproś babcię! Zaraz tu Marek będzie! – palnęłam bez sensu.

No i co z tego, że tu będzie? NIC! Nie Michasiowi się dostanie, tylko mnie, za „brak dyscypliny i konsekwencji w wychowaniu”. Bo to moja wina, gdyż rekompensowałam mu cały ten dopust boży (na przykład rozwód i plejadę dwudziestoletnich Żenadek Roberta) totalnym odpustem wszelkich dziecięcych przewinień. A Michaś doskonale to wszystko rozumiał i patrzył na mnie z przylepionym na stałe ironicznym uśmieszkiem nieustającego triumfu.

– Ciśnienie mi rośnie! – Zdenerwowana matka opadła na krzesło. – Tak to jest, jak się wyrasta bez przewodnika stada! Owieczki idą samopas, wprost do przepaści!

Spojrzała na mnie z wyrzutem, bo dekadę temu na stałe usunęłam z grafiku mojego życia Roberta, ojca Michasia, według niej, brakujące w stadzie ogniwo, według mnie, wręcz przeciwnie. Uspokoiła się trochę po pięciu połówkach ugotowanych na twardo przepiórczych jajeczek, którymi zagryzła kieliszek koniaku, ale na dobre rozchmurzyła dopiero na widok Marka: „O wilku mowa, chodź do nas, Mareczku!”. Spóźnienie wybaczyła mu uśmiechem startych od zaciskania zębów, jak zwykle w uroczystych chwilach pomazanych karminową szminką. Potencjalny zięć miał wiele zalet, z których najważniejsze były dla niej trzy: nie był kobieciarzem, nie był pijakiem i nie posiadał dzieci. A zresztą „nieważne, jaki kot jest, byle łapał myszy” – powtarzała – dwie firmy, bogaty, bez przeszłości, za to przyszłość z nim maluje się różowa, jak na razie na dwustu eleganckich metrach plus taras, ale kiedyś być może i w prawdziwej willi. Kiedyś, czyli po ślubie, najlepiej kościelnym, i po scementowaniu związku przez wspólne dziecko, choć „nie urodzi sikorka słowika”.

Od razu usiedliśmy do stołu, bo tradycyjna ceremonia składania sobie życzeń została odwołana ze względu na zjedzenie przez matkę większości przygotowanych w tym celu eleganckich przepiórczych jajeczek. I dobrze, bo dzięki temu uniknęłam słuchania, jak to mi z całego serca winszują, żebym ułożyła sobie życie i dała im jeszcze jednego wnuka, bo zaraz może być za późno.

Po barszczyku, przypominającym oryginał jedynie z nazwy, wjechało pieczyste, niezawodna kulminacja rodzinnego dramatu.

– Pyszny indyk! Taki soczysty! – kłamał Marek, a pozostali w milczeniu udawali, że jedzą. Poza ojcem, któremu, jak i Docentowi, zawsze wszystko smakowało.

Popatrzyłam na wyschniętego na wiór ptaka. Leżał na półmisku bez nóg i lewej piersi, otoczony wianuszkiem wyjętych z puszki plastrów ananasa i brzoskwiń, które złośliwie ześlizgiwały się z niego na cepeliowski obrus. Matka od niepamiętnych PRL-owskich czasów uważała tę osobliwą dekorację owocową za szczyt dobrego, świątecznego smaku. Do tego chrzan wymieszany z żurawiną, eleganckie miniaturowe kartofelki, wycinane ręcznie z pospolitych ziemniaków, i zielona sałata, światowa, bo z winegretem. A jako kropka nad i – jej odświętnie natapirowany kok, wyjątkowo sztywny i wysoki, ostatnio w kolorze oberżyny, bo wyczytała, że czarny postarza. Dodawał jej jakieś trzydzieści centymetrów i świetnie sprawdziłby się jako gniazdo dla ptaków. Albo do chowania w nim wielkanocnych jajek.

– No, na tej twojej Majorce to byś takich świąt nie miała! – wyrwała mnie z zadumy nad wszechstronnością tapiru.

– Pewnie, że nie! Ciepło by było i zielono... Indyka byśmy nie jedli, tylko pewnie rybę...

Malwina za to je teraz rozgotowane według Pięciu Przemian proso na plaży w Kerali, połączona z kosmosem. Boże, jak ja jej zazdroszczę! Sama, bez rodziny, przez całe pół roku! A ja?

– Święta to nie wakacje, Magdusiu! To tradycja, rodzinny obowiązek. Jak się wjedzie między wrony...

– Wejdzie! No właśnie! Dobrze to ujęłaś. Obowiązek! Szaro, buro, zimno, a wszyscy się męczą, nudzą, obżerają, zamiast leżeć na plaży w Indiach, jak Malwina, albo choćby w Egipcie, i mieć wszystko gdzieś... Czy nie jest tak? Wcale nie musi być Majorka, skoro jej nie lubisz... Nie wolałabyś teraz pić drinka nad basenem z widokiem na Morze Czerwone?

– I Egipcjan by cię masował, babciu! Widziałem kiedyś program, jak takie stare babcie pojechały do Hurghady i się z Egipcjanami... – Nie dokończył, bo kopnęłam go pod stołem. – Auć! No co? Też oglądałaś!

Przy stole zapadła cisza, nie licząc stukania sztućców i siorbania Michasia, który zamiast barszczu czy wina popijał red bulla. Matka siedziała obrażona, Piotruś triumfalnie się uśmiechał, bo jego akcje na mym tle akurat wzrosły, a Marek udawał, że niczego nie słyszy.

Nie wdawał się w „niepotrzebne konflikty” i dlatego, w przeciwieństwie do mnie, był powszechnie szanowany i lubiany. „Troszkę dyplomacji, panno Magdaleno!” – upominał mnie, gdy zbyt jasno komunikowałam swoje zdanie, a wtedy zwykle odechciewało mi się już tego zdania i grzecznie przełykałam kolejną kropelkę żółci. Ten sam Marek, dla którego zostawiłam za sobą względnie beztroską przeszłość i majorkańskie życie z trzystoma pięćdziesięcioma słonecznymi dniami w roku oraz całkiem nieźle idącą kawiarnią w Costa de Blanes. Marek, za którym cztery lata temu zjechałam wyspę wzdłuż i wszerz, bo zakochałam się w fantomie, który mignął mi na dyskotece Tito’s w Palma de Mallorca, i to tylko przez krótką chwilę. Klon George’a Clooneya, z bonusem turkusowych oczu, za którym tęskniłam, jeszcze zanim go poznałam. Mężczyzna idealny, który pewnego dnia zupełnym przypadkiem stanął pod drzwiami mojej kawiarni, gdy malowałam na jej fasadzie maki, i krzywy napis „Amapola”, czyli Mak. El hombre de mis sueños. Mężczyzna moich marzeń. Mądry. Piękny. Przystojny. Może już nie tak zabójczo jak kiedyś, czas robi swoje, ale wciąż mi się podobał, choć ostatnio bardziej moim koleżankom. „Takie ciacho to skarb! Trzeba go dobrze pilnować!” – radziły życzliwie, po czym mizdrzyły się do niego bez najmniejszego skrępowania moją obecnością. Niska podaż przystojnych facetów w nadwiślańskim kraju dawała się we znaki – w Hiszpanii nie oglądał się za nim pies z kulawą nogą. Tam to ja byłam królową – sto osiemdziesiąt centymetrów plus szpilki, włosy blond, ładna słowiańska buzia i oczy niebieskie. Klasyka westchnień Latynosa. A tu? Ech...

– Podaj mi, córeczko... salaterkę! – Ojciec postanowił sprytnie przełamać lód milczenia, sięgając po dokładkę sałaty, której zresztą programowo nie jadał ze względu na niebycie królikiem.

– Od kiedy jesz sałatę, tato?

– A co w tym dziwnego?

Właściwie nic. Nawet w siedemdziesiątej trzeciej wiośnie życia można zmienić nawyki żywieniowe pod wpływem ambitnej doktorantki spod Ełku, Eweliny Kiszki, lat dwadzieścia osiem. Nieporadnie skrywana fascynacja emeryta, której matka dojrzeć nie chciała, dla mnie stawała się z każdym zielonym liściem coraz bardziej oczywista. Ojciec chrupał endywię i młodniał w oczach.

– To kiedyż ta twoja Malwina wraca? – zainteresowała się matka, zamiast pochwalić ojca.

– Mówiłam ci już sto razy – jak się odnajdzie! To się w końcu nazywa „journey of self-discovery”... Też by mi się coś takiego przydało...

– Przecież JA cię już odnalazłem! – Marek chwycił mnie za rękę, co miało być romantycznym gestem, ale tylko matka popatrzyła rozanielona na tego męskiego szowinistę. – I trochę się nie dziwię, że jej nikt nie szuka...

Malwina – moja najlepsza przyjaciółka, feministka i bezdzietna singielka, była solą w oku całej rodziny, bo świeciła złym przykładem, na dodatek przez ostatnie miesiące namawiała mnie na wspólny wyjazd do Indii, co w jej przypadku oznaczało bezpłatny urlop w korporacji, w moim oczywiście Armagedon, koniec związku z Markiem, mężczyzną idealnym, oraz ewentualne odebranie mi praw rodzicielskich za porzucenie nieletniego na czas nieokreślony. Odkrywanie swojego prawdziwego „ja”, znajdowanie sensu w życiu, ćwiczenie ciała jogą, a ducha postem, medytacje o zachodzie słońca i lanie oleju na trzecie oko zupełnie nie mieściły się w głowach mych najbliższych i powinowatych ani w definicji: Magdalena Kalińska – matka, córka, partnerka. Dodałabym jeszcze – niewolnica.

– Babcia, nie mogłaś po prostu zrobić nuggetsów? Tej kury nie da się jeść! O, proszę! – Michaś zaprezentował triumfalnie kawałek indyczej nogi, która przeszła precyzyjną operację chirurgiczną na jego talerzu. Długo oglądał pod światło nabity na widelec kawałek mięsa. – Same flaki. Nie będę tego jadł.

– To indyk, nie żadna kura! Całą noc piekłam...

– Sorki, ale nie zjem!

– Jak ci nie wstyd, babcię serce boli!

– Szantażujesz mnie emocjonalnie, wiesz? Będę potem potrzebował psychologa, a stary będzie musiał za to bulić...

Nie potrafiłam się zdecydować, po czyjej stronie stanąć, bo obydwoje zachowywali się jak dzieci, czyli beznadziejnie, choć wydaje mi się, że matka mimo wszystko gorzej. Szantaż emocjonalny uprawiała już na kolejnym pokoleniu, z tym, że ja, jako piętnastolatka, nie potrafiłam tak tego precyzyjnie nazwać jak mój wykształcony w Internecie syn.

Tymczasem matka zbladła, wypiła duszkiem cały kieliszek wina, demonstracyjnie odwróciła się od Michasia i zmieniła temat wielkanocnej konwersacji, zanim zdążyłam sobie odpowiedzieć na pytanie, czy już czas dzwonić po Biernata.

– Mareczku, a na grób matki to kiedy pojedziecie? Niedługo już rok minie od pogrzebu. Pamiętaj, największa jest miłość matki, potem psa, a potem kota!

– Chyba miało być kochanki, nie kota! – wystrzelił dziadek i oblał się pąsem.

Już mnie korciło, żeby powrócić do wdzięcznego tematu sałaty, ale jednak sprawa grobu wydała mi się ważniejsza, bo bardzo już tęskniłam za Majorką, a Marek zaś od dawna nie chciał o niej słyszeć. Odkąd Teresa Hampton, hiszpańskim zwyczajem, spoczęła w murowanej ścianie na Cementerio Comunal, jakby wymazał ją z pamięci, niestety, wraz z moją ukochaną wyspą.

– No właśnie, kiedy pojedziemy? Obiecywałeś... Pod takim warunkiem wyprowadziłam się z Majorki... Mieliśmy tam spędzać wakacje... Wyremontować Sant Elm... Zrobiłam projekt, i co?

– Nie przypominam sobie żadnych warunków... A ty sama podjęłaś decyzję, że przeniesiesz się do Warszawy... Wiedziałaś, że tu mieszkam i tu PRACUJĘ – wycedził starannie słowo klucz. – Ktoś przecież musi zarabiać!

– Złote gołąbki nie lecą same do gąbki! – wtórowała mu zachwycona doktor Dziubak.

– Moglibyśmy żyć skromniej i odbudować Sant Elm... Nie muszę mieszkać w penthousie z basenem... Można by za niego mieć dwa takie segmenty jak ten!

Matka nastroszyła uszy, a ojciec rozejrzał zdziwiony po salonie.

– Albo i trzy! – dorzucił Piotruś, a ojciec z niedowierzaniem pokręcił głową.

– Pewnie i trzy! – skwitował Marek. – Dlatego nie stać nas na Sant Elm. Ciesz się tym, co masz. Poza tym jest jeszcze dom w Międzyzdrojach...

– Dokładnie! Wczasy dla proletariatu! Deptak i chińska tandeta! A moje uczucia? Moje tęsknoty? A moi przyjaciele, a Ivanka, a Altos, Rosa? Nawet ich nie odwiedzamy!

– Madziu! Jak się wjedzie między wrony... – skarciła mnie matka przeraźliwym skrzekiem.

– WEEEJDZIE!... A poza tym nie byłaś tam nigdy! – Westchnęłam i nie miałam już siły po raz kolejny tłumaczyć, że odziedziczona po wuju eklektyczna bryła w kolorze malinowej pianki, ze styropianową sztukaterią wokół plastikowych okien, wciśnięta między wybudowane w późnym PRL-u blokowisko a budynek sanatorium Hutnik, nie mogła być najżałośniejszą nawet namiastką Sant Elm i Majorki. Mojej Majorki!

– Lepsze dziś jajko niż jutro kokota!

– Ko-ko-SZa! Mamo, ko-ko-SZa!

– Przestańcie się tak kłócić o te zwierzęta! – ocknął się Michaś. – Możemy już iść czy babcia jeszcze zemdleje?

CZESKO-HISZPAŃSKIE PROBLEMY DAMSKO-MĘSKIE

Wielkanocny stół posiadał jednak magiczną moc. Nie objawiła się ona tym razem oświadczynami, lecz czymś znacznie atrakcyjniejszym. Mój wniosek wyjazdowy został przez Opatrzność rozpatrzony pozytywnie, i to w trybie pilnym, bo już dwanaście godzin po magicznym śniadaniu. Opłacało się zjeść wióry z indyka!

W środku nocy zadzwonił telefon. Gdy w słuchawce ustał histeryczny szloch, usłyszałam zasmarkany głos Ivanki, mojej czeskiej wspólniczki w kawiarnianych interesach i wieloletniej towarzyszki damsko-męskiej niedoli.

– Ja se chyba zabiju!

– A nie mogłabyś z tym poczekać do rana? Jest trzecia w nocy!

– Wiesz, co on udielal? W naszi posteli znalazłam! Kurevnik jeden!

– Paco?

– No, a kto? Pewnie, że on! Znowu mnie zdradził! To je konec! – wrzasnęła nieszczęśliwie zakochana seksbomba z Ołomuńca, a następnie zaniosła się takim szlochem, że nie musiałabym dawać na głośnomówiący, by obudzić nieboszczyka. Obiecałam, że zaraz oddzwonię i wysunęłam się ostrożnie z łóżka.

– Co się dzieje? – spytał Marek, jednak wyrwany ze snu. Przylepione do spoconego czoła loki świadczyły o tym, że śniły mu się spadki na giełdzie i inne demony. Kiedyś tak w nocy nie wyglądał...

– Nic, Ivanka znowu się rozstaje. Tym razem przyłapała go z jakąś divką w posteli. Czyli z dziewczyną, nie z dziwką, i w łóżku, to po czesku. Brzmiała w każdym razie strasznie...

– Skoro tak z nią źle, to może powinnaś tam pojechać? W końcu to też twoja kawiarnia! – zawołał za mną, gdy szłam do kuchni.

– W końcu to moja przyjaciółka! – odkrzyknęłam, ale chyba nie usłyszał albo usłyszeć nie chciał. Zero empatii, lecz czego spodziewać się po jedynaku sierocie, który posiada „prawdziwych” przyjaciół w liczbie dwóch, a widuje ich maksymalnie raz w roku na klasowym zjeździe? Zezłościła mnie ta myśl. Co to za cyborg? Wróciłam do sypialni, przytuliłam się do niego i spróbowałam poskromić Frankensteina. – Mareczku, kochanie, może ze mną polecisz? No, proszę cię... Tak dawno nie byliśmy nigdzie razem... – zaskomlałam słodziutko.

– A ja tam po co? Zajmij się tą wariatką, ja mam co robić w biurze!

Trafiony zatopiony! Innej odpowiedzi się nie spodziewałam.

Resztę nocy spędziłam na niewygodnym, ale bardzo dizajnerskim krześle Starcka w naszej jeszcze bardziej dizajnerskiej kuchni, w której połowy urządzeń wciąż nie potrafiłam obsłużyć, ale za to przyjemnie na nie było popatrzeć. Marek to (patrzenie) uwielbiał i w sumie cieszył się, że sprzęty pozostają dziewiczo błyszczące i nienaruszone. Na przykład hiperskomputeryzowany ekspres do kawy. Nie używałam go, bo (jeśli w ogóle udało mi się nacisnąć odpowiedni guzik) wydawał odgłosy startującego statku kosmicznego. Więc żeby nie obudzić domowników, co godzina gotowałam wodę w garnuszku do jajek i zalewałam wrzątkiem rozpuszczalną kawę.

A przecież można bez tego wszystkiego żyć! Malwina żyje od miesiąca bez telefonu, Internetu, a nawet, podobno, bez paszportu (pewnie, żeby nie uciekła z tego Kerala Center of Self Discovery czy jak mu tam). I jest to coraz bardziej wkurzające. Co ja bym dała, żeby móc teraz do niej zadzwonić...

Nad ranem, czyli cztery neski i kilkaset impulsów telefonicznych później, musiałam przyznać się do porażki jako telefon zaufania i całodobowe wsparcie psychologiczne. Moja czeska przyjaciółka, będąca po szacowanej butelce whisky i kilku xanaksach, nadal nie widziała sensu w życiu ani światełka w tunelu. Nic. Czarna dziura. Sytuację pogarszał fakt, że jej synowie przebywali właśnie na feriach u tatusia i nowej miłości jego życia. Być może gdyby nie te dramatyczne okoliczności, divka znaleziona w pościeli wraz z rozpalonym jak piec hutniczy Paco nie okazałaby się gwoździem do trumny ich burzliwego związku.

– Przylecisz? Ja bez ciebie nie dam radę! – zachlipała na koniec.

– Ano! Najbliższym letadlem, kochana!

Tę trasę znałam na pamięć. Najpierw nudne równiny, potem ogromne, białe o każdej porze roku, góry. „Ladies and gentlemen, przelatujemy właśnie nad Mont Blanc” – wszyscy patrzą w lewo, lekkie turbulencje, bo zmieniają się masy powietrza i pojawia się ciemnoniebieska tafla, która później staje się karbowanym morzem. Widać fale rozbijające się o skały Formentoru i wody spokojnie wpływające do zatoki Alcudii, za chwilę góry Tramuntana, zielone pola, dwa, trzy miasteczka, ciągnące się kilometrami kamienne murki, samotne domostwa i wiatraki. Dużo wiatraków. Im bliżej lotniska, tym ich więcej. „Bo samoloty robią wiatr!” – uparcie twierdził Michaś, nim stał się zblazowanym nastolatkiem.

W połowie marca na lotnisku w Palma de Mallorca niewiele się dzieje. Niemieccy emeryci po zimie spędzonej na Arenalu wracają do Heimatu, zadowoleni, że znowu uniknęli połamania sztucznych bioder na oblodzonych ulicach Kolonii czy Padebornu. Na ich miejsce przyjeżdżają nieco młodsi, objuczeni rowerami, by ścigać się po krętych drogach Majorki, oraz znacznie bogatsi z ciężkimi torbami golfowymi, bo trwa najlepszy sezon na osiemnaście dołków.

W wypożyczalni samochodów jestem jedyną klientką. Czeka na mnie Śpiąca Królewna, wyraźnie zadowolona, że może wydać mi kluczyki, a także zaoferować bezpłatny upgrade. W drodze na parking mijam kolorowe kwiatki, wylewające się z donic, i soczyście zielone palmy. Palmy w Palmie! Wrzucam do srebrnej toyoty, znacznie dla mnie za dużej, przemoczone w warszawskim błocie buciory i grubą kurtkę, zdejmuję skarpetki i oglądam swoje bose stopy w ciepłym świetle zachodzącego słońca. W Warszawie jest już ciemno, słońce dawno zniknęłoby, gdyby w ogóle się pojawiło w tych długich miesiącach szarugi, pluchy, mrozu, deszczu i lodowatego wiatru, ciemnej zimy i burego przedwiośnia. W ponurych tygodniach odśnieżania auta, ścierania śladów soli z butów, spierzchniętych ust i szorstkich dłoni.

Zaciągam się świeżym, wilgotnym powietrzem i czuję, że nareszcie żyję!

Nie jadę autostradą, tylko dłuższą drogą, przez miasto, nad samą zatoką, żeby po raz setny upoić się morzem, plażą, palmami. Koronkową sylwetką katedry, zarysem starego miasta, portem... Nigdy nie będę miała dosyć tego widoku. Kocham go! Jest taki mój! Ileż kilometrów przeszliśmy tu z Altosem, ileż kaw wypiliśmy w Darsenie!... Patrzę zachłannie na białe jachty, na ludzi na plaży, na kolorowe kwiaty. Na Titos, gdzie pierwszy raz zobaczyłam Marka, i na Yacht Club, wciąż gorzko odbijający mi się Vincenzem.

Na rondzie w pierwszej miejscowości za Palmą skręcam w prawo. Pierwsza w górę, prosto, dalej w lewo... Dojechałabym z zamkniętymi oczami. Jest. Calle Llaut. Ulica Kutrowa. Moja ulica, mój domek. Już nie mój, ktoś w nim mieszka. Zwalniam trochę, ale nie mam odwagi wysiąść. Musiałabym się zastanawiać, czy byłam tu szczęśliwa, czy żałuję, czy chciałabym wrócić. Nie wiem. Nie chcę wiedzieć. Ale tęsknię. Cholernie tęsknię. I zawsze najpierw jeżdżę na calle Llaut.

Przywołałam się do porządku, przypomniałam sobie, po co tu jestem, i pojechałam do Blanes. Tam był mój drugi majorkański dom. Właściwie był to dom Ivanki, który z trudem odzyskała po krwawym rozwodzie, i jednocześnie adres naszej firmy, bo od czterech lat na parterze i w ogrodzie od frontu prowadziłyśmy kawiarnię. Budynek był brzydki, zbudowany w latach siedemdziesiątych systemem gospodarczym, bez widocznego udziału architekta i zdrowego rozsądku. Jego twórca miał niewiele serca dla lokalnej tradycji budowania prostych domów z kamienia i jasnej dachówki, ale za to naoglądał się migawek z Beverly Hills, i to, co z nich zapamiętał, starał się w tym dziele zawrzeć. Fasada w jajecznym kolorze, niezgrabne tralki na tarasach i basen w kształcie nerki miały mu nadać hollywoodzki flair. Dlatego gdy cztery lata temu spontanicznie zamalowałam jego boczne skrzydło czerwonymi i fioletowymi makami oraz nie do końca udanym napisem „Amapola”, dom, wbrew obawom, tylko na tym zyskał. Już nie był zwyczajnym paskudztwem, lecz paskudnym oryginałem.

Bez problemu zaparkowałam pod samą furtką, co w lecie graniczy z cudem. Na tym polega luksus zimowego sezonu, że temperatury ledwo dobijające do dwudziestu stopni tylko koneserzy uważają za atrakcyjne, a tych na szczęście wciąż jest na świecie mało. Choć był dopiero marzec, w ogrodzie już prawie wszystko kwitło. Nad furtką uginał się wielki krzak fioletowych pędów bugenwilli, przycięte na zimę oleandry wystrzeliły wysoko, liście figowców pęczniały od soków, i nawet nasze dwie palmy wciąż dzielnie broniły się przed palmową stonką, którą podobno razem z masą tandetnych podróbek sprowadzili tu Chińczycy.

Przekręciłam klucz w zamku i poszłam szukać Ivanki.

Zbudził mnie tupot białych mew w mojej własnej, bardzo ciężkiej głowie. No tak, mewy. Faktycznie. Zdecydowanie byłam nad morzem, Morzem Śródziemnym, morzem wypitego wczoraj wina i morzem wylanych przez Ivankę łez. Nawet jej wodoodporny tusz dla zawodowych pływaczek nie wytrzymał wzruszeń, jakie wywołał w niej najpierw mój widok, a potem całonocna opowieść o nieszczęściu zwanym Paco. Połączenie ogromnej rodzinnej fortuny, nadmiaru testosteronu, uwięzionego w przeraźliwie owłosionym ciele, i wiosennego słońca, niebezpiecznie podgrzewającego hormony do punktu wrzenia, zrobiły swoje. Paco, po zimie względnej wierności, wpadł wraz z otaczającą go przyrodą w kolejny etap cyklu biologicznego. Przebudził się do życia, a ściślej rzecz biorąc, do życia seksualnego, niestety, nie tylko tego z Ivanką. Zapomniawszy, że ta znajdowała się w posiadaniu kluczy do kuchennego wejścia jego magnackiej posesji, spokojnie udał się do łóżka z osiemnastoletnią Słowaczką, a potem, zdziwiony pojawieniem się Ivanki na progu sypialni, wyjrzał spod kołdry i wyjaśnił: „To jest Katinka, twoja rodaczka!”. Tej „rodaczki” dumna Czeszka spod Ołomuńca nie mogła mu wybaczyć najbardziej.

Bardzo jej współczułam. Tak bardzo, że straciłam wątek pomiędzy ostatnim kieliszkiem wina a porankiem, który okazał się wczesnym popołudniem, gdyż krótsza wskazówka zegara w postaci naturalnej wielkości tekturowej Pameli Anderson połączyła właśnie pępek z jej lewą piersią. Dochodziła więc na oko druga. Za lat dziesięć o tej porze biust prawdziwej Pameli wskaże pewnie szesnastą, ale wtedy synek Ivanki zakocha się w nie aż tak cycatej i wiekowej piękności. Na razie korzystałam z jego nieobecności i uroków chłopięcego pokoju. Od mojej ostatniej wizyty plakat z Super Mario zastąpiła Pamela, szafkę nocną sterta „Playboyów”, a zbiory matchboksów kolekcja maści na pryszcze i pomad do włosów. Dojrzewał tak jak mój Michaś, choć być może ciut bardziej bezpośrednio. Trudno się dziwić przy porażającej seksapilem matce o idealnej figurze klepsydry, podkreślonej silikonowym biustem i ulubionym gorsetem. Nie mówiąc już o dotychczas dochodzącym kandydacie na ojczyma, wzorze seksizmu i seksoholizmu, z czym się bynajmniej nie krył.

Wygrzebałam się z czarnej, śliskiej pościeli z różowym króliczkiem, owinęłam w poliestrowy, bokserski szlafrok i zeszłam na dół.

Ivanka leżała na kanapie z oszronioną butelką wódki na czole.

– Led se skonczył! – burknęła, nie otwierając oczu.

– A nie masz groszku? Lepiej się przykłada...

– Co ty mluvisz? Co jest „groszku”?

– Nieważne... Leż sobie z wódką. Nie otwieramy dziś?

– Nie mam na to hlavy... Nemohou pracowat! – jęczała. – Magda, ona jest slovenska! Rozumisz?

– A tam! Co z tego, że Słowaczka? Paco lubi blondynki i już. A te wszystkie Szwedki, Niemki i cholera wie, co jeszcze, ci nie przeszkadzały? Czy to nie wszystko jedno, z kim cię zdradza? Też cię duma narodowa poniosła!

Około czwartej Ivanka zapadła w sen, co wyrażało się poalkoholowym pochrapywaniem, trochę niepasującym do seksbomby i jej kusego, różowego szlafroczka. Nakryłam ją kocem i po cichu wycofałam się do kuchni. Tam nałożyłam sobie duży kawałek nieco podwiędłego makowego tortu, który pewnie pamiętał Wielki Tydzień, ale nic tak dobrze nie robi na kaca jak solidna porcja węglowodanów prostych. Do tego podwójne espresso, wygodny leżak na tarasie... i wreszcie mogłam cieszyć się ciepłem marcowego popołudnia i świętym spokojem. I ogrodem, który teraz, późną wiosną, rozkwitł we wszystkich odcieniach różu i fioletu. O tej porze roku zieleń była najbardziej soczysta, pinie pachniały najmocniej, a drzewka pomarańczowe uginały się pod ostatnimi słodkimi pomarańczami. To właśnie ta płodna, obfita wiosna budziła co roku w Paco zwierzęcą chuć i to właśnie dlatego teraz i w tak głupi sposób wpadł na gorącym uczynku z atrakcyjną Słowaczką. I może właśnie brak takiej wiosny na polskiej Północy usypiał nam zmysły i zerował libido. Bo jak tu rozkwitnąć w zimnie, błocie i szarudze?

Wystawiłam do słońca podbiegunowe blade ciało, upiłam łyk kawy i sięgnęłam po talerzyk z tortem. Bosko! Nic więcej nie było mi do szczęścia potrzebne.

– Perdón! – Usłyszałam kobiecy głos zza furtki. – Macie dziś otwarte?

– Niestety nie! – odkrzyknęłam z kawałkiem tortu w ustach i z nadzieją, że głos sam zniknie.

– Wczoraj też było zamknięte! I przedwczoraj... Co się dzieje?

– Otwieramy w przyszłym tygodniu! Zapraszamy!

– A Ivana jest? Mogę z nią rozmawiać? Jestem znajomą.

No trudno. Wstałam z leżaka, włożyłam bokserski szlafrok i podeszłam do płotu. Przed furtką stała atrakcyjna kobieta w nieokreślonym wieku. Połowę jej twarzy kryły ciemne okulary, ale reszta wyglądała, jakby ktoś ją szybko i niechlujnie sfastrygował. Nierówne policzki, rozciągnięte usta i szwy przy uszach zdradzały liczne eksperymenty z dziedziny chirurgii plastycznej. Kiedyś pewnie zjawiskowo piękna, dziś przypominała już tylko stary, połatany ponton. Była przy tym bardzo zgrabna i dobrze ubrana, w rzeczy może nie pierwszej młodości, ale na pewno przedniej jakości.

Na podwójnej skórzanej smyczy prowadziła dwa małe yorki, o tej samej, miodowej barwie włosów, co ich właścicielka, a w drugiej ręce ściskała najprawdziwszy birkin ze stylowo zawiązaną jedwabną chusteczką, także od Hermèsa.

– Ivanka dzisiaj się źle czuje. Mogę pani jakoś pomóc?

– Jesteśmy na długim spacerze, a tu w okolicy nie ma nic innego... Chętnie byśmy się czegoś napiły... Zrobi pani dla nas wyjątek?

Otworzyłam furtkę i zaprosiłam ją, czyli je, jak mówiła o sobie (i psach) na taras.

– Zawsze siadamy tam... pod palmą.

– Nie ma sprawy! To co, woda dla psów, a dla pani lemoniada?

– Vino blanco. I dwie kostki lodu, poproszę. Dziewczynki liżą lód. I przynieś mi, proszę, popielniczkę.

Poszłam do kuchni szukać schłodzonej butelki. W lodówce stały jeszcze dwie flaszki.

– Weź tańsze! – zawyła Ivanka z salonu.

– Nie śpisz? Jakaś taka Pofastrygowana przyszła...

– Tak, to Lena. Szwedka. Zanieś jej butelkę w kubełku. I lód osobno. Potem ci wytłumaczę... Głowa mi pęka!

Pofastrygowana potrzebowała trzy kwadranse na 750 mililitrów wytrawnego Blanc de Blancs i siedem sztuk papierosów. Co jakiś czas dolewałam jej wina i pytałam, czy coś jeszcze podać, może oliwki albo makowca, ale odmawiała. W ogóle nie była zbyt rozmowna, ale to wcale nie pozwoliło mi na dalsze zrelaksowane opalanie na tarasie. Obserwowała mnie bacznie. Dopiero gdy dopiła ostatnią kropelkę, wstała i bez słowa, za to lekko chwiejnym krokiem, ruszyła do wejścia. Podbiegłam do niej z paragonem i głupią miną, która miała wyrażać przypomnienie o zapłacie, ale ona, nie odwracając się nawet, burknęła:

– Mam tu otwarty rachunek, kochanie!

Ivanka tylko machnęła na to ręką i znowu zapadła w drzemkę.

Wieczorem wybierałam się do Altosa, obiecałam mu to osobiście na Skypie przed wylotem z Warszawy. Po drodze mogłabym odwiedzić Rosę, ale Ivanka, jeszcze w stanie trzeźwości, odradzała mi to gorąco. Brzmiała przy tym prawie jak Marek, który konsekwentnie unikał spotkań z „tą ezoteryczną nimfą”, dając tym wyraz zerowej tolerancji dla wszystkiego, co irracjonalne, niepotrzebne i metafizyczne. Chyba trochę bał się tej lewitującej metr nad ziemią ekologicznie zorientowanej joginki, ostoi kosmicznego spokoju, odzianej zwykle w pomarańczowy sarong, słodko pachnącej marihuaną westalki alternatywnego ogniska.

– Lepij tam nie jedź, ona se bardzo zmeniła! To ne jest już stara Rosa! – uprzedzała Ivanka.

Powodem przemiany miał być, jak to zwykle bywa, facet, z zamiłowania jej aktualny narzeczony, z zawodu muzyk, albo odwrotnie.

Oczywiście w drodze do Palmy podjechałam pod ukryty na piniowym wzgórzu dom.

Przed furtką stał czarny bus. Wymalowany w dość realistyczne trupie czaszki i srebrne błyskawice nie pasował ani do sielskiej scenerii, ani do samotnej matki trójki dzieci, ale pasował jak ulał do muzyka i nawet określał gatunek jego twórczości. Nie, na to zdecydowanie nie miałam ochoty! Już zamierzałam odjechać, gdy z drzwi wychyliła się Rosa i zawołała: „To ty, Magda?!”. Nie dało już się ukryć, że w rzeczy samej, to byłam ja. Ja we własnej osobie, taka sama jak zawsze. Ona natomiast, zamiast pomarańczowego sarongu, miała na sobie bure, jakby ręcznie dziergane szmaty, a ciemne loki, których tak jej zazdrościłam, nosiła wyprostowane na blachę. Wysiadłam z auta i poszłam się przywitać, a wtedy obok niej wyrosło coś w czarnej skórze, czarnych glanach, z irokezem na głowie i z czarną szminką na ustach. Androgeniczna hybryda.

– Poznajcie się! To jest Escarabajito – Żuczek, mój chłopak! Magda jest z Polski, ale mieszkała tu kiedyś...

Żuczek popatrzył bez zrozumienia, niewątpliwie o Polsce nigdy nie słyszał, bo i skąd, ale podał mi dłoń o długich paznokciach i srebrnych pierścieniach.

– Żuczuś, wracaj do domu i zagraj nam mój ulubiony kawałek!

Chłopiec karnie odmaszerował, a ja nie wiedziałam, co powiedzieć.

– On jest bardzo zdolny! – wyjaśniła, a grubo dziergany sweter zsunął się jej przy tym z ramienia, odsłaniając wytatuowanego chrabąszcza. Miałam nadzieję, że to kalkomania. – A jak się rucha!

– „Rucha”? Co za słownik! Nie poznaję cię...

– Jak to? Zawsze lubiłam seks. Wiesz, jak taki młody pachnie... miodem...

– Pfuj! Ile on ma lat? Siedemnaście?

– Dwadzieścia dwa! – oburzyła się. – Mieszka u mnie od tygodnia i jest nam fantastycznie. Nie można patrzeć na pozory! W każdym człowieku trzeba zobaczyć to, co boskie! A to, co boskie nie zna wieku.

Nie musiałam, a nawet nie mogłam tego skomentować, bo w tej sekundzie akustyczny atak na moje bębenki odebrał mi zmysły. Wszystkie naraz. Żuczek przedstawiał etiudę o tytule Blaaaack Blooood Grove, jak to wykrzyczała za mną Rosa, gdy rzuciłam się do ucieczki.

Nie opowiem o tym Markowi. Ani o nocnym pijaństwie z Ivanką. „Gdybym cię nie zabrał z tej wyspy, byłabyś taką samą wariatką jak one” – skomentowałby, a ja bym go za to nienawidziła.

Miasto było o tej porze roku ciągle jeszcze dość puste, ale na Paseo Maritimo życie nigdy nie zamierało. Trzypasmową jezdnią sunął niekończący się sznur samochodów, a na nadmorskim deptaku nawet w zimie, jeśli tylko dzień był cieplejszy, bywało tłoczno. Tu wyjątkowo lubili spacerować tubylcy, często całymi rodzinami, z odświętnie ubranymi brzydkimi dziećmi, z psami, po których nigdy nie sprzątali, z dziadkami na wózkach i wnuczkami na wrotkach. W południe przesiadywali w kawiarniach, oglądali należące do Niemców łódki, a nocami, ci młodsi, stali w kolejkach do dyskotek, które pstrokatymi neonami zamieniały Paseo w wesołe miasteczko. Wczesny marcowy wieczór czy – według lokalnych standardów – późne popołudnie, wygonił już znad morza spacerowiczów, a i tak z trudem znalazłam wolne miejsce dla kobylastej toyoty.

Stał w oknie, jakby od zawsze tam na mnie czekał. Szczupły, o niemal kociej figurze dawnego baletmistrza, pomachał do mnie i zaraz gdzieś zniknął. Pchnęłam niemodne, ale solidne wrota, wykończone miodowym fornirem, i weszłam na drugie piętro po wyłożonych lastrykiem schodach. Pachniało kwaśno smażonymi marisco, owocami morza, i środkiem na karaluchy.

Drzwi do mieszkania zostawił uchylone. W środku panował półmrok, na stole płonęły wysokie świece, dymiły kadzidełka i mirra. Okiennice były pozamykane, zasłony zaciągnięte, panowała kompletna cisza.

Wpadłam w jego szeroko otwarte ramiona jak mała dziewczynka, z ufnością i niemal fizycznym stęsknieniem. Wtuliłam się w silne, żylaste ciało, jak zawsze pachnące dobrze wyprawioną skórą i cynamonem. Brakowało mi go. Zanim Marek zjawił się w moim życiu, to właśnie Altos był dla mnie najważniejszy. Był moim przyjacielem i przyjaciółką, powiernikiem i tancerzem, wsparciem i wentylem. Kibicował moim romansom, pocieszał w kryzysach, wysłuchiwał po nocach. Brakowało mi go w Warszawie.

– Al... – nie zdążyłam wykrzyczeć mojej radości, gdy przyłożył palec do moich ust.

– Ciiiii! Obudzisz Wasana. Właśnie zasnął. Cieszę się, że jesteś, Prinzessin! Przybywasz w samą porę, Wasan od nas odchodzi... Nim przyszłaś, modliłem się za niego. Bardzo ostatnio niedomaga. Ma raka. Wszyscy mamy albo będziemy mieć raka. Codziennie powstają w nas komórki rakowe i jeśli jesteśmy silni i czyści, odchodzą, nie robiąc nam krzywdy. Dlatego musimy medytować, żeby oczyszczać duszę i ciało. Ty też!

– Nic mi nie jest...

– Wysokie Moce wiedzą o nas wszystko, wiedzą więcej niż my. Ludzie nie wiedzą nic. Nie mają świadomości, nie mają kontaktu z kosmosem. Robię codziennie chanelling, łączę się z nimi i proszę o zdrowie dla Wasana.

– A z tobą wszystko w porządku?

– Oddałem mu całą energię, nie wiem, czy go przeżyję... Chodź, pójdziemy do niego, ale go nie budź. Niech śpi, to go wzmocni. Nic nie mów!

Nic nie powiedziałam, bo odebrało mi mowę. A myślałam, że Altos już niczym mnie nie jest w stanie zaskoczyć.

Rozsunął przeszklone żółtą karbowaną szybą drzwi do sąsiedniego pokoju. Tam, na łóżku Altosa, leżał Wasan przykryty jakimś zielskiem, jakby dopiero co wyszedł z ruskiej bani. Innego powodu do okrywania psa gałęziami, szczerze mówiąc, nie mogłam sobie wyobrazić. Był jeszcze chudszy niż zwykle, żebra, ostre jak tarka, unosiły się w szybkim oddechu, oczy miał mętne, a język wywalony na wierzch. Zupełnie nie zareagował na nasze wejście. Według mnie był bardziej zdechły niż żywy – jako córka doktor weterynarii Dziubak-Kalińskiej znałam się nieco na umierających psach.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

KOŃSKIE ZALOTY

Dostępne w wersji pełnej

KWIECIEŃ
MULATY

Dostępne w wersji pełnej

OSIEŁ

Dostępne w wersji pełnej

MAJ
BOTOKS

Dostępne w wersji pełnej

PRAWIE KONIEC

Dostępne w wersji pełnej

PODOLOGIA

Dostępne w wersji pełnej

CZERWIEC
HORMONAUTA

Dostępne w wersji pełnej

LIPIEC
WAKACJE

Dostępne w wersji pełnej

DRUGI TYDZIEŃ

Dostępne w wersji pełnej

SIERPIEŃ
AMAPOLA

Dostępne w wersji pełnej

PRAWDA

Dostępne w wersji pełnej

DOM TRZECH KOBIET

Dostępne w wersji pełnej

WPADKA

Dostępne w wersji pełnej

EL FUNERAL[1]

Dostępne w wersji pełnej

[1] (hiszp.) – pogrzeb

KONCERT

Dostępne w wersji pełnej

POLECONY

Dostępne w wersji pełnej

MATKA ZNOWU UMIERA

Dostępne w wersji pełnej

TWARDE LĄDOWANIE

Dostępne w wersji pełnej

CUD NAD WISŁĄ

Dostępne w wersji pełnej

CUD NA BOND STREET

Dostępne w wersji pełnej

LATAJĄCE SPODKI

Dostępne w wersji pełnej

HAPPY END

Dostępne w wersji pełnej

GRUDZIEŃ

Dostępne w wersji pełnej

Projekt okładki

Stefan Star

Redakcja

Teresa Duralska-Macheta

Korekta

Jadwiga Piller

Bogusława Jędrasik

Zdjęcia na okładce

Shutterstock / Dudarev Mikhail

Claudio Arnese / E+/ Getty Images

Swapam–Fotolia.com

Zdjęcie autorki

Beata Jarzębska

Copyright © Anna Klara Majewska, 2014

Copyright © Wielka Litera Sp. z o.o., Warszawa 2014

Wielka Litera Sp. z o.o.

ul. Kosiarzy 37/53

02-953 Warszawa

ISBN 978-83-64142-73-4

www.wielkalitera.pl

Plik ePub przygotowała firma eLib.pl

al. Szucha 8, 00-582 Warszawa

e-mail: kontakt@elib.pl

www.eLib.pl