Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2005

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 287 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Powrót do Lwowa - Maria Nurowska

Powrót do Lwowa – drugi tom cyklu powieściowego Marii Nurowskiej rozpoczętego przez Imię twoje... – to kontynuacja losów Elisabeth, Andrew, a także syna Oksany Aleka, którego Elisabeth zabiera do Stanów. Przełamanie nieufności chłopca, zagubionego w obcym środowisku, będzie dla niej trudnym zadaniem. Czekają na nią jednak wyzwania dużo większe: macierzyństwo, którego nie pragnęła i które wiele zmieni w życiu jej i Andrew, a także kolejna wyprawa na Ukrainę, gdzie sytuacja polityczna staje się coraz bardziej napięta. Jak ułoży się ich życie, rozdarte między kontynentami? Wciąż także nierozwiązana pozostaje zagadka zaginięcia męża Elisabeth, Jeffa Connery'ego – czy jest jeszcze szansa, by go odnaleźć? Powieść Marii Nurowskiej, w której tle pojawiają się ostatnie dramatyczne wydarzenia na Ukrainie, to historia o namiętności i odwadze, przewrotności losu, wystawiającego nas na wciąż nowe próby, a także o wierności – tak przekonaniom, jak i uczuciom. Imię twoje... i Powrót do Lwowa Marii Nurowskiej to dwie części „trylogii ukraińskiej”, w której zawikłane losy bohaterów splatają się z najnowszą historią Ameryki i Ukrainy, z jednej strony tragedią zamachu na WTC i zachwianiem zaufania do własnego państwa, z drugiej – walką o wolność i niezależność, przeciwko bezprawiu i obcej władzy. Miłość i zdrada, egoizm i poświęcenie, osobiste dramaty i konflikty polityczne – powieści jednej z najpopularniejszych polskich autorek to poruszające historie, które choć zanurzone we współczesności, dotykają najbardziej uniwersalnych ludzkich problemów. Dopełnieniem trylogii jest książka Dwie miłości.

Opinie o ebooku Powrót do Lwowa - Maria Nurowska

Fragment ebooka Powrót do Lwowa - Maria Nurowska

Ma­ria Nu­row­ska

Po­wrót do Lwo­wa

Co­py­ri­ght © by Ma­ria Nu­row­ska, 2005

Wy­da­nie I 

War­sza­wa 2007

MA­RIA NU­ROW­SKA

au­tor­ka po­wie­ści i dra­ma­tów. Wy­da­ła po­nad dwa­dzie­ścia ksią­żek, m.in. Hisz­pań­skie oczy (1990), Li­sty mi­ło­ści (1991), sagę Pan­ny i wdo­wy (1991–1993), Ro­syj­skie­go ko­chan­ka (1996), Tan­go dla troj­ga (1997), Mi­ło­śni­cę (1999), Nie­miec­ki ta­niec (2000), opo­wieść bio­gra­ficz­ną o Ry­szar­dzie Ku­kliń­skim Mój przy­ja­ciel zdraj­ca (2004), try­lo­gię ukra­iń­ską: Imię two­je… (2003), Po­wrót do Lwo­wa (2005), Dwie mi­ło­ści (2006) oraz wspo­mnie­nia Księ­życ nad Za­ko­pa­nem (2006). W 2008 roku na­kła­dem W.A.B. uka­za­ła się książ­ka bio­gra­ficz­na An­ders, w 2009 – po­wieść Spra­wa Niny S. Po­wie­ści Ma­rii Nu­row­skiej zo­sta­ły prze­tłu­ma­czo­ne na dwa­na­ście ję­zy­ków, w tym chiń­ski i ko­re­ań­ski. We Fran­cji i w Niem­czech były be­st­sel­le­ra­mi.

Uczu­cie, że jest już kimś in­nym, kimś, kogo do­pie­ro przyj­dzie jej po­zna­wać dzień po dniu. Tak jak­by wy­ma­za­no jej pa­mięć, któ­rą te­raz bę­dzie mu­sia­ła od­twa­rzać, ucząc się sie­bie od nowa. Po­śród zna­jo­mych ścian, me­bli i bi­be­lo­tów czu­ła się obco. Czy dla­te­go, że w po­ko­ju Jef­fa spał te­raz jego syn? Ta za­mia­na wy­wra­ca­ła jej ży­cie do góry no­ga­mi. Po­dróż do Lwo­wa zmie­ni­ła wszyst­ko i na­wet gdy­by nie przy­wio­zła tu Ale­ka, czu­ła­by się tak samo. Nie była już tam­tą Eli­za­beth Con­ne­ry i czy chcia­ła tego, czy nie, mu­sia­ła się z tym po­go­dzić.

Jesz­cze dłu­go po po­wro­cie do No­we­go Jor­ku prze­śla­do­wa­ły ją „ukra­iń­skie sny”: drew­nia­na cha­łu­pa z za­wa­lo­nym do po­ło­wy da­chem, z któ­rej wy­cho­dzi wiej­ska baba w gru­bej wa­to­wa­nej ku­faj­ce, ob­szar­pa­nych dre­li­cho­wych spodniach i woj­ło­ko­wych bu­tach. Ma ufar­bo­wa­ne na rudo rzad­kie wło­sy z si­wy­mi od­ro­sta­mi i nie­na­tu­ral­nie czer­wo­ną twarz. Kie­dy pod­cho­dzi bli­żej, Eli­za­beth z prze­ra­że­niem kon­sta­tu­je, że ta twarz po­zba­wio­na jest skó­ry. Ko­bie­ta wy­cią­ga ku niej dło­nie o zde­for­mo­wa­nych pal­cach, beł­ko­cze nie­zro­zu­mia­le. Po­tem ja­kieś wnę­trze: w ką­cie na sien­ni­ku sie­dzi dwo­je umo­ru­sa­nych dzie­ci, a obok gli­nia­ne­go pie­ca śpi na ła­wie bro­da­ty męż­czy­zna, gło­śno chra­piąc. Inny ob­raz: ry­su­ją­ce się na tle nie­ba kon­tu­ry wie­żow­ców, z pu­sty­mi ra­ma­mi okien. I ci­sza, żad­ne­go dźwię­ku, zu­peł­nie jak­by Eli­za­beth zna­la­zła się pod wodą. Wszę­dzie do­oko­ła ro­sną gi­gan­tycz­nych roz­mia­rów chwa­sty, szcze­gól­nie nie­sa­mo­wi­te wra­że­nie spra­wia­ją osty, wyż­sze od niej, o na­je­żo­nych kol­ca­mi od­no­gach. Spo­śród tych ostów wy­cho­dzi męż­czy­zna o nie­na­tu­ral­nie sze­ro­kich, jak u ba­se­bal­li­sty, ra­mio­nach i krót­kich, krzy­wych no­gach. Ma na­brzmia­łą twarz i małe, prze­krwio­ne oczy. Pa­trzą nie­uf­nie.

Eli­za­beth roz­po­zna­je tego męż­czy­znę, spo­tka­ła go w stre­fie Czar­no­by­la, po­szu­ku­jąc tam męża. Miał na imię My­ko­ła, swe­go na­zwi­ska nie pa­mię­tał. Od lat nie po­sia­dał żad­nych do­ku­men­tów i nie za­mie­rzał ich wy­ra­biać. Ofi­cjal­nie nie ist­niał, cho­ciaż wła­dze o nim wie­dzia­ły. Mi­li­cjan­ci przy­jeż­dża­li do nie­go po ryby, któ­re ło­wił w rze­ce. Były ogrom­ne, szczu­pa­ki po sześć kilo, ka­ra­sie. Dość czę­sto tra­fia­ły się oka­zy „uszko­dzo­ne”, jak się wy­ra­ził, bez oczu albo ze znie­kształ­co­ny­mi skrze­la­mi, te wy­rzu­cał z po­wro­tem do rze­ki, klnąc na czym świat stoi. W tym śnie Eli­za­beth pro­wa­dzi z My­ko­łą go­rą­cą dys­ku­sję, po­dob­ną do tej, jaką pro­wa­dzi­ła z nim na ja­wie. Tłu­ma­czy mu, że ryby są na­pro­mie­nio­wa­ne i je­dze­nie ich za­gra­ża zdro­wiu.

– Ja­kie tam na­pro­mie­nio­wa­ne – de­ner­wu­je się My­ko­ła – to wszyst­ko buj­da i pro­pa­gan­da. Po to, żeby mę­czyć lu­dzi. Było ta­kie pięk­ne mia­sto i co zro­bi­li?

Po­dob­ne py­ta­nie za­da­wa­ło so­bie wie­lu jej ro­da­ków po za­wa­le­niu się wież WTC. Eli­za­beth prze­ży­wa­ła tę ka­ta­stro­fę wraz z in­ny­mi, ale w od­róż­nie­niu od swo­ich zna­jo­mych i przy­ja­ciół w ja­kiś spo­sób była na nią przy­go­to­wa­na po tym, cze­go do­świad­czy­ła na Ukra­inie i w Cze­cze­nii, któ­ra wy­da­wa­ła się te­raz jak od­le­gły i za­tar­ty w pa­mię­ci ob­raz. Czy na­praw­dę zdo­by­ła się na to, aby do­trzeć w te nie­do­stęp­ne góry i spo­tkać się z ludź­mi, któ­rych uwa­ża­no za bez­względ­nych ter­ro­ry­stów? Za­sta­ła tam bo­jow­ni­ków go­to­wych na wszyst­ko, dla któ­rych je­dy­ną war­to­ścią była wol­ność ich ma­łej, gó­rzy­stej oj­czy­zny. Prze­ka­zy­wa­li to so­bie z po­ko­le­nia na po­ko­le­nie, cho­ciaż ży­cie w nie­wo­li zo­sta­ło nie­ja­ko wpi­sa­ne w ich los. Skar­by, któ­re kry­ła w so­bie ta zie­mia, prze­kre­śla­ły ich ma­rze­nia o wol­no­ści. Taki jest te­raz świat, że wa­run­ki dyk­tu­je ropa…

Z całą siłą do­tar­ło wów­czas do niej, do cze­go zdol­ny jest czło­wiek; je­że­li mia­ła jesz­cze ja­kieś złu­dze­nia, to po tej po­dró­ży roz­sy­pa­ły się w pył. Je­cha­ła tam z na­dzie­ją, nie­mal pew­no­ścią, że od­naj­dzie Jef­fa i ra­zem wró­cą do domu. Ale go nie od­na­la­zła. Co te­raz czu­ła, po tak dłu­gim cza­sie? Gdzieś w głę­bi to była nadal nie­za­go­jo­na rana. Naj­gor­sze, że nie wie­dzia­ła, co się z nim na­praw­dę sta­ło. Każ­da praw­da by­ła­by lep­sza od nie­pew­no­ści. Ist­nia­ło małe praw­do­po­do­bień­stwo, że Jeff żyje, ale do koń­ca nie mo­gła tego wy­klu­czyć.

Wszyst­ko wska­zy­wa­ło na to, że zo­stał za­mor­do­wa­ny, tak samo jak ten dzien­ni­karz i Oksa­na…

…otwo­rzy­ły się drzwi i straż­nik wpro­wa­dził mło­dą ko­bie­tę. Była drob­na, o po­cią­głej twa­rzy i ja­snych, krót­ko ostrzy­żo­nych wło­sach. Mia­ła na so­bie golf i po­mię­tą spód­ni­cę w szkoc­ką kra­tę.

Pa­trzy­ły na sie­bie.

– Wie­dzia­łam, że do mnie przyj­dziesz – ode­zwa­ła się wresz­cie mło­da ko­bie­ta. – Jeff tak cię opi­sał, że wie­dzia­łam. Jak mi po­wie­dzie­li, że tu je­steś, cze­ka­łam na cie­bie.

– Co jesz­cze pani po­wie­dzie­li?

– Je­stem Oksa­na. Po­wie­dzie­li mi, że ze­zna­łaś, iż ja i Jeff by­li­śmy ko­chan­ka­mi. On miał ci wy­znać, że boi się mo­jej za­zdro­ści…

– Nic po­dob­ne­go! – wy­krzyk­nę­ła obu­rzo­na. – Nic ta­kie­go nie mó­wi­łam!

Dziew­czy­na uśmiech­nę­ła się.

– Wiem, chcą z nas zro­bić Ro­mea i Ju­lię, aby ukryć swo­je brud­ne spra­wy.

Eli­za­beth sta­ra­ła się ochło­nąć po tym, co usły­sza­ła.

– Był u cie­bie mój ad­wo­kat, dla­cze­go mu tego nie prze­ka­za­łaś?

Tam­ta skrzy­wi­ła się iro­nicz­nie.

– Bo nie wie­dzia­łam, czyj to jest ad­wo­kat, czy przy­pad­kiem nie ich… Nie mamy dużo cza­su, słu­chaj, co ci po­wiem. Jeff to wspa­nia­ły fa­cet, mam na­dzie­ję, że żyje i że go od­naj­dziesz. Co in­ne­go z Geo­r­gi­jem… już może być po nim.

– Co Jef­fa z nim łą­czy­ło?

Dziew­czy­na po­chy­li­ła się i Eli­za­beth do­strze­gła gniaz­do z krót­kich wło­sów na czub­ku gło­wy. Tak zwy­kle ukła­da­ją się wło­sy u dzie­ci.

– Jeff nam po­ma­gał… miał wy­wieźć bar­dzo waż­ne ma­te­ria­ły. Zdo­by­li­śmy do­wo­dy, że na Ukra­inie ist­nie­ją kon­tro­lo­wa­ne przez wła­dze „szwa­dro­ny śmier­ci”, któ­re li­kwi­du­ją prze­ciw­ni­ków po­li­tycz­nych pre­zy­den­ta, a tak­że nie­wy­god­nych świad­ków. Ja je­stem ta­kim świad­kiem i wiem, że mnie za­bi­ją…

Sto­su­nek Eli­za­beth do mat­ki Ale­ka był na­der skom­pli­ko­wa­ny. Mimo że los ze­tknął je na tak krót­ko i choć tam­ta od daw­na nie żyła, Eli­za­beth cią­gle do­zna­wa­ła sprzecz­nych uczuć. Oksa­na była jed­ną z nie­wie­lu osób, a kto wie, czy nie je­dy­ną, z któ­rą po­czu­ła tak bli­ską więź. Kie­dy do­tar­ła do dziew­czy­ny pod­czas jej gło­dów­ki w wię­zie­niu i kie­dy mo­gły się po­ro­zu­mie­wać je­dy­nie wzro­kiem, emo­cje prze­pły­wa­ły mię­dzy nimi jak fale, któ­re każ­da z nich bez­błęd­nie od­bie­ra­ła. A po­tem, już po śmier­ci Oksa­ny, kie­dy zna­la­zła się w tej sa­mej celi, w któ­rej tam­ta umie­ra­ła, wciąż czu­ła jej obec­ność. Cier­pie­nie Oksa­ny sta­ło się jej cier­pie­niem. Ale na­cho­dzi­ły ją też inne my­śli. Świa­do­mość, że Jeff miał z Oksa­ną dziec­ko, była dla niej bar­dzo bo­le­sna, tym bar­dziej że te­raz mia­ła to dziec­ko przy so­bie. „No do­brze – my­śla­ła – sko­ro chło­piec jest te­raz ze mną, to mój syn”. Ale na­tych­miast po­ja­wia­ło się po­czu­cie winy wo­bec jego praw­dzi­wej mat­ki, zu­peł­nie jak­by ode­bra­ła go Oksa­nie, wy­ko­rzy­stu­jąc jej bez­bron­ność. „Bła­ga­ła mnie, że­bym wzię­ła jej syna. To był jej po­mysł – uspra­wie­dli­wia­ła się przed sobą. – No tak, chcia­ła, abym go wy­wio­zła z Ukra­iny, a nie że­bym go jej od­bie­ra­ła. Żad­na mat­ka by się na to nie zgo­dzi­ła”. Mu­sia­ła zna­leźć ja­kieś roz­wią­za­nie, umiej­sco­wić sie­bie w tej sy­tu­acji, nie tyl­ko ze wzglę­du na nią samą, ale tak­że na Ale­ka. For­mal­nie był jej ad­op­to­wa­nym sy­nem, ale prze­cież li­czy­ło się tyl­ko to, co do sie­bie czu­ją. Po wie­lu roz­ter­kach, nie­prze­spa­nych no­cach Eli­za­beth zde­cy­do­wa­ła się zwró­cić dziec­ko ro­dzo­nej mat­ce. Alek jest sy­nem Oksa­ny i nikt nie może jej za­stą­pić. Dała więc do po­więk­sze­nia jej zdję­cie i po­sta­wi­ła na noc­nym sto­li­ku obok łóż­ka chłop­ca. Kie­dy rano we­szła do jego po­ko­ju, za­uwa­ży­ła, że zdję­cie znik­nę­ło. Od­czu­ła to bar­dzo bo­le­śnie, nie­mal jak po­li­czek. Po­sta­no­wi­ła po­roz­ma­wiać z nim po jego po­wro­cie ze szko­ły, ale w ostat­niej chwi­li za­bra­kło jej od­wa­gi. Bała się tego, co mo­gła­by od nie­go usły­szeć. Za­uwa­ży­ła, że Alek bar­dzo nie­chęt­nie wra­ca do prze­szło­ści, co, bio­rąc pod uwa­gę wszyst­ko, cze­go do­świad­czył, wy­da­wa­ło się jak naj­bar­dziej zro­zu­mia­łe. Tyl­ko że tu cho­dzi­ło o jego mat­kę, któ­ra tak bar­dzo go ko­cha­ła, i on tak­że ją ko­chał. Czy to moż­li­we, że tak szyb­ko o niej za­po­mniał? Ale nie umia­ła o tym z nim roz­ma­wiać…

…po prze­kro­cze­niu pol­skiej gra­ni­cy za­trzy­ma­li się w przy­droż­nym McDo­nal­dzie, usie­dli na­prze­ciw sie­bie przy ma­łym sto­li­ku.

– Mi­nie dużo cza­su, za­nim bę­dziesz mógł wró­cić do swo­jej oj­czy­zny. Wiesz o tym? – spy­ta­ła.

Alek z po­wa­gą ski­nął gło­wą.

– Chcia­ła­bym, abyś nie za­po­mniał, kim je­steś. To bar­dzo waż­ne, żeby wie­dzieć, kim się jest.

Spoj­rzał na nią z ża­lem.

– Ale ja je­stem od po­ło­wy Ame­ry­ka­ni­nem, po moim ta­cie.

– W po­ło­wie – po­pra­wi­ła go. – W po­ło­wie je­steś Ame­ry­ka­ni­nem i dla­te­go ty i ja tu wła­śnie te­raz sie­dzi­my. Two­ja mama ży­czy­ła so­bie, abym tak po­stą­pi­ła, za­bra­ła cię od dziad­ka, któ­ry nie jest chy­ba do­brym czło­wie­kiem…

– Na pew­no nie jest do­bry – prze­rwał jej chło­piec.

– To sta­ry pi­jak i nie chcę go nig­dy wię­cej wi­dzieć! Bił mnie i moją bab­cię, kie­dyś tak ją po­pchnął, że so­bie wy­bi­ła ząb.

Chwi­lę sie­dzie­li w mil­cze­niu.

– A bab­cia? Była do­bra dla cie­bie?

Alek zmarsz­czył brwi, wi­docz­nie to py­ta­nie oka­za­ło się dla nie­go trud­ne.

– Bab­cia za­wsze robi, co jej dzia­dek każe – od­po­wie­dział wresz­cie.

– Ale lu­bi­łeś ją?

– Nie wiem – od­rzekł po na­my­śle.

Wzru­szy­ły ją te wy­zna­nia, Alek tak bar­dzo się sta­rał, aby od­po­wia­da­ły praw­dzie. Praw­dzie ma­łe­go chłop­ca, su­ro­wo do­świad­czo­ne­go przez los i zmu­szo­ne­go do wy­bo­rów, przed któ­ry­mi sta­ją zwy­kle do­ro­śli.

Wte­dy w przy­droż­nym ba­rze na ob­cej zie­mi jesz­cze nie w peł­ni zda­wa­ła so­bie spra­wę, jak trud­no jej bę­dzie do­trzeć do tego dziec­ka. Może coś prze­ga­pi­ła, może nie wy­ko­rzy­sta­ła sy­tu­acji, po­zwa­la­jąc, aby Alek stwo­rzył so­bie swój osob­ny świat, w któ­rym dla niej za­czy­na­ło bra­ko­wać miej­sca. Jed­nak­że za­raz po ich przy­jeź­dzie do No­we­go Jor­ku wpa­dła w wir za­ła­twia­nia ty­sią­ca spraw, przede wszyst­kim za­wi­łych for­mal­no­ści zwią­za­nych z ad­op­cją, po­by­tem Ale­ka w Ame­ry­ce, jego szko­łą. Nie mo­gła też w nie­skoń­czo­ność prze­dłu­żać urlo­pu na uczel­ni. Wy­kła­da­ła hi­sto­rię sztu­ki w Par­sons Scho­ol of De­sign i za­wsze to lu­bi­ła. Te­raz bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek po­trze­bo­wa­ła kon­tak­tu ze swo­imi stu­den­ta­mi, trak­tu­jąc to jak na­miast­kę nor­mal­no­ści, pró­bę po­wro­tu do daw­ne­go ży­cia. Wiel­kim wy­zwa­niem były dla niej w tym cza­sie spo­tka­nia ze zna­jo­my­mi i przy­ja­ciół­mi; wszy­scy cze­ka­li na ja­kieś wy­ja­śnie­nia, wy­py­ty­wa­li o jej męża, a tak­że o dziec­ko, któ­re ze sobą przy­wio­zła. Po­cząt­ko­wo udzie­la­ła od­po­wie­dzi wy­mi­ja­ją­cych: Jeff za­gi­nął bez śla­du, a chło­piec jest sy­nem pew­nej ko­bie­ty, któ­rą za­mor­do­wa­ły re­żi­mo­we wła­dze Ukra­iny. Ale wkrót­ce i tak wszy­scy do­wie­dzie­li się praw­dy, gdyż oka­za­ło się, że w spra­wie Ale­ka trze­ba było przed­sta­wić w są­dzie sze­reg do­ku­men­tów; sam list Jef­fa, w któ­rym uzna­je syna, nie wy­star­czał. Po­trzeb­ni też byli świad­ko­wie. Tyl­ko jak mia­ła ich zna­leźć? Py­tać po ko­lei swo­ich zna­jo­mych, czy wi­dzie­li Jef­fa w to­wa­rzy­stwie mło­dej Ukra­in­ki, ileś tam lat temu, i czy ze­chcą o tym za­świad­czyć? Poza wszyst­kim upo­ka­rza­ło ją wy­wle­ka­nie naj­bar­dziej oso­bi­stych spraw przed ob­cy­mi ludź­mi. W ich oczach sta­wa­ła się ko­bie­tą zdra­dzo­ną przez męża, któ­ry miał dziec­ko z inną. Jed­ne­go świad­ka wresz­cie zna­la­zła: przy­ja­ciel Jef­fa, Ed­gar, zgo­dził się ze­znać w są­dzie pod przy­się­gą, że znał Oksa­nę Kry­wen­ko i że czę­sto prze­by­wa­ła ona w to­wa­rzy­stwie Jef­freya Con­ne­ry’ego. Nikt inny z jej oto­cze­nia nie pa­mię­tał Oksa­ny, a na­kła­nia­nie ko­go­kol­wiek do skła­da­nia fał­szy­wych oświad­czeń nie wcho­dzi­ło w grę. Eli­za­beth była na­praw­dę w kło­po­cie, z któ­re­go wy­ba­wi­ła ją jej przy­ja­ciół­ka z pra­cy, Sha­ron. Sama za­dzwo­ni­ła do Eli­za­beth i oznaj­mi­ła, że wła­śnie przy­po­mnia­ła so­bie pew­ne spo­tka­nie z Jef­fem i mło­dą ko­bie­tą o imie­niu Oksa­na. Obie wie­dzia­ły, że Sha­ron wy­ssa­ła tę hi­sto­ryj­kę z pal­ca, ale nie przy­zna­wa­ły się do tego. Eli­za­beth była jej nie­zmier­nie wdzięcz­na i mia­ła na­dzie­ję, że w przy­szło­ści bę­dzie się jej mo­gła ja­koś zre­wan­żo­wać. Nie wie­dzia­ła, że na­stą­pi to tak szyb­ko. Mąż Sha­ron miał biu­ro na sześć­dzie­sią­tym ósmym pię­trze w pół­noc­nej wie­ży World Tra­de Cen­ter i fe­ral­ne­go dnia punk­tu­al­nie przy­szedł do pra­cy. Jego cia­ła nig­dy nie od­na­le­zio­no, a Sha­ron po­pa­dła w tak cięż­ką de­pre­sję, że tra­fi­ła do szpi­ta­la. Eli­za­beth czę­sto ją od­wie­dza­ła. Kie­dy szła szpi­tal­nym ko­ry­ta­rzem, przy­szła jej do gło­wy smut­na myśl, że te­raz już obie są wdo­wa­mi. A jesz­cze kil­ka lat temu wszy­scy czwo­ro spę­dza­li wspól­nie urlop na dru­gim krań­cu świa­ta, na Sri Lan­ce.

…Jeff w ko­lo­ro­wej ko­szul­ce i krót­kich spoden­kach szedł pla­żą parę kro­ków przed nimi i strasz­nie bła­zno­wał. W pew­nej chwi­li chwy­cił Eli­za­beth na ręce i wrzu­cił ją w ubra­niu do wody.

– Oto przed pań­stwem miss mo­kre­go pod­ko­szul­ka! – rzekł ze śmie­chem, gdy wy­krę­ca­ła wło­sy.

Tego było dla niej za wie­le; zdję­ła san­dał z nogi i po­czę­ła za nim go­nić, w koń­cu go do­pa­dła i bez li­to­ści obi­ła po ple­cach.

– Co ty, żono, na żar­tach się nie znasz? – bro­nił się Jeff.

– Na głu­pich się nie znam – od­rze­kła z fu­rią.

Mo­kra su­kien­ka ob­le­pia­ła jej cia­ło i za­nim do­tar­ła do ho­te­lu, aby się prze­brać, czu­ła się, jak­by była naga.

Do wie­czo­ra nie za­mie­ni­ła z Jef­fem sło­wa, dała się prze­pro­sić do­pie­ro przy wspól­nej ko­la­cji, i to po me­dia­cjach męża Sha­ron, Ro­ber­ta, któ­ry był czło­wie­kiem bar­dzo wy­wa­żo­nym, a przy tym ani tro­chę nud­nym. Eli­za­beth na­praw­dę go lu­bi­ła.

A te­raz obie zo­sta­ły same i zna­la­zły się w po­dob­nej sy­tu­acji – były ta­ki­mi wdo­wa­mi nie­wdo­wa­mi, któ­re nie mo­gły po­cho­wać swo­ich mę­żów, bo ich ciał nie od­na­le­zio­no.

Tak więc po ka­ta­stro­fie 11 wrze­śnia Eli­za­beth wie­le cza­su po­świę­ca­ła przy­ja­ciół­ce i siłą rze­czy bra­ko­wa­ło go jej dla Ale­ka, a on wte­dy wła­śnie po­szedł do szko­ły. Zna­lazł się w no­wym śro­do­wi­sku, po­śród ró­wie­śni­ków, któ­rzy po­tra­fią być okrut­ni dla ko­goś, kto jest tro­chę inny. Przez dłu­gi czas nie mo­gła się zde­cy­do­wać, do ja­kiej szko­ły za­pi­sać chłop­ca, pu­blicz­nej czy pry­wat­nej. Jej mat­ka, któ­ra na­gle od­kry­ła w so­bie uczu­cia ro­dzin­ne, da­rząc nimi w nad­mia­rze za­rów­no Eli­za­beth, jak i Ale­ka, sta­now­czo na­le­ga­ła, aby umie­ścić go w pry­wat­nej. Oka­za­ło się to po­my­słem chy­bio­nym, bo chło­piec nie mógł się od­na­leźć w świe­cie ma­łych pro­te­stan­tów z za­moż­nych ro­dzin. Jego nowi ko­le­dzy nie to­le­ro­wa­li ak­cen­tu bro­oklyń­skie­go, nie mó­wiąc o ukra­iń­skim. Jesz­cze przed koń­cem roku szkol­ne­go mu­sia­ła prze­nieść Ale­ka do szko­ły pu­blicz­nej, bo chło­piec oświad­czył, że do tej wię­cej nie pój­dzie.

Tak, mia­ła świa­do­mość, że cze­goś za­nie­dba­ła, i chcia­ła to nad­ro­bić, upo­rząd­ko­wać, ale oka­za­ło się to bar­dzo trud­ne, bo tym­cza­sem gdzieś po dro­dze za­gu­bił się ich wspól­ny ję­zyk, któ­rym świet­nie po­ro­zu­mie­wa­li się tam, na Ukra­inie. A te­raz nie po­tra­fi­ła go za­py­tać, dla­cze­go scho­wał fo­to­gra­fię mat­ki. Dłu­go biła się z my­śla­mi, w koń­cu za­dzwo­ni­ła do An­drew. On jed­nak nie po­dzie­lał jej obaw.

– Daj mu spo­kój, Eli­za­beth – po­wie­dział – nie masz in­nych zmar­twień?

– Ale to wła­śnie jest moje zmar­twie­nie – od­rze­kła. – Mu­szę do­pil­no­wać, aby syn prze­cho­wał pa­mięć o wła­snej mat­ce.

– A skąd wiesz, czy tak nie jest?

Eli­za­beth wes­tchnę­ła głę­bo­ko.

– Gdy­by tak było, nie po­zby­wał­by się jej zdję­cia.

– To tro­chę za pro­ste. Nie wie­my, co się dzie­je w jego gło­wie.

– Chcę wie­dzieć, co się dzie­je w jego ser­cu!

– Wszyst­ko jed­no, jak to na­zwie­my, on te­raz bu­du­je swo­je nowe ży­cie i nie wol­no mu w tym prze­szka­dzać – po­wie­dział An­drew sta­now­czo.

Eli­za­beth po­czu­ła się do­tknię­ta tymi sło­wa­mi, bo chcia­ła jak naj­le­piej, ze wszyst­kich sił chcia­ła po­móc chłop­cu, a nie prze­szka­dzać, jak to ujął An­drew. Już mia­ła na koń­cu ję­zy­ka ri­po­stę, kie­dy przy­po­mnia­ła so­bie, że jej roz­mów­ca jako dziec­ko zna­lazł się w ta­kiej sa­mej jak Alek sy­tu­acji. Był na­wet w po­dob­nym wie­ku.

– Ale… ja czu­ję, że on się co­raz bar­dziej ode mnie od­da­la, za­my­ka się w so­bie – po­wie­dzia­ła bez­rad­nie. – Ostat­nio przy­szedł ze szko­ły z du­żym siń­cem na po­licz­ku. Je­stem pew­na, że ktoś go ude­rzył, ale on twier­dzi, że się po­śli­znął.

An­drew ro­ze­śmiał się.

– Za­cho­wał się jak praw­dzi­wy męż­czy­zna. Nie wzię­łaś na wy­cho­wa­nie de­li­kat­nej pa­nien­ki, ale twar­de­go fa­ce­ta. Prze­stań się nad nim trząść, po­ra­dzi so­bie.

Jej przy­ja­ciel wy­raź­nie ba­ga­te­li­zo­wał pro­ble­my, ja­kie na­po­ty­ka­ła w swo­jej no­wej roli. Mat­ki? Nie po­tra­fi­ła tego zde­fi­nio­wać. Uczu­cie, ja­kie ży­wi­ła do chłop­ca, z pew­no­ścią moż­na było na­zwać mi­ło­ścią, ale nie do koń­ca wie­dzia­ła, czy na­praw­dę cho­dzi­ło o nie­go, czy nie szu­ka­ła w nim jego ro­dzi­ców, Jef­fa i Oksa­ny. Był tak łu­dzą­co po­dob­ny do mat­ki, że za każ­dym ra­zem, kie­dy to so­bie uświa­da­mia­ła, ogar­nia­ło ją wzru­sze­nie. Pa­mię­ta­ła do­brze jej bied­ną twarz z ostat­nie­go wi­dze­nia, jej tra­gicz­ne oczy. Była mło­da, ład­na, całe ży­cie mia­ła jesz­cze przed sobą, a wie­dzia­ła, że umie­ra. Ona to wie­dzia­ła, w prze­ci­wień­stwie do Eli­za­beth, któ­ra na­gle jak­by ogłu­chła i ośle­pła. Uwa­ża­ła, że na­kła­nia­jąc Oksa­nę do prze­rwa­nia gło­dów­ki, ra­tu­je jej ży­cie. Tym­cza­sem ska­zy­wa­ła ją na śmierć.

…pew­ne frag­men­ty dro­gi do aresz­tu jej umknę­ły, tak samo jak mo­ment wej­ścia do bu­dyn­ku, szyb­kie prze­bie­ra­nie się w far­tuch i wspi­na­nie po scho­dach. Pa­mię­ta cha­rak­te­ry­stycz­ny wię­zien­ny odór sta­re­go potu i ku­rzu. Szła za le­ka­rzem, po­tęż­nym męż­czy­zną o ka­ry­ka­tu­ral­nie du­żej gło­wie. Ka­za­no jej nieść tor­bę, była bar­dzo cięż­ka. A po­tem wą­ska cela, z okien­kiem osło­nię­tym blen­dą i drew­nia­ną pry­czą pod ścia­ną, na któ­rej le­ża­ła Oksa­na. W ostrym świe­tle ża­rów­ki jej twarz wy­glą­da­ła jak pa­pie­ro­wa ma­ska ze zbyt du­ży­mi otwo­ra­mi na oczy.

Eli­za­beth po­chy­li­ła się nad dziew­czy­ną:

– To ja, po­zna­jesz mnie?

Oksa­na dała znak ocza­mi. Z bli­ska zo­ba­czy­ła jej usta, były sine. Po­my­śla­ła, że mat­ka Ale­ka jest bli­ska śmier­ci.

– Mu­sisz prze­rwać gło­dów­kę – szep­ta­ła. – Mu­sisz stąd wyjść dla swo­je­go syn­ka. Jeff przy­słał list… On wie, że Alek jest jego sy­nem, do­my­ślił się. On go uzna. Twój syn jest bez­piecz­ny, cze­ka tyl­ko na cie­bie…

W oczach Oksa­ny po­ja­wi­ły się łzy, jed­na z nich spły­nę­ła po twa­rzy. Eli­za­beth de­li­kat­nie otar­ła ją wierz­chem dło­ni.

– Obie­caj, że prze­rwiesz gło­dów­kę… Przy­szłam tu, aby to usły­szeć.

Pa­trzy­ły na sie­bie, a po­tem Oksa­na przy­mknę­ła na chwi­lę po­wie­ki na znak, że się zga­dza.

W kil­ka dni póź­niej An­drew zo­stał ofi­cjal­nie po­in­for­mo­wa­ny przez pro­ku­ra­to­ra, że Oksa­na Kry­wen­ko zmar­ła. „Pod­czas przy­mu­so­we­go kar­mie­nia do­szło do śmier­tel­ne­go za­chły­śnię­cia się przez po­dej­rza­ną”.

Po tej wia­do­mo­ści Eli­za­beth do­sta­ła wy­so­kiej go­rącz­ki, ma­ja­czy­ła. „To nie­praw­da! – krzy­cza­ła. – Za­bi­li ją, bo prze­rwa­ła gło­dów­kę. Oni ją za­bi­li! Ja ją za­bi­łam!”

An­drew cały czas był przy niej, jak za mgłą wi­dzia­ła jego prze­ję­tą, współ­czu­ją­cą twarz.

Tak, czu­ła się rów­nie win­na jak ci, któ­rzy za­mor­do­wa­li mat­kę Ale­ka. Jak więc mo­gła­by ode­brać jej jesz­cze dziec­ko? An­drew zu­peł­nie tego nie ro­zu­miał. Być może miał tro­chę ra­cji, je­śli cho­dzi­ło o sa­me­go Ale­ka, ale co z jego mat­ką?

Wy­sła­ła do An­drew e-mail:

Dear An­drew, za­pew­ne masz więk­sze po­ję­cie o tym, co czu­je mały emi­grant, i nie po­win­nam na ten te­mat z Tobą dys­ku­to­wać, ale wy­da­je mi się, że nie moż­na po­rów­ny­wać Two­ich lo­sów z lo­sa­mi Ale­ka. Ty jed­nak po­zo­sta­wi­łeś w swo­im kra­ju mat­kę, ocze­ku­ją­cą Two­je­go po­wro­tu, a zresz­tą śro­do­wi­sko, w ja­kim prze­by­wa­łeś na emi­gra­cji, nie było do koń­ca obce, nie stra­ci­łeś kon­tak­tu ze swo­im ję­zy­kiem, z tra­dy­cją. Z Ale­kiem jest in­a­czej, ze zro­zu­mia­łych wzglę­dów roz­ma­wia­my tyl­ko po an­giel­sku, a tu­taj nikt nic nie wie o Ukra­inie, dla jego ró­wie­śni­ków to kraj rów­nie mi­tycz­ny jak Atlan­ty­da, więc je­że­li ja nie będę mu przy­po­mi­na­ła o tym, kim jest, już nie­ba­wem bę­dzie­my mie­li do czy­nie­nia ze skoń­czo­nym Ame­ry­ka­ni­nem. A do tego za żad­ną cenę nie chcia­ła­bym do­pu­ścić. Nie po to jego mat­ka od­da­ła ży­cie za wol­ność oj­czy­zny, aby jej syn za­po­mniał o swo­ich ko­rze­niach.

Pro­szę Cię, An­drew, nie ba­ga­te­li­zuj tego, tyle mogę jesz­cze zro­bić dla jego mat­ki: nie dać mu o niej za­po­mnieć.

Jak za­wsze wie­rzę, że się w koń­cu zo­ba­czy­my.

Two­ja Eli­za­beth

Jesz­cze tego sa­me­go dnia na­de­szła od­po­wiedź:

Ma Che­rié, my­ślę, że źle od­czy­ta­łaś moje in­ten­cje. Ja wca­le nie ba­ga­te­li­zu­ję pro­ble­mów, z któ­ry­mi się zma­gasz. Nie jest ła­two wy­cho­wy­wać dziec­ko i to dziec­ko, któ­re los tak cięż­ko do­świad­czył. Ja tyl­ko nie wiem, Eli­za­beth, czy nie by­ło­by le­piej dla wszyst­kich za­in­te­re­so­wa­nych, aby Alek za­po­mniał o swo­im po­cho­dze­niu i wy­rósł na praw­dzi­we­go Ame­ry­ka­ni­na, jak to okre­śli­łaś. On prze­cież te­raz jest tam, tam żyje i ra­czej nie wy­glą­da na to, aby mia­ło się to kie­dy­kol­wiek zmie­nić. Ani Ty, ani on nie ma­cie szans na przy­jazd na Ukra­inę na­wet w od­wie­dzi­ny, bo Cie­bie, jako nie­po­praw­ną kid­na­per­kę, cze­ka­ło­by aresz­to­wa­nie, a Alek tra­fił­by znów pod opie­kę dziad­ka – ko­mu­ni­stycz­ne­go or­to­dok­sa. My­ko­ła Kry­wen­ko jest jak sta­ry dąb, krzep­ko się trzy­ma i nic nie wska­zu­je, aby szyb­ko miał opu­ścić ten pa­dół, a do­pó­ki on żyje, po­wrót chłop­ca tu­taj jest wy­klu­czo­ny. Oba­wiam się, że bę­dzie to re­al­ne do­pie­ro, kie­dy Alek osią­gnie peł­no­let­ność. Za­sta­nów się więc, Eli­za­beth, czy chcesz ho­do­wać za­gu­bio­ne­go w ob­cym świe­cie oby­wa­te­la nie­szczę­śli­we­go pań­stwa, któ­re nie po­tra­fi­ło zrzu­cić jarz­ma na­wet wte­dy, gdy oka­za­ło się to moż­li­we, czy też Ame­ry­ka­ni­na, któ­ry ma szan­se żyć w wol­nym, pra­wo­rząd­nym kra­ju. Pa­mię­taj o jed­nym, Ro­sja nie od­pu­ści Ukra­iny. Pa­mię­tasz, co mi­mo­cho­dem po­wie­dział mer Łuż­kow? Że nig­dy nie po­go­dzi się z tym, by dla oby­wa­te­li Mo­skwy wcza­sy na Kry­mie mia­ły być wy­jaz­dem za gra­ni­cę! Oni pa­mię­ta­ją, że Ki­jów jest ko­leb­ką Rusi, pa­mię­ta­ją i nie za­po­mną. Zro­bią wszyst­ko, aby rzu­cić Ukra­inę na ko­la­na i ją z po­wro­tem wchło­nąć. To jest cel nu­mer je­den mo­skiew­skie­go cara – ka­ge­bi­sty. I jak do tej pory dąży do nie­go bez prze­szkód. My­ślę, że dni wol­nej Ukra­iny, za któ­rą od­da­la swo­je mło­de ży­cie Oksa­na Kry­wen­ko, są po­li­czo­ne. Na­ród ukra­iń­ski się nie­ste­ty nie obu­dził, przy­po­mi­na sta­do owiec, któ­rym moż­na do­wol­nie kie­ro­wać. A kie­ru­nek, wo­bec obo­jęt­no­ści Eu­ro­py, jest je­den: Azja!

Weź to wszyst­ko pod roz­wa­gę, za­sta­nów się, czy Ci nie wy­star­czy, że pe­wien bez­na­dziej­ny ro­man­tyk mar­nu­je so­bie ży­cie, i czy chcia­ła­byś zna­leźć mu na­stęp­cę?

Bar­dzo mi Cie­bie bra­ku­je, Eli­za­beth, ale cie­szę się, że ży­jesz jak wol­ny czło­wiek, pod­czas gdy ja tkwię w tym ba­gnie po uszy. Może uda mi się jed­nak cho­ciaż na tro­chę stąd wy­rwać. Ma­rzę o wspól­nych wa­ka­cjach z Tobą, wzię­li­by­śmy to trud­ne i upar­te dziec­ko, Ale­ka, i za­szy­li gdzieś na koń­cu świa­ta, gdzie nikt by nas nie zna­lazł.

Twój An­drew

Ona też nie ma­rzy­ła o ni­czym in­nym, ale wy­jazd oka­zał się nie­moż­li­wy. Mat­ka An­drew po­waż­nie za­cho­ro­wa­ła i nie mógł zo­sta­wić jej sa­mej, Eli­za­beth nie mo­gła z ko­lei zo­sta­wić Ale­ka, a nie chcia­ła zwal­niać go ze szko­ły choć­by na krót­ko, bo miał duże trud­no­ści w na­uce i mu­siał brać do­dat­ko­we pry­wat­ne lek­cje. Tę­sk­ni­ła za An­drew, za jego obec­no­ścią, za jego do­ty­kiem. To on spra­wił, że znów po­czu­ła się ko­bie­tą. Dzię­ki nie­mu do­świad­czy­ła wie­lu nie­zna­nych przed­tem uczuć, ra­do­ści z ob­co­wa­nia z dru­gim czło­wie­kiem, tak bli­sko, jak tyl­ko moż­na. Ona, za­wsze taka osob­na, na­gle po­tra­fi­ła się otwo­rzyć, opo­wia­dać o swo­ich naj­skryt­szych prze­ży­ciach. An­drew stał się jej schro­nie­niem. Tak my­śla­ła na tej le­śnej dro­dze.

…sta­li na­prze­ciw sie­bie.

– Po­wi­nie­nem jak naj­szyb­ciej zna­leźć się zno­wu we Lwo­wie, mu­szę mieć ali­bi – po­wie­dział. – Chłop­ca za­czną szu­kać oko­ło pierw­szej, dru­giej. Tyle cza­su zaj­mu­je mu po­wrót ze szko­ły do domu.

Ski­nę­ła ze zro­zu­mie­niem gło­wą, pró­bo­wa­ła się na­wet uśmiech­nąć, ale pod czasz­ką kłę­bi­ły się go­rącz­ko­we my­śli. „Jak będę te­raz żyła? Prze­cież bez cie­bie ni­cze­go nie ro­zu­miem z tego świa­ta. Ze świa­ta, któ­ry jest tak bez­li­to­sny i okrut­ny. Tyl­ko mi­łość, tyl­ko w niej moż­na się jesz­cze scho­wać, a ty mi od­ma­wiasz tej kry­jów­ki…”

– Za­dzwoń z Pol­ski – usły­sza­ła jego głos.

– Za­dzwo­nię na­tych­miast, jak tyl­ko bę­dzie­my bez­piecz­ni – od­rze­kła skwa­pli­wie. – A my… kie­dy się zo­ba­czy­my?

An­drew przy­tu­lił ją, po­czu­ła zna­jo­my za­pach jego skó­ry.

– Zo­ba­czy­my się na pew­no – obie­cał. – Na ra­zie po­win­ni­ście po­być tyl­ko we dwo­je, ty i Alek.

Czu­ła, że An­drew mówi tak, gdyż nie wie, kie­dy znów się spo­tka­ją. Tam, na le­śnej dro­dze nie­opo­dal gra­ni­cy pol­sko-ukra­iń­skiej, jesz­cze nic nie było wia­do­me. Nie wia­do­mo było, czy Eli­za­beth uda się bez­piecz­nie prze­wieźć chłop­ca, czy spra­wa się nie wyda i czy jej nie aresz­tu­ją. Nie wia­do­mo było, czy nie aresz­tu­ją An­drew, nie da­jąc wia­ry jego za­pew­nie­niom, że nic nie wie o znik­nię­ciu Ołek­san­dra Kry­wen­ki i że nie brał udzia­łu w jego upro­wa­dze­niu. W jego kra­ju nie li­czy­ły się fak­ty, ale przy­pusz­cze­nia. Na tej pod­sta­wie moż­na było uwię­zić, a na­wet za­mor­do­wać czło­wie­ka.

Przez ten cały czas my­śle­li o so­bie, nie­mal co­dzien­nie pi­sy­wa­li do sie­bie ma­ile, czę­sto bar­dzo krót­kie, do­słow­nie kil­ka zdań:

Co wczo­raj ro­bi­łaś? Ja by­łem w ki­nie, obej­rza­łem Pia­ni­stę Po­lań­skie­go i wiesz, wzru­szy­łem się, co mi się zda­rza bar­dzo rzad­ko. To hi­sto­ria mło­de­go ży­dow­skie­go mu­zy­ka, któ­ry cu­dem unik­nąw­szy wy­wie­zie­nia do Au­schwitz, ukry­wa się w War­sza­wie, ogar­nię­tej po­wsta­niem prze­ciw­ko Niem­com. Po­la­cy chcą oswo­bo­dzić mia­sto, za­nim zro­bią to Ro­sja­nie. W od­we­cie Hi­tler każe zrów­nać je z zie­mią i to mu się nie­ste­ty uda­je. Nie oca­le­je pra­wie ża­den dom. I wy­obraź so­bie, po tej gi­gan­tycz­nej ku­pie gru­zów błą­ka się sa­mot­ny czło­wiek, ty­tu­ło­wy pia­ni­sta. Robi to tym więk­sze wra­że­nie, że kry­je się za tym au­ten­tycz­ny los.

U mnie pro­za ży­cia. Alek roz­wa­lił so­bie na rol­kach ko­la­no i było jeż­dże­nie do chi­rur­ga i szy­cie. A po­tem sie­dzia­łam nad re­cen­zją z wy­sta­wy bar­dzo cie­ka­we­go gra­fi­ka, jest Pe­ru­wiań­czy­kiem, a ma taką eu­ro­pej­ską wy­obraź­nię, aż mnie to zdzi­wi­ło.

Przy­szła do mnie cho­ra na raka ko­bie­ta z bar­dzo dziw­ną spra­wą. Chcia­ła­by za­pi­sać w te­sta­men­cie ma­ją­tek, na­praw­dę nie­ma­ły, swo­im ko­tom i oba­wia się, że po jej śmier­ci ro­dzi­na to za­kwe­stio­nu­je.

Śni­ło mi się, że za­po­mnia­łam, jak wy­glą­dasz. W tym śnie nie pa­mię­ta­łam Two­jej twa­rzy i to było ni­czym kosz­mar.

A gdy się obu­dzi­łaś?

Gdy się obu­dzi­łam, szyb­ko po­bie­głam do biur­ka i spoj­rza­łam na Two­ją fo­to­gra­fię.

Trzy­masz moje zdję­cie na biur­ku?

Nie­ste­ty w biur­ku, ze wzglę­du na Ale­ka. Przy­zwy­cza­ił się, że w ram­ce stoi fo­to­gra­fia jego ojca.

Czy­li je­ste­śmy ze sobą w peł­nej kon­spi­ra­cji?

Do cza­su, ko­cha­ny, do cza­su.

Niby to nie było nic waż­ne­go, na ekra­nie kom­pu­te­ra jej sło­wa, jego sło­wa, ale wła­śnie w nich szu­ka­ła opar­cia w cięż­kich chwi­lach. Mi­ja­ły mie­sią­ce, po­tem już lata, a on sta­le się pod­pi­sy­wał: Twój An­drew. Czy na­praw­dę był wciąż jej?

Czę­sto też do sie­bie te­le­fo­no­wa­li. An­drew żar­to­wał, że przy­tra­fił mu się ro­mans te­le­fo­nicz­ny. Ale cze­go jesz­cze może ocze­ki­wać od ży­cia sta­ry czło­wiek?

– Ty nig­dy nie bę­dziesz sta­ry – ob­ru­szy­ła się.

– Dzię­ki za do­bre sło­wo – od­rzekł ze śmie­chem.

Pod ko­niec dwa ty­sią­ce trze­cie­go roku Eli­za­beth pod­pi­sa­ła umo­wę na ko­lej­ną książ­kę. Czy­tel­ni­kom tak się po­do­ba­ło to, co na­pi­sa­ła o Mi­cha­le Anie­le mło­dym, że wy­daw­ca na­mó­wił ją, aby te­raz na­pi­sa­ła o Mi­cha­le Anie­le sta­rym. Pra­ca nad książ­ką wią­za­ła się z wy­jaz­da­mi do Włoch, co z ko­lei wy­ma­ga­ło zmian w ży­ciu domu; Eli­za­beth mu­sia­ła po­my­śleć o kimś, kto za­stą­pił­by ją w cza­sie nie­obec­no­ści. Oczy­wi­ście jej mat­ka na­tych­miast za­ofia­ro­wa­ła się z po­mo­cą, twier­dząc, że zaj­mie się wszyst­kim, a Alek bę­dzie pod opie­ką ko­cha­ją­cej oso­by. Ale Eli­za­beth to nie prze­ko­na­ło; mat­ka mie­wa­ła lep­sze i gor­sze dni, i w cza­sie tych gor­szych nie wy­su­wa­ła nosa ze swo­jej kry­jów­ki, któ­rą był luk­su­so­wy apar­ta­ment na Fi­fth Ave­nue. I co wte­dy? Po­my­śla­ła więc, żeby ścią­gnąć ko­goś z Ukra­iny. By­ło­by to o tyle do­bre roz­wią­za­nie, że Alek mógł­by mieć żywy kon­takt ze swo­im oj­czy­stym ję­zy­kiem. Eli­za­beth co praw­da pro­si­ła An­drew o przy­sła­nie ka­set i ksią­żek po ukra­iń­sku, chło­piec jed­nak nie kwa­pił się, aby z nich ko­rzy­stać. Le­ża­ły na pół­ce i po­kry­wa­ły się ku­rzem. Tak, po­mysł wy­da­wał się do­bry, ale z re­ali­za­cją trze­ba było po­cze­kać, bo dwie po­le­co­ne przez An­drew oso­by nie otrzy­ma­ły ame­ry­kań­skiej wizy, uda­ło się to do­pie­ro jego mło­dziut­kiej ku­zyn­ce, któ­ra przy­le­cia­ła do No­we­go Jor­ku na po­cząt­ku stycz­nia.

Już na lot­ni­sku Eli­za­beth ogar­nę­ły wąt­pli­wo­ści, czy taka oso­ba po­ra­dzi so­bie z obo­wiąz­ka­mi. Alo­na wy­glą­da­ła jak dziew­czyn­ka. Drob­na, z dłu­gim ja­snym war­ko­czem oka­la­ją­cym jej gło­wę. Mia­ła wiel­kie nie­bie­skie oczy, za­dar­ty nos i do­łek w bro­dzie. Nie mó­wi­ła po an­giel­sku, to­też Eli­za­beth usi­ło­wa­ła po­ro­zu­mie­wać się z nią swo­im nie­po­rad­nym ukra­iń­skim. Nie­ste­ty ku­zyn­ka An­drew po pro­stu jej nie ro­zu­mia­ła, Eli­za­beth po ci­chu li­czy­ła więc na po­moc Ale­ka, ale tu spo­tkał ją nie­ocze­ki­wa­ny za­wód. Chło­piec oświad­czył, że nie pa­mię­ta ukra­iń­skie­go i nie ro­zu­mie, co dziew­czy­na do nie­go mówi, po czym, trza­snąw­szy drzwia­mi, za­mknął się w swo­im po­ko­ju. Eli­za­beth po­szła za nim. Sie­dział na łóż­ku z za­cię­tą miną.

– Dla­cze­go tak po­trak­to­wa­łeś na­sze­go go­ścia? – spy­ta­ła, sta­ra­jąc się za­cho­wać spo­kój.

Wzru­szył ra­mio­na­mi.

– To jest twój gość, ja jej nie za­pra­sza­łem.

– I dla­te­go wol­no ci się za­cho­wy­wać tak nie­grzecz­nie? Nie tak się uma­wia­li­śmy.

– My­śmy się uma­wia­li, że bę­dziesz moją mamą. I nie je­steś moją mamą! – za­wo­łał ze łza­mi w gło­sie.

Usia­dła obok nie­go na łóż­ku i ob­ję­ła go ra­mie­niem. Po­czu­ła, jak cały ze­sztyw­niał, i zro­bi­ło jej się na­praw­dę przy­kro. To też było wy­ni­kiem jej za­nie­dba­nia, te ich kon­tak­ty na dy­stans, nie czy­ta­ła mu przed snem, nie przy­tu­la­ła go, nie po­pra­wia­ła mu koł­dry. Rzad­ko za­glą­da­ła wie­czo­rem do jego po­ko­ju, zwy­kle wy­cho­dził w pi­ża­mie z ła­zien­ki, mó­wił jej „do­bra­noc”, a ona mu od­po­wia­da­ła, nie ru­sza­jąc się zza biur­ka. Nie ukła­da­ło im się od sa­me­go po­cząt­ku, od dnia, kie­dy we­szli z ba­ga­ża­mi do tego miesz­ka­nia i Eli­za­beth po­czu­ła się tu na­gle sa­mot­nie i obco. Nie umia­ła od­na­leźć się w no­wej sy­tu­acji, więc za­ję­ła się sobą, za­miast wię­cej uwa­gi po­świę­cić osie­ro­co­ne­mu dziec­ku. Bo to on przede wszyst­kim zo­stał osie­ro­co­ny.

– Ja… bar­dzo bym chcia­ła być two­ją mamą, ale ty już mia­łeś mamę, mu­sisz o tym za­wsze pa­mię­tać.

– Ona jest pod zie­mią, sam wi­dzia­łem, jak ją za­ko­py­wa­li – od­parł rze­czo­wo.

Eli­za­beth po­czu­ła się na­gle bez­rad­na, nie wie­dzia­ła, jak ma wy­tłu­ma­czyć temu dziec­ku ich obec­ną sy­tu­ację i, przede wszyst­kim, dla­cze­go nie wol­no krzyw­dzić nie­obec­nych. A może to on miał ra­cję, może na­le­ża­ło słu­chać swo­ich uczuć i nie oglą­dać się na in­nych. Ale prze­cież ist­nia­ło coś ta­kie­go jak obo­wią­zek pa­mię­ta­nia. Co mia­ła mu od­po­wie­dzieć? Czy ona, oso­ba wąt­pią­ca, po­win­na mó­wić o Bogu i o tym, że du­sza jest nie­śmier­tel­na? Czy też zdra­dzić mu swo­je prze­czu­cia, że umar­li są za­wsze bli­sko nas?

– Two­ja mama bę­dzie żyła, do­pó­ki ją bę­dziesz pa­mię­tał – po­wie­dzia­ła wresz­cie.

– Ale ona zo­sta­ła tam, a ja je­stem tu­taj i nie chcę tam wra­cać… wolę pa­mię­tać mo­je­go tatę.

Ta­kie więc były jego kal­ku­la­cje, nie chciał przy­zna­wać się do mat­ki, bo to we­dług nie­go za­gra­ża­ło po­by­to­wi tu­taj. Bał się, że jako syn Oksa­ny Kry­wen­ko w któ­rymś mo­men­cie zo­sta­nie ode­sła­ny na Ukra­inę.

– Alek, twój dom jest tu­taj i ani ja, ani nikt inny nie zro­bi ni­cze­go wbrew two­jej woli, obie­cu­ję ci – po­wie­dzia­ła mięk­ko. – Ale zo­staw tro­chę miej­sca w ser­cu dla swo­jej mamy, za­słu­ży­ła na to.

– Do­brze – usły­sza­ła drżą­cy gło­sik.

Ta roz­mo­wa tro­chę zbli­ży­ła ich do sie­bie, ale pro­ble­my po­zo­sta­ły. Eli­za­beth wy­rzu­ca­ła so­bie, że bra­ku­je jej tego cie­pła, ja­kie mają inne ko­bie­ty. Po­zor­nie ła­twe na­tu­ral­ne ge­sty, jak przy­tu­le­nie ko­goś, po­ca­ło­wa­nie w po­li­czek czy roz­wi­chrze­nie wło­sów, przy­cho­dzi­ły jej z ogrom­nym tru­dem. Na­wet w obec­no­ści An­drew od­czu­wa­ła taką ba­rie­rę, ale on po­tra­fił ją prze­ła­mać. An­drew był pod tym wzglę­dem nor­mal­ny. Za­rów­no ona, jak i Alek zo­sta­li w dzie­ciń­stwie ja­koś oka­le­cze­ni emo­cjo­nal­nie i, przy­najm­niej w jej przy­pad­ku, skut­ki wy­da­wa­ły się nie­od­wra­cal­ne. Może źle się sta­ło, że chło­piec był wła­śnie z nią, może w ja­kimś in­nym domu, wśród lu­dzi, któ­rzy oka­za­li­by mu wię­cej cie­pła, jego rany szyb­ciej by się za­bliź­ni­ły. Dla­cze­go? Dla­cze­go była taka spę­ta­na w środ­ku, „zim­na jak ryba”, jak jej kie­dyś po­wie­dział w gnie­wie Jeff? Po­tem ją prze­pro­sił, pró­bu­jąc ob­ró­cić wszyst­ko w żart.

– Wy­cho­wa­no cię na praw­dzi­wą damę – po­wie­dział – a, jak wia­do­mo, praw­dzi­wym da­mom nie wy­pa­da oka­zy­wać uczuć.

Ko­cha­ła Ale­ka, ale nie umia­ła mu tego oka­zać. Sta­wa­ło się to dla niej praw­dzi­wym pro­ble­mem. Za­czę­ła się za­sta­na­wiać, czy nie zwró­cić się o po­moc do te­ra­peu­ty. Jej przy­ja­ciół­ka Sha­ron pod­ję­ła taką te­ra­pię za­raz po wyj­ściu ze szpi­ta­la i uwa­ża­ła, że bar­dzo jej po­mo­gła. Więc może war­to, żeby i ona spró­bo­wa­ła? Ale kie­dy? Kie­dy? Na wszyst­ko bra­ko­wa­ło jej cza­su. Po­win­na wy­brać się do szko­ły Ale­ka, bo gdy była tam ostat­nio, na­uczy­ciel­ka po­wie­dzia­ła jej, że chło­piec jest bar­dzo zdol­ny, robi po­stę­py, ale trud­no na­wią­zać z nim kon­takt. Nig­dy się nie od­zy­wa nie­py­ta­ny.

W ław­ce sie­dzi sam, nie zna­lazł żad­ne­go ko­le­gi. Może na­le­ża­ło za­się­gnąć rady u psy­cho­lo­ga. Ale czas, czas ją go­nił. Bra­ko­wa­ło go jej na spo­tka­nia ze stu­den­ta­mi po za­ję­ciach, kie­dy z za­pa­łem dys­ku­to­wa­li o ostat­nich hap­pe­nin­gach albo o dziw­nym świe­tle ob­ra­zów El Gre­ca. Od daw­na za­le­ga­ła z re­cen­zją do week­en­do­we­go wy­da­nia „New York Ti­me­sa”, po­na­gla­no ją już kil­ka razy.

Mimo pier­wot­nych obaw, czy Alo­na po­ra­dzi so­bie z do­mo­wy­mi obo­wiąz­ka­mi w ob­cym kra­ju, w ob­cym mie­ście, bez zna­jo­mo­ści ję­zy­ka, Eli­za­beth była z niej bar­dzo za­do­wo­lo­na. Swo­ją obec­no­ścią ta miła i bez­po­śred­nia dziew­czy­na wnio­sła do ich domu nutę opty­mi­zmu. Mia­ła ład­ny głos i czę­sto śpie­wa­ła, sprzą­ta­jąc miesz­ka­nie. Po­cząt­ko­wo tro­chę to iry­to­wa­ło Eli­za­beth, bo me­lo­dyj­ne pio­sen­ki prze­ni­ka­ły na­wet przez za­mknię­te drzwi, z cza­sem jed­nak do nich przy­wy­kła i kie­dy Alo­na wy­czer­py­wa­ła swój re­per­tu­ar i w domu za­le­ga­ła ci­sza, cze­goś za­czy­na­ło Eli­za­beth bra­ko­wać. Alek z upo­rem od­ma­wiał roz­mo­wy w swo­im daw­nym ję­zy­ku; gdy dziew­czy­na coś do nie­go mó­wi­ła, słu­chał z miną sfink­sa. Albo uda­wał, albo na­praw­dę wy­parł z pa­mię­ci swój ukra­iń­ski. Eli­za­beth sama już nie wie­dzia­ła, co o tym my­śleć. Gdy­by oka­za­ło się to praw­dą, zna­czy­ło­by, że pod­świa­do­mość dziec­ka wy­ma­za­ła ję­zyk, któ­ry ko­ja­rzył mu się ze stra­chem i cier­pie­niem.

Alo­na tym­cza­sem ro­bi­ła szyb­kie po­stę­py w na­uce an­giel­skie­go, po kil­ku mie­sią­cach moż­na już się było z nią swo­bod­nie po­ro­zu­mieć. Oka­za­ło się, że ta dziew­czy­necz­ka skoń­czy­ła wła­śnie stu­dia i ma za­miar pi­sać dok­to­rat.

– A jaki so­bie wy­bra­łaś te­mat, Alon­ko? – spy­ta­ła ją Eli­za­beth.

– Ży­cie płcio­we afry­kań­skich mo­ty­li – od­po­wie­dzia­ła z całą po­wa­gą.

Eli­za­beth uzna­ła w koń­cu, że spo­koj­nie może zo­sta­wić Ale­ka pod opie­ką pan­ny dok­to­rant­ki, i za­czę­ła się przy­go­to­wy­wać do wy­jaz­du do Włoch. Po­dróż jed­nak się od­wle­ka­ła, bo An­drew, któ­ry miał tam do niej do­łą­czyć, nie mógł z po­wo­du waż­nych spraw za­wo­do­wych opu­ścić Lwo­wa.

– Nie cze­kaj na mnie, Eli­za­beth, nie trać cza­su – mó­wił.

– Nie, tym ra­zem mu­si­my się zo­ba­czyć – od­rze­kła sta­now­czo. – Te­raz albo nig­dy!

W koń­cu uda­ło im się usta­lić datę spo­tka­nia na po­czą­tek maja.

– Ale bę­dziesz na pew­no? – py­ta­ła z nie­po­ko­jem.

– Po­sta­ram się, ko­cha­nie.

– Pa­mię­taj, je­że­li coś ci zno­wu wy­pad­nie, ja przy­ja­dę do Lwo­wa.

– To wte­dy na pew­no się nie zo­ba­czy­my!

Gdy sa­mo­lot wzbił się w po­wie­trze, po­my­śla­ła, że te­raz z każ­dą chwi­lą bę­dzie przy­bli­ża­ła się do An­drew, i ogar­nę­ło ją uczu­cie ogrom­nej ra­do­ści. Tak cie­szyć się po­tra­fi­ła tyl­ko jako dziec­ko, gdy do­sta­wa­ła dłu­go ocze­ki­wa­ny pre­zent, ro­wer albo lal­kę.

Oby nic im nie prze­szko­dzi­ło, żeby jej sa­mo­lot się nie roz­bił, a An­drew nie za­trzy­ma­ły pil­ne spra­wy.

Była jesz­cze cho­ra pani Sa­nic­ka, któ­ra w każ­dej chwi­li mo­gła po­czuć się go­rzej.

Ale sa­mo­lot wy­lą­do­wał szczę­śli­wie na Fiu­mi­ci­no i Eli­za­beth bez prze­szkód do­tar­ła do ho­te­lu, w któ­rym za­wsze się za­trzy­my­wa­ła. Był to so­lid­ny ho­tel z tra­dy­cja­mi; z okien roz­ta­czał się na­praw­dę wspa­nia­ły wi­dok na Rzym. Wcho­dzi­ło się do nie­go po słyn­nych Hisz­pań­skich Scho­dach, skrę­ca­ło w pra­wo w pięk­ną, sta­rą ulicz­kę i po le­wej stro­nie znaj­do­wa­ło się już wej­ście, przed któ­rym por­tier z nie­zwy­kłą ser­decz­no­ścią wi­tał go­ści. Zdzi­wi­ła się na wi­dok zna­jo­mej, lek­ko przy­gar­bio­nej syl­wet­ki le­ci­we­go An­to­nia, bo kie­dy była tu ostat­nio, za­po­wie­dział, że wkrót­ce od­cho­dzi na eme­ry­tu­rę.

– Be­nve­nu­ta a Roma, si­gno­ra Con­ne­ry! – za­wo­łał ura­do­wa­ny.

– Bu­on­gior­no, An­to­nio, la­vo­ri sem­pre?

– Si, sono an­da­to in pen­sio­ne ma che noia. Devo la­vo­ra­re, ve­de­re la gen­te, al­tri­men­ti sen­to la mor­te avvi­ci­nar­si… – od­parł z sil­nym rzym­skim ak­cen­tem.

Eli­za­beth przy­ję­ła to do wia­do­mo­ści i we­szła do środ­ka. Na pierw­szym pię­trze od po­łu­dnio­wej stro­ny mia­ła swój ulu­bio­ny po­kój, a po­nie­waż był dwu­oso­bo­wy, mo­gła go tym ra­zem za­re­zer­wo­wać dla nich oboj­ga. Ho­te­lo­wy boy wniósł jej ba­ga­że, dała mu na­pi­wek i wy­szła na ta­ras; wśród da­chów Rzy­mu do­strze­gła cha­rak­te­ry­stycz­ną ko­pu­łę Ba­zy­li­ki św. Pio­tra i po­czu­ła się tak, jak­by wła­śnie wró­ci­ła do domu.

An­drew miał przy­le­cieć na­za­jutrz oko­ło po­łu­dnia, a ona o tej po­rze umó­wio­na była w wy­daw­nic­twie, któ­re wy­da­ło wła­śnie tłu­ma­cze­nie jej książ­ki o Pie­te­rze Bru­eglu star­szym, i nie mo­gła przy­wi­tać się z nim na lot­ni­sku.

Spo­tka­li się w ho­te­lu. Pra­wie nie mo­gła uwie­rzyć, że to na­praw­dę on. Wy­glą­dał do­kład­nie tak, jak go za­pa­mię­ta­ła: te same szpa­ko­wa­te skro­nie, może odro­bi­nę wię­cej si­wi­zny, zna­jo­me bruz­dy wo­kół ust i lek­ko zmru­żo­ne, ciem­ne, nie­co kpią­ce oczy.

– Nic się nie zmie­ni­łeś – po­wie­dzia­ła, sta­ra­jąc się za­pa­no­wać nad swo­im gło­sem. – A ja?

– Ty to je­steś ty – od­rzekł. – Czy to waż­ne, że mo­żesz mieć dwie zmarszcz­ki wię­cej?

Eli­za­beth zro­bi­ła na­dą­sa­ną minę.

– Sko­ro tak mó­wisz, to zna­czy, że się po­sta­rza­łam.

– Li­czę na to – od­rzekł ze śmie­chem. – Co taki star­szy pan ro­bił­by z pod­lot­kiem? Chodź, pój­dzie­my coś zjeść, je­stem bar­dzo głod­ny.

Eli­za­beth za­pro­wa­dzi­ła go do ma­łej re­stau­ra­cyj­ki nie­opo­dal ho­te­lu, gdzie też zo­sta­ła miło po­wi­ta­na przez wła­ści­ciel­kę. Za­mie­ni­ły kil­ka słów, po­tem tam­ta przy­ję­ła za­mó­wie­nie.

Do obia­du wy­pi­li bu­tel­kę wina. Sie­dzie­li przy ma­łym sto­li­ku z wi­do­kiem na sta­ry mur po­ro­śnię­ty pną­czem ob­sy­pa­nym drob­ny­mi ró­żo­wy­mi kwiat­ka­mi. Okno było otwar­te, więc ich sil­ny za­pach przy­pra­wiał nie­mal o za­wrót gło­wy.

– Cie­ka­we, co to za ro­śli­na – za­sta­na­wia­ła się Eli­za­beth. – Sły­sza­łam taką plot­kę, że swe­go cza­su Kle­opa­tra przy­wio­zła do Rzy­mu sa­dzon­kę krze­wu, któ­re­go kwia­ty wy­dzie­la­ły sil­ny aro­mat po­zba­wia­ją­cy męż­czyzn woli, dzię­ki cze­mu ła­two przy­cho­dzi­ło kró­lo­wej pro­wa­dzić ne­go­cja­cje.

– Czy cho­dzi­ło tyl­ko o męż­czyzn? – do­py­ty­wał się An­drew. – Na ko­bie­ty ten za­pach nie dzia­łał?

– Sły­sza­łam tyl­ko o męż­czy­znach – ro­ze­śmia­ła się.

Wró­ci­li po­tem do ho­te­lu. Zna­leź­li się na­gle sami, na wy­cią­gnię­cie ręki. Eli­za­beth tak dłu­go cze­ka­ła na tę chwi­lę, czę­sto wy­obra­ża­ła so­bie, jak to bę­dzie, kie­dy się wresz­cie spo­tka­ją. A te­raz nie od­czu­wa­ła ni­cze­go prócz po­twor­ne­go onie­śmie­le­nia. Wy­da­wa­ło jej się, że nie od­wa­ży się przed nim ro­ze­brać. „Może wspól­ny po­kój to błąd – po­my­śla­ła – może trze­ba było za­miesz­kać osob­no?”

An­drew mu­siał wy­czuć, co się z nią dzie­je. Pod­szedł do drzwi bal­ko­no­wych i otwo­rzył je na oścież, po­tem, sto­jąc w nich, za­pa­lił pa­pie­ro­sa.

– Mam taki ulu­bio­ny film, o dwoj­gu nie­mło­dych już lu­dziach, któ­rzy za­ko­cha­li się w so­bie – po­wie­dział. – O ile do­brze pa­mię­tam, nosi ty­tuł Cie­ni­sta do­li­na. Wi­dzia­łaś go może?

– Nie są­dzę, rzad­ko cho­dzę do kina – od­rze­kła nie­na­tu­ral­nie spię­tym gło­sem.

– Głów­ną rolę grał w nim An­tho­ny Hop­kins – cią­gnął An­drew – a part­ne­ro­wa­ła mu nie­zwy­kła ak­tor­ka, De­bra Win­ger. I wiesz, była tam taka sce­na: sta­ry ka­wa­ler, ze swo­imi przy­zwy­cza­je­nia­mi i dzi­wac­twa­mi, przy­wo­zi świe­żo po­ślu­bio­ną żonę, tęże De­brę, do swo­je­go domu. Idą do sy­pial­ni, ale pan mło­dy ma bar­dzo nie­wy­raź­ną minę. Ona pyta: „O co cho­dzi?”, a on od­po­wia­da, że nie jest pe­wien pro­ce­du­ry. I na to De­bra: „A co ro­bi­łeś wczo­raj przed pój­ściem spać?” On: „Wło­ży­łem pi­ża­mę, umy­łem zęby i po­ło­ży­łem się do łóż­ka”. „Więc zrób to te­raz, włóż pi­ża­mę, umyj zęby, jak wró­cisz z ła­zien­ki, ja tu nadal będę”.

An­drew pod­szedł do Eli­za­beth, ujął ją za ra­mio­na i spoj­rzał pro­sto w oczy.

– Są­dzę, ko­cha­nie, że ty też nie je­steś pew­na pro­ce­du­ry – po­wie­dział cie­pło. – Więc idź do ła­zien­ki, umyj zęby, a ja tu będę na cie­bie cze­kał…

I na­gle wszyst­ko się zmie­ni­ło, nie­daw­ne skrę­po­wa­nie znik­nę­ło bez śla­du. Obo­je byli nadzy, tak bar­dzo po­trze­bu­ją­cy sie­bie na­wza­jem. Szep­ta­ła nie­przy­tom­nie ja­kieś sło­wa, po­wta­rza­ła An­drew, że go ko­cha. Ale on prze­cież o tym wie­dział.

Le­że­li po­tem obok sie­bie wy­czer­pa­ni, ona z gło­wą na jego pier­si.

– Wiesz co – po­wie­dzia­ła – chcia­ła­bym obej­rzeć tę Cie­ni­stą do­li­nę…

– Nie wiem, czy jesz­cze ją gra­ją, to sta­ry film.

– Jak sta­ry? – spy­ta­ła.

– No… kie­dy ja go oglą­da­łem? – za­sta­na­wiał się.

– Chy­ba to był rok dzie­więć­dzie­sią­ty dru­gi albo trze­ci.

– Sam by­łeś w ki­nie?

– Sam. I jest to je­dy­ny film, któ­ry oglą­da­łem dwa razy.

Eli­za­beth ziew­nę­ła, z wol­na ogar­nia­ła ją sen­ność po tym dniu peł­nym na­pięć, ale i wiel­kiej ra­do­ści. Za­sy­pia­jąc, czu­ła obec­ność An­drew. I było tak, jak­by nig­dy się nie roz­sta­wa­li.