Powrót do domu. Wezwanie Ziemi - Orson Scott Card - ebook
Opis

Druga po „Pamięci Ziemi” część znakomitego cyklu Carda!

Naddusza uświadamia sobie, że nie może już skutecznie ochraniać mieszkańców Harmonii przed ich autodestrukcyjnymi skłonnościami. W celu dalszego wypełniania swojej misji musi uzyskać pomoc od Opiekuna Ziemi – nadrzędnej sztucznej inteligencji. Ingeruje zatem w umysły wybranych ludzi, aby skłonić ich do powrotu na opuszczoną przed milionami lat Ziemię...

Angażująca i przekonująca lektura. „Kirkus Reviews”

Po „Pamięci Ziemi” obiecano nam jeszcze cztery tomy tej serii! Pierwsza część nie zawiodła, druga jest jeszcze lepsza. Prawdziwa uczta dla smakosza fantastyki. „Chicago Tribune”

Orson Scott Card (ur. 1951) – jeden z najbardziej popularnych autorów science fiction. Debiutował opowiadaniem „Gra Endera”, które zapoczątkowało kultowy cykl. „Wezwanie Ziemi” to druga z pięciu części innego słynnego cyklu autora.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 407

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału

The Call of Earth

Copyright © 1993 by Orson Scott Card

All rights reserved

Projekt okładki

Dariusz Kocurek

Redakcja

Łucja Grudzińska

Korekta

Jolanta Kucharska

ISBN 978-83-7839-815-8

Warszawa 2011

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Dave’owi Dollahite’owi

Nauczycielowi i marzycielowi

Mężowi i ojcu

Przyjacielowi i współobywatelowi

Objaśnienia genealogiczne

Z powodu zwyczajów małżeńskich panujących w mieście Basilika związki pokrewieństwa są nieco zawiłe. Poniższe tablice genealogiczne dadzą jaśniejszy ich obraz. Imiona kobiet są pisane kursywą.

RODZINA WETCHIKA

RODZINA RASY

SIOSTRZENICE RASY

(jej wzorowe uczennice, „zaadoptowane” poprzez udzielanie im stałego poparcia finansowego)

•Shedemei

•Lal

•Eiadh

•Hushidh i Luet (siostry)

RODZINA HOSNI

Imiona zdrobniałe

Większość imion posiada zdrobnienia lub formy poufałe. Przykładowo bliski krewny, dobrzy przyjaciele, obecna partnerka i poprzednie partnerki Gaballufixa mogliby go nazywać Gab. Poniżej wyszczególniono inne imiona zdrobniałe (ponieważ są obce, imiona kobiece napisano kursywą):

Dhelembuvex – Dhel

Lal – Lalya

Drotik – Dorya

Eiadh – Edhya

Elemak – Elya

Hosni – Hosya

Hushidh – Shuya

Issib – Issya

Kokor – Kyoka

Luet – Lutya

Mebbekew – Meb

Nafai – Nyef

Obring – Briya

Rasa – (nie ma zdrobnienia)

Rashgallivak – Rash

Roptat – Rop

Sevet – Sevya

Shedemei – Shedya

Smelost – Smelya

Vas – Vasya

Volemak – Volya

Wetchik – (nie ma zdrobnienia; tytuł rodziny Volemaka)

Zdorab – Zodya

Wymowa imion

Przy czytaniu tej opowieści nie ma większego znaczenia, czy czytelnik wymawia imiona bohaterów poprawnie. Ale dla zainteresowanych podano kilka informacji dotyczących wymowy imion.

Zasady tworzenia samogłosek w języku Basiliki wymagają, aby w większości słów przynajmniej jedną samogłoskę wymawiać z wiodącą spółgłoską j. W imionach może to być prawie każda samogłoska i mówiący może ją zmieniać – bez uszczerbku dla poprawności językowej – zgodnie ze swoimi upodobaniami. Dlatego imię Gaballufix można wymawiać Gjah-BA-lu-fiks albo Ga-BA-lju-fiks; tak się składa, że sam Gaballufix preferował wymowę Gah-BJA-lu-fiks i oczywiście większość ludzi stosowała właśnie tę formę.

Dhelembuvex (del-EM-bju-weks)

Lal (LJAL)

Drotik (DROT-jik)

Eiadh (EJ-jad)

Elemak (EL-je-mak)

Hosni (HJOZ-ni)

Hushidh (HJU-szid)

Issib (IS-jib)

Kokor (KJO-kor)

Luet (LJU-et)

Mebbekew (MEB-bek-kju)

Nafai (NJA-faj)

Obring (OB-rjing)

Rasa (RAZ-ja)

Rashgallivak (rasz-GJA-li-wak)

Roptat (ROŁP-tjat)

Sevet (SEW-jet)

Shedemei (SZJED-e-mej)

Truzhnisha (truż-NJI-sza)

Vas (WJAS)

Volemak (WOL-je-mak)

Wetchik (ŁET-czjik)

Zdorab (ZDOR-jab)

Prolog

Główny komputer planety Harmonia nie był przeznaczony do takiej bezpośredniej ingerencji w sprawy ludzi. Głęboko niepokoił go fakt, że niedawno sprowokował młodego Nafaia do zamordowania Gaballufixa. Ale jak mógł główny komputer wrócić na Ziemię bez Indeksu? I jak mógł Nafai zdobyć Indeks bez zabicia Gaballufixa? Nie było innego wyjścia.

A może było? Jestem stary, powiedział do siebie główny komputer. Mam czterdzieści milionów lat, jestem maszyną, która nawet w przybliżeniu nie miała tak długo istnieć. Skąd mogę wiedzieć, czy mój osąd jest właściwy? A jednak kierując się moim osądem, doprowadziłem do śmierci człowieka i młody Nafai zadręcza się poczuciem winy z powodu uczynku, do którego go namówiłem. A to wszystko w celu sprowadzenia Indeksu z powrotem do Zvezdakrooga, abym mógł powrócić na Ziemię.

Gdybym tylko mógł porozmawiać z Opiekunem Ziemi. Gdyby tylko Opiekun potrafił mi powiedzieć, co teraz robić. Wówczas mógłbym działać z pewnością siebie. Wówczas nie musiałbym powątpiewać w mój każdy uczynek, zastanawiać się, czy wszystko, co robię, to nie przypadkiem skutek mojej degeneracji.

Główny komputer miał ogromną potrzebę porozmawiania z Opiekunem, jednak mógł to zrealizować jedynie po powrocie na Ziemię. To było błędne koło przyprawiające o frustrację. Główny komputer nie mógł postępować mądrze bez pomocy Opiekuna; musiał postępować mądrze, żeby dotrzeć do Opiekuna.

Co teraz? Co teraz? – myślał. Potrzebuję mądrości, lecz któż może mną pokierować? Posiadam znacznie większą wiedzę, niż jakikolwiek człowiek może mieć nadzieję kiedykolwiek zdobyć, a jednak porady mogę szukać jedynie w ludzkich umysłach.

Czy to możliwe, aby ludzkie umysły mogły wystarczyć? Żaden komputer nie był zdolny do takiej genialnej dezorganizacji jak ludzki mózg. Człowiek podejmował najbardziej zdumiewające decyzje na podstawie zaledwie strzępków informacji, ponieważ jego mózg łączył je w dziwny i poprawny sposób. Z pewnością istniała możliwość, że można by z ludzi wyłuskać pewną przydatną mądrość.

Z drugiej jednak strony może nie. Ale warto spróbować, prawda?

Za pośrednictwem swoich satelitów główny komputer wysłał obrazy do umysłów ludzi najbardziej podatnych na odbiór jego przekazów. Te obrazy od głównego komputera zaczęły się wplatać we wspomnienia ludzi, zmuszając ich umysły, aby je przyswoiły, dopasowały, rozwikłały. Aby utworzyły z nich dziwne i wywierające ogromny wpływ opowieści zwane przez ludzi snami. Może w ciągu kilku następnych dni, kilku tygodni ich sny ujawnią jakiś związek lub dadzą jakieś wyjaśnienie, które główny komputer mógłby wykorzystać jako pomoc przy podejmowaniu decyzji, jak nakłonić najlepszych spośród ludzi do opuszczenia planety Harmonia i podróży na Ziemię.

Przez te wszystkie lata uczyłem ich, prowadziłem, kształtowałem i ochraniałem, myślał. Czy teraz, pod koniec mojego życia, są gotowi, by uczyć, prowadzić, kształtować i ochraniać mnie? To mało prawdopodobne. Tak mało prawdopodobne. Na pewno będę zmuszony sam o wszystkim zadecydować. A kiedy już to uczynię, na pewno zrobię to niewłaściwie. Może wcale nie powinienem działać. Może wcale nie powinienem działać. Nie powinienem działać. Nie będę. Muszę…

Czekać.

Czekać.

Jeszcze raz, czekać…

Zdrada

SEN GENERAŁA

Generał Vozmuzhalnoy Vozmozhno obudził się mokry od potu. Pojękiwał. Otworzył oczy i wyciągnął rękę. Ktoś chwycił ją i przytrzymał. Mężczyzna. Generał Plodorodnuy. Jego najbardziej zaufany zastępca. Najdroższy przyjaciel. Najbliższy sercu powiernik.

– Śniłeś, Moozh. – Był to przydomek, którego tylko Plod ośmielał się używać w jego obecności.

– To prawda. – Moozh wzdrygnął się na wspomnienie. – Co za sen!

– Czy był wróżebny?

– Tak czy owak przerażający.

– Opowiedz mi. Dobrze sobie radzę ze snami.

– Wiem, tak jak dobrze sobie radzisz z kobietami. Kiedy już z nimi kończysz, mówią to, co chcesz, żeby mówiły!

Plod wybuchnął śmiechem, lecz potem czekał. Moozh nie wiedział, dlaczego nie ma ochoty opowiedzieć tego snu Plodowi. Tak wiele innych mu dawniej opowiedział.

– No dobrze, oto mój sen. Zobaczyłem stojącego na polanie człowieka, wokół którego fruwały straszne stwory – nie ptaki, były pokryte futrem, lecz znacznie większe od nietoperzy. Krążyły, pikowały, dotykały tego człowieka. On stał w miejscu i nic nie robił. Kiedy wreszcie wszystkie go dotknęły, odleciały z wyjątkiem jednego, który przysiadł mu na ramieniu.

– Ach… – wtrącił Plod.

– Jeszcze nie skończyłem. Zaraz potem zaroiło się tam od olbrzymich szczurów, które powyłaziły z nor w ziemi. Liczyły co najmniej metr długości, były w połowie takie wysokie jak ten człowiek. I znów podchodziły po kolei, aż wszystkie go dotknęły…

– Czym? Zębami? Pazurami?

– I nosami. Dotknęły go, to wszystko, co wiedziałem. Nie rozpraszaj mnie.

– Wybacz.

– Kiedy już wszystkie go dotknęły, odeszły.

– Z wyjątkiem jednego.

– Tak. Przywarł do jego nogi. Widać ten sam schemat.

– Kto był następny?

Moozh się wzdrygnął. To była najstraszniejsza część snu, a jednak teraz, kiedy zdołał to wypowiedzieć, nie potrafił zrozumieć dlaczego.

– Ludzie.

– Ludzie? Przyszli, żeby go dotknąć?

– Żeby… żeby go całować. Jego ręce, jego stopy. Żeby oddać mu cześć. Były ich tysiące. Tyle że całowali nie tylko tego człowieka. Całowali też… latającego stwora. I olbrzymiego szczura, który trzymał się kurczowo jego nogi. Całowali ich wszystkich.

– Ach… – Plod wyglądał na zmartwionego.

– No i co ty na to? O co tu chodzi? Co to wróży?

– Człowiek, którego widziałeś, to oczywiście imperator.

Czasami interpretacje Ploda wydawały się bliskie prawdy, ale tym razem serce Moozha zbuntowało się przeciwko idei łączenia imperatora z człowiekiem ze snu.

– Dlaczego to takie oczywiste? Z wyglądu wcale nie przypominał imperatora.

– Naturalnie dlatego, że cała przyroda i ludzkość oddawały mu cześć.

Moozh wzruszył ramionami. Nie była to najbardziej inteligentna interpretacja Ploda. Ponadto Moozh nigdy nie słyszał o miłości zwierząt do imperatora, który uważał się za wielkiego myśliwego. Oczywiście polował tylko w swoich parkach, gdzie wszystkie drapieżniki wytresowano tak, aby zachowywały się dziko, lecz nigdy nie atakowały, a inne zwierzęta oswojono. Imperator grał swoją rolę w wielkim spektaklu rywalizacji między człowiekiem a zwierzem, lecz nigdy nie był w niebezpieczeństwie, ponieważ zwierzę niewinnie wystawiało się na jego szybki cios strzałki, prosty rzut oszczepu, bezlitosne cięcie ostrza. Jeśli na tym polegało oddawanie czci, jeśli taka właśnie była przyroda, to tak, można było powiedzieć, że cała przyroda i ludzkość oddawały cześć imperatorowi…

Plod oczywiście nic nie wiedział o takich myślach Moozha; jeżeli ktoś na swoje nieszczęście miewał złośliwe myśli na temat imperatora, pilnował, żeby przyjaciół nie obarczać wiedzą o nich.

Tak więc Plod kontynuował swoją interpretację snu Moozha.

– Co to wróży, ta cześć oddawana imperatorowi? Sama w sobie nic. Ale fakt, że to wzbudziło w tobie odrazę, fakt, że odskoczyłeś z przerażeniem…

– Oni całowali szczura, Plod! Całowali tego obrzydliwego latającego stwora…

Plod jednak nic nie powiedział, kiedy Moozh zawiesił głos. Nic nie powiedział i obserwował zwierzchnika.

– Nie przeraża mnie myśl o ludziach oddających cześć imperatorowi. Sam klękałem przed Niewidzialnym Tronem. To nie było straszne, to było… uszlachetniające.

– Tak mówisz – powiedział Plod. – Ale sny nie kłamią. Może powinieneś się oczyścić z jakiegoś zła w swoim sercu.

– Słuchaj, to ty powiedziałeś, że mój sen dotyczył imperatora. Dlaczego tamtym mężczyzną nie mógł być… no nie wiem… władca Basiliki?

– Ponieważ nieszczęsnym miastem Basilika rządzą kobiety.

– No więc nie Basiliki. Mimo wszystko uważam, że sen dotyczył…

– Czego?

– Skąd miałbym to wiedzieć? Oczyszczę się, tak na wszelki wypadek, gdybyś miał rację. Nie umiem interpretować snów.

Akt oczyszczenia oznaczał zmarnowanie kilku godzin w namiocie orędownika. Spędzanie tam co miesiąc pewnego czasu było bardzo nudne, lecz stanowiło polityczną konieczność, gdyż w przeciwnym razie raporty o bezbożności danej osoby szybko docierały do Gollod, gdzie imperator decydował, kto zasługuje na stanowisko dowódcy, a kto na degradację lub śmierć. Moozh i tak musiał niedługo złożyć wizytę w przybytku orędownika, ale nienawidził tego tak, jak dziecko nienawidzi kąpieli.

– Zostaw mnie w spokoju, Plod. Bardzo mnie unieszczęśliwiłeś.

Plod uklęknął przed Moozhem i ujął jego prawą dłoń w swoje ręce.

– Wybacz mi.

Moozh oczywiście od razu mu wybaczył, ponieważ byli przyjaciółmi. Później tego samego ranka wyruszył z obozu i zabił przywódców tuzina wiosek w Khlami. Wszystkie wioski niezwłocznie przysięgły dozgonną miłość i oddanie imperatorowi, i kiedy generał Vozmuzhalnoy Vozmozhno poszedł wieczorem oczyścić się w świętym przybytku, orędownik ochoczo udzielił mu wybaczenia, gdyż tego dnia Moozh bardzo przyczynił się do powiększenia sławy i godności imperatora.

BASILIKA, RZECZYWISTOŚĆ

Dostępne w pełnej wersji

Okazja

Dostępne w pełnej wersji

Ochrona

Dostępne w pełnej wersji

Żony

Dostępne w pełnej wersji

Mężowie

Dostępne w pełnej wersji

Śluby

Dostępne w pełnej wersji

Córki

Dostępne w pełnej wersji

Epilog

Dostępne w pełnej wersji

Podziękowania

Dostępne w pełnej wersji