Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Powracający głód - Jean-Marie Gustave Le Clezio

Najnowsza powieść laureata literackiej Nagrody Nobla. Opowieść o świecie obdzieranym z nadziei i piękna. Pisana oszczędnie, bez zbędnych słów.

Paryż. Dziesięcioletnia Ethel mocno trzyma za rękę pana Solimana, stryjecznego dziadka. Oglądają wystawę poświęconą dawnym koloniom francuskim. Jest rok 1931. Nic nie zapowiada katastrofy. Ethel nie zna jeszcze Kseni – córki rosyjskich emigrantów, niegdyś arystokratów, teraz walczących o przetrwanie w paryskich dzielnicach biedy. Dopiero przeczuwa znaczenie ciężkiej ciszy i nocnych kłótni rodziców. Jeszcze mówi się Adolf Hitler, tak jak mówi się Pierre Leval czy Aristide Brand. Jeszcze nie muszą uciekać do Nicei. Ojciec nie stracił całego majątku...
Później przyjdzie głód. I Ethel pomyśli, że ma dwadzieścia lat i nigdy nie była młoda.


Le Clézio namalował wspaniały portret kobiety zakotwiczonej w historii. Powracający głód to jedna z najniezwyklejszych książek tego autora, a na pewno jedna z najbardziej poruszających.
Lire

Le Clézio jest wirtuozem języka, muzykiem, który tworzy w Powracającym głodzie niepokojącą melodię, skomponowaną z poczucia pustki, frustracji i głodu.
evene.fr

Motywem przewodnim Powracającego głodu jest Bolero Ravela, którego stałe crescendo oddaje eskalację napięcia i uczucia niepokoju w przededniu drugiej wojny światowej i kończy się eksplozją, po której nastąpić może tylko śmiertelna cisza.
Odra

Książka zdumiewająca, osobista, nieoczekiwana. Le Clézio wprawia w zdumienie, oczarowuje i urzeka tą głęboką, poruszającą i smutną opowieścią.
Madame Figaro

Powracający głód to książka o francuskim poczuciu winy, którą czyta się ze ściśniętym gardłem.
Le Point

Opinie o ebooku Powracający głód - Jean-Marie Gustave Le Clezio

Fragment ebooka Powracający głód - Jean-Marie Gustave Le Clezio

J.M.G. Le Clézio

PO­WRA­CAJĄCY GŁÓD

Przełożyła Han­na Igal­son-Ty­giel­ska

Tytuł ory­gi­nału: Ri­to­ur­nel­le de la faim

Co­py­ri­ght © Edi­tions Gal­li­mard, Pa­ris, 2008

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Wy­daw­nic­two W.A.B., 2009

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Wy­daw­nic­two W.A.B., 2009

Wy­da­nie I

War­sza­wa 2009

Anno, Anno, poślę

Mój głód na two­im ośle

W czym za­sma­ko­wać mi jesz­cze,

Jeśli nie w zie­mi i głazach!

Dziń! Dziń! Dziń! Jedz­cie po­wie­trze,

Węgle, kawały żela­za.

Głody me, paście się, głody,

Na dźwięków łące!

Ciągnij­cie z łodyg

Wesołe soki trujące.

Ar­thur Rim­baud, Uczta głodu

tłum. Adam Ważyk

Je­mia, fo­re­ver

Znam głód, czułem go. Jako dziec­ko, pod ko­niec woj­ny, ra­zem z in­ny­mi uga­niam się za ame­ry­kański­mi ciężarówka­mi, wyciągając ręce, żeby złapać w bie­gu li­stek gumy do żucia, cze­ko­ladę albo chleb rzu­ca­ne przez żołnie­rzy. W dzie­ciństwie tak bar­dzo po­trze­buję tłuszczu, że wy­pi­jam oliwę z pudełek po sar­dyn­kach i łako­mie ob­li­zuję łyżkę z tra­nem, który bab­ka daje mi na wzmoc­nie­nie. Tak je­stem złak­nio­ny soli, że garścia­mi wy­ja­dam sza­re krysz­tałki ze słoja w kuch­ni.

Jako dziec­ko po raz pierw­szy skosz­to­wałem białego chle­ba. Nie bo­che­nek z pie­kar­ni – ten, bar­dziej bury niż ra­zo­wy, skąpo za­pra­wio­ny mąką i hoj­nie tro­ci­na­mi, o mało mnie nie zabił, kie­dy miałem trzy lata. Chleb kwa­dra­to­wy, wy­pie­czo­ny w for­mie, z prze­sia­nej mąki, lek­ki, pachnący, o mięki­szu tak białym jak pa­pier, na którym piszę. A kie­dy to piszę, ślina napływa mi do ust, jak­by czas nie minął, jak­by związek z wcze­snym dzie­ciństwem prze­trwał w nie­na­ru­szo­nym sta­nie. Wpy­cham do ust kawałki pu­szy­ste­go, roz­pusz­czającego się w ustach chle­ba i le­d­wo przełknę, proszę o jesz­cze, i gdy­by bab­ka nie za­mknęła go na klucz w sza­fie, zjadłbym go w całości i roz­cho­ro­wał się. Nic nig­dy tak mnie nie za­spo­koiło, nic dotąd nie uci­szyło tak mo­je­go głodu, nic tak całko­wi­cie mnie nie na­sy­ciło.

Jem ame­ry­kański spam. Po­tem długo prze­cho­wuję me­ta­lo­we pusz­ki otwie­ra­ne klu­czy­kiem, robię z nich okręty wo­jen­ne, które sta­ran­nie ma­luję na sza­ro. Za­war­ta w nich różowa mie­lon­ka, obrębio­na żela­tyną, o lek­ko my­dla­nym sma­ku, napełnia mnie szczęściem. Pachnąca świeżym mięsem mie­lon­ka po­zo­sta­wia na moim języku de­li­katną warstwę tłuszczu, wyście­la głęboko gardło. Później, dla in­nych, dla tych, co nie za­zna­li głodu, mie­lon­ka ta sta­nie się sy­no­ni­mem cze­goś obrzy­dli­we­go, po­kar­mem bie­daków. Od­na­lazłem ją dwa­dzieścia pięć lat później w Mek­sy­ku, w Be­li­ze, w skle­pi­kach Che­tu­ma­lu, Fe­li­pe Car­ril­lo Pu­er­to, Oran­ge Walk. Na­zy­wają to tam car­ne del dia­blo, mięso diabła. Ten sam spam w nie­bie­skim pudełku z ob­raz­kiem po­kro­jo­nej mie­lon­ki na liściu sałaty.

Mle­ko car­na­tion też. Roz­da­wa­ne w ośrod­kach Czer­wo­ne­go Krzyża duże pudła w kształcie wal­ca, ozdo­bio­ne kar­mi­no­wym goździ­kiem. Długo ozna­czać będzie dla mnie błogość, błogość i bo­gac­two. Na­bie­ram pełne łyżki białego prosz­ku i wy­li­zuję je, nie­mal się dusząc. To też ro­dzaj szczęścia. Żaden krem, żadne ciast­ko, żaden de­ser nie do­starczą mi po­tem tyle szczęścia. Jest ciepłe, zwar­te, lek­ko słone, sy­czy na zębach i dziąsłach, lepką cieczą spływa do gardła.

Ten głód jest we mnie. Nie mogę go za­po­mnieć. Za­pa­la ostre światło nad moim dzie­ciństwem i nie po­zwa­la go za­po­mnieć. Bez nie­go nie za­cho­wałbym w pamięci tam­te­go cza­su, tam­tych długich lat, kie­dy bra­ko­wało wszyst­kie­go. Szczęśliwy nic nie pamięta. Czyżbym był nieszczęśliwy? Nie wiem. Pamiętam po pro­stu, że pew­ne­go dnia obu­dziłem się z po­czu­ciem, że wresz­cie za­znałem cudu na­sy­ce­nia. Ten chleb, zbyt biały, zbyt miękki i zbyt ład­nie pachnący, rybi olej, który spływa mi do gardła, gru­be krysz­tały soli, pełne łyżki mle­ka w prosz­ku, lepką masą kładące się na języku i wypełniające mi usta, wte­dy za­czy­nam żyć. Opusz­czam sza­re lata i wchodzę w światło. Je­stem wol­ny. Ist­nieję.

W hi­sto­rii, którą opo­wiem, będzie mowa o in­nym głodzie.

IDom Ko­lo­ru Mal­wy

Ethel. Stoi przed wejściem do par­ku. Za­pa­da zmierzch. Łagod­ne, perłowe światło. Od Se­kwa­ny chy­ba nad­ciąga bu­rza. Moc­no ści­ska rękę pana So­li­ma­na. Ma do­pie­ro dzie­sięć lat, jest jesz­cze mała, le­d­wo sięga stry­jecz­ne­mu dziad­ko­wi do bio­dra. Przed nimi coś w ro­dza­ju mia­sta, wznie­sio­ne­go wśród drzew la­sku Vin­cen­nes, widać wieże, mi­na­re­ty, kopuły. Po oko­licz­nych bul­wa­rach prze­wa­la się tłum. Grożąca ule­wa nad­ciąga z im­pe­tem i mia­sto za­czy­na pa­ro­wać pod ciepłym desz­czem. Na­tych­miast otwie­rają się set­ki czar­nych pa­ra­so­li. Star­szy pan za­po­mniał pa­ra­so­la. Dla­te­go, kie­dy wiel­kie kro­ple za­czy­nają spa­dać, przez chwilę się waha. Ethel ciągnie go za rękę i biegną ra­zem przez bul­war ku wia­cie przy bra­mie wejścio­wej, między au­ta­mi i fia­kra­mi. Ciągnie go za lewą rękę, prawą stry­jecz­ny dzia­dek przy­trzy­mu­je czar­ny ka­pe­lusz na spi­cza­stej czasz­ce. Kie­dy bie­gnie, jego siwe bo­ko­bro­dy łopoczą na wie­trze. Ethel za­czy­na się śmiać, na co on też wy­bu­cha głośnym, ser­decz­nym śmie­chem. Muszą się schro­nić pod kasz­ta­now­cem.

Miej­sce jest cu­dow­ne. Ethel nig­dy ta­kie­go nie wi­działa, na­wet so­bie nie wy­obrażała cze­goś po­dob­ne­go. Wchodzą, prze­chodzą przez bramę Pic­pus, idą wzdłuż bu­dyn­ku mu­zeum, przed którym kłębi się tłum. Pan So­li­man nie zwra­ca na nic uwa­gi. „Zo­ba­czysz jesz­cze nie­jed­no mu­zeum”, mówi. Pan So­li­man ma pe­wien po­mysł. Dla­te­go przy­pro­wa­dził tu Ethel. Próbowała się cze­goś do­wie­dzieć, do­py­tu­je od kil­ku dni. Spry­tu jej nie brak, stry­jecz­ny dzia­dek za­wsze to po­wta­rza. Po­tra­fi wszyst­ko z człowie­ka wy­du­sić. „Co to za nie­spo­dzian­ka, jeżeli ci po­wiem!” Ethel nie ustępuje. „Mógłbyś przy­najm­niej pomóc mi zgadnąć”. Pan So­li­man sie­dzi po obie­dzie w swo­im fo­te­lu, pali cy­ga­ro. Ethel dmu­cha w kłęby dymu. „To coś do je­dze­nia? Coś do pi­cia? Jakaś ślicz­na su­kien­ka?” Ale on mil­czy jak zaklęty. Spo­koj­nie pali cy­ga­ro i pije ko­niak, jak co wieczór. „Ju­tro się do­wiesz”. Po czymś ta­kim Ethel nie może zasnąć. Przez całą noc wier­ci się i prze­wra­ca z boku na bok w swo­im małym żela­znym łóżecz­ku, które nie­miłosier­nie skrzy­pi. Za­sy­pia do­pie­ro o świ­cie i z tru­dem bu­dzi się o dzie­siątej, kie­dy mat­ka przy­cho­dzi, żeby ją za­brać na obiad do cio­tek. Pana So­li­mana jesz­cze nie­ma. Na szczęście bo­ule­vard Mont­par­nas­se i rue du Co­ten­tin leżą bli­sko sie­bie. Kwa­drans dro­gi pie­szo, a pan So­li­man jest do­brym pie­chu­rem. Idzie wy­pro­sto­wa­ny, w czar­nym ka­pe­lu­szu sztyw­no osa­dzo­nym na głowie, laską ze srebrną rączką nie do­ty­ka zie­mi. Ethel mówi, że z da­le­ka słyszy, jak nad­cho­dzi, przez har­mi­der uli­cy do­bie­ga mia­ro­we stu­ka­nie pod­ku­tych żela­zem butów o chod­nik. Ethel mówi, że przy­po­mi­na stu­kot końskich ko­pyt. Chętnie porównu­je pana So­li­mana do ko­nia, on nie ma nic prze­ciw­ko temu i nie­raz mimo swo­ich osiemdzie­sięciu lat sa­dza ją so­bie na ra­mio­na i wędrują do par­ku, a po­nie­waż jest bar­dzo wy­so­ki, Ethel może do­ty­kać ni­skich gałęzi drzew.

Deszcz ustał, idą, trzy­mając się za ręce, nad sam brzeg je­zio­ra. Pod sza­rym nie­bem je­zio­ro wy­da­je się wiel­kie, wygięte, przy­po­mi­na ba­gno. Pan So­li­man często wspo­mi­na je­zio­ra i mo­cza­ry, które nie­gdyś wi­dy­wał w Afry­ce, kie­dy był le­ka­rzem woj­sko­wym w Kon­go Fran­cu­skim. Ethel uwiel­bia, jak pan So­li­man opo­wia­da. Tyl­ko ją jedną ra­czy swo­imi hi­sto­ria­mi. Całą wiedzę o świe­cie Ethel czer­pie z jego opo­wieści. Na je­zio­rze wi­dzi kacz­ki i pożółkłego, wyraźnie znu­dzo­ne­go łabędzia. Mi­jają wyspę, na której zbu­do­wa­no grecką świątynię. Przy wejściu na drew­nia­ny most tłoczą się lu­dzie i Pan So­li­man pyta, tyl­ko tak, żeby mieć czy­ste su­mie­nie: „Masz ochotę...?” Ścisk jest strasz­ny i Ethel ciągnie stry­jecz­ne­go dziad­ka za rękę. „Nie, nie, chodźmy pro­sto do In­dii!” Ru­szają wzdłuż je­zio­ra w prze­ciw­nym kie­run­ku niż tłum. Lu­dzie rozstępują się przed rosłym mężczyzną w ob­szer­nym płasz­czu i sta­ro­mod­nym ka­pe­lu­szu i małą ja­snowłosą dziew­czynką ubraną w świąteczną pli­so­waną su­kienkę i wy­so­kie bu­ci­ki. Ethel jest dum­na z pana So­li­mana. Ma wrażenie, że to­wa­rzy­szy jej ol­brzym, człowiek zdol­ny wy­ty­czyć drogę w każdym cha­osie świa­ta.

Te­raz tłum podąża w prze­ciw­nym kie­run­ku, nad kra­niec je­zio­ra. Po­nad drze­wa­mi Ethel wi­dzi dziw­ne wieże w ko­lo­rze ce­men­tu. Z trud­nością od­czy­tu­je nazwę na ta­blicz­ce:

– Ang...kor...

– Wat! – kończy pan So­li­man. – Ang­kor Wat. Tak się na­zy­wa pew­na świąty­nia w Kam­bodży. Zda­je się wyszło to nieźle, ale naj­pierw chcę ci coś po­ka­zać.

Ma pe­wien po­mysł. Zresztą pan So­li­man nie chce iść w tym sa­mym kie­run­ku co tłum. Zbio­ro­we re­ak­cje budzą w nim nie­uf­ność. Ethel często słyszała, jak o nim mówio­no: „To ory­gi­nał”. Jej mat­ka za­wsze go bro­ni, pew­nie dla­te­go że jest jej stry­jem: „On jest bar­dzo miły”.

Wy­cho­wał bra­ta­nicę su­ro­wo. Po śmier­ci ojca za­pew­nił jej utrzy­ma­nie. Nie wi­dy­wała go często, za­wsze był da­le­ko, na dru­gim końcu świa­ta. Ko­cha go. Być może do­dat­ko­wo wzru­sza ją to, że do­stoj­ny sta­rzec tak bar­dzo wyróżnia Ethel. Zupełnie jak­by wi­działa, jak jego ser­ce otwie­ra się na­resz­cie u schyłku sa­mot­ne­go, su­ro­we­go życia.

W pew­nej chwi­li dro­ga od­da­la się od brze­gu. Spa­ce­ro­wi­cze są tu mniej licz­ni. Ta­blicz­ka głosi: DAW­NE KO­LO­NIE. Poniżej wy­pi­sa­no na­zwy; Ethel po­wo­li czy­ta:

REU­NION

GWA­DE­LU­PA 

MAR­TY­NI­KA 

SO­MA­LIA 

NOWA KA­LE­DO­NIA 

GU­JA­NA 

IN­DIE FRAN­CU­SKIE

Właśnie tu chce iść pan So­li­man.

Na po­lanę, nie­co da­lej od je­zio­ra. Cha­ty kry­te słomą i bar­dziej trwałe kon­struk­cje wzmoc­nio­ne słupa­mi po­dob­ny­mi do pni pal­my. Całość przy­po­mi­na wioskę. Pośrod­ku coś w ro­dza­ju pla­cu pokry­tego żwi­rem, gdzie roz­sta­wio­no krzesła. Siedzą na nich wi­dzo­wie, ko­bie­ty w długich suk­niach nie za­mknęły jesz­cze pa­ra­so­li, ale te­raz są to chy­ba ra­czej pa­ra­sol­ki od słońca. Pa­no­wie rozłożyli na krzesłach chu­s­tecz­ki, żeby wchłonęły kro­ple desz­czu.

– Ja­kie to ładne! – Ethel nie kry­je za­chwy­tu na wi­dok pa­wi­lo­nu Mar­ty­ni­ki. Na fron­to­nie bu­dyn­ku (również w sty­lu cha­ty) przed­sta­wio­no en ron­de bos­se wszel­kie­go ro­dza­ju kwia­ty i owo­ce eg­zo­tycz­ne, ana­na­sy, pa­pa­je, ba­na­ny, bu­kie­ty hi­bi­sku­sa i raj­skie pta­ki.

– Tak, bar­dzo ładne... Chcesz obej­rzeć?

Pyta jed­nak tak samo jak przed chwilą, z tym sa­mym wa­ha­niem w głosie, a po­nad­to trzy­ma Ethel za rękę i nie ru­sza się z miej­sca. Dziew­czyn­ka ro­zu­mie, od­po­wia­da:

– Może później.

– Zresztą w środ­ku nic nie ma.

Przez drzwi Ethel wi­dzi miesz­kankę An­ty­li w czer­wo­nym tur­ba­nie, która wygląda na zewnątrz, bez uśmie­chu. Chce do niej po­dejść, do­tknąć jej suk­ni, po­roz­ma­wiać z nią, ko­bie­ta ma taki smut­ny wy­raz twa­rzy. Ale Ethel nic nie mówi. Dzia­dek pro­wa­dzi ją na dru­gi ko­niec pla­cu, w stronę pa­wi­lo­nu In­dii Fran­cu­skich.

Bu­dy­nek jest nie­wiel­ki. Nie przy­ciąga tłumów. Lu­dzie prze­chodzą, nie za­trzy­mując się, ludz­ka fala płynie naprzód, czar­ne gar­ni­tu­ry, czar­ne ka­pe­lu­sze i lek­ki sze­lest su­kie­nek, dam­skie ka­pe­lu­sze ozdo­bio­ne piórami, owo­ca­mi, fiołkami. Dzie­ci idące z tyłu po­pa­trują w ich stronę, zer­kają na Ethel i pana So­li­ma­na, którzy idą pod prąd, prze­ci­nają drogę. Podążają w stronę po­mników, skał, świątyń, wiel­kich wież górujących nad drze­wa­mi po­dob­ny­mi do kar­czochów.

Na­wet nie za­py­tała, co to ta­kie­go. Wyjaśnił jej ści­szo­nym głosem: „To ko­pia świątyni Ang­kor Wat, kie­dyś pokażę ci praw­dziwą, jeśli ze­chcesz”. Pan So­li­man nie lubi ko­pii, in­te­re­su­je go tyl­ko praw­da, to wszyst­ko.

Za­trzy­mał się przed bu­dyn­kiem. Na jego san­gwi­nicz­nej twa­rzy ma­lu­je się za­do­wo­le­nie. W mil­cze­niu ści­ska dłoń Ethel i ra­zem wdra­pują się po drew­nia­nych stop­niach wiodących na po­dest. Dom jest zwy­czaj­ny, z ja­sne­go drew­na, dokoła bie­gnie we­ran­da wspar­ta na ko­lum­nach. Wy­so­kie oka są za­kra­to­wa­ne mu­sza­ra­ba­mi z ciem­ne­go drew­na. Nad nie­mal płaskim da­chem z wy­po­le­ro­wa­nych dachówek wzno­si się ro­dzaj wieżycz­ki z blan­ka­mi. Kie­dy wchodzą, w środ­ku nie ma ni­ko­go. Wewnętrzne podwórko w cen­tral­nej części domu skąpane jest w dziw­nym świe­tle ko­lo­ru mal­wy, spływającym z wieży. Z boku pa­tia w okrągłym ba­se­nie od­bi­ja się nie­bo. Ta­fla wody jest tak gładka, że Ethel przez chwilę myśli, że to lu­stro. Za­trzy­mała się z bijącym ser­cem, pan So­li­man też stoi bez ru­chu, z głową lek­ko od­chy­loną do tyłu spogląda na kopułę nad pa­tiem. Z drew­nia­nych bu­dek usta­wio­nych w re­gu­lar­ny ośmiokąt podłużne żarówki sączą lekką poświatę, ulotną ni­czym dym, bar­wy hor­ten­sji, jak zachód słońca nad mo­rzem.

Coś drży. Coś nie­określo­ne­go, trochę ma­gicz­ne­go. Pew­nie z po­wo­du pust­ki. Zupełnie jak­by to była praw­dzi­wa świąty­nia, po­rzu­co­na w środ­ku dżungli. Ethel wy­da­je się, że słyszy hałas wśród drzew, wy­so­kie, ochrypłe krzy­ki, ak­sa­mit­ne kro­ki dzi­kich zwierząt, prze­szy­wa ją dreszcz i przy­tu­la się do stry­jecz­ne­go dziad­ka.

Pan So­li­man nie ru­sza się. Stoi bez ru­chu pośrod­ku pa­tia, pod kopułą światła, żarówki na­dają jego twa­rzy ko­lor mal­wy, fa­wo­ry­ty przy­po­mi­nają dwa nie­bie­skie płomie­nie. Ethel na­gle ro­zu­mie: to ema­nujące z nie­go napięcie wywołało ten dreszcz. Sko­ro ktoś tak wiel­ki i sil­ny za­sty­ga w bezru­chu, musi być w tym domu jakaś ta­jem­ni­ca, wspa­niała, groźna i ulot­na, i przy naj­mniej­szym ru­chu wszyst­ko prze­sta­nie działać.

Pan So­li­man za­czy­na mówić, jak­by był u sie­bie.

– Tu­taj po­sta­wię se­kre­terę, tu­taj dwie bi­blio­te­ki... Tam będzie stał szpi­net, a w głębi afry­kańskie rzeźby z czar­ne­go drew­na, to dla nich ide­al­ne oświe­tle­nie, na­resz­cie będę mógł roz­winąć swój wiel­ki ber­be­ryj­ski dy­wan...

Ethel nie bar­dzo ro­zu­mie. Podąża za wy­so­kim mężczyzną, który prze­mie­rza po­ko­je z nie­cier­pli­wością, ja­kiej nig­dy u nie­go nie wi­działa. Wresz­cie wra­ca na pa­tio, sia­da na stop­niach po­de­stu i wpa­tru­je się w lu­strza­ne od­bi­cie nie­ba, zupełnie jak­by ra­zem ob­ser­wo­wa­li zachód słońca na la­gu­nie, gdzieś da­le­ko, w ja­kimś in­nym miej­scu, na końcu świa­ta, w In­diach, na wy­spie Mau­ri­tius, w kra­inie jego dzie­ciństwa.

Zupełnie jak sen. Gdy Ethel o tym myśli, wypełnia ją światło ko­lo­ru mal­wy, połyskli­wa ta­fla ba­se­nu od­bi­ja nie­bo. Z głębi cza­su snu­je się dym. Te­raz wszyst­ko zniknęło. To, co po­zo­stało, nie jest wspo­mnie­niem, zupełnie jak­by nig­dy nie była dziec­kiem. Wy­sta­wa ko­lo­nial­na. Za­cho­wała strzępki tam­te­go dnia, kie­dy wędro­wała z pa­nem So­li­ma­nem żwi­ro­wa­ny­mi alej­ka­mi.

– Tu­taj usta­wię swój fo­tel na bie­gu­nach, będzie zupełnie jak pod wa­rangą, w cza­sie desz­czu będę wi­dział, jak kro­ple wpa­dają do ba­se­nu. W Paryżu często pada... Założę też ho­dowlę ro­puch, żeby słyszeć, jak za­po­wia­dają deszcz...

– Co jedzą ta­kie ro­pu­chy?

– Musz­ki, ćmy, mole. W Paryżu jest dużo moli...

– I ja­kieś rośliny, ta­kie ni­skie, te co mają różowa­we kwia­ty.

– Tak, lo­to­sy. Ra­czej ne­nu­fa­ry, lo­tos nie prze­trzy­ma zimy. Ale nie w tym okrągłym ba­se­nie. Będę miał dru­gi ba­sen dla ro­puch, w głębi ogro­du. Ten lu­strza­ny niech zo­sta­nie gładki jak ta­lerz, żeby się nie­bo mogło w nim przeglądać.

Tyl­ko jed­na Ethel ro­zu­miała po­mysły pana So­li­ma­na. Przej­rzał pla­ny Wy­sta­wy, na­tych­miast wy­brał pa­wi­lon in­dyj­ski, i kupił go. Nie chciał słyszeć o pro­jek­tach męża bra­ta­ni­cy. Na jego te­re­nie nie będzie żad­nych nie­ru­cho­mości, nie po­zwo­lił do­tknąć ani jed­ne­go drze­wa. Kazał za­sa­dzić pau­low­nie, coc­cu­lus, drze­wa lau­ro­we. Sta­ran­nie przy­go­to­wał grunt pod swo­je sza­leństwo.

– Nie je­stem stwo­rzo­ny na ka­mie­nicz­ni­ka.

Żeby po­krzyżować pla­ny Ale­xan­dre’a, uczy­nił Ethel swoją spad­ko­bier­czy­nią. Oczy­wiście nic o tym nie wie­działa. A może któregoś dnia jej o tym powie­dział. Wkrótce po wi­zy­cie na Wy­sta­wie. Frag­men­ty pa­wi­lo­nu In­dii Fran­cu­skich zaczęły za­le­gać ogród przy rue de l’Ar­mo­ri­que. Żeby je osłonić od desz­czu, pan So­li­man przy­krył je brzydką, czarną plan­deką. Po­tem za­pro­wa­dził Ethel pod pa­li­sadę osłaniającą ogród. Otwo­rzył kłódkę wiszącą na bra­mie. Zo­ba­czyła czar­ne ster­ty połyskujące w głębi po­siadłości; stała jak ska­mie­niała.

– Wiesz, co to jest? – za­py­tał w końcu pan So­li­man.

– To Dom Ko­lo­ru Mal­wy.

Spoj­rzał na nią z po­dzi­wem.

– Masz rację. – Do­rzu­cił. – Odtąd będzie się na­zy­wał Do­mem Ko­lo­ru Mal­wy, sama to wymyśliłaś.

Ścisnął Ethel za rękę i wydało jej się, że już wi­dzi pa­tio, ga­le­rie i lu­strza­ne je­zior­ko od­bi­jające sza­re nie­bo.

– To będzie two­ja własność. Tyl­ko two­ja.

Po­tem do tego nie wra­cał. Pan So­li­man już taki był. Nig­dy ni­cze­go nie po­wta­rzał dwa razy.

Długo zwle­kał. Chy­ba za długo. Może wolał ma­rze­nia niż ich re­ali­zację. Po­szczególne frag­men­ty Domu Ko­lo­ru Mal­wy tkwiły pod bre­zen­tową plan­deką w głębi ogro­du, z wol­na ob­ra­stając jeżyna­mi. Mimo to pan So­li­man przy­najm­niej raz w mie­siącu uro­czyście pro­wa­dził Ethel na te­ren po­siadłości. Zimą oko­licz­ne drze­wa tra­ciły liście, ale te, które kazał za­sa­dzić pan So­li­man, wy­trzy­my­wały chłody. Coc­cu­lus i in­dyj­skie lau­ry pysz­niły się pióro­pu­sza­mi ciem­no­zie­lo­nych liści, przy­po­mi­nając ra­czej wejście do lasu niż do miej­skie­go ogro­du. Sąsied­ni te­ren należał, no­men omen, do nie­ja­kie­go pana Co­nar­da1. Był jed­nym z naj­star­szych miesz­kańców dziel­ni­cy, sy­nem człowie­ka, który otwo­rzył ulicę w 1887 roku. Rościł so­bie z tego po­wo­du pew­ne pra­wa i któregoś dnia za­ata­ko­wał pana So­li­ma­na: „Za­uważyłem, że z po­wo­du li­sto­wia pańskich eg­zo­tycz­nych drzew moje wiśnie po­zo­stają w cie­niu między południem a go­dziną trze­cią”.

Od­po­wiedź padła błyska­wicz­nie: „Może mnie pan pocałować”. Ethel nig­dy nie słyszała tego wyrażenia. Oj­ciec powtórzył je później, zaśmie­wając się do łez. Fakt, że stryj może się wyrażać jak woźnica lub żołdak (tak to ko­men­to­wał Ale­xan­dre), za­chwy­cił Ethel. Jed­no­cześnie wie­działa, że jej nie wol­no używać ta­kich słów, zwłasz­cza w obec­ności tego, który je powie­dział. I tak było do­brze.

Za­nim pra­ce nad bu­dową Domu Ko­lo­ru Mal­wy ru­szyły, pan So­li­man się roz­cho­ro­wał. Ostat­ni raz, kie­dy Ethel poszła z nim na te­ren po­siadłości, zo­ba­czyła coś dziw­ne­go. Dzi­ka gęstwi­na, która roz­sza­lała się w ogro­dzie, zo­stała wy­kar­czo­wa­na, z bre­zen­to­wej plan­de­ki usu­nięto jeżyny. Na drew­nia­nej bra­mie od uli­cy wi­siała ta­blicz­ka z po­zwo­le­niem na bu­dowę. Nie za­po­mniała, jak pre­cy­zyj­nie określono jej ro­dzaj: „Bu­do­wa par­te­ro­we­go domu miesz­kal­ne­go z drew­na”. Pan So­li­man odbył ba­ta­lię ze swym wro­giem Co­nar­dem, który sprze­ci­wiał się pro­jek­to­wi, mogącemu, jak twier­dził, spro­wa­dzić do Paryża ter­mi­ty. Jed­nak po­par­cie ze stro­ny ar­chi­tek­ta, który za­pro­jek­to­wał bun­ga­low, nie­ja­kie­go Pe­ro­ti­na, prze­ko­nało władze miej­skie i ze­zwo­le­nie wy­da­no.

Na ogołoco­nym te­re­nie wbi­to kołki i roz­piętymi na nich sznur­ka­mi wy­ty­czo­no plan domu. Ethel zdu­miały ślady ko­lo­ru mal­wy, ja­kie do­strzegła na zie­mi. To kre­da, którą pociągnięto sznur­ki, zna­czyła te­ren, kie­dy się z nim sty­kały. Pan So­li­man po­ka­zał Ethel, jak uzy­skać taki efekt. Końcem la­ski uniósł sznur, a po­tem go puścił, roz­legł się dźwięk cięciwy wra­cającej na swo­je miej­sce, dźwięczne dzing!, i na zie­mię zno­wu spadło trochę pu­dru ko­lo­ru mal­wy.

To był ostat­ni raz. Ethel za­cho­wała właśnie to wspo­mnie­nie, zupełnie jak­by łagod­ny blask oświe­tlający wnętrze Domu Ko­lo­ru Mal­wy za­bar­wił kre­do­wy pył znaczący zie­mię ogro­du.

Tej sa­mej zimy, kie­dy Ethel roz­po­czy­nała trzy­na­sty rok życia, pan So­li­man umarł. Naj­pierw cho­ro­wał. Dusił się. Leżał wyciągnięty na łóżku, w sy­pial­ni swo­je­go miesz­ka­nia przy bo­ule­vard Mont­par­nas­se. Był bar­dzo bla­dy, jego twarz ginęła w cie­niu bro­dy, oczy stra­ciły blask, i Ethel się prze­stra­szyła. Skrzy­wił się, po­wie­dział: „Trud­no jest umrzeć... to tak długo, długo trwa”. Jak­by mogła zro­zu­mieć. Po po­wro­cie powtórzyła mat­ce słowa pana So­li­mana. Ale mat­ka nie wyjaśniła. Wes­tchnęła tyl­ko: „Mu­si­my się bar­dzo mo­dlić za two­je­go dziad­ka”. Ethel się nie pomo­dliła, bo nie wie­działa, o co pro­sić. Żeby szyb­ko umarł czy żeby wy­zdro­wiał? Pomyślała tyl­ko o Domu Ko­lo­ru Mal­wy, gorąco pragnąc, żeby panu So­li­manowi star­czyło cza­su, aby go wy­do­być spod plan­de­ki z im­pre­gno­wa­ne­go płótna i wznieść we­dle wy­ty­czo­nych śladów.

W paździer­ni­ku bar­dzo padało i Ethel pomyślała, że ślady pew­nie się za­tarły. Chy­ba właśnie wte­dy zro­zu­miała, że stry­jecz­ny dzia­dek niedługo umrze.

Kse­nia

Ethel nie pamięta już, kie­dy spo­tkały się po raz pierw­szy. Może w pie­kar­ni przy rue Vau­gi­rard albo przed szkołą dla dziewcząt przy rue Mar­gu­erin. Zno­wu wi­dzi szarą ulicę, szarą sza­rugą desz­czo­we­go Paryża, pełną sza­rości, która ogar­nia wszyst­ko i prze­ni­ka człowie­ko­wi głęboko do wnętrza, wywołując łzy. Jej oj­ciec za­wsze so­bie żar­tu­je z pa­ry­skie­go nie­ba, z tego bla­de­go słońca. „Ta­blet­ka aspi­ry­ny. Opłatek pieczętny”. Słońce Mau­ri­tiu­sa to zupełnie co in­ne­go.

W całej tej sza­rości Kse­nia była jasną plamą, rozbłyskiem. Nie­zbyt wy­so­ka na swój wiek, ja­kieś dwa­naście lat, może trochę więcej. Ethel nig­dy się nie do­wie­działa, ile Kse­nia na­prawdę ma lat. Uro­dziła się po uciecz­ce mat­ki z ogar­niętej re­wo­lucją Ro­sji. W tym sa­mym roku jej oj­ciec zginął w więzie­niu, chy­ba zo­stał roz­strze­la­ny przez re­wo­lucjonistów. Mat­ka wy­je­chała z Pe­ters­bur­ga do Szwe­cji, a po­tem prze­no­siła się z kra­ju do kra­ju, aż do­tarła do Paryża. Kse­nia do­ra­stała w pew­nym nie­miec­kim mia­stecz­ku pod Frank­fur­tem. Ta­kie od­pry­ski in­for­ma­cji do­tarły do Ethel, a ona, żeby ich nie za­po­mnieć, otwo­rzyła no­te­sik na pierw­szej stro­nie i dość uro­czyście za­pi­sała: „Hi­sto­ria Kse­ni do na­szych dni”.

Za­gadnęła ją. A może to Kse­nia przemówiła pierw­sza? Wśród tłumu i sza­rości zajaśniała jak słońce, praw­dziw­sze niż opłatek. Ethel pamięta, jak moc­no zabiło jej ser­ce na wi­dok tej nie­zwykłej uro­dy. Twarz anioła, skóra bar­dzo ja­sna, a za­ra­zem trochę ma­to­wa, lek­ko wyzłoco­na opa­le­nizną kończącego się lata, złote włosy prze­ty­ka­ne czer­woną wełnianą nicią i ze­bra­ne na czub­ku głowy w war­ko­cze przy­po­mi­nające uszy ko­szy­ka sple­cio­ne­go ze świeżego zboża, i su­kien­ka, długa ja­sna su­kien­ka z fal­ban­ka­mi, bar­dzo skrom­na, gdy­by nie czer­wony haft na wy­so­kości pier­si, ta­lia tak cien­ka, że można by ją objąć dłonią (tak dużą jak dłoń pana So­li­ma­na, oczy­wiście).

Zwłasz­cza oczy Kse­ni. Nig­dy nie wi­działa ta­kich oczu. Sza­ro­nie­bie­skie, nie­co po­pie­la­te – ko­lor wy­blakłego łupku, ko­lor Mo­rza Północ­ne­go, pomyślała – ale to nie ten ko­lor ją zdzi­wił. Pan So­li­man też ma nie­bie­skie oczy, jak nie­za­po­mi­naj­ki, bar­dzo błyszczące. W tych było coś in­ne­go, pra­wie na­tych­miast spo­strzegła, że na­dają one twa­rzy Kse­ni wy­raz łagod­ne­go smut­ku – a ra­czej przy­wodzą na myśl ja­kieś od­ległe spoj­rze­nie, napływające z głębi cza­su, pełne smut­ku i na­dziei, prze­ni­kających przez zasłonę po­pie­la­tego ku­rzu. Oczy­wiście to wszyst­ko nie przyszło jej do głowy od razu. Do­tarło do niej z upływem mie­sięcy i lat, w miarę jak od­twa­rzała losy Kse­ni. Ale tam­te­go dnia, na sza­rej desz­czo­wej uli­cy, na początku roku szkol­ne­go, spoj­rze­nie nie­zna­jo­mej dziew­czyn­ki prze­niknęło do głębi jej du­szy w nagłym nie­wy­raźnym rozbłysku, wywołując łomot ser­ca.

Ethel stała z in­ny­mi uczen­ni­ca­mi, których imion już nie pamięta, grzecz­nie cze­kając na początek lek­cji po­ezji pan­ny Koh­ler, dzi­wacz­nej sta­rej pan­ny, o której opo­wia­dały so­bie nie­wy­da­rzo­ne i śmiesz­ne hi­sto­rie, gdzie za­wie­dzio­na miłość i prze­gra­na na wyści­gach for­tu­na prze­pla­tały się ze sztucz­ka­mi i wy­bie­ga­mi mającymi za­pew­nić prze­trwa­nie. Ethel nie słuchała. Wpa­trzo­na w nowo przy­byłą, nie mogąc od niej ode­rwać wzro­ku, po­wie­działa do koleżanek nie­mal szep­tem:

– Wi­działyście tę dziew­czynę?

Kse­nia na­tych­miast ją za­uważyła. Po­deszła pro­sto do niej przez szkol­ne podwórko, wyciągnęła rękę:

– Na­zy­wam się Kse­nia An­to­ni­na Sza­wi­row.

Wy­ma­wiała pierw­sze dwie li­te­ry swo­je­go imie­nia z lek­kim sy­cze­niem wy­do­by­wającym się z głębi gardła, co na­tych­miast za­chwy­ciło Ethel, po­dob­nie jak jej na­zwi­sko – inne dziewczęta nie omiesz­kały sko­rzy­stać z oka­zji do nie­zbyt wy­ra­fi­no­wa­nych żartów: „Sza­wi­row, uważaj, bo cię zro­bią na sza­ro!” W czar­nym no­te­si­ku Kse­nia na­pi­sała ma­lut­kim ołówe­czkiem swo­je na­zwi­sko, wy­rwała kartkę i podała ją Ethel ze słowa­mi: „Wy­bacz, ale nie mam bi­le­tu wi­zy­to­we­go”. Na­zwi­sko, czar­ny no­te­sik, bi­let wi­zy­to­wy, to było dla Ethel zbyt wie­le, uścisnęła rękę Kse­ni: „Chcę być twoją przy­ja­ciółką”. Kse­nia uśmiechnęła się, ale jej błękit­ne oczy po­zo­stały za zasłoną ta­jem­ni­cy.

– Oczy­wiście, ja też chcę być twoją przy­ja­ciółką.

Ethel za­pi­sała swo­je na­zwi­sko i ad­res w czar­nym no­te­si­ku, jak­by pod­pi­sy­wała ja­kieś uro­czy­ste zo­bo­wiąza­nie. Nie wia­do­mo dla­cze­go, może żeby olśnić Kse­nię, żeby zy­skać pew­ność, że zasługu­je na jej przy­jaźń, trochę przy tym skłamała.

– Miesz­ka­my tam, ale to się niedługo zmie­ni. Kie­dy tyl­ko mój dzia­dek skończy bu­do­wać dom, wszy­scy się do nie­go prze­pro­wa­dzi­my.

A jed­nak już wte­dy wie­działa, że Dom Ko­lo­ru Mal­wy nie należy do naj­bliższej przyszłości. Pan So­li­man pod­upa­dał na zdro­wiu, jego ma­rze­nie od­da­lało się. Pra­wie prze­stał wy­cho­dzić z miesz­ka­nia, zre­zy­gno­wał na­wet z co­dzien­nych prze­cha­dzek po Ogro­dzie Luk­sem­bur­skim. Kie­dy Ethel mijała drew­nianą bramę pro­wadzącą do ogro­du przy rue de l’Ar­mo­ri­que, czuła, jak ści­ska jej się ser­ce.

Pew­ne­go razu po lek­cjach za­brała tam Kse­nię. Kse­nia przy­cho­dziła do szkoły i wra­cała sama, co tyl­ko powiększało za­chwyt Ethel. Tego dnia uprze­dziła matkę: „Nie przy­chodź po mnie, wrócę ze swoją przy­ja­ciółką Kse­nią, ona jest Ro­sjanką, wiesz?” Mat­ka spoj­rzała na nią, za­wa­hała się. Ethel szyb­ko dodała: „Po­tem przyj­dzie­my na pod­wie­czo­rek. Zro­bię jej her­batę. Kse­nia pije dużo her­baty”.

Poszły na rue de l’Ar­mo­ri­que, wspięły się na pal­ce i zaj­rzały do środ­ka przez szcze­li­ny w drew­nia­nej bra­mie. „Ale to wiel­kie!” – wy­krzyknęła Kse­nia. A po chwi­li dodała coś, o czym Ethel nig­dy dotąd nie myślała: „Twój dzia­dek jest bar­dzo bo­ga­tym człowie­kiem”.

W pew­ne je­sien­ne popołudnie Ethel za­pro­wa­dziła Kse­nię do ogro­du. Z kie­sze­ni ma­ry­nar­ki pana So­li­ma­na za­brała klucz od drew­nia­nej bra­my, ciężki, żela­zny, za­rdze­wiały klucz, przy­wodzący na myśl ta­jem­ne wro­ta za­mczy­ska. Trochę jej było wstyd, że tak go wzięła, bez py­ta­nia. Pan So­li­man drze­mał w swo­jej sy­pial­ni, pod białym przeście­radłem ry­so­wał się za­rys jego potężnego ciała, ogrom­ne sto­py ster­czały na końcu łóżka. Na­wet nie za­uważył, że weszła do po­ko­ju. Od pew­nego cza­su nic go nie ob­cho­dziło.

Przed bramą do ogro­du Ethel po­ka­zała klucz Kse­ni. Jej pod­nie­ce­nie udzie­liło się przy­ja­ciółce. Kse­nia par­sknęła ner­wo­wym śmie­chem, ujęła dłoń Ethel:

– Je­steś pew­na, że możemy?

Stra­szyły się dla za­ba­wy. Po sta­rym mu­rze z bru­nat­no­czer­wo­nych ka­mie­ni, po­kru­szo­nych ude­rze­nia­mi młota i le­d­wo spo­jo­nych reszt­ka­mi za­pra­wy, pełzały po­ro­sty i dzi­kie wino, a od cza­su cho­ro­by pana So­li­ma­na nikt nie za­dbał o obcięcie lian za­gra­dzających wejście.

Za­tar­ty za­mek nie od razu ustąpił. Ethel mu­siała próbować kil­ka razy, za­nim udało jej się od­sunąć ry­giel. Klucz obrócił się z za­rdze­wiałym zgrzy­tem i dziewczęta wydały ner­wo­wy okrzyk.

– Uważaj, chy­ba jakaś ko­bie­ta nas ob­ser­wu­je!

Kse­nia wska­zała drugą stronę uli­cy sa­my­mi ocza­mi, nie od­wra­cając głowy.

– Nie­ważne, to tyl­ko do­zor­czy­ni.

Wśli­zgnęły się szyb­ko i Ethel za­mknęła bramę na klucz, jak­by ktoś za­mie­rzał za nimi wtargnąć do środ­ka.

– Chodź, za­raz ci pokażę nasz se­kret.

Trzy­mała Kse­nię za rękę. Ręka Kse­ni była mała i de­li­kat­na jak ręka dziec­ka; Ethel wzru­szył jej do­tyk, ni­czym obiet­ni­ca przy­jaźni, której nic nig­dy nie zakłóci. Później przy­po­mniała so­bie tę pierwszą chwilę, pośpiesz­ne bi­cie ser­ca. Pomyślała: „Na­resz­cie zna­lazłam przy­jaciółkę”.

Popołudnie w ogro­dzie przy