Wydawca: Psychoskok Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 140 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Powołany do życia - Sylwia Niemczyk


„Mieli paść sobie w ramiona i nigdy już siebie nie opuszczać. Miały być łzy i pocałunki. Słowa miłości. A teraz co? Nic z tego nie wyszło. Ona jest ćmą, a on jest drzewem. Jakie to okrutne zrządzenie losu. Maleńki owad i wielkie drzewo...”

Pełna magii i ciepła opowieść o miłości. Dziewczyna za pomocą magicznych rytuałów przywołuje miłość doskonałą. Niestety jej wybranek okazuje się istotą z innego wymiaru, która za sprawą swojego władcy szybko wraca do swojego świata. Czy niezwykła podróż w jaką uda się Sara, wcielając się w postać ćmy pozwoli jej odnaleźć zamienionego w płaczące drzewo wybranka? Czy miłość zwycięży?

"Powołany do życia" to kolejna powieść tej Autorki - Sylwii Niemczyk o uczuciach dwojga ludzi.

Opinie o ebooku Powołany do życia - Sylwia Niemczyk

Fragment ebooka Powołany do życia - Sylwia Niemczyk

Sylwia Niemczyk "Powołany do życia"

Copyright © by Wydawnictwo Psychoskok, 2013 Copyright © by Sylwia Niemczyk, 2013

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana, powielana i udostępniana w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy.

Skład: Wydawnictwo Psychoskok Projekt okładki: Izabela Surdykowska-Jurek, Magdalena Muszyńska

ISBN: 978-83-7900-047-0

Wydawnictwo Psychoskok ul. Chopina 9, pok. 23, 62-507 Konin tel. (63) 242

Sylwia Niemczyk

Powołanydo życia

Wydawnictwo

– Nie powinnaś eksperymentować z magią. Wiesz doskonale, że to może się źle skończyć. Wyrokowała Małgosia.

– To przecież tylko niewinne czary. Odparła, obdarzając rozmówczynię rozbrajającym uśmiechem.

– Czary to czary i nie ma w nich nic niewinnego, ty to wiesz najlepiej kochana czarownico.

– Tak wiem, ale lubię czarować, poza tym to tylko biała magia, nikomu nie wyrządzę żadnej krzywdy.

– Nie boję się, że zrobisz komuś krzywdę! Boję się, że tobie coś złego się stanie.

– Trochę więcej zaufania i wiary w moje zdolności paranormalne, inaczej zamienię cię w żabę. Przyjaciółki roześmiały się radośnie, popijając kolejny łyk aromatycznej kawy.

– Wiesz co myślę? Odezwała się Małgosia z poważną miną. Powiem ci co myślę Saro. Jesteś szalona, a te wszystkie rytuały, które tak sumienne odprawiasz, nikomu nie wyjdą na dobre, a już na pewno nie tobie kochana.

– To się jeszcze okaże maleńka.

– Pozwól, że ci przypomnę twoje czary sprzed roku. Chciałaś przywołać idealnego kochanka.

Odprawiałaś całe masy dziwacznych obrzędów i co się stało? Co cię spotkało? Coś zrobiłaś źle, coś pomyliłaś i co? Zjawił się idealny facet? Nie. Zjawił się egoistyczny, podły samiec, od którego do dziś nie potrafisz się uwolnić. To była biała magia, a ty Saro przywołałaś chyba samego diabła. Sara zamyśliła się. Jej duże zielone oczy posmutniały, na samo wspomnienie mężczyzny, z którym ciągle była.

– Masz rację. Coś zrobiłam wtedy źle, teraz będzie zupełnie inaczej. Teraz musi mi się udać.

– Wiesz co? Najlepiej to ty żuć zaklęcie na tego twojego potwora i zamień go w kamień, tylko taki maleńki. Weźmiemy go i wrzucimy do Warty.

– To genialny pomysł Gosiu. Na pewno, gdybym potrafiła zrobiłabym to.

– A tak w ogóle Saro, to długo masz zamiar jeszcze znosić jego chore zachowania?

– Nie wiem, jak długo jeszcze wytrzymam. Ale przecież wiesz, że on tak po prostu nie pozwoli mi odejść.

– Wiem i to mnie przeraża.

– Może mu się znudzę i sam w końcu mnie zostawi. Przyjaciółka rzuciła jej współczujące spojrzenie.

– Nie liczyłabym na to, a zresztą coś ci pokażę. Wyjęła z kieszeni dżinsów małe, czerwone lustereczko i podała jej.

– Spójrz w nie i powiedz, co widzisz?

– Jak to co widzę? – siebie. Piękne smutne oczy patrzyły ze zdziwieniem na swoje odbicie w maleńkim szkiełku. Blada twarz otoczona jasnymi, kręconymi kosmykami włosów. Kuszące malinowe usta, które kiedyś ciągle się uśmiechały, teraz były ściśnięte w niemym, wymuszonym uśmiechu.

– Spójrz na siebie. On już ciebie zniszczył i ciągle to robi, kawałek po kawałeczku. Zabija w tobie radość życia. A ty dodała, ty mu na to pozwalasz. Kiedyś byłaś wesołą, pełną optymizmu dziewczyną, a dziś widzimy tutaj przygaszoną, przygnębioną osóbkę. Czy ty, tego nie widzisz Saro? Na miłość boską, czy ty nie zdajesz sobie sprawy, do czego doprowadziły twoje czary? Stworzyłaś potwora. To jest demon. Jestem twoją przyjaciółką i nie chcę, abyś po raz drugi zrobiła coś, tak idiotycznie głupiego. Co będzie jeśli facet, którego przywołasz tym razem, okaże się takim samym, albo jeszcze gorszym ziółkiem? Pomyślałaś o tym, choć przez chwilę? Oczy dziewczyny zaszkliły się od łez. Przeszły jej przed oczyma wszystkie okropności, które zgotował jej obecny chłopak. Kąciki ust skrzywiły się lekko, jakby miała wybuchnąć zaraz płaczem, ale nie zrobiła tego. Jakaś myśl rozjaśniła jej twarz słonecznym blaskiem i wlała odrobinę nadziei do jej smutnego serca.

– Właśnie dlatego, muszę go przywołać. Oznajmiła uroczyście. Chcę czystej miłości i przyciągnę ją. Może zrównoważy to zło, które czai się w moim życiu i odmieni mój świat.

– Jeżeli dobrze rozumiem, to ten nowy ma być aniołem i ma zniszczyć twojego szatana, a potem zabrać cię do raju. Amen.

– Niezupełnie tak, ale jesteś całkiem blisko.

– To byłaby piękna bajka Saro. Obyś miała rację i więcej szczęścia, niż zwykle.

Obudził ją terkot budzika. Otworzyła zaspane oczęta i uśmiechnęła się do własnych myśli. Coraz częściej pojawiał się w jej snach. Mężczyzna z jej marzeń. Dziś w nocy, po raz pierwszy widziała całą jego postać. Był przystojny, dobrze zbudowany. Miał na sobie żółtą koszulę i obcisłe, błękitne dżinsy. Miał w sobie coś urzekającego, coś magicznego. Biło od niego jakieś ciepło. Miły uśmiech, pełne mięsiste usta, dwudniowy zarost, kształtny nosek, włosy ciemne blond, obcięte na jeżyka, troszkę odstające uszy i coś co utkwiło najgłębiej w pamięci dziewczyny; oczy koloru bezchmurnego nieba. Nigdy nie widziała takich oczu. Było w tym spojrzeniu ze snu coś nieziemskiego, tajemniczego.

– Nie wstajesz? – usłyszała ciepły głos mamy dobiegający z kuchni.

– Tak. Już wstaję. Sara zwlokła się leniwie z łóżka i ubrała w pośpiechu.

Butik, w którym pracowała był mały i przytulny. Lubiła te pracę. Kolorowe ciuszki nęciły kolorami i wyszukanymi wzorami. To był jej własny biznes, maleńkie królestwo, w którym panowała niepodzielnie.

– Tak słucham. Z zamyślenia wyrwał ją dzwonek telefonu.

– Cześć. Mogę wpaść na chwilę? – Jasne. Wpadaj, tylko przynieś coś do kawy, bo mam straszną ochotę na coś słodkiego. Tomek zjawił się po niespełna dwudziestu minutach, z paczką czekoladowych ciasteczek w ręce. Był naprawdę przystojny. Kręcone ciemne włosy, śniada karnacja, duże czarne oczy z długimi, zakręconymi rzęsami, jak u dziewczyny, no i ten zawadiacki uśmiech. Był dla Sary jak brat, którego nigdy nie miała. Poznali się przypadkiem w sklepie i zostali przyjaciółmi. Nigdy nie myślała o nim jak o facecie, choć on podkochiwał się w niej.

– Jak się masz piękna pani? Roześmiała się na jego widok.

– Dobrze, ale brak mi chyba cukru we krwi.

– Wobec tego jestem i ja i ciastka, do twojej dyspozycji a kawę zaraz podam. Poszedł na zaplecze i zaparzył kawę. Jej mocny, pobudzający zapach unosił się w powietrzu, kiedy pili ją z czerwonych filiżanek, zajadając się czekoladowymi ciasteczkami.

– Wiesz, mam zamiar znowu to zrobić. Spojrzała na twarz chłopaka niepewnym wzrokiem.

– Co zrobić? Jego duże oczy zrobiły się jeszcze większe ze zdziwienia.

– Chcę jeszcze raz użyć magii. Chcę przywołać miłość doskonałą. Popatrzył na nią z niedowierzaniem, szczerze zaniepokojony tym wyznaniem.

– Nie pochwalam! Znowu te cholerne czary, gusła, rytuały. Zaklął cicho pod nosem. Jakbyś żyła w średniowieczu, to by cię już dawno spalono na stosie, za te magiczne praktyki.

– Miałam nadzieję, że mi pomożesz.

– O nie!– to nie wchodzi w grę. Nie zrobię tego nigdy więcej.

– Proszę cię. Ten ostatni raz. Posłała mu ciepły błagalny uśmieszek.

– Ostatnim razem, tak mnie podziobał ten pieprzony łabędź, że tyłek mnie bolał przez miesiąc. Nie będę więcej uganiał się za wstrętnymi ptaszyskami.

– Proszę Tomciu. Tylko jeszcze, ten jeden raz. Ostatni raz.

– A czy czarownica, tym razem nie mogłaby zdobyć łabędziego pióra sama? Albo, może zadowoliłaby się piórkiem wróbelka, sroki czy gołąbka? Utkwiła w nim błagalne spojrzenie.

– No dobrze już. Nie patrz na mnie, takim żałosnym spojrzeniem zbitego psa. Zdobędę to cholerne pióro. Wiesz, że dla ciebie zrobiłbym wszystko.

– Jesteś kochany. Rzuciła mu się na szyję i pocałowała w policzek.

– Tak wiem. Przekomarzał się z nią, nadstawiając drugą stronę do całowania.

– Na kiedy jest ci potrzebne?

– Na czwartek. Będzie pełnia.

– Wobec tego, musze poczynić przygotowania, bo niebawem pośpieszę polować na łabędzie.

Widziała go każdej nocy. Przychodził do niej w snach. Biegali razem po łące, pełnej kaczeńców. Czuła ich słodkawy zapach i jego bliskość. Oszałamiającą bliskość. Tej nocy, kiedy odprawiała ostatni rytuał była pełnia. Księżyc świecił wyjątkowo jasno. To on stał się wspólnikiem jej tajemnicy. To on patrzył na nią i widział wszystko. To on słyszał każde magiczne zaklęcie. Patrzył na nią z góry. Chłonął każde wypowiedziane przez nią słowo. Widział, jak na ołtarzu palą się trzy krwiście czerwone świece. Gdyby miał nos, pewnie poczułby cierpki zapach kadzidła i mdły fetor, tlącego się składnego w ofierze łabędziego pióra. Księżyc był od zawsze jej przyjacielem. On milczał a ona zwierzała mu się ze swoich problemów, trosk i lęków. Znał jej tęsknoty, marzenia jak nikt inny na świecie. Nigdy nie pouczał, nie osądzał i zawsze był przy niej. Niemy i wierny. Tajemniczy księży, tak bardzo daleki, a jednak dziwnie bliski. Kiedy robiła talizman, kreśliła magiczne znaki, wycinała symbole, kleiła on świecił nad jej cierpliwością. Zaglądał jej ukradkiem przez ramię. Kiedy święciła talizman oddał jej odrobinę swojej, księżycowej mocy. Darował jej siłę, tak jak ona jemu darowała wszystkie swoje najskrytsze pragnienia. Tej nocy budziła się kilka razy. Nie mogła znaleźć sobie miejsca, nie mogła spokojnie zasnąć. Miotała się pośród pościeli, ciągle poprawiając położenie poduszek. Czuła dziwny niepokój. Gdzieś, tam w magicznym świecie działy się rzeczy nieprawdopodobne i to właśnie ona miała stać się niebawem ich częścią.

Słońce świeciło coraz mocniej. Wiosna zbliżała się dużymi krokami. Dni stawały się coraz cieplejsze. Przyroda stopniowo budziła się do życia. Drzewa zapalały się zielonością a ludzie stawali się bardziej radośni. W sercu Sary na miejscu pustki, którą dotąd odczuwała coś zaczynało rosnąć. Maleńkie nasionko nadziei, trafiło wreszcie na żyzne podłoże i zaczynało kiełkować. Czuła to całą sobą. Dziewczyna odczuwała podekscytowanie, jakby podświadomie jej ciało wyczuwało, że niebawem zdarzy się coś cudownego. Sara przeczuwała coś dobrego i z niecierpliwością dziecka czekała na ten cud. Była sobota. Pogoda wymarzona na spacer. Kiedy Sara zamknęła butik była godzina czternasta. Nie chciało jej się wracać do domu, poszła do parku. Spacerowała powoli alejkami i patrzyła, jak wszystko powoli rozkwita, słuchała śpiewu ptaków. Szła tędy wiele razy, ale dałaby by sobie głowę uciąć, że nie było tutaj, tego wielkiego kamienia, na który teraz patrzyła. Wiedziona nagłym impulsem postanowiła usiąść na nim. Patrzyła na wodę. Odbijało się w niej słońce. Kaczki pływały po stawie, radośnie kwacząc. Talizman, który wisiał na jej szyi zaczął ją dziwnie grzać. Ciepło stawało się coraz bardziej odczuwalne. To musiało cos znaczyć. Spojrzała na ścieżkę i znieruchomiała. Ścieżką podążał w jej kierunku starzec. Nie szedł, lecz unosił się kilka centymetrów nad ziemią. Dziewczyna przyglądała mu się z zaciekawieniem. Miał długą siwą brodę, białą zwiewną szatę a w ręku trzymał coś na kształt laski. Laska była wysadzana małymi zielonymi kamieniami. Bił z nich nieziemski blask. Przestał się unosić a jego bose stopy dotknęły ziemi, tuż obok dziewczyny. Ich oczy spotkały się na chwilę. Wyciągnął dłoń i delikatnym ruchem położył ją na głowie Sary. Poczuła przyjemne mrowienie, które rozchodziło się powoli po jej całym ciele. Przybysz patrzył na nią żółtymi oczyma. Takie oczy miewają koty, przeszło przez myśl Sarze. Kiedy zabrał dłoń odezwała się do niego.

– Kim pan jest? – czego chce? Starzec uśmiechnął się, pokazując swoje różowe dziąsła. Widocznie tam, skąd przybywał zęby nie były w modzie, albo może dentystów nie było. Pewnie będzie seplenić i mnie całą opluje, pomyślała odsuwając się o jeden kroczek od niego, tak na wszelki wypadek. Wysławiał się nienagannie, bo choć poruszał buzią głos dochodził z innej części jego ciała. Jakby z brzucha.

– Jam jest odpowiedzią. Częścią świata, który poznasz. To o co prosisz nadejdzie ale pamiętaj, że przyjdzie dzień kiedy to stracisz. Musisz być tego świadoma i gotowa zarówno to przyjąć jak i pogodzić się z nieuniknioną stratą. Jeśli ma na myśli moje dziewictwo, to już dawno je straciłam. Mała żabka wyskoczyła ze stawu, pod stopy Sary. Rzuciła jej zdawkowe spojrzenie i pytającym wzrokiem spojrzała na starca. Zaraz mi będzie może kazał całować tego ropucha. Pewnie bajki mu się pomyliły. Starzec czytał w jej myślach.

– Masz rację, to nie ta bajka a to jest zwyczajna żaba. Nie książę. Patrzyła w osłupieniu. Zdała sobie sprawę, że cokolwiek pomyśli on będzie o tym wiedział. Nie było powodu wystawiać jego cierpliwości na próbę, choć i tak już zdążył wyrobić sobie na podstawie tej jednej bezczelnej dziewczyny ogólne, niepochlebne zdanie o ludziach.

– Czekam na niego. Odparła z powagą Sara.

– Wiem dziecko. On niebawem przyjdzie.

– Kiedy?

– Zjawi się, gdy trzy złote motyle przylecą do ciebie.

– Przecież nie ma złotych motyli. Przynajmniej ja takich nie widziałam. Przebiegło jej przez myśl.

– Tylko uwierz…

– Wierzę. Wyszeptała. Starzec rozpłynął się w powietrzu, równie szybko jak się pojawił. Po prostu zniknął. W jednej chwili dookoła kamienia, na którym siedziała zaczęły wyrastać, spod ziemi tysiące fiołków. W mgnieniu oka pokazywały się łodyżki, strzelały listki a chwilę potem maleńkie pączki rozchylały się na jej oczach. Dziewczyna wpatrywała się w ten kwiatowy dywan, oczarowana. Czuła słodki zapach fiołków. Magia była wszędzie.

– Kocham cię Saro. Zawsze cię kochałem. Tylko, czasem nie umiem tego okazać. Sara patrzyła na znajomą twarz z obojętnością. Nie robiły, już na niej wrażenia puste słowa, wyświechtane frazesy. Były tylko wyuczoną na pamięć piosenką pięknych ust, pozbawionych ciepła szarych oczu. Mężczyzna siedział, przy niej na ławce. Patrzyła na jego ciemne włosy i ładną twarz i przypominała sobie, jak kiedyś zakochała się w tym wszystkim. Zastanawiała się jak mogła być taka naiwna. Oskar schwycił ją za rękę i przyciągnął do siebie blisko. Sprytnie wysunęła się z jego objęć. Skarcił ją spojrzeniem.

– Miałem ciężkie życie. Wiesz o tym. Jeśli bywam czasem odrobinę nieczuły, to dlatego.

– I dlatego traktujesz mnie, jak zabawkę?

– To nieprawda. Ton jego głosu stał się zimny jak lód. Dawno już znudziło jej się tłumaczenie mu czegokolwiek, rozmawianie z nim, bycie. Wszystko to, straciło sens. Była w nim zakochana a on zniszczył to uczucie, jak niszczył wszystko czego się dotknął. Był potworem, który umie tylko zadawać ból i krzywdzić. Tylko w tym był dobry. Wtedy naiwnie wierzyła, że zmieni go siłą swego uczuci, lecz zbyt wiele razy przekonała się, że Oskar nie jest zdolny do żadnych głębszych uczuć. Znęcał się nad nią psychicznie, tak jak robił to wcześniej nad byłą żoną, trójka dzieci i rodzicami. Stał się koszmarem, z którego, choć chciała nie mogła się wyzwolić. Odchodziła od niego cztery razy. Nie odeszła nigdy, bo nie pozwolił jej odejść. Imał się wszystkich możliwych sposobów, żeby mieć ją z powrotem w garści. Odgrywał szopki, śledził ją, dręczył, nachodził. Robił żałosne sceny, wywoływał skandale a gdy to nie pomagało zastraszał ją. Ten sposób działał zawsze najlepiej. Bała się jego zemsty, złości. Była świadoma, że świr jakim on jest, zdolny jest do najgorszego okrucieństwa. Gdy groził jej pobiciem i okaleczeniem a nawet śmiercią, gdyby zechciała ponownie odejść wiedziała, że to coś więcej niż pogróżki. To były obietnice. Dlatego trwała przy nim. Nauczyła się traktować go z obojętnością; jako zło konieczne, które musi znosić z pokorą. Wszak to ona przyciągnęła go swoimi zaklęciami, czarami. Od dwóch tygodni był naprawdę miły. To było podejrzane. Często bywały w ich związku takie okresy. Miesiąc słodyczy i tydzień goryczy, jak zwykła mawiać Sara. Była z nim już dwa lata i znała go jak własną kieszeń. Wiedziała, że skoro jest taki dobry, to niebawem wywinie jakiś numer i wszystko się zrównoważy. Teraz niewiele ją to obchodziło. Myślami była gdzie indziej. Myślała o mężczyźnie, który zjawi się w jej życiu, jak z dotknięciem czarodziejskiej różdżki.

Sara przeglądała właśnie jakieś babskie czasopismo, kiedy do sklepu przez otwarte drzwi wleciały trzy złote motyle. Były piękne. Patrzyła na nie z zachwytem. Fruwały chwilę, wokoło jej postaci po czym wszystkie trzy usiadły posłusznie na jej prawej dłoni. Jeden obok drugiego. Zatrzepotały skrzydełkami i odleciały. Dziewczyna stała w otwartych drzwiach i patrzyła jak znikają na tle błękitu nieba. Motyle były znakiem, o którym mówił starzec. Znaczyły tylko jedno, że on jej wymarzony mężczyzna jest już blisko. Czy to będzie dziś, jutro czy za tydzień. Myślała o tym, ściągając różowy sweterek z wieszaka. Cały tydzień wypatrywała go z niecierpliwością. Pojawił się niespodziewanie, przypadkiem i zwyczajnie. W znajomym parku i na starym kamieniu. Siedział na nim. Nie było żadnych migoczących świateł, żadnych magicznych sztuczek, jakich się w głębi duszy raczej spodziewała. Zbliżała się do niego powoli, widząc zarys jego sylwetki od tyłu. Kiedy była w odległości kilku kroków, odwrócił się i spojrzał na nią. Pierwszy raz spotkały się ich oczy. Sara usłyszała bicie własnego serca. Biło jak oszalałe. Po prostu wiedziała. To był on. Jego uśmiech, twarz, oczy ze snu były teraz na wyciągnięcie jej dłoni. Przez dłuższy moment patrzyli, na siebie bez słowa po czym uśmiechnął się do niej i odezwał.

– Dzień dobry.

– Dzień dobry. Odpowiedziała. Była pod wrażeniem. Chłopak miał na sobie niebieskie, obcisłe dżinsy, żółtą koszulę i dżinsową katanę. Wypisz wymaluj ten sam. Pomyślała, przypominając sobie postać ze snu. Jakbym go wymyśliła. W ręce trzymał uschniętą gałązkę dębu, którą się bawił.

– Widziałem cię tutaj w zeszłym tygodniu. Siedziałaś, wtedy na tym kamieniu i miałaś taki dziwny wyraz twarzy, jakbyś zobaczyła ducha.

– A więc śledzisz dziewczyny? – tym się zajmujesz?

– Tylko ciebie. Odparł z rozbawieniem. Zrobił jej miejsce obok siebie.

– Siadaj, zmieścimy się na tym kamieniu oboje.

– Dlaczego mnie?

– To trudne pytanie. Chyba dlatego, że przypominasz anioła. Jest w tobie jakieś ciepło, światło. Patrzył na nią z podziwem. Kiedy się uśmiechasz, to jakby wychodziło słońce. Mam wrażenie, że dotykasz mnie swoimi ciepłymi promykami.

– Nie ściemniaj, bo jeszcze uwierzę. Odparła z przekorą.

– Nie ściemniam. Nigdy nie kłamię i zawsze mówię szczerze, to co myślę. Taki już jestem. Sara ciągle spotykała różnych facetów. Była ładna, dlatego podrywali ją na każdym kroku. Bywali mili, nawet czarujący, ale też nachalni i bezczelni. Ale nikt, nigdy nie zrobił na niej takiego wrażenia, jak chłopak, który siedział teraz obok niej na kamieniu.

– Nie przedstawiłem się a to niegrzecznie. Jestem

Mariusz. A ty jak masz na imię? – Sara. Podał jej swoją dłoń. Była ciepła i delikatna w dotyku.

– Niesamowite imię, dla niesamowitej dziewczyny. Roześmiał się radośnie. Rozmawiali długo o wszystkim i o niczym. Czas zdawał się zatrzymać w miejscu. Czasem odnosiła wrażenie, że znają się od dawna. Rozumieli się doskonale.

– Pamiętaj, że umiem czytać w myślach. Uprzedzał. Rzeczywiście, często mu się to udawało. Czasem wiedział co powie, zanim jeszcze jej usta ubrały myśli w słowa. Był kurierem poczty kwiatowej. Woził kwiaty swoją, starą furgonetką. Miał dwadzieścia siedem lat, czyli dokładnie tyle samo ile miała Sara. Tak jak ona, był jedynakiem. Mieszkał z rodzicami. A co najważniejsze, był kawalerem. Poza tym, po jego zachowaniu, po tym co mówił Sara odniosła wrażenie, że jest on dobrym, wartościowym człowiekiem z zasadami a to na dziewczynie zrobiło największe wrażenie.

Sara