Wydawca: Filia Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2016

Powietrze, którym oddycha ebook

Brittainy C. Cherry  

3.96428571428571 (28)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 327 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Powietrze, którym oddycha - Brittainy C. Cherry

Ostrzegano mnie przed Tristanem Colem.

„Trzymaj się od niego z daleka”, mówili.

„Jest okrutny”.

„Jest zimny”.

„Życie go nie oszczędzało”.

Łatwo skreślić człowieka na podstawie jego przeszłości. Właśnie dlatego łatwo dostrzec w Tristanie potwora.

Ale ja nie potrafiłam tego zrobić. Zaakceptowałam spustoszenie, które w nim panowało. Sama czułam się bardzo podobnie.

Oboje wypełnieni pustką.

Oboje szukający czegoś innego. Czegoś więcej.

Oboje pragnęliśmy poskładać roztrzaskane fragmenty naszej przeszłości.

Może wtedy moglibyśmy nareszcie przypomnieć sobie, jak się oddycha.

Opinie o ebooku Powietrze, którym oddycha - Brittainy C. Cherry

Fragment ebooka Powietrze, którym oddycha - Brittainy C. Cherry

Wszystkim białym piórom,

w podziękowaniu za przypominanie.

PROLOG

Tristan

2.04.2014

– Masz wszystko? – zapytała Jamie, stojąc w przedpokoju w domu moich rodziców i obgryzając paznokcie. Jej przepiękne jasnoniebieskie oczy uśmiechały się do mnie, przypominając mi, jaki byłem szczęśliwy, mogąc nazywać ją swoją żoną.

Podszedłem, objąłem ją i przyciągnąłem jej drobne ciało do siebie.

– Tak. Myślę, że to już, kochanie. Wydaje mi się, że nadeszła nasza chwila.

Rzuciła mi się na szyję i pocałowała.

– Jestem z ciebie taka dumna.

– Z nas – poprawiłem ją. Po kilku latach marzeń i planowania wcielałem w życie pomysł na sprzedaż ręcznie robionych mebli. Tata był moim najlepszym przyjacielem i wspólnikiem, więc lecieliśmy do Nowego Jorku na spotkanie z kilkoma biznesmenami, którzy mocno zainteresowali się współpracą. – Gdybyś mnie nie wspierała, byłbym nikim. To nasza szansa na spełnienie marzeń.

Ponownie mnie pocałowała.

Nigdy nie sądziłem, że mógłbym kochać kogoś tak mocno.

– Zanim pojedziesz, chciałam ci powiedzieć, że dzwoniła do mnie nauczycielka Charliego. Znów wpakował się w kłopoty, co mnie wcale nie dziwi, biorąc pod uwagę, że jest tak podobny do swojego taty.

Uśmiechnąłem się.

– Co tym razem zmalował?

– Według pani Harper powiedział dziewczynce, która nabijała się z jego okularów, żeby udławiła się ropuchą, bo przypomina ją z wyglądu. „Udławiła się ropuchą”, rozumiesz?

– Charlie! – zawołałem w stronę salonu. Wyszedł z książką. Nie miał na nosie okularów, domyślałem się, że to z powodu kpin.

– Tak, tato?

– Powiedziałeś koleżance, że życzysz jej, by udławiła się ropuchą?

– Tak – odpowiedział szczerze. Jak na ośmiolatka chyba nie przejmował się zbytnio potencjalną złością rodziców.

– Synku, nie można mówić takich rzeczy.

– Ale ona wygląda jak paskudna ropucha, tato!

Musiałem się odwrócić, by ukryć rozbawienie.

– Chodź, uściskaj staruszka. – Przytulił mnie mocno. Bałem się, że kiedyś nie będzie chciał już tego robić. – Kiedy mnie nie będzie, bądź grzeczny dla mamy i babci, dobrze?

– Tak, tak.

– I załóż okulary do czytania.

– Czemu?! Są głupie!

Pochyliłem się i postukałem go palcem po nosie.

– Prawdziwi mężczyźni noszą okulary.

– Ty nie nosisz! – wyjęczał.

– Tak, cóż, niektórzy prawdziwi mężczyźni nie noszą okularów. Po prostu je załóż, synku – poprosiłem. Marudząc coś pod nosem, wrócił czytać do salonu. Cieszyłem się, że wolał książki niż gry komputerowe. Wiedziałem, że odziedziczył miłość do książek po mamie bibliotekarce, chociaż wolałem myśleć, że moje czytanie do jej brzucha, gdy była w ciąży, miało z tym coś wspólnego.

– Co macie dzisiaj w planie? – zapytałem Jamie.

– Dzisiaj po południu pojedziemy na targ. Twoja mama chce kupić kwiaty. Zapewne kupi też Charliemu coś niepotrzebnego. Och, poza tym Zeus pogryzł twoją ulubioną parę butów do biegania, więc mam zamiar poszukać ci nowych.

– Boże! Kto w ogóle wpadł na pomysł, żebyśmy kupili psa?

Roześmiała się.

– Ty. Ja nie chciałam, ale nie potrafiłeś odmówić Charliemu. Macie z matką wiele wspólnego. – Pocałowała mnie ponownie, po czym podała mi rączkę walizki. – Szczęśliwej podróży, i spraw, by ziściły się nasze marzenia.

Pocałowałem ją i uśmiechnąłem się.

– Kiedy wrócę, wybuduję ci wymarzoną bibliotekę. Taką z wysokimi półkami, drabiną i w ogóle. A później będę się kochał z tobą gdzieś pomiędzy Odyseją a Zabić drozda.

Przygryzła dolną wargę.

– Przyrzekasz? – zapytała.

– Przyrzekam.

– Zadzwoń, kiedy wylądujesz, dobrze?

Skinąłem głową i wyszedłem z domu, po czym poszedłem do czekającego na mnie w taksówce ojca.

– Hej, Tristan! – zawołała Jamie, kiedy pakowałem walizkę do bagażnika. Charlie stał obok niej.

– Tak?

Oboje zwinęli dłonie w trąbki wokół ust i krzyknęli:

– Kochamy cię!

Uśmiechnąłem się i odkrzyknąłem to samo.

Podczas lotu tata nieustannie mówił, jaka to dla nas wielka szansa. Kiedy wylądowaliśmy w Detroit, gdzie mieliśmy przesiadkę, obaj włączyliśmy komórki, by sprawdzić e-maile i napisać SMS-y do Jamie i do mamy, że jesteśmy cali.

Kiedy nasze telefony równocześnie zapiszczały wiadomościami, wiedziałem, że coś się stało. Treść SMS-ów od mamy sprawiła, że zrobiło mi się niedobrze. Czytając, niemal upuściłem komórkę.

Mama: Jamie i Charlie mieli wypadek. Są w ciężkim stanie.

Mama: Wracajcie do domu.

Mama: Natychmiast!

W okamgnieniu, w jednej sekundzie, zmieniło się całe moje życie.

ROZDZIAŁ 1

Elizabeth

3.07.2015

Każdego ranka czytam listy miłosne napisane do innej kobiety. Mam z nią wiele wspólnego: takie same czekoladowe oczy i jasne włosy. Nawet śmiejemy się tak samo, przeważnie cicho, choć głośniej przy naszych bliskich. Ona uśmiecha się, unosząc prawy kącik ust, a lewy jej opada. Ja robię dokładnie tak samo.

Znalazłam te listy w zapomnianym pudle w garażu, spoczywały w puszce w kształcie serca. Setki liścików, niektóre dłuższe, inne krótsze, niektóre wesołe, inne przerażająco smutne. Datowane na wiele lat wstecz, niektóre były starsze niż ja. Niektóre podpisane K.B., inne H.B.

Zastanawiałam się, jak czułby się tata, gdyby wiedział, że mama je wyrzuciła.

Z drugiej jednak strony ostatnio trudno mi było uwierzyć, że kiedyś czuła się dobrze, czytając te listy.

Spełniona.

Cała.

Będąca częścią czegoś cudownego.

Ostatnio wydawała się całkowitym tego przeciwieństwem.

Załamana.

Niekompletna.

Nieustannie samotna.

Po śmierci taty mama zaczęła się puszczać. Nie potrafię tego inaczej określić. Nie stało się to od razu, chociaż pani Jackson i tak rozpowiadała po całej ulicy, że mama zawsze rozkładała nogi przed nieznajomymi, nawet kiedy tata jeszcze żył. Wiedziałam jednak, że to nieprawda, ponieważ pamiętałam, jak na niego patrzyła, gdy byłam mała. Mama spoglądała na tatę, jak przystało na kobietę, która kocha tylko jednego mężczyznę. Kiedy o świcie wychodził do pracy, przygotowywała mu śniadanie i lunch, dorzucając jeszcze całe mnóstwo przekąsek do podjadania między posiłkami. Tata ciągle marudził, że był głodny, więc mama pilnowała, by zawsze brał ze sobą więcej jedzenia niż dawał radę zjeść.

Tata był poetą i wykładał na uniwersytecie oddalonym o godzinę jazdy od domu. Nic więc dziwnego, że rodzice zostawiali sobie liściki miłosne. Słowa towarzyszyły tacie, gdy pił rano kawę oraz gdy wieczorem rozkoszował się szklaneczką whisky. Nawet jeśli mama nie była równie biegła w słowach co jej mąż, wiedziała, jak wyrazić w każdym napisanym przez nią liście to, co czuła.

Każdego ranka, po wyjściu taty z domu, uśmiechała się i nuciła pod nosem, sprzątając i przygotowując mnie do szkoły. Opowiadała o tacie, mówiła, jak za nim tęskni, i pisała mu kolejne listy, które miał przeczytać wieczorem. Kiedy wracał, mama zawsze nalewała im po kieliszku wina, a tata nucił ich ulubioną piosenkę i całował ją po rękach za każdym razem, gdy te znalazły się w zasięgu jego ust. Śmiali się razem, jakby nadal byli dzieciakami, które zakochują się po raz pierwszy.

– Jesteś moją wieczną miłością, Kyle’u Bailey – mówiła, całując go.

– Jesteś moją wieczną miłością, Hannah Bailey – odpowiadał tata, kołysząc ją w ramionach.

Kochali się tak mocno, jak nie zdarza się to nawet w bajkach.

Pewnego upalnego sierpniowego dnia, kiedy zmarł tata, odeszła również cząstka mamy. Pamiętam, że w jakieś książce przeczytałam: „Żadna bratnia dusza nie opuszcza tego świata samotnie; zawsze zabiera ze sobą kawałek tej drugiej”. Nie mogłam znieść prawdziwości tych słów. Mama przez wiele miesięcy nie wychodziła z łóżka. Każdego dnia musiałam przypominać jej o jedzeniu i piciu z nadzieją, że nie zniknie ze smutku. Przed śmiercią taty nigdy nie widziałam jej płaczącej. Nie okazywałam przy niej zbyt wielu emocji, bo wiedziałam, że przysporzyłabym jej jedynie więcej bólu.

Płakałam w samotności.

Kiedy mama w końcu wstała z łóżka, przez kilka tygodni chodziła do kościoła, zabierając mnie ze sobą. Pamiętam, że miałam dwanaście lat i czułam się całkowicie zagubiona, siedząc w kościelnej ławce. Nie byliśmy zbyt pobożną rodziną, przynajmniej dopóki nie wydarzyła się tragedia. Nasze praktyki religijne nie trwały jednak długo, ponieważ mama nazwała Boga kłamcą i zaczęła pogardzać sąsiadami za życie w fałszu i marnowanie czasu na czcze obietnice.

Pastor Reece poprosił, byśmy przez jakiś czas nie przychodziły; poczekały, aż emocje opadną.

Do tamtej chwili nie wiedziałam, że można wyrzucić kogoś ze świątyni. Kiedy pastor Reese mówił: „Przybądźcie wszyscy”, domyślałam się, że chodziło jednak o tych wybranych.

Teraz mama znalazła sobie nowe zajęcie: zmienia facetów jak rękawiczki. Z niektórymi z nich sypiała, innych wykorzystywała finansowo, do niektórych się przywiązywała, ponieważ była samotna, a oni z wyglądu przypominali jej zmarłego męża. Niektórych nawet nazywała jego imieniem. Dzisiaj przed jej małym domkiem również stał samochód. Ciemnogranatowy, z błyszczącymi, chromowanymi dodatkami. Wewnątrz znajdowały się czerwone skórzane fotele, za kierownicą siedział mężczyzna z papierosem w zębach, a mama na jego kolanach. Wyglądał, jakby pochodził z lat sześćdziesiątych. Mama chichotała, gdy szeptał jej coś do ucha, nie był to jednak ten sam śmiech, którym obdarzała tatę.

Ten był trochę nieobecny, nieco pusty i lekko smutny.

Spojrzałam na ulicę i dostrzegłam panią Jackson otoczoną innymi plotkarami, pokazującą im mamę z jej mężczyzną tygodnia. Żałowałam, że nie znajduję się wystarczająco blisko, by usłyszeć, co mówiły, i powiedzieć im, by zamknęły jadaczki, ale stały dobrą przecznicę dalej. Nawet dzieci grające nieopodal w piłkę przerwały zabawę, by popatrzeć wytrzeszczonymi ze zdziwienia oczami na mamę i jej nowego faceta.

Tak drogie samochody jak ten nie pojawiały się na naszej ulicy zbyt często. Próbowałam przekonać mamę, że powinna się przenieść do lepszej dzielnicy, ale odmówiła. Sądziłam, że głównie dlatego, iż kupili ten dom z tatą.

Może nie chciała pozwolić mu całkowicie odejść.

Gość w aucie dmuchnął mamie dymem w twarz, po czym oboje się zaśmiali. Mama miała na sobie ładną żółtą sukienkę zakrywającą ramiona, obcisłą w wąskiej talii i rozszerzaną ku dołowi. Na twarz nałożyła tyle makijażu, że nie wyglądała na pięćdziesięciolatkę; może na kogoś w okolicach trzydziestki. Była ładna bez tej całej tapety, ale twierdziła, że odrobina kosmetyków czyni z dziewczyny kobietę. Perły, które miała na szyi, należały niegdyś do babci Betty. Nigdy wcześniej nie zakładała tych pereł dla nieznajomego, więc zastanowiło mnie, skąd taki wybór.

Oboje spojrzeli w moją stronę, choć ukrywałam się za filarem ganku, skąd ich podglądałam.

– Liz, jeśli zamierzasz szpiegować, przynajmniej postaraj się lepiej ukryć. A skoro już tu jesteś, to chodź się przywitać z moim przyjacielem! – krzyknęła mama.

Wychynęłam zza filaru i podeszłam do nich. Mężczyzna znów chuchnął dymem. Zapach papierosów dotarł do mnie, gdy przyglądałam się jego siwiejącym włosom i intensywnie niebieskim oczom.

– Richard, to moja córka Elizabeth, ale wszyscy mówią do niej Liz.

Richard zmierzył mnie wzrokiem z góry na dół, aż poczułam się dziwnie. Przyglądał mi się, jakbym była porcelanową laleczką, którą miał ochotę rozbić. Starałam się nie okazywać poczucia dyskomfortu, więc spuściłam głowę i spojrzałam pod nogi.

– Miło mi cię poznać, Liz.

– Elizabeth – poprawiłam, nadal patrząc w dół. – Tylko znajomym pozwalam mówić do siebie Liz.

– Liz, nie powinnaś się tak do niego zwracać! – skarciła mnie matka, a drobne zmarszczki na jej czole się pogłębiły. Nie byłaby zadowolona, gdyby wiedziała, że zmarszczki są widoczne. Nie znosiłam faktu, że ilekroć pojawiał się przy niej nowy mężczyzna, natychmiast stawała po jego stronie, zamiast bronić córki.

– W porządku, Hannah. Poza tym ona ma rację. Potrzeba czasu, by kogoś poznać. Na używanie zdrobnienia trzeba sobie zasłużyć. – Było coś oślizgłego w sposobie, w jaki na mnie patrzył, zaciągając się jednocześnie papierosem. Miałam na sobie szerokie jeansy i luźny podkoszulek, jednak pod wpływem jego wzroku czułam się niemal naga. – Wybieramy się do miasta coś zjeść, możesz z nami jechać – zaproponował.

Odmówiłam.

– Emma nadal śpi. – Zerknęłam przez ramię na dom, gdzie moja córeczka spała na rozkładanej kanapie, którą dzieliłyśmy przez zbyt wiele nocy, odkąd wprowadziłyśmy się do domu mamy.

Mama nie była jedyną, która straciła miłość swojego życia.

Miejmy nadzieję, że nie skończę tak jak ona.

Miejmy nadzieję, że zatrzymam się w fazie smutku.

Minął rok od odejścia Stevena, a każdy oddech nadal przychodził mi z trudem. Nasz prawdziwy dom znajdował się w Meadows Creek w stanie Wisconsin. Był to odrestaurowany budynek, w którym razem ze Stevenem i Emmą stworzyliśmy dom. To w nim się kochaliśmy, kłóciliśmy się i ponownie kochaliśmy.

Sama nasza obecność wypełniała go ciepłem, więc kiedy odszedł Steven, nastał tam chłód.

Ostatnim razem gdy mąż był ze mną, staliśmy w przedpokoju, a on obejmował mnie w talii. Tworzyliśmy wspomnienia, które, jak nam się wydawało, będą trwać wiecznie.

„Wiecznie” okazało się jednak krótsze, niż można by przypuszczać.

Przez długi czas życie płynęło swoim zwykłym torem, choć w pewnej wstrząsającej chwili się zatrzymało.

Wpadłam w wir wspomnień i smutku, więc postanowiłam skupić się na problemach z mamą.

Wracając do domu, musiałabym w końcu zaakceptować, że naprawdę odszedł. Przez ponad rok żyłam, wypierając ten fakt, udając, że Steven wyszedł po mleko i za chwilę przejdzie przez drzwi. Każdego wieczora, gdy kładłam się spać, obracałam się na lewy bok i zamykałam oczy, udając, że jest tuż za mną.

Jednak teraz Emma potrzebowała czegoś więcej. Moja biedna córeczka musiała uwolnić się od starej kanapy, dziwnych facetów i sąsiadek wygadujących okropne rzeczy, które z pewnością nie były przeznaczone dla uszu pięciolatki. Potrzebowała również mnie. Zmagałam się z mrokiem, będąc matką na pół gwizdka, więc może powrót do domu i stawienie czoła wspomnieniom przyniesie mi nieco spokoju.

Wróciłam do środka i spojrzałam na śpiącego aniołka. Jej mała pierś unosiła się rytmicznie. Byłyśmy podobne, od dołeczków w policzkach, po te same jasne loki. Śmiałyśmy się również podobnie, z początku cicho, głośniej przy bliskich. Uśmiechała się, unosząc prawy kącik ust, a lewy jej opadał. Ja robiłam tak samo.

Jednak była między nami jedna zasadnicza różnica.

Miała jego niebieskie oczy.

Położyłam się obok Emmy, cmoknęłam ją lekko w nosek, po czym z puszki w kształcie serca wyciągnęłam kolejny list miłosny. Już go czytałam, mimo to wciąż mnie poruszał.

Czasami udawałam, że listy są od Stevena.

Zawsze cichutko przy tym płakałam.

ROZDZIAŁ 2

Elizabeth

– Naprawdę jedziemy do domu? – zapytała zaspana Emma, kiedy poranne słońce zajrzało przez okno salonu, zalewając światłem jej słodką twarzyczkę. Podniosłam ją z kanapy i posadziłam razem z Bubbą – misiem i wiernym kompanem – na najbliższym fotelu. Bubba nie był zwykłym misiem, a misiem-mumią. Widzicie, moja córeczka jest nieco dziwna i po obejrzeniu Hotelu Transylwania – w którym występowały zombie, wampiry i mumie – stwierdziła, że coś, co jest nieco straszne i dziwaczne, jest również idealne.

– Tak. – Uśmiechnęłam się do niej, składając wersalkę. W nocy nie zmrużyłam oka, więc zaczęłam pakować nasze rzeczy.

Emma uśmiechała się wesoło, podobnie jak ojciec.

– Jupi! – krzyknęła. Powiedziała też Bubbie, że naprawdę wracamy do domu.

Dom.

To słowo zakłuło mnie lekko w serce, ale nie przestałam się uśmiechać. Nauczyłam się udawać przy Emmie, ponieważ mała smuciła się, widząc moją zbolałą minę. I choć dawała mi najlepsze eskimoskie pocałunki, kiedy byłam nie w humorze, nie powinnam obciążać jej swoimi nastrojami.

– Powinnyśmy zdążyć, by pooglądać z dachu fajerwerki. Pamiętasz, jak obserwowaliśmy je z tatą? Pamiętasz, kochanie? – zapytałam.

Zmrużyła oczy, jakby szukała tego wspomnienia głęboko w głowie. Gdyby nasze umysły były szafkami na akta, moglibyśmy w każdej chwili odnaleźć ulubione wspomnienia w pieczołowicie posegregowanym zbiorze.

– Nie pamiętam – stwierdziła, tuląc Bubbę.

Pękało mi serce.

I tak się uśmiechałam.

– Może po drodze zatrzymamy się przy sklepie i kupimy trochę lizaków do zjedzenia na dachu?

– I chrupki dla Bubby!

– Oczywiście!

Uśmiechnęła się i ponownie pisnęła. Tym razem uśmiech, którym ją obdarowałam, był prawdziwy.

Kochałam ją nad życie. Gdyby nie ona, zatraciłabym się w żałobie. Emma uratowała moją duszę.

Nie pożegnałam się z mamą, ponieważ nie wróciła z kolacji z najnowszym Casanovą. Tuż po tym jak się do niej wprowadziłam, również nie wróciła na noc, więc dzwoniłam i dzwoniłam, zmartwiona, że coś się stało, ale nakrzyczała na mnie, mówiąc, że jest dorosła i może robić, co chce.

Teraz więc zostawiłam jej kartkę.

Wracamy do domu.

Kochamy Cię.

Do zobaczenia.

– E&E

Jechałyśmy moim gruchotem, słuchając ścieżki dźwiękowej z filmu Kraina Lodu tyle razy, że miałam ochotę się pochlastać. Emma jakimś sposobem potrafiła słuchać każdej piosenki po milion razy, a mimo to do każdej linijki wstawiała własne, za każdym razem inne, słowa. Szczerze mówiąc, jej wersje piosenek bardziej mi się podobały.

Kiedy zasnęła, wyłączyłam w końcu radio, rozkoszując się błogą ciszą. Wyciągnęłam rękę w kierunku siedzenia pasażera, czekając, aż palce drugiej dłoni splotą się z moimi, ale ten dotyk nigdy nie nadszedł.

Dobrze mi idzie, wmawiałam sobie nieustannie. Świetnie.

Pewnego dnia to będzie prawda.

Pewnego dnia będę radziła sobie dobrze.

Wjechałyśmy na autostradę I-64 i ścisnął mi się żołądek. Żałowałam, że nie mogę jechać bocznymi drogami do Meadows Creek, ale to była jedyna trasa prowadząca do miasta. Panował tłok z powodu święta, ale przynajmniej po nowym asfalcie dobrze się jechało. Oczy zapiekły mnie od łez, kiedy przypomniałam sobie tamte wiadomości w telewizji.

Wypadek na I-64!

Chaos!

Ranni!

Ofiary!

Steven.

Jeden oddech.

Jechałam dalej, próbując zapanować nad płaczem. Zmusiłam się do otępienia, ponieważ gdybym tego nie zrobiła, wszystko odczuwałabym zbyt mocno. Z kolei gdyby emocje wzięły nade mną górę , rozpadłabym się na kawałki, a przecież nie mogłam sobie na to pozwolić. Widok córeczki w lusterku wstecznym dodał mi nieco sił. Kiedy zjechałyśmy z autostrady, wzięłam kolejny wdech. Każdego dnia brałam jeden oddech. Nie potrafiłam wybiegać myślami dalej, ponieważ zakrztusiłabym się powietrzem.

Na białej, polerowanej, drewnianej tablicy przeczytałam:

„Witamy w Meadows Creek”.

Emma już nie spała, wyglądała przez szybę.

– Mamo?

– Tak, kochanie?

– Myślisz, że tata będzie wiedział, że się przeniosłyśmy? Myślisz, że będzie wiedział, gdzie zostawiać piórka?

Po śmierci Stevena i przeprowadzce do mamy zauważyłyśmy na podwórku mnóstwo białych piór zostawionych tam przez ptaki. Kiedy Emma o nie zapytała, mama odpowiedziała jej, że to znaki od aniołków, które pokazują, że zawsze są blisko i opiekują się nami.

Emmie bardzo spodobała się ta myśl, więc za każdym razem gdy znalazła piórko, spoglądała w górę, uśmiechała się i szeptała:

– Kocham cię, tato.

Robiła też zdjęcie, by dodać je do albumu „Tata i Ja”.

– Jestem pewna, że nas znajdzie, skarbie.

– Tak – zgodziła się. – Będzie wiedział, gdzie jesteśmy.

Drzewa były bardziej zielone niż je zapamiętałam, małe sklepiki wzdłuż głównej ulicy Meadows Creek udekorowano z okazji święta czerwono-biało-niebieskimi ozdobami. Wszystko to wydawało mi się znajome, a jednocześnie zupełnie obce. Flaga pani Fredrick łopotała na wietrze, ona sama układała farbowane różyczki w donicy. Duma biła z całej jej sylwetki, kiedy odsunęła się, by ocenić swój dom.

Na dziesięć minut utknęłyśmy na jedynych światłach ulicznych w miasteczku. Czekanie było całkowicie bezsensowne, ale dało mi czas na przyjrzenie się wszystkiemu, co przypominało mi o Stevenie. O nas. W końcu światło się zmieniło, więc dodałam gazu, chcąc znaleźć się jak najszybciej w domu i zignorować duchy przeszłości. Rozpędziłam się i kątem oka zauważyłam zbliżającego się do jezdni psa. Natychmiast wcisnęłam hamulec, ale mój stary gruchot dostał czkawki i zatrzymał się dopiero po chwili. Nim to zrobił, usłyszałam jednak głośny skowyt.

Serce podeszło mi do gardła, blokując możliwość zaczerpnięcia kolejnego wdechu. Zaciągnęłam ręczny. Emma zapytała, co się stało, ale nie miałam czasu, by jej odpowiedzieć. Otworzyłam drzwi, podbiegłam do biednego psiaka i w tej samej chwili kucnął przy nim jakiś mężczyzna. Popatrzył wielkimi z przerażenia oczami w moje, jakby zmuszając mnie, bym zatonęła w jego intensywnym szaroniebieskim spojrzeniu. Przeważnie niebieskie oczy mnie koiły, jednak nie te. Te były harde, podobnie jak i cała jego postawa. Zimne i surowe. Krawędzie tęczówek miał błękitne, ku środkowi zbiegały się jednak srebrne i ciemne pasma, przez co jego wzrok wydawał się mętny. Spojrzenie to przypominało chmurne niebo tuż przed burzą.

Te oczy wydały mi się znajome. Kim był? Mogłabym przysiąc, że gdzieś już widziałam to spojrzenie. Wyglądał jednocześnie na przerażonego i wściekłego, kiedy oderwał ode mnie wzrok i spojrzał na, jak się domyślałam, swojego psa, który leżał nieruchomo przed samochodem. Nieznajomy miał na szyi wielkie słuchawki, których kabel biegł do urządzenia schowanego w tylnej kieszeni.

Był ubrany na sportowo. Biała koszulka z długim rękawem opinała jego muskularne ramiona, czarne spodenki odsłaniały dobrze zbudowane nogi, a na jego czole perlił się pot. Pomyślałam, że biegał z psem, ale zwierzak mu się wyrwał.

Tylko dlaczego ten facet nie miał butów?

To jednak nie miało znaczenia. Czy jego psu nic się nie stało?

Powinnam była bardziej uważać.

– Bardzo mi przykro, nie zauważy… – zaczęłam, ale mężczyzna prychnął ostro, niemal jakbym go obraziła.

– Coś ty zrobiła?! Jaja sobie, kurwa, robisz?! – krzyknął, przez co się wzdrygnęłam. Wziął psa na ręce, tuląc go, jakby był dzieckiem. Wstał i ja również się podniosłam. Rozejrzał się, więc też się rozejrzałam.

– Zawiozę cię do weterynarza – powiedziałam, drżąc na widok trzęsących się ramion właściciela psiaka. Wiedziałam, że powinnam się zdenerwować po tym, jak na mnie nakrzyczał, wiedziałam, jednak że w stresie nie zawsze panuje się nad swoim zachowaniem. Nie odezwał się, ale po oczach poznałam, że się zastanawia. Jego twarz, łącznie z ustami, w większości skrywała ciemna, gęsta broda, więc mogłam polegać jedynie na emocjach wyrażanych w jego spojrzeniu. – Proszę – nalegałam. – To za daleko na piechotę.

Obdarował mnie pojedynczym skinieniem głowy. Otworzył drzwi od strony pasażera i usadowił się ze zwierzakiem na kolanach.

Wskoczyłam za kierownicę i ruszyłam.

– Co się dzieje? – zapytała Emma.

– Zawieziemy tylko pieska do lekarza, skarbie. Nic się nie stało. – Miałam wielką nadzieję, że jej nie okłamałam.

Do najbliższej całodobowej kliniki dla zwierząt było jakieś dwadzieścia minut jazdy, która nie przebiegła dokładnie tak, jakbym się tego spodziewała.

– Skręć w lewo w Cobbler Street – polecił mężczyzna.

– Harper Avenue będzie szybciej – nie zgodziłam się.

– Chyba cię pogięło, jedź Cobbler! – warknął pod nosem, wyraźnie poirytowany.

Odetchnęłam.

– Umiem prowadzić.

– Serio? Bo wydaje mi się, że jesteśmy tu właśnie przez twoje umiejętności.

Miałam ochotę wykopać tego chama z auta, ale nie zrobiłam tego wyłącznie z powodu skomlącego psa.

– Przeprosiłam.

– To nie pomogło mojemu psu.

Dupek.

– Cobbler to następna w prawo.

– A Harper jest druga w prawo.

– Nie jedź Harper.

Och, a właśnie, że pojadę Harper, tylko po to, by zrobić ci na złość. Za kogo ty się masz?

Skręciłam w Harper.

– Nie wierzę, że wjechałaś w pieprzoną Harper – jęknął. Uśmiechnęłam się lekko z powodu jego frustracji, aż zobaczyłam znak „roboty drogowe” i „zakaz wjazdu”.

– Zawsze jesteś taką kretynką?

– A ty zawsze… zawsze… zawsze… – zacięłam się, ponieważ, w przeciwieństwie do niektórych, nie byłam dobra w sprzeczkach. Tak naprawdę to byłam w tym kiepska i kończyłam zapłakana jak dziecko, ponieważ nie formułowałam wypowiedzi tak szybko, jak toczyła się kłótnia. Byłam wycofana i zawsze znajdowałam ciętą ripostę trzy dni po fakcie. – A ty zawsze… zawsze…

– Zawsze co? Wyduś to wreszcie! Najlepiej słowami! – polecił.

Przekręciłam kierownicę, postanawiając zawrócić i jechać Cobbler.

– Zawsze jesteś…

– No dalej, Sherlocku, dasz radę – zadrwił.

– Bucem! – wykrzyczałam, skręcając w Cobbler.

W samochodzie zapanowała cisza. Zaczerwieniłam się i mocniej chwyciłam kierownicę.

Stanęłam na podjeździe kliniki weterynaryjnej, gdzie mężczyzna wysiadł bez słowa i zaniósł psa do środka. Zastanawiałam się, czy powinnam tam za nim iść, jednak wiedziałam, że nie będę w stanie się uspokoić, póki nie przekonam się, że psu nic się nie stało.

– Mamusiu? – zapytała Emma.

– Tak, córeczko?

– Co to jest „buc”?

Porażka rodzicielska numer pięćset osiemdziesiąt dwa.

– Nie, kochanie, powiedziałam „kuc”. Kuc to taki konik, skarbie.

– Nazwałaś tego pana konikiem?

– Tak, małym koniem.

– Czy jego piesek umrze? – zapytała.

Mam szczerą nadzieję, że nie.

Wyjęłam Emmę z fotelika i poszłyśmy do poczekalni, gdzie nieznajomy walił dłońmi w biurko recepcjonistki. Widziałam, że poruszał ustami, ale nie słyszałam słów.

Recepcjonistka robiła się coraz bardziej zdenerwowana.

– Proszę pana, mówię tylko, że musi pan wypełnić formularz i podać dane karty kredytowej, inaczej nie możemy zbadać pańskiego psa. Ponadto nie można wchodzić tutaj bez butów. Niepotrzebnie się pan unosi.

Nieznajomy po raz kolejny uderzył pięścią w blat, po czym zaczął chodzić wkoło, przeczesując palcami długie, czarne włosy, sięgające mu aż do szyi. Oddychał ciężko, jego pierś gwałtownie unosiła się i opadała.

– Czy ja, kurwa, wyglądam, jakbym miał przy sobie kartę kredytową? Biegałem, idiotko! Jeśli nie zamierzasz mi pomóc, zawołaj kogoś, kto to zrobi!

Kobieta wzdrygnęła się na jego słowa, podobnie jak ja.

– Są ze mną – powiedziałam, podchodząc do recepcjonistki. Emma jedną ręką ściskała mnie, drugą Bubbę. Wyjęłam portfel z torebki i podałam kobiecie kartę.

Niepewna zmrużyła oczy.

– Jest pani z nim? – zapytała niemal obrażona, jakby nieznajomy nie zasługiwał na towarzystwo.

Nikt nie zasługiwał na samotność.

Spojrzałam na niego i dostrzegłam w jego oczach zakłopotanie wymieszane z gniewem, który nadal nie wyparował. Chciałam odwrócić wzrok, ale cierpienie widoczne w jego oczach wydawało się zbyt znajome, by to zrobić.

– Tak. – Skinęłam głową. – Jestem z nim. – Recepcjonistka nadal się wahała, więc wyprostowałam się. – Jakiś problem?

– Nie, nie, musicie tylko państwo wypełnić formularz.

Wzięłam podkładkę i podeszłam do rzędu krzeseł.

Zawieszony nad naszymi głowami telewizor wyświetlał Animal Planet, w rogu pomieszczenia znajdował się kącik dla dzieci, który natychmiast zajęli Emma z Bubbą. Nieznajomy nie spuszczał mnie z oka, chociaż jego spojrzenie było jednocześnie ostre i odległe.

– Potrzebuję trochę danych – powiedziałam. Podszedł do mnie powoli, po czym usiadł i oparł ręce na kolanach.

– Jak ma na imię? Twój pies? – zapytałam.

Rozchylił usta, ale odpowiedział dopiero po chwili:

– Zeus. – Uśmiechnęłam się. Idealne imię dla dużego golden retrievera.

– A ty jak się nazywasz?

– Tristan Cole.

Wypełniłam formularz i zaniosłam go recepcjonistce.

– Za wszystko, czego będzie potrzebował Zeus, proszę ściągnąć z mojej karty.

– Jest pani pewna?

– Oczywiście.

– Koszty mogą być znaczne – ostrzegła.

– Więc proszę znacznymi kosztami obciążyć mój rachunek.

Usiadłam obok Tristana. Nieustannie bębnił palcami o uda; przyglądałam się jego nerwowym ruchom. Miał tę samą zdezorientowana minę, która widniała tam już wtedy, gdy skrzyżowały się nasze ścieżki.

Wymamrotał coś pod nosem, potarł jedną dłonią o drugą, po czym założył słuchawki i włączył walkmana.

Emma podeszła do mnie, pytając, kiedy pojedziemy do domu, więc kazałam jej jeszcze trochę poczekać. Wracając do kącika dla dzieci, przyjrzała się uważnie Tristanowi, nawet zatrzymała się przed nim.

– Proszę pana. – Zignorował ją. Oparła ręce na biodrach. – Proszę pana! – powiedziała głośniej. Rok mieszkania u mamy sprawił, że stała się pyskata. – Hej, proszę pana! Mówię do pana! – krzyknęła, tupiąc nogą. Nieznajomy obrzucił ją spojrzeniem. – Jesteś wielkim, tłustym, głupim kucem!

O Boże.

Nie powinnam być matką. Przeważnie byłam w tym do bani.

Już miałam ją skarcić, ale pod gęstą brodą nieznajomego zauważyłam cień uśmiechu. Był słabiutki, ale przyrzekam, że widziałam, jak drgnęła mu dolna warga. Emma potrafiła rozweselić nawet najmroczniejszą duszę; byłam tego żywym dowodem.

Minęło pół godziny, zanim pojawił się weterynarz, by obwieścić, że Zeusowi nic nie będzie. Powiedział, że pies ma tylko kilka siniaków i poturbowaną przednią łapę. Podziękowałam lekarzowi, a kiedy odchodził, zauważyłam, że Tristan rozluźnił ręce, choć się nie poruszył. Cały się trząsł. Wkurzony dupek zniknął w okamgnieniu, a zastąpił go obraz nędzy i rozpaczy. Poniosły go emocje, a kiedy odetchnął, zaczął niekontrolowanie szlochać. Jęknął, z oczu popłynęły mu wielkie łzy. Natychmiast poczułam, że też płaczę. Mi również pękało serce.

– Hej, Kucu! Hej, Kucu! Nie płacz, Kucu – powiedziała Emma, ciągnąc Tristana za koszulkę. – Wszystko z nim dobrze.

– Wszystko dobrze – powtórzyłam słowa mojej córeczki. W geście pocieszenia złapałam go za ramię. – Zeusowi nic nie jest. Ma się świetnie. Z tobą też w porządku.

Pochylił głowę w moim kierunku i skinął nią, jakby mi uwierzył. Wzięliśmy kilka głębszych oddechów, po czym mężczyzna przycisnął palce do oczu i pokręcił głową. Starał się ukryć swoje zakłopotanie, swój wstyd.

Odchrząknął i odsunął się ode mnie. Pozostaliśmy w oddaleniu, aż weterynarz przyniósł Zeusa. Tristan objął zwierzaka, który pomimo zmęczenia merdał ogonem i lizał właściciela, gdy ten całował go po głowie. Tristan uśmiechał się, więc przyglądałam mu się zafascynowana. Był to wielki uśmiech ulgi. Jeśli miłość to chwila, ten moment udowadniał jej istnienie.

Nie naruszałam ich przestrzeni. Emma złapała mnie za rękę, więc wyszłyśmy z kliniki kilka kroków za Tristanem i Zeusem.

Mężczyzna niósł psa, nie był zainteresowany podwiezieniem z powrotem do miasta. Chciałam go zatrzymać, ale nie miałam powodu, by prosić go, aby zawrócił. Zapięłam Emmę w foteliku i zamknęłam drzwi, po czym aż podskoczyłam, gdy zobaczyłam stojącego tuż za mną Tristana. Spojrzał mi w oczy. Nie odwróciłam wzroku. Oddech zaczął mi się rwać i próbowałam przypomnieć sobie, kiedy ostatnio stałam tak blisko mężczyzny.

Przysunął się.

Stałam nieruchomo.

Wziął wdech.

Ja również odetchnęłam.

Jeden oddech.

Tylko na tyle mogłam sobie pozwolić.

Nasza bliskość sprawiła, że ścisnął mi się żołądek, ale przygotowałam się, by odpowiedzieć „Nie ma za co” na słowa podziękowania, których się spodziewałam.

– Naucz się jeździć – syknął i odszedł.

Żadnego: „Dziękuję za zapłacenie rachunku”, żadnego: „Dziękuję za podwózkę”, jedynie: „Naucz się jeździć”.

No dobra.

– Nie ma za co, Kucu – rzuciłam szeptem na wiatr owiewający moje drżące ciało.

ROZDZIAŁ 3

Elizabeth

– Długo tu jechałyście! – Kathy uśmiechnęła się, otwierając drzwi. Nie miałam pojęcia, że czekali na nas z Lincolnem, choć było to logiczne, biorąc pod uwagę, że nie widzieliśmy się tak długo, a oni mieszkali niemalże po sąsiedzku.

– Babcia! – krzyknęła Emma, kiedy odpięłam pasy fotelika. Wyskoczyła z samochodu szczęśliwa i pobiegła do Kathy, która objęła ją mocno, po czym uniosła. – Wróciłyśmy do domu, babciu!

– Wiem! I cieszymy się z tego powodu – odpowiedziała Kathy, całując Emmę po twarzy.

– Gdzie dziadziuś? – zapytała, myśląc o Lincolnie.

– Mnie szukasz? – powiedział mężczyzna, wychodząc z domu. Wyglądał na mniej niż swoje sześćdziesiąt pięć lat. Kathy i Lincoln zapewne nigdy się nie zestarzeją, mieli najmłodsze serca na świecie i byli bardziej aktywni niż ludzie w moim wieku. Pewnego razu poszłyśmy z Kathy pobiegać. Wymiękłam po pół godzinie, natomiast ona stwierdziła, że przebiegłyśmy dopiero jedną czwartą zaplanowanego dystansu.

Lincoln przejął Emmę od żony i podrzucił ją wysoko.

– A kogóż my tu mamy?

– To ja, dziadziusiu! Emma! – Śmiała się.

– Emma? Niemożliwe! Jesteś za duża, by być moją małą Emmą.

Pokręciła głową.

– To ja, dziadziusiu!

– Udowodnij. Moja Emma dawała mi specjalne buziaki. Wiesz jakie? – Emma pochyliła się i potarła nosem o jego policzki, a następnie o nos, niczym Eskimosi. – O rany, to naprawdę ty! No to na co czekasz? Mamy dla ciebie kolorowe lody. Chodźmy do środka! – Lincoln obrócił się do mnie i puścił oko na powitanie. Kiedy zniknęli w domu, niespiesznie się rozejrzałam.

Trawa urosła, pełno w niej było chwastów i dmuchawców, jak lubiła je nazywać Emma. Ogrodzenie nadal było niedokończone, ponieważ Steven nie zdążył tego zrobić. Chcieliśmy mieć płot, by Emma nie wychodziła na ulicę ani do ogromnego lasu graniczącego od tyłu z naszą posesją.

Dodatkowe białe sztachety nadal stały oparte o boczną ścianę domu, czekając, aż ktoś dokończy pracę. Przez chwilę patrzyłam na ogród. Za niedokończonym płotkiem rosły drzewa prowadzące w głąb rozległego lasu. Po części miałam ochotę tam pobiec i pozostać w nim przez wiele godzin.

Podeszła do mnie Kathy, objęła i mocno uściskała. Przytuliłam się do niej, odwzajemniając gest.

– Jak się trzymasz? – zapytała.

– Jakoś daję radę.

– Dla Emmy?

– Dla Emmy.

Kathy ścisnęła mnie mocniej, po czym się odsunęła.

– Ogródek wygląda tragicznie. Nikt nic w nim nie robił od… – Urwała, a uśmiech zniknął z jej twarzy. – Lincoln stwierdził, że się tym zajmie.

– Och nie, nie trzeba. Naprawdę, sama dam radę.

– Liz…

– Serio, Kathy. Chcę go odbudować.

– Skoro tak mówisz. Przynajmniej twój ogródek nie jest najgorszy na tej ulicy – zażartowała, wskazując na sąsiedni dom.

– Ktoś tam mieszka? – zapytałam. – Nie sądziłam, że ktoś kupi dom pana Rakesa, szczególnie po tym, jak poszła fama, że jest nawiedzony.

– Tak, ktoś go kupił. Nie chcę plotkować, ale gość, który się wprowadził, jest nieco dziwaczny. Mówią, że uciekł tutaj przed czymś, co zrobił w przeszłości.

– Co? Myślisz, że jest przestępcą?

Kathy wzruszyła ramionami.

– Marybeth twierdzi, że podobno kogoś zadźgał. Gary mówił, że zabił kota, bo ten miauczał nie tak, jak trzeba.

– Niemożliwe. Mówisz, że mieszkam obok psychopaty?

– O nie, jestem pewna, że tak nie jest. No wiesz, to tylko małomiasteczkowe plotki. Wątpię, by miały cokolwiek wspólnego z prawdą. Ale ten facet pracuje w sklepie szalonego Hensona, więc sama rozumiesz, że musi mieć coś z głową. Na noc zamykaj drzwi na klucz.