Powiedz, że zostaniesz - Beata Majewska - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Powiedz, że zostaniesz ebook i audiobook

Beata Majewska

4,4

11 osób interesuje się tą książką

Opis

Powiedz, że zostaniesz” to historia dla wszystkich, którzy przeczytali trylogię Beaty Majewskiej, lecz nadal czują niedosyt. W tej książce znajdziecie piękną i dramatyczną opowieść o dalszych losach Brunona i wyjaśnienie, kim jest tajemnicza Naira, która pojawiła się w epilogu powieści „Obiecaj, że wrócisz”. Ścieżki życia tych dwojga będą się splatać i rozchodzić, a uczucie, które nimi zawładnie, musi pokonać wielką tęsknotę.

Jak się skończy ta trudna miłość? Przekonajcie się sami.

Lecz to nie koniec! Na scenę wkroczy Katarina Niekrasowa i jej przystojny ogrodnik, Timur! Ta para to jak ogień i woda, Katia dyryguje, a Timur się uśmiecha i wraca do swoich ukochanych roślin. Co z tego wyniknie?, i jaką rolę odegrają rezolutny Artem i Ksenia, córka Timura?

Odpowiedź znajdziecie w ostatniej części gangsterskiej sagi!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 289

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 7 godz. 21 min

Lektor: Klaudia Bełcik

Oceny
4,4 (368 ocen)
225
85
37
18
3
Sortuj według:
Julia15173

Nie oderwiesz się od lektury

Cała seria wspaniała.Każdy tom to wiele emocji, cieszę się że każdy bohater znalazł swoją miłość ❤️
10
emili22

Całkiem niezła

Ok, przeczytałam wszystkie 4 części 1-3 rewelacja jak dla mnie 4 juz była troszeczkę nudna... I pewnie gdyby byla 5 to bym się osiągała żeby po nią sięgnąć.... Ale wracając do 4 🤔🤔🤔🤔 niby fajna ale to już nie to samo oczywiście warta przeczytania bo zamyka całą serię.... Ale już nie porywa jak poprzednie 3..... ja już tak mam z tą autorką że nie zawsze wszystko mi się podoba... Ale doceniam pracę tej autorki dużo pisze i wydaje i za to jestem wdzięczna jest nas tak wiele i jesteśmy tak różne że to co mi się nie podoba zachwyca 100 innych i o to w tum wszystkiem chodzi😊
00
galziel

Dobrze spędzony czas

Wszystkie książki z tej serii były ciekawe. Polecam na leniwe wieczory.
00
BozenaSparniuk

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo wciąga jest zamknięciem spraw Brunona. Dosc fajne zakończenie.
00

Popularność




Redakcja: Justyna Techmańska

Korekta: Renata Kuk, Dorota Piekarska

Skład i łamanie: Robert Majcher

Copyright © Beata Majewska 2021

Projekt okładki: Pola i Daniel Rusiłowiczowie

Zdjęcia wykorzystane na okładce: © kiuikson/Adobe Stock

Zdjęcie autorki na okładce: Sylwia Lidak Fotografia

Copyright for the Polish edition © 2021 by Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

Wyrażamy zgodę na wykorzystanie okładki w Internecie.

ISBN 978-83-7686-993-3

Wydanie pierwsze, Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2021

Adres do korespondencji:

Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

ul. Ludwika Mierosławskiego 11a

01-527 Warszawa

www.wydawnictwo-jaguar.pl

instagram.com/wydawnictwojaguar

facebook.com/wydawnictwojaguar

Wydanie pierwsze w wersji e-book

Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2021

Dla Gosi, najlepszej siostry na świecie!

Dzięki, że jesteś.

Prolog

– Boże, miej nas w opiece… – jęknął starszy mężczyzna, zbliżywszy się do miejsca tragedii. Rzucił rower w zarośla, sprawdził, czy nie widać go z drogi i schylony wpół, przekradł się bliżej ogrodzenia z siatki. – Co za nieszczęście.

Florin Golban nigdy nie uważał się za tchórza, raczej za ostrożnego człowieka, kierującego się w życiu rozwagą i z wyraźnym brakiem skłonności do ryzyka. Właśnie dlatego ukrył się w krzakach otaczających dom niegdysiejszych sąsiadów i ze zgrozą patrzył na płonący budynek. Wyjął z kieszeni telefon, wybrał sto dwanaście, ale po krótkim namyśle wyłączył aparat i schował z powrotem. Nie mógł pomóc, bo jak powstrzymać taki pożar? Ogień pochłaniał wszystko. Dachu już nie było. Przed chwilą zapadł się z głośnym hukiem do wnętrza domu, ale murowane ściany jeszcze się trzymały. Przez wnęki po oknach wybuchały co rusz ogniste chmury, a gęsty czarny dym wzlatywał w niebo, unosząc ze sobą miliony rozżarzonych strzępków.

Istny armagedon.

Jedynie ktoś głupi i naiwny wierzyłby, że z takiego pożaru można cokolwiek uratować, a już na pewno nie żywego człowieka. Florin wzdrygnął się ze zgrozy, gdy pomyślał, że tam, w środku piekła, prawdopodobnie zostali ludzie. Na pewno już nie żyli. Nawet gdyby schronili się w piwnicy, nie ocaleliby. Drewniana konstrukcja stropów odebrała im jakiekolwiek szanse na przetrwanie. Stary Golban doskonale znał ten dom. Wiedział, jak go zbudowano, bo swego czasu rozważał, czy nie kupić go dla swojej córki, ale ta wolała mieszkać w Bukareszcie i wyprowadziła się z rodzinnego domu zaraz po maturze.

– Wieczny odpoczynek… – Przeżegnał się. – Czemu nie uciekaliście? – szeptał do siebie. – Czemu tam zostaliście? Co za nieszczęście…

Zanim tu dotarł, zaniepokojony ciemną chmurą dymu, która nadciągnęła z wiatrem nad jego gospodarstwo, po drodze dostrzegł samochód młodego Polaka, który parę lat temu kupił ten dom od sąsiadów i czasami zlecał sprzątanie żonie Florina. Facet był inwalidą, poruszał się na wózku. Przyjeżdżał raz w roku, siedział kilka tygodni, potem wracał do Polski. Tym razem zabrał ze sobą dziewczynę. Florin tylko raz ją widział – była ładna, ale nie w jego guście, zresztą bądźmy szczerzy, mogła być jego wnuczką.

– Jezu, miej nas wszystkich w opiece – wychrypiał, kiedy wybrzmiał głośny huk, prawdopodobnie spowodowany wybuchem butli gazowej podpiętej do kuchenki.

Eksplozja rozerwała jeden z narożników budynku i przyspieszyła dzieło zniszczenia. Florin wychylił się z zarośli i spojrzał w stronę miasteczka. Był zdziwiony, że jeszcze nikt z okolicznych mieszkańców nie wezwał służb i nie przybiegł z pomocą. Owszem, on też tego nie zrobił, ale miał ku temu ważne powody. Bał się, że ktoś może właśnie jego podejrzewać o podpalenie. Po co mu były problemy? Sumienie miał czyste, nikomu krzywdy nie zrobił. A że nie ratował mieszkańców? Nie pobiegł na pomoc? „Boże, wybacz, ale jeszcze mi życie miłe” – westchnął w duszy, kucając.

Żar bił na odległość dziesięciu metrów od budynku, lecz to nie ogień przerażał Florina najmocniej, ale samochód.

Samochód, który stał przed domem.

Widział tego nissana już przed południem. Krążył po okolicy, przejeżdżał również obok jego gospodarstwa. Akurat wtedy Florin był w ogrodzie, reperował łańcuch w studni. Wprawdzie już dawno przyłączono ich do sieci wodociągowej, ale Florin lubił w lecie zaczerpnąć wody ze studni i wypić duszkiem szklaneczkę czy dwie. Usłyszał warkot silnika, potem trzaśnięcie drzwiami. Sądził, że to Lucian Matei, listonosz. Właśnie wypadał dzień, w którym dostarczał rentę żonie Florina. Wychylił się zza daszku nad studnią i już miał krzyknąć, żeby Lucian zostawił pieniądze w skrzynce, kiedy zauważył, że to ktoś inny.

Nie żeby był lękliwy, ale aż go wmurowało na widok wysokiego mężczyzny w maskującym stroju i z kałasznikowem na plecach.

– Co, do licha? – wymamrotał.

Na szczęście facet nie wszedł na podwórze, jedynie zbliżył się do ogrodzenia z siatki, zapuścił żurawia i odkrzyknął głośno:

– Eta nie zdies!

Florin nie znał rosyjskiego, lecz łatwo się domyślił, o co chodziło wielkoludowi w wojskowym kombinezonie. Szukał czegoś, a raczej kogoś. On i jego kompani. Gdy odjechali, Florin błyskawicznie przebiegł przez ogród, ukrył się w krzakach i spojrzał na odjeżdżające auto. Nie miał pojęcia, po co, ale zapamiętał numery z tablic i zapisał je w telefonie komórkowym.

Nagle do jego uszu dobiegł cichy warkot silnika. Znowu się wychylił. Myślał, że nareszcie przybyła pomoc, niestety, gdy samochód się zbliżył, od razu stwierdził, że to nie ambulans. W środku siedziało dwoje ludzi – facet i babka. Ku jego zdumieniu niewielki blaszak wtoczył się na podwórze, stanął w sporej odległości od budynku, a raczej dopalających się ruin, bo wszystko, co łatwopalne – poszycie dachowe i konstrukcja nośna, stropy, drzwi i futryny okienne – już zniknęło. Kierowca wysiadł. Florin nie widział go wyraźnie, dopiero po chwili zauważył, że facet trzyma kamerę. To był duży, profesjonalny sprzęt. Mężczyzna podszedł bliżej i zaczął nagrywać płonący dom.

– Hieny, sumienia nie mają – sapnął Florin, gładząc długą siwą brodę.

Obserwował kamerzystę, klnąc w duszy na ludzkość. „Nawet na czyimś nieszczęściu chcą zarobić – narzekał. – Pokazaliby coś dobrego, a nie tylko wojny, katastrofy i dramaty”. Wprawdzie zdawał sobie sprawę, że na całym świecie tak jest, nie tylko w Rumunii, ale mimo to nie mógł się z tym pogodzić. Był pewien, że wkrótce nadjedzie jakaś pomoc – straż albo policja. I tak się stało. Po paru minutach pojawił się wóz strażacki, potem drugi i karetka, ale już nie było czego ratować. Z budynku zostały kopcące się zgliszcza.

Florin postanowił poczekać, aż wszyscy odjadą, lecz to trwało i trwało. Mnóstwo ludzi krążyło po placu, strażacy dogaszali ostatnie tlące się ogniska, ratownicy czekali przy ambulansie, dwóch policjantów kręciło się wokół: jeden robił zdjęcia, a drugi nieustannie rozmawiał przez telefon. Ku satysfakcji Florina któryś ze strażaków przegonił kamerzystę. Chwilę później biały citroën wycofał, zawrócił na placu i odjechał.

Florin nie potrafił odgadnąć, co go zaalarmowało, gdy obserwował błyskawiczną rejteradę dziennikarzy, ale teraz nie miał czasu na zastanowienie, chciał stąd zniknąć jak najszybciej. Postanowił zostawić rower – przecież mógł go zabrać później – i zaczął powoli się wycofywać, aż dotarł do niewielkiego zagajnika na skraju posesji. Przelazł przez dziurę w ogrodzeniu i pobiegł prędko do domu. Dopiero tam poczuł się bezpiecznie. Słowem nie wspomniał żonie ani o ludziach z nissana, ani o tym, że był naocznym świadkiem pożaru. Zresztą nie musiał, ledwie wrócił, małżonka napadła na niego z wieściami, że „spłonął dom tego Polaka na wózku”.

– Daj temu spokój – warknął, kiedy Christina zaczęła lamentować, że zginęli ludzie. – Rozumiesz, kobieto?

– Ale Florin, no co ty…

– Mówiłem! Daj temu spokój! To nie nasza sprawa. Nie łaź do wioski i nie wypytuj.

– Nigdzie nie łażę! To Anca do mnie przylazła powiedzieć o pożarze. Anca Baciu – doprecyzowała.

– No tak, największa papla we wsi.

– Wcale nie – Christina stanęła w obronie znajomej.

– Mówiłem, to nie nasza sprawa, rozumiesz? – spytał groźnym tonem.

– Rozumiem, rozumiem. Co się tak ciskasz?

Florin siadł z piwem przed telewizorem, włączył lokalny program, czekając na relację, ale nic takiego się nie pojawiło. Zmienił kanał i dopiero wtedy pojął, co mu nie pasowało: kiedy citroën opuszczał podwórze, na siedzeniu pasażera nikogo nie było…

Rozdział 1

Bruno był pewien, że umarł. Przed oczami miał jedynie oślepiającą jasność, nie czuł bólu, nie słyszał żadnych dźwięków poza lekkim szumem chłodnego powietrza, wypełniającego płuca. Czy w ogóle miał płuca? „Czy nieboszczyk ma płuca? To idiotyczne” – parsknął śmiechem. Martwym ludziom niepotrzebne są płuca. Mimo to postanowił się poruszyć. Zgiął palce, zacisnął je w pięść i rozprostował. Do jego uszu dotarł cichy szmer miętej pościeli. Podniósł powieki, światło było zbyt ostre, więc natychmiast zamknął oczy.

Już wiedział, że żyje.

Trwał w półśnie, ale każda, nawet najdłuższa noc kiedyś się kończy, a on coraz częściej wracał do świadomości. Był w szpitalu, leżał tu sam, łóżka po obu stronach były puste i niezaścielone. Co chwilę ktoś przychodził, głównie kobiety. Kilka z nich nosiło chusty. Zakrywały włosy, łatwo się więc domyślił, że jest w kraju, w którym obowiązują zasady szariatu. Zagadka szybko się wyjaśniła: prywatny szpital, w którym go leczono, znajdował się w Stambule.

Nawet nie próbował wypytywać lekarzy, co się z nim stało i w jaki sposób trafił do szpitala. Wolał tego nie wiedzieć, zresztą, co by mu dały te informacje? Szybko zrozumiał, że uciekł śmierci spod kosy i trochę żałował, że miał tyle szczęścia, o ile w ogóle można było tak to określić.

– Będę chodził? – zapytał doktora Kahramana, który od początku się nim zajmował.

– Zobaczymy. – Ozan Kahraman nie lubił pozbawiać nadziei. – Jesteś młody i silny, a twoje ciało wysportowane. Musiałeś sporo ćwiczyć.

– Mam wielką dziurę w udzie.

– Zgadza się. Ubytek jest poważny.

Profesor Kahraman wytłumaczył, dlaczego musieli usunąć spory fragment mięśnia. Najbardziej ucierpiał mięsień przywodziciel długi. Odłamki pocisku naszpikowały włókna, posiekały je i rozszarpały na strzępy. Część z nich wbiła się w kość udową, inne rozerwały naczynia krwionośne i ścięgna. Lecz to, co ponoć było najważniejsze dla każdego prawdziwego mężczyzny: worek mosznowy wraz z delikatną zawartością i penis – nie nosiły śladów urazu. Bruno stracił większą część tkanki mięśniowej, ale był wydolny seksualnie.

Szczęście w nieszczęściu.

Po dwóch tygodniach od przebudzenia zaczęli go pionizować. Przechodził liczne zabiegi, między innymi takie, które miały na celu odtworzenie ubytków w skórze, ćwiczył, pływał, dostawał zastrzyki i wlewy dożylne. Dużo spał, musiał się porządnie zregenerować. Dietę też dostosowano do jego potrzeb. Kiedyś Bruno spytał Kahramana, ile wyniesie rachunek za jego pobyt i zażartował, dlaczego tak dużo. Ten odparł ze śmiechem:

– Masz dobrego sponsora.

– Mogę poznać jego nazwisko?

– Rzecz w tym, że to bardzo tajemniczy człowiek – odparł Kahraman.

Bruno nie miał pewności, że to Nikita Donecki, ale nikt inny nie przychodził mu do głowy. Przecież nie Grizzly. Stary pracodawca chciał go zlikwidować, nie ratować, właśnie dlatego wysłał kilku swoich drabów, żeby się policzyli z krnąbrnym żołnierzem, a Bruno zamiast zostać ich ofiarą, zmienił się w wykonawcę wyroku śmierci. „Donecki mnie uratował dla swojej siostry. Zrobił to dla Wiery” – ta myśl trzymała go przy życiu. Dodawała siły, żeby przetrwać nieustający ból i cierpienia związane z operacjami. Czekał na jakiś sygnał, cokolwiek: list, telefon, odwiedziny, ale na razie Donecki milczał.

Po kilku długich miesiącach, kiedy znał z imienia i nazwiska wszystkich członków załogi prywatnej kliniki medycznej profesora Ozana, pojął, że prawdopodobnie nikt się do niego nie odezwie. Dla świata nie żył. Poprosił o dostęp do internetu, chciał sprawdzić, co dzieje się w Polsce, jak wygląda sytuacja. Niestety, nie znalazł żadnych informacji. Uznał, całkiem słusznie, że wszelkie materiały w jego sprawie zostały utajnione. Uwagę całego świata skupiała szalejąca pandemia, jej druga fala, która zbierała swoje żniwo w Europie i Stanach Zjednoczonych.

Czy szukał Wiery? Oczywiście. Próbował zadzwonić, lecz żaden z zapamiętanych numerów dziewczyny nie był aktywny. Bruno sprawdził w sieci wszystko, co przyszło mu do głowy, wszystkie social media, ale tam wytropienie kogoś, kto nie chce być odkryty, przypominało szukanie igły w stogu siana. Nie wiedział, czy Wiera ma nowe konto na Facebooku lub Instagramie, natomiast był prawie pewien, że Donecki zadbał o to, by skończyła ze swoim internetowym ekshibicjonizmem na dobre. To było dla niej zbyt niebezpieczne.

W końcu Kahraman pozwolił mu wychodzić na miasto.

Wychodzić.

Wprawdzie Bruno najpierw poruszał się na wózku, co z wiadomych powodów było dla niego bardzo proste, ale szybko z niego wstał i zaczął względnie normalnie się przemieszczać. Względnie, ponieważ dosyć mocno kulał, a noga wytrzymywała tylko krótkie dystanse, prędko zaczynała go koszmarnie boleć. Aż robiło mu się słabo.

– To kiedyś przejdzie – stwierdził Kahraman. – Proces regeneracji będzie trwał długo, ale za rok, dwa, zauważysz znaczącą poprawę, a na razie musisz dużo ćwiczyć.

– Ktoś się z wami kontaktuje? – spytał.

– Czasami. Nie mogę o tym rozmawiać.

– Jak długo tu będę?

– Dotąd, aż…

– Ten ktoś pozwoli mi odejść – dokończył za Kahramana.

Zwiedzał więc Stambuł. Zaliczył kilka meczetów, muzeów i innych zabytkowych miejsc, wymienianych w przewodnikach, ale szybko się tym znudził. Na szczęście, ze względu na pandemię, jak wszyscy, Bruno też nosił maseczkę. Nie ryzykował ewentualnego rozpoznania, a turystów było jak na lekarstwo. Lubił szwendać się po targowiskach, udawać, że chce kupić przyprawy, targować się z handlarzami, po czym dziękować i odchodzić z pustymi rękami, chociaż miał pieniądze. Kahraman dawał mu niewielkie sumy, żeby starczyło na taksówkę i drobne prywatne wydatki.

Minęły święta, potem Nowy Rok. Bolało go serce, kiedy myślał, jak cierpi jego matka, ale bał się zaryzykować kontakt. Sądził, że już na zawsze zostanie w klinice, będzie tu trwał do końca swoich dni, zawieszony w czasoprzestrzeni, żywy, lecz martwy, z pustym sercem, które biło mechanicznie, napędzane nie wolą życia, a prozaiczną fizjologią. Wybrał się na pierwszą wyprawę w tym roku, znowu chciał zobaczyć rybaków na moście Galata, ale kiedy wrócił do swojej salki, ujrzał na łóżku męskie ciuchy, czarny plecak oraz dużą wypchaną kopertę.

Od dzisiaj nazywasz się Bruno Pertia. Na te dane masz otwarty rachunek bankowy. Nie dzwoń bez powodu. Nie kontaktuj się z nikim spoza listy w telefonie. Powodzeniaw nowym życiu. N.D.

Przekaz Nikity Doneckiego był krótki, nabazgrany odręcznie na świstku papieru. Prócz listu w kopercie znajdowały się dokumenty, między innymi paszport i prawo jazdy, nowy smartfon z tylko jednym numerem wpisanym do pamięci, pokaźny plik banknotów oraz wizytówka taksówkarza. Bruno domyślił się, że powinien zadzwonić do tego człowieka. Koleś pochodził z Ukrainy, czekał na kontakt od Brunona i podjechał po niego pod szpital nazajutrz o piątej rano.

Z pobliskiego minaretu dobiegał głos muezina nawołującego wiernych do pierwszej porannej modlitwy, gdy mężczyźni wyruszyli w daleką drogę.

Rozdział 2

Ostatni raz Bruno rozmawiał po gruzińsku lata temu, kiedy jeszcze żył jego ojciec. Czasami toczyli długie rozmowy w rodzimym języku Eduarda Nemsadze, a ten był dobrym i cierpliwym nauczycielem. Dzieciaki szybko się uczą, ich młode umysły chłoną wszystko jak gąbka, nie inaczej było z małym Goczą, lecz nieużywany język znika z pamięci, słowa umykają, tracą swoje znaczenie, mylą się i plączą. Mózg nie nadąża, gdy chce się coś powiedzieć: odmawia posłuszeństwa i podsuwa w zamian słówka rosyjskie albo angielskie. Czasami Brunonowi wymsknęło się coś po polsku, na przykład, gdy rozmawiał z recepcjonistą hotelu w Tbilisi, ale zdarzało się to coraz rzadziej.

Najciemniej pod latarnią, właśnie dlatego Bruno postanowił zamieszkać w stolicy. Planował wynajęcie małego mieszkania na jednym z wielkich osiedli, chociażby w dzielnicy Nutsubidze, która wyglądała jak gotowa scenografia do filmu o czasach po apokalipsie. Zwiedził również te bardziej eleganckie dzielnice, znalazł nawet niewielkie osiedle luksusowych domów jednorodzinnych, zaprojektowanych przez polskiego architekta, ale z każdej kolejnej wycieczki wracał coraz bardziej zniechęcony.

Szukał swojego miejsca do życia przez hotelowy Internet. Zaraz po przyjeździe kupił laptop i trochę ciuchów, półkę regału w pokoju zastawił podręcznikami do nauki języka i na tym zakończył pierwsze zakupy. Uczył się codziennie, rozmawiał z pokojówkami i kelnerkami, czasami zaczepił kogoś w restauracji, niestety, zbyt wielu gości nie było ze względu na obostrzenia w ruchu turystycznym, związane z pandemią.

Powoli, lecz do przodu – z dnia na dzień mówił coraz płynniej, bardzo pomagała mu doskonała znajomość rosyjskiego, często rozmówcy brali go właśnie za Rosjanina, a Bruno nie wyprowadzał ich z błędu, chyba że musiał się przedstawić, wtedy częstował rozmówcę – jeśli ten był ciekawy – krótką historyjką, że pochodzi z Gruzji, ale przez lata mieszkał w Rosji. Na szczęście takie sytuacje zdarzały się bardzo rzadko, a Bruno potrafił unikać ludzi, gdy potrzebował spokoju.

Po miesiącu miał dosyć dużego miasta. Wprawdzie mieszkał w Warszawie długie lata, ale mentalność Gruzinów była całkiem inna. Szybko pojął, że są hałaśliwi, spontaniczni, wścibscy i pełni niespożytej energii, a jednocześnie leniwi i koszmarnie niesumienni. Szlag go trafiał, gdy czekał godzinami na room service albo na zwrot wypranej odzieży. Obsługa potrafiła pomylić numery pokojów i dostarczyć mu czyjś garnitur albo koszulę.

Przedłużył pobyt o następny tydzień, znowu zapłacił gotówką i poprzysiągł sobie, że w ciągu najbliższych siedmiu dni wyprowadzi się stąd. Przeglądał oferty agencji nieruchomości, wyłonił tę, która miała najlepsze opinie i pojechał na drugi koniec miasta swoim nowym samochodem, kupionym – również za gotówkę – w autoryzowanym salonie. Na razie auto spisywało się dobrze, co wcale nie było takie oczywiste. Od jednego z kelnerów Bruno dowiedział się, że warto ściągnąć samochód zza granicy, na przykład z Niemiec, ponieważ niemieckie auta są najlepsze, a te, które trafiały do Gruzji, nawet nowe, często się psuły. Ot, drugi sort, o ile nie trzeci.

Szkoda, że jedyny range rover evoque – właśnie ten konkretny model go interesował – był dostępny od ręki tylko w ciemnoczerwonym kolorze, w dodatku lakier miał lekko perłowy odcień, co mogłoby sugerować, że właścicielem jest kobieta. Mimo to, po bardzo krótkim namyśle, Bruno jednak go kupił. Nie chciał czekać, a sprowadzenie czarnego auta potrwałoby co najmniej trzy miesiące. Już zdążył poznać Gruzinów i był pewien, że z trzech miesięcy zrobiłoby się pół roku lub dłużej. W tym czasie można zmienić kolor karoserii pięć razy, o ile znalazłoby się sensownego lakiernika, rzecz jasna.

Zaparkował pod agencją nieruchomości, wysiadł i nie oglądając się za siebie – ten przeklęty kolor! – podszedł do wejścia. W środku panowała nieprzenikniona cisza, co bardzo go zaskoczyło, ponieważ wszędzie, ale to wszędzie w tym kraju grała muzyka. We wszystkich sklepach i knajpach, w taksówkach i autobusach, zawsze zbyt głośna, aż nie słyszało się własnych myśli. Wprawdzie Gruzini z wiadomych powodów mieli stały i niezbyt przychylny stosunek do Rosjan, jednak ich muzykę uwielbiali. Naprawdę można było zwariować, słuchając na okrągło discopolowych przebojów prosto z Rosji.

Bruno odnalazł recepcję i poinformował, że był umówiony z panią Wiktorią Cereteli. Nastawił się na co najmniej dwa kwadranse spędzone na niewygodnej kanapie w korytarzu, ale znowu spotkało go miłe zaskoczenie: pani Wiktoria już na niego czekała. Była przeciętnej urody, za to nadrabiała kompetencjami. Doskonale znała angielski, aż miło się z nią rozmawiało, mimo to Bruno poprosił, by posługiwali się gruzińskim, a pani Wiktoria niech pełni funkcję nauczycielki. Zaczęła się śmiać na tę propozycję, stwierdziła:

– Przecenia pan moje umiejętności.

– Bardzo proszę.

Zgodziła się, ale Bruno szybko zrozumiał, że za wcześnie na zaawansowane rozmowy, brakowało mu słownictwa, dlatego wrócili do angielskiego.

– Zatem, jaki ma pan budżet? – spytała, uruchamiając komputer.

– Powiedzmy, że nieograniczony.

– O! – Przeniosła wzrok z ekranu na Brunona. – Rzadko się trafia taki klient.

– Nieograniczony, ale w granicach rozsądku – doprecyzował.

– Szuka pan domu. Jednorodzinny, nieduży, w cichym spokojnym miejscu – powtórzyła to, co ustalili w rozmowie telefonicznej.

– Dokładnie tak.

– Chyba mam coś dla pana. – Agentka przymrużyła oczy. Zwróciła twarz w stronę ekranu i zaczęła klikać. – Mam. Dom jednorodzinny, miejsce ustronne i spokojne, w promieniu dwustu metrów nie ma żadnych innych osad i domostw. Okolica przepiękna, a co najlepsze, zaledwie kilometr od morza. I co pan na to?

– Brzmi nieźle. – Bruno się nie napalał. Wystarczyło mu rozczarowanie w salonie Range Rovera. Spodziewał się wszystkiego, włącznie z tym, że zaraz ujrzy na ekranie starą, rozpadającą się chałupę krytą strzechą albo krzywo obitą eternitem. – A jak z pogodą?

– Większość dni jest bardzo słoneczna, w lecie panują upały, ale zdarzają się dni z ulewami czy burzą. W zimie proszę spodziewać się dużych opadów śniegu, na szczęście z reguły jest ciepło, blisko zera lub stopień czy dwa na minusie.

– Mogę spojrzeć na zdjęcia?

– Oczywiście. – Agentka obróciła pokaźny monitor. – Dom jest stosunkowo nowy, ma niecałe dziesięć lat, zaprojektowany przez małżeństwo młodych Szwedów. To bardzo interesująca para, oboje są architektami, niestety nie mają dzieci, dlatego dom nie jest dostosowany pod względem bezpieczeństwa, ale to da się zrobić – zastrzegła. – Można założyć barierkę na piętrze, a schody…

– Nie mam dzieci i nie planuję – przerwał słowotok agentki.

– Rozumiem. Wracając do tematu, ci Szwedzi mieszkali w nim osiem lat, a teraz jest wystawiony na sprzedaż. Piękny budynek, aż dziwne, że jeszcze nie znalazł nabywcy.

– Widocznie nie nadszedł jego czas – mruknął, patrząc na zdjęcie budynku. – Bardzo nowoczesny.

– Tak. Szalenie oryginalny.

– Może dlatego nikt się nie skusił.

– To bardzo wygodny dom, chociaż dwupoziomowy. Wyposażony we wszelkie dogodności: klimatyzację, ogrzewanie podłogowe, centralny odkurzacz.

– Wspominała pani.

– Zaraz pokażę rzuty i resztę zdjęć.

Bruno bił się z myślami. Pooglądał zdjęcia, szkice i dokumenty, cena była dobra, okolica spokojna. Co ciekawe, stary klasztor przerobiono na dom, co mogło wpłynąć zniechęcająco na potencjalnych klientów, ponieważ w podziemiach klasztoru przez długie lata chowano zmarłych zakonników.

– Ale przeniesiono te groby, co do jednego – zarzekała się Wiktoria Cereteli. – Proszę się nie obawiać, nie będzie pan mieszkał nad nieboszczykami.

– Nie boję się nieboszczyków – odparł nieco zbyt mrocznym tonem, czym spłoszył agentkę, ale szybko się otrząsnęła i znowu przywołała na twarz profesjonalny uśmiech.

– Zatem świetnie się składa.

– Tak, świetnie.

Bruno z trudem się opanował, ale kiedy agentka dodała: „Będzie się pan tam czuł jak u siebie” – nie powstrzymał śmiechu. Aż musiał ją przeprosić.

– Chciałby pan obejrzeć ten dom? – spytała, czerwona po same cebulki włosów.

– A ma pani jeszcze jakieś inne propozycje?

– Tak.

Może to i dobrze, że kolejne oferty były zdecydowanie gorsze: albo okolica nie taka, albo dom szkaradny i zbyt wielki. Bruno wrócił do pierwszej propozycji, jeszcze raz przejrzał zdjęcia, w tym również wnętrz – te nadawały się do remontu, lecz wystarczyło porządne odnowienie, nic poważniejszego – i zapytał, kiedy mogliby go zobaczyć.

– To dosyć daleko, obawiam się, że… – przeniosła wzrok na ścienny kalendarz – najwcześniej za…

– Mogę sam obejrzeć dom.

– Och, szkoda. – Spojrzała z rozczarowaniem na swojego klienta. – Widziałam pana samochód, piękny. – Rozmarzyła się.

– Nie rozumiem.

– Pojechalibyśmy pana autem.

– Aha. – Bruno z niedowierzaniem potrząsnął głową.

– Ten kolor auta… cudowny – jęknęła. – To dla żony?

– Nie mam żony – burknął, myśląc, że jeszcze dzisiaj przemaluje to przeklęte auto na czarno, choćby miał to zrobić zwykłym sprayem, kupionym na stacji benzynowej.

Pojechał sam, nazajutrz rano. Dostał klucze od Wiktorii Cereteli i poradę, gdzie najlepiej zatrzymać się na noc. Poleciła apartament w jakimś pensjonacie w Batumi. Gdy powiedział, że to tylko sześć godzin jazdy, stwierdziła autorytatywnie, że nawigacja kłamie. Miała rację – do Batumi dotarł po długich dziewięciu godzinach, przenocował i drugiego dnia, po obfitym śniadaniu, ruszył do Kvariati. Długo błądził, zanim znalazł wąską leśną drogę, wiodącą do jego przyszłego domu. W końcu dojechał, wysiadł z samochodu i spojrzał na prosty budynek, w dużej części przeszklony, pełny światła, jasny, ascetyczny w formie, całkiem inny niż wszystkie domy w Gruzji, otoczony starym drzewostanem. Bruno poczuł, że nareszcie jest znowu u siebie.

– Halo? Czy rozmawiam z panią Wiktorią?

– Tak! Słucham pana! Znalazł pan dom?

– Właśnie przed nim stoję.

– I jak?

– Kupuję.

– Naprawdę?! – pisnęła w słuchawce.

Aż chciało się odpowiedzieć, że na żarty. Właśnie po to tłukł się tutaj ponad osiem godzin, a za chwilę miał znowu pokonać ten dystans.

– Jutro będę w agencji, proszę przygotować papiery – mruknął do słuchawki. – Do usłyszenia.

– Bardzo się…

Zakończył połączenie.

Rozdział 3

Dni mijały, ale ból w sercu wcale nie ustępował. Anna Nemsadze czekała. Czekała na cokolwiek, na sygnał, wiadomość – teraz już zniosłaby nawet najgorszą, bo czekanie ją dobijało. Koledzy syna niewiele jej powiedzieli, powtarzali jak mantrę, że to „dla dobra śledztwa”. Nienawidziła ich. Gdy miała jechać do Warszawy czuła mdłości i ścisk w gardle. Tak było za każdym razem. Wchodziła do budynku komendy, siadała w korytarzu, czekając na zmiłowanie, ale czy miała inne wyjście?

Najczęściej rozmawiała z oficerem o nazwisku Skupiński. Facet był nieprzyjemny, nigdy się nie uśmiechał, a poziom jego empatii oscylował blisko zera. Przedstawiał jej suche fakty, ale najczęściej ją spławiał, mówiąc: „Nic się nie pojawiło, żadnych nowych dowodów”. Chodziło oczywiście o śledztwo w sprawie zaginięcia jej syna, Grzegorza Niżyńskiego. Siedziała, słuchała Skupińskiego, patrzyła, jak jego blade kościste dłonie przekładają dokumenty z teczki do teczki i myślała, że umrze tutaj z rozpaczy.

– Kiedy będziecie coś wiedzieć? – odważyła się spytać podczas ostatniej wizyty.

– Może nigdy, proszę się z tym liczyć. Pani syn, a nasz człowiek, ma status zaginionego. Póki jednoznacznie nie będziemy w stanie orzec, co stało się z ciałem, póty Grzegorz Niżyński jest uznany za osobę zaginioną.

„Co stało się z ciałem…” – te słowa prawie ją zabiły.

Wiedziała, że nie szukają żywego człowieka, wystarczająco dosadnie dali jej to do zrozumienia. Dostała wgląd do raportów rumuńskiej policji, ale nie znała tego języka. Chciała zrobić kopie, zanieść dokumenty do tłumacza – nie pozwolili. Jeden ze współpracowników Skupińskiego z wielką łaską raczył z nią o tym pogadać. Wyjaśnił, że mają zbyt mało danych, nawet po szczegółowych oględzinach pogorzeliska po budynku, w którym prawdopodobnie przebywał jej syn. Znaleziono tam szczątki kilku osób. Niestety były w takim stanie, że na podstawie DNA z kości udało się zidentyfikować zaledwie dwóch mężczyzn. Żaden z nich nie był z nią spokrewniony. O pozostałościach zębów i rozpoznaniu tożsamości na podstawie ich zdjęć rentgenowskich nie było mowy. Dlaczego? Polska policja nie czuła się w obowiązku wyjaśnić.

Próbowała sobie pomóc przez prawnika, lecz mecenas Janke odbił się od ściany. Chodziło o policjanta, nie cywilną osobę, na dodatek związanego ze szczególnym wydziałem, a to wystarczyło, by utajnić większość dokumentów. Annie pozostało czekanie.

I modlitwa.

Modliła się codziennie, szła do kościoła pod wezwaniem Świętej Teresy od Dzieciątka Jezus i klęczała przed obrazem, przedstawiającym Świętą Rodzinę. Błagała Boga, żeby ocalił jej syna, bo przecież tylko on jej pozostał. Tylko Gocza – ponieważ w jej sercu i myślach, zawsze był Goczą, nie Grzegorzem, jak widniało w oficjalnych dokumentach. Podniosła się z kolan, wsparła o pobliską ławkę i jeszcze przez chwilę patrzyła na wizerunek Matki Boskiej, tulącej do siebie dziecko. Oddałaby życie, żeby móc chociaż popatrzeć na syna.

– Boże, dopomóż… – szepnęła, ocierając łzy.

Opuściła kościół, szła powoli w stronę pomnika Świętego Jana Pawła II. Chciała poprosić o wsparcie. Potem skierowała się do małej kapliczki, żeby zapalić świeczkę przed figurą Najświętszej Panienki. Dopiero teraz mogła wracać do domu. Dziękowała Bogu, że znów miała co robić – niedawno dostała duże zlecenie: zszywała narzuty patchworkowe, ale nie z kwadratów, wyciętych uprzednio z różnokolorowych tkanin, a z krążków, wydzierganych na szydełku. Raz w tygodniu ktoś przywoził do niej wielkie worki, a w nich niezliczone barwne kółka. Łączyła je ze sobą ręcznie, a potem naszywała całość na cienką pikowaną tkaninę.

Anna usiadła na ławce i spojrzała dyskretnie w prawo, na siedzącego nieopodal mężczyznę. Z reguły o tej porze prócz niej nikogo nie było na przystanku. Zwłaszcza teraz, gdy dzieci nadal nie chodziły do szkoły, bo zaczęły się ferie zimowe, a rządzący wprowadzili mnóstwo nowych, niekoniecznie sensownych obostrzeń. Tak jak Anna, ten człowiek również zasłonił twarz maseczką. Miał na sobie ciemną kurtkę ze skóry, czapkę z daszkiem i okulary przeciwsłoneczne. Granatowe dżinsy opinały masywne uda, widać było, że ten ktoś jest silny i wysportowany. Poczuła się nieswojo. Wprawdzie jej autobus miał przyjechać za minutę, ale takim zbójom, jak ten obok, wystarczyło kilka sekund, by wyrwać torebkę i uciec.

Mimowolnie zacisnęła dłoń na pasku i popatrzyła w lewo, żeby sprawdzić, czy nie nadjeżdża jej transport. Na szczęście właśnie pojawił się na horyzoncie. Od razu wstała, z myślą, że podejdzie bliżej zatoczki, żeby kierowca ją zauważył, gdy padło zza jej pleców:

– Pani poczeka. Za pół godziny jedzie następny.

Stanęła jak wryta, powtórzyła w myślach słowa mężczyzny, ale to jej nie powstrzymało. Udała, że go nie słyszy, na nogach jak z waty postąpiła dwa kroki, wtedy osiłek dodał:

– Mam wiadomość od młodego. Poczekaj, kobieto.

Odwróciła się i popatrzyła na mężczyznę. Siedział na swoim miejscu, nic nie wskazywało na to, że ma wobec niej złe zamiary. Na przystanek wjechał właśnie autobus i wysiadły z niego dwie pasażerki. Anna się zawahała. „Jeszcze zdążę” – pomyślała, patrząc na autobus. Rozsądek krzyczał: „Wsiadaj! Na co czekasz?!”, ale nie posłuchała. Poczekała, aż dwie starsze panie oddalą się i wróciła na ławkę.

– Czego pan chce? – spytała, nie mając odwagi spojrzeć na mężczyznę.

– Mówiłem.

Minęło kilka sekund, już miała popatrzeć na osiłka, gdy ten wstał, wcisnął jej do ręki małe, niezbyt wyraźne zdjęcie i usiadł z powrotem.

– To Gocza? – wykrztusiła, wlepiwszy wzrok w fotografię. Na pierwszy rzut oka nie rozpoznała syna, bo strasznie zeszczuplał. Wyglądał jak własny cień, był blady, w czymś, co wyglądało jak szpitalna piżama. Stał, wspierając się oburącz o drewniane poręcze. – Co z nim? Czemu jest taki… – ucięła, czując gulę w gardle.

– Został postrzelony, długo leżał w śpiączce, ale bez strachu, wydobrzeje.

– Boże… – jęknęła. Już się nie bała tego mężczyzny, przeciwnie, gdyby sił jej starczyło, dopadłaby do niego i wyściskała ze szczęścia. – On się uczy chodzić?

– Tak, ale to stare zdjęcie.

– To znaczy? – Przeniosła wzrok na rozmówcę.

Z drżeniem serca czekała na kolejne słowa.

– Porusza się już samodzielnie.

– Ach… – Przyłożyła dłoń do ust, żeby nie zacząć szlochać ze szczęścia.

Tkwiła w bezruchu. Znów spojrzała na zdjęcie syna. „Boże, dziękuję!” – wykrzykiwała w duszy.

– Pani odda to zdjęcie – odezwał się nagle mężczyzna.

Wstał, zbliżył się i wyciągnął rękę.

– Ale czemu? – Odruchowo skryła fotografię za plecami, niestety facet się nie certolił, wyrwał jej zdjęcie z rąk i schował do wewnętrznej kieszeni kurtki. – Proszę mi je oddać – załkała.

– Nie. To niebezpieczne. Posłuchaj… – Niespodziewanie przeszedł na ty. – Nie możesz nikomu o tym mówić. Nikomu. A zwłaszcza psiarni.

– Policji? – dopytała.

– Tak, policji.

– Przysięgam, nie pisnę ani słówka. – Przyłożyła pięść do serca.

– Jeśli im powiesz, młody będzie miał problemy. Jasne? – spytał. Nie była w stanie nic z siebie wydobyć. Tkwiła jak sparaliżowana i chłonęła każde słowo, gest, ruch oczu zamaskowanego mężczyzny. – Widzę, że rozumiesz, w porządku. A teraz szybkie pytanie: chcesz do niego pojechać?

Poczuła, że jeszcze chwila i umrze tutaj ze szczęścia. Pokiwała głową.

– Zastanów się, stamtąd już nie wrócisz.

– Pojadę nawet do piekła – wyszeptała.

Rozdział 4

Remont trwał w nieskończoność. Codziennie rano Bruno budził się, otwierał oczy, spoglądał na pożółkły sufit swojej sypialni i mruczał pod nosem, że jeszcze jeden dzień tego koszmaru i zwariuje. Dom odnawiało dwóch facetów. Wano i Zebur przyjeżdżali przed południem, podłubali trzy, góra cztery godziny i wracali do siebie. Szlag człowieka trafiał. Bruno próbował jakoś na nich wpłynąć, oferował dodatkową kasę, byleby pracowali szybciej i dłużej, ale nie było sposobu na skuteczną motywację. Dobrze, że znali się na swoim fachu i w zasadzie nie miał żadnych zastrzeżeń do jakości pracy.

Usiadł na łóżku, spuścił nogi z materaca i wsparł łokcie na kolanach.

– Potrzebuję kawy i… – uciął, usłyszawszy warkot silnika na zewnątrz. – Już przyjechali? Niemożliwe.

Dzisiaj mieli w planach malowanie właśnie tego pokoju, ale spodziewał się ich dopiero za dwie godziny, na pewno nie teraz, przed dziewiątą rano. Zastygł w bezruchu, nasłuchując odgłosów, dobiegających przez okno połaciowe. Tkwiło wysoko, tak że nie dało się dyskretnie przez nie wyjrzeć, z kolei na parterze było na odwrót – całą frontową ścianę tworzyły przeszklenia. Sięgały od szczytu dachu po samą posadzkę na dolnym poziomie. Bruno planował założenie rolet, ale na razie nie było ani czasu, ani warunków, ponieważ robotnicy jeszcze nie zajęli się głównym pomieszczeniem w domu.

Bezszelestnie opuścił sypialnię, boso przeszedł do łazienki. W rezerwuarze ukrył gnata. Kupił pistolet niedługo po przyjeździe tutaj, załatwił go od faceta, który przyjechał do Batumi, tam dokonali transakcji, oczywiście nielegalnej. Wydobył foliowy worek, a z niego wyjął broń. Sprawdził, czy wszystko z nią okej, przeładował i wymknął się na korytarz. Tajemnicza postać przemieszczała się wokół budynku – Bruno wyraźnie słyszał chrzęst butów na żwirowanym podjeździe. Musiał być sam, ewentualnie jego gość gdzieś się ukrył.

– By to jasny szlag… – Bruno spojrzał bezradnie na ekran smartfona.

Zapomniał go wczoraj podłączyć i bateria się wyczerpała. Chciał wysłać wiadomość do Doneckiego, że ma kłopoty, ale teraz to było niemożliwe. Przyklejony plecami do ściany, przemknął korytarzem, zbiegł po schodach, nie spuszczając z oczu widoku sprzed frontu budynku, ale nic tam nie zauważył, samochodu również nie. Najwidoczniej niezapowiedziany gość zaparkował gdzieś dalej.

Bruno musiał się dostać do tylnego wyjścia – tam był niewidoczny z zewnątrz, a drzwi solidniejsze niż te główne, wprawdzie z hartowanego szkła, jednak nieodporne na pociski. Wsunął się do magazynku sąsiadującego z łazienką i zbliżył do okna. Mężczyzna stał tyłem, wsparł stopę o koło samochodu, palił papierosa i głośno gadał przez telefon, co chwilę rechocząc.

Bruno poczuł, jak w momencie opada z niego stres, ale sekundę później kolejna fala adrenaliny wypełniła jego ciało, bo usłyszał, z kim rozmawia Nikita Donecki.

To imię…

* * *

– Jak twoje zdrowie? – spytał Nikita, ledwie się przywitał z gospodarzem.

– Dobrze. Wejdź, uprzedzam, bałagan.

– Taki z ciebie czyścioszek? – zarechotał.

– Owszem, lubię porządek – odparł Bruno.

Zaprowadził Nikitę do kuchni, bo tylko tam można było usiąść bez ryzyka ubrudzenia się farbą czy pyłem z gładzi gipsowej, podał kawę i dopiero wtedy usiadł po drugiej stronie stołu.

– Dobrze wyglądasz – zauważył Nikita. – Klimat ci służy.

– Co u Wiery?

– U Wiery? – Jej brat uniósł brwi i z politowaniem spojrzał na Brunona. – To już nie twoja sprawa.

– Przed chwilą z nią gadałeś.

– Gadałem. Mogę rozmawiać z siostrą. – Uśmiechnął się kwaśno. – Ale dobrze, niech ci będzie, Nemsadze. U Wiery okej, mieszka daleko stąd, układa sobie życie.

– Jest z kimś?

– Tak. Zdziwiony? Chyba nie liczyłeś, że będzie cię opłakiwać w nieskończoność. To twarda sztuka.

– Nie liczyłem. Przeciwnie, chciałbym, żeby…

– Zapomniała? Nie zapomni, nieprędko, ale to niczego nie zmienia, Nemsadze. Dla Wierki jesteś martwy.

– Nie sądzisz, że powinna poznać prawdę? – wychrypiał Bruno po dłuższej chwili.

– Nie.

– A gdybym to ja sam…

– Grizzly na pewno by się ucieszył, słysząc takie wieści – przerwał mu Nikita. – Masz rozum, człowieku, czy odstrzelili ci łeb razem z jajami i patrzę na manekina? – Nie bawił się w uprzejmości. – Ciebie nie ma. Nie ma cię, rozumiesz? Nie żyjesz. Wkrótce znajdą twoje ciało, zwłoki będą w stanie rozkładu, co powiesz na Stambuł? Tam cię dobrze poznali, mają mnóstwo zdjęć rentgenowskich, podrzuci się fotki, gdzie trzeba, a zwłoki zostaną skremowane. I po kłopocie.

– Co z moją matką? – wykrztusił Bruno.

– No widzisz. Od razu lepiej. – Nikita z aprobatą pokiwał głową. – O nią się martw, a Wierce daj spokój.

– Ona wie?

– Twoja matka? – Nikita przez chwilę trzymał go w niepewności, w końcu odparł: – Tak, wie. Ktoś ode mnie pojechał do Polski i dał jej cynk. Widziała zdjęcie z kliniki.

– Dziękuję. – Bruno poczuł, że jego serce ścisnęło się z bólu na myśl, jak mama musiała to przeżyć. – Bardzo ci dziękuję.

– Czyli podjąłem dobrą decyzję. Nie żebym myślał inaczej. – Nikita błysnął zębami. – Mam pytanie, dlatego tu przyjechałem. Co z nią robimy?

– To znaczy?

– Z twoją matką. Chce do ciebie przyjechać. Zamieszkać gdzieś tutaj. – Machnął ręką w bliżej nieokreślonym kierunku. – Oczywiście, nie w twojej chałupie. Tylko gdzieś w okolicy.

– Mama tak powiedziała? – Bruno zmarszczył czoło. – Nigdy nie chciała opuszczać Polski.

– Widocznie zmieniła zdanie.

– Zatem… Ściągnij ją tutaj.

– Okej. Sprawa załatwiona.

– A bezpieczeństwo?

– Żartujesz? – Nikita wstał, wsunął telefon do tylnej kieszeni spodni i włożył kurtkę. – Masz do czynienia z amatorem, Nemsadze? – Parsknął pod nosem. – A gdzie „dziękuję”? Gnojku, wydałem na ciebie morze kasy, ale nie myśl sobie, że za frajer ci pomagam. No.

– Mogę odpracować.