Powiedz wreszcie prawdę - Dana Reinhardt - ebook
Opis

Czy miłość może być uzależnieniem? River zostaje porzucony przez ukochaną dziewczynę i wali mu się cały świat. Wydaje się, że stracił wszystko. Wtedy przypadkowo trafia na spotkanie grupy wsparcia i poznaje ludzi, którzy, choć z innych powodów, również tkwią w pułapce uzależnień. River uczy się inaczej postrzegać swój związek i samego siebie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 198

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł ‌oryginału: Tell us Something ‌True

Redakcja: ‌Barbara Syczewska-Olszewska

Korekta: Renata ‌Kuk, ‌Elżbieta Śmigielska

Skład ‌i łamanie: Ekart

Opracowanie ‌typograficzne polskiej ‌wersji okładki: Magdalena ‌Zawadzka/Aureusart

Copyright ‌© ‌2016 by ‌Dana ‌Reinhardt

Jacket art ‌copyright © ‌2016 by Chris ‌Silas Neal

Copyright for ‌the ‌Polish edition © 2018 ‌by Wydawnictwo Jaguar ‌Sp. z o.o.

ISBN 978-83-7686-693-2

Wydanie ‌pierwsze, ‌Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2018

Adres ‌do korespondencji:

Wydawnictwo Jaguar ‌Sp. z o.o.

ul. Kazimierzowska ‌52 lok. 104

02-546 Warszawa

www.wydawnictwo-jaguar.pl

youtube.com/wydawnictwojaguar

instagram.com/wydawnictwojaguar

facebook.com/wydawnictwojaguar

snapchat: ‌jaguar_ksiazki

Wydanie pierwsze w wersji e-book

Wydawnictwo ‌Jaguar, Warszawa 2018

Skład ‌wersji elektornicznej:

konwersja.virtualo.pl

Danielowi. Każdego ‌dnia ‌dziękuję za ciebie losowi, ‌szczęściu, ‌czy jakiejkolwiek ‌innej sile, która nas ‌połączyła.

JEDEN

NIE WIERZYŁEM W PRZEZNACZENIEaż do ‌popołudnia, ‌kiedy Penny Brockaway ‌rzuciła ‌mnie na środku ‌Echo Park Lake.

Zanim ‌zaczniecie wyobrażać sobie moje ‌zwłoki opadające ‌w worku na muliste dno ‌jeziora, ‌pragnę wyjaśnić, że „rzuciła” ‌oznacza ‌„zerwała ze mną”, ‌wzięła moje serce i rozdeptała ‌je topornymi buciorami, które ‌tak lubiła, potem wsiadła ‌za kierownicę ‌swojego SUV-a ‌i rozjechała je, a rozpłaszczone ‌kawałki ‌zebrała i wrzuciła do kosza ‌na kompost.

Wynajęliśmy ‌jeden ‌z niewielkich rowerów ‌wodnych.

Wyłącznie ‌ja pedałowałem.

Usłyszeliśmy ‌o tych rowerach ‌od najlepszej ‌przyjaciółki Penny, ‌Vanessy, która powiedziała, że ‌można nimi popłynąć ‌na sam środek ‌Echo ‌Park Lake. Czy to ‌nie romantyczne? ‌Znaleźć się na środku ‌jeziora ‌z osobą, którą kochasz?

Dla mnie ‌wcale nie ‌brzmiało to ‌wspaniale, ale Penny ‌miała na to ochotę, a robienie czegokolwiek z Penny było romantyczne. Obserwowanie, jak czesała włosy. Albo sznurowała buty. Lub wydmuchiwała balon z niebieskiej bezcukrowej gumy do żucia. Nie musiałem tkwić w rowerze wodnym na środku sztucznego jeziora, żeby czuć ciepło i oszołomienie w obecności Penny. Byłem równie szczęśliwy, siedząc na kuchennych schodkach domu Penny i obserwując, jak jej trójnogi pies próbuje przegonić zraszacze. Czy też dotrzymując jej towarzystwa, kiedy pilnowała swojego tłustego młodszego brata Bena.

Ale ona chciała popływać tym przeklętym rowerem wodnym. Powinienem był powiedzieć „nie”, lecz tego nie zrobiłem. Potem przez cztery miesiące nie mieliśmy wolnego sobotniego popołudnia, żeby pojechać do Echo Parku, a kiedy wreszcie to nam się udało i dotarliśmy na miejsce, musieliśmy przez czterdzieści pięć minut czekać na rower wodny. W końcu dostaliśmy czerwony, wsiedliśmy, popedałowałem na środek jeziora i właśnie wtedy powiedziała:

– Riv.

Westchnęła głęboko i obejrzała się tęsknie na przystań, gdzie z głupią rozrzutnością zapłaciłem dwadzieścia dolców nastolatkowi w idiotycznej kamizelce za wypożyczenie roweru wodnego tylko po to, żeby rzuciła mnie dziewczyna.

– Już dłużej nie mogę.

Najzabawniejsze, że w tym momencie pomyślałem: przecież wyłącznie ja pedałowałem.

Wszystko, co zdarzyło się potem, pamiętam jak przez mgłę. Niektórzy ludzie opowiadają, że w chwilach tragedii przeżyli osobliwe doświadczenie, jakby opuścili własne ciało i patrzyli na siebie, takich malutkich, z góry, z chmur. Inni porównują to uczucie do przebywania pod wodą, gdzie wszystkie ruchy są płynne i odbywają się jakby w zwolnionym tempie. A ja? Ciało mi zlodowaciało, z tym że głowa stanęła w ogniu. Zupełnie jakbym był wybrakowanym superbohaterem, obdarzonym całkowicie bezużyteczną, autodestrukcyjną mocą.

Z pewnością mówiła coś więcej. Musiała mówić, i to przez wiele minut – a może nawet godzin, bo słońce przesunęło się na niebie i światło inaczej kładło się na wodzie. W czasie, jaki upłynął pomiędzy „Już dłużej nie mogę” a „Rzecz w tym, że ty nie jesteś… człowiekiem, na jakiego zasługuję”, nie słyszałem właściwie niczego. Nie sądzę, żeby wypowiedziane przez nią słowa zapisały się w zakamarkach mojej pamięci jak na tych niewielkich czarnych skrzynkach w samolocie, gdzie są przechowywane najważniejsze dane, bo szukałem naprawdę głęboko. Medytowałem nad tym, ale znalazłem jedynie ciszę.

– A na jakiego człowieka zasługujesz, Pen? – Szkoda, że nie zdołałem wyartykułować tych słów głębokim męskim głosem, może nawet z argentyńskim akcentem, tylko skrzeczałem jak żaba. Nagle zrobiło mi się coś takiego, co utrudniało mówienie.

– Na kogoś… Sama nie wiem…

Znowu obejrzała się na przystań. Czyżby chodziło o tego gówniarza w kamizelce? Czy to na niego w swoim przekonaniu zasługiwała? Na szczeniaka sprzedającego bilety na „romantyczne” przejażdżki rowerem wodnym, podczas których umierała miłość?

– Kogoś… o szerszych zainteresowaniach.

– O szerszych zainteresowaniach.

– Po prostu bardziej… nie wiem… bardziej…

Zazwyczaj Penny była inteligentna, błyskotliwa i dowcipna. Zorientowałem się, że nie było jej łatwo. To dobrze, bo najwyraźniej nie poświęciła zbyt wiele czasu na rozważanie, co powiedzieć. Mogłem mieć nadzieję, że działała pod wpływem impulsu.

– Bardziej?

– Riv, przestań mi to utrudniać.

Żałowałem, że nie wypożyczyliśmy łodzi wiosłowej. Mógłbym wyrzucić wiosła. Wtedy siedzielibyśmy na środku Echo Park Lake w nieskończoność, a przynajmniej do czasu, gdy Penny zrozumie, że popełnia poważny błąd.

Tymczasem zaczęła pedałować. Powolutku. Jakby liczyła na to, że nie zauważę, choć jej pedały były sprzęgnięte z moimi, więc kiedy poruszała swoimi, moje poruszały się również. Zgodnie. Jak my kiedyś.

Przystań i ten kretyn w kamizelce byli coraz bliżej. Zapłaciłem za pełną godzinę. A wykorzystaliśmy piętnaście minut.

– Zrozum – powiedziała, mocniej naciskając na pedały.

Przygryzła górną wargę w sposób, który uważałem za rozkoszny. Penny nigdy nie używała błyszczyku jak inne dziewczyny. Czemu miałaby poprawiać doskonałość?

– Nie jesteś refleksyjny. Nie myślisz o pewnych sprawach. Po prostu płyniesz z prądem, robisz to, czego, jak sądzisz, się od ciebie oczekuje. Nie próbujesz nawet zrozumieć siebie i swoich problemów, a przecież ty, River, naprawdę masz problemy.

– Kocham cię, Penny.

– Wiem, że mnie kochasz. To dla mnie całkiem oczywiste.

– To znaczy… naprawdę cię kocham, tak naprawdę.

– To słodkie, ale…

– Słodkie?

– Dajmy spokój.

– Czy to przez Vanessę? Myślę, że kiedy wspomniała o wyprawie nad jezioro z kimś, kogo kochasz, miała na myśli ciebie i siebie.

– Oszalałeś.

– Tak. Oszalałem na twoim punkcie. – Żałuję, że to powiedziałem. Boże, ale obciach. Jak w jednej z tych durnych komedii romantycznych, do których oglądania zmuszała mnie Penny.

Przewróciła oczami. Nawet na nią nie patrzyłem, nie mógłbym tego znieść, ale wiedziałem, że przewróciła oczami. Kiedy dobiliśmy do przystani, chłopak w kamizelce krzyknął, żebym rzucił mu linę.

Zacisnąłem linę w rękach.

– Daj mu tę linę, River.

– Nie.

– Potrzebna mu, żeby przycumować rower.

– Nie.

– Jak chcesz – powiedziała i skoczyła. Musiała mocno się odbić, żeby pokonać odległość do nabrzeża. Złapała za rękę szczeniaka w kamizelce, a ja zostałem sam, z liną w garści.

– Chodź, River.

– Nie.

Nie wiedziałem, co robię ani dlaczego, ale podjąłem decyzję. Nie wysiądę.

– Chcę już iść.

– To idź.

– Jesteśmy w Echo Parku. Jak się dostaniesz do domu?

– Autobusem.

– Bardzo śmieszne.

– Mówię serio.

– Nigdy w życiu nie jechałeś autobusem.

– No i?

Westchnęła i rzuciła gnojkowi w kamizelce spojrzenie mówiące: i co ja mam zrobić z tym facetem?

– Doskonale – oświadczyła, grzebiąc w torebce w poszukiwaniu kluczyków do samochodu, po czym zabrzęczała nimi przed nosem. – Idę. Ostatni raz proponuję ci podwózkę do domu.

– Spadaj.

– Do widzenia, River. Powodzenia… – wskazała gestem jezioro – …we wszystkim.

DWA

Przyznaję bez dumy, że nigdy nie zadałem sobie trudu, żeby zrobić prawo jazdy.

Większość dzieciaków w Los Angeles zaczyna marzyć o prawku od chwili, kiedy dorośnie na tyle, by mieć marzenia. W przeciwieństwie do nich, po skończeniu szesnastu lat nie poszedłem do urzędu komunikacji, a potem, kiedy już miałem lat siedemnaście, to stało się moją wizytówką: byłem facetem bez prawa jazdy. Dlaczego? Cóż, nigdy go nie potrzebowałem. Zakochałem się w Penny Brockaway, gdy oboje byliśmy piętnastolatkami, a ponieważ skończyła szesnaście na miesiąc przede mną i jak wszyscy inni od razu zrobiła prawo jazdy, ja nie musiałem się uczyć prowadzenia samochodu, bo miałem ją – do dnia, w którym znalazłem się na środku Echo Park Lake, oddalonego o dwadzieścia jeden kilometrów autostradą od mojego domu. Okazało się, że ulicami to tylko szesnaście kilometrów, a dokładniej szesnaście kilometrów i czterysta metrów, o czym przekonałem się na własnej skórze, ponieważ pokonałem je na piechotę.

Miałem telefon. I ludzi, do których mogłem zadzwonić. Do mamy. Albo do Leonarda, choć wiedziałem, że jest w pracy. Mogłem zatelefonować do Willa, do Luke’a lub do Maggie; oni z radością odwieźliby mnie do domu po zerwaniu z Penny. Do licha, mogłem w końcu wezwać taksówkę. Nie chciałem jednak widzieć nikogo, nawet taksówkarza, którego nie musiałbym spotkać nigdy więcej, do końca życia.

W końcu rzuciłem tamtemu szczeniakowi linę i wysiadłem z roweru wodnego, a on stwierdził, że wiszę mu kolejnych dwadzieścia dolców, bo siedząc i rozmyślając, zahaczyłem o następną godzinę. Sięgnąłem po portfel i dałem mu forsę, ponieważ nie chciałem już zawieść niczyich oczekiwań.

Ruszyłem pieszo. Nie będę was oszukiwał – nie miałem pojęcia, dokąd idę. Nigdy nie byłem w Echo Parku. Rzadko wyprawiałem się na wschód od Fairfax.

Nie należę i nigdy nie należałem do skautów czy czegoś w tym rodzaju, ale nie wiadomo, skąd wiedziałem, że zachód jest tam, gdzie słońce, które powoli się obniżało. Dzień zaczynał chylić się ku końcowi.

Szedłem przez dzielnice Filipińczyków, Tajów, Koreańczyków. Mijałem sklepy z jaskrawymi plastikowymi wiadrami, parasolkami w kwiatki, z jedwabnymi piżamami i przyprawami, z rybami, radioodbiornikami i futonami. Nie zatrzymałem się na nudle, pyzy ani lody w rożku. Nie pamiętałem, kiedy i co ostatnio jadłem, a zwykle miałem wilczy apetyt. Nie kupiłem nawet herbaty z bąbelkami, co najlepiej świadczy o moim stanie ducha.

W końcu na wyjątkowo ponurym śródmiejskim odcinku Pico Boulevard zaczęła ogarniać mnie wściekłość na myśl o mojej fryzurze. Zaledwie tydzień temu poszliśmy do Rudy’ego w Venice i Penny dyktowała facetowi, który mnie strzygł, chyba miał na imię Jasper, co ma robić. „Zostaw potargane u góry. Zetnij tylko trochę z tyłu, bo wygląda jak czeski piłkarz”. Mówiąc to, położyła mi rękę na karku i wsunęła palce we włosy, pociągając je lekko, żeby pokazać, o co jej chodzi.

Jak można w ciągu tygodnia przejść od pieszczenia czyichś włosów do zerwania z nim na środku Echo Park Lake?

To, co się stało, uderzyło mnie nagle z siłą trzęsienia ziemi, ale nie takiego słabego, które nawiedza czasami Los Angeles, gdy właściwie udajemy, że coś poczuliśmy.

Właśnie w tym momencie, kiedy już miałem się rozsypać na środku pustego chodnika, po którym chyba nikt nigdy nie chodził, w chwili, gdy słońce znikło ostatecznie i nie miałem czym się kierować, zobaczyłem to.

Znak.

Wyblakły czarny napis na zniszczonej białej markizie:

DRUGA SZANSA.

Rzucił mi się w oczy, jakby był wielkim jaskrawym błyskającym neonem w Vegas czy na Times Square – znak wołający do mnie: „Hej, ty! Riverze Anthony Deanie! Siedemnastoletnie zero bez prawa jazdy i dziewczyny! Tutaj! Tędy!”.

W tym momencie zrozumiałem, dlaczego trzymałem tamtą linę, czemu nie mogłem wysiąść z roweru wodnego i nie przyjąłem propozycji Penny odwiezienia mnie do domu, dlaczego nie wpadłem na nudle, pyzy czy lody. Musiałem dotrzeć na tę przecznicę dokładnie o tej porze i zobaczyć przed sobą DRUGĄ SZANSĘ, świecącą jak latarnia w zapadającym mroku.

Ten znak został umieszczony tam dla mnie.

Stanąłem pod markizą i popatrzyłem na brudne, dwuskrzydłowe szklane drzwi; do jednej z części była przyklejona kartka:

TUTAJ jest twoje miejsce.

TO początek twojej szansy.

TERAZ jest odpowiednia chwila.

WEJDŹ.

Przez pustą przestrzeń recepcyjną przeszedłem do kolejnych drzwi i je otworzyłem, przez cały czas czując, jakby coś mnie przyciągało. Coś, co mogło uratować to katastrofalne popołudnie.

Znalazłem się w wielkiej sali bez okien. Na ustawionych w krąg, składanych metalowych krzesełkach siedziało może z tuzin osób. Wszyscy jak na komendę odwrócili głowy.

– Witaj – zwrócił się do mnie facet w białej koszuli bez kołnierzyka, takiej, jakie noszą poeci albo piraci. – Weź sobie krzesło.

Zrobiłem, co kazał.

– Przedstaw się.

– Jestem River.

– Cześć, River – powiedział facet. – Powiedz nam, dlaczego tu jesteś.

– Uhm… – Przełknąłem z trudem. Nie chciałem, żeby wróciła żaba w gardle. – No… chyba mam problemy. W rodzaju, że za mało myślę o pewnych sprawach. I moje życie… jest jakby zrujnowane. – Zamilkłem. Przełknąłem znowu. Zaschło mi w ustach. Dlaczego nie kupiłem tej herbaty z bąbelkami? – A potem… zobaczyłem znak. No, wiecie, na markizie. No i po prostu… potrzebuję drugiej szansy.

Wszystkie osoby siedzące w kręgu, w większości w moim wieku, poza Poetą/Piratem, zaczęły robić dziwne ruchy rękami zwróconymi w moim kierunku małymi palcami, a kciukami do siebie, jakby trzepały nimi w przód i w tył.

– To oznacza, że łączymy się z tobą – wyjaśnił Poeta/Pirat. – To, co powiedziałeś, odwołuje się do prawdy, która jest w nas. – Uśmiechnął się i popatrzył mi w oczy; trwało to tak długo, że poczułem się nieswojo. Następnie zwrócił się do chłopaka, który siedział obok niego. Duży osiłek w kraciastej koszuli, ogolony na łyso, o byczym karku, wyglądał na jednego z tych, co to ukradną ci forsę na lunch, a potem odpalą z drucików twój wóz. – Mów dalej, Masonie. Opowiadałeś nam, co się wydarzyło w tym tygodniu.

– Okej. To było po lekcjach, w Starbucksie. Wszyscy szli, więc pomyślałem, że pójdę i ja, ale niczego nie zamówię. Oni wzięli karmelowe frappuccino z bitą śmietaną, wyglądało cholernie apetycznie, tyle że miało pewnie z miliard kalorii. Zauważyłem, że jest też karmelowe frappuccino z bitą śmietaną w wersji light, zaledwie sto czterdzieści kalorii i zero tłuszczu, więc je zamówiłem, ale smakowało dokładnie na sto czterdzieści kalorii i zero gramów tłuszczu. Połknąłem je w trzydzieści sekund i poszedłem zamówić prawdziwe, bo nabrałem apetytu. Facet zapytał: „Co podać?”. Otworzyłem usta, żeby odpowiedzieć: „Karmelowe frappuccino z bitą śmietaną, cymbale”, a tymczasem usłyszałem własny głos: „Poproszę szklankę wody”. Nie powiem, żebym nie miał ochoty pójść do łazienki i wyrzygać, ale… nie zrobiłem tego. Tylko raz w tym tygodniu wywołałem wymioty. Nie było idealnie, ale i tak jestem z siebie dumny.

– Powinieneś – oświadczył Poeta/Pirat. – Ja jestem z ciebie dumny. – Był drobny, koszula wisiała na nim jak na kiju, miał przydługie brązowe włosy, które Penny z pewnością kazałaby mu podciąć, rzadką kozią bródkę, ale chyba nie za bardzo się tym przejmował, i czerwonawe policzki. Lekko seplenił.

Nie bardzo wiedziałem, w jaki sposób ten facet albo ta grupa mogli mi pomóc dostać drugą szansę u Penny, ale skoro już tu byłem i stanowiłem część kręgu, nie mogłem tak po prostu wstać i wyjść.

Wszyscy po kolei, zgodnie z ruchem wskazówek zegara, zdawali relację z przebiegu minionego tygodnia. Niektórzy mówili o narkotykach albo alkoholu. Była dziewczyna, która kradła w sklepach, i chłopak uzależniony od gier komputerowych. Słuchając ich, niemal zapomniałem o swoim złamanym sercu.

Niemal.

Kiedy przyszła kolej na chłopaka siedzącego obok mnie, przez dłuższy czas wpatrywał się we własne buty. To były zabójcze glany: Nike Dunk High SB, fioletowo-wiśniowe. Pewnie z limitowanej edycji, na to wyglądały.

Przez dłuższy czas nie mógł wydusić z siebie ani słowa. Po dwa razy uderzył dłonią w kłykcie i nerwowo postukiwał palcami o uda. Nikt go nie poganiał. Czas zdawał się nie mieć znaczenia. Milczenie wprawiało mnie w zdenerwowanie, ale nie przeszło mi nawet przez myśl, że mógłbym je przerwać. W końcu chłopak wydał przeciągły niski jęk.

– Uuuuuuugggggghhhhhh. – A potem: – Molly.

Poeta/Pirat kiwnął głową.

– Molly – powtórzył chłopak, zaciskając mocno powieki, żeby powstrzymać łzy. – Brakuje. Mi. Molly. Brakuje. Mi. Molly. Tak. Bardzo.

Nie byłem sam. Nie trafiłem w niewłaściwe miejsce. Liczyły się mój smutek, moja historia, to, co sprowadziło mnie do tej sali – Penny. To wszystko miało znaczenie. Nie byłem jedynym, którego serce zostało zdeptane.

Piękna dziewczyna o długich ciemnych włosach, jasnobrązowej skórze, z ustami pomalowanymi różową szminką i złotymi kolczykami w uszach, ta, która kradła w sklepach, wstała, podeszła do chłopaka w zabójczych glanach i podała mu paczkę chusteczek. Odsunął ją. Próbował podtrzymywać fikcję, że wcale nie płacze z powodu Molly, tak jak ja trzymałem się liny w rowerze wodnym.

Chciałem powiedzieć coś w rodzaju: „Wiem, co czujesz, bracie”. Jednak nie miałem ochoty się odzywać. Zamiast tego zacisnąłem pięść, wyprostowałem kciuk i mały palec i pomachałem ręką do przodu i do tyłu.

Popatrzył na mnie.

– Ty też?

Kiwnąłem głową.

– Molly?

Roześmiałem się cicho.

– Nie Molly – odparłem. Chłopak miał gorzkie poczucie humoru.

– W takim razie co?

Zastanawiałem się, od czego zacząć. Od dnia, w którym po raz pierwszy zobaczyłem Penny po drugiej stronie szkolnego boiska, kiedy oprowadzano nas, pierwszoklasistów, po terenie? Od pierwszego pocałunku na imprezie u Jonasa? Od pierwszego razu, gdy pozwoliła mi…

– Koka? Kwas?

O cholera. Molly… to narkotyk. To prochy, nie dziewczyna.

– Adderall?

Pokręciłem głową.

– To co? – Zapytał podejrzliwie. – Chyba… nie… Big H?

Znowu pokręciłem głową. Bardziej energicznie.

Teraz on się roześmiał.

– Nie wierzyłem w to. Więc co to jest? Czyżby… trawka?

Kiwnąłem głową, bo to było łatwiejsze niż wyznanie, że znalazłem się tutaj z powodu zarzutów dziewczyny, które nie do końca rozumiałem.

Przynajmniej rzeczywiście paliłem marihuanę.

Dwukrotnie.

– Trawka? – Parsknął śmiechem. – Trawka – powtórzył takim tonem, jakby nie mógł w to uwierzyć.

– Christopher – odezwał się Poeta/Pirat. – Nie możemy porównywać swoich zmagań i nałogów z problemami kolegów, nie wolno nawet próbować. Wiesz o tym.

– Trawka – wychrypiał.

Wszyscy patrzyli na mnie. Czekali, żebym opowiedział swoją historię. Kolej na mnie.

I tak doszło do tego, że zacząłem uczestniczyć w spotkaniach Drugiej Szansy. W każdą wiosenną sobotę przychodziłem na nieciekawy śródmiejski odcinek Pico, żeby walczyć z nieistniejącym uzależnieniem od marihuany. I to podczas ostatniego roku nauki w szkole średniej, który powinien być najszczęśliwszym okresem w moim życiu.

TRZY

W poniedziałek Penny nie pokazała się w szkole.

Istniało tylko jedno logiczne wytłumaczenie jej nieobecności: została w domu, w łóżku, chora z żalu.

Ledwo dowlokłem się do szkoły. Prawie nie spałem, wyobrażałem sobie, co powiem Penny, kiedy spotkamy się rano, albo zastanawiałem się, czy w ogóle powinienem do niej podejść. Czy chcę, żeby zobaczyła, co mi zrobiła? Jak mnie zniszczyła? A może lepiej udawać, że wszystko w porządku? Przyjąć, że ten poniedziałek jest taki sam jak każdy inny, dodając tylko ewentualnie leciutką nutkę wyższości typową dla facetów przekonanych, że cały świat i wszystkie dziewczyny tylko czekają na ich skinienie.

W sobotę późno wróciłem do domu. Spotkanie Drugiej Szansy zakończyło się po wpół do dziewiątej, a potem wszyscy zamarudzili jeszcze trochę na chodniku przed wejściem. Niektórzy palili papierosy i zanim się zorientowałem, już obiecałem, że w przyszłym tygodniu przyniosę jakąś przekąskę.

Poeta/Pirat – okazało się, że ma na imię Everett – poprosił, żebym wszedł jeszcze na chwilę na „pogawędkę”. Zapytał, czy zostałem skierowany do grupy terapeutycznej, czy też przyszedłem dobrowolnie.

– Dobrowolnie – odparłem.

– To wspaniale. To wielka rzecz. Jeśli sam się zorientowałeś, że potrzebujesz pomocy, i zrobiłeś pierwszy krok… to znakomicie, to dobrze dla ciebie. Cieszymy się, że dołączyłeś do nas. – Szeroki uśmiech. I kolejne przeciągłe spojrzenie. – A na ile poważny jest twój problem, Riverze?

– Na ile poważny?

– Tak. Jeżeli jesteś w ostrym stadium, w szponach nałogu, to nasze spotkania mogą nie wystarczyć. Młodzież, która tutaj się zbiera, otrzymuje pomoc medyczną gdzie indziej albo ma za sobą leczenie w placówce zamkniętej, a tu przychodzi raz w tygodniu, żeby z podobnymi do siebie podzielić się swoimi przeżyciami. Mieszkamy w wielkim mieście, Riverze. Ludziom odmiennym, takim jak my, niełatwo znaleźć podobnych do siebie.

Popatrzyłem Everettowi w oczy.

– Wydaje mi się, że właśnie tego potrzebuję.

– Świetnie. – Wręczył mi żółtą broszurę. – Mamy pewne reguły, Riverze, których musisz przestrzegać, jeżeli chcesz przynależeć do naszej grupy. Przeczytaj to przed następnym spotkaniem, dobrze?

Złożyłem broszurkę na czworo i schowałem do kieszeni.

– Okej.

Kolejne dwie godziny zajęła mi droga powrotna do domu – prawdopodobnie wystarczyłoby półtorej, ale się nie spieszyłem. Postanowiłem to naprawić. Naprawić nas.

Na czerwonych światłach przejrzałem broszurę Everetta. Wyliczała zasady, jakich można się było spodziewać. Respektowanie prywatności i granic wyznaczonych przez pozostałych członków grupy. Zakaz kontaktów intymnych. Zachowanie w tajemnicy wszystkiego, co dzieje się podczas spotkań z wyjątkiem sytuacji, kiedy zachodzi obawa, że ktoś może wyrządzić krzywdę sobie lub innym. Być pomocnym i wspierającym. Ograniczać się do krytyki konstruktywnej. Mówić prawdę.

Mama i Leonard siedzieli przy kominku – mama czytała, Leonard przeglądał jakieś projekty. Nie mogliśmy rozpalić ognia na palenisku, bo nie mieliśmy komina, więc mama naprawiła to faux pas, ustawiając świece. Miała wrodzony dar rozwiązywania problemów i uzupełniania braków, przy czym zmieniała je w coś wyjątkowego.

– Jak było nad jeziorem? – zapytał Leonard.

Na pewno wyobrażali sobie, że po przejażdżce poszliśmy z Penny na obiad, do kina albo do jej domu, bo tam spędzałem większość czasu. Jest ze cztery razy większy od naszego i zapewniał odrobinę prywatności, której tak bardzo potrzebowaliśmy. Nie przyszło im nawet do głowy, że Penny mnie rzuciła i że całą drogę z Echo Parku do domu przeszedłem na piechotę, z krótką przerwą na uzyskanie wsparcia w uzależnieniu od marychy.

– Spektakularnie – odparłem.

– To miło. – Mama po raz pierwszy podniosła wzrok znad książki, ale najwyraźniej nie było po mnie widać żadnej zmiany, bo wróciła do czytania.

– Może wybierzemy się tam kiedyś wszyscy – powiedział Leonard. – Jak sądzisz, czy Natalie by się tam podobało?

Natalie, moja ośmioletnia siostra, miała hopla na tle ssaków wodnych.

– Byłaby zachwycona. Są tam żółwie, więc…

– Nie musisz mówić nic więcej.

Większą część niedzieli spędziłem w swoim pokoju. Nie chciałem, żeby mama, Leonard czy Natalie pytali mnie o Penny. Dopóki nie musiałem odpowiadać na ich pytania, Penny nadal była moją dziewczyną.

I tak dotrwałem do poniedziałku.

Penny przeważnie podjeżdżała po mnie w poniedziałki, ale nie zawsze – szkoła była na tyle blisko, że mogłem dotrzeć tam na piechotę, jeśli zrezygnowałem z porannego prysznica – więc nie wzbudziłem żadnych podejrzeń, kiedy sam wyszedłem z domu.

Nie podjąłem decyzji, co zrobię, gdy ją zobaczę. Moje zmysły były w pełnej gotowości, a widzenie peryferyjne wyostrzone do granic możliwości. Nie chciałem, by wyglądało, że jej szukam, ale musiałem dokładnie wiedzieć, gdzie się znajduje, mieć świadomość jej obecności i przez cały czas być o krok przed nią.

Przed lunchem zyskałem pewność, że nie przyszła do szkoły. Will, który w drugim semestrze był z nią w jednej grupie na angielskim, zapytał mnie, czy nic się jej nie stało.

– Nie – odparłem. – Wszystko dobrze.

Poprzestał na tej informacji, bo miał Penny powyżej uszu. Podobnie jak Luke i Maggie. Nie mieli do mnie pretensji o to, że mam dziewczynę, ale ich zdaniem istniał świat poza nami dwojgiem i dawali mi do zrozumienia, że chętnie widzieliby mnie w tym innym świecie, kiedy tylko zechcę do nich dołączyć.

Will wrócił do jedzenia kanapki.

Poznaliśmy się w pierwszym tygodniu pierwszej klasy, kiedy jego głos nie przeszedł jeszcze mutacji, a ja biegałem w rozklapanych trampkach, przeważnie Converse. On od dziecka kumplował się z chłopakiem imieniem Luke, a ja z Maggie, więc połączyliśmy siły i stworzyliśmy zgrany kwartet, dopóki nie pojawiła się Penny.

Tak czy owak, w miarę upływu czasu coraz bardziej nabierałem przekonania, że Penny rozchorowała się z żalu. Postanowiłem zaraz po szkole pojechać do niej do domu z porcją zupy z jej ulubionych delikatesów albo z kwiatami, choć to drugie wydawało się raczej nieprzemyślanym książkowym gestem. Do diabła, wezmę jedno i drugie.

Poprosiłem Maggie, żeby podwiozła mnie do delikatesów.

Mogłem, oczywiście, pójść pieszo do Penny, ale po sobotnim marszu miałem dość wędrówek.

– Nie jadłeś lunchu? – zdziwiła się Maggie.

– Jadłem, ale chcę zanieść Penny trochę zupy.

– Jasne. Mogłam się tego domyślić.

– Jest chora. Pomyślałem, że byłby to miły gest.

Oderwała wzrok od jezdni, żeby na mnie popatrzeć.

– Z wami wszystko w porządku?

Wskazałem ręką przednią szybę, bo Maggie była kiepskim kierowcą i nie mogła sobie pozwolić na rozpraszanie uwagi, a co ważniejsze, nie chciałem, żeby na mnie patrzyła.

– Świetnie. Dlaczego pytasz?

– Cóż… słyszałam dzisiaj, że mogliście się rozstać.

– Od kogo to usłyszałaś?

– Od Kendalla i spółki.

Jak w zadaniu geometrycznym widziałem linie i strzałki biegnące od Kendalla do Vanessy i dalej do Penny.

– Kendall to głupek.

– Kompletny. Zresztą wiedziałam z góry, że to nie może być prawda. Nie w odniesieniu do ciebie i Penny. Wykluczone.

Maggie miała rację. Nie w odniesieniu do Penny i do mnie.

– A gdyby rzeczywiście coś się między wami popsuło, to byś mi o tym powiedział. Wiesz, że choć czasami nieźle ci nagadałam z powodu Penny, to jestem twoją najlepszą przyjaciółką i chcę, żebyś był szczęśliwy.

– Wiem. Dzięki, Mags.

Wysadziła mnie przed delikatesami i zaproponowała, że na mnie zaczeka i podrzuci mnie do Penny, ale odmówiłem.

– Przekaż jej, że mam nadzieję, że już jej lepiej! – zawołała przez ramię, włączając się do ruchu bez spojrzenia do tyłu.

Wziąłem kwartę zupy z kurczaka, zamiast pinty. W ten sposób będę mógł również jutro dostarczyć jej lunch, a ona będzie mogła powiedzieć przyjaciołom: „River mi to przywiózł. Czyż on nie jest super?”.

Zboczyłem z drogi o kilka przecznic, żeby kupić kwiaty w warzywniaku. Pomarańczowe, w jej ulubionym kolorze. Nic specjalnego, ale musiały wystarczyć. Kiedy zadzwoniłem do drzwi, byłem już spocony jak mysz.

Otworzyła Juana.

– Cześć, River – powiedziała z nieprzeniknioną miną.

– Cześć, Juano.

– Penelope nie ma w domu.

– Nie ma jej?

– Nie. Pojechała do okulisty.