Powiedz mi to jutro - Sylwia Kukla - ebook

Powiedz mi to jutro ebook

Sylwia Kukla

3,0
16,99 zł

lub
Opis

„Chłodna woda zmyła niczym zaschnięty brud napięcie z pleców, karku i szyi. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, jak wielki ciężar usiłowała dźwigać od dłuższego czasu. Poczuła, że jej ciało jest wypoczęte, a umysł zaczął planować zadania na najbliższe godziny. Wreszcie znalazła wyjście ewakuacyjne bez odgórnie narzuconych strzałek. Miała być to spontaniczna ucieczka bez niepotrzebnych wyjaśnień.”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 276




Projekt okładki: MAGDALENA KUC
Opieka artystyczna: JANUSZ KUKUŁA
Redakcja: DOROTA WIERZBICKA
Redakcja i korekta: ALEKSANDRA SZCZEPAN
Skład: MARCIN LABUS
© Copyright by Fonopolis, Warszawa 2012
© Copyright by Sylwia Kukla
ISBN 978-83-934688-3-6
Wydawnictwo Fonopolis, ul. Sosnowiecka 17, 04-196 Warszawa,www.fonopolis.pl,www.sylwiakukla.pl,
Konwersja:eLitera s.c. wersja 1

Dla Natalii, która każdego dnia uczy mnie, czym jest miłość.

Od autorki

Czas, w którym powstawała niniejsza książka, wypełniły dziesiątki emocji, których nie rozumiałam i nie akceptowałam. Nowa rola, jaką przypisało mi życie, zaskoczyła mnie na tyle, że nie umiałam cieszyć się każdą chwilą. Z zachwytu i przerażenia zaparło mi dech i nie mogłam go odzyskać przez wiele miesięcy. Brakowało mi powietrza, wolnej przestrzeni, w której mogłabym swobodnie unosić się i być sama ze sobą i dla siebie. Przygryzałam wargi, aby za często nie krzyczeć ze złości i nie płakać z bezsiły.

W chwili gdy wydawało się, że ugrzęzłam w potrzasku, stał się cud. Spadł na mnie w najmniej spodziewanym momencie – w postaci pomysłu. Wzięłam laptopa i zaczęłam pisać. Wtedy odnalazłam swój kawałek krainy, do której codziennie wykradałam się chociaż na chwilę. Zrzucałam swoją skórę, zostawiając na progu problemy, zmęczenie i lęki. Tam nie udawałam nikogo, nie zakładałam maski, aby odegrać pożądaną przez wszystkich rolę, i nie stroiłam min, by obrócić wszystko w żart. Tam byłam sobą. Tam właśnie powstała moja książka, którą zamierzasz przeczytać. Jest utkana z moich myśli, tęsknot, przekonań i smutków. Pisanie zaspokoiło na chwilę ciągłą potrzebę wolności, uporządkowało rozproszone myśli i ukoiło lęki, o których nie miałam wcześniej pojęcia. W ten zlepek słów tchnęłam ducha i tak powstało moje dziecko. Powiedz mi to jutro pisałam ponad dziesięć miesięcy. Na każdym etapie pracy twórczej musiałam być pokorna i cierpliwie czekać, aż nieporadne palce wystukają słowo po słowie. Moje myśli biegły szybciej, tłocząc się w głowie, krzycząc, abym przestała się ociągać.

Dzisiaj już wiem, że wszystko, co spotykamy na naszej drodze, ma swój sens. Coś, co przytłacza nas w pierwszej chwili, może przyczynić się do przebudzenia i rozpoczęcia walki o siebie.

Cokolwiek wydarzy się dalej, wiem, że było warto.

Od dnia, w którym Matylda przestała pracować, zaczęła mieć kłopoty ze snem. Całymi dniami snuła się po swoim mieszkaniu, ubrana we flanelową piżamę i gruby szlafrok, a mimo to wciąż czuła, że drży z zimna. Porozrzucane zużyte chusteczki higieniczne zalegały na podłodze i pudłach rozstawionych po całym mieszkaniu. Patrzyła na nie, nie mogąc opanować łez. Wielokrotnie próbowała zebrać myśli i spakować potrzebne na wyjazd rzeczy. Jednak nie umiała przewidzieć, co przyda jej się przez najbliższe dziesięć lat. Bezradnie patrzyła na kartony wypełnione po brzegi książkami i płytami, na niegdyś kolorowe okładki poszarzałych książek. Miała wrażenie, że drwią z niej, że jeszcze nieraz za nimi zatęskni. Dziewczyna zaciskała powieki, aby niepokojące obrazy rozpłynęły się, a myśli pełne wyrzutów odeszły jak najdalej. Tak bardzo chciała zasnąć i obudzić się w chwili, gdy mogłaby jeszcze wszystko odkręcić.

Kiedy udawało jej się usnąć, nawiedzał ją sen, w którym uciekała przed czymś nieokreślonym. Śniła, że obładowana torbami biegnie przez długi ciemny tunel, na końcu którego nie widać światła. Każdy ruch wykonuje z olbrzymim trudem, jakby nawierzchnia pokryta była lepką smołą. Dodatkowym ciężarem są walizki, które trzyma kurczowo w rękach. Za plecami słyszy dźwięki, które połączone z jej coraz szybszym oddechem tworzą niepokojącą dla ucha muzykę rodem z filmu sensacyjnego. Czuje, że za chwilę nastąpi punkt kulminacyjny, w którym stanie oko w oko z niebezpieczeństwem. Nie ma sił, aby biec dalej. Wycieńczona do granic możliwości upada na zimną kamienną posadzkę.

Obudziła się z krzykiem.

Nie tak wyobrażała sobie pierwsze chwile bez pracy. Nie lubiła swojego zajęcia i gdy składała wypowiedzenie, czuła ulgę i radość. Jednak na próżno było teraz szukać optymizmu, który ogarnął ją kilka godzin po wyjściu z budynku. Miała wrażenie, że od tamtego czasu minęły wieki. Coraz bardziej czuła konsekwencje decyzji, którą podjęła pod wpływem chwili. Nie pamiętała, co sprawiło, że postanowiła przeprowadzić się do innego kraju.

Matylda podeszła do lustra i spojrzała na obcą kobietę z podkrążonymi oczami, o szarej, matowej cerze. Nigdy nie widziała się w takim stanie. Nie mogła na siebie patrzeć. Nałożyła warstwę nawilżającego kremu, obserwując, jak znika w jej przesuszonej skórze. Założyła spodnie i zarzuciła na ramiona bluzę. Zbiegła po schodach i potruchtała w kierunku parku. W myślach skreśliła część codziennej trasy, bo nie miała siły i ochoty, by pokonać cały dystans. Z początku biegła niemal w miejscu, aby zorientować się, czy wystarczy jej sił na dalszą drogę i, o dziwo, kolejne ruchy sprawiały coraz mniej bólu. Pięć minut później czuła się już lepiej i nieznacznie przyśpieszyła. Odzyskiwała panowanie nad swoim ciałem. Bieganie zawsze pozytywnie nastawiało ją do życia, ale i tak nie potrafiła zmusić się do uśmiechu.

Usiadła na ławce, z której zawsze lubiła obserwować toczące się na osiedlowym skwerku życie. To ją odprężało i wprawiało w przyjemny nastrój. Tym razem jednak nie poczuła ukojenia, a jedynie kolejne łzy spływające po policzkach. Mimo to chciała posiedzieć tam jak najdłużej, by zachować w pamięci obrazy bliskie jej sercu.

Żadne zmiany w jej dotychczasowym życiu nie przyniosły tyle negatywnych emocji co zaplanowana podróż do Szwecji. Decyzję o wyjeździe podjęła z własnej woli, więc nie mogła teraz zrzucić na nikogo winy. Jednak przez ostatnie półtora miesiąca, odkąd zdecydowała się zmienić miejsce zamieszkania, na tysiące sposobów tłumaczyła sobie, że przeprowadzka jest dobrym pomysłem. Jechała do Jacka – narzeczonego, który czekał na nią w Sztokholmie. W argumentach, które miały przekonać ją do wyjazdu do Szwecji, daremnie by szukać słowa „miłość”. Czy to znaczyło, że nie kochała Jacka? Od trzech miesięcy dzieliło ich wiele kilometrów i tęskniła za nim. Coraz częściej zastanawiała się, czy zamierza wyjechać za granicę z miłości do mężczyzny, czy raczej szuka odpowiedniego pretekstu, aby cokolwiek zmienić w swoim życiu. Data wylotu zbliżała się zatrważająco szybko i na myśl o wyjeździe jej serce przyśpieszało, a skurcz w żołądku doprowadzał ją do mdłości. Uczucie to dalekie jednak było od pozytywnego podniecenia, radości czy spokoju. Ogarniała ją panika. Pomyślała, aby poszukać wsparcia u najbliższych osób. Liczyła, że pomogą jej znaleźć wyjście z sytuacji. Decyzja o wyjeździe podzieliła ich na dwa obozy. Ojciec i przyjaciółka Karolina od początku twierdzili, że Matylda powinna zostać. Karolina znała rozterki Matyldy i wielokrotnie próbowała ją przekonać, aby nie wyjeżdżała.

Postanowiła zadzwonić najpierw do ojca. Po sygnale odezwał się jego głos:

– Cześć, córeczko. Jak idzie pakowanie?

– Cześć, tato. W zasadzie już skończyłam. – Matylda zamknęła oczy, aby nie widzieć porozrzucanych ubrań. – Ale sama już nie wiem, czy dobrze robię, wyjeżdżając.

– Kochanie, wiesz, że w każdej chwili możesz wrócić. To jest twoje życie i przede wszystkim rób to, czego pragniesz. Jak widzisz, twoja matka skutecznie pracowała nade mną, abym wreszcie przetrawił twój wyjazd. – Usłyszała westchnienie ojca. – Udało się, powiedzmy, w połowie, ale już wiem, że nie mogę zatrzymać cię przy sobie. Jedź tam i baw się dobrze.

– Tato, ale ja już... – przerwała, bo gardło ścisnęło się tak mocno, że nie mogła już nic powiedzieć. Nie usłyszała tego, co naprawdę pragnęła usłyszeć, ale nie mogła być zła na ojca. Kochał ją i akceptował jej wybór.

– Dziękuję, tato. Kocham cię.

– Pa, kruszynko. Ucałowania.

Matylda uśmiechnęła się, tak jak zawsze, gdy w dzieciństwie tata całował ją w czoło. Lubiła to do dziś, bo na krótką chwilę stawała się znowu małą dziewczynką, której największym problemem było rozbite kolano.

Całą nadzieję pokładała teraz w przyjaciółce. Oczekując na połączenie, liczyła na to, że Karolina nie będzie za bardzo zajęta.

– Hej. Coś pilnego? Mam urwanie głowy.

– Potrzebuję pomocy. Nie wiem, co mam robić.

– Kochana, jak nie zdążysz się spakować, to zrobię to po twoim wyjeździe i prześlę ci resztę rzeczy. Nie obciążaj się tym i zrelaksuj. Weź kąpiel, zrób coś dla siebie. Wpadnę wieczorem, to porozmawiamy.

– Mam wątpliwości, czy lecieć.

– Leć, zwiedzaj, poznawaj świat i spełniaj swoje marzenia. A jak już się znudzisz, to wrócisz do nas. Poczekaj chwilę, mam drugi telefon, to szef. – Matylda, cierpliwie czekając na Karolinę, słyszała strzępy rozmowy. – Już jestem.

– Karolina, ja już sama nie wiem, czy powinnam wyjeżdżać.

– Zawsze chciałaś podróżować i właśnie masz szansę sprawdzić, czy to cię uszczęśliwia. Nie mogę cię w nieskończoność odwodzić od wyjazdu. To jest moment, kiedy możesz zrobić coś dla siebie. Więc zrób, a ja będę na ciebie czekać. Naprawdę muszę kończyć, zdzwonimy się później?

– Tak, jasne. Pa.

Matylda poczuła się samotna. Wiedziała, że nie powinna mieć pretensji do przyjaciółki ani do ojca o to, że zaakceptowali pomysł jej wyjazdu. Miała dużo czasu, aby przekonać ich, że naprawdę marzy o podróży do Szwecji. Mama była od początku zachwycona pomysłem, więc Matylda nie miała zamiaru do niej dzwonić.

Dziewczyna usiadła na kanapie i ukryła twarz w dłoniach. Zrezygnowała z pracy, aby na jakiś czas zamieszkać w Sztokholmie, gdzie pracował jej narzeczony. Cieszyła się do momentu, gdy przez przypadek dowiedziała się, że Jacek podpisał kontrakt na dziesięć lat. Nie miała zamiaru jechać na tak długo i czuła do niego rosnący żal za to, że zataił przed nią ten ważny punkt umowy z pracodawcą. W gruncie rzeczy była też rozgoryczona faktem, że ojciec i Karolina ostatecznie zaakceptowali wieloletnią rozłąkę. Złościła ją również matka, która, entuzjastycznie nastawiona do pomysłu, przekonała ojca.

„To przecież cała dekada, sto dwadzieścia miesięcy, pięćset dwadzieścia tygodni, trzysta sześćdziesiąt pięć dni razy dziesięć lat to jakaś olbrzymia liczba, a ile to godzin? Minut? Sekund? To wieczność”, myślała Matylda. Postanowiła zamilknąć na jakiś czas. Wiedziała, że być może będzie to niemądre, ale chciała, by za nią zatęsknili. Ostateczną decyzję o wyjeździe zamierzała podjąć w ciągu najbliższej doby i nie chciała nikogo w to wtajemniczać.

Mateusz wstał wcześniej, niż miał w zwyczaju, bo chciał dokończyć artykuł. Pisał do świtu i zmęczenie skutecznie uniemożliwiło twórcze podejście do tematu. W nocy nie potrafił wymyślić błyskotliwej puenty, której nie wstydziłby się sygnować swoim pseudonimem. A teraz, po pół godziny intensywnej pracy, miał gotowy materiał. Włączył program pocztowy i przesłał tekst do wydawcy. Na jego liście były wydawnictwa, z którymi chętnie współpracował. Inne, skręcające politycznie w stronę odmienną od jego przekonań, omijał szerokim łukiem. Był to przejaw braku profesjonalizmu, bo jako dziennikarz powinien wznieść się ponad podziały polityczne, ale nie potrafił się zmusić nawet do wstępnej rozmowy z nieprawomyślnym wydawcą. Na szczęście jako publicysta miał na tyle mocną pozycję, że mógł wybierać spośród propozycji współpracy, a jego ewentualne fanaberie były traktowane jako normalne zachowanie artysty. Po chwili otrzymał odpowiedź od sekretarki z podziękowaniem za tekst oraz z krótką informacją, że ukaże się on następnego dnia. Uśmiechnął się do monitora, wyobrażając sobie, że asystentka wydawcy, pani Róża Kwiatkowska, jest równie powabna jak jej imię. Nigdy nie mieli okazji poznać się osobiście, mimo że korespondencja niekiedy była mocno ożywiona. Stronił od wizyt w redakcjach, bo nie miał ochoty, aby kojarzono jego twarz z nazwiskiem. Wystarczyło mu, że po każdym tekście otrzymywał setki maili od czytelników. Początkowo starał się odpowiadać na wszystkie wiadomości. Z czasem go to znudziło, więc odpisywał jedynie na te najbardziej błyskotliwe i zaczepne.

Wyłączając laptopa, pomyślał, że dobrze zrobi mu śniadanie. Miał zamiar zejść do kafeterii na parterze apartamentowca, w którym mieszkał, ale niespodziewany telefon zniweczył wszelkie plany.

– Hej, Mateusz. Powiedz mi, proszę, czy masz czas, żeby pojechać z moją mamą do restauracji i wybrać ostateczne menu? Pojechałabym z wami, ale przede wszystkim muszę zdecydować się wreszcie na jakieś buty. Kiedy możesz być w Sweet Dreams? – w słuchawce brzmiał słodki głos narzeczonej.

W pierwszej chwili Mateusz nie wiedział, co dziewczyna ma na myśli. Kompletnie nie skojarzył nazwy z restauracją. Był tam raz. Sweet Dreams miała gigantyczną salę balową, w której organizowane były przyjęcia na co najmniej dwieście osób. Nigdy wcześniej nie widział tak dużego miejsca zaadaptowanego na restaurację. Nie był zachwycony, że właśnie tam odbędzie się jego wesele. Taki restauracyjny hangar kojarzył się mu ze wszystkim, tylko nie z intymną atmosferą. Swój ślub wyobrażał sobie raczej jako kameralną uroczystość w gronie najbliższych mu osób. Jednak akceptując listę gości ze strony swojej przyszłej żony Izabeli, musiał zapomnieć o własnych marzeniach.

– Dobrze, o której mam być na miejscu?

– W ciągu godziny podjedź po moją mamę. Czeka na ciebie w domu.

– A ty dojedziesz? Mimo wszystko to nasza impreza, więc wolałbym z tobą podejmować takie decyzje. Wiesz, że niewiele jest spraw, w których zgodziłbym się z twoją matką. Może warto, żebyś też tam była?

– Darling, nie przełknęłabym nic oprócz sałatki. Proszę, bądź kochanym misiem, miłym dla mojej mamy, i nie stawiaj się tylko po to, aby udowodnić, że nie ma racji. Lecę dalej. Pa.

Od tygodnia w Mateuszu narastała irytacja, gdy tylko pomyślał o planach weselnych, które nie miały nic wspólnego z jego wcześniejszymi wyobrażeniami. Odkąd zaręczył się z Izabelą, sprawy toczyły się tak szybko, że – zaskakiwany co chwilę – reagował z dużym opóźnieniem, najczęściej gdy był już sam. W ciągu kilku godzin od ogłoszenia zaręczyn została ustalona data ślubu bez uwzględnienia jego planów. Wszystko zaczęło żyć własnym życiem i na nic nie miał już wpływu. Przekonał się, że był małym trybikiem, który, chcąc nie chcąc, musiał wykonać czarną robotę zlecaną przez kogoś dużo ważniejszego. Tym kimś okazywała się przyszła teściowa. Pociągała za sznurki tak skutecznie, że zgłaszane przez nią uwagi i propozycje od razu wchodziły w życie. Głos Mateusza nie był brany pod uwagę, bo zadziałało stereotypowe myślenie, że mężczyzna nie powinien interesować się szczegółami dotyczącymi ślubu czy wesela. Mimo że jego rodzina i znajomi stanowili dosłownie garstkę w porównaniu do dziesiątek osób zaproszonych przez panią Helenę, Mateusz miał pokryć połowę wszystkich kosztów. Nie był to dla niego problem, bo miał pieniądze, ale nie podobało mu się płacenie wysokich rachunków tylko po to, aby poprawić samopoczucie przyszłej teściowej. Pocieszał się, że przygotowania do ślubu nie będą trwały wiecznie, i obiecywał sobie, że nie da się sprowokować do dyskusji na ich temat.

Kwadrans później zaparkował na podjeździe domu w najdroższej dzielnicy willowej w mieście. Wcisnął dzwonek domofonu i po chwili usłyszał głos Heleny Nawrockiej:

– Tak, słucham?

– Witam, to ja, Mateusz. Czekam na panią w samochodzie.

– W jakim celu?

– Iza dzwoniła, że mam z panią pojechać na degustację potraw.

– Rozumiem. Już wychodzę.

Mateusz usłyszał trzask słuchawki i chwilę później Helena Nawrocka wyszła z domu. Najwyraźniej czekała na niego, więc całkiem zbędna rozmowa przez domofon rozbawiła go. Rozluźnił się na tyle, że postanowił śmiać się z całej sytuacji. Był typem człowieka, który zwykle chętnie uciekał w żart, ale ostatnio i jego przerosła nadęta atmosfera przygotowań ślubnych. Rozdmuchiwane problemy uważał za abstrakcyjne i pozbawione sensu. Przez ostatnie dni sprzeczał się z Izą na wszelkie możliwe tematy związane z weselem. Z większością rzeczy był gotowy się pogodzić, bez szkody dla swojego zdrowia psychicznego, ale wybór podróży poślubnej okazał się drogą przez mękę. Podczas rozmowy zostały brutalnie obnażone wszystkie różnice w ich pojmowaniu przyjemnego spędzania wolnego czasu. Musiał się mocno postarać i użyć najbardziej wyrafinowanych argumentów, żeby czas wakacji podzielić tak, aby obok wizji Izabeli znalazło się miejsce i dla jego wyobrażeń o idealnym wypoczynku.

We wstecznym lusterku obserwował zbliżającą się matkę Izabeli. Był przekonany, że nad twarzą Heleny pracował cały sztab chirurgów plastycznych, bo wyglądała tysiąc razy lepiej niż przed kilkoma laty. Ciemnokasztanowych włosów, przyciętych do ramion, silny wiatr nie zdołał nawet poruszyć. Każdy kosmyk miał wyznaczone miejsce i żadnej możliwości przesunięcia się w jakimkolwiek kierunku. Była piękną kobietą o łagodnych rysach, ale coś Mateusza od niej odpychało i nie potrafił się do niej ponownie przekonać po jej powrocie do Polski. Brakowało mu tej ciepłej, serdecznej i lekko pulchnej Helenki, która w swojskiej podomce serwowała pierogi. Nie miał pojęcia, co takiego wydarzyło się w Stanach Zjednoczonych, gdzie przez kilka lat mieszkała, ale miał wrażenie, że oprócz tego, iż zaszła zmiana w jej wyglądzie, ona sama stała się kimś innym. Gdyby nie znali się wcześniej, na pewno nie chciałby mieć z nią kontaktu. A tak, odkąd na nowo zaczął bywać w domu państwa Nawrockich, wciąż się łudził, że z czasem może wszystko wróci do czasów sprzed metamorfozy. Jej córka Izabela również przeszła zmianę: od ładnej dziewczyny do świadomej własnej urody kobiety. Nowe wcielenie Izy na początku Mateusza zachwyciło. Nie potrafił oderwać od niej wzroku, gdy spotkali się pierwszy raz po wielu latach. Jedynym niezmiennym elementem w rodzinie Nawrockich, który w sposób dobitny przypominał, że ma się do czynienia właśnie z tą rodziną, był ojciec Izy. Cichy i równie skromny jak wtedy, gdy widzieli się po raz ostatni przed wyjazdem Nawrockich do Stanów.

– Jestem gotowa. Możemy ruszać. Proszę, podjedź najpierw do kwiaciarni Mint Flowers, a dopiero później do restauracji.

Godzinę później Mateusz wysiadał z samochodu, aby otworzyć przed Nawrocką wszystkie drzwi prowadzące do restauracji. Codzienny savoir-vivre był jego nawykiem, ale zbyt nachalne i wymowne spojrzenie Heleny sprawiło, że teraz robił to z dużą niechęcią.

Przebrnięcie przez wszystkie próbki potraw zajęło kolejne dwie godziny. Z każdą minutą żałował coraz bardziej, że zdecydował się pojechać z przyszłą teściową zamiast z narzeczoną. Co chwilę piękna kelnerka bezszelestnie kładła przed nim wspaniale udekorowane dania w wersji mini. Po pierwszym kęsie wiedział, że mocną stroną przyjęcia będzie świetna kuchnia. Jednak najlepsze potrawy świata były jedynie niestrawną podeszwą, gdy przy stole siadała Helena Nawrocka, aby swoim krytycznym okiem wychwycić mikroskopijne uchybienia. W trakcie degustacji z szybko uwijającymi się kelnerami w tle Nawrockiej nie posmakowało nic, co zjawiło się na stole. Mateusz obserwował rosnącą frustrację właściciela lokalu, który uśmiechając się nerwowo w kierunku Heleny, nie potrafił ukryć, że nie do końca rozumie jej zawiłe monologi. Matka Izabeli, niczym krytyk kulinarny, pastwiła się nad każdym prezentowanym daniem. Mateusz pamiętał przygotowywane przez nią smaczne potrawy, które swojsko pachniały i wyglądały. To właśnie w jej kuchni odkrywał smaki, których w młodości nie poznał w rodzinnym domu.

Przy prezentacji deserów wszyscy zgodnie uznali, że spotkają się za kilka dni, aby Helena jeszcze raz mogła spróbować dań, przyrządzonych z uwzględnieniem jej uwag. Mateusz w duchu poprzysiągł sobie, że to jego ostatnia degustacja w tym towarzystwie.

Odwożąc Nawrocką do jej willi, wysłuchał potoku niekończących się zdań. Przez chwilę odpłynął w myślach tak daleko, że do jego świadomości dochodziła jedynie melodia głosu przyszłej teściowej. Słyszał ostre dźwięki, które sprawiały mu fizyczny ból. Przygotowywał w myślach plan, jak odzyskać władzę nad swoim życiem. Obiecał sobie, że ocali własną wizję ślubu. Jeszcze tego wieczoru postanowił zadzwonić do znajomych, którzy zaoferowali pomoc. W jego głowie układały się całe zdania, które miał zamiar spisać w mailu i wysłać do narzeczonej i jej matki. Tym razem nie chciał iść na jakiekolwiek ustępstwa.

Budzik zadzwonił przeraźliwie głośno. Matylda drgnęła i nakryła głowę poduszką. Była za pięć siódma. Butelka czerwonego wina, którą wypiła poprzedniego wieczoru, wykonała dobrą robotę. Ostatniej nocy spała jak kamień, a koszmarny sen nie pojawił się. Rozejrzała się po pokoju, zatrzymując wzrok na drzwiach, zza których wyłaniały się cienie walizek i kartonowych pudeł. Bagaże stojące w drugim pokoju przypomniały jej o tym, o czym nie chciała pamiętać. Zacisnęła mocno powieki i schowała głowę pod kołdrę. Miała nadzieję, że jeszcze uda jej się zasnąć, a po ponownym przebudzeniu kartony znikną.

Po chwili jednak zdecydowała się wstać. Włączyła energetyczną muzykę i przechadzając się tanecznym krokiem, zaczęła zbierać porozrzucane po całym pokoju śmieci. Śpiewała na całe gardło, próbując przekrzyczeć wydobywające się z głośników dźwięki. Godzinę później leżała zdyszana na dywanie. Po bałaganie nie było śladu. Ubrania złożone w kostkę leżały w torbach, a chusteczki higieniczne znalazły swoje miejsce w plastikowych workach. Ubrała się w dres i omijając ostrożnie pakunki, wyszła z mieszkania. Zbiegając po schodach, włożyła słuchawki do uszu i wypadła na ulicę skąpaną w słońcu.

Biegła szybciej niż zwykle. Wiedziała, że za chwilę się zmęczy i w ten sposób nie pokona codziennej trasy. Ale chciała uciec przed wszystkimi uporczywymi myślami, decyzjami, które podjęła, i zobowiązaniami, jakich musiała dotrzymać. Jej życie skręciło w ślepą uliczkę, na której końcu nie mogła dostrzec radości. Była zła, cholernie zła na siebie. W połowie dystansu przystanęła, ciężko dysząc. Próbowała złapać haust powietrza. Głośno szlochała, nie przejmując się, że ludzie niespokojnie spoglądają w jej stronę. Serce biło tak mocno, jakby chciało wyskoczyć prosto na chodnik. Matylda usiadła na najbliższej ławce i oparła głowę o kolana. Czuła, że zabrnęła w ślepy zaułek. Oczyma wyobraźni widziała siebie siedzącą przed szklanką gorzkiego napoju, który zamierzała wypić do dna. Przeczuwała, że to nie przyniesie jej pożądanego szczęścia. Wyprostowała się, odgarniając włosy z mokrego czoła. „Skoro powiedziałam ‹‹a››, to z godnością powiem i ‹‹b››”, pomyślała, wstając z parkowej ławki. W drodze do domu zauważyła, że przez cały czas w słuchawkach empetrójki była cisza.

Po powrocie do domu wzięła do ręki telefon komórkowy i połączyła się z pocztą głosową, aby przez kolejne pół godziny wsłuchiwać się w powitanie, które nagrała poprzedniej nocy. Słyszała swój zniekształcony głos udający radosne świergotanie pijanego wróbla. „Cześć, tu Matylda. Jestem już daleko stąd, poza granicami naszego pięknego kraju i prowadzę leniwe życie kury domowej. Nie zostawiaj wiadomości i tak jej nie odsłucham”.

Mieszkanie Mateusza był urządzone surowo. Przeważały szarość i czerń. W centralnym punkcie pokoju stało duże łóżko. Pod jedną ze ścian piętrzyły się płyty DVD. Pod sufitem tuż nad łóżkiem wisiała czarna czterdziestodwucalowa plazma. Promienie słońca przedzierały się przez ciężkie zasłony, oświetlając niepasujący element: różowy sweterek. Ciszę zakłócił głośny sygnał dzwonka. Mężczyzna wysunął rękę spod kołdry, próbując znaleźć na podłodze telefon komórkowy.

– No wreszcie – w słuchawce rozległ się piskliwy głos. – Mateusz, wiesz, która już godzina? Nie zapomnij zapłacić za wycieczkę w biurze podróży, dziś ostatni dzień. Adres biura i numer rezerwacji wysyłam SMS-em. Zaraz zadzwoni moja mama, więc postaraj się być milszy niż wczoraj. Mówiła coś o wiadomości, którą nam wysłałeś. Nie miałam jeszcze okazji jej przeczytać, ale po tym, co mówiła, powinnam się zaniepokoić. Mam nadzieję, że mi to później wytłumaczysz. Buziaki. Paaa…. – Klik, urwane połączenie.

– Halo? Dla mnie właśnie zaczął się siódmy maja, odkąd mnie obudziłaś swoim nieoczekiwanym telefonem, ale halo, jesteś jeszcze? – Mateusz usiadł na łóżku, gdy telefon znowu wydzwonił jedną z melodii.

– Dzień dobry, pani Heleno. Jak się pani miewa w ten słoneczny poranek? – zaczął rozmowę najsłodszym tonem, jaki miał w swoim zestawie.

– Yyy. Witaj. Tak, to ja. Przeczytałam maila. Moje uwagi i wskazówki dotyczące przyjęcia zostały przez ciebie kategorycznie odrzucone. Dzwonię, aby, po pierwsze, zapytać, skąd ta nagła zmiana, a po drugie, powiedzieć ci, że uważam, że moja córka ma za dużo rzeczy na głowie, aby ogarnąć ten bałagan. Nie zrozum mnie źle, ja nie chcę się wtrącać w wasze życie, ale sądzę, że organizacją wesela powinni zająć się również rodzice. Znajoma sugerowała wynajęcie mediatora pomiędzy rodzicami a młodą parą, ale bez przesady, jesteśmy przyszłą rodziną i ja nie chcę żadnych szopek. Czy możesz mi wyjaśnić, dlaczego skreśliłeś z listy gości nazwiska moich znajomych? Ponadto wybrałeś zespół muzyczny, którego nie znam. No i czy sądzisz, że mężczyzna powinien interesować się dekoracją stołów? Uważam, że zaproponowana w mailu kolorystyka dodatków jest nietrafiona. Dotychczas nie interesowały cię szczegóły, więc skąd ta zmiana? Izunia jest skołowana, a przecież to najważniejszy czas także i w jej życiu. Niech dziewczyna skupi się na sobie, bo przed ołtarzem powinna wyglądać zjawiskowo… Aha, i jeśli myślisz, że nasz rodzinny fotograf jest gorszy od twojego kolegi amatora, to może niech będzie dwóch? Jestem w pobliżu, mogę być za dziesięć minut, czy jesteś gotowy do wyjścia?

– Leżę jeszcze w łóżku, zawsze jestem gotowy, zapraszam.

– Co? Dochodzi dziesiąta. Sądziłam, że już byłeś w biurze podróży. Dziś powinieneś zapłacić za podróż poślubną. W takim razie widzimy się o piętnastej w kościele na herbatce u księdza. Skoro chcesz we wszystkim brać udział, to powinniśmy wspólnie zastanowić się, co chcemy usłyszeć podczas ceremonii. Nie spóźnij się.

– Kocham twoje poczucie humoru, Heleno. Żałuję, że to nie ty będziesz każdego dnia parzyła mi poranną kawę, a wieczorem prała skarpety – mówił już do głuchej słuchawki.

Dotychczasowe uwagi przyszłej teściowej traktował z przymrużeniem oka. Bawiło go, jeśli udało mu się czasem wprowadzić ją w osłupienie czy zmusić do niezręcznego milczenia. Ale zachowanie Nawrockiej w Sweet Dreams sprawiło, że postanowił wziąć sprawy w swoje ręce i zrobić wszystko po swojemu. Zaczął od listy gości, z której wykreślił wszystkich znajomych Nawrockiej, a na kolorze serwetek zakończył. Złość zaślepiła go tak bardzo, że zapomniał w tym wszystkim o swojej narzeczonej. Przed północą wysłał maila do obu kobiet, czując przy tym satysfakcję.

Na wyświetlaczu telefonu pojawiła się koperta informująca o nowym SMS-ie. Nie miał ochoty go odczytywać. Wziął pilota do ręki i włączył telewizor. Zamierzał leniwie rozpocząć dzień i żaden telefon od przyszłej żony czy teściowej nie mógł mu pokrzyżować planów. Był już dużym trzydziestoletnim chłopcem.

Matylda snuła się po mieszkaniu, zastanawiając się, od czego zacząć. Zawsze była zorganizowana, ale odkąd klamka zapadła, całkowicie się pogubiła. Im bliżej było do daty wylotu, tym jej ruchy stawały się bardziej nerwowe, a działania pozbawione logiki. Usiadła na kanapie, aby pozbierać myśli. Rozejrzała się po pokoju. Dobrze pamiętała swoją radość, gdy usiadła tu po raz pierwszy. Kupno mieszkania kosztowało ją wiele stresu, bo wciąż coś stawało jej na przeszkodzie. Najpierw bank odmówił przyznania jej kredytu, a gdy już go dostała, sprzedający zaczął wahać się, czy nie wystawił lokalu na sprzedaż za zbyt niską cenę. Wierzyła, że to jej gorące modlitwy sprawiły, że ostatecznie to ona stała się właścicielką tego miejsca. Lubiła wracać do swojego domu, bo słońce witało ją od progu. Dwa przestronne pokoje miały okna od sufitu do podłogi. W pochmurne dni odnosiła wrażenie, że te wielkie otwory w murze zbierają światło z całej okolicy, aby idealnie rozjaśnić tylko jej przestrzeń. Nie miała balkonu, ale gdy zapragnęła wypić kawę na tarasie, otwierała szeroko okna i siedząc na kanapie, wsłuchiwała się w koncert świerszczy. W powietrzu unosił się zapach aromatycznej kawy i świeżo skoszonej trawy. Uwielbiała wpatrywać się w zieleń falującej od wiatru łąki. Ten skrawek krajobrazu miał na nią zbawienny wpływ. Kiedy podejmowała ważne decyzje, najpierw spoglądała na łąkę, aby poczuć, czy idzie w dobrym kierunku.

Decyzję o wyjeździe podjęła bez zastanowienia. Była na rauszu, gdy niemalże wykrzyczała, że w imię miłości może zmienić wszystko. Czuła się błogo i ten ładny kadr ożywił nieciekawy film jej codzienności. Od tego dnia zaczęła wszystko planować. I jeśli czasem pojawił się strach, tłumaczyła sobie, że przecież zawsze może wrócić. Ale już tęskniła za swoim dotychczasowym życiem, mimo że jeszcze nie rozpoczęła nowego. Wpatrzona w łąkę, powoli zdawała sobie sprawę, że tamtej pijanej niedzieli popełniła błąd. Była dwudziestoośmioletnią kobietą i naiwnie sądziła, że wyczerpała limit nietrafionych decyzji życiowych. Ale tym razem zapędziła samą siebie w kozi róg. Nie wiedziała, jak zręcznie wybrnąć z sytuacji bez narażania się na uciążliwe i niekończące się pytania. Nie miała odpowiedzi na żadne z nich i jedyną rzeczą, która przychodziła jej do głowy, była ucieczka przed całym światem. W jednej chwili podjęła decyzję, że powinna zniknąć na jakiś czas. Wiedziała, że nikt z bliskich nie zrozumie jej postępowania. Ale wydawało jej się, że tylko w ten sposób odzyska kontrolę nad swoim życiem. Czuła się jak więźniarka, której trafiła się szansa na ucieczkę, i nie mając żadnego planu, co zrobi z odzyskaną wolnością, postanowiła działać spontanicznie.

Weszła do kabiny prysznicowej w ubraniu i odkręciła wodę. Uśmiech od razu rozświetlił jej twarz i odetchnęła spokojnie. Chłodna woda zmyła niczym zaschnięty brud napięcie z pleców, karku i szyi. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, jak wielki ciężar usiłowała dźwigać od dłuższego czasu. Poczuła, że jej ciało jest wypoczęte, a umysł zaczął planować zadania na najbliższe godziny. Wreszcie znalazła wyjście ewakuacyjne bez odgórnie narzuconych strzałek. Miała być to spontaniczna ucieczka bez niepotrzebnych wyjaśnień.

Zrzuciła z siebie mokre ubrania i przewiązała wilgotne ciało ręcznikiem. Usiadła przed komputerem i otworzyła pocztę. Miała jedną wiadomość z dnia szóstego maja, z godziny dwudziestej drugiej pięćdziesiąt dwie. Był to mail od Jacka. Otworzyła zatrwożona. Narzeczony szczegółowo opisywał swój miniony dzień. Matylda przeskoczyła do ostatniej linijki napisanej większą czcionką: „Kochanie, odliczam dni. Tęsknię. Do zobaczenia. J.”. Usunęła maila bez mrugnięcia okiem. Otworzyła nową wiadomość i poczuła przyjemne mrowienie pod opuszkami palców. Szybko wystukiwała słowo po słowie: „Przez najbliższy miesiąc nie będę dostępna pod telefonem i mailem. Postanowiłam wyjechać na zasłużony urlop, a przy okazji zrealizować swoje marzenie. Wrócę najpóźniej za miesiąc. Proszę, nie martwcie się, jestem już dużą dziewczynką. Wasza Matylda”.

Oczyma wyobraźni widziała mamę, która krzątając się, szepcze pod nosem, że dopóki Matylda nie wyjdzie za mąż, to może zachowywać się w sposób nieodpowiedzialny. Matylda była pewna, że na twarzy ojca pojawi się prawie niewidoczny uśmiech zadowolenia. Przeczuwała, że po przeczytaniu maila Karolina odtańczy taniec zwycięstwa. „Jak zareaguje Jacek? Zawsze był opanowany, ale czy zrozumie mój wyjazd? Skoro nie wiem, czego mogę spodziewać się po swoim partnerze, to czy nie jest to odpowiedź na jedno z moich pytań?” Ale to nie był czas na precyzowanie czegokolwiek. Była tak oszołomiona i uradowana jednocześnie, że całą swoją uwagę chciała poświęcić na zorganizowanie ucieczki doskonałej.

Ubierając się do wyjścia, podjadała czerstwy chleb z dżemem. Smakował wyśmienicie. Wzięła bilet lotniczy, schowała go do torby i wyszła z domu.

Mateusz wyłączył telewizor, bo widok potraw z programu kulinarnego sprawił, że poczuł głód. Miał ochotę na przepyszne śniadanie z kafeterii mieszczącej się na dole apartamentowca, w którym mieszkał.

Odkąd wprowadził się do swojego nowego mieszkania, minęły trzy lata i w tym czasie prawie każdy poranek spędził w bistro pani Aliny. W zimie siedział przy jedynym stoliku wciśniętym w kąt, a w ciepłe dni jadał na zewnątrz. Lubił wtedy obserwować sąsiadów pośpiesznie wsiadających do swoich samochodów. Miał ten przywilej, że nie musiał się nigdzie śpieszyć. Pracował najczęściej w domu lub, jeśli miał ochotę, spotykał się z kilkoma osobami w kawiarenkach z hotspotem. Spotkania w grupie traktował jako okazję, by wpuścić do głowy trochę świeżego powietrza przewietrzyć umysł.

Był profesjonalnym, pewnym swojego talentu dziennikarzem, ale doświadczenie nauczyło go, aby zachować skromność. Nikt nie lubił nadętych bufonów, nawet jeśli byli najlepsi w swoim fachu. Mateusz nie chciał być postrzegany przez innych jako typowy karierowicz. W środowisku uchodził za otwartego człowieka i zdolnego freelancera. Jego celem było napisanie książki, jednak wciąż nie miał odpowiedniego tematu. Czuł, że któregoś pięknego dnia obudzi się z gotowym pomysłem. Wiedział, że to temat musi znaleźć jego, a nie odwrotnie. Na razie był popularnym felietonistą, podpisującym się pseudonimem artystycznym „Marek Wieniawski”. Dbał o swoją anonimowość do tego stopnia, że z redakcjami porozumiewał się wyłącznie telefonicznie lub mailowo. Ukończone teksty wysyłał przez Internet.

Na początku jego kariery dziennikarskiej wszystkie flesze aparatów zwrócone były w jego stronę, a on, nie umiejąc poradzić sobie z zainteresowaniem, topił wstyd w butelce whisky. Nie czerpał przyjemności z oglądania siebie na pierwszych stronach plotkarskich gazet i doskonale wiedział, że to bardziej przeszkadza, niż pomaga w normalnym życiu. Po suto zakrapianych vipowskich imprezach następnego dnia tabloidy wyciągały brudy minionej nocy. Imprezowe życie, które Mateusz prowadził, odciągało go od pisania i przynosiło uczucie wewnętrznej pustki. Zniknął na pół roku i wrócił już jako tajemniczy Marek Wieniawski. Dzięki temu jego nazwisko nie było kojarzone z twarzą. Mimo to nie mógł pozwolić sobie, aby na kolejnej libacji VIP-ów zachowywać się niewłaściwie, bo najprawdopodobniej bulwarówki przypomniałyby koniec dobrze zapowiadającej się kariery dziennikarskiej Mateusza Zahornego.

Dopiwszy ostatni łyk czarnej kawy, wstał i podziękował właścicielce kafeterii za pyszne śniadanie. Pani Alina uśmiechnęła się szeroko i posłała mu całusa. Odkąd zamieszkał w apartamentowcu, bywał w jej kafejce tak często, że nawiązała się między nimi przyjacielska relacja. Zawsze mógł liczyć na gorący posiłek i jej dobre słowo. Pani Alina miała w sobie cudowny spokój, kojący jego stres, i bardzo przypominała mu matkę, za którą tęsknił od wielu lat.

Było ciepło, dlatego Matylda postanowiła przespacerować się do biura podróży. Potrzebowała czasu, aby przed wymianą biletu do Szwecji zaplanować każdy szczegół wycieczki. Miała świadomość, że znikając, dowiedzie swojej niedojrzałości, ale starała się o tym nie myśleć. Była podekscytowana i szczęśliwa, że wreszcie zrealizuje swoje marzenie, by zwiedzić południową część Europy.

Dotychczas starała się być odpowiedzialna i spełniać oczekiwania innych. Z biegiem lat doszła do wprawy w oszukiwaniu samej siebie, że podszepty ludzi są jej wewnętrznym głosem. Wstępując w kolejne związki, w zależności, z kim w danym momencie była, dowiadywała się, że chce albo nie chce hucznego wesela, najbardziej lubi jajecznicę na bekonie albo jajko na twardo. Raz kochała nocne życie, a raz była rannym ptaszkiem. Odkąd związała się z Jackiem, stała się sumienną i solidną pracownicą korporacji. Tłumaczyła sobie, że zmiany zachodzące w jej przyzwyczajeniach były dowodem nieustającego dojrzewania. Aż do dzisiaj nie przyszło jej do głowy, aby zapomnieć o wszystkich i wsłuchać się przede wszystkim w samą siebie. Czuła, że siódmy maja zapamięta jako pierwszy dzień życia, w którym na pierwszym miejscu będą stały jej oczekiwania. Miała zamiar spełnić swoje marzenie. Weszła do biura podróży, gdzie od progu przywitała ją młoda pracownica.

– Dzień dobry. W czym mogę pani pomóc?

– Dzień dobry. Chciałabym wymienić bilet lotniczy na inny – oznajmiła Matylda.

– Nie rozumiem. – Dziewczyna nie potrafiła ukryć rosnącego zdziwienia.

– Kilka tygodni temu kupiłam u państwa bilet do Sztokholmu, ale teraz chciałam zmienić cel podróży i polecieć w jakieś cieplejsze miejsce. Co pani proponuje? – uśmiechnęła się najpiękniej, jak potrafiła, aby przekonać do siebie kobietę.

– Hm...tylko nie wiem, czy można zrezygnować z biletu. Muszę zapytać szefową, czy to możliwe. Proszę usiąść. Tu są prospekty naszych wycieczek, a tu lista miast, do których można kupić bilet w naszym biurze. Czy życzy sobie pani coś do picia? – Dziewczyna zachęcona uśmiechem Matyldy z każdą sekundą odzyskiwała pewność siebie. Jej zaczepne spojrzenie świadczyło o tym, że pomimo braku doświadczenia postara się, aby tego poranka uszczęśliwić swojego pierwszego klienta.

– Nie, dziękuję. – Matylda usiadła na kanapie.

Idąc do biura, odtwarzała w pamięci trasę podróży z mapy jej marzeń. Zaczynała się w Portugalii, następnie Hiszpania, a na koniec Francja i Włochy. W Portugalii chciała na żywo usłyszeć kobiety śpiewające fado, w Hiszpanii planowała zwiedzić ulubione miejsca Salvadora Dali, we Francji i Włoszech pragnęła rozkoszować się smakiem wina, potraw oraz widoków. Na liście z portugalskich miast była jedynie Lizbona, więc nie miała wyboru. W oczekiwaniu na obsługę zaczęła przeglądać katalogi z ofertami wycieczek. Zastanawiała się, jaki sens ma organizowanie dwutygodniowych wczasów w zamkniętym kurorcie, których jedyną atrakcją są trzy posiłki, kąpiel w basenie i leżenie pod parasolem na przyhotelowej plaży. Było mnóstwo takich ofert. Począwszy od Egiptu, Turcji, Tunezji, po odległe miejsca, takie jak Kuba, Brazylia czy Tajlandia. „Okej, jak już lecieć dwanaście godzin na Kubę, to nie po to, aby się opalać i sączyć drinka pod palmą – pomyślała. – Rozumiem rodziny z małymi dziećmi, którym łatwiej jest siedzieć w jednym miejscu, ale przecież nie trzeba lecieć tak daleko...”

Mateusz zaparkował samochód tuż przy biurze podróży, w którym miał sfinalizować transakcję zakupu wycieczki. Nie pamiętał, żeby doszli do porozumienia z Izabelą, gdzie dokładnie pojadą. Od dawna marzył, aby poszukać tras dalekich od tych wydeptanych przez miliony turystów. Problem polegał na tym, ze Izabela wolała poleżeć na słońcu, aby odświeżyć, i tak jego zdaniem zbyt mocną, opaleniznę. Po wielu ożywionych dyskusjach ustalili, że spędzą jeden tydzień pod parasolem, a drugi przeznaczą na intensywne zwiedzanie.

Rozejrzał się po sali w poszukiwaniu obsługi. Przy jedynym stanowisku nikogo nie było, ale wentylator w komputerze głośno dawał do zrozumienia, że jeszcze przed chwilą ktoś tam pracował. Mateusz usiadł na fotelu vis-à-vis młodej kobiety, która w skupieniu przeglądała prospekty wycieczek. Na ułamek sekundy spojrzała w jego kierunku, po czym szybko wróciła do przerwanego zajęcia. Mimo że jej wzrok był nieobecny, twarz miała napiętą jak zawodnik strzelający z łuku: czujną i opanowaną. Mateusz wziął jeden z katalogów leżących na stoliku i zaczął przerzucać strona po stronie w poszukiwaniu ciekawej oferty. Czytał w myślach, przeskakując co chwilę wzrokiem kolejne akapity wydrukowane na papierze kredowym: „Wymarzone wczasy w spokojnej hotelowej atmosferze, gdzie nasi wykwalifikowani kelnerzy serwują chłodne drinki... Poczuj się błogo, pijąc szampana w letniej wodzie basenu... Wieczorem zapraszamy na imprezę integracyjną w hotelowej restauracji... Pokazy tancerzy, połykaczy ognia to tylko niektóre z niespodzianek, jakie przygotowaliśmy specjalnie dla Ciebie...”.

– Nie, to jakaś masakra. Kto chce płacić za takie wakacje? Ludzie... – Zdegustowany odrzucił prospekt na stół i dopiero po chwili zorientował się, że powiedział to na głos, zwracając tym samym uwagę dziewczyny. Z uśmiechem wyciągnęła w jego stronę katalog, który przeglądała dotychczas.

– Proszę, może to cię zainteresuje. Kilkuosobowe eskapady w najdalsze zakątki świata. Intensywnie i egzotycznie, czyli survival dla wytrwałych.

Mateusz, nie odrywając od niej wzroku, mówił dalej:

– Czy to normalne, że ludzie wypuszczają się daleko tylko po to, aby podziwiać elewację hotelu i zachwycać się błękitem wody subtelnie podkręconym przez kolor płytek basenowych? Przecież po takich bezczynnych wakacjach co druga para rozpada się lub przechodzi głęboki kryzys. Wspólne spędzanie dwudziestu czterech godzin na dobę w poszukiwaniu nowych tematów do rozmowy może doprowadzić do wywlekania niepotrzebnych bzdur.

– Bez przesady. Skoro tak dużo jest wycieczek, to podejrzewam, że mają one swoich amatorów. Nie jestem zwolenniczką takich imprez, ale pewnie świeżo upieczone pary albo rodziny z małymi dziećmi potrzebują stacjonarnego wypoczynku.

– Tak, ciekawe i dalekie wyprawy wprost do klimatyzowanych pokoi hotelowych, skąd każdego ranka można podziwiać walki wczasowiczów o najlepszy leżak przy basenie. Niezapomniane wakacje dzięki setce zdjęć, na których oprócz daty i pozycji ciała nic się nie zmienia – drwił.

– Czy to nie ty piszesz teksty do folderów reklamowych? – zapytała Matylda z udawaną powagą.

Pracownica podeszła do nich i spojrzała na Mateusza, uśmiechając się szeroko, po czym zwróciła się do Matyldy:

– Bardzo przepraszam, ale musi pani chwilę poczekać na moją szefową. Ona zaraz wszystko wytłumaczy. A pana zapraszam do siebie – powiedziała zalotnie do Mateusza. Usiadła za biurkiem i zapytała z figlarnym uśmiechem: – W czym mogę pomóc?

Mateusz zrobił zbolałą minę i siadając na krześle, wyszeptał:

– Przyszedłem zapłacić za wycieczkę, ale nie wiem dokąd.

– Czy ma pan numer rezerwacji? – zapytała dziewczyna. Wyciągnął komórkę i przeczytał SMS-a:

– THA-PH-08. Proszę mnie oświecić, za co chcę zapłacić.

– Już sprawdzam. Ach, tak. Chodzi o dwuosobową wycieczkę. – Entuzjazm w głosie pracownicy był już wspomnieniem i zastąpił go smutny, bezbarwny ton. – Osiemnaście dni w Tajlandii, na wyspie Phuket. Dwustupokojowy hotel z widokiem na zatokę Patong. Dwie całodobowe restauracje serwują kuchnię tajską i włoską. Prywatna plaża oraz pięć odkrytych basenów. Pokój deluxe z widokiem na morze.

Mateusz słuchał z rosnącym zdziwieniem i nie wierzył własnym uszom. „Jaka Tajlandia? Jakie osiemnaście dni? Nie było takiego planu, aby na trzy tygodnie zamknąć się w jakimś hotelu dziesięć tysięcy kilometrów stąd. Co to za kompromis, jeśli zamiast dwóch możliwości Iza wybrała trzecią i to bez porozumienia ze mną? Jeszcze nie jestem mężem, a już jedziemy na moje niewymarzone wakacje”.

Spojrzał przelotnie na pracownicę i zatrzymał wzrok na czubkach swoich butów. Poczuł się głupio i jedynym pomysłem, jaki przyszedł mu do głowy, była ucieczka w żart. Uśmiechnął się do kobiety i powiedział, zmieniając barwę swojego głosu:

– Ojej, mój chłopak jest cudowny. Zaskoczył mnie taką super wycieczką.

Mina pracownicy wyrażała w tej chwili coś w rodzaju zniesmaczenia, z trudem ukrywanego pod sztucznym uśmiechem.

– W takim razie płaci pan gotówką czy kartą? – zapytała oschle.

– Wie pani, ja muszę to chwilę przetrawić. Za dużo szczęścia jak dla mnie. Koniecznie muszę zadzwonić.

– Ależ oczywiście – powiedziała do siebie, bo Mateusz był już na zewnątrz.

Matylda przysłuchiwała się rozmowie i nie rozumiała sytuacji, której przed momentem była biernym obserwatorem. Nie podnosząc głowy, odprowadziła wzrokiem mężczyznę i przyjrzała się mu dokładniej, dopiero gdy stał odwrócony bokiem do witryny biura. Był przystojny i w duchu żałowała, że jest gejem. Zdawał się być mężczyzną, który nie dbał przesadnie o wygląd, i dobór garderoby nie mógł zajmować mu wiele czasu. Zaśmiała się w myślach, że zgodnie ze stereotypami, z jakimi się zetknęła, to jej narzeczony Jacek bardziej przypominał geja niż człowiek stojący za drzwiami. Jacek przywiązywał dużą wagę do ubioru i często dawał jej liczne wskazówki, jak uniknąć modowych wpadek. Rozważania Matyldy przerwał głos nadchodzącej w jej kierunku kierowniczki biura, która zaczęła rzeczowo:

– Witam panią. Mamy problem z biletem. Nie możemy oddać pani pieniędzy. Gdyby pani przyszła wcześniej, a nie w dniu wylotu, to może coś udałoby się zrobić. Czy mimo to chce pani kupić kolejny bilet?