Potomek - Graham Masterton - ebook
Opis

James Falcon to szanowany kapitan kontrwywiadu armii USA.

Podczas II wojny światowej zasłynął wrodzonymi zdolnościami do zwalczania wampirów, wykorzystywanych do walk przez nazistowskie Niemcy. Wielu starć z nimi omal nie przypłacił życiem. Powrócił jednak do domu jako zwycięzca...

Trzynaście lat później w Londynie znów staje do walki z zastępami wampirów. Z najpotężniejszym z nich, Rumunem Dorinem Ducą, ma do załatwienia prywatne porachunki.

Ale starcie z wściekłymi, krwiożerczymi potworami to nie jedyne zadanie Falcona. Musi także rozwiązać mroczną zagadkę własnej przeszłości...

Jedna z lepszych powieści w dorobku Mastertona. Dojrzała, świetnie napisana, przerażająca! - Robert Cichowlas & Piotr Pocztarek (autorzy biografii „Masterton. Opowiadania. Twarzą w twarz z pisarzem”)

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 309

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Nakładem Wydawnictwa Replika ukazały się

następujące książki Grahama Mastertona:

Kandydat z piekła

Dom kości

Krzywa Sweetmana

Niewinna krew

Trauma

Geniusz

Niemy strach

Trans śmierci

Dziecko ciemności

Rook

Sekta

Polecamy również:

Dziedzictwo Manitou

Graham Masterton i polscy autorzy

(antologia dedykowana G. Mastertonowi)

Tytuł oryginału

DESCENDANT

Copyright © 2006 by Graham Masterton

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Replika, 2014

Wszelkie prawa zastrzeżone

Korekta

Agnieszka Zienkowicz

Projekt okładki

Mikołaj Piotrowicz

Tłumaczenie wstępu

Piotr Pocztarek

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Dariusz Nowacki

Wydanie elektroniczne 2014

ISBN 978-83-7674-330-1

Wydawnictwo Replika

ul. Wierzbowa 8, 62-070 Zakrzewo

tel./faks 061 868 25 37

replika@replika.eu

www.replika.eu

Pamięci Vasilisa Arnaoutoglou

ilustratora i artysty

1969-2005

Ze specjalnymi podziękowaniami dla

Christophe’a Corthoutsa i Marca Bailly’ego

WSTĘP

Kiedy miałem dwanaście lat rozkoszowałem się lekturą Drakuli, jednak koncepcja wampirów wysysających krew poprzez ugryzienie w tętnicę szyjną zawsze wydawała mi się absurdalna.

Pamiętacie „malinki”, które zostawały na szyi w wyniku miłosnych ugryzień, kiedy byliście nastolatkami? Wampir nie zostawiłby dwóch równiutkich dziurek, które dyskretnie przykryjecie szalikiem. Szyja by spuchła, zrobiła się purpurowa i zaczęlibyście mieć problemy z mówieniem.

Poza tym, prawdopodobnie wykrwawilibyście się na śmierć minutę po ugryzieniu wampira. Nie leżelibyście w łóżku przez parę dni, bladzi i słabi, wstając tylko po to, by otworzyć okno i wpuścić stwora, który z trzepotem wleciałby do środka i dziabnął was ponownie.

Z tego powodu bardzo rzadko pisywałem o wampirach. Nawet najbardziej wyszukane złe demony w moich opowieściach zawsze starałem się czynić wiarygodnymi. Jeśli nie będą wiarygodne, po prostu nie będą straszne – a przecież horrory piszę właśnie po to, aby was przerazić.

Jest jeszcze coś – nie lubię pisać o tych samych starych strachach, o których piszą wszyscy inni. Półki z literaturą grozy wypchane są powieściami o wampirach, wilkołakach i żywych trupach i chociaż wiele z nich odniosło sukces, a każda ma spore grono czytelników, jest tyle innych mitycznych kreatur wywodzących się z wielu różnych kultur, które są znacznie bardziej interesujące. A także o wiele straszniejsze.

Pisałem o japońskich demonach Tengu, rdzennoamerykańskim potworze Coyote, przerażającym koreańskim demonie Kwisin czy o Mictlantecutli, meksykańskim duchu śmierci i zmartwychwstania.

Szukałem kiedyś legend dotyczących gargulców – tych okropnych kamiennych figur osadzonych na dachach katedr i kościołów – kiedy natknąłem się na oryginalne podania o rumuńskich wampirach zwanych strigoi.

Najbardziej fascynujące i zarazem niepokojące w strigoi jest to, że istnieje wiele poświadczonych przypadków ich powrotu zza grobu, aby pić krew niewinnych ofiar. Najwcześniej zanotowany przypadek strigoi pojawił się w Chorwacji – Jure Grando, zmarły w 1656 roku, po śmierci terroryzował mieszkańców rodzinnej wioski Istria, odwiedzając w nocy ich domy i atakując ich. W roku 1672 został złapany i zdekapitowany.

Innym strigoi był Petar Blagojevich, serbski chłop zmarły w 1725 roku. Po śmierci odwiedził własny dom i zażądał, by jego syn dał mu jedzenie. Kiedy ten odmówił, Blagojevich zamordował go i wypił jego krew.

W roku 1969, po śmierci starszego mężczyzny z miasta Căpăţâneni, kilku jego krewnych zmarło w tajemniczych okolicznościach, większość z powodu znacznej utraty krwi. Kiedy otwarto trumnę tego człowieka, okazało się, że jego ciało nie uległo rozkładowi, oczy były otwarte, a twarz splamiona czerwienią. Skremowano go, aby uniknąć kolejnych zabójstw członków jego rodziny.

W 1970 roku Bukareszt zaszokowała fala bardzo krwawych morderstw. Większość ofiar stanowiły kelnerki wracające do domu po pracy, a prawie wszystkie ataki miały miejsce o północy w trakcie gwałtownych ulew. Securitate dokonało aresztowania mężczyzny imieniem Ion Rimaru, którego uzębienie pasowało do śladów ugryzień na ciałach martwych kobiet. Trudno było przesłuchać mężczyznę, ponieważ w ciągu dnia był bardzo ospały. Można było się z nim porozumieć dopiero w nocy, został więc przesłuchany po zmroku.

Kiedy skazano go na śmierć, Rimaru wpadł w szał i trzeba było kilku oficerów policji, by go utrzymać. Później odkryto, że odciski palców jego ojca pasowały do tych, które zostawiał pewien seryjny morderca, aktywny w Bukareszcie w 1944 roku. Atakował i zabijał kelnerki w niemal identycznych okolicznościach – o północy, w czasie ulew. Zginął w tajemniczym wypadku i mówiło się, że Securitate ów „wypadek” zaaranżowało, ponieważ odkryło, że Rimaru senior w rzeczywistości był strigoi i przekazał swoją schedę synowi.

Po egzekucji rumuńskiego dyktatora Nicolae Ceauşescu w 1989 roku nie zapewniono mu formalnego pogrzebu. Wielu Rumunów martwiło się, że powróci zza grobu, więc przywódca rewolucji Gelu Voican obwiesił mieszkanie Conducatora warkoczami czosnku, aby nie zemścił się na tych, którzy go obalili.

Nie dalej jak w Święta 2003 roku, po tym jak 76-letni Rumun Petre Toma zmarł w wiosce Marotinu de Sus, jego siostrzenica stwierdziła, że zmarły wujek odwiedził ją w nocy. Jego szwagier, Gheorghe Marinescu, poprowadził grupę krewnych, aby wykopać trumnę Petra, wyciąć jego serce i spalić ciało. Wymieszali prochy z wodą, a każdy członek rodziny wypił trochę – to pewna obrona przeciwko ponownemu pojawieniu się strigoi.

Rumunia miała właśnie wtedy wstąpić do Unii Europejskiej, a rząd nie chciał, by kraj jawił się jako zacofany i zabobonny, więc Marinescu i pięciu innych członków jego rodziny zostali oskarżeni o zbezczeszczenie grobu Petra Tomy. Jednak w obecnych czasach rumuńscy wieśniacy nadal wbijają drewniany kołek w serce zmarłej osoby, aby upewnić się, że nie powróci jako strigoi.

Innym środkiem zapobiegawczym jest ekshumacja zwłok, odcięcie głowy i pochowanie jej twarzą w dół.

Zgodnie z wierzeniami istnieje ryzyko, że po śmierci powrócicie jako strigoi, jeśli macie rude włosy, prowadziliście zdeprawowane, grzeszne życie, nigdy nie zawarliście małżeństwa, jesteście w swojej rodzinie siódmym dzieckiem tej samej płci, jeśli popełniliście samobójstwo albo zostaliście straceni w trakcie egzekucji lub jeśli przeklęła was wiedźma.

W Potomku wampiry strigoi w trakcie drugiej wojny światowej wykorzystywane są przez niemieckich żołnierzy do terroryzowania aliantów i belgijskiego ruchu oporu, a nasz bohater zostaje wysłany przez Armię Stanów Zjednoczonych, by je wytropić.

Początek powieści osadzony jest w Antwerpii, ponieważ to pierwsze europejskie miasto, w którym mieszkałem, mając sześć lat (mój ojciec stacjonował tam z Armią Brytyjską). Doskonale pamiętam Antwerpię z tamtych czasów i od tamtej pory odwiedzałem ją kilkakrotnie. Obok Polski, Belgia jest jednym z tych miejsc, gdzie czuję się jak w domu.

Potomek bardzo różni się od innych powieści o wampirach, ale mam nadzieję, że wyda się wam realistyczny, emocjonalny i wymowny. Ta powieść wiele dla mnie znaczy, bo dzięki niej odkryłem, że nawet jeśli nie jesteśmy nieśmiertelni, tak naprawdę nigdy nie umieramy.

Graham Masterton, 2014

DIANA

Było duszne i parne czwartkowe popołudnie i jak zwykle jadąc w kierunku południowym, utknąłem w korku na moście Kennedy’ego. Nagle usłyszałem dźwięki Diany, nadawanej przez stację WRKA, i przeszedł mnie dreszcz.

Diana Paula Anki. Ta piosenka prześladuje mnie już od pięćdziesięciu lat i przypuszczam, że to się nigdy nie skończy. Zawsze gdy ją słyszę, rozglądam się wokół, aby się upewnić, czy nikt mnie nie śledzi albo nie przygląda mi się z jakiejś ciemnej klatki schodowej po drugiej stronie ulicy.

„Ja jestem taka młoda, a ty taki stary…” Słowa te przywołują wszystko z powrotem. Szkliste gorąco południowych przedmieść Londynu w środku lata, wielkie domy z lat trzydziestych z czerwonymi dachówkami i kortami tenisowymi, słaby słodki zapach angielskich pubów, byle jakie ubrania i maleńkie samochody.

I te stwory biegające po ulicach: mroczne, żarłoczne i nieskończenie okrutne. Przylegające do sufitów, pełznące po ścianach. Myślicie, że wiecie coś o wampirach? Figa, nie wiecie o nich niczego.

Kiedy w końcu dotarłem do domu w Kenwood Hill, zamknąłem za sobą drzwi i długo stałem oparty o nie plecami, a moje serce szalało w piersiach niczym wiertarka udarowa. Na ścianie, niczym dwoje przekrwionych oczu, widziałem dwa purpurowe półkola ze światła przebijającego przez witraż nad schodami. Właśnie wtedy pomyślałem: cholera, cokolwiek zrobi ze mną rząd, już najwyższy czas, żeby ujawnić prawdę. Dlatego właśnie opowiem wam, co naprawdę wydarzyło się w sierpniu 1957 roku i z jak straszliwą masakrą mieliśmy wtedy do czynienia. Odsunąłem jedynie wówczas nadejście dnia wielkiego zła. I wcześniej czy później decyzja, której ja nigdy nie potrafiłem podjąć, spadnie na wasze barki.

Ostrzeżono mnie oficjalnie, żebym nigdy do tego nie wracał. Dwa dni po moim przeniesieniu do Louisville zjawił się w moim domu pryszczaty młody człowiek w lśniącym szarym garniturze i ostrzegł mnie, żebym nie opowiadał o niczym nawet mojej żonie Louise. I nadal jeszcze, po tych wszystkich latach, jak sądzę, rząd mógłby kazać mnie aresztować za zagrożenie bezpieczeństwa narodowego albo zamknąć w domu wariatów. Nie przeraża mnie to jednak tak, jak przerażony byłem każdego dnia w ciągu tych ostatnich pięćdziesięciu lat.

Ponieważ wampiry nigdy niczego nie wybaczają.

ANTWERPIA, ROK 1944

Kapitan Kosherick prowadził mnie wąskimi nagimi schodami nieoświetlonego budynku przy Markgravestraat, leżącego w północno-zachodniej części miasta. Przed drzwiami na drugim piętrze stało dwoje dzieci o brudnych twarzach, chłopiec i dziewczynka.

− Wszystko będzie dobrze, rozumiecie? − powiedział do nich kapitan Kosherick. − Znajdziemy kogoś, kto się wami zaopiekuje.

Za nimi, w mroku niewielkiego pokoju, w podniszczonym, obitym brokatem fotelu siedziała staruszka. Spod jej wdowiej czapeczki z czarnej koronki wymykały się siwe i potargane włosy, a jej twarz wyglądała jak wysuszone jabłko.

− Później zadzwoni ktoś z sierocińca! − krzyknął do niej kapitan Kosherick. Następnie popatrzył na mnie i powiedział: − Głucha jak pieprzony pień.

− Meurouw! − wrzasnąłem. − Iemand zal binnenkort de kinderen komen halen!

Kobieta machnęła lekceważąco ręką.

− Hoe vroeger hoe beter! Deze familie is verloekt! Niet verbazend dat hij de mensen van de nacht heft gestuurd om het mee te brengen!

− Co powiedziała? − zaciekawił się kapitan Kosherick.

− Że ta rodzina jest przeklęta czy coś takiego.

− Cholera, w gruncie rzeczy ma rację. Zresztą niech pan popatrzy sam.

Poprowadził mnie długim korytarzem, a następnie znów do góry, kolejną klatką schodową. Czułem odór gotowanej kapusty i jeszcze inny, silniejszy i wyraźniejszy: odór krwi. Mieliśmy połowę października i jak na tę porę roku było nadspodziewanie ciepło, a na klatce schodowej latało mnóstwo błyszczących zielonych much plujek.

U szczytu schodów znajdował się znacznie mniejszy podest, a dalej drzwi z dwiema taflami matowego szkła. Drzwi były uchylone i jeszcze zanim je szeroko otworzyliśmy, dostrzegłem na podłodze nogę kobiety. Obok niej leżał znoszony półbut.

Kapitan Kosherick pchnął drzwi, żebym mógł zobaczyć cały i jedyny pokój stanowiący to mieszkanie. W rogu stało szerokie, żelazne łóżko, a pod jedną ze ścian − postrzępiona beżowa kanapa i drewniane krzesło z oparciem. Nad zlewem znajdowało się wąskie, wysokie okno, z którego rozpościerał się widok na jasnoszare niebo i ponure trzynastowieczne iglice Vrouwekathedraal. Przy zlewie stała półeczka domowej roboty, na której dostrzegłem biało-czerwoną paczkę z herbatą, niebieski, ceramiczny dzbanek z mąką oraz szklany talerz z niewielką kostką masła i trzema ziemniakami, które już zaczynały puszczać pędy.

Na ścianie nad półką wisiał obraz z Matką Boską. Jej oczy wypalone były niedopałkami papierosów.

Popatrzyłem na kobietę leżącą twarzą do ziemi na poplamionym zielonym linoleum. Musiała mieć około dwudziestu siedmiu, dwudziestu ośmiu lat. Falujące brązowe włosy bez wątpienia barwiła henną. Ubrana była tylko w czerwonawą, wełnianą spódniczkę, podciągniętą do połowy ud. Jej skóra była bardzo biała i upstrzona ciemnymi pieprzykami.

Wokół niej na podłodze znajdowało się mnóstwo regularnych i rozpryśniętych plam krwi, a także kilka śladów stóp − niektóre odbite były tylko w części, a odciski bosych stóp z pewnością należały do dzieci martwej kobiety. Biorąc jednak pod uwagę, co z nią zrobiono, krwi było nadzwyczaj mało.

− Mam ją odwrócić? − zapytał kapitan Kosherick.

Kiwnąłem głową. Pociłem się − unoszący się w powietrzu odór krwi wprost nie pozwalał oddychać, musiałem jednak zyskać pewność.

Kapitan Kosherick pochylił się nad ciałem młodej kobiety i delikatnie odwrócił ją na plecy. Była całkiem ładna i jak Flamandki nieco puszysta, miała jasnoniebieskie oczy. Jej piersi były drobne, o bladych brodawkach, a od mostka po pępek jej klatka piersiowa została nacięta za pomocą jakiegoś bardzo ostrego narzędzia. Serce brutalnie wyrwano, a aortę ucięto mniej więcej siedem centymetrów od lewej komory Wyglądała jak blady, zniszczony wąż ogrodowy.

− Czy widział pan już coś takiego? − zapytał kapitan Kosherick. − Żandarmeria wojskowa kazała mi skontaktować się z panem natychmiast po tym, jak ją znaleźli.

Zdjąłem z pleców płócienną torbę w kolorze khaki, rozpiąłem ją i wyciągnąłem kodaka. Wykonałem piętnaście albo szesnaście fotografii pod różnym kątem, podczas gdy kapitan Kosherick palił papierosa na półpiętrze.

Gdy skończyłem robić zdjęcia, zacząłem dokładnie przeszukiwać pokój kobiety. Kapitan Kosherick wrócił tymczasem do środka.

− Czego pan szuka, jeżeli wolno spytać?

− Och, przecież pan wie. Dowodów.

Kapitan był bardzo młody, chociaż można już było dostrzec u niego pasemko siwych włosów i drobny wąsik pod nosem. Ale w tamtych dniach wszyscy byliśmy bardzo młodzi, nawet ja.

Uniosłem cienką, wytartą matę, leżącą przy łóżku. Zauważyłem, że jedna ze znajdujących się pod nią klepek podłogowych była ruchoma. Z półki przy zlewie wziąłem więc nóż, żeby ją podważyć. Pod klepką, w wydrążonej skrytce znalazłem zardzewiałą puszkę z gotowaną szynką, dwie puszki kiełbasek, trzy puszki skondensowanego mleka, pudełko kakao i pudełko jajek w proszku, a także trzy paczki papierosów Jasmatzi.

− Całkiem spory skarb − powiedział kapitan Kosherick, spoglądając ponad moim ramieniem. − I to wszystko niemieckie. Jak pan myśli, skąd ona to miała? Bratała się z wrogiem?

− Coś w tym rodzaju.

− A więc dowiedział się pewnie o tym ktoś z ruchu oporu i została ukarana, prawda?

− Istnieje taka możliwość.

− Niech pan posłucha… Wiem, że cała ta sprawa jest ściśle tajna i tak dalej, kto jednak mógł zrobić coś takiego?

Popatrzyłem na młodą kobietę leżącą na podłodze. Po jej lekko rozwartych ustach nerwowo spacerowała lśniąca mucha.

− Hm… wiem, kto to zrobił. Nie wiem tylko jeszcze dlaczego.

NOCNI LUDZIE

Zszedłem z powrotem na piętro i zapukałem do drzwi wdowy. Dwoje dzieci klęczało na parapecie i spoglądało przez okno na ulicę. Promienie słońca prześwitywały przez uszy chłopaka, dzięki czemu błyszczały one szkarłatnym kolorem.

Wdowa uniosła głowę, popatrzyła na mnie przez dolną połowę dwuogniskowych okularów i wydała z siebie ciche warknięcie.

− Czy pani coś widziała? − zapytałem ją po flamandzku.

− Nie. Ale słyszałam. Jakieś uderzenia, podniesione głosy i tupot nóg. To byli Niemcy.

− Niemców już tutaj nie ma. Odepchnęliśmy ich na drugą stronę Kanału Alberta.

− To byli Niemcy. Bez wątpienia.

Popatrzyłem na dzieci. Dziewczynka mogła mieć około sześciu lat, a chłopiec nie więcej niż cztery. W tamtych czasach jednak, po wielu latach racjonowania żywności, dzieci w Europie były mniejsze i chudsze niż dzieci w Ameryce.

− Uważa pani, że one coś widziały?

− Modlę się do Boga, żeby nie. Była wtedy trzecia nad ranem i było bardzo ciemno.

− Zapali pani? − zapytałem.

Wciągnęła powietrze nosem i skinęła głową. Podałem jej camela i zapaliła. Wessała dym w płuca tak głęboko, że przez chwilę się obawiałem, że już nigdy go nie wypuści. Czekając, aż się odezwie, również zapaliłem.

− Wspomniała pani o nocnych ludziach – powiedziałem w końcu. − Mensen van de nacht. Nie mówiłem o nich kapitanowi Kosherickowi.

− Bo to byli właśnie oni, prawda? Dobrze pan o tym wie. Dlatego pan się tutaj pojawił.

Wydmuchnąłem dym i wskazałem palcem na sufit.

− Jak się nazywała? Długo tutaj mieszkała?

− Ann. Ann De Wouters. Przybyła tutaj w kwietniu. Tak, na pewno w kwietniu. Była bardzo cicha, spokojna i takie same były jej dzieci. Widziałam ją jednak kiedyś z Leo Coopmanem i wiem, że nie rozmawiali o cenie kiełbasy.

− Leo Coopmanem?

− Z Białej Brygady.

Białą Brygadą nazywano belgijski ruch oporu. Nawet teraz pomagał Brytyjczykom i Kanadyjczykom w utrzymaniu się w dokach Antwerpii. Jesienią 1944 roku Antwerpia była dziwacznym miejscem. Całe miasto ogarnęła gorączka wolności, niemal histeria, mimo że Niemcy nadal okupowali sporą część północnych przedmieść. Niektórzy Belgowie jeździli nawet rowerami do pracy z wyzwolonej części miasta do części pozostającej w rękach Niemców. Do domów wracali wieczorami.

Dałem kobiecie pięć ostatnich papierosów.

− Nie ma pani nic przeciwko temu, żebym porozmawiał z dziećmi?

− Niech pan robi, co pan chce. Nie jest pan już w stanie zrobić im nic gorszego ponad to, co się im przytrafiło.

Podszedłem do parapetu. Chłopiec przypatrywał się trzem kanadyjskim dżipom stojącym na ulicy, a dziewczynka wyciągała nitkę ze starej brązowej poduszki. Chłopak spojrzał na mnie, ale nic nie powiedział. Dziewczynka w ogóle nie podniosła wzroku.

− Jak ci na imię? − zapytałem ją.

Dym z mojego papierosa popłynął przez okno i chłopiec rozproszył go gwałtownym ruchem ręki.

− Agnes − wyszeptała dziewczynka.

− A twojemu bratu?

− Martin.

− Pani Toeput mówi, że mama ciężko zachorowała i teraz już jest w Hummel − odezwał się Martin pogodnym głosem.

Niebo po flamandzku to hemel, zapewne więc niedokładnie zrozumiał, co powiedziała stara kobieta. Dziewczynka popatrzyła na mnie i błaganie w jej oczach było niemal fizycznie bolesne. Martin nie wie, że jego matka została zamordowana. Proszę, niech mu pan o tym nie mówi.

− Nasz wujek Pieter mieszka w Hummel − wyszeptała. Pokiwałem głową i odwróciłem się, żeby nie dmuchnąć dymem w twarz Agnes.

− Widziałaś coś? − zapytałem.

Pokręciła głową.

− Było ciemno. Ale oni weszli do pokoju i wyciągnęli mamę z łóżka. Słyszałam, jak mówi: „Nie róbcie tego. Co się stanie z moimi dziećmi?” A potem usłyszałam straszne odgłosy i zobaczyłam tylko, jak mama kopie piętami w podłogę. − W jej oczach rozbłysły łzy. − Byłam zbyt przerażona, żeby jej pomóc.

− To dobrze, że jej nie pomagałaś. To samo zrobiliby z tobą. Ilu ich było?

− Chyba trzech.

Trzech. To by pasowało. Zawsze przychodzą trójkami.

Dziewczynka otarła oczy rękawem podniszczonego, czerwonego kardiganu.

− Widziałam, że coś lśniło. Jakby jakiś naszyjnik.

− Naszyjnik?

− Jakby krzyż, ale to nie był krzyż.

− To są dobrzy ludzie − wtrącił się chłopiec, wskazując na Kanadyjczyków. − Przyszli tutaj i przegonią wszystkich Niemców.

− Masz rację, hombre − popatrzyłem na niego i potaknąłem. Następnie odwróciłem się z powrotem do dziewczynki: − Ten niby krzyż. Potrafiłabyś go narysować?

Przez chwilę się zastanawiała, po czym skinęła głową. Z kieszeni kurtki wyciągnąłem ołówek i podałem go jej razem z notesem. Dziewczynka powoli, bardzo starannie narysowała symbol, który wyglądał jak koło z czterema szprychami. Po chwili, z poważnym wyrazem twarzy, podała mi rysunek.

− To lśniło, jakby było ze srebra.

Podałem jej rulonik owocowych life savers, po czym delikatnie dotknąłem jej wysuszonych, dawno niemytych włosów na czubku głowy. Niewielka pociecha po stracie matki, ale cóż więcej mogłem jej zaoferować? Jeszcze teraz często myślę o tych dzieciach i zastanawiam się, co się z nimi stało. Powinny już mieć około sześćdziesięciu lat.

− Widzi pan? − odezwała się wdowa. − Miałam rację, prawda? To byli nocni ludzie.

Milczałem. Nie mogłem z nikim rozmawiać o swoich obowiązkach. Nie mogłem ich ujawnić nawet moim kolegom oficerom ze 101 Jednostki Kontrwywiadowczej.

Kapitan Kosherick wrócił.

− Już pan skończył? − zapytał. − Mam na dole dwóch ludzi gotowych do wyniesienia zwłok.

Popatrzywszy na niego, mały chłopiec zmarszczył czoło. Nawet nie wiecie, jak bardzo się cieszyłem, że nie rozumie ani słowa po angielsku.

FRANK MUSI SIĘ NAPIĆ

Kiedy wyszedłem z budynku, Frank siedział na kocich łbach. Purpurowy język zwisał mu z boku pyska.

Frank był czteroletnim czarno-brązowym psem tropiącym, specjalnie wyszkolonym dla mnie w pewnej parafii w Tangipahoa w Luizjanie przez eksperta w tej dziedzinie, Rogera Du Croix. Właściwie skomplikowana uprząż na tyle zakrywała ciało psa, że w zasadzie był cały czarny, jednak Roger wyjaśnił mi, że oficjalnie pies jest czarno-brązowy.

W Belgii nazywano go psem świętego Huberta, od imienia mnicha, który pierwszy w siódmym wieku szkolił psy tropiące i pozostał ich patronem. Pierwotne imię Franka brzmiało Duma Ponchatouli, ale przechrzciłem go ku czci Franka Sinatry, który w tamtych czasach był moim bohaterem. Kiedy chodziłem z postawionym kołnierzem De Keyserlei, lubiłem sobie wyobrażać, że wyglądam tak fajnie i wystrzałowo jak sam Frank Sinatra.

− Jak ci leci, Frank? − zapytałem. − Mam nadzieję, że prowadzisz się poprawnie.

Frank był całkiem posłusznym psem, ale od czasu do czasu pod wpływem − jak mówił Roger Du Croix − zapachu martwych szczurów dostawał bzika.

− Wszystko z nim w porządku, proszę pana − odparł kapral Little. − Nakarmiłem go szpikiem, a potem zrobił wielką kupę za rogiem.

− Dziękuję za relację. Posłuchaj, dzisiaj znowu będziemy musieli wyjść, jak tylko zrobi się ciemno.

Kapral Little popatrzył na płaski, wąski fronton budynku przy Markgravestraat numer 5 i rzucił pytanie:

− Wampiry?

− Bez cienia wątpliwości. Wypatroszyli ją jak śledzia.

− Święty Boże. Dowiedział się pan, kim była?

− Ann De Wouters, mniej więcej dwadzieścia osiem lat. Nie wiem, dlaczego akurat uparli się na nią, ale jej gospodyni przypuszcza, że miała jakieś powiązania z Białą Brygadą. Może więc była to zemsta? Kto wie? A może byli po prostu spragnieni?

Kapral Little rozejrzał się dookoła. Jego oczy zwęziły się, gdy wzrok natrafił na promienie październikowego słońca.

− Myśli pan, że uciekli daleko?

− Chyba nie. Kiedy z nią skończyli, zapewne już prawie dniało, a na całym tym obszarze od czwartej trzydzieści było aż gęsto od Kanadyjczyków. Moim zdaniem zaszyli się gdzieś niedaleko.

Kapral Little pochylił się i wytargał Franka za uszy.

− Słyszałeś? Wybieramy się na polowanie.

Kapral Little był pogodnym rudzielcem ostrzyżonym na jeża, o szerokich ramionach i twarzy pokrytej piegami w kolorze musztardy. Miał zadarty nos i jasnoniebieskie oczy, sprawiające wrażenie nieustannie zdziwionych, chociaż nigdy nie zauważyłem, żeby kapral był czymkolwiek naprawdę zaskoczony. Nawet kiedy po raz pierwszy wyjaśniałem mu, na czym będą polegać jego obowiązki, jedynie pokiwał głową i powiedział: „Rozumiem, jasne”. Jakby ściganie wampirów w zniszczonych wojną miastach Francji i Belgii nie różniło się zbytnio od gonienia królików wśród zarośli. Rodzina kaprala Little’a hodowała psy tropiące z rodowodami w Oak Ridge w stanie Tennessee i właśnie dlatego kontrwywiad przydzielił go mnie. Gdyby psy tropiące mówiły jakimś językiem, kapral Little znałby go doskonale. Wystarczyło, że Frank podniósł łeb i popatrzył na niego zasmuconym, jakby skacowanym wzrokiem, a kapral Little już wiedział, o co mu chodzi.

− Herbatnika, Frank?

Frank uwielbiał speculoos, imbirowo-korzenne herbatniki wypiekane w Belgii, najlepiej nieco rozmiękczone w kawie kaprala Little’a.

Weszliśmy do mojego dżipa i kapral Little ruszył z powrotem wąskimi uliczkami, wśród których unosił się smród śmieci i odchodów. Samochód niemiłosiernie podskakiwał na kocich łbach, więc mimowolnie szczękałem zębami. Minęliśmy martwego konia, leżącego na chodniku. Niemiecki pocisk uderzył tutaj dwa dni temu i wyrwał w brzuchu konia trójkątną dziurę, dlatego jakiś przechodzień litościwie dobił zwierzę młotkiem.

Z północnego zachodu, od półwyspu Walcheren docierały do nas odgłosy ognia artyleryjskiego, które przypominały zatrzaskiwanie z impetem grubych tomów encyklopedii.

Skręciliśmy w Keizerstraat i zatrzymaliśmy się przed hotelem De Witte Lelie. Był to mały budynek z szesnastowieczną fasadą. Ściany holu wyłożone były dębową boazerią, a po brązowym marmurze podłogi nieustannie przemieszczali się oficerowie z brytyjskiej 11 Dywizji Pancernej oraz rozkrzyczany tłum belgijskich polityków, wymachujących rękami, popychających się i wykrzykujących coś po francusku. Brytyjscy oficerowie sprawiali wrażenie zbyt zmęczonych, by się nimi przejmować. Jeden spał w fotelu z szeroko otwartymi ustami.

Podszedłem do stołu, za którym zastępca dyrektora próbował zetrzeć z koszuli plamę po zupie, pomagając sobie śliną.

− Muszę porozmawiać z Leo Coopmanem.

Mężczyzna zapomniał na chwilę o koszuli i podniósł na mnie wyłupiaste, brązowe oczy.

− To ważne − powiedziałem. − Muszę z nim porozmawiać o Ann De Wouters. Mógłby mnie pan z nim skontaktować?

Zastępca dyrektora zrobił minę, która mogła oznaczać „tak” albo „być może”, albo „do diabła, dlaczego przychodzisz z tym właśnie do mnie?”

− Będę w swoim pokoju do ósmej − powiedziałem. Postukałem palcem w zegarek i dodałem: − Acht uur, rozumiesz?

Kapral Little i ja wjechaliśmy rozklekotaną windą na czwarte piętro. Frank siedział na podłodze, wpatrując się w nas i sapiąc.

− Kiedy Ann De Wouters mordowano, jej dzieci znajdowały się w tym samym pokoju − powiedziałem. − Szczęśliwie chłopiec przez cały czas spał, ale dziewczynka się obudziła.

W lustrze windy zobaczyłem swoje odbicie. Nie zdawałem sobie sprawy, że wyglądam tak mizernie. Miałem tłuste włosy, grubymi pasmami opadające na czoło, a poplamione szkło odbijało moją twarz w ten sposób, jakbym zapadł na jakąś chorobę skóry.

− Zdołała panu opowiedzieć, jak wyglądali?

− Nie. Było zbyt ciemno. Jest jednak zupełnie pewna, że morderców było trzech i że u jednego widziała koło zawieszone na łańcuchu na szyi.

Szliśmy korytarzem wyłożonym niebieskim dywanem, dopóki nie dotarliśmy do pokoju numer 413. Jeśli weźmie się pod uwagę, że wciąż trwała wojna, mój pokój był urządzony z zaskakującym przepychem. Stały tu wielkie łóżko z baldachimem, przykryte złoto-kremową narzutą, oraz złocone fotele o ładnej tapicerce. Na ścianach wisiało kilka posępnych obrazów, prezentujących krajobrazy z Gandawy i Leuven, z ciężkimi chmurami i kanałami. Na haku wbitym w drzwi wisiała para szarych bryczesów z szelkami. Należały do niemieckiego oficera, który mieszkał w tym pokoju jeszcze kilka dni przed naszym przybyciem.

Kapral Little odpiął smycz Franka i pozwolił mu poczłapać do toalety i napić się wody z sedesu.

Pozamykałem okna. Od kiedy przyjechaliśmy tutaj w ubiegłym tygodniu, pokojówka otwierała je każdego ranka, mimo że pokój nie był ogrzewany. Otworzyłem nową paczkę papierosów, jednego zapaliłem i wypuściłem dym przez nos. Następnie rozłożyłem plan Antwerpii na stoliku ze szklanym blatem.

− Tutaj jest Markgravestraat, gdzie została zamordowana Ann De Wouters, tutaj wchodzi dywizja kanadyjska, zatem jest raczej nieprawdopodobne, by wampiry próbowały uciekać Martenstraat. Zakładam, że wyszły z budynku tylnymi drzwiami, co oznacza, że znalazły się tutaj, na Kipdorp. A to znaczy, że miały tylko dwie możliwości ucieczki. Albo skręciły w lewo i ruszyły na północny zachód, w kierunku Skaldy, albo skręciły w prawo i ruszyły przez Kipdorpbrug w stronę głównego dworca kolejowego.

Kapral Little patrzył uważnie na mapę.

− Nie sądzę, żeby ruszyły w kierunku rzeki. Bo gdzie poszłyby później?

Zgadzałem się z nim. Nie mogły uciekać na północ, ponieważ Niemcy wysadzili wszystkie mosty nad Kanałem Alberta. Poza tym Brytyjczycy opanowali tereny nad wodą, a wśród nich większość stanowili niedoświadczeni rekruci − kelnerzy, urzędnicy bankowi i sprzedawcy ze straganów warzywnych − którzy pociągali za spusty karabinów jeszcze szybciej niż Polacy. Najpierw wszczynali gwałtowną i bezładną strzelaninę, a dopiero potem rzucali pytanie: „Kto idzie?”

Zaznaczyłem ołówkiem pięć kwartałów ulic.

− Zaczniemy dookoła Kipdorp, a potem skierujemy się na wschód, wzdłuż Sint-Jacobsmarkt.

Kapral Little rozmasował upstrzony piegami kark.

− Z całym szacunkiem, proszę pana, ale to będzie cholernie ciężka robota. Niech pan tylko pomyśli o setkach piwnic, w których mogą się teraz kryć. Niech pan pomyśli o setkach strychów, setkach najróżniejszych komórek, szaf na bieliznę i kufrów. Mogą minąć całe dni, zanim Frank podejmie ich ślad, a w tym czasie wampiry będą już w połowie drogi do sobie tylko znanego celu.

− Znajdziemy je, Henry, obiecuję ci. W związku z tymi konkretnymi wampirami mam jakieś dziwne przeczucie.

− Z całym szacunkiem, proszę pana, miał pan przeczucie w związku z wampirami z Rouen. Miał pan też przeczucie co do wampirów w Brionne.

− Wiem. Ale wampiry, które złapaliśmy we Francji, były jak szczury zapędzone w pułapkę bez wyjścia, prawda? Biegały, chowały się i musieliśmy używać wszelkich środków, żeby za nimi nadążyć.

− Cóż, oczywiście. Ale co sprawia, że właśnie te wampiry uważa pan za inne?

− Tylko pomyśl. Muszą ukrywać się w jakiejś dziurze w centrum miasta, i to od pięciu tygodni. Chyba że mają miedziane cojones, które umożliwiają im wycofywanie się. Chciały się zemścić na Ann De Wouters i najwyraźniej lekceważyły ryzyko. Mówiły po niemiecku, choć przemieszczały się przez miasto pełne wojsk brytyjskich i kanadyjskich, prawda? I rozpruły kobietę w obecności jej dzieci. Przebywały przy tym w jej mieszkaniu wystarczająco długo, żeby wypić dziewięćdziesiąt procent jej krwi.

Na kapralu Little’u mój wywód z pewnością zrobił wrażenie, ale wciąż wyglądał na lekko zdezorientowanego.

− Do jakich wniosków nas to prowadzi?

− Nie kapujesz, Henry? One się nas nie boją. Nie boją się przebywać w otwartym terenie. To dlatego uważam, że je dopadniemy. Jedyny problem polega na tym, że kiedy już je znajdziemy, nie poddadzą się bez cholernie ciężkiej walki.

Kapral Little posłał mi uśmiech, w którym widoczne było rosnące zrozumienie.

− W takim razie, proszę pana, może tym razem podwoimy tylną straż? Co pan na to?

− Przygotuj zestaw, jasne? − rozkazałem mu.

Mimo wszelkich wysiłków nie mogłem się zorientować, czy kapral Little to geniusz, czy idiot savant.

Ciąg dalszy w wersji pełnej