Wydawca: Novae Res Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 318 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Potępiony umysł - Sandra Feeser

Cztery lata po tragicznym w skutkach wypadku Monika zaczyna stawać na nogi. Przezwyciężyła depresję, może się poruszać o kulach, ale gdy wszystko zdaje się zmierzać w dobrym kierunku, zaczynają ją dręczyć złe sny. W nocnych koszmarach staje się świadkiem, jak zamaskowany mężczyzna ściga i brutalnie gwałci młodą kobietę.

Wkrótce Monika dowiaduje się z telewizji, że w Zakopanem znaleziono ciało dziewczyny, którą widziała w swoich snach. Przekonana, że ma do odegrania jakąś rolę w rozwikłaniu tajemnicy jej śmierci, Monika postanawia wyruszyć ze swoich podtoruńskich Łysomic na miejsce zbrodni.

Niezwykle udany debiut obiecującej pisarki młodego pokolenia! Długo czekałem na tak mocny i realistycznie napisany polski kryminał!
Krzysztof Fejklowicz,
Wolumen Ogólnopolska Sieć Księgarska

Tomasz dużo widział, ale czegoś podobnego i on nie był w stanie sobie wyobrazić. Kobieta siedziała pod drzewem, oparta o nie plecami, czarne włosy miała rozpuszczone, a na nich upleciony wianek z kolorowych polnych kwiatów. Twarz denatki wyglądała, jakby była pogrążona we śnie, jedyne, co rzucało się w oczy, to była krwistoczerwona pomadka na jej ustach. Pod brodą znajdowała się cienka żyłka, którą ktoś owinął wokół drzewa tylko po to, żeby tułów nie opadł do przodu. Na szyi widniał granatowy siniec szerokości liny. Dziewczyna ubrana była w czarną koronkową sukienkę, dłonie miała położone, o kurwa… na czym? Na kołdrze obleczonej w białą, na oko bawełnianą pościel. Paznokcie były pomalowane na ten sam odcień czerwieni co usta. Wokół palców miała poprzeplatany różaniec.

Sandra Feeser - mieszkanka Chełmży, małej miejscowości koło Torunia. Ukończyła kosmetologię i wizaż, pasjonuje się gotowaniem oraz kocha koty. Od zawsze marzyła, żeby napisać książkę. Wypadek samochodowy, który cudem przeżyła, stał się dla niej inspiracją do napisania jej debiutanckiej powieści pod tytułem „Potępiony umysł”.

Opinie o ebooku Potępiony umysł - Sandra Feeser

Fragment ebooka Potępiony umysł - Sandra Feeser

1

Trzeba uważać, kiedy wypowiada się życzenie.

Nigdy nie wiadomo, kto może słuchać.

Terry Pratchett

 

 

Monika otworzyła oczy. Uśmiechnęła się do siebie. Uświadomiła sobie właśnie, jak bardzo lubi się budzić, kiedy to małe dwudziestosześciotygodniowe szczęście w jej brzuchu kopie ją radośnie, żeby wstała, domagając się śniadania. Ma dwadzieścia osiem lat, mały domek w Łysomicach, niewielkiej wsi koło Torunia, fajną pracę i faceta, który o nią dba. „Czego chcieć więcej?” – pomyślała. Wstała, otworzyła okna, wpuszczając do pokoi trochę letniego słońca. „Jak na początek czerwca pogoda wspaniała, aż chce się żyć” – stwierdziła. W dobrym nastroju poszła do kuchni. Zrobiła sobie płatki owsiane na mleku, kawę zbożową. Piotrowi jego ulubione tosty z serem i salami oraz herbatę. Postawiła wszystko na czerwonej tacy, zaniosła do łóżka, budząc przy tym męża. Kiedy się do niej uśmiechnął, poczuła ogromne szczęście, wiedziała, że to właśnie tu chciała być i że to jest jej wymarzone życie. Są ludzie, którzy nie mają takiej dobrej passy w życiu i tkwią w jakichś chorych relacjach, które w konsekwencji i tak prowadzą do rozstania. Związek Moniki i Piotra był udany, pełen miłości, przyjaźni, zrozumienia. Od samego początku mogli na sobie polegać, nigdy się nie kłócili, ogólnie mówiąc, byli zgraną parą. Pewnego dnia po trzech latach bycia razem stwierdzili, że fajnie by było powiększyć ich grono. Starali się o dziecko kilka miesięcy i kiedy Monika zaszła w ciążę, Piotr o mało nie oszalał z radości.

– Nie masz pojęcia, kochanie, jak ja się cieszę, że będę miał syna. Masz jakiś pomysł na imię dla tego malucha?

Spojrzał na Monikę z tą samą ogromną miłością, którą ona darzyła jego. Wczoraj byli razem na USG w 3D, niezwykle popularnym w tych czasach. Pierwszy raz zobaczył, jak jego syn otwiera usta, dotyka małą rączką noska, jak kopie nóżkami. A kiedy lekarz pokazał mu, co się między nimi znajduje, rozczulił się tak, że aż się popłakał, zresztą Monika też ryczała.

– Nie wiem, Piotrek, myślałam o Łukaszu, Robercie i Nikolasie.

– Nikolas? Czyżby tak jak twój ulubiony aktor Nicolas Cage? Trochę cię poniosło, Monia. Podoba mi się Robert. Robert Lasocki. Fajnie brzmi.

– Zobaczymy. Do rozwiązania jest jeszcze trochę czasu, więc może nam wpaść do głowy tysiąc propozycji. A teraz jedz.

Uśmiechnął się do niej tym zniewalającym uśmiechem, za który pokochała go do szaleństwa. Poznali się pięć lat temu na dyskotece w Płośnicy. Pojechała tam pociągiem z koleżanką Pauliną, żeby świętować swoje dwudzieste trzecie urodziny. Wysoka, szczupła brunetka z włosami do pasa, z szerokim uśmiechem i piwnymi dużymi oczami nie narzekała na brak powodzenia u mężczyzn. Miały zarezerwowany stolik w loży za didżejem. Wszystko było świetne: muzyka, towarzystwo, lokal, drinki. Obie lubiły się bawić w klubach, były młode, ładne, cały świat leżał u ich stóp. Studiowały w Toruniu – Paula aranżację wnętrz, Monia dietetykę. W pewnym momencie Monika zauważyła, że jakiś facet przy stoliku obok nagrywa ją telefonem, kiedy tańczy, śmieje się czy pije drinka. Podeszła do niego i grzecznie poprosiła, żeby tego nie robił, bo sobie tego nie życzy. Niestety koleś był głuchy na jej prośby. W pewnym momencie podszedł do niego jakiś obcy chłopak, wyrwał mu z ręki telefon, który roztrzaskał o podłogę, mówiąc:

– Jak cię dama prosi, to się reaguje, a nie patrzy jak szpak w pizdę.

Spojrzał na Monikę i serce jej zmiękło na widok tego zniewalającego uśmiechu. Rozpętała się awantura jakich mało. Chłopacy się szarpali, bili po twarzach, ktoś upadł na stolik, strącając drinki i piwa, ktoś inny wpadł na dziewczyny, omal ich nie przewracając. Impreza skończyła się na tym, że ochrona wyprosiła ich wszystkich ze zdewastowanego klubu. Piotr, bo tak miał na imię wybawca Moniki, zaproponował, że odwiezie dziewczyny do domu. Zgodziły się. Nie tylko dlatego, że nie miały teraz żadnego pociągu, a od Torunia dzieliło je prawie dwieście kilometrów, ale też dlatego, że Piotrek wpadł w oko Moni, która wsiadała do jego bmw z bijącym sercem i głupkowatym uśmiechem. Cieszyła się, że on również, jak się okazało, pochodzi z Torunia, co umożliwi im bliższe poznanie się bez konieczności pokonywania Bóg wie ilu kilometrów. Zaimponował jej. A prawda jest taka, że kobiety lubią niegrzecznych chłopców, tego zaś chłopca Monika bardzo polubiła.

– Co się tak zamyśliłaś, kochanie? – spytał.

– A wzięło mnie jakoś na wspomnienia. Co dziś robisz?

– Pomyślałem właśnie, że może chciałabyś pojechać ze mną do Torunia. Muszę pozałatwiać kilka spraw, w tym zamknąć konto w banku. Poszlibyśmy potem na jakiś obiad, co ty na to? A poza tym obiecałem Kiślowi, że go do szkoły podrzucę na zajęcia.

– Kiślowi?

– No Błażejowi, temu co jeździ w wyścigach motocyklowych. Śmiałaś się kiedyś, że ma takie przezwisko, pamiętasz?

– Aaaa, już wiem, jego ojciec jest fizjoterapeutą, nie? Kochanie, wybacz, ale jakoś nie chce mi się wstawać, ogarniać; makijaż, włosy, wiesz, jak to jest. A do tego nasz mały piłkarz rozgrywa chyba mecz swojego życia, bo kopie jak szalony. Poleżę jeszcze.

– No dobra, Dziubek, to jak chcesz, to sobie leż.

Piotr wstał, odniósł tacę do kuchni. Kiedy wszedł do sypialni i spojrzał na swoją żonę, stwierdził w myślach, że ciąża jej służy, bo pomimo okrągłości, których się nabawiła, wygląda ślicznie i zdrowo. Ogolił się, ubrał, wziął kluczyki od auta, pocałował Monię w czoło, a do okrągłego brzucha powiedział:

– Nie dawaj mamie w kość, stary.

I wyszedł z domu. Monia włączyła telewizor, pooglądała program „Dzień Dobry TVN”, w którym rozczulali się na temat otyłości w szkole, oraz że cukier jest tak samo szkodliwy jak tłuszcz. Po dwudziestu minutach stwierdziła, że nie została stworzona do leżenia, a ponieważ maluch najwidoczniej poszedł spać, wstała, włączyła pralkę i zrobiła delikatny makijaż. Miała zamiar posiedzieć z książką swojego ulubionego pisarza Dana Browna, którą dostała ostatnio w prezencie od Piotra, z kubkiem gorącego kakao w bujanym fotelu, napawając się ciszą i spokojem, ale do mieszkania ku jej zaskoczeniu wszedł Piotr.

– A ty nie miałeś być w Toruniu?

– Miałem i zaraz będę, ale zapomniałem dokumentów do banku. Byłem zatankować i po Kiśla. Ooo, widzę że się ogarnęłaś, wciągaj buty, mała, bez gadania, zapraszam cię na obiad do twojej ulubionej pierogarni.

Podszedł do niej, objął od tyłu, pocałował w szyję i szepnął do ucha:

– Nie daj się prosić, kochanie.

Monikę przeszył dreszcz podniecenia i radości. Nie dała się prosić.

2

Śmierć nie jest największą stratą w życiu. Największą

stratą w życiu jest to, co umiera w nas, gdy żyjemy.

Norman Cousins

 

 

Ruszyli spod domu z piskiem opon. Oboje byli wariatami, a szybką jazdę samochodem wręcz uwielbiali, mieli coś takiego w swoich naturach, że lubili adrenalinę. Dzień był ciepły, słoneczny. Czuć było w powietrzu nadchodzące lato. Jadąc, rozmawiali, słuchali muzyki, rozmawiali z Kiślem o jego nowej miłości Anecie, którą poznał na ostatniej domówce u Muńka. W Toruniu podrzucili przyjaciela pod szkołę, a sami poszli do pierogarni U Mamy. Monika zamówiła swoje ulubione piecuchy z grzybami, czyli pierogi pieczone w piecu, Piotrek natomiast lepiuchy, tradycyjnie lepione pierogi gotowane w wodzie, na słodko, z truskawkami i śmietaną. Deserem był ogromny kielich bakaliowych lodów zjedzony na pół. Potem zrobili sobie spacer Bulwarem Filadelfijskim nad Wisłą. Zatrzymali się na dłuższą chwilę przy pomniku w formie kotwicy na postumencie, stojącym niedaleko bramy Klasztornej.

– Wiesz, Monia – powiedział Piotrek, bawiąc się w jej prywatnego przewodnika – że ten obelisk upamiętnia powstanie w 1922 roku pierwszej szkoły oficerskiej marynarki wojennej i że został odsłonięty w 1972 roku, w pięćdziesiątą rocznicę utworzenia tej szkoły?

– Nie, nie wiedziałam – odpowiedziała Monika z uśmiechem na twarzy. – I nie mam pojęcia, jak ty jesteś w stanie to wszystko zapamiętać, ja nie mam w ogóle pamięci do dat.

Zrobili sobie przy okazji kilka pamiątkowych zdjęć obok pomnika oraz na pobliskich ławkach. Lubili to miasto, Piotrek mieszkał w nim od dzieciństwa, więc Toruń uważał za swój dom. Dopiero kiedy poznał Monikę i kupili mały domek w Łysomicach, piętnaście kilometrów od Torunia, zgodził się z ciężkim sercem z niego wyprowadzić. Kochał Toruń nie tylko za to, że się w nim wychowywał i poznał chyba każdą ulicę, obskoczył wszystkie możliwe mury, zwiedził każdą ruinę zamków krzyżackich, murów obronnych oraz odwiedził wszystkie dostępne dla zwiedzających spichrze. Kochał go za piękną historię sięgającą 1230 roku, kiedy Krzyżacy nadali mu prawo lokacji, gdy lokowano handlowe Stare Miasto, oraz roku 1264, gdy nadano prawa miejskie rzemieślniczemu Nowemu Miastu. Toruń słynął z bogactwa, zabytków oraz pięknych starych uliczek zachowanych do dziś. W epokach prehistorycznych stanowił dogodne miejsce osadnictwa dzięki dostępowi do rzeki Wisły, rozwijającemu się handlowi oraz położeniu na styku trzech krain geograficznych. Piotrek uwielbiał spacerować uliczkami i podziwiać wszechobecny gotyk, dać się przenieść w czasy rycerskie dzięki kamienicom, murom obronnym, ruinom zamków wybudowanych z czerwonej cegły. W Toruniu znał mnóstwo zabytków, o których mógłby mówić godzinami, poznał je wszystkie za dzieciaka dzięki wycieczkom klasowym, potem jako nastolatek, biegając z chłopakami to tu to tam, a przy okazji wpadając na jakiś zabytek, no i jako dorosły facet, bo interesowała go historia miasta, a poznawanie jego tajemnic było ogromną pasją Piotrka.

Ruszyli wąskimi uliczkami, trzymając się za ręce. Doszli do Krzywej Wieży, pod którą stała wycieczka szkolna złożona z dzieciaków z podstawówki. Zatrzymali się obok, żeby posłuchać słów przewodnika.

– …to jedna ze średniowiecznych baszt miejskich. Jej odchylenie od pionu wynosi sto czterdzieści sześć centymetrów, przy piętnastu metrach wysokości. A wiecie, moi drodzy, że z tą wieżą wiąże się stara legenda o grzechu Krzyżaka? Mówi ona, że w dawnych czasach na toruńskim zamku żyło dwunastu rycerzy, i w jednym z nich zakochała się młoda mieszczka. Spotykali się potajemnie tu, na tych uliczkach, póki o ich romansie ktoś nie doniósł władzom miasta. Dziewczynie wymierzono dwadzieścia pięć batów, a rycerzowi zakonnikowi kazano zbudować wieżę, która jest symbolem jego grzechu. A teraz najważniejsze, dzieciaki, wiecie, że jeśli stanie się pod wieżą z plecami przypartymi do muru, jednocześnie dotykając go piętami z wyciągniętymi przed siebie rękami, można sprawdzić czystość swego sumienia? Według legendy, jeśli uda się komuś ustać w tej pozycji przez dłuższą chwilę, jest on bez grzechu, jeśli nie, to znaczy, że ma on na sumieniu jakieś przewinienia. Jacyś chętni, żeby to sprawdzić? – spytał przewodnik i klasnął w ręce.

Z grupy uczniów wystąpiło kilku chętnych, którzy z obawą na twarzach po kolei stawali pod wieżą. Po dłuższej chwili wycieczka oddaliła się w stronę Rynku Staromiejskiego.

– A jak z twoim sumieniem, Monia? – spytał Piotrek, przypierając ją do muru baszty.

– O ile wiem, jest czyste jak łza, kochanie.

Piotrek spojrzał żonie w oczy i pocałował ją w usta.

– Monia, jesteś miłością mojego życia, ty i ten maluch w twoim brzuchu jesteście całym moim światem.

Złapał ją za rękę i z uśmiechami na twarzach poszli w ślad za oddalającą się grupą. Usiedli na ławce pod pomnikiem Mikołaja Kopernika. Znajoma wycieczka zatrzymała się kilka metrów od nich. Do ich uszu dochodziły słowa przewodnika o urodzonym w Toruniu wielkim astronomie, twórcy teorii heliocentrycznej, który „wstrzymał Słońce, ruszył Ziemię”.

– W Toruniu, moi drodzy – ciągnął niestrudzony przewodnik – można też usłyszeć dźwięk średniowiecznego dzwonu zwanego Tuba Dei, co znaczy po polsku Trąba Boża. Dzwon ten wisi w katedrze Świętych Janów, a jest tak wielki, że do jego rozkołysania potrzeba sześciu dorosłych ludzi. Wyobrażacie to sobie? Dobrze, chodźmy dalej, czeka nas jeszcze zwiedzanie Ratusza oraz własnoręczne robienie pierników w Muzeum Piernika, metodą i narzędziami, które stosowali pięćset lat temu toruńscy piernikarze. Zobaczymy, kto z was ma ukryte zdolności kulinarne.

– Te nasze pierniki są tak rozpoznawane jak oscypki na Podhalu, nie? – zauważył Piotrek, śmiejąc się Moni do ucha. – Dobra, kochanie, koniec tego darmowego zwiedzania. Czas wracać, co?

Monika z zadowoleniem przytaknęła głową. Pomimo tak miło spędzonego czasu czuła już zmęczenie, a opuchnięte stopy dawały jej się we znaki. Poszli w stronę zaparkowanego nieopodal samochodu.

Do domu ruszyli w świetnych nastrojach, nie czując w powietrzu tragedii, która zawisła nad ich głowami jak zbliżające się od strony Gdańska ciemne burzowe chmury.

Deszcz złapał ich po wyjeździe z Torunia, nie deszcz, raczej ulewa. Nagle zrobił się korek, bo nie można było w takich warunkach jechać szybciej niż trzydzieści kilometrów na godzinę. Więc wlekli się za jakimś starym, zardzewiałym trupem.

– Co za pogoda, rano upał, teraz burza i zimno, podkręć ogrzewanie, Piotrek. Do tego mały się obudził i daje mi popalić.

– Nie lubię jechać w taką pogodę, nic nie widać, kurwa no!

– A ja nie lubię, jak się wściekasz bez powodu.

I tak jak to Piotrek miał w zwyczaju mówić, czołgali się za tymi samochodami dobre dziesięć kilometrów.

W tym czasie się przejaśniło, ulewa zmieniła się w deszczyk. Korek się rozluźnił. Piotr był u kresu cierpliwości i odetchnął z ulgą, kiedy zobaczył miejsce i mógł wyprzedzić tego rozsypującego się poloneza przed nimi. Wcisnął lewy kierunkowskaz, zaczął wyprzedzać. I właśnie wtedy objawiła się ta wisząca nad nimi tragedia, to właśnie wtedy los zaśmiał się im w twarz. Tylne koła jego bmw straciły przyczepność na koleinie. Słyszał, jak Monika krzyknęła, widział, jak jedną ręką osłoniła okrągły brzuch, drugą zaś złapała uchwyt nad głową, mocno go ściskając. Auto zrobiło obrót o trzysta sześćdziesiąt stopni, zahaczając tyłem o przydrożną barierkę. Stanęło w poprzek przeciwległego pasa ruchu, a silnik zgasł. Piotrek spojrzał w szybę i zamarł. Prosto na nich pędził, trąbiąc, biały bus. Piotrek próbował odpalić samochód, bezskutecznie. Wiedział, że za chwilę samochód uderzy w drzwi od strony Moniki, wpadł w panikę, zaczął walić pięściami w kierownicę. A ona siedziała spokojnie, patrzyła w okno drzwi i czekała na to, co nieuniknione.

– Przepraszam, Monia.

Potem już nic nie czuł.

3

Nie zaczynaj dzisiejszego dnia od rozpamiętywania

wczorajszych zmartwień!

Phil Bosmans

 

 

Cztery lata później

 

Monika obudziła się z ogromnym bólem głowy i strasznym poczuciem pustki. Nic już nie jest tak, jak było, i nic już nie będzie tak, jak było. Dziś mija czwarta rocznica śmierci jej męża i dziecka. Musi wstać, wziąć prysznic, ubrać się i jechać na cmentarz zapalić im znicze. Kiedyś myślała, że co roku będzie lepiej, że ból będzie malał, bo czas leczy rany. Niestety okazało się, że tak nie jest. Codziennie o nich myśli, codziennie przeżywa ten cholerny wypadek na nowo, wypłakała morze łez z tęsknoty za Piotrkiem. Zatruwa sobie głowę wyrzutami sumienia, użala się nad sobą z każdym dniem bardziej. Coraz mniej jest w niej tej Moni, którą była cztery lata temu. Znajomi po wypadku ją olali, bo nagle przestała być duszą towarzystwa. Prawie dwa lata spędziła w łóżku, nie mogąc wstawać ze względu na brak zrostu w kościach. Każdy z tych pseudoprzyjaciół założył rodzinę, zajął się swoim życiem, zapominając, że może byłoby jej miło, gdyby chociaż raz w tygodniu zadzwonił z pytaniem, jak sobie radzi. Początkowo świadomość, że ci, którzy byli dla niej ważni i tyle im poświęciła swojego czasu, mają ją głęboko w czterech literach, doprowadzała ją na skraj rozpaczy i wzmagała jeszcze żal i smutek. Nieraz płakała do poduszki, wyzywając i pytając, dlaczego ją to wszystko spotyka. Jedyną osobą, która wiernie trwała przy jej boku w doli i niedoli, była Paula. To ona czekała zawsze w szpitalu po operacjach, to ona przynosiła soki, owoce, podnosiła na duchu. Razem z rodziną Moni zorganizowała pogrzeb maluszka i Piotra. Dawała jej siłę zawsze i wszędzie, nieraz razem płakały i nieraz siedziały w ciszy. I to właśnie ona uświadomiła Monice, że lepiej mieć jednego szczerego, prawdziwego przyjaciela niż setkę właśnie takich niewdzięczników. I to podniosło ją wtedy na duchu najbardziej.

– Weź się w garść, Monia. Czas zacząć życie od nowa. Piotrek na pewno by nie chciał, żebyś żyła w taki sposób i tak się zadręczała. Przecież co się stało, już się nie odstanie.

Pomyślała i podniosła się z łóżka, biorąc za towarzyszy swej trasy do łazienki i kuchni dwie kule, z którymi, od kiedy mogła zacząć chodzić, się nie rozstawała. W chwilach dobrego nastroju nazywała je Janek i Franek – po nieżyjących już dziadkach, mając nadzieję, że dzięki temu będą nad nią czuwać. Przechodząc przez salon, spojrzała w zawieszone na ścianie ogromne lustro. Piotr zamontował je dla niej po wielu negocjacjach, żeby mogła się w nim przeglądać podczas wybierania ciuszków na dyskotekę, na urodziny czy święta rodzinne. Kiedyś bardzo lubiła swoje odbicie: szczupła, wysportowana, zgrabna, ładna, zdrowa. Teraz rzadko się przeglądała, bo widziała obraz nędzy i rozpaczy. Potargane matowe włosy, które ostatnio wychodziły garściami, ciemne sińce pod oczami, szara cera, figura z nadmiarem około piętnastu kilogramów, efekt dwóch lat leżenia po wypadku i ciąży. Najbardziej jednak bolał ją widok blizn na obu udach, ciągnących się cienką linią od bioder po kolana. Któryś z badających ją kiedyś lekarzy nazwał je uśmiechami. Monice kojarzyły się raczej z bólem, rozczarowaniem, łzami, ale na pewno nie z uśmiechem. Był czas, że brzydziła się ich dotykać, smarować je maściami musiała jej mama, bo ona nie była w stanie tego zrobić. Blizny na udach pozostaną do końca życia jako dowód na wieloodłamowe połamanie obu kości udowych i osiem przebytych operacji. I tyle jeśli chodzi o dowód fizyczny. Bo te blizny to nie tylko świadectwo połamanych nóg, ale też cierpienia, przez które przeszła, bólu, walki z samą sobą o zdrowie, o to, żeby chodzić. Wstrząsnął nią lekki dreszcz zgrozy, kiedy sobie przypomniała te sale operacyjne, szwy, opatrunki, odurzenie lekami. Teraz była na dobrej drodze do wyzdrowienia, kości w końcu zaczęły się zrastać, wolno co prawda, ale zawsze to coś. Na dłużej zatrzymała wzrok na bliznach pod kolanami, w miejscach, gdzie wwiercali jej wyciągi, aby wyprostować połamane na skutek wypadku kości, oraz na plecach, gdzie wbiły jej się pręty fotela, pękniętego na pół od uderzenia.

 

„Naprawę trzeba się wziąć w garść. Jak to mawiał Piotrek: trzeba być twardziochem, nie mięciochem. Ważne, że żyję”.

Z tą myślą zrobiła śniadanie, wykąpała się, usiłując jak najmniej obciążać nogi, połknęła aspirynę na ból głowy, włożyła dżinsy rurki, top, spięła włosy w koński ogon i wyszła. Wsiadła do zaparkowanego przed domem auta i ruszyła w stronę Chełmży, małej mieściny oddalonej od Łysomic o piętnaście kilometrów, gdzie na głównym cmentarzu pochowała tych, którzy byli sensem jej życia. Na miejscu była po dwudziestu minutach. Nie lubiła cmentarzy. Przez pierwszy rok po wypadku nie była w stanie w ogóle tu przyjść. Grobami opiekowały się jej mama i Paulina. Monika nie mogła sobie poradzić z tym, że dwie osoby, które kochała całą sobą, leżą w miejscu, z którego już nie wrócą, w miejscu, w którym wszystko się kończy. Szła wąską, wyłożoną kostką aleją, patrząc na inne nagrobki. Dopiero po wypadku, kiedy w końcu zebrała siły, żeby tu przyjść, dostrzegła, ile jest mogił małych dzieci, ile jest grobów ludzi w jej wieku. Dotarło do niej, że śmierć dotyka ludzi bez względu na wiek, stan konta czy zdrowia. Ta oczywista myśl dopiero teraz pokazała jej, jak bardzo zatraciła się w swojej miłości do Piotrka, w swojej miłości do maluszka, nie dostrzegając tego, co się działo wokół. Pomyślała, że niewiele się różni od tych swoich znajomych, bo przecież sama kiedyś tak postępowała i zapominała o bożym świecie, żyjąc tylko swoim życiem. Spojrzała w niebo, pogoda tak samo śliczna jak cztery lata temu. Niebo bez chmur, słońce ogrzewa twarz i rzuca jasne refleksy na chodnik pod jej stopami.

Doszła do wspólnego grobu chłopaków cała spocona i z bijącym sercem. Nagrobek mieli z czarnego granitu, czarnego, bo to był ulubiony kolor Piotrka. Na cmentarzu zawsze czuła się bliżej nich niż w domu, ale za każdym razem kiedy spoglądała na zdjęcie Piotra przyklejone w lewym górnym rogu płyty nagrobnej i na napis pod spodem: „Tu spoczywa w spokoju Piotr Lasocki wraz z synem Robertem”, serce pękało jej na drobne kawałeczki, a łzy lały się strumieniami. Ta piękna twarz z niebieskimi, wpatrzonymi w nią, śmiejącymi się oczami. Włosy ciemne, zawsze w nieładzie. I nawet kiedy starał się być poważny, to i tak nie był. Takie samo zdjęcie miał w dowodzie osobistym i w prawku. Co ją podkusiło, żeby zgodzić się na przyklejenie go tutaj, nie wiedziała. Podobnie było i dziś, myśl, że już nigdy go nie zobaczy, była nie do zniesienia. Czuła, jak żal ściska jej serce i gardło. Jak on mógł zostawić ją samą? Jak mógł przestać walczyć i umrzeć? Tak bardzo tęskniła za nim i szalejącym piłkarzem w brzuchu. Zwiesiła głowę i dała się ponieść emocjom. Może tym razem wypłacze wszystko i już nigdy nie będzie się czuła tak podle?

Z boku obserwowała ją staruszka. Zastanawiała się, jak bardzo los skrzywdził tę kobietę stojącą przed pomnikiem pewnie bardzo ważnych dla niej osób. Próbowała skojarzyć, kto to jest i co się stało, że musi się wspomagać kulami. „Pewnie coś z nogami” – pomyślała starsza pani. Przychodziła tu do córki i nieraz widziała ludzkie łzy przy grobach bliskich. Dziś zwróciła uwagę na tę kobietę nie dlatego, że stała i zalewała się łzami, ale dlatego że koło niej stał ktoś jeszcze, o czyim istnieniu ta młoda kobieta nie miała pojęcia. Zjawa stała i trzymała swoją kościstą, siną dłoń na jej ramieniu. Była to ciemna postać w długim czarnym płaszczu, bez twarzy, z kapturem na głowie, przy boku miała zawieszony ciężki metalowy różaniec. W odczuciu staruszki nie wróżyło to nic dobrego dla tej panienki. Przeszył ją dreszcz strachu. Na szczęście zauważyła też, że ta dziewczyna ma wokół siebie jasną poświatę, co pozwalało żywić nadzieję, że sobie poradzi z tym parszywym złem. Wstała i wolno podeszła do Moniki, bez słowa podała jej chusteczkę, żeby mogła wytrzeć nos, pomogła zapalić znicze. Dopiero wtedy się odezwała:

– Pan Bóg zbiera z ziemi najładniejsze kwiaty, młoda damo, musisz w to uwierzyć. Nic się nie dzieje bez przyczyny, mam nadzieję, że i ty odnajdziesz w końcu swoje przeznaczenie, albo że ono odnajdzie ciebie.

Monika, nie mogąc wydusić słowa, pokiwała głową i zamknęła oczy. Kiedy je otworzyła, staruszki nie było. Rozejrzała się na wszystkie strony zdezorientowana, ale nigdzie jej nie dostrzegła. Poczuła czyjąś zimną dłoń na ramieniu, lecz kiedy się odwróciła, żeby zobaczyć, kto ją dotknął, nikogo nie było. Przerażona wróciła do domu.

4

Są w życiu chwile, gdy myśli się, że jest tak źle, iż już gorzej

być nie może. Wtedy właśnie okazuje się… że jednak może.

Rafał Kosik

 

 

Justyna spojrzała nerwowo na zegarek. Dziewiętnasta trzydzieści, a ona w proszku. Za czterdzieści minut będą po nią znajomi, a ona jak zwykle z niczym się nie wyrobiła w czasie, tak jakby chciała. Włosy co prawda natarła gumą, która skręciła jej naturalną burzę loków, tworząc efektowne afro, ale jeszcze makijaż, co pochłaniało jej najwięcej czasu. Kończyła właśnie malować drugie oko, gdy do drzwi jej pokoju zapukała mama z informacją:

– Justka, przyjechali i trąbią pod oknami, pospiesz się.

Szybko nałożyła resztę brązowego cienia na powiekę, błyszczyk na usta, zerwała się z krzesła, ostatni rzut oka na całość. „Gra i gwizda” – pomyślała z zadowoleniem. Wybiegła z domu, krzycząc do mamy, że będzie jakoś po trzeciej w nocy.

Z samochodu wysiadła Karolina.

– Długo mamy na ciebie czekać, gwiazdo?

– Ile będzie trzeba, oj już nie przesadzaj, czekaliście pięć minut.

– Mam nadzieję, że przez te pięć minut nie będziemy stać w kolejce do klubu pół wieczoru – odparła Karolina i puściła do niej oko.

Wsiadając do samochodu, Justyna zauważyła jeszcze Natana, który pełnił dziś funkcję szofera, Michała, chłopaka Karoliny, oraz Olgę. Wszyscy tworzyli zgraną paczkę od początku liceum, w którym trzy lata temu się poznali i zakumplowali.

– Ciekawe, czy będzie tak fajnie, jak mówiła mi kuzynka, mam nadzieję, że to nie była jakaś ściema z tą zajebistą Arabską Nocą – odezwała się Olga.

– No coś ty, plakaty są porozwieszane wszędzie, na Facebooku nie ma osoby z naszych okolic, która by nie wstawiała postów na temat zapowiadanych tam imprez. Ostatnio gdzieś czytałam, że nawet ludzie z Warszawy olewają dyskoteki w stolicy i przyjeżdżają tu, żeby posiedzieć przy sziszy, posłuchać muzyki i na koniec potańczyć. Podobno Amstrong to najlepszy klub w Polsce – odkrzyknęła Karolina.

Justyna uśmiechnęła się pod nosem. Lubiła towarzystwo tych wariatów. Postanowili zabawić się dzisiejszego wieczoru z okazji zakończenia trzyletnich tortur w liceum i (o dziwo) zdanej matury. Wybrali ten klub, bo ostatnio robił furorę wśród znajomych. Był modny, a młodzi ludzie chcą być modni i lubią wszystko, co modne. Chciała się dziś dobrze zabawić, zresztą wszyscy chcieli. Zakupiła nawet z tej okazji kilka piguł od znajomego dealera. W gronie jej rówieśników nie było niczym dziwnym, że na imprezach ludzie wspomagają się narkotykami. Jedni piją, drudzy ćpają, takie czasy. Uważała, że należy im się pełny luz i spontan po tych wszystkich nocach, które spędzili, zakuwając do testów maturalnych. Teraz, kiedy już każdy wybrał kierunek studiów, mogli sobie pozwolić na odrobinę szaleństwa. Justyna złożyła papiery na pedagogikę. Od zawsze chciała pracować z dziećmi, od kiedy pamiętała, uwielbiała się nimi opiekować. Karolina wybrała administrację, a Olga kosmetologię. Z nich trzech to Olga miała prawdziwego zajoba na punkcie wyglądu. Zawsze umalowana, staranna fryzura, ubrana też bez zarzutu. Wiecznie siedziała przed laptopem i oglądała na YouTubie filmiki tutoriale w rodzaju,, Dyskotekowy makijaż w trzy minuty” albo „Modne uczesanie krok po kroku”. Miało to też swoje plusy, bo nie musiały się szlajać po kosmetyczkach i wizażystkach, skoro miały Olgę. Justa śmiała się nieraz, że gdyby Olga mieszkała w Japonii, rodzice mogliby ją wysłać na terapię odwykową do zakładu zamkniętego, gdyż tam za osobę uzależnioną uważa się kogoś, kto siedzi przed komputerem do sześciu godzin dziennie. Michał wybrał studia prawnicze, bo chciał iść w ślady ojca, wziętego adwokata w Zakopanem. Po cichu marzył, że kiedyś będzie lepszy od niego i sukcesywnie do tego dążył. Pomimo że Michał mógł od dzieciństwa pławić się w luksusie, zrezygnował z tego, twierdząc, że zamierza dojść do wszystkiego sam. Nie chciał, żeby mu przyklejono łatkę synalka tatusia. Justyna w głębi duszy podziwiała go z tego powodu. Znała dużo osób, których nie było stać na takie poświęcenie. Chwalili się najnowszymi modelami smartfonów, w ostatniej klasie prześcigali się, kto będzie miał lepszą furę, śmiali się z biedniejszych, tworząc tym samym szkolne gangi. Z ich piątki to Michał był najbogatszy, ale z tego nie korzystał, dostosował się do ich poziomu finansowego, co wszystkim było na rękę. Natan natomiast zrezygnował ze studiów, gdyż odkładał na własny warsztat samochodowy i jak to mawiał, do tego, żeby naprawiać lub tuningować auta, magister nie jest mu potrzebny.

Zajechali pod lokal, przed którym stał już wężyk ludzi. Zaparkowali auto i ustawili się na końcu kolejki.

– Kurwa, ale będzie dziś szaleństwo, coś czuję. Masz z sobą wisienki, Justka? – spytała Olga.

– No raczej. I przestań tak przebierać z podniecenia nogami, bo wyglądasz, jakbyś miała się w gacie poszczać. Jeśli myślisz, że bramkarz cię szybciej przepuści do klopa, to się mylisz.

Przyjaciele wybuchnęli śmiechem, a Olga postarała się zapanować nad syndromem niespokojnych nóg, który zawsze ją ogarniał, kiedy nie mogła się czegoś doczekać. Mijały sekundy, minuty, po godzinie dotarli w końcu do wnętrza lokalu. Grupa zaniemówiła, a Olga, jak to Olga, zaczęła piszczeć z radości. Przed nimi rozciągało się morze ludzi, którzy podrygiwali na parkiecie do spokojnych rytmów miksowanych przez didżeja z siwymi dredami do pasa. Nad głowami bawiących się osób, pod sufitem zawieszony był krwistoczerwony baldachim. Wokół głównej sali ciągnęły się balkony podzielone na boksy, wyłożone ogromnymi, kolorowymi poduszkami rozmieszczonymi naokoło sziszy z puszczonymi wężami do wdychania dymu. W powietrzu unosił się zapach czekolady, truskawek, wanilii, w zależności od tego, jaką melasę palono w jakim boksie. Wszystko było jaskrawe, kolorowe żywe, magiczne. Poczuli się, jakby przenieśli się do innego świata. Podeszła do nich młoda dziewczyna w stroju wypisz wymaluj prosto z haremu jakiegoś sułtana, jak pomyślała Justyna. Ubrana była cała na fioletowo. Miała spodnie aladynki z przezroczystego materiału, z gumkami nad kostkami, na górze krótki top odsłaniający brzuch, którego szew był zakończony złotymi medalikami. Połowę jej twarzy od nosa do brody zasłaniała chustka tego samego koloru, również zakończona medalikami, które brzęczały przy najmniejszym ruchu głową. Mocny makijaż oczu dodawał jej tajemniczości. Na stopach miała złote trzewiki z wygiętymi ku górze noskami.

– Chcecie pięcioosobowy boks, jak widzę?

Żadne z nich nie było w stanie się odezwać z wrażenia, więc tylko zgodnie przytaknęli głowami. Zaprowadziła ich na miejsce.

– Jaki smak melasy mam przynieść?

– Czekoladowy.

– Czego się napijecie? Osobiście mogę wam polecić Blue Kamikaze.

– To dla Michała dwa razy polecany przez ciebie shot, raz sok pomarańczowy dla Natana, dla nas trzy razy Krwawa Mary – wyrecytowała Justyna.

Rozsiedli się wygodnie na mięciutkich poduchach, rozglądali się zafascynowani, co chwila dostrzegając nowe rzeczy, które pokazywali sobie nawzajem jak małe dzieci, palcami. Kelnerka przyniosła melasę, drinki i poszła.

– To co, po maluchu, dziewczynki i chłopcy?! – krzyknął Michał.

– No a jak, stary. Natan przygotował melasę, włożył ją do górnego kielicha sziszy i podpalił. Każdy wziął do ręki swój odchodzący od sziszy jak macki ośmiornicy wąż zakończony srebrnym ustnikiem. Złapali drinki, po chwili wszyscy równocześnie je przechylili, żeby zaraz potem nabrać do ust słodkiego dymu. Odkładali je, śmiejąc się i kaszląc równocześnie.

– Justa, dawaj to gówno, nie ma na co czekać, cała noc przed nami – zapiszczała Olga.

Justyna wyjęła ze stanika fotkę, którą przezornie tam schowała, na wypadek gdyby ochrona chciała im przeszukać torebki czy kieszenie. Wysypała każdemu na dłoń czerwony krążek wielkości gumki od ołówka, z wyżłobionymi na górnej powierzchni dwiema wisienkami. Połknęli je, popijając drinkami. Natan, Olga i Michał poszli potańczyć, zostawiając dziewczyny same.

– Ty, Justa co z Maćkiem? Powiedział mi, że się już nie spotykacie. Fajna była z was para. Myślałam, że ci na nim zależało, przez trzy lata liceum było okej przecież. Co się stało, że się zesrało? – zagadnęła Karolina, przysuwając się do niej, gdyż muzyka zagłuszała rozmowę.

– To prawda, nie spotykamy się, ale wiesz, jaki był Maciek. On chciał iść na studia do Bydgoszczy. Najlepiej jakbym ja zrezygnowała ze swoich marzeń, rzuciła wszystko, zostawiła was, moje ukochane Zakopane, spakowała torby i się w pizdu stąd wyniosła. Nie przewidział tego, że ja tu jestem szczęśliwa. Zresztą ten pomysł uroił mu się pod koniec trzeciej klasy i nie dał sobie powiedzieć, że u nas też są fajne uczelnie, na których można studiować fizykę. Chciał się stąd wyrwać, ja nie. Niestety kazał mi wybierać, w złości wykrzyczałam mu, że jest egoistą i że ja się z Zakopca nie wyprowadzę. Uniósł się dumą i tyle go widziałam. Nie wiem, może mu przejdzie, jak emocje opadną. Wtedy pomyślimy nad jakimś kompromisem, ale dopóki nie zrozumie, że wspólne życie nie polega tylko na narzucaniu swojej woli i oczekiwaniu, że druga strona ją spełni, to nie mamy o czym gadać.

– A to dupek, o tym mi nie wspomniał. Przykro ci, czy sobie radzisz? – spytała.

– Szczerze? Myślałam, że będzie gorzej. Możliwe, że trzyma mnie jeszcze złość na niego i jak emocje opadną, to pojawi się pustka i smutek. Ale na razie jest dobrze.

– Kurde, dziewczyno, jak ja się cieszę, że już mamy wolne, wakacje, biegaj dusza, piekła nie ma. A za dwa tygodnie Mazury, nasz obóz. Chlanie, ćpanie i… – Zaśmiała się. – Dobrze wiesz co.

– Chyba wisienka zaczyna działać, bo czuję falę odprężenia. I nie „biegaj” tylko „hulaj”. A poza tym obiecaliśmy sobie, że dziś jest ostatni raz z głupotami i używkami, zapomniałaś? – zapytała Justyna.

Na skutek działania narkotyku poczuła uspokajające ciepło w brzuchu, muzyka stała się jakby wyraźniejsza, docierała do najgłębszych zakamarków jej mózgu, drink smakował wybornie, wszystko wokół było jeszcze bardziej kolorowe, jeszcze piękniejsze. Karolina złapała ją za rękę.

– Chodź potańczyć, szkoda przesiedzieć taką fazę.

Dołączyły do swoich znajomych, którzy też już poczuli lekki odlot. Na twarzy każdego malował się głupawy uśmiech zadowolenia. Zresztą gdzie tylko spojrzeć witał ich taki sam uśmiech na co drugiej twarzy. Justyna lubiła ten stan. Lubiła się wyluzować, zapomnieć o problemach, troskach, lubiła zabawę, ryzyko, swoich przyjaciół. Wiedziała, że przy nich może sobie pozwolić na taką formę zabawy, ufała im, oni ufali jej, przy nich czuła się bezpiecznie. Czasami zdarzało się, że na dyskotece wspomagali się jakimś dropsem czy podczas nauki do matury wciągnęli dla pobudzenia po kresce amfetaminy albo kiedy szli do kina na komedię, zajarali przed wejściem jointa dla lepszego fanu. Zdarzało się, ale sporadycznie. Nie byli ćpunami, tylko grupą nastolatków. A młodość rządzi się swoimi prawami, jak mawiała Olga, żeby usprawiedliwić jakieś ich głupie wybryki. Mieli sprawdzone źródło zaopatrzenia. Justyna z przerażeniem patrzyła na rozprzestrzeniającą się wśród jej rówieśników nową modę, modę na dopalacze. Tańsze od narkotyków, sprzedawane w sklepach podających się na przykład za sklepy zielarskie, naszprycowane chemią, od której może się w głowie poprzewracać. Obiecali sobie, że tego nie spróbują, kiedy w szkole pojawiła się fala zatruć tak zwanym Młotem Kowala. Jedna dziewczyna zapadła nawet w śpiączkę i jeszcze się z niej nie wybudziła. Dziś miał być ich ostatni raz. Ostatni raz z narkotykami. Stwierdzili, że teraz idą na studia, są dorośli, muszą zaprzestać jakichkolwiek wybryków. Czas pomyśleć o życiu na poważnie. Tak więc ta impreza była dla nich otwarciem nowej drogi życia, a jednocześnie zakończeniem jakiegoś rozdziału.

Bawili się na całego, tańczyli, skakali, śpiewali w głos swoje ulubione kawałki. Do Justyny zaczął się zalecać przystojny brunet. Nie pytała, jak ma na imię, bo po co. Tańczyli razem, ocierając się o siebie, patrzyli sobie w oczy. Pomyślała, że zapomniała już, jakie to miłe uczucie być ado­rowaną. Spędziła trzy lata u boku Maćka, który tak się przyzwyczaił do tego, że ją ma na własność, iż przestał się starać. Z uwodzicielskiego romantyka, dżentelmena, stał się, jak to powiedziała Karolina, dupkiem. „Tak, dupkiem, dobrze powiedziane” – pomyślała. Przyszedł dzień, w którym przestał ją przepuszczać w drzwiach pierwszą, nie zabierał jej na kolacje czy do kina, bo nie miał czasu, SMS-a pisał dwa razy dziennie, „bo po co częściej, skoro spędzamy pół dnia w szkole razem” – tłumaczył. Niejedną noc przepłakała przez tego dupka. Najbardziej jednak zabolało, kiedy zapomniał w maju o jej urodzinach, usprawiedliwiając się, że pochłonęły go przygotowania do matury. Nie tak wyobrażała sobie idealny związek.

Justyna poczuła, że przystojny nieznajomy położył jej dłoń na pośladku. Uśmiechnęła się do niego. „A co mi tam – powiedział głos w jej głowie – przecież nic złego nie robię. Maciek mnie rzucił, od trzech dni nie dał znaku życia, zapominając o tym, co nas łączyło. I zrobił to tylko dlatego, że moja wizja przyszłości nie była kompatybilna z jego wizją. Przecież można było to przeanalizować, znaleźć jakieś satysfakcjonujące nas oboje rozwiązanie. Ale nie, ten dupek wolał odwrócić się na pięcie i mieć wszystko, jak to dupki, w dupie”.

Nieznajomy wplótł dłoń w jej poskręcane blond włosy, przysunął swoją twarz i ku zaskoczeniu Justyny pocałował ją w usta. Czy jej się podobało? A jakże. Pocałunek był mocny, głęboki, namiętny. „Maciek już dawno przestał mnie tak całować” – pomyślała. Odwzajemniła pocałunek, bo czemu nie, skoro było przyjemnie. Z tej pięknej chwili wyrwało ją szarpnięcie za ramię.

– Co ty, kurwa, wyprawiasz?! Jeszcze się dobrze nie rozstaliśmy, a ty już co, nowego fajansiarza sobie przygruchałaś?!

Zaskoczona otworzyła oczy i zobaczyła Maćka. Był tak wściekły, że aż spurpurowiał na twarzy.

– Panu w surduciku podziękujemy, chyba że chce mieć za chwilę niepełne uzębienie.

Była tak zażenowana sytuacją, że tylko machnęła ręką na nieznajomego, dając mu do zrozumienia, że lepiej zrobi, jak odejdzie. Rozejrzała się za przyjaciółmi, spostrzegła ich w boksie palących melasę. Z ulgą stwierdziła, że nie są świadkami tej żenady.

– A ty co sobie myślisz? Wpadasz, psujesz mi imprezę, robisz scenę zazdrości, kiedy od trzech dni nie dajesz znaku życia. Przyjęłam do wiadomości, że masz mnie głęboko w czterech literach, więc naprawdę chyba na rozum upadłeś, myśląc, że będę nosić po tobie roczną żałobę.

– Ja cię mam w czterech literach? Trzymajcie mnie, bo nie wytrzymam. Przecież to ty nie chcesz zamieszkać ze mną w Bydgoszczy i tam studiować. Wolisz grono tych niedojrzałych palantów, których nazywasz przyjaciółmi, od faceta, który daje ci szansę na lepsze życie.

– Och, dziękuję za twą wspaniałomyślność, panie. A nie pomyślałeś, że to, jakie mam tu życie, daje mi prawdziwe szczęście i że nie mam potrzeby szukania innego. Nie pomyślałeś, że może ja kocham żyć tu, w Zakopanem, i nie będzie mi dobrze w jakiejś zasranej Bydgoszczy? Może czas dostrzec coś poza końcem swego nosa, Maciek?

– Tobie chyba te dragi, których się dziś nażarłaś, mózg wypaliły. Może to właśnie tego ci będzie brakowało, bo dobrze wiesz, że ze mną tego nie zasmakujesz. Myliłem się co do ciebie, Justa. Miałem cię za odpowiedzialną, mądrą dziewczynę, a tu proszę. Może ty po swoim tatusiu alkoholiku w genach odziedziczyłaś pociąg do używek i kurwie­nia się, co?

Kiedy to usłyszała, poczuła, że krew odpływa jej z twarzy. Nie mogła uwierzyć, że powiedział coś takiego. Stanął jej przed oczami obraz, jak jeszcze niedawno płakała mu na ramieniu i żaliła się, jak jej ciężko, że ma takiego ojca, że nigdy mu nie wybaczy tego, że zostawił ją i matkę dla wódki i panienek. On ją wówczas przytulał, pocieszał, głaskał po głowie, uspokajał. A dziś mówi coś takiego? Myśli w głowie Justyny huczały głośniej niż muzyka w klubie, z nerwów zrobiło jej się niedobrze.

– Dupek!! – krzyknęła mu w twarz, odwróciła się na pięcie z oczami pełnymi łez i ruszyła do wyjścia.

Maciek się zreflektował, wiedział, że przesadził, nie powinien był tego mówić. Dopiero jak w nerwach te słowa wyszły mu z ust, uświadomił sobie, że użył ciosu poniżej pasa i że to naprawdę ją zaboli. Chciał ją zatrzymać, przeprosić, ale wyrwała mu się i uciekła w stronę wyjścia. Kiedy dotarł na ulicę przed klubem, krzycząc, żeby się zatrzymała, już jej nigdzie nie było. Był zły na siebie, że doprowadził do takiej sytuacji i wiedział, że tym razem Justka mu tak łatwo nie wybaczy. Zaufała mu, a czekał na to przeszło rok, i zwierzyła z koszmarów i bólów dzieciństwa, a on to teraz wykorzystał przeciw niej, żeby jej z premedytacją zrobić przykrość. I w jednym dziś miała bezsporną rację. Przez to, co zrobił, był dupkiem.

Biegła przed siebie co sił w nogach, biegła tak długo, aż przestała słyszeć muzykę z Amstronga i krzyki Maćka, żeby się zatrzymała, że przeprasza. Z braku tchu przystanęła, usiadła na murku i dała upust łzom. Była wściekła do granic możliwości, a jednocześnie zawiedziona. Uważała Maćka nie tylko za swojego faceta, no dobra, prawie eksfaceta, ale też za przyjaciela. Jak on mógł wywlec na wierzch coś, co było dla niej największą traumą dzieciństwa. Zwierzyła mu się, bo ufała, że zostawi to dla siebie i nigdy tego nie wykorzysta przeciw niej. Niestety pomyliła się, i to bardzo. Rozejrzała się wokół i stwierdziła, że przebiegła aż trzy przecznice i że jest teraz na Krupówkach. W sumie zostały jej jeszcze cztery alejki, pół Grunwaldzkiej, gdzie znajduje się przystanek, i poczeka na autobus, którym wróci do domu. Ruszyła przed siebie. Idąc, rozmyślała o dzisiejszym wieczorze, wyjęła telefon, żeby napisać Karolinie esa, gdzie się podziewa. Niestety okazał się rozładowany. Napisze z domu, jak dobrze pójdzie, do tego czasu nie zauważą, że jej nie ma. Przez chwilę poczuła się niepewnie, tak jakby ktoś ją obserwował, odwróciła się, ale nikogo nie dostrzegła. Przyspieszyła jednak kroku. Przeszło jej przez myśl, że to przez tę pigułę, którą zażyła, i zaśmiała się w duchu sama z siebie. Z ulgą stwierdziła, że dystans do przystanku skróciła już o jedną alejkę. Znów poczuła czyjąś obecność, odwróciła się i spostrzegła wyłaniającą się z bocznej uliczki ciemną postać. Raczej mężczyznę, wysokiego mężczyznę, postawnego, idącego wolnym krokiem. Serce podeszło jej do gardła.

„Głupia, pewnie też idzie na autobus” – pomyślała, pocieszając się.

Niestety