Wydawca: Niebieska Studnia Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2011

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Potępieni - Chuck Palahniuk

Narratorką kolejnej powieści Palahniuka jest pulchna, lecz inteligentna trzynastoletnia Madison, niepoprawna optymistka skazana na wieczne potępienie. Powodem jej śmierci było przedawkowanie marihuany, którą dostarczyli jej nieprzytomnie bogaci, zblazowani rodzice. Madison w towarzystwie swoich nowych przyjaciół – młodocianych grzeszników przemierza piekielny krajobraz - Pustynię Łupieżu, Ocean Insektów, hałdy ścinków paznokci - szukając Szatana i uciekając przed okrutnymi demonami. W pokręconym piekle stworzonym przez Chucka Palahniuka na okrągło jest wyświetlany „Angielski pacjent“, walutę stanowią trudno dostępne słodycze, a martwi komunikują się z żywymi pracując jako telemarketerzy. Madison będzie już wiecznie martwą małą dziewczynką, czy nie mogłaby jednak starać się o przeniesienie do Nieba?

Opinie o ebooku Potępieni - Chuck Palahniuk

Fragment ebooka Potępieni - Chuck Palahniuk

Tytuł oryginału: DAMNED
Redaktor: BEATA SŁAMA
Projekt okładki: PAWEŁ JOŃCA
Copyright © 2011 Chuck Palahniuk All rights reserved Copyright © 2011 for the Polish edition by Purpura Izabela Sojka
Wydanie I
ISBN 978-83-60979-33-4
Wydawnictwo Niebieska Studniawww.niebieskastudnia.pl
Konwersja:eLitera s.c.

Życie jest krótkie. Śmierć trwa wiecznie.

ROZDZIAŁ

PIERWSZY

Jesteś tam, Szatanie? To ja, Madison. Dopiero co się tu zjawiłam, to znaczy w Piekle, ale to nie moja wina, no, może tylko taka, że umarłam po przedawkowaniu marihuany. A może znalazłam się w Piekle, bo jestem gruba – Prawdziwy Prosiak. Albo, jeśli można trafić do Piekła z powodu kompleksu niższości, to właśnie dlatego mnie tu zesłano. Szkoda, że nie mogę skłamać i powiedzieć Ci, że jestem chuda i koścista, i że mam włosy blond i ogromne bimbały. Ale możesz mi wierzyć, mam bardzo dobre usprawiedliwienie dla swojej tuszy.

Na początek pozwól, że się przedstawię.

Jak precyzyjnie zobrazować to, co człowiek czuje, będąc martwym...

Tak, znam słowo „zobrazować”. Jestem martwa, ale nie inteligentna inaczej.

Zapewniam was, że samo bycie trupem jest o wiele prostsze niż umieranie jako takie. Jeśli potraficie gapić się godzinami w telewizor, to macie już pojęcie, jak to jest być martwym. Można nawet powiedzieć, że oglądanie telewizji i surfowanie w sieci to doskonała sucha zaprawa w byciu martwym.

Jeśli mam w przybliżeniu opisać, czym jest śmierć, to mogę ją porównać ze zwyczajem mamy, która odpalała notebooka i włamywała się do systemu ochrony naszego domu w Mazatlan czy Banff. „Popatrz – mówiła, przekręcając komputer, żebym mogła lepiej widzieć – pada śnieg”. Na ekranie migotało łagodną poświatą wnętrze naszego domu w Mediolanie, salon, śnieg prószący za wielkimi szybami okien, a mama na odległość, przytrzymując klawisze Ctrl, Alt i W, rozsuwała zasłony. Wciskając Ctrl i D, przyciemniała pilotem oświetlenie, a my siedziałyśmy sobie w pociągu albo w wynajętej limuzynie, albo na pokładzie wyczarterowanego odrzutowca, podziwiając na ekranie komputera śliczny zimowy widoczek za oknami pustego domu. Przytrzymując Ctrl i F, rozpalała ogień w gazowym kominku, a potem wsłuchiwałyśmy się w cichy odgłos spadających płatków włoskiego śniegu i trzask płomieni przekazywany za pośrednictwem monitorów naszego systemu antywłamaniowego. Potem mama wybierała na klawiaturze adres systemu w naszym domu w Kapsztadzie. A potem logowała się do systemu w naszym domu w Brentwood. Mogła przebywać we wszystkich miejscach jednocześnie, nie będąc tak naprawdę w żadnym z nich, rozkoszując się zachodami słońca i barwami listowia wszędzie poza miejscem, w którym w danej chwili się znajdowała. W najlepszym razie – strażniczka. W najgorszym – voyeurystka.

Mama umiała przesiedzieć nawet i pół dnia wpatrzona w ekran notebooka, gapiąc się na opuszczone pomieszczenia zastawione naszymi meblami. Regulując zdalnie termostat. Przygaszając światła i dobierając optymalny poziom głośności szemrzącej w każdym pomieszczeniu muzyki. „Żeby włamywacze mieli zagwozdkę”, jak mi tłumaczyła. Skakała z kamery na kamerę, by podglądać somalijską pokojówkę zajętą sprzątaniem naszego domu w Paryżu. Przygarbiona nad ekranem wzdychała i mówiła: „Już kwitną moje londyńskie krokusy”.

Schowany za dodatkiem biznesowym „Timesa” tata rzuciłby wówczas: „Ich nazwa botaniczna to szafran”.

Mama, chichocząc cicho, wcisnęłaby wtedy Ctrl i L, by z odległości trzech kontynentów zatrzasnąć pokojówkę w łazience, jeśli stwierdziła, że glazura nie została wybłyszczona w zadawalającym stopniu. W jej mniemaniu była to wyrafinowana i doskonała rozrywka. Modyfikowanie otoczenia niewymagające fizycznej obecności. Konsumpcja in absentia. Jak świadomość, że jakiś nagrany przez was kilkadziesiąt lat temu przebój wciąż brzęczy w mózgu harującego na czarno w podejrzanym warsztacie Chińczyka, którego nigdy w życiu nie spotkacie. Poczucie mocy, ale mocy bezcelowej i bezsilnej.

Na ekranie komputera pokojówka ustawiała wazon ze świeżo ściętymi peoniami na parapecie naszego domu w Dubaju, a mama szpiegowała ją przez satelitę, przykręcając klimatyzację, obniżając coraz bardziej temperaturę rytmicznym stukaniem w klawisz, oziębiając dom za pośrednictwem bezprzewodowego łącza, oziębiając ten jeden pokój, aż było w nim zimno jak w chłodni, zimno jak na stoku narciarskim, wydając majątek godny króla na freon i energię elektryczną, by za wszelką cenę przedłużyć o jeszcze jeden dzień żywot i tak skazanych na zwiędnięcie różowych kwiatów wartych dziesięć dolarów.

I tak właśnie jest, kiedy człowiek już nie żyje. Tak, znam wyrażenie in absentia. Jestem trzynastolatką, nie kretynką, a będąc dodatkowo martwa, pojmuję całą tę koncepcję absentii aż za dobrze.

Bycie martwym to kwintesencja podróżowania bez bagażu.

Bycie martwym na amen, non stop, dwadzieścia cztery godziny dziennie, trzysta sześćdziesiąt pięć dni w roku... Zawsze.

Radzę wam nie pytać, jakie to uczucie, kiedy wypompowują z was całą krew. Pewnie w ogóle nie powinnam przyznawać wam się do tego, że nie żyję, bo na pewno czujecie się teraz o niebo lepsi. Nawet inni grubi ludzie patrzą na Martwych Ludzi z wyższością. Tak czy siak, oto ono: moje Odrażające Wyznanie. Wyspowiadam się ze wszystkiego i zostanę oczyszczona. Wyszłam z szafy. Jestem martwa. Tylko nie wykorzystujcie tego przeciwko mnie.

Tak, inni ludzie zawsze wydają nam się nieco tajemniczy i absurdalni, ale nikt nie wywołuje w nas takiego wrażenia obcości, jak ktoś, kto jest martwy. Jakieś nieznanej nam kobiecie można wybaczyć, że jest z wyboru praktykującą katoliczką albo oddaje się czynom homoseksualnym, ale nie sposób wybaczyć jej tego, że uległa śmierci. Nie znosimy takich występnych osób. To gorsze niż alkoholizm czy uzależnienie od heroiny. Umieranie to największa z możliwych słabości, a w świecie, w którym przyczepiają ci łatkę leniucha, jeśli nie golisz sobie nóg, bycie martwym świadczy o jakiejś gigantycznej skazie na charakterze.

Zupełnie jakbyście wymigali się od życia – nie dołożyliście wystarczająco dużo starań, by wykorzystać wszystkie życiowe możliwości. Nieudacznicy! Bycie otyłym i martwym – mówię wam z ręką na sercu – to podwójny niefart.

Wiem, to nie fair, ale jeśli nawet budzę w was odrobinę współczucia, to jest ono podszyte poczuciem satysfakcji, że sami wciąż jesteście żywi i możecie międlić w ustach kęs jakiegoś biednego zwierzaka, który miał to nieszczęście, że znalazł się niżej od was w łańcuchu pokarmowym. I nie mówię wam tego wszystkiego, żebyście zaczęli mnie żałować. Mam trzynaście lat, jestem dziewczyną i jestem martwa. Mam na imię Madison i ostatnią rzeczą, której mi potrzeba, jest wasza durna protekcjonalna litość. Wiem, to nie fair, ale tak właśnie zachowują się ludzie. Kiedy kogoś poznajemy, w naszych głowach odzywa się perfidny głosik, który mówi: „Dobra, może noszę okulary albo mam trochę sadła w okolicy bioder, albo jestem dziewczyną, ale przynajmniej nie jestem ani lesbijką, ani murzynką, ani Żydówką”. Co znaczy: Jestem, jaka jestem, ale miałam dość rozsądku, żeby nie być TOBĄ. Tak więc z pewnym wahaniem napomknęłam o tym, że nie żyję, bo wiem, że wszyscy czują się cholernie lepsi od zmarłych, nawet Meksykanie i chorzy na AIDS. To coś jak czytanie o Aleksandrze Wielkim na lekcji historii Zachodu w siódmej klasie, kiedy gdzieś w tyle głowy brzęczało nam pytanie: „Skoro Aleksander był taki dzielny i mądry i... wielki... to dlaczego w końcu umarł?”.

Tak, znam przymiotnik „perfidny”.

Śmierć to Jedna Wielka Wpadka, której nikt z nas nigdy nie planuje zaliczyć. Wyrazem tego są muffinki z otrębami i kolonoskopia. To właśnie dlatego łykacie witaminy i robicie sobie cytologię. Nie, nie mówię o was – wy przecież nigdy nie umrzecie, więc czujecie się teraz ode mnie lepsi. Proszę bardzo, myślcie tak dalej. Smarujcie się kremami z filtrem i obmacujcie w poszukiwaniu guzków. Nie chcę wam psuć Wielkiego Zaskoczenia.

Ale szczerze mówiąc, kiedy będziecie martwi, to nawet bezdomni i niedorozwinięci nie zechcą zamienić się z wami na miejsca. No bo faktem jest, że zeżrą was robaki. To wołające o pomstę pogwałcenie wszystkich waszych praw obywatelskich. Śmierć powinno się zdelegalizować, ale jakoś nie widać, by Amnesty International zachęcała do słania listów protestacyjnych w tej sprawie. Gwiazdy rocka nie skrzykują się, by wydać przebojowy singiel i przeznaczyć cały dochód na to, by zapobiec ogryzieniu mi mięsa z twarzy przez robale.

Mama powiedziałaby wam, że jestem zbyt wyszczekana i zblazowana. Powiedziałaby: „Madison, proszę cię, przestań się wymądrzać”. I dodałaby: „Jesteś martwa, więc uspokój się trochę”.

Domyślam się, że moja śmierć przyniosła tacie kolosalną ulgę. Dzięki niej nie będzie musiał się zamartwiać, że kiedyś narobię mu wstydu, zachodząc w ciążę. Często mówił: „Madison, facet, który się z tobą zwiąże, nie będzie miał lekko...”. Gdyby tylko wiedział...

Kiedy umarł Pan Gibuś, moja złota rybka, spuściliśmy go w muszli klozetowej. Kiedy umarł mój kotek Tygrysiaczek, spróbowałam zrobić to samo i trzeba było wzywać hydraulika, żeby przetkał rury. Masakra. Biedny Tygrysiaczek. Kiedy sama umarłam... nie będę się wdawać w szczegóły, ale powiem, że jakiś pan Perwers McZbok z zakładu pogrzebowego oglądał mnie nagą, wypompował ze mnie całą krew i robił inne Bóg-wie-jakie zboczone hocki-klocki z moim dziewiczym trzynastoletnim ciałem. Możecie mówić, że jestem zblazowana, ale śmierć to największa parodia na świecie. Mama wydawała majątek na moje trwałe ondulacje i lekcje baletu tylko po to, żeby jakiś brzuchaty zdeprawowany dziad z kostnicy wylizał mnie swoim gorącym jęzorem.

Jedno jest pewne: po śmierci możecie zapomnieć o istnieniu jakichkolwiek granic przestrzeni osobistej i nietykalności. Zrozumcie jedno: nie umarłam dlatego, że byłam zbyt leniwa, by żyć. Nie umarłam dlatego, że chciałam ukarać swoją rodzinę. I niezależnie od tego, jak bardzo psioczę na rodziców, nie odnieście wrażenia, że ich nienawidzę. Tak, zostałam jeszcze przez jakiś czas na ziemi, by obserwować, jak pochylona nad notebookiem mama wciska Control, Alt i L, uruchamiając blokadę zamka mojego pokoju w Rzymie, mojego pokoju w Atenach, wszystkich moich pokoi na całym świecie. Potem wybierała z klawiatury kombinacje zaciągające wszystkie moje zasłony, a potem ustawiała klimatyzację na niższą temperaturę i uruchamiała elektrostatyczne filtrowanie, żeby na moich lalkach, ubraniach i pluszakach nie osiadł choćby jeden pyłek kurzu. To normalne, że tęsknię za rodzicami mocniej niż oni za mną, zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że oni mnie kochali przez zaledwie trzynaście lat, podczas gdy ja kochałam ich przez całe swoje życie. Wybaczcie, że nie zostałam na dłużej, ale nie chcę być martwa i patrzeć na reakcje ludzi, kiedy obniżam temperaturę w pomieszczeniach, migam żarówkami, odsuwam i zaciągam zasłony. Nie chcę być voyeurystką.

Wiem, to nie fair, ale powodem, dla którego nasze życie na ziemi zamienia się w piekło, jest nasze oczekiwanie, że powinno być nam tam jak w niebie. Ziemia to ziemia. Śmierć to śmierć. Sami się niebawem o tym przekonacie. I wcale wam nie pomoże to, że będziecie się wściekać.

ROZDZIAŁ

DRUGI

Jesteś tam, Szatanie? To ja, Madison. Proszę, nie odnieś wrażenia, że nie lubię Piekła. Nie, poważnie, tu jest super. Milion razy lepiej, niż się spodziewałam. Naprawdę. Widać, że poświęciłeś mnóstwo czasu i włożyłeś mnóstwo wysiłku w te wszystkie spienione oceany gorących jak wrzątek rzygów i ogólną atmosferę przesyconego siarką smrodu, i w te chmary brzęczących czarnych much.

Jeśli moja wersja Piekła nie robi na was wrażenia, to weźcie poprawkę na luki w mojej edukacji. No bo co ja w końcu wiem? Dorosła osoba pewnie zsikałaby się z wrażenia na widok fruwających nietoperzy wampirowatych i majestatycznych, spadających w pienistych kaskadach wodospadów cuchnącego gówna. I nie mam wątpliwości, że to całkowicie moja wina, bo jeśli kiedykolwiek wyobrażałam sobie Piekło, to zawsze była to ognista wersja klasycznego hollywoodzkiego arcydzieła Klub winowajców, w którym, jak pamiętacie, występowała śliczna cheerleaderka z parciem na lans, zbuntowany ćpun, niezbyt lotny mięśniak futbolista, kujon mózgowiec oraz lekko psychiczny mizantrop, a wszystkich zamknięto razem w szkolnej bibliotece, by przesiedzieli tam za karę pół soboty, która byłaby całkiem zwyczajna, gdyby nie to, że w mojej wizji wszystkie książki i każde krzesło stały w płomieniach.

Tak, może i jesteście teraz żywi i na dodatek jesteście Gejami, Seniorami, albo Meksykanami, i czujecie się ode mnie lepsi, ale weźcie pod uwagę fakt, że tylko ja zaliczyłam osobiście przebudzenie się i pierwszy dzień pobytu w Piekle, więc będziecie musieli uwierzyć mi na słowo, że tak to tu właśnie wygląda. Wiem, to nie fair, ale możecie się pożegnać z wizjami mitycznego tunelu z jaśniejącą na końcu białą poświatą i witających was z otwartymi ramionami dawno nieżyjących babci i dziadka. Możliwe, że pewni ludzie opisywali tego typu niebiańskie doznania, ale pamiętajcie, że te osoby jeszcze żyją, ewentualnie umarły, zdążywszy te swoje spotkania zrelacjonować. Chodzi mi o to, że przeżyli coś, co nosi nazwę „doświadczenia bliskiego śmierci”. Ja tymczasem jestem martwa, spuszczono ze mnie krew i gryzą mnie robaki. W moim rozumieniu mam zatem większy autorytet. Cała reszta ludzi, jak choćby ten sławny włoski poeta, Dante Alighieri, serwuje czytelnikom stek kiczowatych i wyssanych z palca bzdur.

Tak więc, jeśli chcecie zdyskredytować moją relację z Piekła, zrobicie to na własne ryzyko.

Pierwsza sprawa: budzicie się, leżąc na kamiennej posadzce w dość ponurej celi z żelaznych prętów. Poważnie wam radzę: niczego nie dotykajcie. Żelastwo jest koszmarnie zasyfiałe. Jeśli przez przypadek dotkniecie prętów, chociaż widać, że są oślizgłe od pleśni i cudzej krwi, nie dotykajcie potem twarzy – ani ubrań – jeśli zależy wam na tym, by zachować w miarę normalny wygląd aż do Dnia Sądu.

I nie jedzcie słodyczy, które walają się wszędzie po ziemi.

Nie mam jasności, co do tego, jak wyglądał mój transfer w Zaświaty. Pamiętam zaparkowaną czarną limuzynę marki Lincoln i stojącego tuż przy krawężniku szofera z białym kartonikiem, na którym wypisano koślawymi wołami moje nazwisko: MADISON SPENCER. Kierowca – ci ludzie nigdy nie mówią po angielsku – miał okulary z lustrzanymi szkłami i czapkę z daszkiem, więc większość jego twarzy była niewidoczna. Pamiętam, jak otworzył tylne drzwi, by mnie wpuścić do wozu, a potem bardzo długo jechaliśmy, a szyby były tak bardzo przyciemniane, że niewiele przez nie widziałam. Jednak to wszystko pasuje do każdego z dziesięciu trylionów przejazdów, jakie zaliczyłam między lotniskami a miastami i z powrotem. Czy to właśnie ta limuzyna przetransportowała mnie do Piekła, głowy nie dam, ale wiem, że zaraz potem obudziłam się w tej plugawej celi.

A obudziłam się prawdopodobnie dlatego, że ktoś krzyczał. W Piekle nieustannie ktoś krzyczy. Każdy, kto leciał choć raz na trasie Londyn – Sydney i posadzono go tuż obok albo nieopodal ryczącego niemowlaka, ma już przybliżone pojęcie o tym, jak jest w Piekle, i znalazłszy się w tłumie nieznajomych, w ścisku, czekając w nieskończoność na to, że nic się nie wydarzy, odczuje w Piekle coś w rodzaju lekkiego, nostalgicznego déjà vu. Szczególnie jeśli na pokładzie puszczali Angielskiego pacjenta. Kiedy usłyszycie w Piekle zapowiedź, że diabły zapraszają wszystkich na wielki hit hollywoodzkiego kina, możecie nie robić sobie niepotrzebnie apetytu, bo zawsze będzie to Angielski pacjent, albo – niestety – Fortepian. NaKlub winowajców nie macie co liczyć.

Jeśli chodzi o wrażenia węchowe, to Piekło wypada blado przy Neapolu podczas strajku śmieciarzy w pełni lata.

Na mój rozum, ludzie w Piekle krzyczą, żeby usłyszeć własny głos i żeby wypełnić sobie czymś czas. Mimo to narzekanie na warunki w Piekle wydaje mi się nieco trywialne i roszczeniowe. Bo za większością doświadczeń, w które wkraczamy w pełni świadomi tego, że będą koszmarne, kryje się skrywane oczekiwanie na przyjemność rozkoszowania się ich przyrodzoną złą jakością. Jak na przykład raczenie się w szkolnym internacie mrożonym pierogiem z nadzieniem z kurczaka firmy Swanson albo mrożonym stekiem mielonym firmy Banquet, kiedy kucharka ma wychodne. Albo spożywanie czegokolwiek w Szkocji. Zaryzykuję nawet tezę, że jedynym powodem, pozwalającym nam czerpać przyjemność z niektórych rozrywek, jak oglądanie ekranizacji Doliny lalek, jest fakt, że ich kiepska jakość daje nam poczucie ukojenia i bliskości.

Angielski pacjent przeciwnie, sili się ze wszystkich sił na głębię, jednak w rezultacie jest jedynie do bólu nudny.

Wybaczcie, że się powtarzam: nasze życie na ziemi przypomina Piekło, ponieważ oczekujemy, że będzie nam tam jak w Niebie. Ziemia to ziemia. Piekło to Piekło. Więc darujcie sobie skamlanie i biadolenie.

I właśnie na tej podstawie twierdzę, że zachowacie się sztampowo i przewidywalnie, jeśli zaraz po przybyciu do Piekła zaczniecie płakać, zgrzytać zębami i rozdzierać szaty, kiedy okaże się nagle, że siedzicie po szyję w cuchnących ściekach albo rzucili was na sam szczyt sterty rozgrzanych do białości żyletek. Wrzaski i szamotania trącą nieco... hipokryzją, zupełnie jakbyście kupili sobie bilet i zasiedli w kinie na seansie Jeana de Florette, a chwilę potem zaczęli głośno biadolić, zniesmaczeni odkryciem, że aktorzy mówią po francusku. Bylibyście jak ludzie, którzy jadą do Las Vegas tylko po to, by sarkać, że wszędzie króluje kicz. Oczywiście nawet w kasynach z pretensjami do elegancji, które inwestują w kryształowe żyrandole i w szyby witrażowe, dominuje harmider i kakofonia plastikowych jednorękich bandytów, błyskających strobami, by przyciągnąć uwagę. Ludziom, którzy w takiej sytuacji biadolą i jęczą, wydaje się być może, że sieją w ten sposób jakiś twórczy ferment, jednak w rzeczywistości sami są tylko kolejnym powodem do narzekania.

Inna ważna zasada, którą warto przypomnieć: nie jedzcie słodyczy. Zresztą nie sądzę, byście mieli na nie ochotę, bo walają się po brudnej ziemi, a na dodatek są to cukierki, którymi gardzą nawet grubasy czy heroiniści: landrynki, twarde jak kamień gumy balonowe Bazooka, drażetki Sen Sen, pańska skórka, cukierki Black Crow i popcornowe kule.

Biorąc pod uwagę fakt, że wciąż jesteście żywi, a do tego czarni, pejsaci czy jacyś inni – brawo, jedzcie dalej swoje muffinki z otrębami – będziecie musieli uwierzyć mi na słowo we wszystko, co wam tu szczegółowo opisuję, więc skupcie się i uważnie słuchajcie.

Wasza klatka znajduje się w ciągnącym się w obie strony aż po horyzont szeregu innych cel, zajmowanych przeważnie przez jedną osobę. A większość tych osób wrzeszczy. Nawet teraz, kiedy otwieram oczy, słyszę głos jakiejś dziewczyny, mówiący: „Nie dotykaj krat...”.

W celi obok stoi jakaś nastolatka i rozcapierzając w moją stronę dłonie, pokazuje mi, jak się wybrudziła. W Piekle mają naprawdę poważny problem z pleśnią. Jakby całe Zaświaty były dotknięte syndromem chorego budynku.

Idę o zakład, że moja sąsiadka jest gimnazjalistką, ponieważ ma już wyraźnie zaznaczone biodra, przytrzymujące jej spódnicę-tubę, a przód bluzki jest naturalnie wypełniony i nie wymaga maskujących falbanek czy marszczeń. I chociaż w powietrzu snuje się gęsty dym, a przed oczami co jakiś czas śmiga mi nietoperz, dostrzegam, że jej buty od Manolo Blahnika to podróbki, coś w rodzaju obuwia za nędznych parę dolarów, jakie można ściągnąć przez Internet z jakiejś pirackiej firmy w Singapurze. Nie wiem, czy wytrzymacie, ale udzielę wam kolejnej rady: nie umierajcie, mając na nogach tanie buty. Piekło jest... piekielnie bezlitosne dla tandety, wszystkie plastiki się topią, a nie chcecie chyba łazić przez resztę wieczności na bosaka. Kiedy nadejdzie wasza godzina, kiedy zacznie wam bić przysłowiowy dzwon, radzę się poważnie zastanowić nad wskoczeniem w zwykłe płaskie mokasyny firmy Bass Weejun, i to ciemne, na których nie będzie widać brudu.

Nastolatka z celi obok zwraca się do mnie z pytaniem:

– Za co zostałaś potępiona?

Podnoszę się z ziemi i ostrzepując nogawki spódnicoszortów, odpowiadam:

– Chyba za popalanie trawki.

Bardziej z grzeczności niż z ciekawości pytam o jej śmiertelny grzech.

Dziewczyna wzrusza ramionami, i wskazując utytłanym palcem swoje stopy, odpowiada:

– Białe buty po Święcie Pracy. – Żałosne buty z białej, odrapanej imitacji skóry. Takie podróbki Manolo Blahnika mają to do siebie, że nie dają się doczyścić.

– Piękne buty – kłamię, wskazując je oczami. – Od Manolo Blahnika?

– Tak – odpowiada mi kłamstwem. – Zgadza się. Kosztowały majątek.

Kolejny wart zapamiętania szczegół dotyczący Piekła: jeśli spytacie kogoś, czym sobie zasłużył na wieczne potępienie, usłyszycie, że „za przechodzenie na czerwonym” albo „za noszenie czarnej torebki do brązowych butów”, albo inne tego typu bzdurki. Bylibyście bardzo naiwni, licząc na prawdomówność ludzi w Piekle. Na Ziemi zresztą też.

Moja sąsiadka podchodzi bliżej, wciąż się na mnie gapiąc, i mówi:

– Wiesz, że jesteś naprawdę ładna?

Tym stwierdzeniem demaskuje się jako wytrawna, pierwszoligowa mistrzyni kłamstwa, a ja pomijam jej uwagę milczeniem.

– Nie, szczerze – zapewnia. – Wystarczy trochę więcej eyelinera i mascary. – Zaczyna grzebać w swojej torbie na ramię – też białej, podrabianej na Coacha, plastikowej – i wyciągać rurki tuszu do rzęs i kompakty z turkusowym cieniem do powiek z Avonu. Daje mi brudną ręką znak, bym wysunęła twarz przez pręty.

Z doświadczenia wiem, że dziewczyny są na ogół superinteligentne, póki nie zaczną im rosnąć piersi. Możecie się nie zgodzić z tym stwierdzeniem, uznając je za wyraz moich osobistych uprzedzeń wynikających z młodego wieku, jednak wszystko wskazuje na to, że na trzynasty rok życia przypada pełnia rozkwitu inteligencji, osobowości i odwagi. Dotyczy to i dziewczyn, i chłopaków. Nie chcę się przechwalać, ale wierzę, że osoba trzynastoletnia jest kimś naprawdę wyjątkowym – spójrzcie na Pippi Langstrumpf, Pollyannę, Tomka Sawyera czy Dennisa Rozrabiakę – a potem dopadają ją sprzeczności, do głosu dochodzą hormony i genderowe stereotypy. Niech tylko dziewczyna zacznie miesiączkować, a chłopak zaliczy swój pierwszy mokry sen – od razu znikają błyskotliwość i talenty. Tu pokuszę się o analogię z podręcznikiem Historii Zachodu – na długi czas po wieku pokwitania zapadają mroki średniowiecza, czyli czas pomiędzy ateńskim oświeceniem a włoskim renesansem. Dziewczynom wyrastają cycki i każda z miejsca zapomina, że była kiedyś bystra i dzielna. To samo dotyczy facetów, którzy też bywają na swój sposób inteligentni i zabawni, ale zaraz po pierwszej erekcji głupieją do reszty, i to na kolejnych sześćdziesiąt lat. Dla obydwu płci okres dorastania jest czymś w rodzaju Epoki Lodowcowej Zidiocenia.

I tak, znam przymiotnik „genderowy”. Może i jestem pulchna, płaska jak deska, krótkowzroczna i nieżywa, ale nie jestem debilką.

Tak, wiem też, że kiedy superseksowna starsza koleżanka z biodrami, piersiami i ładnymi włosami upiera się, że zdejmie wam okulary i zrobi makijaż smoky eyes, to usiłuje was jedynie wkręcić do konkursu piękności, który sama już wygrała. Zwykły, wredny, protekcjonalny gest: bogacze pytający niezamożnych ludzi, gdzie spędzają letnie wakacje. Dla mnie to jawny przejaw aroganckiego szowinizmu w stylu „niech jedzą ciastka”.

Chyba że wasza atrakcyjna starsza koleżanka jest lesbijką. Tak czy inaczej, nie udostępniam jej swojej twarzy, mimo że dziewczyna stoi w gotowości, machając glutowatą szczoteczką z mascarą jak wróżka czarodziejską różdżką, chcąc zamienić mnie w jakiegoś zdzirowatego Kopciuszka. Będę szczera: zawsze kiedy oglądam klasyczny film Johna Hughesa Klub winowajców i scenę, w której Molly Ringwald prowadzi biedną Ally Sheedy do damskiego wucetu, a potem wyprowadza ją stamtąd z kretyńskimi plamami różu à la lata osiemdziesiąte pod każdą kością policzkową, z włosami związanymi w koński ogon szykowną wstążką i z czerwoną do bólu szminką na wargach, zrobiwszy z niej laleczkowatą karykaturę lansowanego przez „Vogue’a” image’u Bladzianny Vanderbladź, i zredukowawszy biedną Ally do czegoś w rodzaju ożywionej grafiki Patricka Nagela, zawsze wrzeszczę wtedy do telewizora: „Uciekaj, Ally!”. Poważnie, krzyczę: „Obmyj twarz i uciekaj!”.

Więc zamiast wystawić buźkę, mówię:

– Może lepiej nie, poczekam, aż mi się trochę cofnie egzema.

Magiczna makijażowa różdżka momentalnie się cofa. Cienie do powiek z Avonu i szminki lądują w podróbce Coacha, a dziewczyna aż przymyka oczy, by dostrzec na mojej twarzy czerwone i łuszczące się oznaki zapalenia i ziejące pory.

Jak powiada moja mama: „Każda nowa pokojówka zechce składać ci bieliznę po swojemu”. Co znaczy: „Masz być sprytna i nie dawać się ustawiać innym”.

Do naszych dwóch cel przylegają inne, a do nich jeszcze inne, niektóre puste, niektóre zajęte przez samotne osoby. Z całą pewnością jest tu i mięśniak futbolista, i zbuntowany ćpun, i kujon mózgowiec, i psychol, zamknięci na całą wieczność po lekcjach.

Wiem, to nie fair, ale wszystko wskazuje na to, że przesiedzę w tej celi wiele stuleci, udając nawet, że cierpię na łuszczycę, podczas gdy hipokryci będą wrzeszczeć i skarżyć się na wilgoć i smród, a moja sąsiadka Bladzianna Vanderbladź będzie wciąż przykucać i podejmować kolejne próby nabłyszczenia śliną swoich tandetnych butów z białego plastiku, polerując je zgniecionym kłębem papierowych chusteczek. I nawet przez odór kupy, dymu i siarki przebija zapach jej tanich perfum z drogerii, jak smak wieloowocowej gumy do żucia czy napoju winogronowego w proszku. Jeśli mam być szczera, wolałabym wąchać kupę, ale kto potrafi wstrzymać oddech na milion i więcej lat? Więc, z czystej kurtuazji, odpowiadam:

– Ale dzięki za propozycję upiększenia, no wiesz.

Z grzeczności przymuszam wargi do uśmiechu i dodaję:

– Jestem Madison.

Na te słowa nastolatka rzuca się w stronę oddzielających nas prętów. Mimo biustu, bioder i wysokich obcasów jest mi najwyraźniej rozpaczliwie wdzięczna za towarzystwo. Uśmiecha się, szczerząc do mnie pokryte tanimi porcelanowymi licówkami ząbki. W przekłutych uszach ma nawet diamentowe kolczyki – Claire Standish pełną gębą – a raczej pospolite, wielkie jak dziesięciocentówki, fasetowane, migotliwe cyrkonie. I ze słowami:

– Jestem Babette – upuszcza kłąb papierowych chusteczek i wysuwa przez pręty upapraną dłoń, którą mam uścisnąć.

ROZDZIAŁ

TRZECI

Jesteś tam, Szatanie? To ja, Madison. Proszę, nie weź tego do siebie, Szatanie, ale rodzice wychowali mnie w braku wiary w Twoje istnienie. Mama i tata mówili, że i Ty i Pan Bóg to wymysły zabobonnych, zacofanych móżdżków wsiowych kaznodziejów i republikańskich hipokrytów.

Zdaniem moich rodziców nie ma czegoś takiego jak Piekło. Gdybyście ich spytali, powiedzieliby wam pewnie, że przeszłam już reinkarnację i odrodziłam się w postaci motylka, badylka lub gołąbka. Oboje tłumaczyli mi, jak ważne jest to, bym ich oglądała, jak cały czas paradują nago, bo inaczej wyrosłaby ze mnie jakaś totalna panna Perwersanna McPerwers. Mówili mi też, że ludzie nie grzeszą, tylko dokonują niemądrych wyborów życiowych. Albo nie panują nad odruchami. I że nie ma czegoś takiego jak zły uczynek. Każda koncepcja walki dobra ze złem jest, w ich rozumieniu, kulturowym konstruktem przypisanym do jakiegoś określonego czasu i miejsca. Twierdzili, że jeżeli już, to tym, co może nas zmuszać do modyfikowania naszych osobniczych zachowań, powinno być poczucie lojalności wobec kontraktu społecznego, a nie jakieś nieokreślone, narzucone z zewnątrz wizje pośmiertnej kary w ognistej otchłani. Nic nie jest ze swej natury złe, podkreślali, i nawet seryjni zabójcy zasługują na dostęp do telewizji kablowej i terapii, ponieważ jako wielokrotni mordercy też swoje wycierpieli.

Wzorując się na klasycznym filmie Johna Hughesa Klub winowajców, zaczęłam pisać esej w duchu wypracowania, które zadano za karę uczniom gimnazjum Shermera: tysiąc słów na temat: „Za kogo się uważam”.

Tak, znam słowo „konstrukt”. Spróbujcie wskoczyć na chwilę w moje mokasyny: siedzę w zakratowanej celi w Piekle, mam trzynaście lat i skazano mnie na wieczną trzynastoletność, a jednak nie jestem do końca pozbawiona samokrytycyzmu.

Gorsze jest to, co mówiła moja mama przy okazji promocji swojego nowego filmu, kiedy plotła bzdety o Gai, Matce Ziemi, na potrzeby „Vanity Fair”. Reporterzy z tego pisma cyknęli jej fotkę przed oscarową galą, jak podjeżdża w towarzystwie ojca pod czerwony dywan badziewiastym elektrycznym autkiem. Jednak kiedy nikt nie patrzy, oboje rozbijają się wyleasingowanym gulfstreamem, nawet po odbiór zostawionych gdzieś we Francji rzeczy z pralni chemicznej. W swoim ostatnim, nominowanym do Oscara filmie, mama zagrała zakonnicę, którą dopada nuda i poczucie niespełnienia, wskutek czego olewa śluby i oddaje się przez jakiś czas prostytucji, bierze heroinę i załatwia sobie kilka aborcji, by pod koniec dochrapać się własnego telewizyjnego talk show o rekordowej oglądalności w najlepszym paśmie i wyjść za mąż za Richarda Gere’a. Do kin przyszły tłumy w liczbie zero, jednak krytycy aż przysiedli z zachwytu. Krytycy i recenzenci filmowi naprawdę, ale to naprawdę liczą na to, że Piekło nie istnieje.

Myślę, że uczucia, jakie budzi we mnie Klub winowajców, przypominają stosunek mojej mamy do Virginii Woolf. To znaczy, mama musiała łykać xanax, by przebrnąć przez lekturę Godzin, a potem i tak przez prawie cały rok płakała.

Na łamach „Vanity Fair” mama oznajmiła, że jedynym prawdziwym złem jest to, że wielkie korporacje naftowe wykorzystują globalne ocieplenie, by pchnąć niewinne polarne niedźwiedziątka ku rychlejszej zagładzie gatunku. Co gorsza, powiedziała: „Moja córka Madison i ja walczyłyśmy całymi latami z jej tragiczną dziecięcą otyłością”. Więc tak, rozumiem określenie „bierna agresja”.

Inne dzieciaki zaliczały szkółkę niedzielną, a ja jeździłam na obozy młodych ekologów. Na Fidżi. Inne dziewczynki uczyły się na pamięć Dziesięciorga Przykazań, a ja uczyłam się, jak zmniejszyć swój ślad węglowy. Na Fidżi, w ramach Warsztatów Doskonalenia Aborygeńskich Umiejętności, wykorzystywaliśmy certyfikowane, hodowane organicznie – i pozyskiwane z minimalną szkodą dla środowiska przez objętych patronatem Fair Trade tubylców – liście palmowe do wyplatania gównianych portfelików, które wszyscy wyrzucali potem do śmieci. Cały ten Obóz Ekologiczny kosztował około miliona dolarów, a mimo to wszyscy musieliśmy podcierać sobie tyłki jednym zasyfiałym kawałkiem bambusa. Zamiast Gwiazdki świętowaliśmy Dzień Ziemi. Jeśli Piekło istnieje, mawiała mama, idzie się tam za noszenie futer albo kupowanie odżywki do włosów testowanej we Francji na króliczych oseskach przez zbiegłych nazistowskich naukowców. Tata z kolei mawiał, że jeśli diabeł istnieje, to jest nim Ann Coulter. A gdyby ktoś chciał na siłę znaleźć odpowiednik grzechu śmiertelnego, to zdaniem mamy jest nim styropian. Najczęściej wygłaszali te swoje dogmaty o ochronie środowiska, chodząc po domu nago przy odsuniętych zasłonach, żeby uchronić mnie przed wyrośnięciem na małą pannę Kurwannę Vanderkurwen.

Czasami diabeł przybierał postać Wielkich Koncernów Tytoniowych. A czasami dryfujących japońskich sieci.

To jeszcze nic. Nie myślcie, że na Obóz Ekologiczny dowoziły nas unoszone falami łagodnych pacyficznych prądów sampany. O nie, każdego dzieciaka dostarczano tam prywatnym odrzutowcem, który spalał trylion galonów kopalnych paliw z przefermentowanych dinozaurów, które zniknęły z naszej planety na zawsze. Każdy uczeń nadlatywał z przestworzy zaopatrzony w ważący tyle co on sam zapas batonów z organicznych fig i przekąsek jogurtowych zaprasowanych w jednorazowe opakowania z folii poliestrowej Mylar, zaprojektowanych tak, by nie uległy biodegradacji przed przyszłą datą nigdy, i cały ten ładunek stęsknionych za domem dzieci, kalorii przeznaczonych do konsumpcji między posiłkami i konsoli gier wideo śmigał w stronę Fidżi z szybkością większą niż prędkość dźwięku.

Nie powiem: na dobre mi to wyszło... Sami popatrzcie: umarłam z powodu przedawkowania marihuany i zostałam skazana na wieczne potępienie w Piekle, i drapię teraz policzki do krwi, by przekonać sąsiadkę z celi obok, że choruję na zakaźną postać łuszczycy. A wokół mnie wala się miliard miliardów nieświeżych popcornowych kul. Ale są też plusy, bo w Piekle człowiek przestaje być niewolnikiem swojej cielesnej powłoki i to może być dla co bardziej przewrażliwionych jednostek prawdziwym wybawieniem. Nie chcę demonizować, ale organizm wreszcie może odpocząć od męczącego i niekończącego się opychania i wydalania rozmaitymi otworami, niezbędnego dla podtrzymania funkcji życiowych. Jeśli zdarzy wam się trafić do Piekła, w waszej celi nie będzie toalety, wody czy łóżka, jednak nie będziecie odczuwali ich braku. W Piekle nikt nigdy nie zasypia, chyba że chodzi o demonstracyjne pozorowanie senności podczas kolejnego karnego seansu Angielskiego pacjenta.

Nie wątpię, że mama i tata mieli dobre intencje, ale fakt pozostaje faktem, i siedzę uwięziona w przerdzewiałej żelaznej klatce z widokiem na panoramiczny, rozbuchany fajerwerk ekskrementów – i mam tu na myśli prawdziwą kupę, nie tylko Angielskiego pacjenta – i nie, żebym marudziła. Wierzcie mi, nie trzeba wozić drew do lasu i kolejna maruda nie jest w Piekle artykułem pierwszej potrzeby.

Tak, znam słowo „ekskrement”. Jestem uwięziona i znudzona, ale nie upośledzona na umyśle.

I to właśnie rodzice zachęcali mnie, żebym poszła za głosem fantazji i poeksperymentowała z substancjami psychoaktywnymi.

Wiem, to nie fair, ale myślę, że najgorszą rzeczą, jaką mi zrobili, było wyrobienie we mnie nawyku odruchu Nadziei. Wystarczy, że będziesz sadzić drzewka i zbierać śmieci, wmawiali, a będzie ci się dobrze żyło. Musisz tylko przerabiać wilgotne odpady na kompost, pokryć dach panelami solarnymi i masz zapewniony spokój. Energia odnawialna wiatru. Biodiesel. Wieloryby. I w tym wszystkim moi rodzice widzieli zapowiedź duchowego zbawienia ludzkości. A kiedy oglądaliśmy kwadryliony katolików, okadzających dymem jakąś gipsową figurę, albo bilion tryliardów muzułmanów, klęczących z twarzą zwróconą w stronę Nowego Jorku, tata stwierdzał: „Biedna ciemna tłuszcza...”.

To, że moi rodzice pozują na świeckich humanistów i igrają z losem swoich nieśmiertelnych dusz, jestem w stanie zrozumieć, jednak nie jest do końca w porządku to, że igrali także z losem mojej duszy. Obstawiali swoje typy z poczuciem własnej nieomylności, a w ostatecznym rozrachunku okazało się, że to ja stoję na straconej pozycji.

Czasem oglądaliśmy w telewizji pikiety baptystów, wymachujących przed kliniką jakiegoś lekarza drewnianymi kukłami oblanymi keczupem i nadzianymi na drewniane kije, i wtedy naprawdę byłam skłonna uwierzyć, że wszystkie religie to jeden wielki pic na wodę i fotomontaż. Z drugiej strony, tata zawsze prawił mi kazania, że jeśli będę spożywać odpowiednią ilość błonnika i jeśli zadbam o wtórne przetworzenie wszystkich plastikowych butelek z szyjką, to nic mi nie grozi. Kiedy pytałam o Niebo lub Piekło, mama kazała mi łykać xanax.

No i teraz – proszę – czekam na to, aż wyrwą mi język, by usmażyć go na bekonie z dodatkiem czosnku. Prawdopodobnie demony zaplanowały dla mnie także atrakcje z przypiekaniem mnie pod pachami żarzącymi się końcówkami cygar.

Nie zrozumcie mnie źle, Piekło nie jest aż takie straszne, na pewno nie w porównaniu z Obozem Ekologicznym, a zwłaszcza w porównaniu z gimnazjum. Może i jestem zblazowana, ale mało który koszmar dorównuje depilowaniu nóg woskiem czy przekłuwaniu sobie pępka na stoisku w centrum handlowym. Albo bulimii. Chociaż nie jestem jakąś totalnie zaburzoną na punkcie łaknienia panną Puszczellą von Puszczan.

Moją największą bolączką pozostaje nadzieja. Żywienie nadziei jest w warunkach piekielnych naprawdę, ale to naprawdę fatalnym nawykiem, porównywalnym z paleniem papierosów czy obgryzaniem paznokci. Nadzieja to uporczywy i trudny do wyplenienia feler, którego powinniście się pozbyć. Jest jak uzależnienie, z którego trzeba się wyrwać.

Tak, znam słowo „uporczywy”. Mam trzynaście lat, jestem pozbawiona złudzeń i odrobinę samotna, ale na pewno nie jestem ograniczona.

Niezależnie od tego, jak bardzo staram się nie ulegać temu impulsowi, wciąż mam nadzieję, że dostanę pierwszego okresu. Wciąż mam nadzieję, że wyrośnie mi wielki biust, taki, jaki ma Babette z sąsiedniej celi. Albo że sięgnę do kieszeni swoich spódnicoszortów i znajdę pastylkę xanaxu. Trzymam kciuki za to, że jeśli jakiś demon będzie mnie wrzucał do kadzi z wrzącą lawą, to trafię tam nago z Riverem Phoenixem, który stwierdzi, że jestem milutka i spróbuje mnie pocałować.

Problem w tym, że w Piekle nie ma nadziei.

Za Kogo Się Uważam? Zawrzeć to w tysiącu słów... Nie mam zielonego pojęcia, ale zacznę od porzucenia nadziei. Proszę Cię, pomóż mi, Szatanie. To by mnie strasznie uszczęśliwiło. Pomóż mi wyjść z uzależnienia od nadziei. Dziękuję.

ROZDZIAŁ

CZWARTY

Jesteś tam, Szatanie? To ja, Madison. Dziś nawet myślałam, że Cię widzę, i machałam rozpaczliwie, jak jakaś nawiedzona groupie, żeby tylko zwrócić Twoją uwagę. Wciąż odkrywam Piekło, które okazuje się fascynującym i ekscytującym miejscem, i zaczęłam nawet poznawać podstawy demonologii, więc nie będę się czuła przez całą wieczność jak kretynka. Serio, nie mam w ogóle czasu, by zatęsknić za domem.

Dzisiaj zaprzyjaźniłam się nawet z chłopakiem o marzycielskich piwnych oczach.

Jeśli chodzi o ścisłość, czas w Piekle nie składa się z dni i nocy, tylko trwa w stanie permanentnego niedoświetlenia podkreślanego przez migotliwą pomarańczową łunę płomieni, kłębiaste i białe obłoki pary i czarne chmury dymu. Kombinacja tych wszystkich składników sprawia, że panuje tu niekończąca się rustykalna atmosfera après ski.

Odkąd to sobie uświadomiłam, dziękuję Bogu, że miałam na ręku zegarek z mechanizmem automatycznego nakręcania i funkcją kalendarza. Wybacz, Szatanie, moja wina, wypsnęło mi się słowo na „B”.

Zwracam się teraz do wszystkich żyjących jeszcze osób, które wciąż gdzieś chodzą, łykają multiwitaminę i poświęcają czas praktykowaniu luteranizmu lub zabiegom kolonoskopii: powinniście zainwestować w dobrej jakości, wytrzymały zegarek naręczny z funkcją wskazywania daty i dnia tygodnia. Nie liczcie na to, że złapiecie w Piekle zasięg waszej sieci komórkowej, i niech wam nie przyjdzie do głowy, że będziecie na tyle przezorni, by skonać z kablem do ładowarki w dłoni, ani nie łudźcie się, że traficie do przerdzewiałej celi wyposażonej w odpowiednie gniazdko elektryczne. Co nie znaczy, że zaraz macie lecieć po swatcha. Swatch to plastik, a plastik w Piekle się topi. Wyświadczcie sobie przysługę i odżałujcie pieniądze na wysokiej jakości skórzany pasek, ewentualnie dającą się regulować metalową bransoletę ze sprężynowym zatrzaskiem.

W przypadku nieskorzystania z sugestii zakupu porządnego czasomierza naręcznego, w żadnym wypadku nie szukajcie tu bystrej, proaktywnej z wyglądu trzynastolatki przy kości, w mokasynach firmy Bass Weejun na nogach i w okularach w rogowych oprawkach, by zadręczać ją pytaniami: „Którego dzisiaj mamy?” i „Która jest teraz godzina?”. Wyżej wzmiankowana inteligentna-acz-puszysta dziewczyna zamarkuje tylko spoglądanie na zegarek, a potem odpowie: „Minęło pięć tysięcy lat, odkąd mnie ostatni raz o to pytałeś”.

Tak, znam słowo „zamarkować”. Może jestem odrobinę wkurzona i nastroszona, ale – niezależnie od tego, jak ładnie i przymilnie będziecie pytać – nie jestem waszą nieletnią lolitką niewolniczką z funkcją kukułki.

I jeszcze jedno: zanim podejmiecie wysiłek odstawienia nikotyny, przemyślcie fakt, że palenie papierosów i cygar to doskonała sucha zaprawa przed pobytem w Piekle.

I jeszcze jedno: zanim zaczniecie wygłaszać jakieś uszczypliwe uwagi na temat mojego usposobienia, w stylu, że „unoszę się na skrzydełkach” albo warczę z powodu „przyjazdu ciotki”, jeszcze raz przypomnę, że jestem nieżywa, martwa i na wieki wieków zatrzymana w okresie przedpokwitaniowym, a co za tym idzie, nieobjęta bezsensownymi biologicznymi imperatywami reprodukcyjnymi, które niewątpliwie kształtują każdą chwilę i każdy oddech waszego parszywego, fizjologicznego, doczesnego życia.

I nawet w tej chwili słyszę głos mamy, mówiącej: „Madison, przecież ty nie żyjesz, uspokój się, proszę”.

I już w ogóle nie wiem, czy byłam bardziej uzależniona od nadziei czy od xanaxu.

W celi obok Babette zabija czas, lustrując stan skórek wokół paznokci i polerując ich płytki o pasek białej torby na ramię. Kiedy tylko widzę, że odwraca głowę w moją stronę, urządzam kolejny spektakl drapania się po szyi i pocierania okolicy oczu. Babette najwyraźniej nie ogarnia faktu, że jesteśmy nieżywe i prawdopodobieństwo przywleczenia schorzeń typu łuszczyca w Zaświaty jest znikome, ale też miejcie na uwadze to, że wybór matowobiałego lakieru do paznokci świadczy o tym, iż Babette nie była najlepszym materiałem na dziewczynę z żeńskiej pensji. Prędzej na dziewczynę z okładki.

Podchwytując moje spojrzenie, Babette woła:

– Jaki dziś dzień?!

Drapiąc się zawzięcie, odkrzykuję:

– Czwartek!