Wydawca: Replika Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 609 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Poszukiwana - Dean Koontz

Pierwsze miejsce na liście bestsellerów „New York Timesa”.

Jedna z najlepszych książek roku według portalu Bookpage.

Lektura obowiązkowa dla miłośników mrocznych kryminałów psychologicznych, jak również dla wielbicieli współczesnej literatury z elementami grozy i niesamowitości.

Dziewczyna, która powiedziała śmierci NIE

Bibi Blair jest energiczną, wesołą i dzielną młodą kobietą... Tyle, że właśnie dowiedziała się od lekarza, iż został jej rok życia.

Jej odpowiedź brzmi: „Zobaczymy”.

Nagłe ozdrowienie Bibi zadziwia cały świat medyczny. Dziewczynę pochłania jednak obsesja, że została oszczędzona po to, by ocalić także kogoś innego. Kogoś o nazwisku Ashley Bell...

Ale ocalić przed czym? Przed kim? I kim jest Ashley Bell?

Odnalezienie jej staje się dla Bibi obsesją. Wkracza na drogę pełną niebezpieczeństw, zarówno nadprzyrodzonych, jak i zupełnie namacalnych.

Błyskotliwie poprowadzona, porywająca opowieść o fascynującej bohaterce wplątanej w zawiłą, misternie utkaną historię naszpikowaną zwrotami akcji.

Opinie o ebooku Poszukiwana - Dean Koontz

Fragment ebooka Poszukiwana - Dean Koontz

Tytuł oryginału

Ashley Bell

Copyright © 2015 by Dean Koontz

Published by arrangement with Lennart Sane Agency AB and P. & R. Permissions & Rights Ltd.

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Replika, 2017

Wszelkie prawa zastrzeżone

Redakcja

Marzena Demska

Korekta

Joanna Pawłowska

Skład i łamanie

Dariusz Nowacki

Projekt okładki

Mikołaj Piotrowicz

Zdjęcie na okładce

Copyright © depositphoto/magann Copyright © depositphoto/hramovnick

Wydanie elektroniczne 2017

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Dariusz Nowacki

eISBN: 978-83-7674-846-7

Wydawnictwo Replika

ul. Wierzbowa 8, 62-070 Zakrzewo

tel./faks 061 868 25 37

replika@replika.eu

www.replika.eu

Całym sercem dedykuję tę książkę Susan (Allison) Cathers,

mojej siostrze z innej matki.

Dziękuję za trzydzieści lat życzliwości i dobrego przykładu.

Kobieta […]

Słyszy pieśń w jajku ptaka.

James Dickey

Wielkanoc, śpiąc pod gołym niebem

(tłum. Tadeusz Sławek)

I

Kobieta, która chciała wyjść za bohatera

1

Dziewczynka, w której głowie kłębią się myśli

W roku, gdy Bibi Blair skończyła dziesięć lat, czyli dwanaście przed odwiedzinami Śmierci, niebo od stycznia do połowy marca wyglądało jak sklepienie ponurego grobowca, a aniołowie zsyłali na południową Kalifornię potop za potopem łez. Tak opisywała to w swoim dzienniku: zasępione niebo, dnie i noce skąpane w anielskim żalu, choć nie starała się domyślać przyczyn rozpaczy w niebie.

Już wtedy poza prowadzeniem dziennika pisała też opowiadania. Tamtej deszczowej zimy jej proste opowieści niezmiennie dotyczyły psa imieniem Jasper, którego zły pan zostawił na smaganej ulewami plaży na południe od San Francisco. W każdej z tych historii Jasper, szaro-czarny kundel, znajdował nowy dom. Ale z czasem ocalenie zawsze okazywało się z różnych powodów nietrwałe. Nie załamując się, dobry Jasper przemierzał setki mil na południe w poszukiwaniu prawdziwego domu.

Bibi była wesołym dzieckiem, nieznającym melancholii, dlatego zdawało jej się dziwne – i wtedy, i długo później – że pisze seryjnie epizody o samotnym, udręczonym psiaku, który znajduje miłość tylko na chwilę. Pojęła wszystko dopiero po dwudziestych drugich urodzinach.

Każdy jest w pewnym sensie sroką. Bibi nie była wyjątkiem, lecz wtedy jeszcze o tym nie wiedziała. Dopiero po upływie długiego czasu uświadomiła sobie pewne prawdy, które ukryła w swoim sroczym sercu.

Sroka, ptak o uderzająco kontrastowym upierzeniu i długim ogonie, często zbiera przedmioty, które uzna za ważne: guziki, kawałki sznurka, zwitki wstążek, barwne kulki, okruchy szkła. Rok później buduje nowe gniazdo i zapomina, gdzie jest schowek. I tak, ukrywszy swoje zbiory przed samym sobą, ptak od nowa rozpoczyna gromadzenie kolekcji.

Ludzie ukrywają przed sobą prawdę o samych sobie. To samooszukiwanie się jest mechanizmem umożliwiającym radzenie sobie z życiem, a większość ludzi, w większym czy mniejszym stopniu, zaczyna oszukiwać siebie już w dzieciństwie.

Tamtej ociekającej wodą zimy dziesięcioletnia Bibi mieszkała z rodzicami w parterowym bungalowie w Corona del Mar, malowniczej dzielnicy Newport Beach. Nie mieli widoku na ocean, chociaż od Pacyfiku dzieliły ich zaledwie trzy przecznice. W pierwszą sobotę kwietnia została sama i siedziała w bujanym fotelu na ganku wejściowym tego osobliwego, krytego gontem domku, a ciepły deszcz przelewał się przez liście palm i fikusów, skwiercząc na asfalcie jak rozgrzany olej na ruszcie.

Nie była leniwym dzieckiem. W jej głowie ciągle kłębiły się wiecznie niespokojne myśli. Miała tabliczkę w żółte linie i mnóstwo ołówków, za pomocą których układała kolejny odcinek sagi o samotnym Jasperze. Kątem oka zauważyła jakiś ruch, podniosła głowę i zobaczyła przemoczonego, znużonego psa, który wchodził na chodnik od strony odległego morza.

Jako dziesięciolatka nie zatraciła jeszcze zdolności do dziwienia się i wyczuła, że zdarzy się coś zaskakującego. Przyjemnie podniecona odłożyła tabliczkę i ołówek, wstała z fotela i podeszła do schodów na ganek.

Pies w niczym nie przypominał opuszczonego kundla z jej opowieści. Ubłocony golden retriever przystanął w miejscu, gdzie ścieżka od domku stykała się z ulicznym chodnikiem. Dziewczynka i zwierzę przyglądali się sobie. Zawołała:

– Chodź! No, chodź!

Trzeba go było zachęcać, lecz w końcu podszedł do ganku i wspiął się na schody. Bibi schyliła się i zajrzała mu w oczy, złociste jak jego sierść.

– Ty śmierdzisz.

Retriever ziewnął, jakby nie było to dla niego niczym nowym.

Na szyi miał popękaną i brudną skórzaną obrożę. Bez identyfikatora. Nie przytwierdzono do niej tabliczki z nazwiskiem i numerem telefonu, o którą powinien zadbać odpowiedzialny właściciel.

Bibi w deszczu zaprowadziła psa na wykładane kostką podwórko za domem, mierzące trzydzieści stóp, od wschodu i zachodu otoczone – biegnącymi granicami działek – tynkowanymi murami. Na południe stał garaż na dwa samochody, z którego wyjeżdżało się w zaułek. Zewnętrzne schody wiodły na nieduży balkon przy mieszkaniu nad garażem. Bibi wolała nie patrzeć w stronę tamtych okien.

Kazała retrieverowi czekać na ganku z tyłu bungalowu, a sama weszła do środka. Zdziwiła się, że ciągle na nią czeka, gdy wróciła z dwoma plażowymi ręcznikami, szamponem, suszarką i szczotką do włosów. Przebiegł z nią przez podwórko do garażu, w suche miejsce.

Gdy zapaliła światło i zdjęła mu zaplamioną i oblepioną błotem obrożę, zauważyła coś, czego przedtem nie dostrzegała. Zastanawiała się, czy nie wyrzucić obroży na śmieci, zagrzebując ją, ale wiedziała, że tak nie będzie dobrze. Zamiast tego otwarła szufladę w szafce przy warsztacie ojca, wzięła jedną z jego zamszowych szmatek i owinęła nią obrożę.

Z mieszkania ponad nią dobiegł odgłos, krótki i nieprzyjemny. Wystraszona spojrzała na sufit garażu, na niezabudowane belki cztery na sześć cali, obleczone girlandami pajęczyn.

Zdawało jej się, że słyszy też cichy, wyrażający cierpienie głos. Nasłuchiwała przez dłuższą chwilę, by dojść do wniosku, że chyba się przesłyszała.

Między dwiema belkami, oświetlany przez zakurzoną, gołą żarówkę w białej ceramicznej oprawie, pląsał na strunach tłusty pająk, dobywając z jedwabnej harfy muzykę niesłyszalną dla ludzkich uszu.

Bibi pomyślała o pajęczycy Charlotcie, która uratowała prosiaka Wilusia, swojego przyjaciela, w książce E. B. White’a Pajęczyna Charlotty. Bibi zapomniała na chwilę o garażu, a rzeczywistość zastąpił obraz, który pojawił się przed oczami jej wyobraźni:

Setki malutkich pajączków, dzieci Charlotty, które wykluły się z kokonu wiele tygodni po jej smutnej śmierci, stojących na głowach i kierujących gruczoły przędne w niebo, wypuszczających obłoczki miękkiego jedwabiu. Z obłoków powstają miniaturowe baloniki i pajączki wzbijają się w powietrze. Świnkę Wilusia ogarnia zdumienie i radość, a jednocześnie smutek, gdy patrzy, jak napowietrzna armada odlatuje w dal. Życzy im dobrze, ale jest mu żal, że oto traci ostatnią więź z utraconą przyjaciółką, Charlottą…

Cienki pisk i cichy warkot psa sprowadziły Bibi z powrotem do garażu.

Potem, gdy deszcz przestał na jakiś czas padać, zabrała umytego, wysuszonego i wyszczotkowanego retrievera do domu. Pokazała mu swój mały pokój i zapowiedziała:

– Jak rodzice nie dostaną hopla na twój widok, będziesz spał tutaj ze mną.

Pies przyglądał się z zainteresowaniem, jak Bibi wyciąga z szafy tekturowe pudło z książkami, które nie mieściły się na już obładowanych regałach po bokach jej łóżka. Ułożyła książki tak, by stworzyć otwór, w którym umieściła zawiniętą w zamsz obrożę, i schowała pudełko z powrotem do szafy.

– Wabisz się Olaf – oznajmiła retrieverowi, który zareagował na te chrzciny merdaniem. – Olaf. Kiedyś powiem ci, czemu.

Z czasem Bibi zapomniała o obroży, bo chciała o niej zapomnieć. Odnalazła ją na dnie pudła po dziewięciu latach. Wtedy raz jeszcze owinęła ją zamszem i wyszukała nowe miejsce, w którym można by ją schować.

2

DWANAŚCIE LAT PÓŹNIEJ

Kolejny doskonały dzień w raju

Drugi wtorek marca tamtego roku, przynoszący straszliwe rewelacje i nagłą groźbę śmierci, mógł być dla niektórych początkiem końca, ale Bibi Blair, licząca już dwadzieścia dwa lata, z czasem miała go nazwać Dniem Pierwszym.

Zbudziła się o świcie i stanęła przy oknie, ziewając i patrząc, jak jeszcze schowane słońce zapowiada swoje nadejście smugami koralowego światła, by w końcu wychynąć na świat i powędrować ku zachodowi. Lubiła wschody słońca. Początki. Każdy dzień zapowiadał się tak obiecująco. Mogło zdarzyć się tyle dobrego. Dla Bibi słowo „rozczarowanie” zastrzeżone było dla wieczorów i to tylko po dniach, które okazały się kompletną klapą. Była optymistką. Matka powiedziała kiedyś, że z cytryn Bibi zrobiłaby nie lemoniadę, tylko limoncello.

Odległe góry, rysujące się na tle porannego błękitu, wyglądały jak wały chroniące magiczne królestwo hrabstwa Orange przed brzydotą i nieporządkiem, zmorami współczesnego świata. Wysadzane drzewami sieci ulic i niezliczone parki na planowo zabudowanych, południowych równinach hrabstwa obiecywały gładkie i czyste życie wśród niekończących się uroków.

Ale Bibi potrzeba było czegoś więcej niż zwykłej obietnicy. Miała wielkie marzenia, chociaż wcale ich tak nie nazywała, bo marzenia są fantazjami ze snów, które rzadko się spełniają. Dlatego nazywała je sobie nadziejami. Miała wielkie nadzieje i znała środki, za pomocą których na pewno je zrealizuje.

Czasami umiała wyobrazić sobie własną przyszłość tak jasno, jakby już ją przeżyła, a teraz tylko wspominała. Przy osiąganiu celów wyobraźnia była niemal tak samo ważna jak ciężka praca. Nie da się zdobyć nagrody, gdy człowiek nie może sobie wyobrazić, jak ona wygląda i gdzie się może znajdować.

Ze wzrokiem wlepionym w góry Bibi myślała o mężczyźnie, za którego wyjdzie, miłości swego życia, przebywającym teraz na drugim końcu świata, w miejscu pełnym krwi i zdrad. Wolała za bardzo się o niego nie martwić. Da sobie radę w każdych okolicznościach. Był nie księciem z bajki, tylko prawdziwym bohaterem. Kobieta mająca zostać jego żoną miała obowiązek zachować postawę co najmniej tak samo stoicką jak on wobec zagrożeń, jakie na niego czekały.

– Kocham cię, Paxton – mruknęła, co zdarzało się często, jak gdyby deklaracja miała stać się zaklęciem, które będzie go chronić niezależnie od tego, jaka dzieliła ich odległość.

Wzięła prysznic i ubrała się. Zgarnęła sprzed drzwi gazetę i poszła do kuchni, gdzie z zaprogramowanego ekspresu lała się do dzbanka z pireksu szósta filiżanka kawy. Jej ulubiona mieszanka była aromatyczna i tak nasycona kofeiną, że same opary zdołałyby uleczyć z narkolepsji.

Stylowe krzesła w kąciku jadalnym miały chromowane, stalowe nóżki i siedzenia obite czarnym winylem. Całkiem jak w latach pięćdziesiątych. Lubiła tamte czasy. Świat jeszcze wtedy nie oszalał. Usiadła przy chromowanym stole z czerwonym blatem z formiki, wertując gazetę i pijąc pierwszą kawę w ciągu dnia, którą nazywała „filiżanką na rozruch”.

Chcąc przetrwać w czasach, gdy elektroniczne media przynosiły informacje o wiele szybciej niż drukowane, wydawca gazety poświęcał tylko kilka stron ważniejszym wydarzeniom w kraju i na świecie, by zarezerwować miejsce na dłuższe artykuły, często dotyczące mieszkańców hrabstwa. Jako powieściopisarka Bibi pochwalała takie rozwiązanie. Podobnie jak dobre powieści, najlepsze książki historyczne opowiadały nie tyle o wielkich wydarzeniach, ile o ludziach, których życie odmieniło się pod wpływem sił pozostających poza ich zasięgiem. Jednak na każdą historię o żonie walczącej z obojętnymi biurokratami o odpowiednią opiekę dla męża – inwalidy wojennego, przypadała opowieść o kimś, kto wszedł w posiadanie ogromnej kolekcji dziwacznych kapeluszy albo starał się o pozwolenie na ślub z własną papugą.

Druga kawa była tak samo czarna jak pierwsza i Bibi wypijała ją do czekoladowego croissanta. Wbrew całej propagandzie nie wierzyła, by morze kawy czy jedzenie mnóstwa masła i cukru były niezdrowe. Jadła, co chciała, czując się prawie jak buntowniczka, zachowując szczupłą sylwetkę i zdrowie. Miała jedno życie i zamierzała je przeżyć, choćby tylko na bekonie.

Przy drugim croissancie poczuła smak zjełczałego tłuszczu. Wypluła kęs na talerz i wytarła język serwetką.

Piekarnia, w której robiła zakupy, zawsze była solidna. W wyplutej grudzie ciasta nie zauważyła niczego złego. Powąchała, croissant był w porządku. Obejrzała go, ale nie dostrzegła nic niepokojącego.

Niepewnie ugryzła znowu. W smaku nie wyczuła niczego dziwnego. A może…? Jakiś nieznaczny ślad… czegoś. Odstawiła croissanta. Straciła apetyt.

W gazecie pisali dużo o kolekcjonerach dziwnych kapeluszy i tym podobnych osobnikach. Odłożyła ją. Nalała sobie trzecią filiżankę i przeszła do większego z dwóch pokoi.

W komputerze otworzyła niedokończone opowiadanie, które pisała z przerwami od kilku tygodni, i popatrzyła na nazwisko autorki: Bibi Blair.

Rodzice nazwali ją Bibi nie dlatego, że byli okrutni czy nieczuli na niedolę dziecka cierpiącego z powodu nietypowego imienia, ale wskutek swej niezmiernej lekkomyślności. „Bibi” wywodziło się od starofrancuskiego beubelot, oznaczającego zabawkę bądź bibelot. Nie była niczyją zabawką. Nigdy, i to się nie zmieni.

Z beubelot wywodziło się także imię Bubbles. Tak byłoby gorzej. Musiałaby zmienić Bubbles na coś mniej figlarnego albo zostać tancerką na rurze.

Mając szesnaście lat, przyzwyczaiła się już do tego imienia. W wieku dwudziestu uważała, że Bibi Blair brzmi intrygująco. Mimo to czasami zastanawiała się, czy z takim imieniem i nazwiskiem będzie traktowana poważnie jako pisarka.

Przesunęła kursor do drugiego akapitu, gdzie zauważyła zdanie wymagające poprawy. Zaczęła pisać: prawa ręka sprawowała się dobrze, za to lewa myliła klawisze, rozpraszając po ekranie przypadkowe litery.

Zdziwienie zmieniło się w popłoch, gdy zdała sobie sprawę, że nie czuje klawiszy pod drżącymi palcami. Straciła czucie.

Zdezorientowana, uniosła zdradliwą rękę i zgięła palce. Widziała, jak się poruszają, ale nie czuła tego ruchu.

Mimo że kawa wypłukała smak zgnilizny, który przeszkodził jej w uraczeniu się drugim croissantem, usta znowu wypełnił ten obrzydliwy posmak. Skrzywiła się z obrzydzeniem i prawą ręką sięgnęła po kawę. Brzeg filiżanki zastukał o zęby, ale płyn ponownie oczyścił język.

Lewa ręka zsunęła się z klawiatury na kolana. Przez chwilę nie była w stanie nią poruszyć i pomyślała w popłochu: „Paraliż”.

Nagle dłoń i całą rękę przeszył dreszcz – nie drżące odrętwienie jak po mocnym uderzeniu w łokieć, tylko mrowienie, jak gdyby po ciele i kościach rozpełzało się stado owadów. Gdy odsuwała fotel od biurka i wstawała, mrowienie obejmowało całą lewą połowę ciała, od czaszki po stopę.

Mimo że nie wiedziała, co się dzieje, przeczuła, że grozi jej śmiertelne niebezpieczeństwo.

– Ale ja mam tylko dwadzieścia dwa lata – powiedziała.

3

Salon

Nancy Blair zawsze umawiała się jak najwcześniej w liczącym sześć stanowisk salonie Heather Jorgenson w Newport Beach, ponieważ była święcie przekonana, że nawet najlepsze stylistki, takie jak Heather, pracowały najlepiej na początku dnia. Nancy za żadne skarby świata nie obcięłaby włosów po południu, tak samo jak nigdy nie zgodziłaby się na lifting twarzy po kolacji.

Nie można powiedzieć, żeby potrzebowała operacji plastycznych. Mając czterdzieści osiem lat, wyglądała na dziesięć mniej – w najgorszym razie na trzydzieści dziewięć. Mąż — Murphy, znany wszystkim jako Murph — zapowiadał, że jeśli jakiś chirurg zepsuje jej twarz, będzie ją nadal kochał, ale zacznie nazywać Cruellą de Vil, na cześć czarnego charakteru o sztywno naciągniętej skórze ze 101 dalmatyńczyków.

Włosy też miała wspaniałe, gęste i ciemne, bez siwego kosmyka. Obcinała je co trzy tygodnie, lubiła bowiem wyglądać dokładnie tak, jak trzeba.

Jej córka, Bibi, miała takie same włosy: bujne i ciemnobrązowe, prawie czarne, tyle że zapuszczała długie. Kochane dziecko nieustannie namawiało matkę do porzucenia krótkiej, niesfornej czupryny. Lecz Nancy była kobietą aktywną, ruchliwą i nie miała cierpliwości do niekończących się zabiegów, koniecznych przy dłuższych włosach.

Po spryskaniu głowy Nancy Heather oświadczyła:

– Czytałam powieść Bibi, Lampę ślepego człowieka. Naprawdę mi się podobała.

– Kochana, moja córka ma więcej talentu w małym palcu niż większość pisarzy w obu rękach. – Mimo nieskrywanej dumy, jaka towarzyszyła tym słowom, Nancy zdawała sobie sprawę, że nie są zbyt wymowne, że brzmią wręcz pretensjonalnie. W każdym razie Bibi nie odziedziczyła zdolności do wyrażania myśli po matce.

– Powinna znaleźć się na listach bestsellerów – stwierdziła Heather.

– Znajdzie się. Jeżeli tego zechce. Bo sama nie wiem. Wiesz, rozmawia ze mną o wszystkim, ale w sprawach pisania jest dyskretna, nie zwierza się z tego, co planuje. Bywa tajemnicza. Już w dzieciństwie taka była. Gdy miała osiem lat, zmyślała historyjki o kolonii inteligentnych myszy, które mieszkały w tunelach pod naszym domem. Bez sensu, ale brzmiały prawdopodobnie. Przez jakiś czas wydawało nam się, że ona wierzy w te nieznośne myszy. Mało nie posłaliśmy jej do psychologa. Ale zdaliśmy sobie sprawę, że jest po prostu sobą, Bibi – urodzoną opowiadaczką.

Jako namiętna czytelniczka magazynów opowiadających o życiu celebrytów za pomocą mnóstwa zdjęć i minimum prozy Heather prawdopodobnie przestała słuchać długiego monologu Nancy po trzecim zdaniu.

– A niby czemu miałaby nie chcieć napisać bestsellera i stać się sławna?

– Może i chce. Ale nie dlatego pisze. Pisze, bo musi. Mówi, że w jej wyobraźni jak w kotle ciągle rośnie ciśnienie. Jak co dzień nie wypuści trochę pary, kocioł wybuchnie i urwie jej głowę.

– Wow. – Oczy Heather w lustrze były okrągłe jak u wiewiórki. Była uroczą dziewczynką, a wyglądałaby jeszcze śliczniej, gdyby aparat naprostował jej w swoim czasie górne siekacze.

– Bibi nie mówi oczywiście dosłownie. Głowa nie wybuchnie jej tak samo, jak pod domem u nas nigdy nie mieszkały inteligentne myszy.

Krzywe zęby Heather dodawały jej zatroskanej minie komicznego akcentu. Była rozkoszna.

Murph oświadczył kiedyś, że jeśli dziewczyna jest wystarczająco ładna, niektóry faceci lecą na krzywy zgryz. Od tego czasu Nancy podejrzliwie patrzyła na każdą atrakcyjną kobietę w życiu swojego męża, która potrzebowała pomocy ortodonty. Murph nie znał Heather. Jeśli będzie zależeć to od Nancy, tak pozostanie na zawsze. Nie żeby ją zdradzał. Nie. I to się nie zmieni. Być może nie wierzył, że żona wykastruje go szczypcami do cięcia drutu, jak mu to solennie przyrzekła, ale miał na tyle oleju w głowie, by wiedzieć, że konsekwencje niewierności nie będą przyjemne.

– Zamknij oczy – przykazała Heather. Rozległ się syk rozpylanej wody. Potem odrobina aromatycznej pianki, końcowe dosuszanie i modelowanie szczotką.

Fryzura idealna, jak zawsze. Jako utalentowana fryzjerka Heather nie nazywała się kosmetyczką czy stylistką. Na wizytówce określiła się mianem coiffeuse i ta odrobina pretensjonalności, tak bardzo w guście Newport Beach, była w jej przypadku uzasadniona.

Nancy zapłaciła, zostawiając napiwek. Właśnie zapewniała coiffeuse, że przekaże autorce pochlebną recenzję Lampy ślepego człowieka, gdy przerwał jej dzwonek telefonu – kilka taktów starej piosenki Bobby’ego McFerrina, Don’t Worry, Be Happy. Sprawdziła, kto dzwoni, odebrała i zaczęła:

– Co tam, Bibi?

Bibi odpowiedziała jak gdyby zza przepaści o wiele groźniejszej niż odległość:

– Mamo, dzieje się ze mną coś złego.

4

Szukanie dobrej strony

Bibi siedziała właśnie w fotelu w salonie z torebką na kolanach, starając się rozproszyć złowrogie uczucie mrowienia w całym ciele pozytywnym myśleniem, gdy do mieszkania – jak dowódca jednostki specjalnej policji dobrego stylu, poszukującej ludzi w świadczących o braku wyobraźni, dopasowanych ubraniach – wpadła jej matka. Nancy wyglądała jak bogini eklektyzmu w płaszczu o męskim kroju z miękkiej jak tkanina, czarnej skóry od St. Croix, topie écru Louisa Vuittona w zawiłe wzorki, czarnych dżinsach Mavi z subtelnymi i starannie rozplanowanymi przetarciami oraz czarno-czerwonych butach sportowych od projektanta, którego nazwiska Bibi nie mogła sobie przypomnieć.

Nie miała tak jak matka obsesji na punkcie mody, o czym świadczyły niemarkowe dżinsy i koszulka z długim rękawem.

Nancy szła w kierunku fotela, wyrzucając z siebie lawinę słów:

– Jesteś blada, dosłownie szara… O Boże, wyglądasz okropnie!

– Nieprawda, mamo. Wyglądam normalnie, co jest gorsze, niż gdybym była szara jak kamień i krwawiły mi oczy. Jak mogę wyglądać normalnie i mieć takie objawy?

– Dzwonię na pogotowie.

– Nic z tych rzeczy – zaoponowała stanowczo Bibi. – Nie będę robić z siebie widowiska. – Wspierając się na zdrowej ręce, wstała z fotela. – Po prostu zawieź mnie na izbę przyjęć.

Nancy patrzyła na córkę jak na jakieś żałosne, potrącone przez ciężarówkę stworzenie, leżące bezwładnie na poboczu autostrady. Jej oczy zaszły mgiełką łez.

– Tylko nie to, mamo. Tylko bez płaczu. – Bibi pokazała niewielką torebkę ze ściąganymi troczkami, która leżała przy fotelu. – Możesz ją zabrać? Jest w niej pidżama, szczoteczka do zębów i bielizna na wypadek, gdybym musiała nocować. Nigdy w życiu nie założę jednej z tych zawiązywanych z tyłu szpitalnych koszul, z których wystaje ci tyłek.

Nancy oświadczyła głosem trzęsącym się jak galareta:

– Tak bardzo cię kocham…

– Ja ciebie też, mamo. – Bibi zrobiła ruch w stronę drzwi. – No, chodźmy. Nie boję się. Przynajmniej nie bardzo. Zawsze powtarzasz: „Będzie, jak ma być”. Teraz pora zrobić z tego użytek. Jedziemy.

– Ale jak miałaś udar, trzeba zadzwonić na pogotowie. Każda minuta jest ważna.

– To nie udar.

Wyprzedzając córkę, otwierając drzwi, ale stając na drodze, Nancy powiedziała:

– Przez telefon mówiłaś, że masz sparaliżowany…

– Nie sparaliżowany. Tylko z mrowieniem. Jakby przypięli do mnie pięćdziesiąt wyciszonych komórek, które równocześnie wibrują. I lewa ręka jest trochę słabsza. To wszystko.

– To wygląda na udar. Skąd wiesz, że nie?

– To nie udar. Nie bełkoczę. Dobrze widzę. Nie boli mnie głowa. Nie jestem zdezorientowana. I mam tylko dwadzieścia dwa lata, do cholery!

Twarz Nancy wyrażała już nie tyle trwożny niepokój, co wyrzuty sumienia, że zamiast pomagać córce, wpędza ją w jeszcze większy niepokój.

– Dobrze. Tak, masz rację. Zawiozę cię.

Z mieszkań na drugim piętrze wychodziło się na zadaszony balkon i Bibi trzymała się prawą ręką balustrady, gdy zmierzały ku jego północnemu krańcowi. Przyjemnie chłodny dzień. Odświętny śpiew ptaków. Palmy i paprocie na dziedzińcu szumiały cicho na łagodnym wietrze. Ławice widmowych, srebrzystych rybek słonecznego blasku przepływały basen i ta prosta scena wydała jej się jak jeszcze nigdy przedtem przesycona tak prostym pięknem.

Na końcu balkonu Nancy zapytała:

– Skarbie, na pewno dasz radę zejść ze schodów?

Otwarta, żelazna klatka schodowa miała betonowe stopnie z wtopionymi otoczakami. Symetria schodów, wdzięk, z jakim schodziły na dziedziniec, nadawały im cechy rzeźby. Bibi nigdy przedtem nie spoglądała na nie jak na dzieło sztuki. Ten nowy punkt widzenia wynikał chyba z tego, że może ich już nigdy nie ujrzeć.

– Pewnie, że dam – zniecierpliwiona zapewniła matkę. – Byle tylko nie trzeba było przy tym tańczyć.

Zaliczała kolejne stopnie schodów bez poważniejszych wpadek. Tylko trzy razy lewa noga nie poruszyła się wtedy, kiedy należało, i musiała przeciągać ją ze stopnia na stopień.

Gdy na parkingu znalazły się przy bmw z indywidualnymi tablicami rejestracyjnymi najlepszej na świecie agentki, Nancy już chciała podejść do drzwi od strony pasażera, gdy raptem przypomniała sobie, że nie ma do czynienia z niemowlęciem, i spiesznie przeszła na stronę dla kierowcy.

Bibi z ulgą stwierdziła, że wsiadanie do samochodu nie jest trudniejsze od znalezienia się w łagodnie rozkołysanej gondoli diabelskiego młyna.

Zapalając silnik, Nancy ją upomniała:

– Zapnij pas, skarbie.

– Zapięłam, mamo. – Usłyszała głos nastolatki, niezbyt samodzielnej i z pretensjami do całego świata, i wcale jej się to nie spodobało. – Jestem zapięta.

– A, tak. Tak, oczywiście.

Nancy wyjechała z parkingu bez zatrzymywania się, skręciła w prawo i przyspieszyła, żeby zdążyć przejechać skrzyżowanie na zielonym świetle.

– Byłoby ironią losu – zauważyła Bibi – gdybyś nas zabiła po drodze do szpitala.

– Nigdy nie miałam wypadku, skarbie. Dostałam jeden, jedyny mandat, i to tylko przy podstępnie ukrytym radiowozie. Gliniarz był skończonym smogolem, bezmózgim kakusem, który nie odróżniłby szklanki od pasztetu.

Gwara surferska. Smogol to szczur lądowy. Kakus to kutas. Szklanka to gładka powierzchnia oceanu, idealna do surfowania, a pasztety to fale, przy których surferzy myślą o przerzuceniu się na skateboarding.

Czasami Bibi zapominała, że matka dawno temu była supersurferką, jak nikt jeżdżącą na beczkach i stawiającą czoła nadchodzącej fali. Nancy wciąż uwielbiała spieczony słońcem piasek i morską pianę. Co pewien czas odbijała od brzegu i łapała fale. Jednak surfowanie nie było już tak jak kiedyś istotne w jej życiu. Poza plażą używała tego żargonu tylko wtedy, gdy miała coś przeciwko jakimś autorytetom.

Skupiła się na drodze. Łzy obeschły, usta się zacisnęły, a czoło zmarszczyło. Spoglądała we wsteczne i boczne lusterka, częściej niż zwykle zmieniała pas, całkowicie pochłonięta zadaniem, co zdarzało się tylko wtedy, gdy wypatrzyła jakąś nieruchomość albo uznała, że niewiele brakuje do dopięcia jakiejś transakcji.

– O kurde! – Bibi chwyciła kilka chusteczek ze schowka i dwa razy w nie splunęła, ale bez skutku.

– Co jest, co ty wyprawiasz?!

– Co za ohydny posmak.

– Jaki znowu posmak?

– Jakby skwaszonego mleka, zjełczałego masła. Czasem go czuję.

– Od kiedy?

– Odkąd… to się zaczęło.

– Mówiłaś tylko o zwiotczałej ręce i pieczeniu.

– Bo to chyba nie ma związku.

– Ma – zdecydowała matka.

W oddali zamajaczył budynek szpitala i na jego widok Bibi doszła do wniosku, że boi się bardziej, niż chciałaby przyznać przed samą sobą. Budowla była zwyczajna, pozbawiona wyrazu, a mimo to im bardziej się zbliżała, tym bardziej złowrogie robiła wrażenie.

– Nie ma tego złego… – zaczęła.

– Coś ty?! – przerwała jej matka. W jej głosie było słychać niepokój i powątpiewanie.

– Pisarzowi wszystko wychodzi na dobre. To materiał. Potrzebujemy nowego materiału do opowieści.

Nancy przyspieszyła i przejechała na żółtym, po czym skręciła na teren szpitala.

– Będzie, co ma być – powiedziała ledwie słyszalnie, jak gdyby te słowa były zaklęciem, takie abrakadabra, które odpędzi zło.

– Nie chcę już tego słyszeć – odpowiedziała Bibi, chyba bardziej gwałtownie, niż zamierzała. – Nigdy. Zawsze to mówisz, a ja nie mam ochoty tego słuchać.

Zgodnie z drogowskazem Nancy skręciła w lewo w kierunku pogotowia i popatrzyła na córkę.

– W porządku. Czego sobie tylko życzysz, skarbie.

Bibi od razu pożałowała swojego burknięcia.

– Przepraszam. Bardzo przepraszam. – Pierwsze słowo zabrzmiało normalnie, lecz w dwóch następnych usłyszała zniekształcenie, przez co zabrzmiały jak „balco pszpszam”.

Gdy zajeżdżały przed izbę przyjęć, Bibi zrozumiała, dlaczego nie zadzwoniła na 911: jak przystało na pisarkę, miała subtelne wyczucie konstrukcji opowieści. Być może już w chwili, kiedy lewa ręka nie chciała trafiać w klawisze komputera tak, jak jej to nakazywała, a już na pewno wtedy, gdy poczuła pieczenie, wiedziała, dokąd zmierza to wszystko i dokąd doprowadzi: do bardzo ciemnego miejsca. Każde życie jest opowieścią lub zbiorem opowieści, z których nie wszystkie kończą się zgrabnym happy endem. Zawsze tkwiła w przeświadczeniu, że jej życie będzie opowiadaniem o szczęściu, że tak je skonstruuje, a przy pierwszych objawach nie chciała się przed sobą przyznać, że takie przekonanie może być naiwne.

Ciąg dalszy w wersji pełnej