Wydawca: Rebis Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski

Poszukiwacze. Stół króla Salomona. (Poszukiwacze) ebook

Luis Montero

4.15384615384615 (39)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 646 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Poszukiwacze. Stół króla Salomona. (Poszukiwacze) - Luis Montero

Pełna inteligentnego humoru i zagadek powieść osnuta tajemnicą, w której śmierć i niebezpieczeństwo czają się na uliczkach współczesnych miast i w podziemiach średniowiecznych zamków.

Tirso Alfaro, doktorant na wydziale historii sztuki, podczas praktyki w muzeum w Canterbury jest świadkiem kradzieży zabytkowej pateny. Po powrocie do Madrytu odpowiada na enigmatyczną ofertę pracy i bierze udział w osobliwym procesie rekrutacji, nawet nie podejrzewając, że na próbę wystawia go tajna organizacja – Narodowy Korpus Poszukiwaczy, którego celem jest odzyskanie cennych dzieł sztuki należących do dziedzictwa Hiszpanii. Wkrótce Tirso włączy się do szaleńczej pogoni za mitycznym Stołem Salomona, który wedle legend może przynieść tylko nieszczęście. Tym samym zostanie wciągnięty w oszałamiającą spiralę niebezpieczeństw, zdrady i śmierci.

Opinie o ebooku Poszukiwacze. Stół króla Salomona. (Poszukiwacze) - Luis Montero

Fragment ebooka Poszukiwacze. Stół króla Salomona. (Poszukiwacze) - Luis Montero

Tytuł oryginału: La mesa del rey Salomón Copyright © Luis Montero, 2015 Copyright © Penguin Random House Grupo Editorial S.A.U., 2015 All rights reserved Copyright © for the Polish e-book edition by REBIS Publishing House Ltd., Poznań 2016 Informacja o zabezpieczeniach W celu ochrony autorskich praw majątkowych przed prawnie niedozwolonym utrwalaniem, zwielokrotnianiem i rozpowszechnianiem każdy egzemplarz książki został cyfrowo zabezpieczony. Usuwanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa. Redaktor: Krzysztof Tropiło Projekt i opracowanie graficzne serii oraz okładki: Paweł Panczakiewicz / PANCZAKIEWICZ.ART.DESIGN – www.panczakiewicz.pl Fotografie na okładce: © Tim Daniels/Arcangel (postać mężczyzny) © Shutterstock (panorama miasta) Wydanie I e-book (opracowane na podstawie wydania książkowego: Stół króla Salomona, wyd. I, Poznań 2016) ISBN 978-83-7818-977-0Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o. ul. Żmigrodzka 41/49, 60-171 Poznań tel.: 61 867 81 40, 61 867 47 08 fax: 61 867 37 74 e-mail: rebis@rebis.com.plwww.rebis.com.pl Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

Dla moich rodziców, Carol i Luisa.

Dla mojego rodzeństwa, Carli, Almudeny i Iñiga.

Nic już nie mam do dodania. Pragnę jedynie wyznać (choć nie jest to wyznanie szczególnie istotne), że nikomu, kto czytał będzie tę opowieść, nie może wydać się ona bardziej realna niż mnie, kiedy ją pisałem.

CHARLES DICKENS, DAVID COPPERFIELD

Szukajcie, a znajdziecie.

EWANGELIA WG ŚW. MATEUSZA1

Mt 7,7 (wszystkie cytaty biblijne za Biblią Tysiąclecia) (przyp. tłum.). [wróć]

Szem ha-Meforasz. Imię Boga.

Chcesz wiedzieć, jak się to wszystko zaczęło? Pewnie, mógłbym opowiedzieć ci tę historię, ale znam lepszą.

Kiedy byłem mały, tata zabierał mnie do muzeów. Inne dzieci chodziły z rodzicami do wesołego miasteczka, do zoo czy po prostu do kina. W każdy poniedziałek koledzy w szkole z ożywieniem dyskutowali o Wojowniczych żółwiach ninja albo licytowali się, kto więcej razy zwymiotował na kolejce górskiej. Ja milczałem. Wstydziłem się przyznać, że przez cały weekend oglądałem obrazy przedstawiające dziwnie ubranych ludzi.

Wydaje mi się, że mój ojciec miał podobne odczucia. Coś mi mówi, że on też wolałby posadzić mnie na półtorej godziny przed olbrzymim ekranem – nie musiałby bawić mnie rozmową. A jednak ciągle prowadzał mnie do muzeów. Nie rozumiałem dlaczego.

Nie widywałem go zbyt często. Z tego, co wiem, moi rodzice nigdy nawet razem nie mieszkali. On był pilotem, matka – archeolożką. Historia o tym, jak poznali się pewnego wieczoru, przespali bez zabezpieczenia, a dziewięć miesięcy później przyszedłem na świat, na pewno jest ciekawa. Mógłbym ci ją opowiedzieć, ale znam lepszą.

O Szem ha-Meforasz już ci wspominałem.

Rodzice nie potrzebowali ani księdza, ani urzędnika, ani żadnego papierka. Wystarczyła im ustna umowa, jak przystało na ludzi chcących uchodzić za nowoczesnych i cywilizowanych. Matka postanowiła wychowywać mnie samotnie, ale nie rościła sobie prawa do wyłączności. Raz na jakiś czas w naszym domu pojawiał się ten człowiek, z zawodu pilot lotnictwa cywilnego, zwany przeze mnie „tatą” (choć równie dobrze mógłbym zwracać się do niego per „Fernando”, „Manuel” czy nawet „Salomon”), i zabierał mnie na spacer. Spacer po muzeach.

Zawsze po muzeach.

Oczywiście nudziłem się jak mops. Jako małe dziecko nie czułem się na tyle swobodnie w obecności tego miłego pana, żeby przyznać, jak nieciekawe to dla mnie zajęcie. Zawsze kazano mi być grzecznym i nie sprawiać tacie kłopotów, zachowywałem się więc jak na posłuszne dziecko przystało.

Przemierzaliśmy wspólnie niekończące się korytarze Muzeum Prado: ojciec sprawiał wrażenie, jakby chciał coś powiedzieć, ale nie bardzo wiedział co, ja zaś patrzyłem na ogromne obrazy tymi dziecięcymi oczami na pół twarzy.

Czasem ojciec wskazywał jakiś obraz i podawał nazwisko: „Patrz, to Velazqueza… Tamten jest Rubensa… A ten tutaj to Goi…”. Nie mogłem zrozumieć, dlaczego te malowidła nie wiszą w domach tych panów, skoro najwyraźniej były ich własnością.

Jedno dzieło wywarło na mnie szczególne wrażenie. Płótno, wielkie na całą ścianę, przedstawiało chłopca na grzbiecie wspaniałego rumaka. Wiele lat później dowiedziałem się, że to portret księcia Baltazara Karola na koniu, autorstwa Velazqueza, ale wówczas widziałem tylko chłopaka, który najwyraźniej bawił się dużo lepiej niż ja.

Pamiętam, że pokazałem tacie obraz i zapytałem o przedstawioną na nim postać.

– To książę…

– Jak ma na imię?

Wtedy ojciec ukląkł przede mną, spojrzał mi w oczy i odparł:

– Chcesz dowiedzieć się czegoś o nim? Pewnie, mógłbym opowiedzieć ci tę historię, ale znam lepszą.

Wtedy pierwszy raz usłyszałem o Stole Salomona.

Szem ha-Meforasz.

Być może jesteś jak tamto dziecko i obiło ci się o uszy coś na temat króla Salomona, syna Dawida, z domu Izajasza i pokolenia Judy. Trzeciego króla Izraela, najmądrzejszego i najpotężniejszego władcy swoich czasów – tak przynajmniej mówił o nim ojciec.

Niemal tysiąc lat przed Chrystusem Salomon zasiadł na tronie Izraela. Pragnął zostać najwybitniejszym władcą rodu, choć nie stanowiło to szczególnego wyzwania: większość jego przodków rządziła co najwyżej sporym stadem kóz.

Jerozolima była wówczas małym, pustynnym miasteczkiem, Salomon postanowił jednak uczynić stolicę swojego królestwa najwspanialszym miastem świata. Wzniósł świątynię, na której fundamentach do dziś wierni modlą się i opłakują jej zburzenie. Zbudował olbrzymi pałac, a w jego wnętrzu, na podwyższeniu z dziewięciu schodków, ustawił tron wsparty na parze złotych lwów. Podłogę przed tronem wyłożył zaś srebrem wypolerowanym na tak wysoki połysk, że przypominało taflę jeziora.

Tak zaczynała się ta historia. Już dawno zdążyłem zapomnieć o głupim dziecku na koniu.

Sława Salomona przekroczyła granice królestwa i dotarła w odległe zakątki świata. Pewnego dnia Salomona odwiedziła królowa o wargach jak wstążeczka purpury, o skroni jak okrawek granatu, skrytej za zasłoną, i piersiach jak bliźnięta gazeli. Tak opisano ją w Pieśni nad pieśniami1.

Ta piękna królowa pochodziła z dalekiej krainy zwanej Sabą. Na imię miała Lilith.

Salomona doszły jednak słuchy, że kobieta ta ma względem niego niecne zamiary: że nie jest wcale tą, za którą się podaje, a ni mniej, ni więcej, tylko czarownicą, potomkinią ostatnich nefilim – olbrzymów, którzy zaludniali ziemię, zanim Jahwe stworzył człowieka. Okrutni, brutalni i lubieżni nefilim nie byli mili Bogu, rozkazał więc aniołom dokonać zagłady olbrzymów. Wojna trwała wiele tysięcy lat.

Na tym etapie opowieść bez reszty pochłonęła już chłopca o wielkich oczach. O tym nie uczono na lekcjach religii.

Salomon obmyślił fortel, aby przekonać się, czy królowa Saby to rzeczywiście czarownica. Czekał na nią, siedząc na tronie, przed którym rozpościerała się błyszcząca srebrna podłoga. Kiedy Lilith przybyła na audiencję i zobaczyła tak nieskazitelną posadzkę, pomyślała, że stoi nad brzegiem stawu. Uniosła więc rąbek sukni, żeby sprawdzić, czy to woda, czy tylko złudzenie. Wtedy Salomon zauważył, że zamiast ludzkich stóp królowa ma okropne łapy o palcach spiętych błoną pławną niczym u kaczki.

Jak często zdarza się w opowieściach, piękna dama okazała się wstrętną czarownicą.

Salomon zachował się jednak tak, jak zrobiłby na jego miejscu każdy mężczyzna: postanowił zignorować paskudne płetwy i skupić się na tym, co było od kostek w górę. Wiedźma czy nie, wyglądała całkiem apetycznie. Z drugiej jednak strony, skoro już dowiedział się o tajemnych mocach królowej, postanowił wykorzystać je do swoich celów.

Słodkimi słówkami („miodem najświeższym ociekają wargi twe, oblubienico, miód i mleko pod twoim językiem…”2) uwiódł Lilith i wyciągnął z niej wszystkie sekrety sztuki ezoterycznej. Królowa zaś beznadziejnie zakochała się w Salomonie.

W końcu król zdołał uzyskać od wiedźmy nefilim najpotężniejsze z zaklęć. Dzięki temu narzędziu monarcha miał posiąść władzę, jakiej nie zdobył jeszcze nikt w historii ludzkości, odkąd Bóg stworzył człowieka z garści gliny. Władzę niedostępną nawet aniołom, archaniołom i najwyższym przedstawicielom zastępów niebieskich.

Szem ha-Meforasz…

Lilith zbudowała dla Salomona stół i umieściła na jego blacie tajemnicę Szem ha-Meforasz. Dzięki temu fantastycznemu meblowi władca Izraela posiadł moce, o których nawet mu się nie śniło: zdobył sławę, mądrość i bogactwo, a także wiedzę o boskiej tajemnicy stworzenia.

Szem ha-Meforasz.

Królowa szybko jednak się zorientowała, że Salomon oszukał ją i wykorzystał, że wcale jej nie kochał i pragnął tylko jej magii.

Z tej opowieści wynikła jedyna rada, jakiej kiedykolwiek udzielił mi ojciec w sprawach damsko-męskich: uważaj, żeby nigdy nie nadepnąć kobiecie na odcisk.

Pod osłoną nocy czarownica dokonała zemsty. Przemykając w ciemności, wśliznęła się do Miejsca Najświętszego i wykradła najcenniejszy skarb ludu Izraela – Arkę Przymierza. Królowa Saby nie zadowoliła się jednak łupem i rzuciła klątwę na króla i jego potomstwo, a zwłaszcza tych, którzy ośmielą się użyć Stołu.

Kto odważy się poznać tajemnicę Szem ha-Meforasz, ten może być pewien, że spotka go tragiczny los.

Z przekleństwem na ustach królowa porzuciła Salomona, zabrała ze sobą Arkę Przymierza i słuch po niej zaginął.

Skutki klątwy okazały się opłakane. Na oczach Salomona królestwo rozpadało się wskutek wewnętrznych konfliktów, a u końca żywota rozgoryczonego króla zżerały wyrzuty („marność nad marnościami”, jak czytamy u Koheleta). Po jego śmierci synowie Roboam i Jeroboam pokłócili się o prawo do tronu i podzielili wspaniałe niegdyś królestwo na dwie części.

Jak powszechnie wiadomo, potem Żydom nie wiodło się najlepiej.

– A co stało się ze Stołem? – pytało za każdym razem dziecko o wielkich oczach, zupełnie już niezainteresowane portretem chłopca na koniu.

Wtedy ojciec chytrze rzucał okiem na zegarek, głaskał mnie po głowie i mówił, że zrobiło się późno, więc dokończy opowieść innym razem.

Od tamtej pory zacząłem wyczekiwać spotkań z tatą. Pojawiał się po wielu miesiącach nieobecności, czasem nawet po roku, i zabierał mnie do kolejnego muzeum. Ja wskazywałem którykolwiek z eksponatów i zadawałem pierwsze pytanie, jakie przychodziło mi do głowy. Odpowiadał zawsze tak samo:

– Chcesz poznać tę historię? Pewnie, mógłbym ci ją opowiedzieć, ale znam lepszą.

To była nasza zabawa.

Wiele wieków po śmierci Salomona (a zarazem wiele wieków przed moją ostatnią wizytą z ojcem w muzeum) Jerozolimę podbiło imperium rzymskie. Rzymianie złupili świątynię i zabrali ze sobą wszystkie skarby: wieloramienne złote kandelabry, jedwabne tkaniny, srebrne zbroje wysadzane klejnotami… Oraz pewien stół. Stół, o którym mówiono, że kryje tajemnicę (Szem ha-Meforasz) niezwykłej mocy.

Stół trafił do Rzymu jako cenny łup wojenny. Najwięksi mędrcy zdawali sobie sprawę ze znaczenia tego przedmiotu, ale, niestety, nikt z żyjących nie wiedział, jak go wykorzystać.

Jakiś czas później na wschodnie granice imperium padł groźny cień – zbliżały się hordy żołnierzy odzianych w zwierzęce skóry przybrane czaszkami pokonanych wrogów. Mówili niezrozumiałym językiem, brzmiącym jak groteskowy bełkot w uszach nawykłych do eleganckiej łaciny. Rzymianie nazwali ich barbarzyńcami.

Barbarzyńcy splądrowali Rzym. Po raz pierwszy w wielowiekowej historii miasto zostało podbite przez wrogą armię. Brutalny władca Alaryk mógł przywłaszczyć sobie wszystkie skarby tego cudownego miasta, ale interesował go tylko jeden: ten, którego historię poznał na dalekich ojczystych stepach, powtarzaną szeptem przy ogniskach, wśród oparów wieczornej mgły i końskiego potu.

Szem ha-Meforasz.

Alaryk zabrał ze sobą Stół, a imperium rzymskie wkrótce przestało istnieć.

– A co się stało potem? – zapytało dziecko, już coraz bardziej dorosłe.

Potem przychodziła pora powrotu do domu.

Gra toczyła się tak jeszcze przez jakiś czas. Ojciec pojawiał się nagle, bez uprzedzenia, i zabierał mnie do muzeum, jakiegokolwiek muzeum. Było mi już wszystko jedno, bo nieważne, gdzie byśmy trafili, tata zawsze opowiedziałby mi w końcu jedyną historię, jaka zdawała się nas obu interesować.

Wielokrotnie ją powtarzał. Po kilka razy opowiadał te same fragmenty, często musiał też zaczynać od początku: jego wizyty zdarzały się coraz rzadziej i obaj zapominaliśmy, w którym miejscu skończył poprzednim razem. Zawsze jednak wszystko przebiegało tak samo. Trzymaliśmy się niepisanych zasad gry.

– Wiesz, co jest na tym obrazie?

Pamiętam jak dziś, że wtedy akurat zapytałem o Saturna pożerającego własne dzieci Goi. Do dziś nie wiem, czy to przypadek, czy ironia losu.

Tym razem ojciec nie musiał się schylać, bo i bez tego mógł już spojrzeć mi w oczy.

– Chcesz poznać tę historię? Pewnie, mógłbym ci ją opowiedzieć, ale znam lepszą.

Od upadku imperium rzymskiego minęły już dziesiątki lat, a potomkowie Alaryka – zwani teraz Wizygotami – na dobre osiedli we Francji.

Żyli jednak w ciągłym strachu przed zagrożeniem ze strony sąsiadów, Merowingów. Przedstawiciele tego dziwacznego plemienia twierdzili, że pochodzą od morskiego potwora. Również i oni słyszeli jednak o tajemnicy Szem ha-Meforasz, a ich królowie – uchodzący za czarowników – od lat pragnęli zawładnąć Stołem Salomona.

Wizygoci zostali pokonani w wielkiej bitwie, wcześniej jednak wierna grupa notabli zdołała wyrwać Stół z chciwych rąk Merowingów i potajemnie przedostać się przez Pireneje, aby ukryć skarb.

Tam, z dala od wrogów, Wizygoci odbudowali swoje królestwo i założyli nową stolicę, którą nazwali Toledo.

Wizygoci wiedzieli, że prędzej czy później pojawią się nowi wrogowie, czy to zza morza, czy zza gór. Tajemnica Stołu Salomona i chęć przejęcia nad nim władzy musiała przyciągnąć nieprzyjaciół. Obmyślili więc plan ukrycia Stołu na wieczność. Jeśli nikt nie będzie mógł go użyć, klątwa królowej Saby się nie spełni.

Święty Izydor, biskup Sewilli, wybitny znawca historii Stołu, a także ekspert w dziedzinie legend i wiedzy tajemnej, dostał od władców Toledo zadanie ukrycia Stołu.

Biskup przypomniał sobie podanie, zgodnie z którym Herakles, syn Zeusa, miał pod Toledo zbudować podziemny pałac z marmuru i jadeitu. To tam Izydor postanowił schować przeklęty prezent Saby dla Salomona.

Stół został ukryty w najgłębszych zakamarkach Jaskini Heraklesa, u końca labiryntu korytarzy, przejść i pomieszczeń. Wejście do podziemi miało pozostawać solidnie zamknięte, a na każdym kolejnym władcy wizygockim spoczywał obowiązek wzmocnienia zabezpieczeń o dodatkową kłódkę.

„A gdyby ktokolwiek – napisał Izydor – czy to z niewiedzy, czy kierowany żądzą władzy albo też zwykłą głupotą, odważył się naruszyć tak pilnie strzeżony sekret, niech wie, że w otchłani nie czeka na niego ani tajemna wiedza, ani wielkie bogactwo, a tylko i wyłącznie upadek Hiszpanii i Trwoga nad Trwogami: Lapidem Unguibus”.

Ojciec nie potrafił wytłumaczyć mi, do czego odnosiła się owa „Trwoga nad Trwogami”, nie wiedział też, co znaczyło Lapidem Unguibus. Ja teraz już wiem, a to, jak się o tym dowiedziałem, to całkiem niezła historia.

Ale znam lepszą.

Mimo ostrzeżeń Izydora wkrótce na tronie zasiadł władca na tyle ambitny – albo na tyle nierozsądny – że postanowił je zignorować. Nazywał się Roderyk.

Roderyk, ostatni król Wizygotów, zerwał kłódki gorliwie montowane na wejściu do Jaskini przez poprzedników i ruszył w podziemne otchłanie w poszukiwaniu sekretów Salomona. Nie lękał się upadku Hiszpanii ani Trwogi nad Trwogami, a może był po prostu zbyt zdesperowany, żeby się nimi przejmować – już wtedy sprawy w królestwie nie układały się dobrze.

Po samotnej wędrówce przez niekończące się ciemne korytarze Roderyk dotarł do okrągłego pomieszczenia. Zgodnie z przekazem Izydora był w pierwszej z czterech sal prowadzących do miejsca, gdzie ukryto Stół – tej, w której znajdowała się przyczyna upadku Hiszpanii.

Zlękniony, ale zdecydowany Roderyk zbadał pomieszczenie, dostrzegając wśród cieni sylwetki ludzi. Zbliżył pochodnię do ściany i jego oczom ukazał się ogromny mural przedstawiający bitwę. Armia Wizygotów została w niej zmasakrowana przez tajemniczych wrogów o zasłoniętych twarzach.

Roderyk dostrzegł w świetle pochodni stojący na środku sali postument – starą, pękniętą na dwoje rzymską kolumnę, zbyt szeroką, by objąć ją ramionami. Na cokole leżał jakiś przedmiot.

Roderyk zbliżył się powoli i oświetlił znalezisko.

Okazało się, że to miecz. Stary, zardzewiały miecz, który sprawiał wrażenie, jakby leżał tam od czasów, kiedy Ziemia zaczynała dopiero krążyć wokół Słońca. Zakurzone i pokryte pajęczynami ostrze miało wygięty kształt zbliżony do półksiężyca.

Roderyk dobył broni i w tej samej chwili ogarnęło go obezwładniające uczucie przerażenia. Z krzykiem upuścił miecz. Złapał się za głowę i biegiem rzucił do ucieczki, ścigany przez okropne wizje i zjawy. Zobaczył, jak pokonuje go armia zamaskowanych mężczyzn o ciemnych oczach, jak miecz o zakrzywionym ostrzu przecina jego ciało na pół. Upadł na plecy. Ostatnim, co zobaczył, zanim uderzył o podłogę, a jego oczy zamknęły się na zawsze, był błyszczący na niebie półksiężyc.

W podręcznikach historii możemy przeczytać, że Roderyk zaginął po sromotnej klęsce, jaką poniosły jego wojska w bitwie z muzułmanami nad rzeką Guadalete.

Nie obchodzi mnie, co piszą w książkach. Dla mnie jest zupełnie jasne, co się wydarzyło: opowiedział mi to ojciec w sali muzealnej, przed upiornym obrazem Goi.

Kiedy dotarliśmy do tego miejsca w opowiadaniu, jak zwykle zapytałem:

– A co się stało ze Stołem?

Tata jak zawsze odpowiedział:

– Późno się zrobiło. Chyba muszę cię już odprowadzić do domu.

Gdybym wtedy wiedział, że więcej już go nie zobaczę, nalegałbym, żeby opowiedział historię do końca.

Kilka miesięcy później mój ojciec zginął w wypadku za sterami samolotu.

Prawie go nie pamiętam i do dziś wstydzę się przyznać, że nie płakałem rzewnie po jego śmierci. Dużo bardziej niż utraty ojca – sporadycznie obecnego w moim życiu – żałowałem tego, że już nigdy nie poznam finału fascynującej opowieści.

Teraz jednak bardzo żałuję, że go tu nie ma. Na pewno chciałby poznać zakończenie legendy o Stole Salomona, a ja chętnie bym mu je opowiedział, bo tym razem to ja znam prawdziwą historię.

To naprawdę ciekawa historia. Masz ochotę ją poznać?

Zapewniam, że nie znam lepszej.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Pnp 4,3 (przyp. tłum.). [wróć]

Pnp 4,11 (przyp. tłum.). [wróć]